Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
Wrzesień • 14°C
Jeśli ktoś myślał, że koniec wakacji przyniesie nam gwałtowne ochłodzenie, to czeka go spore rozczarowanie! Na horyzoncie ciągle widać częściej słońce niż deszcz, co w sumie jest trochę nietypowe jak na nasze miasteczko, prawda? Ale jeszcze nie panikujmy, zimnolubni na pewno niedługo będę mogli się cieszyć z gwałtownego spadku temperatury i ciężkich opadów białego puchu... tak, tak, moi drodzy, już za chwilę powróci do nas zimowa aura, która jak zawsze będzie nam towarzyszyć przez kolejnych osiem miesięcy. Zdążycie jeszcze zatęsknić za tymi zielonymi trawnikami! Jako Wasza ulubiona pogodynka jestem tego stuprocentowo pewna.

23.03.2017

By­wają w życiu chwi­le, których ból da­je się zmie­rzyć do­piero po je­go przeżyciu, i wówczas dzi­wi nas, iż zdołaliśmy go znieść


FERRAN KAYSER
FK OSOBOWOŚĆ HISTORIA
Zawsze, kiedy potrzebował ciszy, szukał jej w lesie – w świecie dziesiątek zwierząt i tysiąca drzew, których zapach wielokrotnie przenikał materiał odzieży, dając się poczuć jeszcze w czterech ścianach niewielkiej chaty. W świecie, w którym nikt nie słyszał wrzasków jego słabości, nie raczył zbędnym politowaniem, gdzie nie musiał liczyć już tego przeklętego czasu, który tam zdawał się stać w miejscu. Ponieważ tam liczyło się go zupełnie inaczej – wybuchami, zapachem wsiąkającej w rozpaloną ziemię padliny i krzykiem. Najczęściej niewinnych. A kiedy pojawiała się sekunda ciszy; kiedy poza biciem własnego serca nie słyszało się niczego więcej, należało sięgnąć po broń, bo owszem – to była cisza, ale tylko przed burzą. Bo tam, w miejscu w którym cierpienie liczy się ilością zakleszczonych w ciele kul, a wygraną ilością przytarganych za łachy zwłok, nie miejsca na ciszę. Ani na człowieczeństwo, bo o czym pomyślisz, kiedy staniesz przed lustrem oblany ludzką krwią? Dlaczego jej tak mało.
A teraz, kiedy ludzie pytają kim jest, kiedy próbują go rozszyfrować, znaleźć w nim skruchę; kiedy próbują obdarzyć uczuciem bądź zniszczyć; kiedy próbują niemalże wszystkiego, co mogłoby obudzić w nim choć ułamek duszy – milczy. Bo milczenie jest ostatnią radością nieszczęśliwych. Bo piękne słowa kryją czasem niepiękne serce. Teraz egzystuje zastanawiając się, czego ten los od niego chce. I zapewne chętnie by mu powiedział, gdyby tylko potrafił mówić – daj komuś to, czego sam nie dostałeś.
Nie jest skłonny do żartów – szczególnie w pokładach złości, które zalegają w tej chorej na prowincjonalność ludzką duszy. Obserwując jego zachowanie, z pewnością zwrócisz uwagę na stanowczość i prężność z jaką podejmuje decyzje, które następnie skutecznie i bez ambarasu wprowadza w życie – są przemyślane, nawet jeśli wydaje Ci się, że przeczą niektórym zasadom. Jeżeli z nim porozmawiasz, będzie to konwersacja z jego strony krótka. Nie uraczysz wyniosłych monologów, bujnej gestykulacji, ani zbędnych przykładów, o których za chwilę zapomnisz – usłyszysz prawdę, choćby miała powodować palpitacje serca. Ponad to, dobrze zapamiętasz wyciekającą ze spojrzenia ofensywność na tle wnikliwej spostrzegawczości, a rozkazujący ton uświadomi Cię, że Ferran niemalże nigdy nie prosi. Najczęściej jednak myślisz o nim, że jest sprawiedliwy, i że pomimo swych wysokich wymagań stawianych wszystkim wokół, to godny kompan do szczerej wymiany zdań. Bo tak właśnie jest! Ale, żeby dostać się do tego człowieka od środka, należy przyciągnąć ze sobą wielki młot, coby rozbić barierę, dzięki której odgrodził się od świata...
Dlaczego? Dlatego, że Kayser już nie czuje potrzeby integrowania się ze światem. Kiedy Ferran wrócił z Afganistanu, zdiagnozowano u niego PTSD, inaczej zespół stresu pourazowego, którego nie zamierzał leczyć na kozetce u psychiatry. Świat po prostu przestał go bawić, a organizm zaczął stale przebywać w gotowości do walki – stąd jego naturalne poddenerwowanie, objawiające się szorstkimi wypowiedziami, nawet w stronę osób szalenie bliskich. Stąd też ślepota uczuć, odrętwienie emocjonalne i brak zdolności odczuwania przyjemności. Stąd także realistyczne koszmary, podczas których budzi się z krzykiem; nagłe przebłyski wojennych wspomnień, które napawają go zauważalną agresją, i absolutna niechęć do wspominania swej przeszłości. Czy próbuje z tym walczyć? Oczywiście. Na swój sposób, wliczając libacje alkoholowe, choć jedną butelkę rumu ograniczył już do kilku szklanek. W tym przypadku, to czas jest głównym wybawcą – tylko on, i niektórzy ludzie, jest w stanie zabliźnić echo minionych dni – pozwolić znów złapać oddech i bezinteresownie się uśmiechnąć do tego bladego odbicia lustrzanego, na które nie ma siły patrzeć, bowiem zbiera mu się na wymioty. Ale prawda jest taka, że co go nie zabije, to go wzmocni.

ZNAKI SZCZEGÓLNE, BĄDŹ NIESZCZEGÓLNE:

Pułkownik, pilot w stanie spoczynku, spod bandery Marine Tactical Electronic Warfare Squadron 2. Mocna, gorzka kawa i mocny, gorzki alkohol. Jedna szyta nad lewym biodrem blizna, zrobiona za pomocą cholernie ostrej maczety i rąk przesiąkniętego nienawiścią taliba. Czekolada, czekoladowe ciasto, wszystko co czekoladowe zazwyczaj mu smakuje. Broń biała, siekiera i różnej maści scyzoryki, na których nie tylko się zna, ale którymi w ramach relaksu celuje do półsuchego, starego świerku. Broń nie tylko biała bo i schowany w komodzie sztucer myśliwski na amunicje kulową – w razie zagrożenia dziką zwierzyną, bądź Yeti. Pokaźna kolekcja nasion, by letnim sezonem sadzić nową florę. Jagody, dziczyzna i owocowe kompoty prawie zawsze na stole. Nieśmiertelnik, modele niemieckich myśliwców, zdjęcia z misji i odznaczenia wojskowe w wielkiej skrzyni na strychu. Kiedyś wiersze; teraz ołówkowe szkice na kartach papieru. Babka uczyła go grywać na skrzypcach i nieczęsto, jednak zdarza się, że do tego wraca.
Na świat przyszedł w Churchill z łona dwudziestoletniej kobiety, zwanej matką, oraz ojca, który zmył się tak szybko jak zdążył się w życiu kobiety pojawić. Jako kula u nogi, Ferran w Churchill przebywał niecały rok, by ostatecznie wylądować na utrzymaniu dziadków, którzy w Mount Cartier dopieszczali własne gospodarstwo domowe z prac rzemieślniczych i leśnictwa, którym zajmował się dziadek – Arkady Kayser. Wychowywany przez krewnych seniorów, uznał ich za jedynych opiekunów, którzy, w przeciwieństwie do biologicznych rodziców, nie zakończyli swego rodzicielskiego etatu tylko na nadaniu imion. Gdy dojrzał na tyle, by rozróżniać prawdę od kłamstwa, starał się wynagrodzić dziadkom ich zaangażowanie w wychowanie najmłodszego z Kayserów, poprzez pomoc w pracach domowych. Ukończywszy szkołę podstawową, zechciał kontynuować naukę w szkole średniej w Churchill na poziomie academic, z zamiarem nauki w progach uniwersytetu – plany uległy zmianie, kiedy w wieku lat dwudziestu został wcielony do służby w kanadyjskiej armii. Od tamtej pory w mundurze spędził dwanaście lat, uprzednio zaczynając od Royal Canadian Air Force, gdzie przez pierwszy rok sprzątał kantyny i spalał niezliczone ilości kilogramów na ciernistych poligonach. Dopiero osiągnięty po dwóch latach stopnień first lieutenant'a pozwolił mu rozwinąć się w tym, co interesowało go od zawsze – w lotnictwie. Lata spędzone w miejscowości Cold Lake, w prowincji Alberta, pod banderą RCAF u boku myśliwców CF-18, były jednymi z cięższych, acz ciekawszych historii, jakie zapisały się w kartach jego życia. Służąc dla jednostki 419 Tactical Fighter Training Squadron, odpowiedzialnej za zaawansowane szkolenie pilotów myśliwców, dotarł do programu szkoleniowego NATO Flying Training, który w roku 2010, wysłał Ferrana na misję w Afganistanie.

Jadąc do Afganistanu, nie spodziewałem się, że zostaną nam postawione zadania, do których nie byliśmy przygotowani. Sądziłem, że będziemy szkolić afgańskich żołnierzy. Byłem przekonany, że będzie to polegało na spotkaniach u nich w jednostce – że będziemy pokazywać broń, uczyć ich technik walki. Na miejscu okazało się, że to oni nas mogą szkolić, a nie my ich. Bo oni są oswojeni z bronią praktycznie od dziecka. Od dziecka są szkoleni w działaniach wojennych w tych specyficznych warunkach terenowych. Szczególne wspomnienie związane z misją, bardzo trudne wspomnienie, to śmierć mojego przyjaciela – kapitana Luke'a Walter'a . To tragiczne wydarzenie zdecydowało, że zostałem weteranem poszkodowanym. Brałem udział w patrolu, gdzie wpadliśmy w zasadzkę. Ostrzelali nas talibowie i po pewnym czasie okazało się, że samochodu, którym jechał Luke przed nami, nie ma. Między naszymi samochodami zerwała się łączność, nikt się nie odzywał. Dopiero po chwili wywołał mnie kierowca tego samochodu. Na moje pytanie, gdzie jesteście, odpowiedział tylko: „kapitan nie ma nogi”. Usłyszałem to dokładnie, ale nie mogłem w to uwierzyć. Poprosiłem: „powtórz jeszcze raz”. Odpowiedź była taka sama – „kapitan nie ma nogi”. Na tym łączność się urwała. Później okazało się, że talibowie przestrzelili antenę w samochodzie. Gdy skończyliśmy walkę z talibami, dowódca zdecydował, że pojedziemy szukać samochodu Luke'a. Przejechaliśmy około kilometra, gdy dowódca z bazy, drogą satelitarną, powiadomił nas, że oni uciekli do bazy i Luke jest ranny. My wróciliśmy na miejsce ostrzału. Był tam budynek – prawdopodobnie opuszczony posterunek policji. Czekaliśmy. Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej się działo. Zostały wezwane posiłki. Po dwudziestu minutach dostaliśmy telefon z bazy, że Luke nie żyje. Ten moment był dla mnie bardzo trudny. Nie wiedziałem, co robić. Popłakaliśmy się z kolegami. Dowódca mojego samochodu pozwolił nam zadzwonić do domu. Nie wiem, czy to była dobra decyzja, czy nie. Po prostu dał nam telefon satelitarny i powiedział: „Chłopaki dzwońcie do domu, bo jak się okaże, że w kanadyjskiej telewizji powiedzieli, że zginął kanadyjski żołnierz, nasze rodziny nie będą wiedziały, co z nami. A nie wiadomo, kiedy stąd wrócimy”.

W trakcie misji, ramiona Ferrana udekorował stopień pułkownika. Został przeniesiony do kompanii walki radioelektronicznej (2nd Electronic Warfare Squadron), zajmującej się operacjami bezzałogowych statków powietrznych. Po banderą VMAQ-2, w Północnej Karolinie, spędził ostatnie lata w mundurze pilota – na wskutek stresu pourazowego podjął decyzję o powrocie do Mount Cartier, stawiając stopy na ziemiach rodzinnego miasteczka w 2016 roku.






Lubimy handel wymienny; nie gryziemy i zapraszamy serdecznie na wątki. Link do poprzedniej karty. ✉ zdaniezlozone@gmail.com

( 48 )

  1. Oficjalnie stałaś się najaktywniejszym graczem w tak krótkim czasie, jakim są 3 miesiące od publikacji na blogu! Nie dość, że (z maleńkim wyprzedzeniem) zasługujesz na naszą ikonkę z domkami, to jeszcze jako pierwsza osoba w historii zdobyłaś niedawno także nasz niezawodny puchar! To się dopiero nazywa zaangażowanie i uwielbienie dla naszej małej mieściny! Takiego leśniczego to ze świecą szukać w całej Kanadzie, dlatego podwójnie cieszymy się, że Ferran zawitał właśnie u nas i co za tym idzie dwie ikonki wędrują do Twojej mini kolekcji. Oby tak tylko dalej! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pościel otuliła jej policzek, kiedy trzymając twarz blisko poduszki, zanurzyła ją w kłębach materiału, wzrok utkwiwszy na ich splecionych dłoniach. Dotyk Ferrana, bardzo wprawnie, odbierał jej wszelkie troski. Lekkim gładzeniem jej skóry opuszką kciuka, wywoływał miłe mrowienie, sięgające aż do łokcia. Dlatego kiedy zwrócił się do niej, zaskakująco łagodnie – zadziwiając jednak nie samym wyrazem, a tonem, którego Tilly wcześniej u niego nie słyszała, chłonąc każdą jego nutkę, odszukała spojrzenie mężczyzny, z przewidywaną łatwością godząc się na jego prośbę. Zamknęła powieki.
    Jej dłoń opadła na koc, daremnie szukając palcami jego ciepła na zimnej pościeli. Zanim jednak zdążyła spytać, czy coś się stało, odnalazła to ciepło na swoim policzku. Pierwsze zetknięcie jego palców z jej skórą spotkało się z lekkim drgnięciem, ale kiedy przyswoiła ten bliski kontakt, odetchnęła głęboko przez usta. Próbowała pozostać spokojna. Nie otwierać oczu. Jednak powinna. To co podpowiadało jej ciało, a co wiedział rozsądek, kłóciło się ze sobą. Nie mogła mu odpowiedzieć co czuje. Ogromna fala gorąca, jaka otoczyła jej ciało była dla niej niemałym zaskoczeniem, wywołanym… stresem? Uprzejmością Ferrana? Czym była owa uprzejmość?
    Jego dotyk, którym powiódł od policzka, przez część jej twarzy do kącika ust, wygiął je, rozchylając nieznacznie pod wpływem nacisku na wrażliwe wargi. Ciepło jakim owiała jego dłoń zaraz zgubiło się w chłodnym otoczeniu, którego zimniejsze powietrze nagle zaczęło jej przeszkadzać, wywołując lekkie drżenie. O to pytał, kiedy pytał co czuła? Jego oddech we włosach, kiedy nachylił się nad jej uchem, zaczesując za nie włosy, ale to przecież wiedział. Swój przyśpieszony oddech i bicie serca – jego własnego, kiedy z lekkim zawahaniem złożył pocałunek na jej policzku z podziękowaniem, Koreo dotarło do niej z niemałym opóźnieniem. W tym samym powolnym tempie, uchyliła powieki, nie wiedząc co mu powiedzieć, czego już sam by nie wiedział. Przechylając głowę w bok, ku jego twarzy, praktycznie otarła się czubkiem nosa o jego własny, w tej odległości. Czując jego oddech na swoich wargach, kiedy w końcu się odezwała.
    — Czuję, że wszystko, co mówisz i robisz, sprawia, że czuję się lepiej.
    Patrząc w jego oczy, musiała powiedzieć mu całą prawdę, nie potrafiąc zachować nawet jej połowy dla siebie.
    — …. I trochę boli mnie głowa.
    W zasadzie szumiało jej w niej. Od płaczu, kaca, jego… już nawet nie była pewna w jakich proporcjach te aspekty miały na ten nieuciążliwy ból największy wpływ.
    — Jesteś bardzo dobrym człowiekiem, Ren, i bardzo przystojnym mężczyzną, wiesz o tym? – pytała nie bez celu. Każde jej słowo miało zwykle jakieś przeznaczenie i sens, który czasem wychodził w jej słowach, możliwy do poznania przez innych.
    — I gdybym nie była zamężną kobietą, pomyślałabym, że są to wartości nie tylko godne docenienia, ale też oddania ich instynktom. Jakkolwiek głęboko skrywanym i wyzwalanym dla wyjątkowych osób. Jesteś nadzwyczajnym człowiekiem, Ferran. Tylko dlatego, że nie mogę i nie powinnam tego okazywać, tak jakbym w przepływie lekkomyślności i chwili chciała, nie zapominaj o tym.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  3. Mina od bardzo dawna nie była częścią czegoś tak emocjonującego. Właściwie od dłuższego czasu sama unikała wszelkich silniejszych wrażeń, zaszywając się w obrebie własnego towarzystwa. Końcówki pościgu już nie dostrzegła, nie widziała więc ani momentu dopadnięcia kłusownika, ani szarpaniny między tamtym a leśniczym. W sumie nie była pewna, jakby się to skończyło dla tego, który był nieproszonym gościem w zagajniku, choć podejrzewała, że nie wyszedłby bez szwanku. Pan Leśniczy, którego spotkała przypadkiem, choć spokojny, wydawał się tez bardzo groźny.
    Gdy męzczyźni w lesie zniknęli jej z oczu, a ona uświadomiła sobie, że to za późna pora na szukanie młodych sadzonek i w ogóle robienie już jakichkolwiek zdjęć, zawróciła do miasteczka. Głupotą byłoby szukanie tamtych bez ryzyka, ze nie zgubi się jeszcze bardziej. Ale zdjęcia na karcie pamięci miała, coś się tam wydarzyło i sprawa wydawała się poważna, a tego nie chciała zignorować. Ona sama umiała wszystko załatwiać po cichu, umiała zająć się swoimi sprawami sama, ale wydawało jej się to tak ważne, że nie mogła przemilczeć zajścia. Poza tym Pan Leśniczy na nią liczył! Poszła na komisariat, ściskając aparat trochę za mocno.
    Staneła tam niepewnie, zatrzymując się na środku korytarza. U wejścia jedna osoba była zajeta rozmową telefoniczną, ktoś dalej przemaszerował z naręczem papierów. Jak na spokojne miejsce, wydawało się,że służby porządkowe zawsze coś mają do roboty. A Mina nie chciała im przeszkadzać, wolała raczej poczekać, aż znajdzie się ktoś wolny, kto poświęci jej chwilę uwagi. Nagle ni stąd ni zowąd jedne z drzwi się otworzyły i omal nie dostała nimi w nos.
    - To ja... - zgodziła się zaskoczona na uwagę znajomego, który stanął niespodziewanie przed nią. Tak jak i on zrobiła krok w tył, najwyraźniej nie czując się dostatecznie dobrze z brakiem dystansu.
    Powoli podniosła aparat i zdejmując z szyi pasek podtrzymujący sprzęt, podała go mężczyźnie. To trochę zabawne, ale wydawało jej się, ze był tak podekscytowany, że wypowiedział teraz więcej słów w ciągu pół minuty, niż przez te kilkanaście, które spędzili w swoim towarzystwie w lesie. Może tylko wtedy gdy bywał skupiony, pilnował się, wtedy milczał?
    -Tu mam wszystko - wyjaśniła. Nie przejrzała zdjęć, nie sprawdzała, jak dobrze udało jej się wykonać zadanie.
    [przepraszaaaaam za to! jestem w trakcie przeprowadzki i jestem w rozsypce i płaczę nad rosnącą ilością kartonów :( ]

