A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link

Zawsze znajdzie się ktoś, kto zepsuje Ci dzień, a czasem całe życie




Diana Lam
30 lat Fryzjer samouk FC: Diane Kruger

Świat nie ma odgórnie przypisanego sensu. Trzeba mu go nadać samemu...

Ciężko nie wpaść w sidła moralnego kaca, gdy przy każdorazowym wspomnieniu dawnej wiary, którą w tobie pokładano, uświadamiasz sobie, jak bardzo spieprzyłaś. Bywają dni, że krótko przed wschodem słońca, budzik wyrywa cię ze snu, schodzisz do kuchni zrobić śniadanie, a na twoim koncie lądują już trzy minusy. Nieistotne za co. Trudno jasno określić, w którym momencie coś poszło nie tak. Być może stało się to jeszcze w czasach beztroskiego życia, gdzieś między kolejnymi podartymi spodniami, a  nieudanym polowaniem na jaszczurki. Rzeczy, które robiłaś zawsze, niegdyś uchodzące za urocze, dziś jedynie irytują lub wywołują grymas politowania na twarzach otaczających się ludzi. Ale złudne poczucie bezpiecznej stałości paraliżuje cię tak mocno, że nawet nie próbujesz niczego zmieniać. Przez krótką chwilę, blisko dziesięć lat temu, do głosu doszły rady rodziców. Być może przemawiały przez nich własne, niespełnione ambicje, a może jedynie chcieli dla ciebie czegoś więcej niż dla siebie samych. Pogoń za wykształceniem i lepszym życiem zakończyła się jednak szybciej, niż można by przypuszczać. Po niecałych dwóch latach na powrót zagościłaś w Mount Cartier, tym razem już na dobre. I żyjesz... w niewielkim, drewnianym domku z zepsutą pralką i mężem awanturnikiem, który pełen kieliszek przekłada nad coś, co inni określają ciepłem domowym. Jedyne, co ci naprawdę wyszło, to całkiem dobre opanowanie nożyczek fryzjerskich i umiejętność przekonywania innych, że twoje życie jest dokładnie takie, jakim je sobie wymarzyłaś. Bo przecież wszystko jest w porządku.

myśli
miejsca

__________________________________________________________________
Halo, hej.
W tytule Bukowski. Jaka Diana jest, każdy widzi, mam nadzieję, że się odnajdziemy i zasiedzimy na dobre. Jestem chętna na wszelkie zawiłości, utrudnienia i trochę nudy <3 Jedyne, co musicie wiedzieć, to to, że mimo szczerych chęci, damsko-damskie mi nie idą. Innych ograniczeń nie ma. 

Chodźmy trochę namieszać. 
Wątki: 2/5: Nick, Jasper

26 komentarzy:

  1. Brzydki maz, mam go od ciebie odgonic? Potrafie bronic kobiet, jak chce, ale nie zawsze mi sie chce. Bo czasami sam przez to moge oberwac... Zwlaszcza od tych, ktorzy wola uzywac argumentu piesci od slowa. xDDD

    Jordan "Wilk" Wallace

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ależ nam się grono postaci rozrasta! Hej. Już miałam napisać, że ktoś tu wreszcie wiedzie spokojne życie, ale informacja o mężu wybiła mnie z rytmu. I to nawet bardzo, bo żeby nie naprawić pralki? No na litość... Skąd się w MC tacy faceci biorą :D Od Diany bije ciepło i zakładam, że bardzo przyjazna osoba to jest, więc liczę że szybciutko przyjdzie do niej szczęście, bo na takowe zasługuje :) Rozgośćcie się, bawcie się tutaj wyśmienicie i jak najdłużej! :)]

    Octavian, Ferran & Cesar

    OdpowiedzUsuń
  3. [ serio nie wiem, co te kobiety z Mount Cartier uczyniły, że niemal każda jest nieszczęśliwa i samotna mimo zwiazku/rodziny/przyjaciół! Jakaś klątwa czy co...
    Witaj! Pani prócz ciepła i smutki, wydaje się posiadać ukrytą gdzieś pod serduszkiem siłę, bo ani nie ucieka, ani nie płacze i wytrzymuje dzielnie to, co jest ;) oby w jej życiu zawitało słońce i wszystko ułożyło się ku lepszemu, w szczególności relacja z mężem :) niechże on wreszcie naprawi pralkę!
    Baw się dobrze, życzę i wątków i weny i czasu na dobrą zabawę :) jeśli potrzeba jej kogoś, kto dużo mówi i jeszcze więcej się śmieje, zapraszam do Solinki ;) ]

    OdpowiedzUsuń
  4. Niezwykle urocza postać z nieciekawym mężem, którego problem mam nadzieję, że w jakimś wątku się szybko rozwiąże, a Diana z uśmiechem spojrzy na Mount Cartier.

