Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
Czerwiec • 12°C
I stało się! Z południa przychodzi do nas coraz cieplejsze powietrze, dzięki czemu resztki śniegu zalegającego na trawnikach stopnieją pewnie nim nadejdzie połowa miesiąca. Jeśli już tęsknicie za białą aurą, to niestety musicie przenieść się jeszcze bliżej koła biegunowego, bo do września nie mamy co liczyć na chociaż jedną śnieżynkę spadającą z nieba. Zamiast nich za to będzie słońce i odrobina deszczu, ale głównie w nocy, więc zabierajcie kalosze na nocne schadzki jeśli nie chcecie, by ktoś w niedzielę dopytywał się skąd błoto na tych nowych pantofelkach prosto z Chruchill! Dzieciaki mogą się za to cieszyć, bo pogoda na lato znowu nam dopisze i pewnie już za kilka tygodni niejednego raka będziemy ściągać z plaży nad jeziorem. Rodzice, cieszcie się ostatnimi chwilami wolności, bo jak tylko skończy się szkoła… nie będzie lekko!

23.03.2017

By­wają w życiu chwi­le, których ból da­je się zmie­rzyć do­piero po je­go przeżyciu, i wówczas dzi­wi nas, iż zdołaliśmy go znieść

FERRAN KAYSER
LEŚNICZY W MOUNT CARTIER • WIĘCEJ
Zawsze, kiedy potrzebował ciszy, szukał jej w lesie – w świecie dziesiątek zwierząt i tysiąca drzew, których zapach wielokrotnie przenikał materiał odzieży, dając się poczuć jeszcze w czterech ścianach niewielkiej chaty. W świecie, w którym nikt nie słyszał wrzasków jego słabości, nie raczył zbędnym politowaniem, gdzie nie musiał liczyć już tego przeklętego czasu, który tam zdawał się stać w miejscu. Ponieważ tam liczyło się go zupełnie inaczej – wybuchami, zapachem wsiąkającej w rozpaloną ziemię padliny i krzykiem. Najczęściej niewinnych. A kiedy pojawiała się sekunda ciszy; kiedy poza biciem własnego serca nie słyszało się niczego więcej, należało sięgnąć po broń, bo owszem – to była cisza, ale tylko przed burzą. Bo tam, w miejscu w którym cierpienie liczy się ilością zakleszczonych w ciele kul, a wygraną ilością przytarganych za łachy zwłok, nie miejsca na ciszę. Ani na człowieczeństwo, bo o czym pomyślisz, kiedy staniesz przed lustrem oblany ludzką krwią? Dlaczego jej tak mało.
A teraz, kiedy ludzie pytają kim jest, kiedy próbują go rozszyfrować, znaleźć w nim skruchę; kiedy próbują obdarzyć uczuciem bądź zniszczyć; kiedy próbują niemalże wszystkiego, co mogłoby obudzić w nim choć ułamek duszy – milczy. Bo milczenie jest ostatnią radością nieszczęśliwych. Bo piękne słowa kryją czasem niepiękne serce. Teraz egzystuje zastanawiając się, czego ten los od niego chce. I zapewne chętnie by mu powiedział, gdyby tylko potrafił mówić – daj komuś to, czego sam nie dostałeś.




Karta uległa lekkiej poprawce (tak, jak obiecałam), ale na twarzy wciąż ten sam @Rob Green. Zapraszamy do wspólnej zabawy, bo Kayser nie jest taki zły, jak go malują (chyba, że sam maluje siebie). Zazwyczaj stosujemy handel wymienny, jednak zdarza się, że wymyślimy wątek i zaczniemy go równocześnie. Odpisujemy jednak tylko w sobie znanej (albo i nie) kolejności. W powiązaniach, całkiem na końcu, są propozycje, które chętnie komuś wręczę! Zatem – bawmy się! POPRZEDNIA KARTA.
✉ zdaniezlozone@gmail.com

( 22 )

