A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link
07/07/18 Zawieszenie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NIEAKTYWNE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NIEAKTYWNE. Pokaż wszystkie posty

Człowiek bro­ni się przed strachem za po­mocą lęku.


Adam Poirot
30 lat psycholog uciekinier

Zrywasz się na równe nogi gdy tylko dzwoni ten przeklęty budzik jeszcze z czasów Twojego dzieciństwa. Nie sposób zaspać przy tak ogromnym hałasie, dźwięk ten dudni w uszach przez co najmniej kolejne kilkanaście minut, nawet gdy jesteś już ubrany i szykujesz śniadanie dla siebie i dla niej. Przed Tobą kolejny monotonny dzień, w którym co godzinę na fotelu w twoim gabinecie usiądzie inna, nowa osoba, opowiadająca o swoich problemach. Jakbyś Ty miał swoich za mało. Codziennie te same myśli krążą po głowie, dzień w dzień dręczy Cię jedna kwestia. Co by było gdybym został? Gdybym nie opuścił rodzinnego miasta? Życie w Seattle ma swoje plusy, ale minusy, których zauważasz w ostatnim czasie coraz więcej, powoli zaczynają nad tym przeważać. Rozważasz spakowanie najważniejszych rzeczy i wyjazd bez słowa. Zabranie tego, z czym wiążesz wspomnienia. 
Ostatni klient zamyka za sobą drzwi i zostajesz w gabinecie sam. Pod wpływem chwili zabierasz najważniejsze rzeczy z biurka, zdjęcie stojące na regale i album ze zdjęciami zamknięty w szufladzie na kluczyk, album do którego nikt nie ma dostępu od kilku lat. Wrzucasz wszystko niezdarnie do samochodu i nie zważając na zmieniające się światła na mijanych skrzyżowaniach, pędzisz do domu po resztę rzeczy, których nie chcesz zostawiać na wyrzucenie. Ciągniesz za rękę do sypialni, a potem pakując się na szybko mówisz o swoim planie. Podjąłeś decyzję. Jedyną, według Ciebie słuszną, jaką mogłeś podjąć. Wsiadasz do auta i na pożegnanie przez otwartą szybę mówisz, że nie możesz czekać. Że może do Ciebie przyjechać jak tylko zdecyduje się na to. Że będziesz czekać, aż i ona podejmie taką samą decyzję, jaką podjąłeś Ty dosłownie godzinę temu. 
Wracasz do Mount Cartier.

powiązania / dodatkowo / ukryty album
__________________________________________________________________ 
  
Adam i ja witamy się ładnie :) wątki wszystkie przyjmiemy, uwielbiamy dramy, przyjaźnie, przygody.
Zakładki uzupełnię na bieżąco. Poszukiwana jego obecna dziewczyna!
Cytat Freuda, pan na zdjęciu niestety nieznany :(

lay your dreams, little darlin', in a flower bed, let that sunshine in your hair

Tallulah Day 28 lat Angielka nauczycielka muzyki


Stokrotko,
Wiesz, że cię kocham, prawda, Tally? Podobno niemądrze jest zaczynać list wyznaniem, ale jako że moje życie zaczyna się i kończy na Twojej osobie i naszej miłości, uznałem, że powinnaś mieć to na piśmie. Pamiętam, kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłem. To był mój drugi miesiąc w Londynie. Powiedziałem Ci wtedy, że stokrotki zawsze były moimi ulubionym kwiatami, ale to nieprawda; to dlatego, że miałaś je wtedy na sukience. I rok później we włosach, w dniu naszego ślubu. To oklepane, ale naprawdę nigdy nie byłem szczęśliwszy. Sześć lat małżeństwa, w sumie siedem wspólnych. Nie mogłem marzyć o lepszym życiu; może dłuższym.
Nie zdążyłem zabrać Cię do Mount Cartier, choć opowiadałem o nim bez przerwy. O tym, jak kocham to miejsce; góry, które zabrały mi matkę i morze, które zabrało mi ojca. Wspólnie marzyliśmy o zwiedzeniu całego świata, ale z czasem podzieliłaś też moje marzenie, by ostatecznie osiąść właśnie tam. W miejscu, którego nigdy nie widziałaś.
Nie zrobimy tego razem, ale Ty możesz, Tally. Nie mam innej rodziny, a nawet gdybym miał, wszystko należy się Tobie. Także dom moich rodziców. Wiem, że nigdy nie byłaś szczęśliwa w Londynie. Wielki świat Cię przytłacza, bo odczuwasz wszystko dwa razy bardziej niż inni. W Mount Cartier będziesz bezpieczna. Mam tam przyjaciela, który nienawidzi mnie za ucieczkę, ale na pewno opiekuje się domem. I Tobie też pomoże.
Zabierz moje prochy, część do matki, część do ojca. Spakuj wszystkie sukienki, koniecznie tę w stokrotki, chociaż dokup do tego mnóstwo swetrów i ciepłych rajstop. Zabierz swoje książki (chociaż na to będziesz potrzebować osobnego kontenera). Weź skrzypce, gitarę, ukulele i flet. Zwłaszcza skrzypce. Kup wymarzone pianino. I przede wszystkim śpiewaj, bo wtedy ludzie się w Tobie zakochują. Mount Cartier też Cię pokocha. Tak jak ja. Zdejmij obrączkę. Nie opłakuj mnie; zdobądź czasami stokrotki i zostaw ich trochę dla mnie w lesie. Mów z tym swoim śmiesznym akcentem, którego żaden normalny użytkownik angielskiego nie rozumie. Nie zapuszczaj grzywki i nadal nie bierz życia zbyt poważnie. Bądź szalona, tak jak wtedy, gdy przyjęłaś moje oświadczyny po ośmiu miesiącach znajomości; gdy poślubiłaś mnie w obecności obcych ludzi w irlandzkim miasteczku, którego nazwy żadne z nas nie może zapamiętać; gdy zaczęłaś podzielać moje marzenie o budowaniu życia w Mount Cartier. Buduj je dalej. Top serca swoim uśmiechem, nie odmawiaj światu swojej dobroci i żyj, Tallulah. A ja będę dalej Cię kochał.
Twój Oliver

Więc żyje. Nie zawsze jest łatwo, ale buduje życie z podniesioną głową. Po drugiej stronie świata, w miejscu, którego wcześniej nie widziała. Oliver zawsze wiedział, co jest dla niej dobre. Tym razem również miał rację.
Cześć i czołem! Pokochajcie mi Tally, proszę cieplutko. Oczywiście, wszelkimi innymi wątkami również nie pogardzę, bo życie nie jest przecież różowe, hę.
W tytule The Lumineers, na zdjęciach (zmieniają się po najechaniu) ładna pani z pinteresta.
Oddam przyjaciela Olivera, który opiekował się domem jego rodziny i zajął się Tallulah po jej przyjeździe. Może to być nowa postać lub istniejąca już na blogu (mężczyzna koło trzydziestki, jak jej mąż). Do rozwinięcia.
Opis Tallulah wyidealizowany, oczywiście, bo to perspektywa zakochanego, umierającego męża. Ile w tym prawdy, dowiecie się wątkach. :D

Trzeba żyć i cieszyć się, i płakać, i przeklinać, i diabli jeszcze wiedzą co robić, ale nie wolno wspominać

Miranda Minnie Nielsen
27 lat
staż u psychologa
pick-upem do Churchill

Była spokojna. W tej godzinie i minucie, gdy tkwiła w nieszkodliwym zawieszeniu, wpatrując się w zaśnieżony pejzaż. Wsunęła palce w rękaw kurtki i dotknęła chłodnego materiału bransoletki; kilka metalowych kwiatków na lakierowanym rzemyku. Dotychczas sądziła, że już nigdy nie zazna ciszy, a ucieczka przed całym światem za każdym razem będzie kończyła się sromotną porażką. Cóż. Sytuacja nie była idealna; wiał chłodny, przeszywający do szpiku kości wiatr, a ciężkie chmury przesuwały się po niebie wskazując, że lada chwila może sypnąć śnieg.

Nigdy nie rozumiała, gdy ludzie mówili, że życie składa się z małych momentów. Czuła przecież potrzebę spektakularnych gestów i skrajnych emocji, które by dawały dowód, że to właśnie jest życie naprawdę.