    Miłego i długiego pobytu życzę, Pani Myśliwy - Rita Roy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć! :)
    Bardzo fajna pani z Diany, a Twój styl pisania mi nieodparcie kogoś przypomina - w najlepszym tego znaczeniu, zapewniam!
    Gdybyś miała ochotę na wątek, zapraszam do Nicka. Pewnie byłabym nawet chętna na przejście Pana Męża, jeśli kogoś na niego szukasz, albo Pana Brata; acz w żadnym przypadku nie mogę obiecać częstych odpisów, niestety :(
    Póki co, baw się dobrze! :)]

    Nick Everest

    OdpowiedzUsuń
  6. [Napisałam jedynie prawdę :) Swoją drogą, przepraszam za bardzo okrojone powitanie Diany; w sumie w ogóle nie skomentowałam jej postaci, a naprawdę fajnie Ci wyszła - do bólu życiowo, acz w żadnym stopniu nudno :] Mam nadzieję, że Diana odnajdzie znowu siłę i wiarę we własne możliwości i osobę, gdyż odnoszę wrażenie, że z wiekiem - z tych lub innych powodów - je zatraciła... Życie potrafi w końcu czasami człowiekowi mocno podciąć skrzydła, a w dorosłości nietrudno się czasami pogubić :/
    Bez obaw, nawet jeśli Ty, to nie Ty; Twój styl i tak bardzo mi się podoba, z chęcią więc coś wspólnie napiszę! :) Dobrze zrozumiałam, że masz ochotę na wątek? Nick jest w MC nowy, ale to w sumie taki złota rączka w sprawach mechaniczno-inżynierskich, więc mógłby spojrzeć na pralkę Diany, a nuż zdołała w czymś pomóc xD
    Jeśli chodzi o moje ewentualne przejęcie którejś z Twoich pobocznych postaci - o ile jesteś na to chętna, oczywiście - to w sumie podobają mi się oba powiązania :) Lubię relacje platoniczne: siostrzano-braterskie lub braterskie; ale marudny mąż-awanturnik, który chyba taki całkiem zły nie jest, również jest kuszącą wizją. Na którejś z tych relacji zależy Ci odrobinę bardziej? :)]

    Nick Everest

    OdpowiedzUsuń
  7. [Nie lubię witać dla samego witania, ale czasami brak mi pomysłu, jak kogoś należycie zagadać, nawet po przeczytaniu kp xD Ale skoro miałaś właśnie taki zamysł na Dianę, to gratuluję udanej próby przetworzenia jej 'na papier'; czasami postać nie do końca wychodzi nam w praktyce tak, jak zamierzaliśmy :/
    Możemy założyć, że Nicolas rzeczywiście zawitałby w salonie, w którym pracuje Diana :) Przystrzyżenie od czasu do czasu włosów, to w końcu podstawa; w Mount Cartier, czy nie xD Na poważnie jednak, jest to zawsze odpowiedni punkt zaczepienia, a gdzieś po drodze, od słowa do słowa, może się okazać, że to czy tamto urządzenie nie działa i może Nick byłby w stanie pomóc :) A z czasem, kto wie? Rzeczywiście może się z tego nawiązać siostrzano-braterska relacja; tym bardziej, że Nicolas doskonale wie, jak to jest żyć z trudnym małżonkiem xD
    OK, w takim razie zapewne zdecyduję się na Pana Męża; niebawem odezwę się do Ciebie na maila :) I zapewniam, że doskonale rozumiem, czym jest nazwa i adres mailowy stworzony pod wpływem chwili :D]