  1. Oficjalnie stałaś się najaktywniejszym graczem w tak krótkim czasie, jakim są 3 miesiące od publikacji na blogu! Nie dość, że (z maleńkim wyprzedzeniem) zasługujesz na naszą ikonkę z domkami, to jeszcze jako pierwsza osoba w historii zdobyłaś niedawno także nasz niezawodny puchar! To się dopiero nazywa zaangażowanie i uwielbienie dla naszej małej mieściny! Takiego leśniczego to ze świecą szukać w całej Kanadzie, dlatego podwójnie cieszymy się, że Ferran zawitał właśnie u nas i co za tym idzie dwie ikonki wędrują do Twojej mini kolekcji. Oby tak tylko dalej! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pościel otuliła jej policzek, kiedy trzymając twarz blisko poduszki, zanurzyła ją w kłębach materiału, wzrok utkwiwszy na ich splecionych dłoniach. Dotyk Ferrana, bardzo wprawnie, odbierał jej wszelkie troski. Lekkim gładzeniem jej skóry opuszką kciuka, wywoływał miłe mrowienie, sięgające aż do łokcia. Dlatego kiedy zwrócił się do niej, zaskakująco łagodnie – zadziwiając jednak nie samym wyrazem, a tonem, którego Tilly wcześniej u niego nie słyszała, chłonąc każdą jego nutkę, odszukała spojrzenie mężczyzny, z przewidywaną łatwością godząc się na jego prośbę. Zamknęła powieki.
    Jej dłoń opadła na koc, daremnie szukając palcami jego ciepła na zimnej pościeli. Zanim jednak zdążyła spytać, czy coś się stało, odnalazła to ciepło na swoim policzku. Pierwsze zetknięcie jego palców z jej skórą spotkało się z lekkim drgnięciem, ale kiedy przyswoiła ten bliski kontakt, odetchnęła głęboko przez usta. Próbowała pozostać spokojna. Nie otwierać oczu. Jednak powinna. To co podpowiadało jej ciało, a co wiedział rozsądek, kłóciło się ze sobą. Nie mogła mu odpowiedzieć co czuje. Ogromna fala gorąca, jaka otoczyła jej ciało była dla niej niemałym zaskoczeniem, wywołanym… stresem? Uprzejmością Ferrana? Czym była owa uprzejmość?
    Jego dotyk, którym powiódł od policzka, przez część jej twarzy do kącika ust, wygiął je, rozchylając nieznacznie pod wpływem nacisku na wrażliwe wargi. Ciepło jakim owiała jego dłoń zaraz zgubiło się w chłodnym otoczeniu, którego zimniejsze powietrze nagle zaczęło jej przeszkadzać, wywołując lekkie drżenie. O to pytał, kiedy pytał co czuła? Jego oddech we włosach, kiedy nachylił się nad jej uchem, zaczesując za nie włosy, ale to przecież wiedział. Swój przyśpieszony oddech i bicie serca – jego własnego, kiedy z lekkim zawahaniem złożył pocałunek na jej policzku z podziękowaniem, Koreo dotarło do niej z niemałym opóźnieniem. W tym samym powolnym tempie, uchyliła powieki, nie wiedząc co mu powiedzieć, czego już sam by nie wiedział. Przechylając głowę w bok, ku jego twarzy, praktycznie otarła się czubkiem nosa o jego własny, w tej odległości. Czując jego oddech na swoich wargach, kiedy w końcu się odezwała.
    — Czuję, że wszystko, co mówisz i robisz, sprawia, że czuję się lepiej.
    Patrząc w jego oczy, musiała powiedzieć mu całą prawdę, nie potrafiąc zachować nawet jej połowy dla siebie.
    — …. I trochę boli mnie głowa.
    W zasadzie szumiało jej w niej. Od płaczu, kaca, jego… już nawet nie była pewna w jakich proporcjach te aspekty miały na ten nieuciążliwy ból największy wpływ.
    — Jesteś bardzo dobrym człowiekiem, Ren, i bardzo przystojnym mężczyzną, wiesz o tym? – pytała nie bez celu. Każde jej słowo miało zwykle jakieś przeznaczenie i sens, który czasem wychodził w jej słowach, możliwy do poznania przez innych.
    — I gdybym nie była zamężną kobietą, pomyślałabym, że są to wartości nie tylko godne docenienia, ale też oddania ich instynktom. Jakkolwiek głęboko skrywanym i wyzwalanym dla wyjątkowych osób. Jesteś nadzwyczajnym człowiekiem, Ferran. Tylko dlatego, że nie mogę i nie powinnam tego okazywać, tak jakbym w przepływie lekkomyślności i chwili chciała, nie zapominaj o tym.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  3. Mina od bardzo dawna nie była częścią czegoś tak emocjonującego. Właściwie od dłuższego czasu sama unikała wszelkich silniejszych wrażeń, zaszywając się w obrebie własnego towarzystwa. Końcówki pościgu już nie dostrzegła, nie widziała więc ani momentu dopadnięcia kłusownika, ani szarpaniny między tamtym a leśniczym. W sumie nie była pewna, jakby się to skończyło dla tego, który był nieproszonym gościem w zagajniku, choć podejrzewała, że nie wyszedłby bez szwanku. Pan Leśniczy, którego spotkała przypadkiem, choć spokojny, wydawał się tez bardzo groźny.
    Gdy męzczyźni w lesie zniknęli jej z oczu, a ona uświadomiła sobie, że to za późna pora na szukanie młodych sadzonek i w ogóle robienie już jakichkolwiek zdjęć, zawróciła do miasteczka. Głupotą byłoby szukanie tamtych bez ryzyka, ze nie zgubi się jeszcze bardziej. Ale zdjęcia na karcie pamięci miała, coś się tam wydarzyło i sprawa wydawała się poważna, a tego nie chciała zignorować. Ona sama umiała wszystko załatwiać po cichu, umiała zająć się swoimi sprawami sama, ale wydawało jej się to tak ważne, że nie mogła przemilczeć zajścia. Poza tym Pan Leśniczy na nią liczył! Poszła na komisariat, ściskając aparat trochę za mocno.
    Staneła tam niepewnie, zatrzymując się na środku korytarza. U wejścia jedna osoba była zajeta rozmową telefoniczną, ktoś dalej przemaszerował z naręczem papierów. Jak na spokojne miejsce, wydawało się,że służby porządkowe zawsze coś mają do roboty. A Mina nie chciała im przeszkadzać, wolała raczej poczekać, aż znajdzie się ktoś wolny, kto poświęci jej chwilę uwagi. Nagle ni stąd ni zowąd jedne z drzwi się otworzyły i omal nie dostała nimi w nos.
    - To ja... - zgodziła się zaskoczona na uwagę znajomego, który stanął niespodziewanie przed nią. Tak jak i on zrobiła krok w tył, najwyraźniej nie czując się dostatecznie dobrze z brakiem dystansu.
    Powoli podniosła aparat i zdejmując z szyi pasek podtrzymujący sprzęt, podała go mężczyźnie. To trochę zabawne, ale wydawało jej się, ze był tak podekscytowany, że wypowiedział teraz więcej słów w ciągu pół minuty, niż przez te kilkanaście, które spędzili w swoim towarzystwie w lesie. Może tylko wtedy gdy bywał skupiony, pilnował się, wtedy milczał?
    -Tu mam wszystko - wyjaśniła. Nie przejrzała zdjęć, nie sprawdzała, jak dobrze udało jej się wykonać zadanie.
    [przepraszaaaaam za to! jestem w trakcie przeprowadzki i jestem w rozsypce i płaczę nad rosnącą ilością kartonów :( ]