Teraz jednak była spokojna. W tej godzinie i minucie.

Przeklęta romantyczka. Usłyszała za sobą głos pełen dezaprobaty tak wymuszonej, że aż musiała się roześmiać. Na kim ten widok nie zrobiłby wrażenia? Wiedziała, że to tylko skrawek jeziora widziany w obramowaniu z drzew... no, dobrze. Nigdy nie wyrośnie z tych ciepłych, sentymentalnych mrzonek. Już otwierała usta, aby sformułować sensowną linię obrony, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Skłamałaby mówiąc, że nie wyobrażała sobie przed sekundą, że jest bohaterką klipu do starej, słodko-gorzkiej piosenki Boba Dylana. Jeżeli na tym polegała zbrodnia określana masz-nierówno-pod-sufitem to owszem, ona była jak najbardziej winna.

If you go when the snowflakes falls, when the rivers freeze and summer ends
Please see for me if she's wearing a coat so warm to keep her from the howlin' winds


Minnie | RELACJE



------------------------------------
Cytat to wspominany już Bob Dylan i Johnny Cash w najlepszym duecie - Girl from the North Country. Tytuł - Marek Hłasko. Powoli będę uzupełniać zakładki i kawałek po kawałeczku pokażę Wam Minnie. Zapraszamy! Pewien szczególny mężczyzna do oddania; science.is.eerie@gmail.com

Miłe złego początki.

Caitriona Griffin Boruta
35 lat || eks-dżokejka || samotnik
12 lat wycięte z życia
coś tam-coś tam              relacje


Zapach końskiej sierści i ludzkiego strachu.
Krzyki i jazgot gapiów.
Nerwy. Stres.
Skupienie.
Metalowa bramka odskakuje z cichym szczękiem, rozpoczynając wyścig. Leviathan rusza z kopyta, wyprzedzając startującego z prawej strony Radżę i tym samym plasując się na niepewnej trzeciej pozycji. 
Tętent kopyt.
Rżenie za plecami.
Wchodzisz w ostry zakręt, odpowiednio układając się w siodle. Stanowisz jedność z niosącym cię zwierzęciem. Kierujesz, usiłując jednocześnie zapanować nad sytuacją i szalejącymi emocjami. To nie jest twój pierwszy wyścig. Na pewno też nie ostatni. 
Zakręt, prosta przeszkoda, jakich pokonałaś już wiele w swojej paroletniej karierze dżokeja. Zazwyczaj to nie tor jest najgorszym problemem, a współzawodnicy.
Masz się na baczności.
Gładko wychodzisz z niebezpiecznej strefy, przyśpieszasz na prostej. Czujesz każdy, nawet najmniejszy mięsień swojego ciała, sprawia ci to radość. Wysiłek, ekscytacja. Rywalizacja.
Od prawej próbuje cię wziąć Migał, kasztanowy ogier dobrego znajomego. Oboje siedzicie w wyścigach, oboje dzielicie pasję, ale w tym momencie nie ma miejsca na przyjacielskie przepychanki. Poganiasz konia, oddalasz się. Niebezpieczeństwo zażegnane.
Kolejny zakręt.

Ból.
Ciemność.
Wystraszone głosy.
Koński kwik.

Budzisz się, wita cię mokra od łez poduszka.
Serce tłucze się w piersi, widma przeszłości wciąż tańczą wśród cieni.
Uspokój się.
Przecież to tylko zły sen.
Kiedy dwanaście lat temu Cait startowała w kolejnych jeździeckich zawodach nie spodziewała się, że jej kariera skończy się tak szybko. Była nastawiona na sukces. Miała wspaniałego konia, którego własnoręcznie odchowała z niewielką, acz istotną pomocą dziadka. W zasadzie to dzięki niemu obudziło się w niej zamiłowanie do koni i samego jeździectwa. Wrodzony talent, ręka do konia i chęci miały wystarczyć by zwojować świat. Zwycięstwo goniło zwycięstwo, a oczekiwania rosły by w końcu ustawić ją na tamtym przeklętym torze. Po dziś dzień nie ma pojęcia co się stało i jak, a luka  w pamięci nie ułatwia pogodzenia się z losem. Fakty jednak przedstawiają się twardo. Leviathan złamał nogę podczas wyścigu i nawet najlepszy weterynarz w mieście nie miał dla nich dobrych wieści. Mimo wszystko jednak, poniekąd za jej namową i wpływom dziadka, jej małego Leviego wzięto pod nóż z zamiarem ratowania tego, co zostało. Z rozerwanym na kawałeczki sercem czekała pod kliniką, ale na próżno. Jej pięćset pięćdziesięcio kilowe maleństwo nie dało rady i nie obudziło się z narkozy.
Świat się załamał. Mimo tłumaczeń, że to nie jej wina, czuła się tak jakby sama własnoręcznie podpisała na niego wyrok śmierci i jeszcze dowiozła do rzeźnika. "To nic takiego", mówili. W końcu to tylko zwierzę, a takich na świecie przecież wiele. Jak nie ten, to inny. Lepszy. Szybszy.
Nikt nie przewidział tak stanowczego buntu. Ani rodzice, którzy wręcz zaskoczeni byli przywiązaniem jakie istniało między nią, a zmarłym przyjacielem, ani trenerzy i menadżer. Nawet dziadek, ten sam dziadek pod którego czujnym okiem trenowała pierwsze kłusy i galopy. Nawet on nie przewidział.
Nie poradziła sobie z tym co nastąpiło po śmierci Leviego. Wycofała się z życia jeźdźców, chcąc przeżywać swoją żałobę wciąż na nowo i na nowo, topić się w smutku i pozwolić by pochłonęła ją ciemna otchłań otępienia. W zasadzie jej to nie przeszkadzało, a było wręcz pożądane i nieakceptowalne społecznie. Rodzina stanowczo wkroczyła do akcji nie pozwalając na smutki i dąsy, dając kopa w dupę i mówiąc, że żyje się dalej, that's all. Rachunki same się nie zapłacą, kolacja nie ugotuje, dzieci (czy wyczekiwane wnuki) się nie urodzą. 
Cait nie uważała, że takie życie jest dla niej. Egzystencja w mieście jej zbrzydła, przestała cieszyć oko i ducha. Bez wsparcia rodziny, która nie chciała słyszeć o podróżach, opuściła wszystko i wszystkich, zabierając ze sobą jedynie plecak. Wszelkie nierozwiązane dotąd sprawy zostawiła za sobą, zerwała kontakt ze światem współczesności, oddając się szeroko rozumianej przygodzie. W tajemnicy zmieniła nazwisko z rodowego Griffin na Boruta i żyła od jednego autostopa do drugiego, podróżując tak jak chciała i z kim chciała. Przez bitych dwanaście lat nie dawała nikomu znaku życia, chcąc być dla co poniektórych martwą, lub też kompletnie nieistniejącą osobą.
W Mount Cartier pojawiła się niedawno razem z puchatym psem, zajmując jeden z pokoi "U Annie" i chwilowo ciesząc się po prostu bezrobociem.