    Nick Everest

    OdpowiedzUsuń
  8. [Właśnie to miałam na myśli :) MC jest na tyle małe, że raczej osobny lokal dla salonu fryzjerskiego nie byłby potrzebny :P Wybacz brak sprecyzowania ;)
    O jejku, nie lubię autorom mówić, na jaką długość mają pisać; to kwestia bardzo indywidualna... Sama z reguły piszę na minimum okolice 450 słów, bywa znacznie więcej, bywa rzadziej mniej; więc pisz, jak Ci tylko wygodnie, proszę xx Z doświadczenia wiem, że pierwsze komentarze są często dłuższe od pozostałych, więc jeśli Ci wygodnie, możesz się rozpisać, a w miarę pisania znajdziemy własne tempo i długość...? I jasne, pasuje mi takie rozwiązanie, skoro nie lubisz pisać od samego początku :) Jak najbardziej ma to dla mnie sens :P

    P.S Mail powinien już na Ciebie czekać :)]

    Nick

    OdpowiedzUsuń
  9. [To nawiązanie do Zielonej Mili? Głupio nawet przyznać, ale mam ani nie oglądnięte, ani nie przeczytane, chyba najwyższy czas nadrobić te zaległości.
    Nie, Duncan się nie czuje zduszony przez Mount Cartier, jeszcze by tego brakowało. Jemu się oberwało dopiero, kiedy wyjechał na studia, a odkąd wrócił do domu jest tylko lepiej i nawet już jakoś się pozbierał. A przynajmniej wierzy, że prędzej czy później musi zacząć dziać się lepiej.
    Dziękuję za komplementy, Diana również jest bardzo zacną postacią. Tak zacną, że aż zapytam: napiszemy sobie jakiś wątek?]

    Duncan Harmon

    OdpowiedzUsuń
  10. [Zielona Mila oficjalnie dodana na listę do przeczytania i do obejrzenia.

    No właśnie, że nie bardzo wiem, jak tę Dianę by tu ugryźć, chyba żeby zrobić z Duncana jej stałego klienta (całe szczęście z łysieniem to on jeszcze nie ma problemów), ale jakoś nie bardzo wiem, co by to dało. No chyba, żeby jako ten stały klient mógł zauważyć, że z Dianą nie do końca jest wszystko tak, z winy jej męża, który widzę, że do najprzyjemniejszych ludzi nie należy, ale najwyraźniej dobrze się maskuje. Podpowiedz mi, proszę, jak ty to widzisz.]

    Duncan Harmon

    OdpowiedzUsuń
  11. [A, to się świetnie składa, że w ten sposób o tym pomyślałaś. Więc znają się, oboje są już po pewnych przejściach, dziwnie by było, gdyby nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. Zafundujmy im więc spotkanie i zobaczymy, jak to poleci.

    + dzięki za wyjaśnienie, dopiero się przyzwyczajam do tego, że w Mount Cartier nie wszystko działa tak, jak w innych miejscach. ;)]

    Duncan Harmon

    OdpowiedzUsuń
  12. [Mam jedno zaczęcie do zrobienia, więc jeśli nie masz nikogo w kolejce, to zacznij.]

    Duncan Harmon

    OdpowiedzUsuń
  13. Co chcesz powiedzieć poprzez szukanie nowych plusów w miasteczku? ;>

    Jordan

    OdpowiedzUsuń
  14. [Jestem za zamieszaniem! Diana jest cudowna, a wizerunek wprost idealny. <3
    Skoro wszyscy są w jednym wieku, śmiem twierdzić, że Willy kradł jabłka razem z bratem i mężem Laury w wieku nastoletnim. :D]

    William

    OdpowiedzUsuń
  15. [Urodziny brata brzmią super. Ostrzegam jednak, że Willy na pewno wypije za dużo i włączy mu się smutas, a Diana będzie jedynym ramieniem, na którym będzie mógł się wypłakać, wyczuwam więc już aferę z jej mężem. :D]