    OdpowiedzUsuń
  4. Co prawda komentarz wstawiam tylko pod Ferranem, ale ikonka należy się każdej Twojej postaci. Także za uprzejmość wyniesioną ponad normę i otwartość na nowych graczy dostajesz ikonkę komitetu powitalnego na całą Twoją kochaną trójeczkę bohaterów. Gratulacje! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Zawiązywać relacje to Ty z pewnością umiesz! Dlatego właśnie jesteś pierwszą z osób, która dostaje od nas ikonkę z Hachiko. Niech Ci ona dobrze służy i nie ostudzi Twoich zapędów do zawierania nowych znajomości. A jakby się okazało, że któraś z Twoich innych postaci również znalazła sobie grono przyjaciół, wiesz gdzie się zgłosić. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. [Przepraszam najmocniej za tak długaśną obsuwę z odpowiedzią na powitanie, nieobecność usprawiedliwiam uczelnią, a nie lubię w biegu odpowiadać, zwłaszcza, kiedy ładnie wita się moją KP. Cieszę się zatem, że przypadła do gustu i da się jednak lubić. Widzisz, wszystko uzależnione jest od tego co masz na myśli, pisząc „skomplikowana sytuacja” — jeśli chodzi o wyrzucenie postaci ze strefy jej komfortu, a w przypadku takiego Marcela granie na jego wzmacniającej się mizofobii, taka wizja sprawia mi wręcz okrutną satysfakcję. Przychodzę do Ferrana, coś u niego pusto, a kupiła mnie treść karty i dodatkowe informacje z PTSD wpływającej na bohatera. Nie ukrywam, że liczę, że jakoś powiążemy go z Littenhallem, widzę w tym spory potencjał na wciągający wątek.]

    Marcel Littenhall

    OdpowiedzUsuń
  7. Czasami Mattie miała naprawdę dość tych wszystkich numerów i wrażeń, które fundował jej Max. chłopczyk bywał nieprzewidywalny i trudno jej było za nim nadążyć. Zapewne gdyby miała jakiś inny wybór… ale nie mogła go zostawić na pastwę losu. Była jego siostrą i póki będzie mogła, to będzie się nim opiekowała. O ile wcześniej nie zwariuje, a czasami czuła, jakby była na bardzo dobrej drodze ku temu.
    — To się cieszę, bo chciałbym tutaj przychodzić… — powiedział Max i zamachał nogami. Mattie przekrzywiła głowę delikatnie w bok i uśmiechnęła się w kierunku brata. Teoretycznie powinna się cieszyć, że jej brat ma jakieś towarzystwo. Jednak czy to na pewno musiał być o tyle starszy mężczyzna? Jednak skoro chłopczyk go polubił i nie działo się nic niepokojącego, to byłoby nieludzkie, gdyby stała im na przeszkodzie. Tym bardziej, że mężczyzna wyrażał zgodę na te spotkania.
    — Może źle się wyraziłam… — powiedziała, drapiąc się lekko po policzku. — Bardziej chodziło mi o to, w jakich godzinach i w jakich dniach może Max tutaj przychodzić. I mimo wszystko wolałabym, aby sam nie łaził po lesie… — oznajmiła i spojrzała spod ukosa na Maxa, który jedynie uśmiechnął się niewinnie. — Chodzi mi o te momenty, kiedy byłby pod pana opieką. Mogę go do pana przyprowadzać, to nie stanowi problemu. Ale co z powrotami? Może chociaż do granicy lasu? — Może i była lekko przewrażliwiona na punkcie tego lasu. Ale wolała dmuchać na zimne! Wolała, aby Max miał należytą opiekę, niż jej w ogóle nie miał. Więc dlatego była gotowa do różnych negocjacji. Mogłaby nawet sama po niego przychodzić, lecz do tego musieli najpierw ustalić odpowiednie godziny, co właściwie wiązało się z jej pierwszą regułą. Westchnęła cicho, bo najwyraźniej to nie był jej dzień, skoro zapominała tego, co sama mówiła.
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  8. Powiedziec, że Mina nie chce zostać poinformowana o rozwiązaniu i postepach sprawy, byłoby bardzo niegrzeczne, więc nie odezwała się ani słowem. Ale nie chciała się wtrącać w coś, co jej nie dotyczy, a to własnie tym było. Ufała, że policja zajmie się wszystkim i była pewna, że pan leśniczy wszystkiego przypilnuje. Ale co ona miała z tym wspólnego? Znalazła się tam przypadkiem, bo zabłądziła i tylko tyle. Pomogła na tyle, na ile była w stanie, biorąc pod uwagę fakt, że ma przy sobie aparat. Choć może to akurat okaże się kluczowym dowodem obciążającym kłusownika - zdjęcia. Sądząc po zachowaniu siedzącego obok niej mężczyzny, było to prawdopodobne.
    Nie mogła pomóc za bardzo, tak sądziła. Przedstawiła się, opisała to, co widziała. Była w lesie i już. Spotkała leśniczego i już. Zaproponował, że ją odprowadzi do młodych sadzonek, które miała sfotografować i już. I wtedy pojawiła się osoba trzecia. I wtedy chwyciła za sprzęt i za poleceniem leśniczego, zaczęła cykać. Tyle i już. prawdopodobnie pan leśniczy opowiedział więcej, bo znał się na rzeczy i na tej sprawie, ale ona... Ona nawet nie czuła się pewnie, siedząc na tym krześle. Nie chciała tu być, sądziła, że zostawi aparat i ją puszczą. Wtedy by mogła czmychnąć i zamknąć się w pokoju w zajeździe i udawać, że jej nie ma.
    Gdy po kwadransie zostali puszczeni, wyszła na korytarz z westchnieniem ulgi. To, choć było na prawdę niczym, zestresowało ją na tyle, że czuła, jak twarz ją pali i w gardle wszystko wyschło na wiór. Oparła się o ścianę i przejrzała aparat, widząc, że zdjęcia zostały przegrane i skasowane. No i dobrze, nie potrzebowała ich dla siebie, ani dla wydawnictwa. Spojrzała na męzczyznę i wyprostowała się, opuszczając aparat w dłoni.
    - Te sadzonki, chyba nie uciekną, prawda? - spytała naiwnie, choć była to maleńka próba żartu z jej strony. O klękajcie narody, Mina popisuje się humorem!
    Ruda była ponurakiem, ale tu na miejscu, powoli odżywała. Spokój okolicy sprawiał, że czuła się wolna, a że zabrakło czynników nacisku z zewnątrz i nie było żadnych z wewnątrz, bo przecież po co samemu sobie robić krzywde, odnajdywała równowagę. To odludzie, z którego wszyscy zewsząd chcieli uciekać, dla niej było oazą spokoju.

