Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
Październik • -4°C
Tydzień temu jeszcze ostatnie kolorowe liście były odgarniane z chodników, a dzisiaj? Jeśli ktoś wyszedł z domu przed siódmą rano, to na pewno widział ten biały puszek zalegający na trawnikach, samochodach czy stromych dachach naszych domków. Pierwsze opady śniegu mogły zaskoczyć turystów, ale dla prawdziwych mountcartierowców to już chleb powszedni. A więc dla tych, którzy zabłądzili lub są u nas tylko przejazdem: drodzy państwo, oto oficjalne otwarcie zimowego sezonu! Na wygrzewanie się w promieniach słońca zapraszamy ponownie w czerwcu, a teraz proszę kupować wełniane szaliki i czapki, bo noce są już coraz chłodniejsze. Oszczędźcie naszego biednego lekarza i nie wystawajcie zakatarzeni pod drzwiami jego gabinetu, bo na pewno nie narzeka on już na brak pacjentów!

23.03.2017

By­wają w życiu chwi­le, których ból da­je się zmie­rzyć do­piero po je­go przeżyciu, i wówczas dzi­wi nas, iż zdołaliśmy go znieść


FERRAN KAYSER
FK OSOBOWOŚĆ HISTORIA
Zawsze, kiedy potrzebował ciszy, szukał jej w lesie – w świecie dziesiątek zwierząt i tysiąca drzew, których zapach wielokrotnie przenikał materiał odzieży, dając się poczuć jeszcze w czterech ścianach niewielkiej chaty. W świecie, w którym nikt nie słyszał wrzasków jego słabości, nie raczył zbędnym politowaniem, gdzie nie musiał liczyć już tego przeklętego czasu, który tam zdawał się stać w miejscu. Ponieważ tam liczyło się go zupełnie inaczej – wybuchami, zapachem wsiąkającej w rozpaloną ziemię padliny i krzykiem. Najczęściej niewinnych. A kiedy pojawiała się sekunda ciszy; kiedy poza biciem własnego serca nie słyszało się niczego więcej, należało sięgnąć po broń, bo owszem – to była cisza, ale tylko przed burzą. Bo tam, w miejscu w którym cierpienie liczy się ilością zakleszczonych w ciele kul, a wygraną ilością przytarganych za łachy zwłok, nie miejsca na ciszę. Ani na człowieczeństwo, bo o czym pomyślisz, kiedy staniesz przed lustrem oblany ludzką krwią? Dlaczego jej tak mało.
A teraz, kiedy ludzie pytają kim jest, kiedy próbują go rozszyfrować, znaleźć w nim skruchę; kiedy próbują obdarzyć uczuciem bądź zniszczyć; kiedy próbują niemalże wszystkiego, co mogłoby obudzić w nim choć ułamek duszy – milczy. Bo milczenie jest ostatnią radością nieszczęśliwych. Bo piękne słowa kryją czasem niepiękne serce. Teraz egzystuje zastanawiając się, czego ten los od niego chce. I zapewne chętnie by mu powiedział, gdyby tylko potrafił mówić – daj komuś to, czego sam nie dostałeś.
Nie jest skłonny do żartów – szczególnie w pokładach złości, które zalegają w tej chorej na prowincjonalność ludzką duszy. Obserwując jego zachowanie, z pewnością zwrócisz uwagę na stanowczość i prężność z jaką podejmuje decyzje, które następnie skutecznie i bez ambarasu wprowadza w życie – są przemyślane, nawet jeśli wydaje Ci się, że przeczą niektórym zasadom. Jeżeli z nim porozmawiasz, będzie to konwersacja z jego strony krótka. Nie uraczysz wyniosłych monologów, bujnej gestykulacji, ani zbędnych przykładów, o których za chwilę zapomnisz – usłyszysz prawdę, choćby miała powodować palpitacje serca. Ponad to, dobrze zapamiętasz wyciekającą ze spojrzenia ofensywność na tle wnikliwej spostrzegawczości, a rozkazujący ton uświadomi Cię, że Ferran niemalże nigdy nie prosi. Najczęściej jednak myślisz o nim, że jest sprawiedliwy, i że pomimo swych wysokich wymagań stawianych wszystkim wokół, to godny kompan do szczerej wymiany zdań. Bo tak właśnie jest! Ale, żeby dostać się do tego człowieka od środka, należy przyciągnąć ze sobą wielki młot, coby rozbić barierę, dzięki której odgrodził się od świata...
Dlaczego? Dlatego, że Kayser już nie czuje potrzeby integrowania się ze światem. Kiedy Ferran wrócił z Afganistanu, zdiagnozowano u niego PTSD, inaczej zespół stresu pourazowego, którego nie zamierzał leczyć na kozetce u psychiatry. Świat po prostu przestał go bawić, a organizm zaczął stale przebywać w gotowości do walki – stąd jego naturalne poddenerwowanie, objawiające się szorstkimi wypowiedziami, nawet w stronę osób szalenie bliskich. Stąd też ślepota uczuć, odrętwienie emocjonalne i brak zdolności odczuwania przyjemności. Stąd także realistyczne koszmary, podczas których budzi się z krzykiem; nagłe przebłyski wojennych wspomnień, które napawają go zauważalną agresją, i absolutna niechęć do wspominania swej przeszłości. Czy próbuje z tym walczyć? Oczywiście. Na swój sposób, wliczając libacje alkoholowe, choć jedną butelkę rumu ograniczył już do kilku szklanek. W tym przypadku, to czas jest głównym wybawcą – tylko on, i niektórzy ludzie, jest w stanie zabliźnić echo minionych dni – pozwolić znów złapać oddech i bezinteresownie się uśmiechnąć do tego bladego odbicia lustrzanego, na które nie ma siły patrzeć, bowiem zbiera mu się na wymioty. Ale prawda jest taka, że co go nie zabije, to go wzmocni.