If I'm a sarcastic asshole when I talk to you it's either because I really like you and feel comfortable teasing you
or I really hate you and don't care if you know it
Good luck figuring out which one.
_____________________________________________________________
cześć wszystkim.
wbrew jakiemuś pseudo-depresyjnemu nastrojowi panującemu w karcie to nie jest tak źle. Cait trochę wypadła z towarzyskiego obiegu i zachowuje się momentami jak dzikus, ale przecież nie gryzie.
nieumiemwpowitania. Mam nadzieję, że karta jest... no, że da się przeczytać i coś tam w sumie jest zawarte prócz lania wody.
a teraz błagam, niech to ktoś zakryje ._."
w karcie niepodzielnie króluje Linkin Park.

blue skies are coming but I know that it's hard

Daisy Hayes
32 lata pracownica Bookmarks

Kiedy ma się siedemnaście lat, wszystko wydaje się możliwe. Człowiek sądzi, że jest zakochany, że to już na zawsze, a na życie zarobi miłością do skrobania kolejnych ilustracji w swoim szkicowniku. W tym wieku burze bywają gwałtowne, ale także słońce nigdy nie jest później już tak jasne i ciepłe. Marzy się o zwiedzaniu świata, po to, by po latach wrócić w rodzinne strony, osiedlić się w domu z ogródkiem z miłością życia, kupić psa, kota i wspólnie wychowywać idealne dzieci, wieczory spędzając w objęciach ukochanej osoby, przy ulubionej piosence lub z książką w ręku. Daisy niczym nie różniła się od rówieśniczek. Rodziców straciła szybko, ale dziadek, nauczyciel fizyki w lokalnej szkole, dawał jej wszystko, czego potrzebowała. I kiedy straciła go krótko przed ukończeniem szkoły, obiecała sobie, że już nigdy nie będzie sama. Przyszłość wydawała się świetlana.
Daisy jednak nie ma już siedemnastu lat. Nie jest sama, mimo to czuje się samotna. Rysuje tylko dla siebie, a do domowego budżetu dorzuca się z marną pensją sprzedawczyni; plusem jest to, że pracuje wśród książek. Nie jest zakochana, choć jest mężatką. Nigdy nie wyjechała z Mount Cartier dalej niż do Churchill. Ma dom z ogródkiem, który nikogo, prócz niej, nie obchodzi; ani psa, ani kota nie odważyłaby się przygarnąć pod swój dach, bo pan domu twierdzi, że ma alergię, która doprowadza go do szału; jakby nie chodził wściekły przez większość czasu. Ulubionych piosenek słucha sama i najszczęśliwsza jest, gdy nie ma nikogo obok niej, kiedy zasypia. Doceniła ciszę, stała się mistrzem stwarzania pozorów, rozsyłania ciepłych uśmiechów i ukrywania siniaków.
Nie wie, na co czeka. Boi się marzyć, ale tylko to jej pozostało. Pełne światła i ciepła myśli o idealnym życiu. Jak najdalej stąd. Mogłaby uciec, mówią mądrzy ludzie. Odejść od męża, rozpocząć nowe życie.
Jednak jest jeden powód, który nadal trzyma ją w Mount Cartier. Powód ten nazywa się Teddy, ma cztery lata i najsłodszy uśmiech na świecie. I kocha swojego ojca, a dla jego szczęścia, Daisy niemal z radością znosi wszelkie upokorzenia.
Noah and the Whale, pani z tumblra, a odważnemu autorowi oddam męża. Teddy szuka opiekunki.

storm on the streets

A N T H O N Y   W E L C H
TRZYDZIEŚCI JEDEN LAT ― KUCHARZ W ZAJEŹDZIE "U ANNIE" 
Przed laty nie tak wyobrażał sobie dorosłe życie, optymistycznie kształtując w umyśle obraz wybudowanego domu, posadzonego drzewa i spłodzonego syna. Dlatego żaden z jego scenariuszy nie zakładał, że matka nadal będzie mu prać brudne skarpetki, a ojciec łypać groźnie na dźwięk otwieranej puszki piwa podczas wspólnego oglądania meczu ligi hokeja. Jednocześnie jednak niesprawiedliwym byłoby uznanie, iż w życiu mu nie wyszło. Jasne, w pewnym sensie schrzanił swój związek i szansę na zatrudnienie w renomowanej restauracji w Winnipeg, ale w gruncie rzeczy los nie obszedł się z nim aż tak szorstko. Wbrew pozorom bowiem mieszkanie z rodzicami w jego wieku w podobno zabitej dechami dziurze to jeszcze nie koniec świata. Hej, mogło być znacznie gorzej, prawda? 
______________________________________________________________________
WIZERUNEK - ROO PANES; LITERUFKI@GMAIL.COM; HEJKA!

You’re still gone And I’m still lonely

With every breath you breathe
I see there's something going on
I don't understand why you're so cold

GABRIEL MORGAN
Nie jest łatwo wychować córkę samotnie. Nie jest łatwo to zrobić, zwłaszcza w takim miejscu jakim jest Mount Cartier. Gabriel urodził się w tym miejscu, żyje tu do dziś i o ironio pewnie też tam zostanie pochowany, mając nadzieje, że jego obecnie trzyletnia córka wyjedzie jak najdalej od tego zabitego dechami miasta. Bez urazy co do mieszkańców, ale znając od wielu lat tych samych ludzi, widząc ich twarze, znając ich przyzwyczajenia, każdy chciałby stamtąd uciec. On uciekł… Uciekł jako podlotek, za młodzieńczą miłością do miasta, a wrócił po paru latach z dzieckiem, bez dziewczyny, żony…Bez kogokolwiek zwracając się do swojej matki. Gospodyni surowej, ale kochającej wnuczkę. Do kogo miałby się zgłosić? Kogo prosić o pomoc, jeśli nawet o matce małej nic nie mówił, jeśli o matce dziewczynki nie wspomniał słowem. Ludzie gadali, plotkowali, czasami nawet szydzili, co w mężczyźnie wywoływało irytację i wściekłość… Ale Enid jest jego i każdy to widzi patrząc na jej małą pulchną twarzyczkę i jasne oczy. Jego na pewno i da się to również stwierdzić po charakterze.  Gabriel wrócił do Mount Cartier i zajął się tym czym zajmował się jego ojciec… Mechaniką i naprawą samochodów. W przejętym po ojcu rodzinnym warsztacie znajdującym się na parterze kamienicy, zadomowił się szybko, dochodząc do porozumienia z pracującymi tam wcześniej mechanikami. Zadomowił się również w niewielkim mieszkaniu znajdującym się nad warsztatem, gdzie on i Enid mają dla siebie trochę miejsca. Życie niby dobre, ale nadal Gabriel jako samotny ojciec układa sobie wszystko do kupy, czasami, gdy mała jest u babci pozwalając sobie na chwilę wytchnienia nad szklaneczką Whisky, czy dobrego piwa. Gabriel jest jak każdy widzi…jak twardy orzech do zgryzienia. Czasami trudny w obejściu, ale przede wszystkim dobry i pomocny. Przeklnie, zwyzywa, jeśli trzeba będzie obije mordę, ale nie zrobi tego bez powodu, nie jeśli ktoś mu nie podpadnie. Sprawiał problemy za młodu i chociaż teraz wydaje się być porządniejszy to czasami naprawdę nie wiele trzeba by spotkać go zalanego w trupa w barze…Ale tylko wtedy, gdy ma wieczór wolny. 

BLISCY I ZNIENAWIDZENI


 II 15 stycznia 1983 II właściciel warsztatu samochodowego II ojciec trzyletniej Enid II szklaneczka Whisky i słone orzeszki II syn idealnej babci II starszy brat bardzo dojrzałej siostry II właściciel terenówki II mieszkanie nad warsztatem samochodowym II mała blizna na brodzie II tatuaż na ramieniu II niespełnione ambicje II szczerość do bólu, upartość osła II mało religijny II migrenowiec II
_____________________________________________________________________________
Po dość długiej przerwie od blogowania wracamy z problematycznym tatuśkiem, może nam ktoś go poukłada. Można się znać, można nienawidzić, można poznać. Twarzyczki użyczył Charlie Hunnam bo jak mu się oprzeć :) Zapraszamy do rodzinnego warsztatu i na Whisky i na wszystko czego dusza zapragnie :) Lubimy powiązania, szaleństwa, różne przeróżne i lubimy zaczynać :D

People will forget what you said, people will forget what you did,
but people will never forget how you made them feel.