    OdpowiedzUsuń
  9. [Och, tyle miłych słów, że aż się rumienię! Czy Mysie jest taka pozytywna to nie wiem (czasem paskudna z niej maruda, słowo!), na pewno trochę krnąbrna i figlarna. Niemniej cieszę się, że jej kreacja przypadła do gustu, w trakcie poprzedniego pobytu dość mocno się z nią zżyłam i mimo mocnego oporu zdrowego rozsądku, sentyment wygrał i zdecydowałam się z nią wrócić na stare śmieci. :)
    O ile dobrze kojarzę, chyba nie zdarzyło nam się nigdy wcześniej spotkać, więc skoro już się udało, skorzystam z okazji i powiem – wow! Muszę przyznać, że ilekroć widzę Twoją kartę postaci, zawsze czuję gdzieś pod żebrami lekkie uczucie zazdrości, bo nie dość, że mają piękną oprawę graficzną, to jeszcze i merytoryczną. Naprawdę jestem pod wrażeniem i aż boję się myśleć, ile czasu zajmuje Ci opracowanie wszystkich zakładek dla tylu bohaterów. W tym momencie mój wewnętrzny leniuszek podśmechuje się ze mnie okrutnie, bo prawdopodobnie mi nigdy nie starczy sił na tak rozbudowaną KP.
    Raz jeszcze dziękuję za tak ciepłe powitanie i w razie gdybyś przypadkiem miała gdzieś miejsce na jeszcze jeden wątek, zapraszam serdecznie do Mysie. ;) Wydaje mi się, że wbrew pozorom najłatwiej byłoby nam coś stworzyć z Ferranem (Ayers miała kiedyś wytwórnię nalewek, ale po tym, jak o mały włos nie wytruła pół miasta, miłosiernie zdecydowała się przekwalifikować ;D), ale w gruncie rzeczy da Cesara i Tilii też dałybyśmy radę coś wykombinować.]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  10. Zamglone tęczówki błądzą po świstku ściskanego w palcach papieru. Niewielka, wymiętoszona gramatura gnie się w dłoni, kiedy nieświadomie wbija paznokcie w nagłówek otrzymanego dokumentu. Pozew rozwodowy. Mija godzina, może dwie, kiedy Tilly czyta treść po raz kolejny. Z każdym następnym przejechaniem wzrokiem po treści, jej uścisk nieco lżeje. Drgające palce powoli rozluźniają się, aż w końcu upuszcza kartkę na ziemię, kiedy pogrąża się całkowicie w swoich rozważaniach. Jej oddech jest spokojny. Policzki już całkiem suche. Łzy ociekały jej po twarzy tylko w pierwszych minutach otrzymania listu. Teraz, oswajając się z tą myślą, chyba dłużej niż tylko ten jeden dzień, powoli osuwa się na fotelu. Chwyta kartkę pomiędzy palce i wstaje razem z nią. Opierając ją na stoliku kuchennym z westchnieniem sięga po długopis. Jest zdecydowana. Chce podpisać, ale nie może. Nie dlatego, że nie chce lub nie umie. Długopis nie chce pisać. Sięga po inny, w którym zasechł tusz. Trzeciego nie znajduje, przypominając sobie, że omyłkowo zabrała go ze sobą Finlay, po tym jak przepisywała jej przepis na ciasteczka. Swoje wieczne pióro Mathilde zostawiła w pracy. Jeśli w domu znajduje się jakiś jeszcze inny przedmiot zdolny do pisania, prócz ołówka, Tilly go nie znajduje. Dlatego skrupulatnie chowa kartkę do koperty, wcześniej wygładzając jej powierzchnię. Ubiera letnią kurtkę na zwiewną sukienkę (w Mount Cartier zawsze jej zimno) i długie kowbojki. Gdziekolwiek nie pójdzie, ma przed sobą część lasu do pokonania, jeszcze nie nauczyła się nie wchodzić w mrowiska i uważać na groźne gryzonie i gady, przewijające się między ściółką leśną. Podążając między drzewami, jej myśli uciekają ku wielu płaszczyznom. Kilka razy zatrzymuje się przy drzewie, obejmuje go rękoma i opiera się policzkiem o jego konar. Szorstka kora prawdopodobnie pozostawia kilka zaczerwienionych rys na jej skórze. Jeśli Tilly w ten sposób odpoczywa, jest to odpoczynek od nadwyrężenia umysłowego, fizycznie nie czuje żadnego zmęczenia. Badając opuszkami palców jedną z brzóz, z zainteresowaniem podążą spojrzeniem od pnia, z góry, w dół, pchana dziwnym impulsem i kiedy jej wzrok natrafia na krzak malin pod drzewem, ma wrażenie, że nie tam powinna patrzeć. Pomiędzy szumem liści Mathilde identyfikuje inny dźwięk, skupiający jej uwagę. W końcu krzyżuje spojrzenie z wielkimi tęczówkami przestraszonej wiewiórki. Biedne zwierzę leży na ziemi, oddycha ciężko i szybko, a kiedy czuje na sobie wzrok Tilly, panikuje. Tak samo, jak Mathilde. Uchyla usta, wypuszczając powietrze z płuc i uspokaja oddech, kucając przed zwierzęciem.
    - Nic ci nie będzie. Znam kogoś kto Ci pomoże… wiesz? Spodoba Ci się – mówi do zwierzęcia, pewna, że ono jej nie zrozumie, ale ma nadzieję, że ton będzie wyraźnie wskazywał jej zamiary. Zdejmując z ramion kurtkę, ostrożnie układa na niej wiewiórkę, ościelając ją rękawami odzienia.
    - Wszystko będzie dobrze – zapewnia drobną istotkę, tonem, jakiego zawsze używa wobec ludzi. Traktuje to małe, wiewiórcze ciałko z tą samą troską i dobrotliwością, z jaką traktuje swoich pacjentów. Nie wie tylko jak dokładnie może jej pomóc. Wiewiórka wydaje się nie posiadać żadnych fizycznych obrażeń. Być może czymś się zatruła? Ale Tilly nie wie czym mogą zatruć się wiewiórki w lesie.
    Ale Ferran wie.
    Puka do jego drzwi pięć minut później. Koperta z listem wystaje z kieszeni kurtki, a tuż nad nią, główka wiewiórki, która z niemalejącym niepokojem rozgląda się wokół. Jak tak dalej pójdzie, biedne zwierzę dostanie przez Tilly zawału. Mathilde miałaby ją wtedy na sumieniu.