    William

    OdpowiedzUsuń
  16. W rzeczy samej, wszystko miało swoje granice - w przypadku Nicolasa, tyczyło się to Mount Cartier; a dokładniej, małomiasteczkowej mentalności, niemożliwości normalnego wykonywania swoich obowiązków zawodowych i obecności Meredith. Skończywszy właśnie telefoniczną awanturę z siostrą, nie zważając przy tym na obecność innych w sklepie ogólnym; poczuł nabierającą z każdą minutą na sile migrenę. Plus był taki, że szczerze wątpił, by którykolwiek z mieszkańców był biegły w walijsko-francuskiej mieszance językowej, w której do siebie z Susette mówili. Zresztą, nawet gdyby dziwnym trafem byli, naprawdę nie dbał o ich opinię o sobie; nie był tutaj bynajmniej w celach rekreacyjnych i nie planował nawiązywać z żadnym z tutejszych bliższej znajomości, jakiegokolwiek typu. Równie owocna w niemal stan przedzawałowy, okazała się być dla mężczyzny wymiana maili z Markiem lub też raczej, jej próba... Złapanie jakiegokolwiek zasięgu w Mount Cartier, graniczyło bowiem z cudem. Dobrze, że do osiwienia było mu już bliżej, jak dalej; o jedno zmartwienie mniej.
    Dotarłszy do wynajmowanego w pensjonacie pokoju z numerem siedem, westchnął ciężko, odrzucając na bok papiery; do których wypełnienia nie miał teraz głowy, mimo chęci i - przede wszystkim - konieczności. Nie chodziło o to, że nie ufał Marcusowi, czy uważał, że jego brat z wyboru nie podołała owemu zadaniu; znał jednak starszego bruneta na tyle, by wiedzieć, że powierzenie mu go, prędzej czy później, będzie dla samego Nicolasa oznaczać dwa razy więcej pracy. Percival nie miał bowiem najmniejszej cierpliwości do czysto logistycznej strony prowadzenia wspólnego interesu; a ta, była kluczowa dla dalszej przyszłości firmy. Urok Marka nie wszystko mógł załatwić, wbrew temu, co Amerykanin sobie ubzdurał; nie dziwota, doprawdy, że miał już za sobą dwa rozwody. Czasami Nick ledwo wytrzymywał z wciąż niedojrzałym w wielu kwestiach przyjacielem.
    - Cześć, piękności - przywitał czule swoją kotkę, która na widok walijskiego Francuza, zaczęła pomiaukiwać, skarżąc się bez wątpienia na zostawienie jej samej w pokoju na dłużej, niż krótką chwilę. Chociaż obecność zwierzęcia i wkrótce pełne zadowolenia mruczenie, pomogło Nicolasowi ukoić nieco nerwy, nadal go nosiło. Och, ileż by teraz dał, by móc popracować nad swoją ciężarówką, zostawioną na parkingu w Winnipeg...! Mechaniczne prace uspokajały bruneta, jak nic innego. W dodatku teraz, z Meredith zaledwie dwa drzwi od niego; ich stosunki nie uległy bowiem żadnej poprawie, nie. Jeśli już, zdawali się siebie jedynie bardziej nawzajem drażnić; acz może była to wina ten zapchlonej dziury, w której oboje wychodzili z siebie, przywykłszy do zupełnie innego tempa zjawiska, znanym szarą rzeczywistością w wielkiej metropolii.
    Uciszywszy stanowczo w głowie głos, mówiący mu, że wcale nie miał awersji do podobnych do tutejszych okolic, mieszkając przez pewien czas w równie odciętych od świata lokalizacjach już wcześniej; poderwał się niespodziewanie z łóżka, na którym dopiero co usiadł, na nowo zarzucając na siebie zimową kurtkę i zakładając - na całe szczęście - ciepłe buty. Musiał zapalić; najlepiej kilka papierosów pod rząd, a średnio widziało mu się niefortunne uruchomienie alarmu przeciwpożarowego. Z doświadczenia wiedział, że było o to doprawdy nietrudno. Tym razem nie zdołał przekonać Bonnie do pozostania w środku, chowając ją bezpiecznie pod kurtką; jak na ledwo odrastającego od ziemi futrzaka, była niebywale uparta i przekonywująca; nie mówiąc już o tym, że doprawdy gadatliwa i... cóż, urocza. Albo Everest był po prostu miększy, niż pozwalał wszystkim wokół sądzić; z sobą samym na czele. Nie dalej, jak dwie minuty później, przechadzał się więc z kociakiem na zewnątrz, po kilku próbach zapaliwszy w końcu pomyślenie papierosa i mimo srogiego wiatru oraz sypiącego wciąż obficie śniegu, obserwując okolicę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pewnym momencie jego oczom ukazał się widok, przez który przeklął barwnie w myślach sam siebie za spowolnione w ostatnim czasie myślenie; a mianowicie, męża miejskiej fryzjerki. Diane...? Diany; tak, na pewno Diany, poznanej przez Francuza przed paroma dniami. Daleko było mu do krytycznego oceniania innych, gdyż mimo wrodzonego zapewne sarkazmu, z reguły nie kpił w żaden sposób z ludzi; lecz ten konkretny osobnik mimowolnie wywołał u Nicka grymas na twarzy. Nawet jeśli wyglądał pozornie normalnie, nie wyróżniając się niczym od większości mieszkańców, może poza niemałym wzrostem; dorastanie z matką-funkcjonującą alkoholiczką, a później ojcem, któremu szkocka była równie bliska, co praca; dawno temu nauczyło Everesta rozpoznawać objawy przepicia. Nie mówiąc już o tym, że dwa, wybitnie nieudane związki, wyczuliły mężczyznę na dostrzeganie podobnych spraw wokół siebie.
      Przeklął jednak nie przez - o ile dobrze pamiętał - miejskiego kapitana portu, lecz skojarzenie jednych z słów Diany, o niefunkcjonującym sprzęcie codziennego użytku. Sądząc po tym, jak mąż kobiety krążył wokół domu, oddalając się za każdym razem, gdy zdawał się być bliski wejścia do środka; wątpił, by stan urządzenia uległ naprawie. Nick jeszcze dobrze bowiem pamiętał, jak w podobnych chwilach sam się zachowywał. Nim zdążył zmienić zdanie, zaraz po tym jak skończył drugiego papierosa, ruszył w kierunku domowego zakładu fryzjerskiego; kątem oka dostrzegając, jak współmałżonek jasnowłosej, oddala się w stronę lasu. Cóż, atak niedźwiedzia raczej mu nie groził, chyba że był on wybitnym pechowcem; najpewniej także na tym zadupiu zapadały one w sen zimowy. Takie już piękno przyrody.
      - Zapewne mnie pani pamięta; Nick Everest - przywitał młodą Kanadyjkę, gdy chwilę po tym jak zapukał do niezbyt dużego, ale nawet z zewnątrz przytulnie wyglądającego domu; otworzyła mu ona drzwi. Mimo niezaprzeczalnej urody, nie wyglądała najlepiej, a jej niebieskie oczy wyrażały aż za dobrze znany mężczyźnie smutek. - Wspomniała pani o zepsutej pralce, gdy się poznaliśmy... Problem nadal aktualny? Sądzę, że byłbym w stanie pomóc - dodał chwilę później, posyłając jej lekki, ale szczery uśmiech. Nie była to co prawda jego ciężarówka, ani nawet samochód; lecz lepszy rydz, niż nic, jak mawiają. Poza tym, fryzjerka była jedną z nielicznych w Mount Cartier osób, której lepsze poznanie, nie brzmiało dla Everesta tak źle. - Och, a to Bonnie. Mam nadzieję, że jej obecność nie stanowi problemu? - spytał, gdy z niedopiętej kurtki, wysunął się koci łepek, wyraźnie ciekawy tego, co się dzieje. - Nie lubi zostawać samej.