    OdpowiedzUsuń
  4. Co prawda komentarz wstawiam tylko pod Ferranem, ale ikonka należy się każdej Twojej postaci. Także za uprzejmość wyniesioną ponad normę i otwartość na nowych graczy dostajesz ikonkę komitetu powitalnego na całą Twoją kochaną trójeczkę bohaterów. Gratulacje! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Zawiązywać relacje to Ty z pewnością umiesz! Dlatego właśnie jesteś pierwszą z osób, która dostaje od nas ikonkę z Hachiko. Niech Ci ona dobrze służy i nie ostudzi Twoich zapędów do zawierania nowych znajomości. A jakby się okazało, że któraś z Twoich innych postaci również znalazła sobie grono przyjaciół, wiesz gdzie się zgłosić. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. [Przepraszam najmocniej za tak długaśną obsuwę z odpowiedzią na powitanie, nieobecność usprawiedliwiam uczelnią, a nie lubię w biegu odpowiadać, zwłaszcza, kiedy ładnie wita się moją KP. Cieszę się zatem, że przypadła do gustu i da się jednak lubić. Widzisz, wszystko uzależnione jest od tego co masz na myśli, pisząc „skomplikowana sytuacja” — jeśli chodzi o wyrzucenie postaci ze strefy jej komfortu, a w przypadku takiego Marcela granie na jego wzmacniającej się mizofobii, taka wizja sprawia mi wręcz okrutną satysfakcję. Przychodzę do Ferrana, coś u niego pusto, a kupiła mnie treść karty i dodatkowe informacje z PTSD wpływającej na bohatera. Nie ukrywam, że liczę, że jakoś powiążemy go z Littenhallem, widzę w tym spory potencjał na wciągający wątek.]

    Marcel Littenhall

    OdpowiedzUsuń
  7. Czasami Mattie miała naprawdę dość tych wszystkich numerów i wrażeń, które fundował jej Max. chłopczyk bywał nieprzewidywalny i trudno jej było za nim nadążyć. Zapewne gdyby miała jakiś inny wybór… ale nie mogła go zostawić na pastwę losu. Była jego siostrą i póki będzie mogła, to będzie się nim opiekowała. O ile wcześniej nie zwariuje, a czasami czuła, jakby była na bardzo dobrej drodze ku temu.
    — To się cieszę, bo chciałbym tutaj przychodzić… — powiedział Max i zamachał nogami. Mattie przekrzywiła głowę delikatnie w bok i uśmiechnęła się w kierunku brata. Teoretycznie powinna się cieszyć, że jej brat ma jakieś towarzystwo. Jednak czy to na pewno musiał być o tyle starszy mężczyzna? Jednak skoro chłopczyk go polubił i nie działo się nic niepokojącego, to byłoby nieludzkie, gdyby stała im na przeszkodzie. Tym bardziej, że mężczyzna wyrażał zgodę na te spotkania.
    — Może źle się wyraziłam… — powiedziała, drapiąc się lekko po policzku. — Bardziej chodziło mi o to, w jakich godzinach i w jakich dniach może Max tutaj przychodzić. I mimo wszystko wolałabym, aby sam nie łaził po lesie… — oznajmiła i spojrzała spod ukosa na Maxa, który jedynie uśmiechnął się niewinnie. — Chodzi mi o te momenty, kiedy byłby pod pana opieką. Mogę go do pana przyprowadzać, to nie stanowi problemu. Ale co z powrotami? Może chociaż do granicy lasu? — Może i była lekko przewrażliwiona na punkcie tego lasu. Ale wolała dmuchać na zimne! Wolała, aby Max miał należytą opiekę, niż jej w ogóle nie miał. Więc dlatego była gotowa do różnych negocjacji. Mogłaby nawet sama po niego przychodzić, lecz do tego musieli najpierw ustalić odpowiednie godziny, co właściwie wiązało się z jej pierwszą regułą. Westchnęła cicho, bo najwyraźniej to nie był jej dzień, skoro zapominała tego, co sama mówiła.
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  8. Powiedziec, że Mina nie chce zostać poinformowana o rozwiązaniu i postepach sprawy, byłoby bardzo niegrzeczne, więc nie odezwała się ani słowem. Ale nie chciała się wtrącać w coś, co jej nie dotyczy, a to własnie tym było. Ufała, że policja zajmie się wszystkim i była pewna, że pan leśniczy wszystkiego przypilnuje. Ale co ona miała z tym wspólnego? Znalazła się tam przypadkiem, bo zabłądziła i tylko tyle. Pomogła na tyle, na ile była w stanie, biorąc pod uwagę fakt, że ma przy sobie aparat. Choć może to akurat okaże się kluczowym dowodem obciążającym kłusownika - zdjęcia. Sądząc po zachowaniu siedzącego obok niej mężczyzny, było to prawdopodobne.
    Nie mogła pomóc za bardzo, tak sądziła. Przedstawiła się, opisała to, co widziała. Była w lesie i już. Spotkała leśniczego i już. Zaproponował, że ją odprowadzi do młodych sadzonek, które miała sfotografować i już. I wtedy pojawiła się osoba trzecia. I wtedy chwyciła za sprzęt i za poleceniem leśniczego, zaczęła cykać. Tyle i już. prawdopodobnie pan leśniczy opowiedział więcej, bo znał się na rzeczy i na tej sprawie, ale ona... Ona nawet nie czuła się pewnie, siedząc na tym krześle. Nie chciała tu być, sądziła, że zostawi aparat i ją puszczą. Wtedy by mogła czmychnąć i zamknąć się w pokoju w zajeździe i udawać, że jej nie ma.
    Gdy po kwadransie zostali puszczeni, wyszła na korytarz z westchnieniem ulgi. To, choć było na prawdę niczym, zestresowało ją na tyle, że czuła, jak twarz ją pali i w gardle wszystko wyschło na wiór. Oparła się o ścianę i przejrzała aparat, widząc, że zdjęcia zostały przegrane i skasowane. No i dobrze, nie potrzebowała ich dla siebie, ani dla wydawnictwa. Spojrzała na męzczyznę i wyprostowała się, opuszczając aparat w dłoni.
    - Te sadzonki, chyba nie uciekną, prawda? - spytała naiwnie, choć była to maleńka próba żartu z jej strony. O klękajcie narody, Mina popisuje się humorem!
    Ruda była ponurakiem, ale tu na miejscu, powoli odżywała. Spokój okolicy sprawiał, że czuła się wolna, a że zabrakło czynników nacisku z zewnątrz i nie było żadnych z wewnątrz, bo przecież po co samemu sobie robić krzywde, odnajdywała równowagę. To odludzie, z którego wszyscy zewsząd chcieli uciekać, dla niej było oazą spokoju.