    - Ren… - wzdycha z ulgą, kiedy go widzi, bez wielu wyjaśnień, podając mu swoje zawiniątko – potrafisz coś dla niej zrobić? – unosi do niego ufne, pełne nadziei spojrzenie. Takim samym o dziwo patrzy na niego wiewiórka.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  11. Uniosła wysoko brwi i zasmiałą się cicho, zasłaniając twarz dłońmi zawstydzona. Rzecz niemożliwa! Cud nad cudy! Dobrze że na komisariacie są kamery, bo ten zarejestrowany śmiech to pierwszy taki od na prawdę wielu miesięcy. Nie tak radosny, szczery, wybuchowy i spontaniczny na jakie ją było stac, ale to na prawdę przełom.
    - Nie czuję się bohaterem - przyznała i wyprostowała się, zatrzymując dłonie ma aparacie.
    W gruncie rzeczy ruda była osobą, która prowadziła napięty i pędzący wręcz tryb zycia kiedyś. Teraz wszystko zwolniło, a ona wydawała się utrzymywać, a nawet jeszcze bardziej spowalniać to tempo, by wręcz wszystko zatrzymać w miejscu. Gdy miała na wszystko podgląd, nad wszystkim kontrolę, wtedy czuła się bezpieczna. Dlatego właśnie tak bardzo spodobało jej się w Mount Cartier, od pierwszych godzin pobytu w tym miasteczku, o którym świat zapomniał. Kiedyś śmiała się nieustannie i bawiła życiem, a teraz bała własnego cienia. Akcja jak ta z kłusownikiem w lesie sprawiała, że nie wiedziała co z sobą począć. Ale dziś wszystko się skończyło i było to dobre zakończenie, którego stała się częścią. To rozsadzało jej piersi od środka, to sprawiało, że w środku rosła radośc i entuzjazm, który wybijał się na zewnątrz. Kolejny raz wyjazd tu, ta ucieczka i poszukiwanie azylu sprawiło, że Mina powoli wracała do życia. Bod o tej pory była jak posąg o twarzy człowieka, niby tętno miała, serce biło, ale życia w niej wiecznie brakowało.
    -Dobrze - pokiwała głową. Bardzo chętnie zgodziła się na przewodnika, bo sama nie raz już gubiła się w lesie i o ile nie miała konkretnego zadania do wykonania i mogła się gubić, fotografować wszystko i odnajdywać dla siebie widoki i okazy do uwiecznienia, o tyle wydawnictwo nie będzie tak wyrozumiałe.
    - Tylko może za dzień, lub dwa? Może znajdą coś dla mnie jeszcze w wydawnictwie, skoro już mam taką profesjonalną pomoc - zaproponowała, spoglądając przez okno. -
    Nawet nie zauważyła, jak szybko minął jej dzień. Niebo było już zupełnie granatowe, a cienie wydłużone kładły się pajęczyną na ulicach, sprawiając, że nawet tak spokojne miejsce przypominało scenę z thrillera. No i do tej pory nic nie jadła, a z zajazdu wyszła przed południem. Była pewna, że zaraz tak głośno jej zaburczy w brzuchu, że będzie to podobne do ryku niedźwiedzia.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Osobiście też skłaniałabym się raczej ku czemuś pozytywnemu, bo Kayser sprawia wrażenie, jakby przed wyjazdem z MC był raczej w porządku dzieciakiem i jedyną zadrę, jaka mogłaby między nimi zajść, to ta na zasadzie „ukradłeś mi ostatni kawałek tortu na przyjęciu urodzinowym Lizzy!”, gdy oboje mieli jeszcze po kilka lat, ewentualnie tylko trochę poważniej „złamałeś/-aś mi serce, gdy miałem/-am lat trzynaście!”, ale myślę, że oboje są na tyle dorośli, że teraz prędzej by się z tego śmiali niż robili sobie ciche (bądź nie) pretensje. :) Kumplowanie się z którymś z braci Mysie jest bardzo dobrym punktem zaczepienia, muszę tylko ostrzec Cię w tym momencie – Caleb to dzieciak jeszcze większy niż Mysie, natomiast Roy... no cóż, gdyby mógł, pewnie zamknąłby się w chacie ze swoimi królikami, nie wychylał z niej nosa i śpiewał tylko „znowu w życiu mi nie wyszło”. Gdyby Ferran to robił, pewnie najstarszy z braci Mysie byłby dla niego idealnym kandydatem do narzekania na całe zło świata przy kieliszku. O właśnie, kieliszek! Skoro z Twojego pana taki koneser trunków, wspomnę przy okazji, że przez jakiś czas po powrocie do MC Mysie trudniła się produkcją nalewek na większą skalę. Teraz zrezygnowała z tego na rzecz dostarczania przesyłek, ale jako szczęśliwa posiadaczka magicznego zeszytu z babcinymi przemysłami, wciąż sobie coś tam produkuje w domowym zaciszu. Calebowi niczego nie da z czystej przekory, ale Ferran mógłby zostać jej osobistym testerem, jeśli ma chęć na darmowy alkohol (o wątpliwej reputacji, bo Mysie nie dość pewnie czuje się w kuchni, ale zawsze! Bardzo się dziewczyna stara). ;D W zamia za to Ferran może znosić jej wpadanie bez zapowiedzi, czucie się w leśniczówce jak we własnym domu (bo Ayers czuje się tak właściwie wszędzie) i marudzenie na upierdliwych starszych braci. Na miejsce Lumy raczej nie wskoczy, bo o narzeczeństwie nie myśli nawet teraz, ale zawsze można spróbować wpleść ją jakoś w historię Luke'a/jego rodzeństwa (chociaż to byłby duży zbieg okoliczności, nie wiem, czy nie za duży) albo we wczesną przeszłość Ferrana, jeszcze przed wyjazdem z Mount Cartier i zaciągnięciem się do służby. Czy ja wiem... skoro taki z niego skrzypek, rodzice Mysie mogli posłać ją na nauki do Kaysera, ot, żeby spędzili razem trochę więcej czasu. Tyle że ona za grosz talentu nie ma, ale kto mówi, że tego czasu nie mogli spożytkować inaczej, choćby w lesie. Ayers uwielbia się po nim włóczyć i podpatrywać przyrodę.