ZNAKI SZCZEGÓLNE, BĄDŹ NIESZCZEGÓLNE:

Pułkownik, pilot w stanie spoczynku, spod bandery Marine Tactical Electronic Warfare Squadron 2. Mocna, gorzka kawa i mocny, gorzki alkohol. Jedna szyta nad lewym biodrem blizna, zrobiona za pomocą cholernie ostrej maczety i rąk przesiąkniętego nienawiścią taliba. Czekolada, czekoladowe ciasto, wszystko co czekoladowe zazwyczaj mu smakuje. Broń biała, siekiera i różnej maści scyzoryki, na których nie tylko się zna, ale którymi w ramach relaksu celuje do półsuchego, starego świerku. Broń nie tylko biała bo i schowany w komodzie sztucer myśliwski na amunicje kulową – w razie zagrożenia dziką zwierzyną, bądź Yeti. Pokaźna kolekcja nasion, by letnim sezonem sadzić nową florę. Jagody, dziczyzna i owocowe kompoty prawie zawsze na stole. Nieśmiertelnik, modele niemieckich myśliwców, zdjęcia z misji i odznaczenia wojskowe w wielkiej skrzyni na strychu. Kiedyś wiersze; teraz ołówkowe szkice na kartach papieru. Babka uczyła go grywać na skrzypcach i nieczęsto, jednak zdarza się, że do tego wraca.
Na świat przyszedł w Churchill z łona dwudziestoletniej kobiety, zwanej matką, oraz ojca, który zmył się tak szybko jak zdążył się w życiu kobiety pojawić. Jako kula u nogi, Ferran w Churchill przebywał niecały rok, by ostatecznie wylądować na utrzymaniu dziadków, którzy w Mount Cartier dopieszczali własne gospodarstwo domowe z prac rzemieślniczych i leśnictwa, którym zajmował się dziadek – Arkady Kayser. Wychowywany przez krewnych seniorów, uznał ich za jedynych opiekunów, którzy, w przeciwieństwie do biologicznych rodziców, nie zakończyli swego rodzicielskiego etatu tylko na nadaniu imion. Gdy dojrzał na tyle, by rozróżniać prawdę od kłamstwa, starał się wynagrodzić dziadkom ich zaangażowanie w wychowanie najmłodszego z Kayserów, poprzez pomoc w pracach domowych. Ukończywszy szkołę podstawową, zechciał kontynuować naukę w szkole średniej w Churchill na poziomie academic, z zamiarem nauki w progach uniwersytetu – plany uległy zmianie, kiedy w wieku lat dwudziestu został wcielony do służby w kanadyjskiej armii. Od tamtej pory w mundurze spędził dwanaście lat, uprzednio zaczynając od Royal Canadian Air Force, gdzie przez pierwszy rok sprzątał kantyny i spalał niezliczone ilości kilogramów na ciernistych poligonach. Dopiero osiągnięty po dwóch latach stopnień first lieutenant'a pozwolił mu rozwinąć się w tym, co interesowało go od zawsze – w lotnictwie. Lata spędzone w miejscowości Cold Lake, w prowincji Alberta, pod banderą RCAF u boku myśliwców CF-18, były jednymi z cięższych, acz ciekawszych historii, jakie zapisały się w kartach jego życia. Służąc dla jednostki 419 Tactical Fighter Training Squadron, odpowiedzialnej za zaawansowane szkolenie pilotów myśliwców, dotarł do programu szkoleniowego NATO Flying Training, który w roku 2010, wysłał Ferrana na misję w Afganistanie.