    OdpowiedzUsuń
  9. [Och, tyle miłych słów, że aż się rumienię! Czy Mysie jest taka pozytywna to nie wiem (czasem paskudna z niej maruda, słowo!), na pewno trochę krnąbrna i figlarna. Niemniej cieszę się, że jej kreacja przypadła do gustu, w trakcie poprzedniego pobytu dość mocno się z nią zżyłam i mimo mocnego oporu zdrowego rozsądku, sentyment wygrał i zdecydowałam się z nią wrócić na stare śmieci. :)
    O ile dobrze kojarzę, chyba nie zdarzyło nam się nigdy wcześniej spotkać, więc skoro już się udało, skorzystam z okazji i powiem – wow! Muszę przyznać, że ilekroć widzę Twoją kartę postaci, zawsze czuję gdzieś pod żebrami lekkie uczucie zazdrości, bo nie dość, że mają piękną oprawę graficzną, to jeszcze i merytoryczną. Naprawdę jestem pod wrażeniem i aż boję się myśleć, ile czasu zajmuje Ci opracowanie wszystkich zakładek dla tylu bohaterów. W tym momencie mój wewnętrzny leniuszek podśmechuje się ze mnie okrutnie, bo prawdopodobnie mi nigdy nie starczy sił na tak rozbudowaną KP.
    Raz jeszcze dziękuję za tak ciepłe powitanie i w razie gdybyś przypadkiem miała gdzieś miejsce na jeszcze jeden wątek, zapraszam serdecznie do Mysie. ;) Wydaje mi się, że wbrew pozorom najłatwiej byłoby nam coś stworzyć z Ferranem (Ayers miała kiedyś wytwórnię nalewek, ale po tym, jak o mały włos nie wytruła pół miasta, miłosiernie zdecydowała się przekwalifikować ;D), ale w gruncie rzeczy da Cesara i Tilii też dałybyśmy radę coś wykombinować.]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  10. Zamglone tęczówki błądzą po świstku ściskanego w palcach papieru. Niewielka, wymiętoszona gramatura gnie się w dłoni, kiedy nieświadomie wbija paznokcie w nagłówek otrzymanego dokumentu. Pozew rozwodowy. Mija godzina, może dwie, kiedy Tilly czyta treść po raz kolejny. Z każdym następnym przejechaniem wzrokiem po treści, jej uścisk nieco lżeje. Drgające palce powoli rozluźniają się, aż w końcu upuszcza kartkę na ziemię, kiedy pogrąża się całkowicie w swoich rozważaniach. Jej oddech jest spokojny. Policzki już całkiem suche. Łzy ociekały jej po twarzy tylko w pierwszych minutach otrzymania listu. Teraz, oswajając się z tą myślą, chyba dłużej niż tylko ten jeden dzień, powoli osuwa się na fotelu. Chwyta kartkę pomiędzy palce i wstaje razem z nią. Opierając ją na stoliku kuchennym z westchnieniem sięga po długopis. Jest zdecydowana. Chce podpisać, ale nie może. Nie dlatego, że nie chce lub nie umie. Długopis nie chce pisać. Sięga po inny, w którym zasechł tusz. Trzeciego nie znajduje, przypominając sobie, że omyłkowo zabrała go ze sobą Finlay, po tym jak przepisywała jej przepis na ciasteczka. Swoje wieczne pióro Mathilde zostawiła w pracy. Jeśli w domu znajduje się jakiś jeszcze inny przedmiot zdolny do pisania, prócz ołówka, Tilly go nie znajduje. Dlatego skrupulatnie chowa kartkę do koperty, wcześniej wygładzając jej powierzchnię. Ubiera letnią kurtkę na zwiewną sukienkę (w Mount Cartier zawsze jej zimno) i długie kowbojki. Gdziekolwiek nie pójdzie, ma przed sobą część lasu do pokonania, jeszcze nie nauczyła się nie wchodzić w mrowiska i uważać na groźne gryzonie i gady, przewijające się między ściółką leśną. Podążając między drzewami, jej myśli uciekają ku wielu płaszczyznom. Kilka razy zatrzymuje się przy drzewie, obejmuje go rękoma i opiera się policzkiem o jego konar. Szorstka kora prawdopodobnie pozostawia kilka zaczerwienionych rys na jej skórze. Jeśli Tilly w ten sposób odpoczywa, jest to odpoczynek od nadwyrężenia umysłowego, fizycznie nie czuje żadnego zmęczenia. Badając opuszkami palców jedną z brzóz, z zainteresowaniem podążą spojrzeniem od pnia, z góry, w dół, pchana dziwnym impulsem i kiedy jej wzrok natrafia na krzak malin pod drzewem, ma wrażenie, że nie tam powinna patrzeć. Pomiędzy szumem liści Mathilde identyfikuje inny dźwięk, skupiający jej uwagę. W końcu krzyżuje spojrzenie z wielkimi tęczówkami przestraszonej wiewiórki. Biedne zwierzę leży na ziemi, oddycha ciężko i szybko, a kiedy czuje na sobie wzrok Tilly, panikuje. Tak samo, jak Mathilde. Uchyla usta, wypuszczając powietrze z płuc i uspokaja oddech, kucając przed zwierzęciem.
    - Nic ci nie będzie. Znam kogoś kto Ci pomoże… wiesz? Spodoba Ci się – mówi do zwierzęcia, pewna, że ono jej nie zrozumie, ale ma nadzieję, że ton będzie wyraźnie wskazywał jej zamiary. Zdejmując z ramion kurtkę, ostrożnie układa na niej wiewiórkę, ościelając ją rękawami odzienia.
    - Wszystko będzie dobrze – zapewnia drobną istotkę, tonem, jakiego zawsze używa wobec ludzi. Traktuje to małe, wiewiórcze ciałko z tą samą troską i dobrotliwością, z jaką traktuje swoich pacjentów. Nie wie tylko jak dokładnie może jej pomóc. Wiewiórka wydaje się nie posiadać żadnych fizycznych obrażeń. Być może czymś się zatruła? Ale Tilly nie wie czym mogą zatruć się wiewiórki w lesie.
    Ale Ferran wie.
    Puka do jego drzwi pięć minut później. Koperta z listem wystaje z kieszeni kurtki, a tuż nad nią, główka wiewiórki, która z niemalejącym niepokojem rozgląda się wokół. Jak tak dalej pójdzie, biedne zwierzę dostanie przez Tilly zawału. Mathilde miałaby ją wtedy na sumieniu.
    - Ren… - wzdycha z ulgą, kiedy go widzi, bez wielu wyjaśnień, podając mu swoje zawiniątko – potrafisz coś dla niej zrobić? – unosi do niego ufne, pełne nadziei spojrzenie. Takim samym o dziwo patrzy na niego wiewiórka.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  11. Uniosła wysoko brwi i zasmiałą się cicho, zasłaniając twarz dłońmi zawstydzona. Rzecz niemożliwa! Cud nad cudy! Dobrze że na komisariacie są kamery, bo ten zarejestrowany śmiech to pierwszy taki od na prawdę wielu miesięcy. Nie tak radosny, szczery, wybuchowy i spontaniczny na jakie ją było stac, ale to na prawdę przełom.
    - Nie czuję się bohaterem - przyznała i wyprostowała się, zatrzymując dłonie ma aparacie.
    W gruncie rzeczy ruda była osobą, która prowadziła napięty i pędzący wręcz tryb zycia kiedyś. Teraz wszystko zwolniło, a ona wydawała się utrzymywać, a nawet jeszcze bardziej spowalniać to tempo, by wręcz wszystko zatrzymać w miejscu. Gdy miała na wszystko podgląd, nad wszystkim kontrolę, wtedy czuła się bezpieczna. Dlatego właśnie tak bardzo spodobało jej się w Mount Cartier, od pierwszych godzin pobytu w tym miasteczku, o którym świat zapomniał. Kiedyś śmiała się nieustannie i bawiła życiem, a teraz bała własnego cienia. Akcja jak ta z kłusownikiem w lesie sprawiała, że nie wiedziała co z sobą począć. Ale dziś wszystko się skończyło i było to dobre zakończenie, którego stała się częścią. To rozsadzało jej piersi od środka, to sprawiało, że w środku rosła radośc i entuzjazm, który wybijał się na zewnątrz. Kolejny raz wyjazd tu, ta ucieczka i poszukiwanie azylu sprawiło, że Mina powoli wracała do życia. Bod o tej pory była jak posąg o twarzy człowieka, niby tętno miała, serce biło, ale życia w niej wiecznie brakowało.
    -Dobrze - pokiwała głową. Bardzo chętnie zgodziła się na przewodnika, bo sama nie raz już gubiła się w lesie i o ile nie miała konkretnego zadania do wykonania i mogła się gubić, fotografować wszystko i odnajdywać dla siebie widoki i okazy do uwiecznienia, o tyle wydawnictwo nie będzie tak wyrozumiałe.
    - Tylko może za dzień, lub dwa? Może znajdą coś dla mnie jeszcze w wydawnictwie, skoro już mam taką profesjonalną pomoc - zaproponowała, spoglądając przez okno. -
    Nawet nie zauważyła, jak szybko minął jej dzień. Niebo było już zupełnie granatowe, a cienie wydłużone kładły się pajęczyną na ulicach, sprawiając, że nawet tak spokojne miejsce przypominało scenę z thrillera. No i do tej pory nic nie jadła, a z zajazdu wyszła przed południem. Była pewna, że zaraz tak głośno jej zaburczy w brzuchu, że będzie to podobne do ryku niedźwiedzia.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Osobiście też skłaniałabym się raczej ku czemuś pozytywnemu, bo Kayser sprawia wrażenie, jakby przed wyjazdem z MC był raczej w porządku dzieciakiem i jedyną zadrę, jaka mogłaby między nimi zajść, to ta na zasadzie „ukradłeś mi ostatni kawałek tortu na przyjęciu urodzinowym Lizzy!”, gdy oboje mieli jeszcze po kilka lat, ewentualnie tylko trochę poważniej „złamałeś/-aś mi serce, gdy miałem/-am lat trzynaście!”, ale myślę, że oboje są na tyle dorośli, że teraz prędzej by się z tego śmiali niż robili sobie ciche (bądź nie) pretensje. :) Kumplowanie się z którymś z braci Mysie jest bardzo dobrym punktem zaczepienia, muszę tylko ostrzec Cię w tym momencie – Caleb to dzieciak jeszcze większy niż Mysie, natomiast Roy... no cóż, gdyby mógł, pewnie zamknąłby się w chacie ze swoimi królikami, nie wychylał z niej nosa i śpiewał tylko „znowu w życiu mi nie wyszło”. Gdyby Ferran to robił, pewnie najstarszy z braci Mysie byłby dla niego idealnym kandydatem do narzekania na całe zło świata przy kieliszku. O właśnie, kieliszek! Skoro z Twojego pana taki koneser trunków, wspomnę przy okazji, że przez jakiś czas po powrocie do MC Mysie trudniła się produkcją nalewek na większą skalę. Teraz zrezygnowała z tego na rzecz dostarczania przesyłek, ale jako szczęśliwa posiadaczka magicznego zeszytu z babcinymi przemysłami, wciąż sobie coś tam produkuje w domowym zaciszu. Calebowi niczego nie da z czystej przekory, ale Ferran mógłby zostać jej osobistym testerem, jeśli ma chęć na darmowy alkohol (o wątpliwej reputacji, bo Mysie nie dość pewnie czuje się w kuchni, ale zawsze! Bardzo się dziewczyna stara). ;D W zamia za to Ferran może znosić jej wpadanie bez zapowiedzi, czucie się w leśniczówce jak we własnym domu (bo Ayers czuje się tak właściwie wszędzie) i marudzenie na upierdliwych starszych braci. Na miejsce Lumy raczej nie wskoczy, bo o narzeczeństwie nie myśli nawet teraz, ale zawsze można spróbować wpleść ją jakoś w historię Luke'a/jego rodzeństwa (chociaż to byłby duży zbieg okoliczności, nie wiem, czy nie za duży) albo we wczesną przeszłość Ferrana, jeszcze przed wyjazdem z Mount Cartier i zaciągnięciem się do służby. Czy ja wiem... skoro taki z niego skrzypek, rodzice Mysie mogli posłać ją na nauki do Kaysera, ot, żeby spędzili razem trochę więcej czasu. Tyle że ona za grosz talentu nie ma, ale kto mówi, że tego czasu nie mogli spożytkować inaczej, choćby w lesie. Ayers uwielbia się po nim włóczyć i podpatrywać przyrodę.
    Mózg mam trochę skostniały, przepraszam, chwilę mi zajmie, zanim go rozruszam po długiej przerwie. Daj znać, czy cokolwiek z tego przypadło Ci do gustu, czy mam myśleć dalej nad czymś bardziej/mniej skomplikowanym. :)]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  13. Tilly juz od progu nurtował pewien drobiazg. Postanowia jednak przesunąć tą kwestię na bok, dopóki nie zajeliby się odpowiednio, wraz z Ferranem, uroczym -
    aczkolwiek teraz trochę biednym -
    znaleziątkiem Mathilde. Mimo swoich kilku nie tak bardo niepokojących obaw, odwzajemniła naturalnie i niewymuszenie, wbrew swojwj kontroli, uśmiech Ferrana, nawet jeśli tak samo subtelny i nierzucajacy sie w oczy jak jego. Podążając za nim, zauważając znaną jej już troskę w jego postawie i czynnościach, z czystym sumieniem mogła zboczyc z kursu. Zahaczając o aneks kuchenny, odnalazla czysta ścierkę, którą nasączyła wodą i kiedy Ferran przyglądał się wiewiórce, Tilly siadła na swoich nogach przed nim. Właśnie podnosiła się na klęczki żeby sięgnąć mokrym materiałem plamy pp farbie na jego policzku, kiedy mężczyzna zwrócił twarz w jej stronę wraz z pytaniem na ustach. Zawisła z dłonią w powietrzu, wypatrując w jego spojrzeniu podpowiedzi dokładnego kontekstu zadanego pytania.
    - Zgubila sie w lesie.
    W jakis sposo jej odpowiedź brzmiała bardziej podobnie do niej niz do wiewiórki. Wiewiórce byłoby raczej ciężko zgubić się w lesie. Przez ton Mathilde przejawiała się jednak tak wielka empatia i zrozumienie wobec stanu zastanego tego małego zwierzątka, że można było, widząc wielką wiarę Tilly i ej zmartwienie tą kwestią, naprawdę uwierzyć, ze ta mała istotka rzeczywiście zgubila sie w swoim domu.
    - Leżała samotnie pod drzewem. Pomyślałam, ze przyda jej się dobre towsrzystwo i opieka.
    Powiedziała to tak naturalnie, jakby przez myśl jej nawet nie przeszło, ze ktoś oprócz Ferrana mógłby sie w tym sprawdzić lepiej.
    - Wydaje mi się, ze mogła sie czymś zatruc. Jak myślisz?
    Dopiero kiedy zakończyła tą kwestie i dala mu czas do namyslu nad odpowiedzia, przełożyła wilgotna sciereczke do jego policzka w celu oczyszczenia go z plamki farby.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  14. Szczepionki przeciwko wściekliźnie brzmiały stosunkowo groźnie. Tilly, osuwając dłońmi w dół po swoich udach, z zatroskaniem zatrzymała wzrok na wiewiórce. Teraz wydawała jej się jeszcze bardziej cierpiąca i potrzebująca. Zacisnęła palce na swoich kolanach i gdyby nie jej instynkt, który podpowiadał jej, że nie powinna osaczać zwierzątka swoją osobą, prawdopodobnie już teraz tuliłaby je do swojej piersi. Tymczasem ściszyła ton, prawie do szeptu, nie chcąc zakłócać wiewiórce jej zmagań z fałdami kurtki, spod których chciała się uwolnić.
    — Ale wyjdzie z tego? — spojrzała za Ferranem, który najwyraźniej powoli zbierał się do spiżarni, próbując znaleźć jedzenie odpowiednie dla wiewiórek i mogące złagodzić ból po spożytych przez zwierzątko toksynach. Tilly w tym czasie, chwyciła delikatnie materiał kurtki, układając ich pacjenta na stoliku w kuchni, blisko okna, skąd wiewiórka mogła mieć dobry widok na taras i las, jaki otaczał chatkę kiedyś należącą do dziadków Kaysera. Sama w tym czasie, nie tracąc czujności i spoglądając co jakiś czas na zwierzę, odnalazła w kuchni wiklinowy koszyk. Słyszała, że w Wielkanoc trwała aukcja wiklinowych koszyczków panów w Mount Cartier. Mimochodem jej myśli na chwilę uciekły ku Renowi, który zniknął w drzwiach spiżarni. Spojrzała w tamtym kierunku, wbrew rozsądkowi zastanawiając się czy Ferran też brał w niej udział. Zanim jednak sama udzieliła sobie na to odpowiedź, przypomniała sobie, że powinna wyścielić czymś wiklinowy koszyczek. Użyła w tym celu gaz i waty, ocieplając dno koszyczka, a na górze wyłożyła miękkie posłanie z kuchennej, czystej ścierki. Dopiero kiedy przygotowała całe stanowisko, delikatnie przeniosła na nie wiewiórkę. Przygotowując jej prowizoryczny podajnik z wodą, siadła niedaleko, obserwując stworzonko.
    Wydawała się zaniepokojona. W takim stopniu, że kiedy nalewała wody na mały, głęboki talerzyk, część z niej rozlała sobie po stole. Poczuła dopiero w momencie, w którym krople skapnęły na jej uda drobną falą. Ocierając materiał dłonią, westchnęła, sprzątając nieporządek jaki po sobie zostawiła na blacie. Akurat w tym momencie, w którym Ferran wrócił ze spiżarni.
    — Niepokoję się. To musi ją bardzo boleć. Jest taka mała i bezbronna. Widziałeś kiedyś tak ładną wiewiórkę?
    W jakiś sposób musiała przerzucić swoje zaniepokojenie w innym kierunku. Zachwyt nad miękkim, rudym futerkiem wydawał się sensowny. W Kanadzie znacznie częściej spotykało się te szarobure, czarne, czy siwawe wiewiórki niż te brązowe czy tym bardziej te o kasztanowej sierści. Zawiesiła wzrok na stworzonku, nieświadomie zaciskając palce na rękawie Ferrnowej koszuli, na którego później przeniosła swoją uwagę.
    — Teraz spróbujemy ją nakarmić? A jeśli nie będzie chciała jeść?

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  15. [Ano hej! Powiem Ci, że sama jestem zaskoczona swoim wyborem postaci, ale próbuję przekonać się do bohaterek. Blanchett nie może się ode mnie oderwać od momentu, kiedy raz ją wprowadziłam w życie. Mam nadzieję, że nie skończę z niesmakiem...

    Nawiedzona ornitolożka? Jak wpadłam na jej historię, to przypomniały mi się wszystkie onetowe, banalne i przesadzone pomysły. Doszłam jednak do wniosku, że wtedy miałam za małą wiedzę, by to ładnie wykorzystać, a każda sekciarska postać musiała byś mroczna i straszna... Teraz tak nie będzie!

    Co do wątku - oczywiście, ale musisz mi powiedzieć kogo składasz na mej dłoni, bo ja, oczywiście, już się pogubiłam we wszystkich bohaterach.]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  16. [Bardzo chętnie wezmę na warsztat tego otóż Pana. A i fabułę zacznę od samego początku, jeśli nie masz nic przeciwko. Jestem przekonana, że nie musimy ustalać dalszych szczegółów, jak myślisz? Postawiłabym na przyjemne zaskoczenie (tylko przyjemne!). Ależ mi dziwnie podpisywać komentarze damskim imieniem.]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  17. [Pięknie to wszystko razem połączyłaś. Pytanie tylko, jak to mniej więcej czasowo było ze śmiercią Luke'a? Potrzebowałabym wiedzieć, żeby poukładać to w historii Mysie, bo skoro miała przyjaźnić się z jego siostrą, nawet gdyby była poza miasteczkiem, gdzieś w innym stanie, a usłyszałaby o jego śmierci, pewnie by wróciła na jakiś czas, gdyby zaszła taka potrzeba i przyjaciółka by tego potrzebowała. Przyjaciół Mysie traktuje tak samo jak rodzinę, więc nie ma opcji, żeby zostawiła ją samą na lodzie.
    Co się z kolei Lumy tyczy – nic o niej nie wiem, więc ciężko mi określić, czy mogłaby się z Mysie polubić (choć o ile zachowywała się jak typowa kobieta, to raczej wątpię, bo Ayers zawsze lepiej dogadywała się z męską częścią znajomych i chadzanie w sukienkach na imprezy nigdy nie bawiło jej ponad miarę), ale jeśli jej nie lubiła, to pewnie Kayser by o tym wiedział bez względu na to, czy była jego dziewczyną, czy też nie. Także sama zdecyduj, czy wolisz, aby wiedziała o wyskoku panny Attwood, bo nie gwarantuję, że nie ucięłaby sobie z nią pogawędki za plecami Ferrana, skoro była z nim wystarczająco blisko, żeby ją to obchodziło.
    Myślę nad tym, co mógłby znaleźć Twój pan i, no cóż, ostatnio same... niepoważne propozycje wpadają mi do głowy. :D Ale już się spinam i postaram się zachować rozwagę. Mogłoby to być coś mocno spersonalizowanego (tu już musiałabyś mi podpowiedzieć, co takiego), co dostał od niej z okazji urodzin/świąt/etc. Jakieś wspólne zdjęcie z leśnej wyprawy, kiedy cudem uszli z życiem krwiożerczemu łosiowi. Albo z domku na drzewie, który w przypływie szalonej odwagi po kilku głębszych zdecydowaliby się odwiedzić. Może jakąś pamiątkę z czasów ich szczeniackiego „romansu”, żeby mogli się trochę pośmiać (a przynajmniej Mysie, bo nie wiem, jak to z tym u Kaysera bywa). Myślisz, że coś się nada? :)]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  18. Pomyślałam sobie, że mogli wcześniej korespondować mejlowo, co Ty na to? Jakiś punkt zaczepienia, a i nie byłoby niezręcznie. Jasne, mam na myśli zdawkowe wiadomości, ale przynajmniej Julia będzie miała się do czego odnieść. Wczoraj robiłam pierwszy risercz zagrożonych gatunków w Kanadzie (serio) i już wiem, co będzie ich głównym zmartwieniem. Poza tym proszę: post fabularny. Tak, nadal je praktykuję! I jeśli masz jakąś inną fotę, możesz podrzucić.