    Mózg mam trochę skostniały, przepraszam, chwilę mi zajmie, zanim go rozruszam po długiej przerwie. Daj znać, czy cokolwiek z tego przypadło Ci do gustu, czy mam myśleć dalej nad czymś bardziej/mniej skomplikowanym. :)]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  13. Tilly juz od progu nurtował pewien drobiazg. Postanowia jednak przesunąć tą kwestię na bok, dopóki nie zajeliby się odpowiednio, wraz z Ferranem, uroczym -
    aczkolwiek teraz trochę biednym -
    znaleziątkiem Mathilde. Mimo swoich kilku nie tak bardo niepokojących obaw, odwzajemniła naturalnie i niewymuszenie, wbrew swojwj kontroli, uśmiech Ferrana, nawet jeśli tak samo subtelny i nierzucajacy sie w oczy jak jego. Podążając za nim, zauważając znaną jej już troskę w jego postawie i czynnościach, z czystym sumieniem mogła zboczyc z kursu. Zahaczając o aneks kuchenny, odnalazla czysta ścierkę, którą nasączyła wodą i kiedy Ferran przyglądał się wiewiórce, Tilly siadła na swoich nogach przed nim. Właśnie podnosiła się na klęczki żeby sięgnąć mokrym materiałem plamy pp farbie na jego policzku, kiedy mężczyzna zwrócił twarz w jej stronę wraz z pytaniem na ustach. Zawisła z dłonią w powietrzu, wypatrując w jego spojrzeniu podpowiedzi dokładnego kontekstu zadanego pytania.
    - Zgubila sie w lesie.
    W jakis sposo jej odpowiedź brzmiała bardziej podobnie do niej niz do wiewiórki. Wiewiórce byłoby raczej ciężko zgubić się w lesie. Przez ton Mathilde przejawiała się jednak tak wielka empatia i zrozumienie wobec stanu zastanego tego małego zwierzątka, że można było, widząc wielką wiarę Tilly i ej zmartwienie tą kwestią, naprawdę uwierzyć, ze ta mała istotka rzeczywiście zgubila sie w swoim domu.
    - Leżała samotnie pod drzewem. Pomyślałam, ze przyda jej się dobre towsrzystwo i opieka.
    Powiedziała to tak naturalnie, jakby przez myśl jej nawet nie przeszło, ze ktoś oprócz Ferrana mógłby sie w tym sprawdzić lepiej.
    - Wydaje mi się, ze mogła sie czymś zatruc. Jak myślisz?
    Dopiero kiedy zakończyła tą kwestie i dala mu czas do namyslu nad odpowiedzia, przełożyła wilgotna sciereczke do jego policzka w celu oczyszczenia go z plamki farby.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  14. Szczepionki przeciwko wściekliźnie brzmiały stosunkowo groźnie. Tilly, osuwając dłońmi w dół po swoich udach, z zatroskaniem zatrzymała wzrok na wiewiórce. Teraz wydawała jej się jeszcze bardziej cierpiąca i potrzebująca. Zacisnęła palce na swoich kolanach i gdyby nie jej instynkt, który podpowiadał jej, że nie powinna osaczać zwierzątka swoją osobą, prawdopodobnie już teraz tuliłaby je do swojej piersi. Tymczasem ściszyła ton, prawie do szeptu, nie chcąc zakłócać wiewiórce jej zmagań z fałdami kurtki, spod których chciała się uwolnić.
    — Ale wyjdzie z tego? — spojrzała za Ferranem, który najwyraźniej powoli zbierał się do spiżarni, próbując znaleźć jedzenie odpowiednie dla wiewiórek i mogące złagodzić ból po spożytych przez zwierzątko toksynach. Tilly w tym czasie, chwyciła delikatnie materiał kurtki, układając ich pacjenta na stoliku w kuchni, blisko okna, skąd wiewiórka mogła mieć dobry widok na taras i las, jaki otaczał chatkę kiedyś należącą do dziadków Kaysera. Sama w tym czasie, nie tracąc czujności i spoglądając co jakiś czas na zwierzę, odnalazła w kuchni wiklinowy koszyk. Słyszała, że w Wielkanoc trwała aukcja wiklinowych koszyczków panów w Mount Cartier. Mimochodem jej myśli na chwilę uciekły ku Renowi, który zniknął w drzwiach spiżarni. Spojrzała w tamtym kierunku, wbrew rozsądkowi zastanawiając się czy Ferran też brał w niej udział. Zanim jednak sama udzieliła sobie na to odpowiedź, przypomniała sobie, że powinna wyścielić czymś wiklinowy koszyczek. Użyła w tym celu gaz i waty, ocieplając dno koszyczka, a na górze wyłożyła miękkie posłanie z kuchennej, czystej ścierki. Dopiero kiedy przygotowała całe stanowisko, delikatnie przeniosła na nie wiewiórkę. Przygotowując jej prowizoryczny podajnik z wodą, siadła niedaleko, obserwując stworzonko.
    Wydawała się zaniepokojona. W takim stopniu, że kiedy nalewała wody na mały, głęboki talerzyk, część z niej rozlała sobie po stole. Poczuła dopiero w momencie, w którym krople skapnęły na jej uda drobną falą. Ocierając materiał dłonią, westchnęła, sprzątając nieporządek jaki po sobie zostawiła na blacie. Akurat w tym momencie, w którym Ferran wrócił ze spiżarni.
    — Niepokoję się. To musi ją bardzo boleć. Jest taka mała i bezbronna. Widziałeś kiedyś tak ładną wiewiórkę?
    W jakiś sposób musiała przerzucić swoje zaniepokojenie w innym kierunku. Zachwyt nad miękkim, rudym futerkiem wydawał się sensowny. W Kanadzie znacznie częściej spotykało się te szarobure, czarne, czy siwawe wiewiórki niż te brązowe czy tym bardziej te o kasztanowej sierści. Zawiesiła wzrok na stworzonku, nieświadomie zaciskając palce na rękawie Ferrnowej koszuli, na którego później przeniosła swoją uwagę.
    — Teraz spróbujemy ją nakarmić? A jeśli nie będzie chciała jeść?