Jadąc do Afganistanu, nie spodziewałem się, że zostaną nam postawione zadania, do których nie byliśmy przygotowani. Sądziłem, że będziemy szkolić afgańskich żołnierzy. Byłem przekonany, że będzie to polegało na spotkaniach u nich w jednostce – że będziemy pokazywać broń, uczyć ich technik walki. Na miejscu okazało się, że to oni nas mogą szkolić, a nie my ich. Bo oni są oswojeni z bronią praktycznie od dziecka. Od dziecka są szkoleni w działaniach wojennych w tych specyficznych warunkach terenowych. Szczególne wspomnienie związane z misją, bardzo trudne wspomnienie, to śmierć mojego przyjaciela – kapitana Luke'a Walter'a . To tragiczne wydarzenie zdecydowało, że zostałem weteranem poszkodowanym. Brałem udział w patrolu, gdzie wpadliśmy w zasadzkę. Ostrzelali nas talibowie i po pewnym czasie okazało się, że samochodu, którym jechał Luke przed nami, nie ma. Między naszymi samochodami zerwała się łączność, nikt się nie odzywał. Dopiero po chwili wywołał mnie kierowca tego samochodu. Na moje pytanie, gdzie jesteście, odpowiedział tylko: „kapitan nie ma nogi”. Usłyszałem to dokładnie, ale nie mogłem w to uwierzyć. Poprosiłem: „powtórz jeszcze raz”. Odpowiedź była taka sama – „kapitan nie ma nogi”. Na tym łączność się urwała. Później okazało się, że talibowie przestrzelili antenę w samochodzie. Gdy skończyliśmy walkę z talibami, dowódca zdecydował, że pojedziemy szukać samochodu Luke'a. Przejechaliśmy około kilometra, gdy dowódca z bazy, drogą satelitarną, powiadomił nas, że oni uciekli do bazy i Luke jest ranny. My wróciliśmy na miejsce ostrzału. Był tam budynek – prawdopodobnie opuszczony posterunek policji. Czekaliśmy. Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej się działo. Zostały wezwane posiłki. Po dwudziestu minutach dostaliśmy telefon z bazy, że Luke nie żyje. Ten moment był dla mnie bardzo trudny. Nie wiedziałem, co robić. Popłakaliśmy się z kolegami. Dowódca mojego samochodu pozwolił nam zadzwonić do domu. Nie wiem, czy to była dobra decyzja, czy nie. Po prostu dał nam telefon satelitarny i powiedział: „Chłopaki dzwońcie do domu, bo jak się okaże, że w kanadyjskiej telewizji powiedzieli, że zginął kanadyjski żołnierz, nasze rodziny nie będą wiedziały, co z nami. A nie wiadomo, kiedy stąd wrócimy”.

W trakcie misji, ramiona Ferrana udekorował stopień pułkownika. Został przeniesiony do kompanii walki radioelektronicznej (2nd Electronic Warfare Squadron), zajmującej się operacjami bezzałogowych statków powietrznych. Po banderą VMAQ-2, w Północnej Karolinie, spędził ostatnie lata w mundurze pilota – na wskutek stresu pourazowego podjął decyzję o powrocie do Mount Cartier, stawiając stopy na ziemiach rodzinnego miasteczka w 2016 roku.




Lubimy handel wymienny; nie gryziemy i zapraszamy serdecznie na wątki.
✉ zdaniezlozone@gmail.com

( 91 )

  1. Oficjalnie stałaś się najaktywniejszym graczem w tak krótkim czasie, jakim są 3 miesiące od publikacji na blogu! Nie dość, że (z maleńkim wyprzedzeniem) zasługujesz na naszą ikonkę z domkami, to jeszcze jako pierwsza osoba w historii zdobyłaś niedawno także nasz niezawodny puchar! To się dopiero nazywa zaangażowanie i uwielbienie dla naszej małej mieściny! Takiego leśniczego to ze świecą szukać w całej Kanadzie, dlatego podwójnie cieszymy się, że Ferran zawitał właśnie u nas i co za tym idzie dwie ikonki wędrują do Twojej mini kolekcji. Oby tak tylko dalej! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pościel otuliła jej policzek, kiedy trzymając twarz blisko poduszki, zanurzyła ją w kłębach materiału, wzrok utkwiwszy na ich splecionych dłoniach. Dotyk Ferrana, bardzo wprawnie, odbierał jej wszelkie troski. Lekkim gładzeniem jej skóry opuszką kciuka, wywoływał miłe mrowienie, sięgające aż do łokcia. Dlatego kiedy zwrócił się do niej, zaskakująco łagodnie – zadziwiając jednak nie samym wyrazem, a tonem, którego Tilly wcześniej u niego nie słyszała, chłonąc każdą jego nutkę, odszukała spojrzenie mężczyzny, z przewidywaną łatwością godząc się na jego prośbę. Zamknęła powieki.
    Jej dłoń opadła na koc, daremnie szukając palcami jego ciepła na zimnej pościeli. Zanim jednak zdążyła spytać, czy coś się stało, odnalazła to ciepło na swoim policzku. Pierwsze zetknięcie jego palców z jej skórą spotkało się z lekkim drgnięciem, ale kiedy przyswoiła ten bliski kontakt, odetchnęła głęboko przez usta. Próbowała pozostać spokojna. Nie otwierać oczu. Jednak powinna. To co podpowiadało jej ciało, a co wiedział rozsądek, kłóciło się ze sobą. Nie mogła mu odpowiedzieć co czuje. Ogromna fala gorąca, jaka otoczyła jej ciało była dla niej niemałym zaskoczeniem, wywołanym… stresem? Uprzejmością Ferrana? Czym była owa uprzejmość?
    Jego dotyk, którym powiódł od policzka, przez część jej twarzy do kącika ust, wygiął je, rozchylając nieznacznie pod wpływem nacisku na wrażliwe wargi. Ciepło jakim owiała jego dłoń zaraz zgubiło się w chłodnym otoczeniu, którego zimniejsze powietrze nagle zaczęło jej przeszkadzać, wywołując lekkie drżenie. O to pytał, kiedy pytał co czuła? Jego oddech we włosach, kiedy nachylił się nad jej uchem, zaczesując za nie włosy, ale to przecież wiedział. Swój przyśpieszony oddech i bicie serca – jego własnego, kiedy z lekkim zawahaniem złożył pocałunek na jej policzku z podziękowaniem, Koreo dotarło do niej z niemałym opóźnieniem. W tym samym powolnym tempie, uchyliła powieki, nie wiedząc co mu powiedzieć, czego już sam by nie wiedział. Przechylając głowę w bok, ku jego twarzy, praktycznie otarła się czubkiem nosa o jego własny, w tej odległości. Czując jego oddech na swoich wargach, kiedy w końcu się odezwała.