    OdpowiedzUsuń
  19. Zapach Lasu czuć było jeszcze zanim Ferran uchylił materiał worków. Zaciągnęła się nim jednak głębiej. Już wcześniej zdążyła poznać ten zapach. Podążał on za Renem, każdorazowo kiedy się spotkali. Rozpoznawała igliwo, powiew wiatru. Teraz tajemnica woni wypełniającej płuca, kojarzonej wyłącznie z Ferranem, właśnie stawała się bardziej jawna. Zsuwając dłoń po ferranowej koszuli, zatrzymała palce przy przegubie jego ręki, smagając go nieznacznie opuszkami palców na moment przed tym, jak kucnęła przed workiem z pędami sosny. Lekki uścisk na nadgarstku mężczyzny miał jje dać tylko większą stabilizację. Kiedy już złapała równowagę, obie ręce ułożyła na swoich kolanach, pochylając się w przód nad zbiorami Ferrana.
    - No tak. Żywica.
    Uśmiechnęła się kacikami ust, identyfikując ten zapach. Obdarzyła tym samym krótkim spojrzeniem sylwetkę blondyna.
    - Pięknie pachnie.
    Nim - przemknęła jej myśl, którą pozwoliła sobie zachować tylko dla siebie i podsumować ją śmielszym uśmiechem występującym na rumiane usta. Zaraz zresztą pochylila się z powrotwm w kierunku worka, a fala włosów spowiła znaczną część jej twarzy.
    - Powinniśmy dać jej szansę się wykazać. Uwierzyć w nią.
    Słowa padły po krótkiej chwili milczenia, w której sięgała po jeden z zoledzi. Rozpostartą dłoń wyciągnęła przed siebie, podstawiając ją wraz z jej zawartością pod główkę wiewiórki. Musiało to wyglądać bardzo zabawnie, bo Tilly, żeby sięgnąć koszyka z poziomu ziemi, musiała podciągnąć się na jednej ręce w górę, wspierając się blatem stołu. Podbródek oparła na wolnej ręce, z zafascynowaniem obserwując wewnętrzną rozterkę wiewiórki. Zaśmiała się przy tym cicho pod nosem, rozbawiona powagą z jaką zwierzątko zbliżyło się do żołędzia, spróbowało go powąchać i zaraz cofnęło łepek, lądując nim w materiale pościelonej mu chustki.
    - Ciebie chyba od razu polubiła. Spróbujesz?
    W ramach zachęty, delikatnie chwyciła mężczyznę za dłoń, patrząc na niego z dołu. Palce chwyciła pewniej dopiero, kiedy podciagnęła go trochę w dół. Miała wrażenie, że jeśli będą patrzeć na wiewiórkę z jej poziomu, być może ta okaże im więcej zaufania i sympatii. Zanim jednak Ferran zdążył kucnąć przy Tilly, kobieta rozproszyła swoją uwagę, podzielajac ją pomiędzy swoje cele, a spontaniczną próbę przebadania faktury jego skóry. pogłaskała ją kciukiem. Kiedy tylko podświadomie przekręciła dłoń, odkryła jak lekko jej palce wplatają się w jego własne i pasują do jego uścisku.
    - Przepraszam.
    Nie przepraszała dlatego, że czuła się winna swoich gestów, a już na pewno nie zadowala ich. Przepraszała prawdopodobnie za to, czego jeszcze nawet nie zdążyła zrobić, a co zrodziło się w jej myślach i nie umknęło z nich, nawet kiedy cofneła dłonie na swoje uda. Samotny żołądź pozostał na stole, osamotniony decyzją Tilly, żeby właśnie tam go porzucić.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  20. Był taki czas, kiedy Mina śmiała się nieustannie. Z żartów, z sytuacji, do przyjaciół, siebie samej, nawet do nieznajomych. Od zawsze nosiła w sobie radość. Ale nadszedł taki czas, kiedy to zostało zdeptane, a ona sama zgasła, jak wypalona świeczka. Pozostał czarny kniot, a Mina była cieniem samej siebie.
    Teraz, tu w tym miejscu właśnie, uspokajała się powoli i na nowo uczyła cieszyć życiem. Tu raz się uśmiechnęła, tu roześmiała w głos. Innym razem wystraszona krzyczała na całe gardło i to też był duży postęp, bo już nie szeptała, nie mamrotała pod nosem. Sytuacja jak z dnia dzisiejszego to była misja niemożliwa, której podołała. I była z siebie bardzo dumna. Nie wbiło jej w ziemie, nie stała jak kołek, nie wiedząc co robić, a coś zrobiła. Nawet jeśli zrobienie zdjęć było jakimś pierwiastkiem w działaniach, by złapac kłusownika, miała w tym swój wkład. I będzie mogła być z siebie zadowolona.
    Pożegnała się szybko i z komisariatu niemal wybiegła. Była podekscytowana tym, żę była w stanie komuś pomóc, a jej obecność się przydała. Potrzebne jej było czuć się potrzebną. Chyba za długo już przebywała w letargu, bo to co dziś zrobiła sprawiło, że serce łomotało jej jak szalone z ekscytacji. Nie mniej jednak, gdy tylko dotarła do zajazdu i przyłożyła policzek do poduszki, zasneła w dwie minuty. Padła od emocji, które niemal rozsadzały ją od wewnatrz.
    Minął dzień, drugi i dopiero na następny skierowała swe kroki do lasu. Kontaktując się z policją, całe zajście z misją leśniczego dotyczącą złapania kłusownika, mogło się odbić artykułem w następnym numerze, ale musieli ustalić z władzami, ile mogą zdradzić. No i ona sama czuła, że powinna zapytać o to nieznajomego. Właściwie znajomo nieznajomego, bo choć rozmawiała z nim kilka razy, to ani on, ani ona się sobie nie przedstawili. No i przecież nie zrobiła zdjęć sadzonek, a druk nowego numeru miał zaraz ruszyć! Zmyli jej głowę o to, ale... zupełnie się tym nie przejęła. Nie tak jak sądziła, że się przejmie, bo w końcu mogła dać od siebie więcej. I możliwe, że jej praca wcale nie jest taka niepotrzebna i jej nie zwolnią.
    Droga do lesniczówki nie była wyzwaniem. Już kilka razy zdarzało się Minie ją mijac, gdy wyruszała w trasę z aparatem w dłoni. Nie mniej jednak dziś, gdy szła prosto w tamto miejsce, rozglądała się żywo, jakby oczekiwała kolejnej akcji. Gdy spokojnie i bez przygód dotarła na miejsce, wcale nie była rozczarowana. Zapukała w drzwi powoli, zdejmując z głowy szeroki kaptur kurtki przeciwdeszczowej. CHoć jeszcze nie padało tego dnia, na niebie wisiały ołowiane chmury i nie wróżyło to nic dobrego, a ona wolała być przygotowana na ewentualne oberwanie chmury.

    OdpowiedzUsuń
  21. Skupionym spojrzeniem podążyła za ruchem jego dłoni, zawieszając wzrok na skorupie owoca ulokowanego we wnętrzu jej dłoni. Zacisnęła na nim palce, obracając owalny, symetryczny kształt, spowijając go miękkością swoich opuszków. Automatycznie, wyczuwając taką potrzebę, wróciła wzrokiem do oczu Ferrana, kiedy akurat zadawał jej pytanie. Uśmiechnęła się, czując rzeczywistą zachętę do podjęcia kolejnej próby nakarmienia wiewiórki.
    — Masz rację. Nie powinniśmy mieszać jej w głowie.
    Wyprostowała się na nogach, poprawiając rąbek sukienki pod kolanami i ponownie oparła się ręką na blacie. Przypomniawszy sobie jednak o wcześniej zadanym przez mężczyznę pytaniu, przechyliła głowę na bok, opierając policzek na swoim przedramieniu.
    — Winnie — zdecydowała momentalnie, prawdopodobnie już wcześniej zastanawiając się nad nadaniem zwierzątku jakiegoś imienia, ale dopiero sugestia Kaysera wywołała w niej chęć do podzielenia się nim głośno. Tilly potrzebowała czasem drobnych popchnięć i motywacji, w rzeczach zupełnie drobiazgowych. W tych bardziej kluczowych, instynktownie, radziła sobie sama. Niektórymi drobnostkami zaś, czasami nie zawracała sobie głowy. Tak jak teraz, pasmo jej włosów osunęło się e splotu, łaskocząc delikatną skórę na policzku. Mathilde przejęta inną kwestią, na tą drobną niedogodność nie reagowała w żaden sposób. Dłoń wyciągniętą z orzeszkiem trzymała przed sobą, chyba całkowicie bezwiednie, bo uwagę skoncentrowaną miała na Ferranie.
    — Ren… — nie było dane jej zakończyć tego zdania, bardzo płynnie rozpoczętego od jego zmiękczonego imienia. W tym samym momencie, wiewiórka ośmielona matyldowym rozproszeniem, podbiegła, sięgając po - jak podejrzewała – jej dzisiejszy posiłek i czym prędzej wróciła na swoje miejsce. Tilly, choć zaskoczona, zwróciła twarz w tamtym kierunku całkiem spokojnie zaraz potem chowając ją w swoim ramieniu, tłumiąc tym krótki śmiech.
    — Wygląda, że już czuje się trochę lepiej.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  22. Gdzieś niedaleko słyszała odgłosy uderzeń, nie wiedziała tylko, że to siekiera w dłoniach mężczyzny rąbiąca drewno. Jeszcze bardzo wiele mieszczucha w niej tkwiło i nie potrafiła przywyknąć do spokoju i charakterystyki tych okolic. Mijał już ponad miesiąc od jej przyjazdu i miała wrażenie, że tyle się wydarzyło, tyle w niej samej zmieniło, a mimo to jednak wciąż tkwi w tym samym punkcie jak pierwszego dnia, gdy wysiadła zagubiona z autobusu w Churchill.
    Na widok mężczyzny uśmiechneła się pogodnie na moment, lecz stary nawyk nie odszedł i gdy pewnym krokiem się zbliżył, sama cofnęła się o dwa kroki. Za szybko pojawił się tuż przy niej, a ona nawet nie zdążyła pomysleć nad tym, jak zostanie odebrana i nogi same ją poniosły w tył. Szczęsciem nie osunęła jej się pieta przy krawędzi werandy i nie runęła w dół, bo tak też już się zdarzyło...
    -Dzień dobry, tak, sadzonki ...- pokiwała głową, od razu mobilizując się do pracy na samo hasło jej zadania. W prawdzie pierwszy raz nie wykonała zdjęć, o które proszono, ale i tak nie powstrzymało to redaktora przed upomnieniem jej i przypomnieniem o zakresie obowiązków. A przecież to nie było tak, że ona całkowicie zawaliła sprawę, lub zlekceważyła polecenie. Po prostu... wydarzyło się coś ważnego i co także znajdzie się w nowym numerze, o czym ona pierwsza doniosła, więc chyba... Chyba nie powinni być az tak źli, prawda?
    - Ale na pewno ma pan czas? - wskazała na brudne rękawice, które najwidoczniej potrzebne mu były do pracy. I najwidoczniej teraz własnie pracował. I prawdopodobnie Mina miała bardzo złe wyczucie czasu, bo przyszła w momencie, w którym przerwała coś waznego.
    [ostatnio coś sie nie mogę obudzić, :( ]

    OdpowiedzUsuń
  23. Mina i jej zachowanie trudno było zrozumieć. Nierzadko przeczyła własnym słowom przez mimowolny gest. Trzeba by było poznać jej historię, by pojąć, dlaczego ta dziewczyna tak się boi żyć. Ona sama także nie pojmowała tego, jak uporać się z koszmarami powracającymi co noc i co zrobić, by nie powracały.
    Pokiwała głową, zgadzając się z mężczyzną. Deszcz mógł ich zaskoczyć w każdej chwili, trzeba było się spieszyć. Wprawdzie jej do zdjęć potrzebne było trochę czasu, ale jeśli się skupi i postara sprężyc, może dałaby radę w pół godziny... Patrząc w górę, nie miała tyle, więc idąc za mężczyzną, który sadzał niebotyczne susy, próbowała i nadążyć i jednocześnie już ustawić aparat. W lesie jednak najgorsze było to, że z każdej strony był inny. Tu za każdym drzewen pojawiało się inne światło i cienie padały inaczej. Było w tym trochę magii, ale jej to utrudniało pracę.
    Nie słyszała plotek na temat leśniczego. Jesli nawet, nie potrafiłaby ich połączyć z jego osobą. Wciąż jeszcze nie znała imion sąsiadów w zajeździe, wciąż zapominała jak nazywa się przesympatyczna dziewczyna z jedynego sklepu w miasteczku, a przecież rozmawiały już swobodnie jak koleżanki, albo wesoły kucharz, który jej serwuje pyszną kawę i zagaduje. Nie mogła się przekonać do tego, by zaufać ludziom, nawiązać jakieś relacje i może dlatego właśnie takie miała trudności z pamięcią i przywiązaniem słowa do twarzy.
    Pstrykając w aparacie, co chwila potykała się o własne nogi, wystający korzeń, źle stąpała wykrzywiając kostkę na dużej szyszce albo kamieniu. Nie była gapą, ale dziś przez pośpiech czuła, że może się wyłożyć na ściółce. No trudno, puściła aparat, który zawisł na szyi, ciążąc niewygodnie i ocierając paskiem kark i przyspieszyła za mężczyzną. Gdyby miała dłuższe nogi, moze nie oglądałaby oddalających się pleców.
    - Czy panu też mogłabym zrobić zdjęcie? - spytała, doganiając go i równając krok.
    Odetchnęła głeboko i rozpięła kurtkę, poprawiając opadający na twarz kaptur. Bądź co bądź, wolałaby widzieć twarz rozmówcy. No i to co miała przed sobą, bo już nie raz wylądowały jej na nosie robale i pajęczyny wiszące z drzew.

    OdpowiedzUsuń
  24. Bezdomne (!) koty Tilly odczuwając brak swojej piastunki, coraz częściej podążały swoimi ścieżkami w okolicach Ferranowego domu, zauważając pewną zależność jego osoby od nieobecności ich mamki. Dlatego właśnie kroki Mathilde – o ironio – zmierzały teraz ku zamieszkiwanej przez mężczyznę chacie. W normalnych okolicznościach zatrzymałaby się na Tylach chatki, gdzie trzymał drewno, dokarmiła kota, uśmiechnęła się przez okno w kuchni do koszyczka – już pustego – wiewiórki Winnie. Dziś jednak było inaczej. Przemierzając lasek w poszukiwaniu bezdomnego kota Fileona, błądząc spojrzeniem po koronach drzew, zupełnym przypadkiem dostrzegła go pomiędzy gałęziami.
    — Ojej, Filuś…
    Jak na kogoś, kto wydawał się bardzo zmartwiony i zaskoczony, jej głos wyrażał nie strach i zdziwienie, a najwięcej troski. Opierając się dłonią o konar drzewa, zadarła podbródek.
    — Nie możesz zejść?
    Oczywiście, że nie mógł. To był biedny, mały kotek, w wieku ledwie nastoletnim, odpowiednio dla kotów. I oczywiście, że Mathilde w pierwszym odruchu zamierzała mu pomóc. Pomogłaby nawet gdyby cierpiała na lęk wysokości. Na szczęście aż tak się w tym momencie nie poświęcała. Zapominając o szkolnych upokorzeniach, zwłaszcza tych, w których nie potrafiła się wspiąć na linie po specjalnie przeznaczonej do tego ścianie, złapała się dolnej gałęzi drzewa, z całą swoją wątłą siłą podciągając się do góry. Nie wyszło jej to za pierwszym razem. Ale za jakimś siódmym, wdrapała się na najniższą gałąż, a piętnaście minut później siedziała obok Fileonka, głaszcząc go po grzbiecie.
    — No już. Nic się nie dzieje, wiesz? To tylko wysokie drzewo.
    Tuląc się do miękkiego, kociego futerka, przymknęła powieki, chłonąc uspokajające mruczenie i kiedy w kilka chwil później ciepło uciekło jej spomiędzy palców, a mruczenie ustało, zachwiała się na gałęzi, spoglądając za umykającym jej w dół, po gałązkach kotem. Zwierzę miękko wylądowało na ziemi, a Tilly w całej swojej dobroduszności nie dostrzegając perfidności małej bestyjki, westchnęła.
    — Naprawdę wysokie…
    I nawet gdyby spróbowała z niego zejść, a strach chwilowo ją sparaliżował, nie miała pomyslu jak się za to powinna zabrać.
    — Filuś, potrafisz głośno miauczeć?
    To było jej ostatnie pytanie, zanim uroczy Filuś zostawił ją z jej problemem samą, a ona pomyślała sobie: na pewno poszedł po pomoc. I tylko jej w jej własnej naiwności mogło się udać to bardzo ryzykowne stwierdzenie. W istocie, kilkadziesiąt metrów dalej, kot zaczął się łasić do spracowanego rąbaniem drewna właściciela drwalskiej chaty, miaucząc donośnie.

    Mathilde

    OdpowiedzUsuń
  25. [ Oczywiście. I to nawet nie troszeczkę! <#
    Nie mogę się doczekać cierpień Ferrana z powodu tej słodyczy :D
    Mam nadzieję, że będzie ok...]
    Nie tego spodziewała się po swoim przyjeździe do Mount Cartier. Wsiadając w autobus, była przekonana, że za chwilę zobaczy swojego dziadka, który jak zwykle – wysłucha ją spokojnie, a następnie, zamiast zbędnie roztrząsać problem, poczęstuje ją chlebem ze smalcem (jego wersja czekolady), powie, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i po prostu zrobi wszystko tak jak trzeba. Niestety, zamiast kochającego bliskiego zastała pustkę. Jedyna osoba, której nie bała się poprosić o pomoc, zniknęła. Nie wiedziała nawet czy żyje, co się stało, że jego dom zajęła obca rodzina. Co jej pozostało? Spróbowała znaleźć sobie miejsce w Zajeździe. Niestety, końcówka sezonu sprawiła, że chcący zakosztować życia w dziczy zapełnili to miejsce. Zostało kilka dużych pokoi, na które już nie było stać dziewczyny.
    Pamiętając, że w miasteczku nowe osoby zostają zauważane w trybie natychmiastowym, postanowiła ukryć się w lesie. Na szczęście, pogoda jak na razie dopisywała, więc mogła na spokojnie przemyśleć sobie co dalej. Jej radość nie trwała długo – przypomniała sobie bowiem o grasujących w lesie zwierzętach. Pożarcie przez niedźwiedzia (albo co gorsza przez wiewiórki, niedźwiedź przynajmniej brzmiał poważnie!) nie było szczytem jej marzeń. W końcu postanowiła być silną, niezależną kobietą! Tego planu zamierzała się trzymać i nawet spłynęło na nią oświecenie. W końcu jako dzieciak często chodziła z dziadkiem do lasu. Za leśniczówką roiło się od małych domków dla skrzatów (przynajmniej tak to zapamiętałą
    Czym prędzej pognała w stronę leśniczówki. Tu pojawiło się kolejne rozczarowanie, bo miejsce wyglądało zupełnie inaczej niż to zapamiętała. To co kiedyś uważała za wioskę skrzatów okazało się schowkami. I na dodatek wcale nie było ich dużo… Nie powinno się ufać dziecięcej wyobraźni. Było już jednak za późno na powrót. Zbliżał się już wieczór, a wiewiórki grasowały (widziała chyba cztery po drodze). Najwyższy czas się gdzieś ukryć i przeanalizować wszystko. Zbyt wiele wydarzyło się tego dnia, by podejmować kolejne wyzwania i poważne decyzje. Niestety, dostanie się do środka schowka nie było wcale łatwe. Nawet w tak bezpiecznym miasteczku jak to, były one zamykane na kłódkę. Wszystkie, z wyjątkiem jednego, w którym dodatkowo wypadały drzwi z zawiasów. Na dodatek, był on najbardziej oddalony od chatki, także ryzyko przyłapania było mniejsze. Zadowolona z własnej zaradności Polly, ukryła się w swoim nowym domku i z jeszcze większą radością odkryła zapasy jedzenia! Nie był to kotlet z ziemniaczkami, tylko różnorakie dary natury, jednak od tylu godzin nie miała nic w ustach, że nawet zwykłe orzechy sprawiały, że ślinka naciekła jej do ust. Zagłuszone przez głód sumienie, tylko raz, cichutko wspomniało coś, że nie powinna, bo to czyjaś własność. W tym momencie słodkie borówki mogłyby ją przekonać nawet do zabójstwa.
    Wieczór spędziła na pałaszowaniu i próbach ustalenia co dalej. Skończyła na podjęciu wspaniałej decyzji, a mianowicie – jutro wszystko wymyślę. Wykończona ciężkim dniem oraz nadmiarem emocji zasnęła jak niemowlę pomimo niezbyt dogodnych warunków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejnego dnia nie wykonała swojego planu. Przespała jego pierwszą połowę, a drugą spędziła na chodzeniu po lesie i wmawianiu sobie, że myśli. Stan zawieszenia w pewnym sensie jej odpowiadał. Pomimo fatalnej sytuacji, nie musiała podejmować żadnej decyzji, a nienawidziła tego robić. Jak zwykle pozostawała pasywna i miała nadzieję, że wszystko samo się rozwiąże. Tak właśnie miało się stać, choć nie zdawała sobie jeszcze z tego sprawy, gdy kolejnego popołudnia zafundowała sobie owocową ucztę, prawie opróżniając wiadro borówek. Jej beztroski posiłek przerwały jakieś niepokojące dźwięki. Oczywiście, pierwsze co pomyślała, to że zaraz zaatakuje ją niedźwiedź. Widać jeden dzień wystarczył, by przesiąknąć historiami o tych bestiach, nie potrzebny był kontakt z żadną żywą istotą.
      Wystraszona chwyciła pierwszą rzecz jaka się jej nasunęła. Miała do wyboru wiadro, słoje, deski, a nawet jakieś metalowe narzędzie, którego nazwy nie znała. A ona chwyciła za suszone grzyby powieszone na sznurze. Jaki był plan jej ataku? Uderzyć z całej siły twardym maślakiem? Czy owinąć ten leśny naszyjnik wokół szyi i udusić? Kto ją tam wie. Nie zdążyła tego obmyślić, bo niebezpieczeństwo coraz bardziej się zbliżało. Jeszcze sekunda i… Polly zamknęła oczy, żegnając się z życiem, gdy drzwi opadły z hukiem na ziemię potrącone łapą zwierzęcia. Równocześnie zaczęła wymachiwać swoją bronią zniszczenia, krzyczeć/piszczeć i kulić się, choć nie wiadomo jak miałoby ją to uratować. O dziwo, nie usłyszała strasznego ryku. Nie usłyszała nic. Zastygła w bezruchu, po czym nie śmiało rozchyliła powieki. Zamiast ogromnego futrzaka zobaczyła zwykłego człowieka. Fakty, wysokiego i umięśnionego, ale raczej nie zamierzał jej zjeść. Dlaczego nie pomyślała, że może to być człowiek? Czyżby zbyt duża ilość cukru z owoców jej zaszkodziła?
      Natychmiast oblała się rumieńcem. Schowała grzyby za siebie, jakby licząc, że mężczyzna ich nie zauważy. Spuściła też wzrok, bo w tym człowieku było coś co mogło wystraszyć i onieśmielić.
      - Ekhm… Myślałam, że to niedźwiedź… - bąknęła pod nosem, jakby to miało wszystko wytłumaczyć. Co mogła innego zrobić? Nawet nie miała jak uciec! A nawet jeśli – w miasteczku od razu by ją znaleźli, zaś w lesie od razu by ją coś pożarło, tym razem naprawdę.