Fenice Fanny Adler

23 lata tymczasowo bezrobotna czarne oczy drobne ciało
porcelanowa cera drugi miesiąc ciąży pod opieką dziadków

Nigdy nie pokładała wiary w teorię, że rządzące światem koleje wydarzeń są odgórnie zaplanowane — myśl, że jej życiem mogłaby kierować siła wykraczająca poza ludzkie pojmowanie niejednokrotnie przyprawiała o dotkliwy skręt jelit i okrajała motywacje. Koniec końców, jak można czerpać z życia wiedząc, że tak naprawdę nie ma się wpływu na obraz swojej przyszłości? Jak można w ogóle tak żyć? Nie znalazła odpowiedzi na to pytanie, a próby rozwikłania zagadki pozostawiły ją z większą ilością wątpliwości, niżeli miała ich na samym początku, stąd też optowała za antyczną maksymą głoszącą, że każdy jest kowalem własnego losu

Codzienność ciążyła jakby mniej, kiedy powtarzała sobie, że dźwiga ją z własnej, nieprzymuszonej woli, a nie dlatego, że jest na nią skazana. Jakby nie spojrzeć, nikt nie zmuszał jej do mieszkania z rodzicami, ani nie kazał wchodzić ojcu w drogę, kiedy był obrzydliwie pijany — ona sama zdecydowała, że tak właśnie będzie. Patrząc na to z perspektywy czasu nie potrafi konkretnie umotywować swoich działań, prawdopodobnie dlatego, że powodowały nią emocje. Nie jest to u niej rzadkie: podrygom serca ulega bowiem nader często, wbrew temu, że zdroworozsądkowa część jej natury stawia słabostkom zdecydowany opór. Co ciekawe, Fenice potrafi zważyć wszystkie za oraz przeciw, kalkulować i przewidywać z biegłością wykwalifikowanej manipulatorki, a przez to zdarza się, że działania dla siebie niekorzystne podejmuje z pełną świadomością możliwych następstw. Jest naiwna i co gorsza, wie o tym. Mimo upływających lat wciąż uparcie wierzy, że świat może być lepszy, a ludzie mogą się zmienić, jak sama mawia, wystarczy dać im szansę, a przede wszystkim pomóc

Nie przestaje w to wierzyć. Teraz po prostu pamięta, że nie jest już odpowiedzialna tylko za siebie i to nie pozwala jej sobie szkodzić — to, co jest niekorzystne dla niej, jest także niekorzystne dla dziecka, a jaką byłaby matką, gdyby wyrządzała mu krzywdę na długo przed narodzinami? Nie chce taka być i właśnie dlatego postanowiła, że musi zmienić swoje życie; zacząć pisać je w pewien sposób na nowo, nawet jeśli pierwsze zdania nie przyjdą od razu, a wręcz przeciwnie: będą formułować się z mozołem, po stokroć zmieniane, kreślone. To nic, jest uparta. Nie stawia już innych ponad sobą, kiedy może na tym ucierpieć, za to przeciwnościom stawia czoła z  uśmiechem na ustach.

Bo czy istnieje broń potężniejsza, aniżeli uśmiech kobiety? W dodatku kobiety doskonale wiedzącej,  czego chce?


RELACJE ◊ CIEKAWOSTKI

Cześć! Wreszcie udało mi się u was oficjalnie zawitać. Trochę zardzewiałam i karta to pomieszanie z poplątaniem, ale mam nadzieję, że szybko naoliwię się w wątkach, do których serdecznie zapraszam. Fanny to postać eksperyment, oby się przyjęła. Do oddania relacja z Danielem, poza tym szukamy właściwie wszystkiego, choć miło by było, gdyby Fanny ktoś się zaopiekował. (:  Polecam zajrzeć w zakładki, ze zdjęć spogląda śliczna Lily Collins, w tytule Maya Angelou. W razie pytań piszcie: leaf.on.a.breeze@gmail.com

Facta Non Verba - Deeds, Not Words

Aaron Turner
5 czerwca 1967 Piekarz FC: Michael Dale

Wrócił do Mount Cartier po ponad dziesięciu latach odsiadki o której słyszał tu chyba każdy. Już bez swojej ukochanej, bez rodziców którzy prowadzili rodzinny interes piekarski przez tyle lat, a jedynie z miłością córki oraz pragnieniem by wreszcie odpocząć - gdzie lepiej ukryć się przed światem, jak nie w Mount Cartier? Kiedy przeżyje się plotki i wiecznie pytający wzrok mieszkańców, można skorzystać z kontaktu z naturą i niczym niezmąconego spokoju. Z radością przemieszaną z melancholią wrócił, by dźwignąć piekarnię rodziców, którą tak dawno temu opuścił -  ręce wciąż pamiętały jak ugniata się ciasto, a książka leżąca w szufladce pełna była przepisów. Po szybkich naprawach i w blasku światła wszystko wydawało się takie jak dawniej, nawet audycja w radiu, którą słuchał z ojcem, brzmiała tak samo.
Jedynie charakter niesfornego dzieciaka gdzieś uciekł z domku pełnego skrzypiących desek, zamieniając się w cichą uprzejmość i chłodną dyscyplinę
Stare pamiątki przywoływały wspomnienia, a niektórzy wieloletni koledzy nawet uścisnęli mu dłoń i złożyli kondolencje, pytając: "Jak długo tu zostaniesz?". W końcu zaufana piekarnia znowu działała, a swojak wrócił.
Aaron nie mówił nic, bo wiedział, że na to pytanie nie ma odpowiedzi mimo iż bardzo mocno by tego chciał.


____________________________
Booi! Ja nie wiem, czy ta postać ma jakikolwiek sens - naczytałam się za dużo głupot, które mogą nie pasować do Mount Cartier, rodziciel mnie podkusił i w sumie nie wiem, czy research był wystarczający. Aaron jednak teraz jest spokojnym człowiekiem, który pragnie tylko wyciszenia w miasteczku i tego, by interes rodziców wciąż działał tak jak należy.
Mam nadzieję, że nie zakręciłam i nie stworzyłam kontrowersyjnej postaci. Jestem jednak gotowa zmieniać! Niemniej zapraszam na cieplutkie wątki, bo teraz w zimę potrzebujemy dużo fluffów i ciepła w formie każdej.
Pozdrawiam wszystkich autorów i ściskam mocno! :)
"Facta Non Verba" to motto Joint Task Force 2

Słyszę, ale nie słucham


Nolan Koslov

15 listopada 1993 rok Myśliwy Rosjanin

Tik, tak… Zegar tyka. Tik, tak… Czas ucieka. Tik, tak… Czas się przystosować… Usiądź. Kawy, herbaty? Mam ciasteczka, chcesz… A no tak, przepraszam… Nie masz czasu. Zapomniałem, wszyscy się śpieszą. Ale dokąd? Może ty wiesz? Zdradź mi ten sekret, proszę. Staram się zrozumieć tych ludzi, jednak nie potrafię. Nie potrafię zrozumiem tego całego pośpiechu… Pośpiechu w którym zapominasz o wartościowych drobiazgach, zapominasz o drobnej pomocy bliźniego, zapominasz, zapominasz  o szczerych intencjach drugiej osoby, o jej bladym uśmiechu i pełnych nadziei oczach… Zapominasz o człowieczeństwie. Zapominasz o tym jak się żyje bez pośpiechu. Mój ojciec zginął przez pośpiech, jadąc samochodem. Ahh, ten nonszalancki pośpiech. Doceniaj, więc każdą sekundę, w której dano ci żyć. Bo nie wiesz kiedy skończą ci się te sekundy, które zatraciłeś w pośpiechu… do lepszego życia. Dbaj, szanuj i kochaj tych, którzy dbają, szanują i kochają ciebie. Bo nie wiesz, kiedy im skończą się sekundy.
Samotnik Dobre dziecko Melancholik
___________________________________________________________________
Ogólnie to nie wiem czy to wszystko poszło w dobrym kierunku. Jest to mój pierwszy blog tego typu, jednak proszę mi uwierzyć, że starałam się, żeby jako tako to wyglądało, ale czy wyszło to nie wiem.

Rozpuszczę włosy i będę głośno krzyczeć stojąc u brzegu jeziora.

Charlene White
16 grudzień 1987 × bibliotekarka × marzycielka
Ledwo chwyci krzesło i nim zdąży wygodnie się rozsiąść w rodzinnym domu, matka rozpoczyna swoje przesłuchanie zadając kolejne to niewygodne pytania. Chwilę zastanawia się nad tym dlaczego wciąż ma niepoukładane życie, ale nie przyzna się przed mamą i odpowiada prędko, że tak po prostu jest dobrze. Zresztą, przecież lubi taki stan rzeczy, wracać po pracy do mieszkania w którym czeka za nią ukochany Tido, przypina od razu do obroży smycz i wspólnie idą na długi spacer odwiedzając po drodze dom rodziców, zawsze załapią się na ciepły obiad lub świeżo co wyciągnięte z piekarnika ciasto. Ojciec dostrzegając minę ukochanej Lene stara się zmienić temat, wspominając o bracie dziewczyny co wcale nie jest tak dobrym rozwiązaniem, jak mogłoby się wydawać. Blondynka tylko się uśmiecha, a całą swoją uwagę przekierowuje na leżącą przy kominku Akitę, chcąc się upewnić czy pies spokojnie śpi. Odwraca spojrzenie ponownie na rodziców i uśmiecha się promiennie. Kocha ich niesamowicie mocno i chociaz chciałaby kiedyś stworzyc rodzinę, jaką udalo sie stworzyć im, nie spieszy się. Żyje swoim tempem i stara się czerpać z życia jak najwięcej nawet wtedy, gdy nie jest łatwo.