      [Wyszło Ci super, zapewniam :) Dzięki raz jeszcze za rozpoczęcie xx
      Sama z kolei przepraszam za zwłokę oraz jakość tego powyżej; rozkręcę się :)]

      Nicolas

      Usuń
  17. [A ja wcale cichutka nie będę i wydam z siebie bardzo długie i bardzo głośne woooow, bo zdecydowanie od swojej wesołej twórczości wolę poczytać to, co nam tu sprezentowałaś! Przeszło mi przez myśl, że nasi bohaterowie są w jakimś stopniu do siebie podobni, choć mają teraz do czynienia z innymi życiowymi zawirowaniami. Intrygująca relacja z mężem, podobnie jak tajemnica, którą skrywają; nie wiem, czy bardziej ciekawiłoby mnie wyprostowanie tego awanturnika, czy może popchnięcie go jeszcze głębiej w ten bałagan (niedobra ja). W każdym razie, bardzo dziękuję za przemiłe powitanie i gdyby kiedyś zabrakło Ci kogoś do zawiłości, utrudnień lub nudy, wiesz gdzie nas szukać :D]

    Theo

    OdpowiedzUsuń
  18. [hej jeszcze raz :D przyszłam zapytać, czy ona nie potrzebuje przyjaciółki? :D i czy ściełaby włosy za blachę ciasta? xD są z Sol w podobnym wieku, więc może by się dogadały? :) ]