      Usuń
  26. Gdyby Polla wiedziała jaką reputacją cieszy się tutejszy leśniczy, pewnie trochę dłużej zastanawiałaby się, czy dobrze robi dokonując włamania. Jej jednak panowie, wykonujący ten zawód, kojarzyli się z dziadziusiami, którzy chodzili powoli po lesie, karmili sarenki i byli dosyć łagodnie nastawieni do świata. W końcu to leśniczy uratował Czerwonego Kapturka! A może był to myśliwy? Nie ważne. Leśniczy mieli być mili i już!
    Dlatego, gdy dziewczyna uświadomiła sobie, że jej przeciwnikiem nie jest niedźwiedź, a człowiek, poczuła pewną ulgę. Ulga ta trwała jednak zaledwie kilka sekund. Wystarczyło jedno zimne spojrzenie mężczyzny, by przez chwilę żałowała, że nie zostanie posiłkiem dzikiego zwierza. Wtedy przynajmniej nie musiałaby się tłumaczyć ze spałaszowanych zapasów ani swojego zachowania. Tymczasem widziała wyraźnie, że poniesie konsekwencje swoich czynów. Sam wyraz twarzy leśniczego sprawił, że miała ochotę uciec. Nie potrzebowała dodatkowej zachęty. Gdy tylko rozpoczęło się odliczanie, zrobiła nerwowy ruch, jakby chciała ruszyć przed siebie, ale w tym samym momencie uzmysłowiła sobie, że nadal nie wie co powinna ze sobą zrobić. Poza tym dwie sekundy to zbyt mało czasu, by się skądkolwiek wynieść. Nieznajomy powinien dać jej pięć razy tyle czasu! Zamiast posłuchać surowego rozkazu ponownie zastygła w bezruchu, patrząc z pewną obawą na właściciela posesji. Zanim w ogóle udało się jej ułożyć cokolwiek w głowie, już trzymał ją za nadgarstek. Odruchowo się skrzywiła, choć uścisk nie bolał zbytnio. Jej mina była raczej odpowiedzią na bezwzględność tego ruchu.
    Uważnie śledziła każdy jego ruch, sama nawet nie drgnąwszy. Myślała, że po odrzuceniu grzybów, będzie czekać ją dalsza część kary, jednak mężczyzna zwrócił jej wolność. O ile wolnością można nazwać stanie w ciasnej szopie, z której wyjście było blokowane przez wielkiego faceta. Ale przynajmniej teraz nie była dodatkowo paraliżowana przez dotyk obcej osoby. Można powiedzieć, że to jakiś plus.
    Wzięła głębszy oddech, rozejrzała się dookoła. Szybko podliczyła mniej więcej straty jakie wywołała. Nawet nie miała pojęcia jak to wszystko podliczyć, ile mogłyby kosztować owoce i orzechy, które zjadła. Zresztą, z tego co pamiętała, tutaj gotówka nie była zbyt wiele warta…
    - Naprawdę przepraszam… - zaczęła się tłumaczyć, choć jej rozmówca nie wyglądał na łatwego do ubłagania. – Nie miałam gdzie iść, w zajeździe nie było miejsca, nikogo tu nie znam… Mogę zapłacić za to co zjadłam albo jakoś odpracować… - zawahała się, nie wiedząc co jeszcze może powiedzieć. Wiedziała, że wygląda żałośnie, choć od dwóch dni nie oglądała swojego odbicia. Sama podróż tutaj ją wykończyła, a jeśli doda się do tego brak łazienki, czy jakichkolwiek znośnych warunków do ogarnięcia się… Efekt nie mógł być oszałamiający. Na dodatek teraz przepraszała i usprawiedliwiała się jak pięcioletnie dziecko. Co go obchodzi jej historia? Fakt, że w zajeździe nie było wolnych pokoi nie dawał jej pozwolenia na wyżeranie jego zapasów! Cóż, tyle jeśli chodzi o bycie silną, niezależną kobietą.
    - Już stąd znikam - po krótkim wahaniu zdecydowała się na odwrót. Sięgnęła do swojego plecaka i nerwowo pogrzebała w nim, żeby znaleźć portfel. Na dłoń wysypała pieniądze i wyciągnęła ją w stronę mężczyzny. Nie było tego zbyt wiele, ale co mogła innego zrobić? Przecież nie może się popłakać i udowodnić wszystkim jaka jest słaba. Musiała przynajmniej postarać się być twardą. Później pomyśli co dalej. Na razie patrzyła na jego twarz, czekając aż odbierze gotówkę. Starała się zachowywać powagę i spokój. Wydawało się jej, że to jedyny sposób, żeby ten człowiek jej teraz nie zamordował – udowodnić mu, że jednak nie jest aż takim słabeuszem. Nawet jeśli jej ręka drżała, a spojrzenie uciekało co jakiś czas, nie mogąc znieść jego oziębłości.

    OdpowiedzUsuń
  27. Nie wiedziała czego się spodziewać. Przecież brak owoców raczej nie miał jakoś znacząco wpłynąć na życie mężczyzny. Nawet jeśli miałyby one być wymienione na najlepsze konfitury na świecie. Była to raczej niewielka strata. Choć z drugiej strony, byli w Mount Cartier. Tu świat funkcjonował inaczej. Wiadro świeżych borówek mogło być cenniejsze od sportowego samochodu. W końcu nikt nie odda sportowego samochodu za chleb. Miała jednak nadzieję, że nie będzie tak źle. Że leśniczy weźmie od niej pieniądze i pozwoli jej odejść. W końcu nie miała nic innego do zaoferowania.
    Dzielnie (a przynajmniej wmawiała sobie, że tak jest) znosiła jego spojrzenie. W rzeczywistości, ciągle przenosiła wzrok z miejsca na miejsce, drżała i wstrzymywała oddech. Chyba nawet ślepy zwróciłby uwagę na to jak się stresuje. A już na pewno widział to jej rozmówca, który w przeciwieństwie do niej nie bał się dokładnie jej przyglądać. Mimo to był niewzruszony. Żaden mięsień jego twarzy nie drgnął, gdy się tłumaczyła ani gdy wyciągała pieniądze. Nie było oznaki, że choćby trochę złagodniał pod jej wpływem, ale też nic nie wskazywało na to, by swoim skomleniem rozzłościła go jeszcze bardziej.
    Kiedy kazał jej schować pieniądze, z początku nie zareagowała. Dopiero, gdy powiedział, że załatwią to inaczej, nieśmiało wsunęła monety do kieszeni. Nie miała pojęcia jak dalej rozwinie się sytuacja. Czego będzie od niej chciał. Zmierzyła wzrokiem jego plecy, szybko oceniając swoje szanse. Co jeśli będzie chciał zapłaty w innej formie? W jaki sposób kobieta mogła za coś zapłacić mężczyźnie? Byli tutaj sami, w dziczy, a on nie wydawał się zbyt przyjemnym człowiekiem. Był przystojny, mógł być nauczony, że dostaje każdą, na którą ma ochotę. A już szczególnie taką, która jest mu coś winna… Pola aż się wzdrygnęła na myśl o tym. Chciała jakoś uciec, jednak wystarczyło jego jedno spojrzenie, by zrozumiała, że nie ma na to szans. Musiała ruszyć za nim, mając nadzieję, że srogi leśniczy nie okaże się zboczeńcem albo psychopatą. ”Nie myłam się od dwóch dni, śmierdzę i wyglądam jak kupa. Na bank nie jest aż tak zdesperowany” powtarzała sobie, próbując się w ten sposób pocieszyć. Jeśli fakt, że wygląda się jak siedem nieszczęść może być jakimś pocieszeniem.
    Chciała coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziała co. Szła za nim, ledwo dotrzymując mu kroku. Dwa dni ukrywania się, dały się jej we znaki i nie miała tyle energii co zwykle. Poczuła jednak ulgę, gdy zauważyła, że idą w stronę miasta, a nie jeszcze większego pustkowia. Na ich drodze pojawili się nawet jacyś ludzie. Niektórzy z nich, oczywiście, uraczyli ją dziwnymi spojrzeniami i unoszeniem brwi. Wolała jednak to od przebywania sam na sam z leśniczym i niepewną przyszłością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotarli do stróżówki. Czyżby zamierzał zamknąć ją w więzieniu za zjedzenie kilku borówek? Jeśli tak, to nie doceniała tego miasteczka. Było jeszcze bardziej szalone niż to zapamiętała. Oby tylko nie spalili jej na stosie.
      - Dostanę dożywocie? – rzuciła, choć nie oczekiwała reakcji ze strony swojego towarzysza. Jej organizm stwierdził po prostu, że zbyt długo była poważna, zestresowana i milcząca, więc musi powiedzieć cokolwiek. Nawet coś tak bezsensownego.
      Chwilę później przekroczyli próg budynku. Powitała ich widocznie zaskoczona blondynka oraz starszy, dostojnie wyglądający mężczyzna. Polly sądziła, że to ktoś w rodzaju sekretarki oraz dosyć elegancki strażnik. Szybko jednak słowa leśniczego uzmysłowiły jej, że ma do czynienia z samym burmistrzem oraz strażnikiem płci żeńskiej. Girl power, brawo dziewczyno. Może panna Hyde miała jeszcze jakieś szanse? Może zawiąże się jakaś solidarność jajników? Z drugiej strony obecność burmistrza sprawiała, że cała sytuacja nabierała powagi…
      Towarzysz dziewczyny wyjaśnił po krótce sytuację, po czym chyba planował wyjść, jednak pani strażnik powstrzymała go. Kazała mu poczekać, a sama zwróciła się do oskarżonej, oczekując jakichś wyjaśnień. Polly, wzięła głęboki wdech, zastanawiając się ile prawdy ujawnić.
      - Miał tutaj być mój znajomy. Ale okazało się, że go nie ma. W zajeździe zabrakło miejsc, zresztą i tak nie stać mnie na dłuższy pobyt tam. Potrzebowałam miejsca, gdzie przenocuję, póki czegoś nie postanowię… - Westchnęła cicho. Brakowało jej sił na tłumaczenie. Miała wrażenie, że brzmi żałośnie i że użala się nad sobą. Nie chciała wspominać o dziadku, bo pewnie wyszłaby na rozpieszczoną, małą dziewczynkę. Zresztą, bała się, że będą dopytywać. Bała się, że gdy poznają nazwisko mężczyzny, powiedzą jej, że nie żyje. Nie zniosłaby teraz tej informacji, nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, że mogło tak być.
      Strażniczka i burmistrz zmarszczyli brwi, poważnie rozważając tę sytuację. Kobieta zmierzyła jeszcze raz spojrzeniem Pauline, po czym spytała, czy chciałaby zostać w Mount Cartier. Polly bez zastanowienia odpowiedziała, że tak. Bo niby gdzie indziej miałaby iść?
      - Słyszałam, że ostatnio ma pan bardzo dużo pracy. Jesień póki co traktuje nas łagodnie, ale zima nadchodzi i trzeba wszystko przygotować na czas. Przyda się ktoś do pomocy – stwierdziła pani stróż, wyraźnie sugerując kto miałby pomagać leśniczemu. Burmistrz, do tej pory jakby zatroskany, rozpromienił się na ten pomysł i natychmiast przytaknął. Z kolei Polly spojrzała tylko na leśniczego, zastanawiając się, kogo pierwszego zabije. Choć sama nie miałaby nic przeciwko takiemu układowi, wątpiła, żeby ten człowiek chciał pomocy. A już szczególnie od dwudziestoparoletniej blondynki, która zjadła jego borówki.