Twórzmy!

hey Anna, everything is going to turn out just fine

Anna Bergman

urodzona 24 grudnia 1991 roku córka szwedzkiego antropologa i indiańskiej znachorki, recepcjonistka w miejscowej przychodni, naiwna dziewczyna o godnej podziwu wiedzy na różnorakie tematy z niewielkim pojęciem o prawdziwym życiu, miłośniczka roślin i zwierząt wszelakich, zdzierania stóp na kolejnych kilometrach, wolontariuszka u weterynarza, której największą ambicją jest dodawanie do listy przeczytanych książek kolejnych pozycji
Droga Mamo,
Nie pamiętam cię. Bardzo bym chciała pamiętać i często łudzę się, że słyszę w głowie Twój śmiech lub pamiętam, że lubiłaś pomarańcze, ale prawda jest taka, że to dzięki opowieściom taty. On pamięta cię doskonale. Ma się dobrze. Nigdy się nie ożenił, ale wydaje się szczęśliwy, poświęcony swoim badaniom, jedynie od kilku lat coraz bardziej dokucza mu artretyzm, ale jestem z nim i nigdzie się nie wybieram. Przez kilkanaście lat to on opiekował się mną, gdy przez większość dzieciństwa chorowałam, choć często myślę, że tę moją wadę serca tata trochę wyolbrzymił, żeby przypadkiem nie wpadło mi do głowy uciekanie z tej złotej klatki. Ale ja nigdy nie chciałam opuszczać Mount Cartier. Tata uczył mnie w domu i na pewno doskonale wiesz, że nie mogłabym mieć bardziej kompetentnego nauczyciela. Spisuję opowieści mieszkańców i przyjezdnych, a później tworzę na ich podstawie własne historie. Wszystko mnie ciekawi. Każda książka wydaje się interesująca, każdy dzień inny, każdy człowiek pochłania moją uwagę. Raz na jakiś czas podchodzę do wielkiej mapy, która wisi w szkole i na ślepo wybieram miejsce, o którym później próbuję dowiedzieć się jak najwięcej. W tym miesiącu żyję w zielonej Irlandii; lubię tak podróżować. A może kiedyś uda mi się zobaczyć niektóre z tych miejsc nie tylko oczyma wyobraźni. Póki co, poznaję okolicę. To znaczy, znam ją już jak własną kieszeń, pokonuję dziesiątki kilometrów tygodniowo, ale zawsze udaje mi się odkryć coś nowego. Drzewo, mniejszą roślinkę, jakieś zwierzę. Czasami napotykam znajome twarze, innym razem zbłąkanych wędrowców; każdego próbuję poznać. Pracuję w przychodni na recepcji i wydaje mi się, że to idealna praca dla mnie. Każdego dnia mam kontakt z ludźmi, a wszystkie okoliczne dzieci to już moi przyjaciele. Czasami wydaje mi się, że dzieci lepiej mnie rozumieją. Uwielbiam wszystkich, ale reszta mieszkańców widzi w tym świecie zbyt mało kolorów. Staram się to zmienić. Próbuję też być zorganizowana. Utrzymuję w przychodni porządek, pamiętam już, kto jaką kawę pije, a kto woli herbatę. Przynoszę ciastka, bo choć tata nadal jest najlepszym kucharzem w naszym domu, to mnie lepiej wychodzą słodkości. Tata mówi, że uśmiecham się tak jak ty — wesoło i nieustannie. Dzięki twoim zapiskom wiem, że świat jest piękny, obojętnie, co by się nie działo. Naiwne osoby podobno z wiekiem gorzknieją, ale wierzę, że mi to nie grozi.
Twoja Annie


Witam cieplutko! Dla Anny Mount Cartier jest domem, więc mam nadzieję, że faktycznie tak będzie w wątkach. :D To naiwne stworzenie, może nawet infantylne, o niezachwianej wierze w świat, ludzi i lepsze jutro, chętnie więc kogoś naprawi. Chyba że ktoś ma ambicje ją złamać, taki wątek też przyjmę! Szukam kogoś, kto by zawrócił jej w głowie, czego Anna na pewno nie potrafiłaby ogarnąć, a poza tym można spotkać ją wszędzie i zawsze, dniem i nocą, w pracy, u weterynarza, w czasie pomocy w szkole czy w barze na karaoke. Piszmy! :)
Tytuł - Owl City, zdjęcie autorstwa Sama Elkinsa.

Pozbierać się jest dziesięć razy trudniej, niż się rozpaść

Noemi Wade

22 lata Modelka i niedoszła pani prawnik FC:Willa Holland


Znana, podziwiana, uwielbiana, wschodząca gwiazda światowego formatu. Bardzo szybko udało się jej wiele osiągnąć, w wieku zaledwie 17 lat chodząc w pokazach najlepszych projektantów mody. Idealna sylwetka, twarz, do tego nieprzeciętna inteligencja, pozwalająca rozpocząć jej prawnicze studia. Tak, zawsze chciała robić to, co jej ukochani rodzice, przy okazji bawiąc się modą. Od dziecka była świetnie zorganizowana, bez trudu łączyła więc studia i swoją pasję. Wszystko wokół było idealne, jej rodzina, ona, jej stopnie, można się pokusić o stwierdzenie, że po prostu od urodzenia żyła niczym w zaczarowanej bajce. Czasem jednak wystarczy jedna chwila, aby ową bajkę przemienić w największy koszmar. Chwila, a być może osoba, w jej przypadku ON. Każdy dzień ich znajomości był początkiem JEJ końca. Z pozoru silna, niezależna, bardzo szybko wpadła w jego wir, pozwalając mu sobą manipulować. Niewiele było trzeba, aby owinął ją sobie wokół palca. I tak pojawiła się pierwsza kreska, później kolejna i kolejna, coraz więcej i więcej. Uzależnienie przyszło bardzo szybko, do tego ucieczka i życie w jednej z restrykcyjnych sekt, do której ON należał. Dopiero po upływie dwóch lat jej bliskim, z pomocą policji i prywatnych detektywów, udało się ją odnaleźć i stamtąd wyciągnąć. Już wtedy pewnym było jednak, że to już nigdy nie będzie ta sama Noemi. 

                                                   ***

Gdybyś znał ją kilka lat wcześniej, teraz na jej widok pękłoby ci serce. Wystarczy spojrzeć w jej oczy, aby dostrzec przeraźliwy chłód i pustkę. Nie obdaruje cię uśmiechem, nie zapyta jak minął dzień ani jak masz na imię. Niemal bezszelestnie przemknie obok ciebie, niewidzialna niczym zjawa. Zniknie i rozproszy się w powietrzu jak poranna, jesienna mgła. Nie będziesz chciał jej bliżej poznać, być może nawet nie zauważysz, że przeniosła się do miasta. Czasem jedynie usłyszysz jej przeraźliwy, dobiegający z sypialni krzyk; zagłuszony przez nocne odgłosy natury i dzikich zwierząt. Nie pomożesz jej, okna w jej domu są szczelnie zasłonięte, zabezpieczone lepiej niż w niejednym więzieniu. Nawet jeśli dostrzeżesz ją na spacerze, ujrzysz jedynie zbyt szeroką bluzę, zasłaniającą drobniutką sylwetkę i twarz ukrytą pod kapturem. Nie zgadniesz więc, czy postać w ogrodzie to kobieta czy mężczyzna. Niczego się o niej nie dowiesz, nawet jeśli jakimś cudem chciałbyś ją poznać, to ci się nie uda. Jest jak tajemnica, zagadka, której nikt jeszcze nie rozwiązał.