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  15. [Ano hej! Powiem Ci, że sama jestem zaskoczona swoim wyborem postaci, ale próbuję przekonać się do bohaterek. Blanchett nie może się ode mnie oderwać od momentu, kiedy raz ją wprowadziłam w życie. Mam nadzieję, że nie skończę z niesmakiem...

    Nawiedzona ornitolożka? Jak wpadłam na jej historię, to przypomniały mi się wszystkie onetowe, banalne i przesadzone pomysły. Doszłam jednak do wniosku, że wtedy miałam za małą wiedzę, by to ładnie wykorzystać, a każda sekciarska postać musiała byś mroczna i straszna... Teraz tak nie będzie!

    Co do wątku - oczywiście, ale musisz mi powiedzieć kogo składasz na mej dłoni, bo ja, oczywiście, już się pogubiłam we wszystkich bohaterach.]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  16. [Bardzo chętnie wezmę na warsztat tego otóż Pana. A i fabułę zacznę od samego początku, jeśli nie masz nic przeciwko. Jestem przekonana, że nie musimy ustalać dalszych szczegółów, jak myślisz? Postawiłabym na przyjemne zaskoczenie (tylko przyjemne!). Ależ mi dziwnie podpisywać komentarze damskim imieniem.]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  17. [Pięknie to wszystko razem połączyłaś. Pytanie tylko, jak to mniej więcej czasowo było ze śmiercią Luke'a? Potrzebowałabym wiedzieć, żeby poukładać to w historii Mysie, bo skoro miała przyjaźnić się z jego siostrą, nawet gdyby była poza miasteczkiem, gdzieś w innym stanie, a usłyszałaby o jego śmierci, pewnie by wróciła na jakiś czas, gdyby zaszła taka potrzeba i przyjaciółka by tego potrzebowała. Przyjaciół Mysie traktuje tak samo jak rodzinę, więc nie ma opcji, żeby zostawiła ją samą na lodzie.
    Co się z kolei Lumy tyczy – nic o niej nie wiem, więc ciężko mi określić, czy mogłaby się z Mysie polubić (choć o ile zachowywała się jak typowa kobieta, to raczej wątpię, bo Ayers zawsze lepiej dogadywała się z męską częścią znajomych i chadzanie w sukienkach na imprezy nigdy nie bawiło jej ponad miarę), ale jeśli jej nie lubiła, to pewnie Kayser by o tym wiedział bez względu na to, czy była jego dziewczyną, czy też nie. Także sama zdecyduj, czy wolisz, aby wiedziała o wyskoku panny Attwood, bo nie gwarantuję, że nie ucięłaby sobie z nią pogawędki za plecami Ferrana, skoro była z nim wystarczająco blisko, żeby ją to obchodziło.
    Myślę nad tym, co mógłby znaleźć Twój pan i, no cóż, ostatnio same... niepoważne propozycje wpadają mi do głowy. :D Ale już się spinam i postaram się zachować rozwagę. Mogłoby to być coś mocno spersonalizowanego (tu już musiałabyś mi podpowiedzieć, co takiego), co dostał od niej z okazji urodzin/świąt/etc. Jakieś wspólne zdjęcie z leśnej wyprawy, kiedy cudem uszli z życiem krwiożerczemu łosiowi. Albo z domku na drzewie, który w przypływie szalonej odwagi po kilku głębszych zdecydowaliby się odwiedzić. Może jakąś pamiątkę z czasów ich szczeniackiego „romansu”, żeby mogli się trochę pośmiać (a przynajmniej Mysie, bo nie wiem, jak to z tym u Kaysera bywa). Myślisz, że coś się nada? :)]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  18. Pomyślałam sobie, że mogli wcześniej korespondować mejlowo, co Ty na to? Jakiś punkt zaczepienia, a i nie byłoby niezręcznie. Jasne, mam na myśli zdawkowe wiadomości, ale przynajmniej Julia będzie miała się do czego odnieść. Wczoraj robiłam pierwszy risercz zagrożonych gatunków w Kanadzie (serio) i już wiem, co będzie ich głównym zmartwieniem. Poza tym proszę: post fabularny. Tak, nadal je praktykuję! I jeśli masz jakąś inną fotę, możesz podrzucić.