      Usuń
  28. Mathilde w tym samym czasie, w którym Ferran zmagał się z nad wyraz natarczywym kotem, szukała jak najmniej inwazyjnego zejścia z drzewa. Zanim jednak zdecydowała się na którąś z gałęzi znajdującej się poniżej niej, czujnym wzrokiem wypatrzyła coś znacznie bardziej pochłaniającego jej uwagę.
    — Winnie?
    Uśmiechnęła się do wiewiórki, która mogła, ale nie musiała być tą samą, którą uratowali razem z Ferranem. Ruda, z ładną kitą, zręcznie i prędko znalazła się ponad głową Mathilde. Długie pasma Matyldowach włosów, wyjątkowo nieskrępowanych żadnym splotem gumki, czy spinki, spłynęły po jej plecach, kiedy kobieta zadarła głowę w górę. Delikatny uśmiech, widniejący na jej ustach, idealnie współgrał z łagodnością błękitnych oczu, aktualnie rozmarzonych, podążających za małym zwierzątkiem. Z taką kontemplacją, że zanim Tilly się obejrzała, zsunęła się z grubej gałęzi, na której dotychczas stała. Wylądowała w gęstwinie innych gałęzi, niżej, prawdopodobnie łamiąc przy tym kilka drobniejszych patyczków.
    W jednej dłoni Mathilde trzymała więc kilka wyrwanych listków, a w drugiej to samo, z połamaną jedną gałązką. Część liści, które prześlizgnęły się przez smukłe palce, uleciało w dół, opadając wprost na czuprynę leśniczego. Jasnowłosej jeszcze chwile zajęło dostrzeżenie jego sylwetki pod drzewem. Na ten moment w zmartwieniu przyglądała się dziełu swojej niezdarności. Gdyby tylko potrafiła opatrywać drzewa tak samo łatwo jak ludzi… Tymczasem pozostało jej z roztkliwieniem przejechać opuszkami palców po chropowatej korze i z westchnieniem przyłożyć policzek do blisko znajdującego się teraz obok jej twarzy pnia. Przymykając oczy, prawie szeptem wypowiedziała kilka bardzo ważnych dla niej słów.
    — Przepraszam.
    I byłaby nie uchyliła powiek jeszcze przez chwilę, gdyby moment później jej nowe gałązki nie okazały się jeszcze bardziej niestabilne od poprzednich, bo przy zmianie pozycji, gałąź wygięła się, zsuwając się z oparcia jakie dawał jej inny pęd drzewa, pod Mathilde. Kilka sekund później Tilly spadała już w dół, w akompaniamencie krótkiego okrzyku zaskoczenia.
    Jej zdziwienie było jeszcze większe, kiedy okazało się, że jej lądowanie nie było wcale tak twarde i bolesne, jak mogła się tego spodziewać. Ramiona ją trochę bolały, mięśnie od napięcia się w stresie, prawdopodobnie obiła sobie miednicę, ale nie mogła sobie zrobić nic oprócz nabicia kilku siniaków. W szoku oczy pozostawiła jednak jeszcze przez chwilę zamknięte. Nie wiedziała, że gleba może być tak miękka i ciepła, ani że mogła uginać się pod nią niczym ludzkie ciało i pachnieć Ferranem. [i]Ren…[/i] — wspomnienie w tej sytuacji leśniczego, otrzeźwiło jej umysł. Momentalnie uchyliła powieki, wyłapując pełnym niepokoju spojrzeniem, wzrok Ferrana.
    — Ren… jesteś cały?
    Podnosząc się w górę, starała się to zrobić, jak najbardziej delikatnie. Unosząc się na ramionach. Impet z jakim spadła na niego z góry, oboje ich przygwoździł do ziemi. Naturalnym więc było, że pierwsze co zrobiła, to sprawdziła jego oddech. Przykładając policzek do jego ust, szukała ciepłego powiewu na skórze, upewniając się, że nie stracił przytomności, albo co gorsza, oddechu. Gęsia skórka, wstępująca na jej skórę, kiedy poczuła na niej oczekiwane ciepło, nieznacznie ją uspokoiła.
    — Ren, przepraszam. Boli Cię gdzieś?
    Przeczesała jego włosy dłonią, sprawdzając czy nie czuje pod palcami żadnej mokrej cieczy, mogącej świadczyć o jakimś urazie głowy, czy czymś równie groźnym.
    — Nie ruszaj się. Mogło Ci się coś stać. Czy ja powinnam się ruszać?
    Tutaj pytała już siebie nie będąc pewna, czy nie uszkodził sobie kręgosłupa. Dlatego leżała na nim, w połowie, a w połowie podtrzymywała się na jednej ręce, od czego już teraz bolał ją kręgosłup i obite biodra. Szukając spojrzenia Ferrana, oczekiwała jakichś wskazówek. Najlepiej zapewnienia, że wszystko z nim w porządku. Jej wzrok był tak intensywny, zmartwiony i oczekujący, że nie sposób było się domyśleć, że tylko na to czeka. Troska była tak oczywiście wypisana na jej twarzy, że nie była w stanie jej ukryć.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  29. Ludzie często nie zdawali sobie sprawy z tego jak mogą brzmieć ich słowa. Zresztą kto pomyślałby sobie, że właśnie brzmi jak zboczeniec? Zwłaszcza nie mając w naturze takich zachowań i będąc dobrze wychowanym. Polly raczej ufała ludziom i nie spodziewała się gwałtu ze strony każdego napotkanego mężczyzny. Jednak jeśli do tak brzmiących słów doda się posępną minę, srogie rysy twarzy i absolutny brak ludzi dookoła… Nawet ona nie była tak naiwna, by czuć się w pełni bezpieczną. Na szczęście, tym razem się jej upiekło i trafiła na dobrego człowieka, choć nie sprawiał takiego wrażenia. Zaskoczył ją tym, bo po jego zachowaniu spodziewała się, że jedyne czego oczekiwał to wymierzenia sprawiedliwości. Tymczasem chciał aby znaleziono dla niej jakiś kąt. Co prawda mówił wszystko dosyć obojętnym tonem, ale i tak to doceniała. Ciekawe, czy gdyby wiedział, że zaproponują jej sypialnię w jego domu, uciekłby prędzej bez wspominania o miejscu do spania. Pewnie tak. Pomysł wydawał się mu absurdalny, ale Polly przypadł on do gustu. Choć myśliwy nie był najsympatyczniejszą i najcieplejszą osobą na świecie, to przynajmniej już go znała. A praca w lesie nie wydawała się jej zbyt trudna i nudna. Równocześnie mogłaby spłacić swój dług mężczyźnie. Co było w tym szalonego?
    Dziewczyna milczała, czekając na zgodę pana Kaysera. Choć w głębi duszy liczyła na to, że powie tak. Wizja ciepłego łóżka i prysznica jeszcze nigdy nie była tak kusząca. Nie miała ochoty na dalsze poszukiwania i chodzenia z kąta w kąt z nadzieją, że ktoś ją przygarnie. Jeśli faktycznie miałaby się na coś przydać i wolny pokój nie byłby jałmużną, to nie miała nic przeciwko. Wierzyła nawet, że jakoś dogada się ze swoim współlokatorem. Ostatecznie, nie padło jej upragnione tak, ale z kontekstu wnioskowała, że wszystko ustalone. Natychmiast na jej twarzy zakwitł szeroki uśmiech, po raz pierwszy od dłuższego czasu. W jej sercu z kolei pojawiła się nadzieja. Może jej życie jeszcze się ułoży? Może uda się jej znaleźć swoje miejsce na ziemi? Może tutaj problemy jej nie znajdą?
    - Pomodlę się o to – obiecała wesoło, choć podejrzewała, że raczej mu na tym nie zależy. Spontanicznie podeszła do mężczyzny i uścisnęła go krótko, dała całusa w policzek, by dać ujście swojej radości. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję – dodała do tego szybko.
    - Państwu też strasznie dziękuję. Nie zawiodę, obiecuję – zwróciła się do burmistrza i pani strażnik. Gdyby nie oni, prawdopodobnie właśnie… Sama nie wiedziała co by się z nią działo. Jechałaby do domu rodziców? A może wracała do męża? Na myśl o tym aż się wzdrygnęła. Nie po to zaszła tak daleko, by teraz wrócić do punktu wyjścia. - Zbiorę na nowo owoce, które zjadłam. I w ogóle będzie super – stwierdziła pewna siebie, czując przypływ energii.
    Chwilę później pożegnali się ze strażnikiem i burmistrzem, po czym opuścili stróżówkę. Polly zmierzyła spojrzeniem swojego nowego współlokatora i w pewnym sensie pracodawcę. Raczej ne był zadowolony ze swojej nowej roli. Uśmiechnęła się do niego, teraz już delikatniej, ale wciąż ciepło i radośnie.
    - Naprawdę, nie będzie tak źle – zwróciła się do niego, jakby na pocieszenie. Wiedziała, że nie zrobiła na nim dobrego pierwszego wrażenia. Ale miała szczerą nadzieję, że z czasem wszystko się zmieni. Jeśli mieli razem mieszkać, choćby na chwilę, byłoby łatwiej gdyby się lubili.

    OdpowiedzUsuń
  30. Ona od kilku dni, ciągle zastanawiała się, czy nie padło jej na mózg. Choć w przeciwieństwie do niego, zniszczyła swoją harmonię i spokój, dlatego, że tak chciała, dlatego, że nie dawało jej to szczęścia, które powinno. Ciekawe, czy gdyby wiedziała, gdzie i z kim skończy, podjęłaby taką samą decyzję. Pewnie tak. Jakikolwiek by nie był jej nowy współlokator, na pewno nie będzie miał na nią tak destrukcyjnego wpływu jak jej mąż.
    Gdyby choć przez sekundę pomyślała, zanim przytuliła pana Kaysera, być może w ogóle by tego nie zrobiła. W tamtym momencie jednak, jej mózg zupełnie się wyłączył, zalany falą szczęścia pod tytułem „nie jestem bezdomna!”. Dopiero później, widząc jak mężczyzna się odsuwa, zrozumiała, że być może nie był to najlepszy ruch. Chociaż nie rozumiała, dlaczego aż tak bardzo mu to przeszkadzało. W końcu chyba jako jedyna w Mount Cartier nie znała ani jednej plotki na jego temat. W każdej plotce jest ziarno prawdy, więc pewnie chociaż jedna dałaby jej jakiś obraz człowieka, z którym miała zamieszkać.
    Kiedy usłyszała odpowiedź na jej zapewnienie, wywróciła oczami. Tak, zupełnie jak niesforna nastolatka, której ojciec mówi, że o dwudziestej ma być w domu. Nie podobało się jej jego zachowanie. Miała wrażenie, że wyrządziła mu straszną krzywdę, a przecież nie zabiła mu nikogo bliskiego.
    - Dobra, rozumiem. Jesteś twardzielem i mnie nie znosisz. Nie będę się zbliżać na dwa metry – na potwierdzenie swoich słów odsunęła się od niego jeszcze trochę, by zachować mniej więcej podaną odległość. Zerknęła na niego jeszcze raz i pokręciła głową. Naprawdę nie rozumiała dlaczego jest taki spięty i wkurzony. Nie mogło mu się przecież aż tak rozchodzić o borówki.
    Gdy ten ruszył, ona również. Zrównała z nim krok, choć wciąż oddalona od niego. Wzrok wlepiła w kamienie na ziemi, co jakiś czas kopiąc je, by móc oceniać to jak podskakują, tocząc się gdzieś daleko.
    - Masz jeszcze jakieś zasady? – spytała, by mieć jasność. Nie podobało się jej, że znów miałaby wszystko robić według rozkazów kogoś innego. Nie po to uciekała z domu, by znowu kogoś słuchać. A tym bardziej że ten ktoś nie był zbyt przyjaźnie nastawiony. Jeśli wymyśli coś dziwnego, na pewno nie będzie się do tego stosować. Choć naprawdę chciała, by się między nimi ułożyło. Zależało jej na domu i pracy. A jeszcze bardziej chciałaby mieć jakąś znajomą, przyjazną twarz. Nie człowieka z wiecznie zaciśniętymi zębami i zmarszczonymi brwiami.

    OdpowiedzUsuń
  31. Sama też była lekko oszołomiona. Ból, który powinna odczuwać, na razie jej jeszcze w pełnym wymiarze nie dotknął. Korzystając więc z wyraźnego widoku i swojej zwyczajowej troski, wpatrywała się w Ferrana, obserwując kolejno jak mrugał oczami. Czując ciężar jego dłoni nad obolałym biodrem, przechyliła głowę na bok, pod skosem patrząc na swój pas. Potraktowała jego odruch niczym własny, dlatego z właściwą sobie interpretacją, przyrównując jego reakcje do swoich, wyszła z założenia, że sprawdzał stan jej zdrowia.
    — Nic mi się nie stało — zapewniła go, chcąc mu oszczędzić konieczności pytania, wiedząc jak rzadko Ferran ukazywał wprost swoje emocje. Jeszcze ich wszystkich nie rozumiała, jak i jego intencji, ale to była tylko kwestia czasu, zanim w końcu zaczęłaby pojmować jego stany i nastroje. Na razie drobny uśmiech na jego twarzy traktowała jako dobry omen, chociaż słowa nieco ją niepokoiły. Mówił „nie musisz”, a Mathilde słyszała „nie możesz”, wyraźnie obwiniając się za spowodowanie mu krzywdy. Dlatego zamarła w bezruchu, podtrzymując się tylko obiema dłońmi o ziemię.
    — Jesteś zły?
    Ta pozycja bardzo dobrze pozwalała jej obserwować jego aktualne położenie. Nie mogła nie zauważyć, że uniósł się i opadł z powrotem na trawę. Bacznie go śledziła spojrzeniem, z wyłączeniem momentu, w którym przymrużyła powieki na smagnięcie jego opuszków palców i łaskotanie jej włosów. W każdej innej sekundę, przyglądała się mu.
    — Połamałam to drzewo, przepraszam.
    Czuła się w obowiązku się do tego przyznać, w końcu Ferran był opiekunem tego lasu. Tilly zaś jako wykształcona pielęgniarka, bardzo dobrze wiedziała, że pierwsza pomoc drzew akurat się nie tyczyła, dlatego jej talent leczniczy nie mógł odkupić jej win.
    — Niebo?
    Rozproszenie przyszło nagle. Tilly spadła z drzewa, dlatego automatycznie zadarła głowę, szukając ludzi spadających z nieba. Może jakiś anioł? Czy Ferran widział anioła? Może to był jego Anioł Stróż? Tilly mogłaby się wtedy czuć spokojniej. Odetchnęła z wyraźną ulgą, uśmiechając się pod nosem do swoich myśli.
    — A widziałeś skrzydła? Tego człowieka, który spadł? — zainteresowała się, wracając wzrokiem do Ferrana. Przez nieuwagę nie zauważyła, że podniósł się do góry. Jako, że sama nie zmieniała pozycji, jego twarz znalazła się teraz wprost przed nią. Zamrugała na chwilę wstrzymując oddech, żeby nie podrażnić nim skóry Ferrana. Miała się nie ruszać, ale…
    — Ren… jesteś bardzo blisko.
    Słowa prawie szepnęła, nienatarczywie, bo nie chciała mu tego wypominać. Wykazała się nadzwyczajną bezpośredniością i szczerością. Co ciekawe, nie użyła sformułowania „za blisko”, choć zdecydowanie byłoby prawdziwe. We wspomnianym „blisko” Mathilde jednak dostrzegała pewną prawidłowość. Przez te spostrzeżenia uciekła jej jednak treść zadanego jej pytania.
    — Spotkałam Winnie… och, pomogłeś Filusiowi.
    Zaryzykowała losową odpowiedzią, jednocześnie zauważając obecność kota. Zanim jednak całkowicie się na nim skupiła, jej dosadna szczerość nie pozwoliła jej tak zostawić poprzedniej kwestii.
    — Przepraszam, nie słyszałam pytania.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  32. Jej ciało zareagowało mechanicznie, kiedy wspomniał o dodatkowym obciążeniu, jakie sprawiała, dogniatając go do ziemi. Wyprostowała się, do pozycji siedzącej. Siadła trochę w pozycji dziecka, podpierając się rękoma przed sobą, pomiędzy udami. Nogi zgięte w kolanach przywierały do podłoża, podkulone za nią. Sama patrzyła na Ferrana, a chociaż nie skontrolowała jak wygląda Fileon, nasunęła jej się jedna myśl.
    — Fileon wydaje się głodny.
    Brakowało jej spojrzenia niebieskich tęczówek oczu, w których teraz odbijało się niebo zamiast jej twarzy, dlatego wychyliła się w przód, pochylając się nad mężczyzną. Włosy odgarnęła na bok, przytrzymując je dłonią, żeby nie spłynęły z jej ramienia na jego twarz.
    — Powiedziałbyś mi gdybyś się źle czuł? — spytała, wyraźnie wierząc w ludzką szczerość, bo chociaż o to pytała, ta kwestia wcale nie brzmiała jakby dyktowana była brakiem zaufania. Wiary w ludzi akurat w Tilly było wiele. — Wyglądasz na zrezygnowanego.
    Podążyła spojrzeniem od jego twarzy do rąk, rozciągniętych na boki od niego i w końcu, po chwili zastanowienia położyła się obok Ferrana na trawie, dłonie trzymając jednak na swoim brzuchu. Zyskała jego perspektywę patrzenia. Spoglądając w niebo, musiała mężczyźnie przyznać, ze ten widok był wyjątkowo pochłaniający i urokliwy.
    — Filuś nie potrafił zejść z drzewa. Weszłam żeby mu pomóc. A wtedy on poszedł po Ciebie, żebyś ty mógł pomóc mi — powiedziała naiwnie, chociaż ogon Fileon łasił się teraz do ich obu, a jego oczy mówiły: „jeść, jeść, jeść”.
    Tak leżąc, chwilę w milczeniu, Tilly nagle zaśmiała się cicho.
    — Mount Cartier jest niesamowite, prawda?
    Stwierdzenie wydawało się pozbawione kontekstu, póki go nie wyjaśniła.
    — Zabawne, w jakich okolicznościach się zwykle spotykamy.
    Przechyliła głowę na bok, odrywając spojrzenie na chwilę od sklepienia, uśmiechnęła się lekko i wróciła do obserwacji nieba.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  33. Z drugiej strony, gdyby nie popełniła tego błędu i nie przytuliła go, nadal nie miałaby pojęcia o tym jakie to dla niego okropne. A tak, bardzo powoli zaczynała go poznawać i uczyć się przebywania z nim. Nawet jeśli nie znała jego historii, nawet jeśli nigdy nie miała go zrozumieć. Teraz nawet nie przypuszczała, że walczył na wojnie, bo niby skąd miałaby się domyślać? Uważała go za zdziwaczałego leśniczego, który z pewnością zbyt dużo czasu spędzał w samotności.
    Powoli przyzwyczajała się do jego ostrego tonu, choć nie było to łatwe. Pech chciał, że należała do tych wrażliwych i delikatnych. Jednak nie zamierzała tego pokazać mężczyźnie. Wiedziała, że musi być twarda, bo sama ściągnęła na siebie ten los.
    - Tylko z pierwszym mogę mieć problemy, ale będę się starać – powiedziała, wzruszając ramionami. Nie mógł przecież oczekiwać od kobiety, że będzie ciągle milczeć. Przecież jej płeć została stworzona do gadania o głupotach. Chociaż mało rozmowny towarzysz na pewno ułatwi jej zadanie. Akurat do siebie to ona nie lubiła mówić.
    Dwie kolejne zasady wydawały się jej raczej oczywiste. Nigdy nie ruszyłaby jego rzeczy bez pozwolenia. Nawet jeśli czasem była ciekawska, to miała wpojone pewne zasady i wiedziała, że nie należy szperać ludziom w szafkach, tym bardziej ludziom, którzy z własnej woli przygarniają ją pod dach. Zaś zasada „mój dom, moje zasady” była chyba znana każdemu kto kiedyś podważył jakieś słowa rodziców. Tutaj nie spodziewała się niczego innego.
    W milczeniu dotarli do leśniczówki, tak jak sobie tego życzył. Później, także w ciszy, szybko zwiedzili dom, by potrafiła się w nim sama odnaleźć. Spytała tylko o kilka niezbędnych drobiazgów, starając się samej dostrzec jak najwięcej szczegółów. Widać było, że mieszka tutaj samotny mężczyzna. Pomimo panującego tam porządku, zdecydowanie brakowało ciepła pomieszczeniom. Choć ten surowy styl miał w sobie pewny urok, pasował do leśniczego i otaczającej ich natury. Chyba wolała takie wnętrze niż gdyby miało roić się tu od ozdób, albo gdyby wszystko miało wyglądać jak z katalogu.
    Po zaznajomieniu się ze swoim nowym domem, została zostawiona sama sobie. Nie miała nic przeciwko. Potrzebowała chwili dla siebie. Przede wszystkim by się ogarnąć – dawno nie marzyła tak bardzo o prysznicu, jak w tym momencie. Poza tym musiała przeanalizować sytuację w jakiej się znalazła, musiała to wszystko sobie ułożyć. Myślała, że gdy znajdzie się pod strumieniem ciepłej wody, poczuje ulgę. Przecież wszystko się ułożyło. Była w lepszej sytuacji niż poprzedniego dnia, a mimo to poczuła się gorzej. Koczując w szopie, trwała w zawieszeniu. Teraz zaś przytłoczyła ją realność tego wszystkiego. Dotarło do niej, że to nie są żarty, że naprawdę zostawiła męża i teraz będzie mieszkać w miasteczku na końcu świata z facetem, który jej nie znosi. Że została bez niczego i bez nikogo. Że nie ma pojęcia co się stało z jej dziadkiem.
    Długo szorowała swoje ciało, walcząc równocześnie ze łzami. Nie chciała by leśniczy widział jej zapuchniętą twarz. Pewnie miałby wtedy o niej jeszcze gorsze zdanie – dziecko, które nie potrafi sobie po radzić w życiu i płacze pod prysznicem. Chciała się pomalować, po części po to by zamaskować różowy kolor twarzy, po części z przyzwyczajenia, ale uświadomiła sobie, że nie wzięła ze sobą żadnego kosmetyku. Po raz kolejny pojawił się pewien żal, jednak teraz towarzyszyła mu także ulga – dosyć strojenia się, dosyć udawania pięknej niezależnie od sytuacji.
    Kiedy się odświeżyła i doszła do wniosku, że wygląda wystarczająco znośnie by pokazać się światu, odnalazła Ferrana. Siedział w salonie, zajęty swoimi sprawami. Przez chwilę wahała się, czy w ogóle powinna do niego przychodzić. W końcu miała się do niego nie zbliżać i milczeć.
    - Pewnie niewiele to znaczy, ale naprawdę jestem ci wdzięczna – powiedziała cicho, spokojnie, stojąc w progu, by znów nie naruszyć jego osobistej przestrzeni. Po tych słowach wyszła, bo przecież nie oczekiwała od niego żadnej rozmowy, czy w ogóle reakcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnie ciężkie dni miały jeden poważny plus – zasnęła, gdy tylko jej głowa dotknęła poduszki, i nie musiała dłużej myśleć o tym wszystkim co aktualnie działo się w jej życiu. Nie miała żadnych snów, a gdy obudziła się o czwartej nad ranem, była naprawdę wyspana. Choć pewnie nawet gdyby nadal umierałaby ze zmęczenia, wstałaby właśnie o tej godzinie. Jej organizm miał zaprogramowane budzenie o tej porze już od lat, bo była to ulubiona pora Polly. Uwielbiała wtedy wychodzić na spacer i podziwiać śpiące miasto. Ulice były puste, bo większość imprezowiczów zdążyła już wrócić do domu, albo zalać się w trupa, zaś ci, którzy musieli iść do pracy, cieszyli się ostatnimi minutami spędzonymi pod ciepłą kołdrą. Choć jej mąż często narzekał, że jest to niebezpieczne, ona nie była w stanie zrezygnować z tych nocnych wędrówek.
      Tak było i dziś. Po cichu ubrała wygodne ciuchy, po czym wyszła na zewnątrz. Było chłodno, wyraźnie czuło się, że ciepłe dni się kończą. Miała szczęście, że udało się jej znaleźć lokum, bo wątpiła, by długo wytrzymała w szopie bez żadnego ogrzewania. Błądziła po okolicach leśniczówki ponad godzinę. Nawet w Mount Cartier, choć był to zupełnie inny świat niż ten który znała, ludzie nie budzili się tak wcześnie. Gdy wróciła, była mocno zmarznięta. Od razu przygotowała sobie herbatę. Tak samo jak robiła to w domu. Wtedy miała też jeszcze jeden zwyczaj – po swoim spacerze przygotowywała śniadanie dla męża. Chyba tylko dlatego zgadzał się na jej wczesne pobudki – kto nie lubił być budzony zapachem smażonego boczku? Teraz zaś nie wiedziała co ze sobą zrobić. Mogłaby zabrać się do pracy, ale nie miała pojęcia co w ogóle może robić. Ferran jeszcze spał. Mogła wrócić do łóżka, ale zdążyła się już rozbudzić, a jej głowa na nowo zapełniła się myślami. Dlatego ostatecznie, zrobiła to co zawsze. Po krótkich poszukiwaniach, miała wszystkie produkty potrzebne do przygotowania naleśników. Może dzięki temu leśniczy poczuje do niej choć cień sympatii? No bo kto nie lubił naleśników?
      Skończyła smażenie akurat w momencie, gdy z pokoju mężczyzny zaczęły dobiegać dźwięki świadczące o tym, że już wstał. Szybko posprzątała bałagan jaki zdążyła w tym czasie zrobić i położyła przygotowane danie na stole. Zorganizowała również tyle dodatków ile mogła: stopiła czekoladę, którą zabrała z domu jako prowiant na podróż, przyniosła trochę owoców ze swojej poprzedniej kryjówki, znalazła dżem i twarożek. Kiedy Ferran wszedł do pomieszczenia, siedziała przy oknie i podziwiała wschód słońca, popijając kolejną herbatę. Zerknęła na niego i posłała mu nieśmiały uśmiech.
      - Mam nadzieję, że nie będziesz mi miał za złe… - powiedziała, zerkając na naleśniki. Nie wiedziała jak dokończyć to zdanie. Że przygotowała mu śniadanie? Że urzędowała w jego kuchni? Że w ogóle tutaj była, choć pewnie liczył na samotny poranek? – Nie wiedziałam czy pijesz kawę czy herbatę – dodała jeszcze, wskazując ruchem głowy na czajnik, w którym właśnie wrzała woda. Czuła się głupio, choć starała się tego nie okazywać. Wparowała do życia tego mężczyzny bez ostrzeżenia i zaczęła się w nim panoszyć. Może niepotrzebnie przygotowywała śniadanie… Może powinna udawać, że jej tu w ogóle nie ma?