Dzień dobry wszystkim, bardzo się cieszę, że mogę dołączyć do waszego grona :) Liczę, że Noemi choć troszkę przypadnie wam do gustu i zapraszam do wątków wszelakich  :)
e-mail : szwedzkafanka@gmail.com

Midnight Waltz

rodzony 25 lipca 1980 roku
w Akwizgranie
Dagna & Raphael Lavoie
rodzice
malarka – portrecistka i doktor nauk historycznych

Raphael wyemigrował do Europy po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Winnipeg, gdzie jako jeden z najlepszych absolwentów otrzymał grant naukowy na prowadzenie dalszych badań. Choć do Akwizgranu sprowadził go zmierzch dynastii karolingów, to nie historia, a ukochana kobieta, zadecydowała o jego osiedleniu się tam na stałe.
Julien jest ich jedynym dzieckiem, któremu daleko do racjonalności ojca, bliżej natomiast do romantycznego ducha matki, z którą łączą go bardzo bliskie, przyjacielskie stosunki. Raphael był powodem, dla którego Julien, mając 24 lata, wyjechał najpierw do Norymbergii, gdzie przez pewien czas pracował jako nauczyciel w prywatnej szkole muzycznej, a następnie do Berlina, związując się na stałe z tamtejszą filharmonią – co było szczytem jego ówczesnych marzeń i ambicji. Wszystko po to, by podkreślić swoją niezależność i przysporzyć zafrasowanemu ojcu jeszcze więcej zmartwień.

Cieszysz się, cierpisz, czujesz bardziej, niż inni. To cię zgubi, mój synu.
• skrzypek, dawniej członek Filharmoników Berlińskich, obecnie kompozytor do szuflady i grajek dla samego grania • wnuk mieszkających w Mount Cartier
lutnika i krawcowej
✞ Brianna & Carter Lavoie
dziadkowie
krawcowa i lutnik

Nie było w Mount Cartier osoby, która nie ulegałaby urokowi i charyzmie tego małżeństwa; zawsze uśmiechnięci, serdeczni i witający każdy dzień z niesamowitym optymizmem. Nic dziwnego, że Julien pragnął wracać do nich co roku i czuł się przy nich swobodniej, niż w rodzinnym domu w Akwizgranie. To Carter zaszczepił w Julienie miłość do instrumentu, dając mu podstawy do rozwijania swojego talentu i otwierając mu oczy na jedyną życiową pasję. Pragnienia wnuka stawiał wyżej od uzasadnionych, lecz chybionych ambicji swojego syna, Raphaela.
Po wyjeździe do Norymbergii Julien odwiedzał dziadków coraz rzadziej, aż wreszcie ich kontakty zupełnie się zatarły. Kiedy wrócił do Mount Cartier po ponad dziesięciu latach, okazało się, że Brianna i Carter zmarli jakiś czas temu, a ich dom – jako że nie został uwzględniony w żadnym testamencie – został zlicytowany i obecnie mieszka w nim zupełnie obca osoba. Drewniana szopa w ogrodzie, w której mieścił się niewielki warsztat lutnika i kącik ekscentrycznej krawcowej, została nienaruszona, i nowi lokatorzy nie zrobili z niej żadnego użytku.

Nigdy nie sądziłam, że można położyć się do łóżka o czwartej nad ranem i wstać o świcie wypoczętym i gotowym do działania. Skąd było w tobie tyle energii, ty czorcie?
; jako dziecko spędzał u dziadków trzy tygodnie każdych wakacji • człowiek renesansu – obok skrzypiec upodobał sobie także grę na gitarze i pisanie wierszy • ceni sobie prywatność, samotne wieczory i lampkę czerwonego wytrawnego wina •
wdowiec
✞ Giselle Lavoie
żona
pielęgniarka w DRK Kliniken Berlin

Poznali się przez przypadek, gdy Julien trafił do szpitala po niefortunnym upadku ze schodów. Nie była to znajomość łatwa, bowiem oboje cechowała silna osobowość i sangwiniczny temperament, który żadnemu z nich nie pozwalał na ustępstwa. Zanim zdecydowali się na małżeństwo, na świat przyszła ich nieplanowana córka i to ona przypieczętowała rodzące się w bólach, lecz niezwykle silne uczucie. Uczyli się od siebie nawzajem – on przejął nietuzinkowe poczucie humoru i zamiłowanie Giselle do polskiej literatury, ona z kolei nabyła wrażliwość na piękno i estetyczny zmysł Juliena. Odpowiedzialność za partnera, a także za nowe życie, któremu dali początek, sprawiła, że oboje dojrzeli i wyzbyli się niezdrowego indywidualizmu.
Maleńki świat, który dla siebie stworzyli, legł w gruzach kilka miesięcy temu, gdy u Giselle zdiagnozowano nowotwór trzustki. Było jednak zbyt późno, aby leczenie przyniosło jakikolwiek skutek. Po śmierci żony Julien zdecydował się przerwać swoją karierę i porzucić na jakiś czas dotychczasowe życie, nie mogąc znaleźć w nim dla siebie miejsca. Wyjechał do Mount Cartier w nadziei na odpoczynek i oczyszczenie umysłu, które pozwoliłoby mu na nowo stanąć pewniej na nogach i zadecydować o swojej przyszłości.

Kocham cię, nienawidzę, śnię o tobie i podrzynam ci gardło ostrym nożem. To wszystko, co kłębi się w twoim umyśle, w twoim sercu – potrafisz wypełnić tym drugiego człowieka.
- choć nadal nosi na palcu ślubną obrączkę - i ojciec
dziesięcioletniej mistrzyni akwareli
Heidi Lavoie
córka

Rezolutna i inteligentna dziewczynka. Rodzice nigdy nie mieli przy niej tematów tabu i mimo, że jest tylko dzieckiem, zawsze uczestniczyła w podejmowaniu ważniejszych decyzji i nie bała się wytykać błędów dorosłym. Nie odzywała się do matki przez kilka dni, gdy ta wracała z pracy zbyt późno i nie dotrzymywała obietnicy o wspólnym wieczorze, a papierosy ojca zamieniała na opakowanie żelek wiedząc, że nic nie pomaga na skołatane nerwy lepiej od słodkości. Szybko obdarza zaufaniem i łatwo zawiera nowe przyjaźnie, którymi równie łatwo się nudzi.
Ze stratą Giselle poradziła sobie nad wyraz dobrze; wierzy bowiem, że matka cały czas jest przy niej i trzyma ją za rękę, gdy najbardziej tego potrzebuje. Z Julienem natomiast stworzyła duet nie do rozerwania, gdzie paradoksalnie to ona jest tą opanowaną i bardziej stabilną emocjonalnie połową, od czasu do czasu sprowadzającą ojca na ziemię. Życie z artystą okazało się trudniejsze, gdy odnalazł ukojenie w ciszy zimowego wieczoru, a dzikie ostępy i tęsknotę uznał za największą swoją inspirację, na powrót sięgając do młodzieńczej beztroski i swobody ducha.

Tworzysz tak piękne, wesołe melodie, a grając je w samotności pozwalasz, by po twoich policzkach płynęły łzy. Dziwaczejesz tatku, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
• gość zajazdu „u Annie”
To trochę tak, jak poruszanie się po pomieszczeniu pełnym luster, z których każde ukazuje inne twoje oblicze. W jednym
uśmiechasz się
, a w twoich oczach skaczą tysiące wesołych chochlików; niby pijanych, ale upojonych szczęściem nie mającym swojego źródła w niczym, co jest ci znane. W kolejnym z twojej twarzy znikają rumieńce, a na ich miejsce wstępuje trupia bladość, nie wiadomo czy podbita strachem, zmęczeniem, a może niepewnością co do twojego i cudzego jutra. Są też łzy i smutek pojawiający się dla równowagi, choć tej równowagi nie dostrzega nikt poza tobą samym. Dziwisz się, bowiem zauważasz
spokój
emanujący z rozpuszczonych luźno włosów i ust rozchylonych delikatnie w niewypowiedzianym słowie, na tyle nieistotnym, że niewartym jego uwolnienia. A przy tym tęsknotę za czymś, czego nazwać nawet nie umiesz. Zaciskasz pięści tak mocno, że z przebitej paznokciami skóry zaczyna sączyć się krew, lepka i gorąca jak
gniew
, który cię przepełnia. Przesuwasz palcami wzdłuż wag i linii szczęki, rozerwawszy materiał swojej koszuli marzysz o intymnej pieszczocie, która pozbawi cię rozumu i władzy nad swoim ciałem. Euforia sprawia, że nie dostrzegasz niczego przez zaparowane wilgotnym oddechem szkło i czujesz jedynie mrowienie w dłoniach gotowych do działania. Wstręt. Wstyd. Zażenowanie. Nie możesz uwierzyć, że pojawiają się w zakamarkach twojej twarzy tak często i próbujesz ukryć je przed samym sobą. Wstydzisz się wstydu, czy to nie paradoks?
Wyobraź sobie, że mijasz setki takich zwierciadeł; większych i mniejszych, w drewnianych ramach i pękniętych na całej swojej szerokości. Docierasz do końca pomieszczenia i zdajesz sobie sprawę, że oto odbyłeś najdziwniejszą wędrówkę w swoim życiu – wędrówkę wgłąb samego siebie. Zabawną, straszną, smutną, czasem spokojną, wściekłą,
pociągającą
i niezrównoważoną. Odważyłbyś się na nią raz jeszcze?