    — Czuję, że wszystko, co mówisz i robisz, sprawia, że czuję się lepiej.
    Patrząc w jego oczy, musiała powiedzieć mu całą prawdę, nie potrafiąc zachować nawet jej połowy dla siebie.
    — …. I trochę boli mnie głowa.
    W zasadzie szumiało jej w niej. Od płaczu, kaca, jego… już nawet nie była pewna w jakich proporcjach te aspekty miały na ten nieuciążliwy ból największy wpływ.
    — Jesteś bardzo dobrym człowiekiem, Ren, i bardzo przystojnym mężczyzną, wiesz o tym? – pytała nie bez celu. Każde jej słowo miało zwykle jakieś przeznaczenie i sens, który czasem wychodził w jej słowach, możliwy do poznania przez innych.
    — I gdybym nie była zamężną kobietą, pomyślałabym, że są to wartości nie tylko godne docenienia, ale też oddania ich instynktom. Jakkolwiek głęboko skrywanym i wyzwalanym dla wyjątkowych osób. Jesteś nadzwyczajnym człowiekiem, Ferran. Tylko dlatego, że nie mogę i nie powinnam tego okazywać, tak jakbym w przepływie lekkomyślności i chwili chciała, nie zapominaj o tym.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  3. Mina od bardzo dawna nie była częścią czegoś tak emocjonującego. Właściwie od dłuższego czasu sama unikała wszelkich silniejszych wrażeń, zaszywając się w obrebie własnego towarzystwa. Końcówki pościgu już nie dostrzegła, nie widziała więc ani momentu dopadnięcia kłusownika, ani szarpaniny między tamtym a leśniczym. W sumie nie była pewna, jakby się to skończyło dla tego, który był nieproszonym gościem w zagajniku, choć podejrzewała, że nie wyszedłby bez szwanku. Pan Leśniczy, którego spotkała przypadkiem, choć spokojny, wydawał się tez bardzo groźny.
    Gdy męzczyźni w lesie zniknęli jej z oczu, a ona uświadomiła sobie, że to za późna pora na szukanie młodych sadzonek i w ogóle robienie już jakichkolwiek zdjęć, zawróciła do miasteczka. Głupotą byłoby szukanie tamtych bez ryzyka, ze nie zgubi się jeszcze bardziej. Ale zdjęcia na karcie pamięci miała, coś się tam wydarzyło i sprawa wydawała się poważna, a tego nie chciała zignorować. Ona sama umiała wszystko załatwiać po cichu, umiała zająć się swoimi sprawami sama, ale wydawało jej się to tak ważne, że nie mogła przemilczeć zajścia. Poza tym Pan Leśniczy na nią liczył! Poszła na komisariat, ściskając aparat trochę za mocno.
    Staneła tam niepewnie, zatrzymując się na środku korytarza. U wejścia jedna osoba była zajeta rozmową telefoniczną, ktoś dalej przemaszerował z naręczem papierów. Jak na spokojne miejsce, wydawało się,że służby porządkowe zawsze coś mają do roboty. A Mina nie chciała im przeszkadzać, wolała raczej poczekać, aż znajdzie się ktoś wolny, kto poświęci jej chwilę uwagi. Nagle ni stąd ni zowąd jedne z drzwi się otworzyły i omal nie dostała nimi w nos.
    - To ja... - zgodziła się zaskoczona na uwagę znajomego, który stanął niespodziewanie przed nią. Tak jak i on zrobiła krok w tył, najwyraźniej nie czując się dostatecznie dobrze z brakiem dystansu.
    Powoli podniosła aparat i zdejmując z szyi pasek podtrzymujący sprzęt, podała go mężczyźnie. To trochę zabawne, ale wydawało jej się, ze był tak podekscytowany, że wypowiedział teraz więcej słów w ciągu pół minuty, niż przez te kilkanaście, które spędzili w swoim towarzystwie w lesie. Może tylko wtedy gdy bywał skupiony, pilnował się, wtedy milczał?
    -Tu mam wszystko - wyjaśniła. Nie przejrzała zdjęć, nie sprawdzała, jak dobrze udało jej się wykonać zadanie.
    [przepraszaaaaam za to! jestem w trakcie przeprowadzki i jestem w rozsypce i płaczę nad rosnącą ilością kartonów :( ]

    OdpowiedzUsuń
  4. Co prawda komentarz wstawiam tylko pod Ferranem, ale ikonka należy się każdej Twojej postaci. Także za uprzejmość wyniesioną ponad normę i otwartość na nowych graczy dostajesz ikonkę komitetu powitalnego na całą Twoją kochaną trójeczkę bohaterów. Gratulacje! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Zawiązywać relacje to Ty z pewnością umiesz! Dlatego właśnie jesteś pierwszą z osób, która dostaje od nas ikonkę z Hachiko. Niech Ci ona dobrze służy i nie ostudzi Twoich zapędów do zawierania nowych znajomości. A jakby się okazało, że któraś z Twoich innych postaci również znalazła sobie grono przyjaciół, wiesz gdzie się zgłosić. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. [Przepraszam najmocniej za tak długaśną obsuwę z odpowiedzią na powitanie, nieobecność usprawiedliwiam uczelnią, a nie lubię w biegu odpowiadać, zwłaszcza, kiedy ładnie wita się moją KP. Cieszę się zatem, że przypadła do gustu i da się jednak lubić. Widzisz, wszystko uzależnione jest od tego co masz na myśli, pisząc „skomplikowana sytuacja” — jeśli chodzi o wyrzucenie postaci ze strefy jej komfortu, a w przypadku takiego Marcela granie na jego wzmacniającej się mizofobii, taka wizja sprawia mi wręcz okrutną satysfakcję. Przychodzę do Ferrana, coś u niego pusto, a kupiła mnie treść karty i dodatkowe informacje z PTSD wpływającej na bohatera. Nie ukrywam, że liczę, że jakoś powiążemy go z Littenhallem, widzę w tym spory potencjał na wciągający wątek.]