      Usuń
  34. Nie tylko on musiał sobie przyswoić zaistniałą sytuację. Polly także miała wiele do przeanalizowania, a w jej wypadku były dwa wyjścia – albo paplanina o głupotach, albo milczenie. Jako że na to pierwsze nie mogła liczyć, a tego drugiego pragnął jej kompan, nie miała wyboru. Choć faktycznie, mogli wykorzystać ten czas na częściowe poznanie się, bo tak naprawdę nic o sobie nie wiedzieli. Ona znała jedynie jego profesję i nazwisko. On potrafiłby powiedzieć o niej tylko tyle, że jest przybłędą. Jednak Polly nie miała najmniejszej ochoty opowiadać teraz o sobie. Mogłaby wysłuchać jego historii, ale obawiała się, że ilość informacji mogłaby ją przytłoczyć, gdyby jakimś cudem zacząłby mówić. Dlatego cisza ostatecznie nie była najgorszą opcją.
    A Polly byłaby w stanie udźwignąć pięć kilo cukru i trzy tabliczki czekolady, także ten… Ferran źle ją oceniał!
    Dom bardzo się jej podobał. Gdyby był jej, pewnie ociepliłaby go różnymi dodatkami, jednak i tak miał swój charakter, a to najbardziej ceniła w pomieszczeniach. Idealnie pasował do właściciela, więc był w pewnym sensie idealny. Nie zamierzała niczego zmieniać, jedynie swój pokój planowała urządzić trochę bardziej po swojemu, by nie czuć się wiecznie jak obcy. A i tak nie miała zbyt wielu rzeczy, by to uczynić. Nie była nawet w stanie wykorzystać półek, które odstąpił jej mężczyzna. Położyła tam jedynie tonik i jeden krem. Jak na kobietę był to naprawdę bardzo skromny dobytek. W końcu miała ze sobą tylko plecak, więc jej możliwości przy pakowaniu były bardzo ograniczone. Rozpakowanie całego dobytku zajęło zaledwie piętnaście minut. I tylko dlatego, że nie potrafiła się za to zabrać.
    Wieczorem nie oczekiwała od Ferrana niczego więcej, nawet jednego spojrzenia. Miała jednak nadzieję, że rano będzie w nieco lepszym humorze. Zwłaszcza, że przywita go stos naleśników. Żyła w przekonaniu, że naleśniki potrafią poprawić humor każdemu. Zawsze robiła je w poniedziałek, by umilić sobie i mężowi pierwszy dzień tygodnia. Tymczasem, po raz kolejny jej współlokator okazał się zupełnie inny niż wszyscy znani jej ludzie. Jak można nie przepadać za naleśnikami? Przecież to brzmiało jak bluźnierstwo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy wszedł do pomieszczenia, zerknęła na niego tylko przelotnie, nadal zachwycając się widokiem. Dopiero gdy się do niej zbliżył, pozwoliła sobie na dłuższe spojrzenie. Musiała zwrócić uwagę na to jak dobrze wyrzeźbione ma ciało. Nie jedna kobieta chciałaby mieć taki widok na dzień dobry. Blizny na jego ciele też nie uszły jej uwadze. Powstrzymała się przed skrzywieniem, choć w duchu cała zadrżała – nie dlatego, że widok był tak ohydny; raczej przeraziła ją myśl ile bólu musiało się wiązać z każdą raną. Nawet jeśli nie znała ich pochodzenia, widok nie był ciekawy i nie mógł wskazywać na nic dobrego. Szybko odwróciła wzrok, by nie uznał, że się gapi i że jest zbyt ciekawska. Chociaż tak naprawdę chciałaby poznać jego historię. Pewnie łatwiej byłoby jej wtedy zrozumieć jego zachowanie.
      - No tak, mogłam się tego spodziewać – mruknęła zamyślona. Faktycznie, naleśniki do niego nie pasowały. Mimo to warto było spróbować, bo i tak nie miała wielkiego pola do popisu, jeśli chodzi o przygotowanie posiłku, bo nie wiedziała czego może użyć, a czego nie. Czarna kawa z kolei komponowała się z jego osobą. Choć w tej kwestii dziewczyna nie mogła okazać się pomocna. Parzenie tego napoju zawsze ją przerastało i każdy mówił jej, że robi najokropniejszą kawę na świecie. Może dlatego, że sama nigdy jej nie pijała.
      – A za czym przepadasz? – spytała, uśmiechając się do niego pogodnie. Podejrzewała, że jeśli będzie tutaj dłużej mieszkała, to przygotuje im więcej takich posiłków. Wolała jednak trafiać w gusta mężczyzny. Lubiła gotować dla innych. Kierowała się zasadą przez żołądek do serca. – Surowe mięso sarenek? – uniosła lekko brew i znów pozwoliła sobie spojrzeć na niego, choć teraz już skupiła się na jego twarzy, a nie na bliznach i mięśniach. Nie była pewna, czy może pozwolić sobie przy nim na takie żarty, ale trudno. Przecież nie będzie cenzurować każdej swojej wypowiedzi.
      Gdy zabrał swoją porcję, wstała ze swojego miejsca i również przygotowała posiłek dla siebie. Nie chciała jeść pierwsza, żeby w razie czego nie zabrakło dla niego. Chociaż nie jadła zbyt wiele. Później, dosyć niepewnie do niego dołączyła. Nie chciała mu się narzucać, jednak weranda aż się prosiła, by to na niej zjeść śniadanie. Ferran nie mógł mieć jej za złe, że również chciała zjeść w tych przyjemnych okolicznościach.
      - Wymyśliłeś już dla mnie spis obowiązków? – spytała po dłuższym milczeniu. W końcu musieli omówić tę kwestię. Nie będzie cały dzień siedzieć i patrzeć przez okno. Miała mu pomóc. Co więcej, chciała to zrobić. Nie zamierzała tutaj mieszkać za darmo.

      Usuń
  35. Dopiero teraz powoli ból zaczął spływać na Mathilde. Robił to stopniowo. Najpierw poczuła rwanie w boku nogi, później obolałe mięśnie. W tej pozycji nie chciało jej się wstawać. Przymknęła powieki, oswajając się z natężającym się łupaniem w stawach i przerzuciła myśli na inny tor. Skupiła uwagę na lekkiej wilgoci, wyczuwalnej na twarzy z niewidzialnej aury jaką wydzielał mech pod ich plecami, chłodny pod łopatkami. Zimno to z wolna przedzierało się przez materiał odzieży i docierało do skóry. Wsłuchiwała się w dźwięki lasu, poszczególne szelesty drzew, łamanie gałązek i wszystkie dźwięki, które kiedyś budziłyby w niej strach. Teraz uspokajały ją. Izolowała sobie z tych dźwięków glos Ferrana, który nie odzywał się wiele, ale jego głos zawsze docierał głęboko i wypełniał ją swojego rodzaju zastanowieniem.
    — Cieszę się… — uśmiechnęła się w trakcie własnej wypowiedzi, zadowolona z jego słów —… bardzo nie podobała mi się myśl, że mogło ci się coś stać.
    Drugą część zdania wypowiedziała nieświadomie na głos, szeptem, skierowaną głównie do siebie. Przechyliła głowę na bok. Zawsze się o wszystkich martwiła, ale świadomość, że mogła mu coś zrobić odbierała dość osobiście. Patrząc na jego twarz, docierało do niej kilka różnych przelotnych myśli, których nie potrafiła zachować dla siebie. Przeturlała się na bok, policzkiem natrafiając teraz na jego ramię. Oparła na nim twarz, pozostając przodem do mężczyzny, utkwiwszy spojrzenie bezpośrednio na nim. W zadumie i chęci zrozumienia.
    — Czy to znaczy, ze będziemy się widywać rzadziej?
    Lubiła te niezapowiedziane wizyty. Czekała na nie. Na wolny dzień w pracy i na kolejny przypadek, który sprowadzi ją do domu Ferrana. Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale być może sama część tych przypadków na siebie zsyłała. Nie szukała powodów żeby znaleźć się blisko Ferrana, ale kiedy taki się zdarzał, bardzo chętnie z niego korzystała aby go odwiedzić.
    — Możemy się umówić jak tylko chcemy? Na przykład częściej? Czy pasowałoby ci częściej?