    OdpowiedzUsuń
  19. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  20. Zapewne niejednego zdziwiłby fakt, że dorastając zaledwie kilka domów od siebie, ukształtowani w dzieciństwie i wczesnej młodości przez te same wartości społeczne, a w niejednym również kulturowe; Diana i Jasper mogli wyrosnąć na tak różnych od siebie ludzi. Czasami jednak, pewne wydarzenia, szczególnie te zaznane lub zaobserwowane u progu życia, przeważały na uformowaniu każdego w bardzo konkretny i indywidualny sposób, bez względu na to, skąd się, czysto geograficznie, pochodziło. Decydowały o podstawach charakteru, kreowały nieświadome odruchy i przyzwyczajenia, a często także przesądzały o czyjeś, wciąż rozwijającej się w młodości osobowości.
    Nawet z porównaniem do Di, Jack nie miał złego dzieciństwa, nie. Przynajmniej nigdy nie określiłby tamtego okresu w podobny sposób, wychodząc z założenia, że nikt nie miał go idealnego, ale nie znaczyło to, że niewinne lata nie mogłyby być mile wspominane, czy zwyczajnie dobre. Nie pojmował ludzi, którzy winą za wszystko w swoim losie, obarczali rodziców; samym uparcie umywając się od odpowiedzialności za cokolwiek; zupełnie jak gdyby matka i ojciec winni byli przeżyć za nich życie. Tak, od zawsze tkwił w nim silny instynkt opieki nad najbliższymi osobami; potrzeba dbania o ich bezpieczeństwo i zdrowie; czy, po prostu, ogólny dobrobyt. O ile w pierwszych latach życia, objawiało się to głównie szczerą, zapewne urokliwą, choć nie zawsze efektywną i przez to męczącą dla dorosłego, chęcią pomagania rodzicom w codziennych czynnościach; o tyle wraz ze śmiercią mamy, coś w nim pod tym względem pękło. Jego zaangażowanie nabrało na intensywności, przybierając formę podobną do tej, z którą dzisiaj obsesyjnie dbał o książki, przenigdy nie wyginając brzegów i dostając istnych skrętów żołądka, gdy ktoś to robił przy nim; a co dwa dni, czyszcząc z kurzu każdą z osobna. Jej nagła utrata sprawiała również, że stał się nadopiekuńczy względem pozostałych mu najbliższych; czym nie wątpił, że doprowadzał czasami do obłędu w młodości Jima, a obecnie nawet Dianę, jakże złaknioną poczucia bezpieczeństwa; w szczególności po niedawnej śmierć rodziców.
    Nigdy nie był jednak wymarzonym synem pastora, nie czując szczególnej więzi z Bogiem i średnio wyznając którekolwiek z wpojonych mu na przestrzeni lat, czysto chrześcijańskich zasad i obowiązków. Częściej niż nie, poróżniał się z ojcem, który nie rozumiał z kolei, dlaczego jego jedyny syn, zdawał się woleć przebywać w towarzystwie dziadka, do którego on sam, nawet po latach, jako dorosły człowiek i wielebny, miał wyraźny żal. Bez względu na trudności w porozumieniu się, szatyn dbał o rodziciela najlepiej, jak tylko potrafił, na równi z najstarszym Lamem; już w wieku lat ośmiu przybierając sobie do głowy, że do zakresu jego powinności, należało gotowanie, sprzątanie, czy upewnianie się, że nazajutrz, po zajrzeniu do kieliszka, mężczyźni zdolni będą do normalnego funkcjonowania. O dziadku Jaya, miano w okolicy różne opinie, z reguły uważano go jednak za raczej nieszkodliwą, pijaczynę-gawędziarza; którego syn zerwał z rodzinną tradycją pracy w porcie i na morzu, woląc zostać pastorem. Dziś, nawet w mieścinie tak niewielkiej i odciętej od świata, jak Mount Cartier; niewielu z kolei mogło choćby przypuszczać, że wielebny Nolan Lam, mocno pogubił się po śmierci ukochanej żony; w ich oczach, wywiązywał się w końcu ze wszystkich swoich obowiązków. Zawodowych, oczywiście. Dokładnie pięć lat od dnia pogrzebu, przebudził się jednak z autodestrukcyjnego letargu, wracając do swojego dawnego, acz nieco przygaszonego, dawnego 'ja'. Na zmianę niektórych spraw w dwunastoletnim wówczas Jasperze, było aczkolwiek już o wiele za późno. W samym zdrowiu pastora również, gdyż niezależnie od tego, jak bardzo chłopiec się starał, wyraźnie zawiódł pod tym względem rodziciela; który zmarł na zawał zaledwie kilka lat później, tuż przed rozpoczęciem przez syna studiów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic więc dziwnego, że ze