    Marcel Littenhall

    OdpowiedzUsuń
  7. Czasami Mattie miała naprawdę dość tych wszystkich numerów i wrażeń, które fundował jej Max. chłopczyk bywał nieprzewidywalny i trudno jej było za nim nadążyć. Zapewne gdyby miała jakiś inny wybór… ale nie mogła go zostawić na pastwę losu. Była jego siostrą i póki będzie mogła, to będzie się nim opiekowała. O ile wcześniej nie zwariuje, a czasami czuła, jakby była na bardzo dobrej drodze ku temu.
    — To się cieszę, bo chciałbym tutaj przychodzić… — powiedział Max i zamachał nogami. Mattie przekrzywiła głowę delikatnie w bok i uśmiechnęła się w kierunku brata. Teoretycznie powinna się cieszyć, że jej brat ma jakieś towarzystwo. Jednak czy to na pewno musiał być o tyle starszy mężczyzna? Jednak skoro chłopczyk go polubił i nie działo się nic niepokojącego, to byłoby nieludzkie, gdyby stała im na przeszkodzie. Tym bardziej, że mężczyzna wyrażał zgodę na te spotkania.
    — Może źle się wyraziłam… — powiedziała, drapiąc się lekko po policzku. — Bardziej chodziło mi o to, w jakich godzinach i w jakich dniach może Max tutaj przychodzić. I mimo wszystko wolałabym, aby sam nie łaził po lesie… — oznajmiła i spojrzała spod ukosa na Maxa, który jedynie uśmiechnął się niewinnie. — Chodzi mi o te momenty, kiedy byłby pod pana opieką. Mogę go do pana przyprowadzać, to nie stanowi problemu. Ale co z powrotami? Może chociaż do granicy lasu? — Może i była lekko przewrażliwiona na punkcie tego lasu. Ale wolała dmuchać na zimne! Wolała, aby Max miał należytą opiekę, niż jej w ogóle nie miał. Więc dlatego była gotowa do różnych negocjacji. Mogłaby nawet sama po niego przychodzić, lecz do tego musieli najpierw ustalić odpowiednie godziny, co właściwie wiązało się z jej pierwszą regułą. Westchnęła cicho, bo najwyraźniej to nie był jej dzień, skoro zapominała tego, co sama mówiła.
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  8. Powiedziec, że Mina nie chce zostać poinformowana o rozwiązaniu i postepach sprawy, byłoby bardzo niegrzeczne, więc nie odezwała się ani słowem. Ale nie chciała się wtrącać w coś, co jej nie dotyczy, a to własnie tym było. Ufała, że policja zajmie się wszystkim i była pewna, że pan leśniczy wszystkiego przypilnuje. Ale co ona miała z tym wspólnego? Znalazła się tam przypadkiem, bo zabłądziła i tylko tyle. Pomogła na tyle, na ile była w stanie, biorąc pod uwagę fakt, że ma przy sobie aparat. Choć może to akurat okaże się kluczowym dowodem obciążającym kłusownika - zdjęcia. Sądząc po zachowaniu siedzącego obok niej mężczyzny, było to prawdopodobne.
    Nie mogła pomóc za bardzo, tak sądziła. Przedstawiła się, opisała to, co widziała. Była w lesie i już. Spotkała leśniczego i już. Zaproponował, że ją odprowadzi do młodych sadzonek, które miała sfotografować i już. I wtedy pojawiła się osoba trzecia. I wtedy chwyciła za sprzęt i za poleceniem leśniczego, zaczęła cykać. Tyle i już. prawdopodobnie pan leśniczy opowiedział więcej, bo znał się na rzeczy i na tej sprawie, ale ona... Ona nawet nie czuła się pewnie, siedząc na tym krześle. Nie chciała tu być, sądziła, że zostawi aparat i ją puszczą. Wtedy by mogła czmychnąć i zamknąć się w pokoju w zajeździe i udawać, że jej nie ma.
    Gdy po kwadransie zostali puszczeni, wyszła na korytarz z westchnieniem ulgi. To, choć było na prawdę niczym, zestresowało ją na tyle, że czuła, jak twarz ją pali i w gardle wszystko wyschło na wiór. Oparła się o ścianę i przejrzała aparat, widząc, że zdjęcia zostały przegrane i skasowane. No i dobrze, nie potrzebowała ich dla siebie, ani dla wydawnictwa. Spojrzała na męzczyznę i wyprostowała się, opuszczając aparat w dłoni.