*darkpurplemagic@gmail.com
odautorsko

Prawdziwe cierpienie mierzy się tym, co nam odebrano




Jane Olivia Grey

wtorek, 13 XII 1994, Cambridge Bay, Arktyka — córka współwłaściciela kancelarii adwokackiej Grey, Hood & Bates i świętej pamięci historyczki-podróżniczki — nowo przybyła, enigmatyczna pomocnica leśniczego — najmłodsza z piątki rodzeństwa, czterech starszych braci — nieduży domek dzielony z dziadkami, psem Rufusem, a także Fistaszkiem, Orzeszkiem i Liszką — półtora metra dziecięcej budowy ciała, rudawych loków i ciemnych, zielonych oczu

Patrzę na siebie w lustrze, w odbiciu moich własnych oczu obserwując tą samą tęsknotę, którą widziałam u ciebie, kiedy coś szło mocno nie tak: kolejny stracony sukces, ruiny planów i marzeń. Patrzę na siebie, tato, nie potrafiąc pod warstwą zobojętnienia dostrzec już tamtej dziewczyny, co jedno twoje spojrzenie rozświetlało uśmiechem jej twarz. Patrzę i widzę, jak z mojej skóry znikają tamte znaki, które lubiłeś mi zostawiać przy każdej okazji; na tyle mocne, bym oglądała je non stop i na tyle skryte, by nie zauważył ich nikt inny. Wiesz, co powiedzieliby ludzie i wiesz, że z braku wiedzy o nas nie powiedzą nic. A my, ty i ja, tato, nie przyznamy się do tej minuty słabości.
Myślę czasami nad wszystkim, co kiedykolwiek stało się pomiędzy nami, zastanawiając się, czy i ty snujesz podobne rozważania, po czym dochodzę do wniosku, że nie – w przeciwnym razie byłbyś jak ja, słaby i niepewny kolejnego kroku. A przecież twoje ruchy zawsze są wprost nieznośne w swym perfekcjonizmie, wyważone aż do momentu, gdzie emocje biorą górę nad rozumem. Wówczas zaciskasz dłonie, zaciskasz je tak mocno, jak gdyby świadomość, że jednym gestem możesz przełamać mnie na pół, przestała ci wystarczać. Nie mylisz się sądząc, iż na to zasłużyłam, bo dobrze wiem, że nie jestem – dobra, czysta, nieskazitelna jak ty – lecz mimo wszystko nigdy nie pozbędę się wrażenia niesprawiedliwości, przenikającego mnie aż do bólu. Powiedz, tato; kiedy widzisz, że wali się świat, żałujesz – że to już koniec, czy że nie przyłożyłeś do tego ręki?
Złamać można wiele rzeczy: ząb i gałąź drzewa, nogę, kark; nawet serce. Mój głos łamie się, zanim zdążę wysłać w przestrzeń wszystko to, o czym powinnam milczeć – efekt tej głupiej, rozgrzewającej duszę nadziei, że kiedykolwiek usłyszę od ciebie chociażby głupie "przepraszam". Choć przecież dobrze wiem, że ty nie przepraszasz, nikogo i za nic. Zerkasz tylko uważnie; mam wtedy wrażenie, iż prześwietlasz na wylot wszystkie moje kłamstwa i grzechy, i chociaż niegdyś twe oczy łagodniały w zetknięciu z moją twarzą, dziś wyraźnie obojętnieją.
Czy można tęsknić za czymś, czego się nigdy tak naprawdę nie miało? Czy to możliwe, by nieustannie rozdrapywane rany w końcu przestały się zrastać? I czy można: krwawić metaforycznie – a umierać naprawdę?

Oddam braci w dobre ręce;
pain.osteogenesis.imperfecta@gmail.com

Smoke. Bake. Yell.

Maxime Carter

35 lat piekarka zrzęda

Zgorzkniała kobieta, szorstka w obyciu niczym papier ścierny pomylony z toaletowym. Gdyby miała porównać do czegoś swoje życie, to pomyślałaby o czarnej, zimnej kawie. Cierpka, zostawia po sobie kwaśny posmak i wykręca usta w nieprzyjemnym grymasie. Nikt takiej nie pija, a jej przyszło opróżnić bezdenne wiadro i wydaje się, jakby cała ta ostygnięta kawa przesiąkała do jej wnętrza, wypełniając każdy zakamarek. Nie tworzy przyjemnego towarzystwa, a ciągnący się za nią smród papierosów odsuwa od niej większość ludzi. Wgryza się w poplątane włosy, w kołnierz swetra, w zachrypnięty głos. Kaszel stara się zasygnalizować potencjalny problem, ale ona ma już dość problemów i odpowiada niewyrafinowanym przekleństwem. Pozbawiona kobiecości doszczętnie przez byłego męża wtórna choleryczka. Drażliwa, niechętna, wygaszona przeszłością. Niezgrabnie porusza się po własnym domu, obijając się zawsze o te same meble, nie licząc już siniaków na biodrach. Wiecznie niewyspana, marudząca na wszystko dookoła. Kobieta, której się nawet nie chce stwarzać pozorów klasy. Stojąca przed czarniejącym lustrem, w spranej bieliźnie, rozczochranych włosach. Nie ma siły z nimi walczyć, przeklina dzień, w którym zaczęły się kręcić jak opętane. Ubrudzona mąką, oblana wrzątkiem, narzeka na bolące ramiona, na ciasto pod paznokciami. Swoje życie rzuciła w kąt, nie chce do niego wracać, chociaż cały czas dostaje listy i spogląda na znienawidzoną twarz w ramce. Brak jej jednak jakiejś motywacji, jakby wszystko straciło sens dawno temu i jedyne, co pozostało, to tkwić w Mount Cartier, tkwić w piekarni i kłótniach z ojcem, w starym pick-upie z wiecznie zimną kawą w ręku. Wrzeszczeć na siebie, wypowiadając słowa, które nijak mają odzwierciedlenie w myślach. Wyrzucać sobie winy sprzed dziesięciu lat, a gdy któreś zamilknie, uświadomić sobie o przekroczeniu pewnej granicy.
Bowiem nagła cisza z ust Maxime to znak, że czas brak nogi za pas.


Witam ponownie, mam nadzieję, że tym razem jednak na dłużej. Znów Maxime, znów piekarka. Nie gryzie tak bardzo, jakby się mogło wydawać, także zapraszam!