swoim przewrażliwieniem w takich sprawach; zostając gwałtownie przebudzonym o nieludzkiej dla wielu godzinie, od razu usiadł; mimo zaspania rozglądając się za potencjalnym niebezpieczeństwem i możliwie jak najszybciej analizując sytuację. Po krótkiej chwili dotarło do niego, że nic poważnego nie miało miejsca; ba, jeśli miał być całkiem szczery, nawet nic niecierpiącego zwłoki. Nie; tego majowego, wietrznego i mroźnego poranka, miał okazję po raz enty w przeciągu ostatnich, sześciu lat, przekonać się o uroku swojej małżonki. W przeciągu blisko trzech dekad życia, doprawdy; znał w końcu Dianę na długo przed tym, jak zostali parą.
      - Di... - ton mężczyzny wyraził częstą w ich interakcjach, mieszankę ciepła, zirytowania i niedowierzania, z nutką nieukrywanego rozbawienia. Nawet nie próbował pytać żony, czy nie mogła ze swoimi nowinami zaczekać przynajmniej godzinę, gdy kątem oka dostrzegł, że było wpół do piątej nad ranem. Z reguły, o tej porze był już od pewnego czasu w porcie, zaczynając dzień na chwilę przed rybakami; a w okresach zimowych, upewniając się, czy wszystko pracuje tak, jak należy. Ze względu na nietypowo złą, jak na maj w Mount Cartier, pogodę, wypełniał jednak swoje wczorajsze obowiązki służbowe do prawie północy; a dziś, przed szóstą, planował jedynie wszystko dodatkowo sprawdzić, starając się przez to zniwelować potencjalne zniszczenia.
      Pytanie Diany o podobną rzecz, byłoby jednak bezowocne. Gdy coś, w jakikolwiek sposób ważnego, według kobiety, wpadło jej do głowy, natychmiastowa reakcja podobnego typu, była u niej naturalna; podobnie jak całkowite zatracenie się w czymś, a przez to, niejednokrotnie niefortunne zapominanie o istotnych, w większym lub mniejszym stopniu, sprawach. Ciąża, przynajmniej w ostatnich tygodniach, tylko je zaostrzyła, a tym samym dodatkowo wyczuliła Jaspera na nastoje, słowa i gesty żony. Być może niektórzy uznaliby charakter jasnowłosej za w pewien sposób uciążliwy w codziennym życiu, i nawet jeżeli nie raz i nie dwa, zdarzało im posprzeczać przez którejś z jej zachowań; nie zamieniłby swojej teraźniejszości i przyszłości przy niej, na nic innego. Także na Boston, w którym nie potrafił się odnaleźć; nie ze zbyt łagodnym klimatem, niewystarczająco czystym powietrzem, czy miejską dżunglą, którą z porównaniem do Mount Cartier, owe miasto było. Do którego wyjechał, kończąc pomyślnie studia, głównie dlatego, by wypełnić złożoną przed laty mamie obietnicę; i uciszyć wyrzuty sumienia, związane z ostatnią rozmową w cztery oczy z ojcem.
      - Możemy naszą kruszynkę... - odniósł się w końcu do słów Di, mimowolnie uśmiechając na wspomnienie rosnącego w niej, dobrze rozwijającego się malucha, którego oboje niecierpliwie wyczekiwali - ...nazwać, jak tylko chcesz. Byleby nie po amerykańskim prezydencie i nie Liam, oczywiście - kontynuował z powagą w głosie i rozbawieniem w oczach; a położywszy ostrożnie jedną, z pokrytych zawodowymi bliznami dłoni, na zaokrąglonym brzuszku blondynki; zaśmiał się szczerze, czując energiczne, mimo pory, ruchy dziecka. Chociaż nie odczuwał ich jeszcze zbyt silnie, był pewien, że to jedynie kwestia czasu. - Rośnie nam kolejny, ranny ptaszek - skwitował, całując najpierw brzuszek, a potem Dianę czule w czoło i wstawszy z łóżka, zaczynając szykować się kolejnego dnia. Znał swoją małżonkę na tyle, by dobrze wiedzieć, że nawet gdyby próbował, nie dałaby mu łatwo z powrotem zasnąć. Mógł spróbować przynajmniej użytecznie wykorzystać ten czas.
      *
      Reszta dnia minęła im bez ekscytacji; gdy po wspólnym śniadaniu, każde z nich zajęło się swoimi codziennymi obowiązkami. Około siedemnastej, piekący wegetariańskie, malinowe babeczki Nathan, oparte na domowej recepturze; nie mógł przypuszczać, że zaledwie za sześćdziesiąt dziewięć minut, ich wspólne życie ulegnie bezpowrotnie zmianie. Bowiem, kiedy ostatni z klientów dzisiejszego dnia, opuścił domowy zakład fryzjerki Di; kobieta najwyraźniej ani myślała skończyć jeszcze pracę.
      - Zwariowałaś...! Mam ci przypomnieć, jaka jest dzisiaj pogoda za oknem?