    - Te sadzonki, chyba nie uciekną, prawda? - spytała naiwnie, choć była to maleńka próba żartu z jej strony. O klękajcie narody, Mina popisuje się humorem!
    Ruda była ponurakiem, ale tu na miejscu, powoli odżywała. Spokój okolicy sprawiał, że czuła się wolna, a że zabrakło czynników nacisku z zewnątrz i nie było żadnych z wewnątrz, bo przecież po co samemu sobie robić krzywde, odnajdywała równowagę. To odludzie, z którego wszyscy zewsząd chcieli uciekać, dla niej było oazą spokoju.

    OdpowiedzUsuń
  9. [Och, tyle miłych słów, że aż się rumienię! Czy Mysie jest taka pozytywna to nie wiem (czasem paskudna z niej maruda, słowo!), na pewno trochę krnąbrna i figlarna. Niemniej cieszę się, że jej kreacja przypadła do gustu, w trakcie poprzedniego pobytu dość mocno się z nią zżyłam i mimo mocnego oporu zdrowego rozsądku, sentyment wygrał i zdecydowałam się z nią wrócić na stare śmieci. :)
    O ile dobrze kojarzę, chyba nie zdarzyło nam się nigdy wcześniej spotkać, więc skoro już się udało, skorzystam z okazji i powiem – wow! Muszę przyznać, że ilekroć widzę Twoją kartę postaci, zawsze czuję gdzieś pod żebrami lekkie uczucie zazdrości, bo nie dość, że mają piękną oprawę graficzną, to jeszcze i merytoryczną. Naprawdę jestem pod wrażeniem i aż boję się myśleć, ile czasu zajmuje Ci opracowanie wszystkich zakładek dla tylu bohaterów. W tym momencie mój wewnętrzny leniuszek podśmechuje się ze mnie okrutnie, bo prawdopodobnie mi nigdy nie starczy sił na tak rozbudowaną KP.
    Raz jeszcze dziękuję za tak ciepłe powitanie i w razie gdybyś przypadkiem miała gdzieś miejsce na jeszcze jeden wątek, zapraszam serdecznie do Mysie. ;) Wydaje mi się, że wbrew pozorom najłatwiej byłoby nam coś stworzyć z Ferranem (Ayers miała kiedyś wytwórnię nalewek, ale po tym, jak o mały włos nie wytruła pół miasta, miłosiernie zdecydowała się przekwalifikować ;D), ale w gruncie rzeczy da Cesara i Tilii też dałybyśmy radę coś wykombinować.]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  10. Zamglone tęczówki błądzą po świstku ściskanego w palcach papieru. Niewielka, wymiętoszona gramatura gnie się w dłoni, kiedy nieświadomie wbija paznokcie w nagłówek otrzymanego dokumentu. Pozew rozwodowy. Mija godzina, może dwie, kiedy Tilly czyta treść po raz kolejny. Z każdym następnym przejechaniem wzrokiem po treści, jej uścisk nieco lżeje. Drgające palce powoli rozluźniają się, aż w końcu upuszcza kartkę na ziemię, kiedy pogrąża się całkowicie w swoich rozważaniach. Jej oddech jest spokojny. Policzki już całkiem suche. Łzy ociekały jej po twarzy tylko w pierwszych minutach otrzymania listu. Teraz, oswajając się z tą myślą, chyba dłużej niż tylko ten jeden dzień, powoli osuwa się na fotelu. Chwyta kartkę pomiędzy palce i wstaje razem z nią. Opierając ją na stoliku kuchennym z westchnieniem sięga po długopis. Jest zdecydowana. Chce podpisać, ale nie może. Nie dlatego, że nie chce lub nie umie. Długopis nie chce pisać. Sięga po inny, w którym zasechł tusz. Trzeciego nie znajduje, przypominając sobie, że omyłkowo zabrała go ze sobą Finlay, po tym jak przepisywała jej przepis na ciasteczka. Swoje wieczne pióro Mathilde zostawiła w pracy. Jeśli w domu znajduje się jakiś jeszcze inny przedmiot zdolny do pisania, prócz ołówka, Tilly go nie znajduje. Dlatego skrupulatnie chowa kartkę do koperty, wcześniej wygładzając jej powierzchnię. Ubiera letnią kurtkę na zwiewną sukienkę (w Mount Cartier zawsze jej zimno) i długie kowbojki. Gdziekolwiek nie pójdzie, ma przed sobą część lasu do pokonania, jeszcze nie nauczyła się nie wchodzić w mrowiska i uważać na groźne gryzonie i gady, przewijające się między ściółką leśną. Podążając między drzewami, jej myśli uciekają ku wielu płaszczyznom. Kilka razy zatrzymuje się przy drzewie, obejmuje go rękoma i opiera się policzkiem o jego konar. Szorstka kora prawdopodobnie pozostawia kilka zaczerwienionych rys na jej skórze. Jeśli Tilly w ten sposób odpoczywa, jest to odpoczynek od nadwyrężenia umysłowego, fizycznie nie czuje żadnego zmęczenia. Badając opuszkami palców jedną z brzóz, z zainteresowaniem podążą spojrzeniem od pnia, z góry, w dół, pchana dziwnym impulsem i kiedy jej wzrok natrafia na krzak malin pod drzewem, ma wrażenie, że nie tam powinna patrzeć. Pomiędzy szumem liści Mathilde identyfikuje inny dźwięk, skupiający jej uwagę. W końcu krzyżuje spojrzenie z wielkimi tęczówkami przestraszonej wiewiórki. Biedne zwierzę leży na ziemi, oddycha ciężko i szybko, a kiedy czuje na sobie wzrok Tilly, panikuje. Tak samo, jak Mathilde. Uchyla usta, wypuszczając powietrze z płuc i uspokaja oddech, kucając przed zwierzęciem.