    OdpowiedzUsuń
  19. Zapach Lasu czuć było jeszcze zanim Ferran uchylił materiał worków. Zaciągnęła się nim jednak głębiej. Już wcześniej zdążyła poznać ten zapach. Podążał on za Renem, każdorazowo kiedy się spotkali. Rozpoznawała igliwo, powiew wiatru. Teraz tajemnica woni wypełniającej płuca, kojarzonej wyłącznie z Ferranem, właśnie stawała się bardziej jawna. Zsuwając dłoń po ferranowej koszuli, zatrzymała palce przy przegubie jego ręki, smagając go nieznacznie opuszkami palców na moment przed tym, jak kucnęła przed workiem z pędami sosny. Lekki uścisk na nadgarstku mężczyzny miał jje dać tylko większą stabilizację. Kiedy już złapała równowagę, obie ręce ułożyła na swoich kolanach, pochylając się w przód nad zbiorami Ferrana.
    - No tak. Żywica.
    Uśmiechnęła się kacikami ust, identyfikując ten zapach. Obdarzyła tym samym krótkim spojrzeniem sylwetkę blondyna.
    - Pięknie pachnie.
    Nim - przemknęła jej myśl, którą pozwoliła sobie zachować tylko dla siebie i podsumować ją śmielszym uśmiechem występującym na rumiane usta. Zaraz zresztą pochylila się z powrotwm w kierunku worka, a fala włosów spowiła znaczną część jej twarzy.
    - Powinniśmy dać jej szansę się wykazać. Uwierzyć w nią.
    Słowa padły po krótkiej chwili milczenia, w której sięgała po jeden z zoledzi. Rozpostartą dłoń wyciągnęła przed siebie, podstawiając ją wraz z jej zawartością pod główkę wiewiórki. Musiało to wyglądać bardzo zabawnie, bo Tilly, żeby sięgnąć koszyka z poziomu ziemi, musiała podciągnąć się na jednej ręce w górę, wspierając się blatem stołu. Podbródek oparła na wolnej ręce, z zafascynowaniem obserwując wewnętrzną rozterkę wiewiórki. Zaśmiała się przy tym cicho pod nosem, rozbawiona powagą z jaką zwierzątko zbliżyło się do żołędzia, spróbowało go powąchać i zaraz cofnęło łepek, lądując nim w materiale pościelonej mu chustki.
    - Ciebie chyba od razu polubiła. Spróbujesz?
    W ramach zachęty, delikatnie chwyciła mężczyznę za dłoń, patrząc na niego z dołu. Palce chwyciła pewniej dopiero, kiedy podciagnęła go trochę w dół. Miała wrażenie, że jeśli będą patrzeć na wiewiórkę z jej poziomu, być może ta okaże im więcej zaufania i sympatii. Zanim jednak Ferran zdążył kucnąć przy Tilly, kobieta rozproszyła swoją uwagę, podzielajac ją pomiędzy swoje cele, a spontaniczną próbę przebadania faktury jego skóry. pogłaskała ją kciukiem. Kiedy tylko podświadomie przekręciła dłoń, odkryła jak lekko jej palce wplatają się w jego własne i pasują do jego uścisku.
    - Przepraszam.
    Nie przepraszała dlatego, że czuła się winna swoich gestów, a już na pewno nie zadowala ich. Przepraszała prawdopodobnie za to, czego jeszcze nawet nie zdążyła zrobić, a co zrodziło się w jej myślach i nie umknęło z nich, nawet kiedy cofneła dłonie na swoje uda. Samotny żołądź pozostał na stole, osamotniony decyzją Tilly, żeby właśnie tam go porzucić.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  20. Był taki czas, kiedy Mina śmiała się nieustannie. Z żartów, z sytuacji, do przyjaciół, siebie samej, nawet do nieznajomych. Od zawsze nosiła w sobie radość. Ale nadszedł taki czas, kiedy to zostało zdeptane, a ona sama zgasła, jak wypalona świeczka. Pozostał czarny kniot, a Mina była cieniem samej siebie.
    Teraz, tu w tym miejscu właśnie, uspokajała się powoli i na nowo uczyła cieszyć życiem. Tu raz się uśmiechnęła, tu roześmiała w głos. Innym razem wystraszona krzyczała na całe gardło i to też był duży postęp, bo już nie szeptała, nie mamrotała pod nosem. Sytuacja jak z dnia dzisiejszego to była misja niemożliwa, której podołała. I była z siebie bardzo dumna. Nie wbiło jej w ziemie, nie stała jak kołek, nie wiedząc co robić, a coś zrobiła. Nawet jeśli zrobienie zdjęć było jakimś pierwiastkiem w działaniach, by złapac kłusownika, miała w tym swój wkład. I będzie mogła być z siebie zadowolona.
    Pożegnała się szybko i z komisariatu niemal wybiegła. Była podekscytowana tym, żę była w stanie komuś pomóc, a jej obecność się przydała. Potrzebne jej było czuć się potrzebną. Chyba za długo już przebywała w letargu, bo to co dziś zrobiła sprawiło, że serce łomotało jej jak szalone z ekscytacji. Nie mniej jednak, gdy tylko dotarła do zajazdu i przyłożyła policzek do poduszki, zasneła w dwie minuty. Padła od emocji, które niemal rozsadzały ją od wewnatrz.
    Minął dzień, drugi i dopiero na następny skierowała swe kroki do lasu. Kontaktując się z policją, całe zajście z misją leśniczego dotyczącą złapania kłusownika, mogło się odbić artykułem w następnym numerze, ale musieli ustalić z władzami, ile mogą zdradzić. No i ona sama czuła, że powinna zapytać o to nieznajomego. Właściwie znajomo nieznajomego, bo choć rozmawiała z nim kilka razy, to ani on, ani ona się sobie nie przedstawili. No i przecież nie zrobiła zdjęć sadzonek, a druk nowego numeru miał zaraz ruszyć! Zmyli jej głowę o to, ale... zupełnie się tym nie przejęła. Nie tak jak sądziła, że się przejmie, bo w końcu mogła dać od siebie więcej. I możliwe, że jej praca wcale nie jest taka niepotrzebna i jej nie zwolnią.
    Droga do lesniczówki nie była wyzwaniem. Już kilka razy zdarzało się Minie ją mijac, gdy wyruszała w trasę z aparatem w dłoni. Nie mniej jednak dziś, gdy szła prosto w tamto miejsce, rozglądała się żywo, jakby oczekiwała kolejnej akcji. Gdy spokojnie i bez przygód dotarła na miejsce, wcale nie była rozczarowana. Zapukała w drzwi powoli, zdejmując z głowy szeroki kaptur kurtki przeciwdeszczowej. CHoć jeszcze nie padało tego dnia, na niebie wisiały ołowiane chmury i nie wróżyło to nic dobrego, a ona wolała być przygotowana na ewentualne oberwanie chmury.

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.