      Usuń
    2. Nie miał pojęcia, ile już trwał ich, z każdą chwilą coraz bardziej zażarty argument, o (nie)opuszczanie przez Dianę domu. Ostatnie, na co zamierzał pozwolić, to ciężarna żona za kierownicą w takich warunkach; i nie chodziło bynajmniej o nic równie niedorzecznego, jak nieufanie jej drogowym umiejętnościom. Nie rozumiał aczkolwiek, jak mogła być w takim momencie, tak cholernie nieodpowiedzialna. Zdawała się przekładać cholerną klientkę nad bezpieczeństwo swoje i ich dziecka; nad piep.rzony, zdrowy rozsądek; nie mieli przecież nawet problemów finansowych, szykując się na powiększenie rodziny nie od dziś. Oboje byli już czerwoni ze złości i skoku ciśnienia na twarzy; gdyż żadne z nich, nie chciało pierwsze odpuścić swojej racji. Do czasu.
      - A, szlag; rób, co chcesz! - warknął w końcu, rzucając trzymane dotąd klucze od wspólnego pojazdu, na kuchenny stół. - Dobrze wiem, jak niewiele dla ciebie znaczą moje słowa w takich sprawach. Głupio łudziłem się, że chociaż pod tym względem wreszcie dojrzejesz; z ojcem-dobrą radą sześć stóp pod ziemią od blisko dwóch lat...!
      Czy zdawał sobie sprawę, że uderzał w czułe punkty, nie zważając na ich zgodność z prawdą lub jej brakiem? Oczywiście. Zapewne, powinien być to dla niego jakiś znak; powinien był przypuszczać, jak może się coś podobnego skończyć... Odpuścić, pojechać z Dianą i najdalej za parę godzin być w domu. Zamiast tego, obrócił się na pięcie, nie czekając na jej odpowiedź i udając się do jednej z sypialni na piętrze, która stanowiła nieoficjalną, domową bibliotekę.
      - Uważaj na siebie - szepnął, mimo wszystko; odpowiedział mu jednak tylko hulający za oknem wiatr i dźwięk zamykanych drzwi frontowych.

      [Cześć, cześć :)
      Raz jeszcze dzięki za rozpoczęcie ^^ I mam nadzieję, że to powyżej, jako-tako wyszło :P]

      Nathan

      Usuń
  21. [Dziękuję bardzo za miłe słówka o postaci! Również mam nadzieję, że jeszcze kilka wątków wpadnie! Zatem też życzę miłej zabawy i udanego pobytu! (:]

    MACKENZIE CANTU

    OdpowiedzUsuń
  22. [ale że mnie pytasz, czeuy Ty mi nie odpisałaś? xD no ja nie wiem :PP

    podoba mi się wszystko! biorę pełen pakiet :D
    podrzucę jeszcze, że Sol zna też jej męża i zupełnie nie uważa go za darmozjada i zbira :D ale niestety nie ma odciętych uszu i dochodzą do niej plotki też od klientów oczerniające Jaspera, soł... życiowy watek bardzo się uda, mam wrażenie :D

    i ja chętnie podejmę się odczarowania Ci wąteczków typowo dziewczyńskich <3 jeśli mam zacząć, to wal śmiało co tam chcesz i spróbuję sprostać wymaganiom :D i nie wahaj się wykorzystywać Sol do swoich planów :p ]

    OdpowiedzUsuń