    - Nic ci nie będzie. Znam kogoś kto Ci pomoże… wiesz? Spodoba Ci się – mówi do zwierzęcia, pewna, że ono jej nie zrozumie, ale ma nadzieję, że ton będzie wyraźnie wskazywał jej zamiary. Zdejmując z ramion kurtkę, ostrożnie układa na niej wiewiórkę, ościelając ją rękawami odzienia.
    - Wszystko będzie dobrze – zapewnia drobną istotkę, tonem, jakiego zawsze używa wobec ludzi. Traktuje to małe, wiewiórcze ciałko z tą samą troską i dobrotliwością, z jaką traktuje swoich pacjentów. Nie wie tylko jak dokładnie może jej pomóc. Wiewiórka wydaje się nie posiadać żadnych fizycznych obrażeń. Być może czymś się zatruła? Ale Tilly nie wie czym mogą zatruć się wiewiórki w lesie.
    Ale Ferran wie.
    Puka do jego drzwi pięć minut później. Koperta z listem wystaje z kieszeni kurtki, a tuż nad nią, główka wiewiórki, która z niemalejącym niepokojem rozgląda się wokół. Jak tak dalej pójdzie, biedne zwierzę dostanie przez Tilly zawału. Mathilde miałaby ją wtedy na sumieniu.
    - Ren… - wzdycha z ulgą, kiedy go widzi, bez wielu wyjaśnień, podając mu swoje zawiniątko – potrafisz coś dla niej zrobić? – unosi do niego ufne, pełne nadziei spojrzenie. Takim samym o dziwo patrzy na niego wiewiórka.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  11. Uniosła wysoko brwi i zasmiałą się cicho, zasłaniając twarz dłońmi zawstydzona. Rzecz niemożliwa! Cud nad cudy! Dobrze że na komisariacie są kamery, bo ten zarejestrowany śmiech to pierwszy taki od na prawdę wielu miesięcy. Nie tak radosny, szczery, wybuchowy i spontaniczny na jakie ją było stac, ale to na prawdę przełom.
    - Nie czuję się bohaterem - przyznała i wyprostowała się, zatrzymując dłonie ma aparacie.
    W gruncie rzeczy ruda była osobą, która prowadziła napięty i pędzący wręcz tryb zycia kiedyś. Teraz wszystko zwolniło, a ona wydawała się utrzymywać, a nawet jeszcze bardziej spowalniać to tempo, by wręcz wszystko zatrzymać w miejscu. Gdy miała na wszystko podgląd, nad wszystkim kontrolę, wtedy czuła się bezpieczna. Dlatego właśnie tak bardzo spodobało jej się w Mount Cartier, od pierwszych godzin pobytu w tym miasteczku, o którym świat zapomniał. Kiedyś śmiała się nieustannie i bawiła życiem, a teraz bała własnego cienia. Akcja jak ta z kłusownikiem w lesie sprawiała, że nie wiedziała co z sobą począć. Ale dziś wszystko się skończyło i było to dobre zakończenie, którego stała się częścią. To rozsadzało jej piersi od środka, to sprawiało, że w środku rosła radośc i entuzjazm, który wybijał się na zewnątrz. Kolejny raz wyjazd tu, ta ucieczka i poszukiwanie azylu sprawiło, że Mina powoli wracała do życia. Bod o tej pory była jak posąg o twarzy człowieka, niby tętno miała, serce biło, ale życia w niej wiecznie brakowało.
    -Dobrze - pokiwała głową. Bardzo chętnie zgodziła się na przewodnika, bo sama nie raz już gubiła się w lesie i o ile nie miała konkretnego zadania do wykonania i mogła się gubić, fotografować wszystko i odnajdywać dla siebie widoki i okazy do uwiecznienia, o tyle wydawnictwo nie będzie tak wyrozumiałe.