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  36. [ Witam, witam ^^ Bardzo dziękuję za powitanie. Powiem szczerze, że smutno mi się trochę zrobiło czytając o Ferann'ie, ale czekolada, leśniczówka i rysowanie poprawiły mi humor heh xD Oczywiście co do zabawy na blogu mam takie same nadzieję i w razie jakichkolwiek pomysłów zapraszam do Ri obu Twoich panów ^^ ]

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  37. Ktoś kto nigdy nie był w wojsku, nigdy nie zrozumie panujących tam zasad oraz tego jak kształtuje to miejsce człowieka. Rzeczy, które w normalnym świecie wydają się szaleństwem, czasem nawet znęcaniem się, tam wydają się całkiem normalne. Można oglądać filmy, czytać książki na ten temat, jednak to tylko namiastka prawdziwego życia. Polly zazwyczaj unikała wojennych tematów z jednej prostej przyczyny – przerażała ją ona. Nienawidziła okrucieństwa, nie potrafiła patrzeć jak ludzie zostają sprowadzeni do mięsa armatniego. W relacji z Ferranem mogło się to okazać sporą wadą, bo nie miała zielonego pojęcia o jego świecie. Mogło jednak przerodzić się w zaletę, jeśli mężczyznę irytowali ci wszyscy ludzie, którzy po obejrzeniu jednego filmu wojennego zachowywali się jakby naprawdę brali udział w walce. Ona miała poznać pana Kaysera od zera, bez zniekształconego obrazu. Nawet jeśli miała to być bardzo długa droga. Oczywiście, o ile wytrzymają ze sobą wystarczająco dużo czasu. I jeśli nie będzie sobie brała za bardzo do serca plotek na temat leśniczego.
    Jeśli zaś chodzi o optymizm Polly, wcale nie był on aż tak ogromny. Mogło się wydawać, że dziewczyna żyje w przeświadczeniu, że świat wypełnia tęcza i jednorożce, ale były to tylko pozory. Tak naprawdę, wyznawała zasadę, że życie w samo sobie jest często tak smutne, że nie ma co się dodatkowo dobijać, chodzić z posępną miną. Lepiej pożartować i choć na chwilę zapomnieć o wszystkich problemach. Oczywiście, mało kto dotarł do prawdziwego powodu nieustannych żartów ze strony Polly. Większość brała ją po prostu za wesołą osobę, która nie ma żadnych trosk. W sumie taka opcja była najwygodniejsza i jej także to odpowiadało. Nikt nie musiał wiedzieć, że aktualnie umierała ze strachu co będzie dalej. Że martwiła się o dziadka, rodziców, a nawet męża. Że nie miała pojęcia co dalej zrobi ze swoim życiem, jak właściwie ma na siebie zarobić i się usamodzielnić. Że nie znała w miasteczku nikogo, by móc prosić o jakąkolwiek drobną przysługę.
    - Miło mi, że tak we mnie wierzysz – rzuciła w odpowiedzi, wywracając oczami. Tak naprawdę mogła go jeszcze zaskoczyć. Nie tylko jeśli chodzi o kuchnię. Spędziła w Mount Cartier sporo czasu, a jej głównym towarzystwem wtedy był dziadek. Dziadek, który po śmierci żony, porzucił warzywa i inne zapychacze na rzecz doskonale przygotowanego mięsa. Przez lata doszedł do perfekcji, a Polla podczas swoich wakacji chętnie chłonęła wiedzę starszego mężczyzny. Także potrafiła przyrządzać różne mięsiwa (raz nawet uczestniczyła w obróbce świeżo upolowanego jelenia, jednak akurat ta czynność nie przypadła jej do gustu), postawić płot, zrobić ul, rąbać drewno, naprawić dach… Pewnie część tej wiedzy, z której nie musiała korzystać mając męża, nieco się zatarła. Jednak świadomość, że ma jakąś podstawową wiedzę, dodawała jej pewności siebie.
    Wysłuchała jego planu, przeżuwając naleśnika. Trochę żałowała, że nie zapełnił jej grafiku już na ten dzień. W końcu i tak nie miała nic do roboty. Cieszyła się jednak, że następnego dnia już od rana będzie wiedziała co robić. I tak jak Ferran, miała nadzieję, że zadanie nie okaże się dla niej za trudne.
    - Tak jest, szefie – zgodziła się od razu. Tak jakby w ogóle miała coś do powiedzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi


    1. Kolejne dni minęły spokojnie. Oboje skupiali się głównie na pracy. Polly tak samo jak pierwszego dnia, wciąż wstawała o czwartej i przygotowywała śniadania, starając się trafić w gusta mężczyzny. Jadali w milczeniu, ewentualnie wymieniali zdanie, dotyczące zadań na dany dzień. Gdy pracowali, dawała z siebie wszystko, by nie zawieść Ferrana. Wciąż miała nadzieję, że jakoś do niego trafi i że nie będzie jej dłużej traktował jak swojego wroga. Miała też nadzieję, że w pewnym momencie dozna olśnienia co dalej zrobić ze swoim życiem. Niestety, na razie chyba ani jedno, ani drugie się nie spełniało.
      Pewnego popołudnia miała więcej wolnego czasu. Skończyła wszystkie swoje zadania i postanowiła ugotować obiad. A jako, że wciąż pamiętała, że Ferran nie wierzył w jej kulinarne zdolności, zwłaszcza jeśli chodzi o przygotowywanie dziczyzny, uznała, że to będzie doskonała okazja, by udowodnić mu, że jest w błędzie. Była w połowie, gdy przerwało jej pukanie do drzwi. Z początku je zignorowała, winiąc za dźwięk dzięcioła na jakimś pobliskim drzewie. Jednak po chwili do stukotu dotarł czyiś głos.
      - Misiaczku! Otwórz, słyszę że tam jesteś! – zawołała jakaś kobieta, a Polly omal nie upuściła mięsa na podłogę ze zdziwienia. Może nie znała leśniczego zbyt dobrze, jednak już teraz mogła powiedzieć, że określenie misiaczku zdecydowanie do niego nie pasowało. I nie potrafiła nawet sobie wyobrazić, że mężczyzna godzi się, by go tak nazywać.
      Wciąż będąc w głębokim szoku, podeszła do drzwi, by je otworzyć. Zobaczyła w sumie zwyczajną kobietę, której szeroki uśmiech (jeszcze szerszy niż ten należący zwykle do Polly), szybko zastąpiła zdziwiona mina, prawdopodobnie bardzo podobna do tej jaką miała blondynka.
      - Ekhm… - odchrząknęła. - Misiaczka nie ma – powiedziała, nie mogąc się powstrzymać przed dodaniem nutki sarkazmu do słowa misiaczek. Chciała powiedzieć po imieniu, jednak w tym momencie uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia jak nazywa się jej współlokator! Kojarzyła nazwisko, coś na K... Ale to było zdecydowanie za mało.
      Przyjrzała się kobiecie. Wyglądała zwyczajnie, choć widać było, że poświęciła sporo czasu w łazience przed przyjściem tutaj. Miała pełny makijaż i starannie dobrany strój. Niewątpliwie kontrastowała z okularnicą w pobrudzonym od sosu dresie, z niedbałym kokiem i ani odrobiną makijażu. I niewątpliwie wyglądała atrakcyjniej, choć Polly nie zamieniłaby się za nic w świecie. Odkąd porzuciła makijaż w końcu czuła się sobą, rozpoznawała twarz w lustrze i cieszyła się, że na razie nawet nie ma dla kogo się starać.
      Chciała powiedzieć coś jeszcze, gdy za plecami gościa, zobaczyła Ferrana. Jego ukochana musiała usłyszeć kroki, bo natychmiast się odwróciła. Zanim ktokolwiek zdążył zorientować się co się dzieje, w kierunku mężczyzny poleciał pocisk w postaci babeczki z kremem. A zaraz po niej następny.
      - JAK MOGŁEŚ! KIM ONA JEST?! - padło zasadnicze pytanie, a kolejna babeczka już czekała w dłoni kobiety, by zaatakować leśniczego.

      Usuń
  38. [ Jeny, leśniczówka jest po prostu boska :D jeden z moich pomysłów to trafienie właśnie na ten budynek podczas spaceru i trochę zbyt nachalne zainteresowanie Audrine. Drugi pomysł to po prostu celowe odwiedziny w ramach dobicia targu, dziewczyna przywiozła z miasta kilka ciekawych przedmiotów i produktów (jeszcze do końca nie wiem co takiego przywiozła ale co tam xD) w celu zdobycia gotówki na "lepszy start". Trzeci z pomysłów to jakieś przypadkowe spotkanie/wydarzenie, wieczorne błądzenie po lesie czy posiadówka w barze lub lokalu ^^ Oczywiście wszelkie Twoje urozmaicenia pomysłów mile widziane, muszę się jeszcze wczuć w tutejszy klimacik, więc nawet uwag co do pomysłów chętnie wysłucham. ]

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  39. Patrzy na wprost, z trochę zadartym podbródkiem, bezpośrednio ściągając jego wzrok. Utrzymuje to spojrzenie, szukając w pochmurnie niebieskich oczach jakiejś iskierki ożywienia. Ferran wydaje się jednak nadzwyczaj spokojny - kayserowo opanowany. Dlatego Tilly dźga go palcem między żebra, oderwawszy głowę od jego ramienia. Podnosi ją do góry, wzbijając wokół siebie igiełki z drzew i suchą trawę, kiedy unosi się na łokciu w górę. Przymyka na moment powieki, kiedy igły wplątane we włosy wpadają jej do oczu, ale otwierając je, na powrót szuka jego spojrzenia. Zamiast tego natrafia wzrokiem na ślepka wiewiórki, zgarniającej żołędzia z pod Ferranowej ręki, zgiętej w łokciu. Tilly chcąc jej pomóc, wyciąga się, żeby sugestywnie dotknąć jego barku.
    — Winnie — podpowiada szeptem, zwalniając swoje ruchy, żeby nie spłoszyć zwierzęcia. Wisi teraz nad Renem, w zabawnej pozycji, a jej włosy pewnie łaskoczą jego ramię, ale przecież nie chcą przestraszyć wiewiórki, dlatego Tilly pyta cicho, pochylając się niżej nad Ferranem.
    — Pojutrze żegnam się ze swoją pacjentką. Czy chciałbyś mi towarzyszyć w drodze do Churchill?
    Tak naprawdę jechała na pogrzeb, ale slowo to wywoływało w niej smutek i nostalgię. Na samo "pożegnanie" Mathilde pogrążyła się w zastanowieniu. Powoli zsunęła się na łokciach w dół i opadła na męską klatkę piersiową. Podkładając sobie ręce pod brodę, oparła się policzkiem na swoim przedramieniu.
    — Denise to 82-letnia, emerytowana ratowniczka górska. W wieku około trzydziestu lat uratowała małego niedźwiadka. Widziałeś kiedyś niedźwiedzia w Mount Cartier, Ferran? Podobno przyjezdny może się nazwać mieszkańcem Mount Cartier dopiero wtedy, kiedy spotka niedźwiedzia, łosia, renifera, szopa i skunksa. Miałam przyjemność spotkać skunksa.
    Wątpliwą "przyjemność" zważywszy na to, że jego zapachu Tilly pozbywała się długi tydzień. Niemniej Mathilde myślała innymi kategoriami.
    — Myślisz, że skunksy mają miękką sierść? Nie dał się dotknąć. Czy kują? Jak Twoja broda?
    Przejechała dłonią po jego podbródku, gdzie gęsty zarost rzeczywiście srogo smagał delikatną skórę.
    W tym czasie oswojona wiewiórka, zaintrygowana wydarzeniami, stanęła na Ferranowym ramieniu, przyglądając się profilowi jego twarzy jak najbardziej dorodnemu żołędziowi – w zachwycie.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  40. [ Biorąc pod uwagę na kim się wzoruję grając tą postacią to śmiało mogę stwierdzić, że ma szczęście do „trudnych osobników”, tak więc tak szybko się nie zrazi. W miastach jest pełno buractwa, więc spokojnie, oziębły mężczyzna to norma w jej przekonaniu xD Połączenie pomysłów jak najbardziej mi odpowiada więc pozwól, że zacznę. ]

    Audrina szła właśnie jakimś ledwo widocznym wydeptam w lesie, przeklinała cicho pod nosem, ciągnąc za sobą mały drewniany wózeczek.
    - Tak, tak, weź zapuść się w odmęty zieleni kiedy ledwo ogarniasz co się dzieje na tutejszych ulicach… - westchnęła kpiąc sobie z samej siebie. Zatrzymała się i rozejrzała.
    - Miało być prosto i w prawo, tak? Prawo? Nie lewo? – zaczęła pytać samą siebie. Dzisiejszego dnia ruszyła zarobić odrobinę gotówki, przywiozła z miasta kilka ciekawych suwenirów, które zeszły tu jak świeżutkie bułeczki, głównie gazety cieszyły się niezwykłą popularnością. Teraz w jej niewielkim dobytku zostały jeszcze dwa egzemplarzy jakiegoś popularnego brukowca, jeden własnoręcznie wykonany atlas oceanograficzny, który notabene dziewczyna osobiście wykonała na zaliczenie przedmiotu. Poza drygiem do malowania postaci rysunkowych dobrze wychodził jej rysunek techniczny, więc wykładowca, za jej pozwoleniem, oficjalnie rozprowadził po uczelni kopie pracy dziewczyny. Oczywiście i ona dostała kilka na własność, jednak nie zdążyła nic z nimi zrobić, gdyż inny wykładowca postanowił ją oblać… Mniejsza… Oprócz wspomnianych papierów w wózku znajdowały się dobrze wykonane noże myśliwskie, to właśnie z ich powodu tutejsi mieszkańcy zaproponowali Ri wyprawę do lasu. Zgodziła się i ruszyła według wskazówek, jednak miała dziwne wrażenie, że jej codzienne roztrzepanie nie bardzo służyło tej wyprawie. Robiło się już powoli ciemno, a wysokie drzewa jeszcze bardziej potęgowały wrażenie mroku. Dziewczyna zatrzymała się i wzięła głębszy oddech.
    - Dobra, spokojnie, miałaś przecież geografię czubie – znowu zagadała do siebie i już chciała przystąpić do jakiejś analizy, kiedy w oddali zapaliło się światło. Dom! Ri z entuzjazmem rozszerzyła oczy i pognała w kierunku blasku, nie zwracając uwagi na prawie rozpadający się pojazd za jej plecami. Kiedy dotarła na miejsce wzięła kilka głębszych oddechów i spojrzała na posiadłość. Na jej twarzy od razu namalował się szeroki uśmiech. O mamo, w takim domku mogłaby spędzić resztę życia. Zauroczona widokiem zostawiła wózek i jak zahipnotyzowana ruszyła w stronę budowli. Dotknęła lekko ściany i przymknęła oczy, uwielbiała dotyk drewna. Z fascynacją ruszyła wzdłuż belki, dzięki czemu trafiła na uchylone drzwi wejściowe. Zatrzymała się gwałtownie i szybko zamrugała oczyma. Rozejrzała się dookoła, po czym delikatnie ułożyła dłoń na drzwiach.
    - Halo? – zapytała cicho, trochę niepewnie i uchyliła je trochę bardziej. Czyżby komuś coś się stało? Dziewczyna oglądała pełno thrillerów więc zaraz przed oczyma miała wizję znalezienia ciała… Zrobiła kilka kroków i znowu zastygła, wnętrze było po prostu cudowne.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  41. To że się kompletnie nie znali, było właściwie spowodowane przez Ferrana. Gdyby to Polly miała przygarnąć kogoś do swojego domu, na pewno zadałaby przynajmniej kilka podstawowych pytań. Ale może lepiej, że o nic nie pytał. Nie miała ochoty dzielić się swoją historią, która może nie była jakaś tragiczna, jednak tak niepoukładana, że dziewczyna nawet nie wiedziałaby co powiedzieć. Ucieczka od męża nie była dobrze odbierana, zwłaszcza, że tak właściwie nie miała mu nic do zarzucenia. Dlatego pomimo ciekawości kim jest jej współlokator, ten milczący układ nawet ją cieszył. Dowiadywali się o sobie tylko potrzebnych informacji, pozwalając by to ich czyny przemawiały. Polly dostrzegła, że leśniczy jest bardzo zorganizowany, pracowity i raczej należy do perfekcjonistów. Robiła co w jej mocy, by sprostać jego wymaganiom, choć zdawała sobie sprawę, że wiele jej brakuje i większość jej prac wykonałby lepiej.
    Polly także nie spodziewała się gości. Choć w sumie ucieszyłaby się z takich. A nuż przy nich Ferran pokazałby nieco cieplejsze oblicze… Jednak każdy kolejny dzień pokazywał jej, że to raczej się nie wydarzy i trafiła na wyjątkowy okaz samotnika. Chętnie porozmawiałaby z kimkolwiek, bo przecież była tutaj już jakiś czas. Pomimo tego, że często była sama, wcale tego nie lubiła. Potrzebowała innych, by nie oszaleć. Dlatego widok kobiety, na dodatek takiej, którą coś łączyło z leśniczym, nawet ją ucieszył, chociaż trudno było jej uwierzyć w misiaczka. Uznała, że po prostu ludzie mają różne maski i ten surowy mężczyzna potrafi być też czułym partnerem… Jednak szybko została wyprowadzona z błędu. Z początku nie rozumiała co właściwie robi Ferran, gdy jego ręka powędrowała za jej plecy. Do tej pory wydawało się, że faktycznie przestrzegali zasady nie zbliżania się na dwa metry, a tu nagle taka bliskość? Jej mózg działał na najszybszych obrotach, gdy zerkała to na swojego partnera jak się okazało, to na kobietę. W sumie było to dosyć zabawne. Zwłaszcza, gdy zobaczyła jak mężczyzna zacina się, prawdopodobnie szukając w głowie jej imienia, tak jak ona robiła to przed chwilą.
    Gdy zrozumiała co się dzieje, poczuła, że ma dwie opcje. Mogła zaprzeczyć i wpakować leśniczego w jakieś tarapaty, oglądać jak ta kobieta się nad nim znęca. Co mogłoby być zabawne, bo skoro posunął się do wymyślenia ich związku, musiał naprawdę chcieć się jej pozbyć. Mogła też potwierdzić jego wersję i być może zyskać nieco więcej jego przychylności. No i szalenie ciekawiło ją jak dalej potoczy się sytuacja i jak wiele Ferran będzie w stanie zrobić, by udowodnić swoje zaangażowanie w ten związek.
    Szybka decyzja. Odchrząknięcie. Zmarszczenie brwi, po czym posłanie gniewnego spojrzenia Ferranowi.
    - Musisz przedstawiać mnie? – Oparła dłonie na biodrach, niby to zdenerwowana. W końcu jeśli byłaby jego partnerką, raczej nie mogłaby się ucieszyć na widok innej kobiety, zwłaszcza tak wystrojonej i słodko nazywającej jej faceta. – To chyba ja powinnam usłyszeć, kim jest kobieta, która nazywa cię MISIACZKIEM! – dodała oburzona, wchodząc w swoją rolę. Przypomniały się jej zajęcia teatralne w szkole. Improwizacja była jej ulubionym fragmentem. Zawsze była najzabawniejsza.
    - Sypiasz z nim za moimi plecami?! Przyznaj się! – zwróciła się również do kobiety, podnosząc głos. Sama była zdziwiona tym jak łatwo przyszło jej odgrywanie zazdrosnej dziewczyny pana Kaysera.
    Helen wydawała się zdezorientowana. Patrzyła to na Ferrana to na Polly. Cóż, chyba żadne z nich nie wiedziało teraz co tak do końca się dzieje. Trzeba było się dostosować i sprawdzić kto z nich jest najbardziej elastyczny, by zagrać swoją rolę do końca. Choć tak naprawdę żadne nie kłamało. Nie padło słowo o związku.
    - Ja... Ja... nie wiedziałam - bąknęła tylko brunetka, wciąż nie mogąc uwierzyć w to co się właśnie działo.

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.