Codziennie upadam, codziennie się waham, codziennie podpieram, ale dźwigam cały mój świat i dźwigać będę

SCARLETT DOUGHERTY 
WIĘCEJ • POWIĄZANIA • GALERIA

  Nie boję się śmierci. Dlaczego miałabym się bać? Na każdego i tak przyjdzie pora, a śmierć przyniesie mi ze sobą ulgę i wieczny spokój. Nie możemy tego przewidzieć ani od niej uciec. Umiera nasze ciało, ale nigdy nasz duch, on zawsze pozostaje gdzieś na Ziemi.  Mimo to, że moje ciało z dnia na dzień wyraźnie słabnie, to moje duchowe wnętrze stale rośnie w siłę. Gdy masz świadomość, że umierasz, że może w każdej chwili cię zabraknąć nie odkładasz niczego na potem, bo potem może okazać się zbyt późno. Realizujesz wszystko co sobie zaplanowałeś, naprawiasz popełnione błędy i cieszysz się z najdrobniejszych chwil.  
  Patrzę w lustro i widzę kogoś kto osiągnął więcej niż osoby, którym będzie dane żyć dłużej niż mi. Czuję się spełniona.  Budzę się każdego ranka, biorę wdech pełną piersią dziękując Bogu za kolejny dzień życia.  Każda minuta, godzina, każdy dzień, tydzień dla mnie stanowi niepowtarzający się unikatowy czas.  Żyję z dnia na dzień, nie przejmując się tym co ma być i tym co będzie, funkcjonuję tak jakby miały być to ostatnie chwile mojego życia. Choroba nigdy nie stanęła mi na drodze do spełnienia marzeń. Nie przeklinałam w duchu, zastanawiając się dlaczego właśnie padło na mnie. A dlaczego by nie? Dlaczego miałby być to ktoś inny, skoro to w moim scenariuszu życia spotkał mnie taki epizod? Każdy ma swoją drogę do przejścia, której biegu nie jesteśmy w stanie w żaden sposób zmienić.  


__________________________________________________________
Scarlett nie jest smutną postacią i pragnę to bardzo mocno zaznaczyć, gdyż karta może zaprzeczać temu co mówię :D Zapraszam ponownie na wątki oraz powiązania! Śmiało! Przyda jej się ktoś do kochania oraz przyjaciel.  Nie obiecuję częstych odpisów.
Fc: Angelina Jolie

Oh to live in a paper house again, where we grew by the light of the moon

Ella Larson

26 lat barmanka w BnB FC: Zoe Barnard

Jej życie od dawna kręci się wokół brata — starszy o dziesięć lat Victor był początkowo jej wzorem, po śmierci rodziców także opiekunem, jednak te role odwróciły się po wypadku, któremu uległ podczas pracy jako drwal. Do pracy wrócić nie może, ubezpieczenie zdążyło już zniknąć, renta jest niewielka, a Victor coraz częściej nie wie, który kieliszek powinien być ostatnim. Ella zawsze była jedyną osobą, która potrafiła przemówić mu do rozsądku, ale ostatnimi czasy udaje jej się to coraz rzadziej, za to częściej ukrywa siniaki, tłumacząc brata przede wszystkim przed sobą. Lubi wszystkich, zresztą z wzajemnością. Dogada się ze zrzędliwą sąsiadką, pijanym rybakiem, kapryśnym dzieckiem i panią w urzędzie. Zawsze uśmiechnięta, chętna do rozmowy, dobrze słucha i na wszystko ma odpowiedź, prawdopodobnie dlatego sprawdza się w pracy za barem. Nigdy nie wyjechała dalej niż do Churchill, a brak podróży wynagradza sobie książkami, które chłonie jak gąbka i gromadzi na wszystkich wolnych powierzchniach w domu po rodzicach. Gdzie nie ma książek, tam stawia kolejne rośliny, coraz śmielej eksperymentuje w kuchni, a kiedy gotuje, to śpiewa, mimo że słoń jej na ucho nadepnął. Lubi wspinaczkę i wykańczające spacery, dużo biega i prowadzi zajęcia z gimnastyki dla dzieci. Żyje życiem wszystkich rodzin w okolicy, uciekając od własnego i choć dużo mówi, to niewiele można się o niej z tej paplaniny dowiedzieć.


Cześć! Mam nadzieję, że Ella mi się tutaj zadomowi na dłużej. To dobre dziecko i na pewno z każdym się dogada, chyba że ktoś bardzo tego nie chce. Wizerunku użycza Zoe Barnard (drugie zdjęcie zalinkowane w nazwisku), a w tytule śpiewa Lisa Hannigan. Bawmy się!
kontakt: i.am.william.of.orange@gmail.com

Darkness exists to make light truly count

benjamin fawley

35 lat stolarz w Mount Cartier od zawsze

Zaczęło się od dłubania w drewnie za dzieciaka. Jego ojciec był drwalem, ojciec jego ojca również, a wuj piastował stanowisko stolarza, więc zawsze znalazło się jakiś kawałek do podrzucenia małemu Benowi do zabawy. Jako nastolatek strugał zabawki, które sprzedawał za grosze albo oddawał za darmo tym, których nie było na nie stać. Szczęśliwym trafem jego hobby przerodziło się w zawód, i od ponad piętnastu lat utrzymuje się z ręcznego wyrobu mebli, nieraz eksportując je poza granice miasteczka.
Przez długi czas był bardzo szczęśliwy. Mieszkał w rodzinnym domu z rodzicami, żoną i psem, dobrze mu się powodziło - a wtedy rodzice zmarli, żona odeszła, a on został sam z psem, Frodo.
Każdego wita z uśmiechem, nawet jeśli czasem jest on nieco wymuszony. Zdarza się, że ludzie przychodzą do jego warsztatu tylko po to, by porozmawiać, bo nawet jeśli on sam nie jest zbyt ogarnięty, to całkiem dobrze potrafi ogarniać innych. A to że jego życie nie trzyma się kupy, to inna sprawa.

powiązania

_____________________________
Kartę sponsorują Sleeping At Last i Colin O'Donoghue.
Beniek jest bardzo miły, tulaśny i w ogóle. Trochę go poturbowało w życiu (ale, ale, nie zdradzamy wszystkiego na starcie), lecz mimo wszystko da się go ukochać.
Bawmy się! :D

Życzenia się spełniają, więc uważaj, czego sobie życzysz




Maisy Howe
dumna Kanadyjka ————— osiemnaście lat ————— pracownica „Bookmarks”

Psy miały instynkt. Cztery łapy. Ogon i futro, w którym można było skryć się w chłodniejszy dzień. Delikatny, zimny i mokry nos; a nosem tym trącały, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Miały dobry węch i słuch lepszy niż ludzki. I oczy – dobre, miłe, o łagodnym wejrzeniu, potrafiącym uspokoić nawet najbardziej wściekłego człowieka.

To właśnie psy znalazły Nieznajomego.
Mieszkał w lesie i marzł, ale mimo to nie chciał pomocy. Nosił powycierane spodnie, cienką kurtkę i długą, skołtunioną brodę. Znał milion opowieści i, wydawałoby się, każdą drogę na całym świecie, a osiadł tu. Nigdy o tym nie opowiadał, a nikt nie pytał, bo powszechnie nie wiedziano o jego istnieniu.
I taki stan rzeczy chyba mu pasował.

Wdzięczność odbijała się w jego oczach, kiedy jadł kanapki, zupę, a psy przytulały się do niego, łaknąc pieszczot. Lubił zwierzęta. Dzielił się najdrobniejszą resztką pożywienia z regionalnym ptactwem; bezdomne koty łasiły się do niego, chociaż unikały większości miejscowych. 

A potem zniknął.

– Nie martw się, mała. – Brat niedbale przeczesał włosy palcami. – Ma łeb na karku. Tacy jak on zawsze znajdą drogę...

... jeśli tylko będą tego chcieć.

Ale teraz psy już nie mogły ci pomóc.

pełne dane: Maisy Jaycee Howe ————— data urodzenia: 23 XI 1999 (wtorek), Juneau, Alaska ————— aparycja: sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, chudziutka i o dziewczęcej twarzyczce, wielkie oczy koloru indygo, jasne włosy do bioder ————— rodzina: starszy brat, dziesięcioletnia siostrzyczka i opiekuńcza babcia ————— miejsce zamieszkania: obecne niewielki domek w Mount Cartier, z przytulną łazienką i własnym pokoikiem ————— dodatkowe: ukończyła szkołę średnią na alasce, na chwilę obecną pracownica biblioteki&antykwariatu „Bookmarks”; córka chirurga i przewodniczki turystycznej, z zamiłowania posiadaczy psiego zaprzęgu samojedów sztuk dziewięć; ma leniwą kotkę o imieniu Masza i psa Ivo

Foteczki się zmieniają. A my debiutujemy. Cześć!
Pod pochyłymi wyrazami kryje się mnóstwo zdjęć. Wybaczcie.
PS Braciszek poszukiwany!