    - Tylko może za dzień, lub dwa? Może znajdą coś dla mnie jeszcze w wydawnictwie, skoro już mam taką profesjonalną pomoc - zaproponowała, spoglądając przez okno. -
    Nawet nie zauważyła, jak szybko minął jej dzień. Niebo było już zupełnie granatowe, a cienie wydłużone kładły się pajęczyną na ulicach, sprawiając, że nawet tak spokojne miejsce przypominało scenę z thrillera. No i do tej pory nic nie jadła, a z zajazdu wyszła przed południem. Była pewna, że zaraz tak głośno jej zaburczy w brzuchu, że będzie to podobne do ryku niedźwiedzia.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Osobiście też skłaniałabym się raczej ku czemuś pozytywnemu, bo Kayser sprawia wrażenie, jakby przed wyjazdem z MC był raczej w porządku dzieciakiem i jedyną zadrę, jaka mogłaby między nimi zajść, to ta na zasadzie „ukradłeś mi ostatni kawałek tortu na przyjęciu urodzinowym Lizzy!”, gdy oboje mieli jeszcze po kilka lat, ewentualnie tylko trochę poważniej „złamałeś/-aś mi serce, gdy miałem/-am lat trzynaście!”, ale myślę, że oboje są na tyle dorośli, że teraz prędzej by się z tego śmiali niż robili sobie ciche (bądź nie) pretensje. :) Kumplowanie się z którymś z braci Mysie jest bardzo dobrym punktem zaczepienia, muszę tylko ostrzec Cię w tym momencie – Caleb to dzieciak jeszcze większy niż Mysie, natomiast Roy... no cóż, gdyby mógł, pewnie zamknąłby się w chacie ze swoimi królikami, nie wychylał z niej nosa i śpiewał tylko „znowu w życiu mi nie wyszło”. Gdyby Ferran to robił, pewnie najstarszy z braci Mysie byłby dla niego idealnym kandydatem do narzekania na całe zło świata przy kieliszku. O właśnie, kieliszek! Skoro z Twojego pana taki koneser trunków, wspomnę przy okazji, że przez jakiś czas po powrocie do MC Mysie trudniła się produkcją nalewek na większą skalę. Teraz zrezygnowała z tego na rzecz dostarczania przesyłek, ale jako szczęśliwa posiadaczka magicznego zeszytu z babcinymi przemysłami, wciąż sobie coś tam produkuje w domowym zaciszu. Calebowi niczego nie da z czystej przekory, ale Ferran mógłby zostać jej osobistym testerem, jeśli ma chęć na darmowy alkohol (o wątpliwej reputacji, bo Mysie nie dość pewnie czuje się w kuchni, ale zawsze! Bardzo się dziewczyna stara). ;D W zamia za to Ferran może znosić jej wpadanie bez zapowiedzi, czucie się w leśniczówce jak we własnym domu (bo Ayers czuje się tak właściwie wszędzie) i marudzenie na upierdliwych starszych braci. Na miejsce Lumy raczej nie wskoczy, bo o narzeczeństwie nie myśli nawet teraz, ale zawsze można spróbować wpleść ją jakoś w historię Luke'a/jego rodzeństwa (chociaż to byłby duży zbieg okoliczności, nie wiem, czy nie za duży) albo we wczesną przeszłość Ferrana, jeszcze przed wyjazdem z Mount Cartier i zaciągnięciem się do służby. Czy ja wiem... skoro taki z niego skrzypek, rodzice Mysie mogli posłać ją na nauki do Kaysera, ot, żeby spędzili razem trochę więcej czasu. Tyle że ona za grosz talentu nie ma, ale kto mówi, że tego czasu nie mogli spożytkować inaczej, choćby w lesie. Ayers uwielbia się po nim włóczyć i podpatrywać przyrodę.
    Mózg mam trochę skostniały, przepraszam, chwilę mi zajmie, zanim go rozruszam po długiej przerwie. Daj znać, czy cokolwiek z tego przypadło Ci do gustu, czy mam myśleć dalej nad czymś bardziej/mniej skomplikowanym. :)]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  13. Tilly juz od progu nurtował pewien drobiazg. Postanowia jednak przesunąć tą kwestię na bok, dopóki nie zajeliby się odpowiednio, wraz z Ferranem, uroczym -
    aczkolwiek teraz trochę biednym -
    znaleziątkiem Mathilde. Mimo swoich kilku nie tak bardo niepokojących obaw, odwzajemniła naturalnie i niewymuszenie, wbrew swojwj kontroli, uśmiech Ferrana, nawet jeśli tak samo subtelny i nierzucajacy sie w oczy jak jego. Podążając za nim, zauważając znaną jej już troskę w jego postawie i czynnościach, z czystym sumieniem mogła zboczyc z kursu. Zahaczając o aneks kuchenny, odnalazla czysta ścierkę, którą nasączyła wodą i kiedy Ferran przyglądał się wiewiórce, Tilly siadła na swoich nogach przed nim. Właśnie podnosiła się na klęczki żeby sięgnąć mokrym materiałem plamy pp farbie na jego policzku, kiedy mężczyzna zwrócił twarz w jej stronę wraz z pytaniem na ustach. Zawisła z dłonią w powietrzu, wypatrując w jego spojrzeniu podpowiedzi dokładnego kontekstu zadanego pytania.
    - Zgubila sie w lesie.
    W jakis sposo jej odpowiedź brzmiała bardziej podobnie do niej niz do wiewiórki. Wiewiórce byłoby raczej ciężko zgubić się w lesie. Przez ton Mathilde przejawiała się jednak tak wielka empatia i zrozumienie wobec stanu zastanego tego małego zwierzątka, że można było, widząc wielką wiarę Tilly i ej zmartwienie tą kwestią, naprawdę uwierzyć, ze ta mała istotka rzeczywiście zgubila sie w swoim domu.
    - Leżała samotnie pod drzewem. Pomyślałam, ze przyda jej się dobre towsrzystwo i opieka.
    Powiedziała to tak naturalnie, jakby przez myśl jej nawet nie przeszło, ze ktoś oprócz Ferrana mógłby sie w tym sprawdzić lepiej.
    - Wydaje mi się, ze mogła sie czymś zatruc. Jak myślisz?
    Dopiero kiedy zakończyła tą kwestie i dala mu czas do namyslu nad odpowiedzia, przełożyła wilgotna sciereczke do jego policzka w celu oczyszczenia go z plamki farby.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  14. Szczepionki przeciwko wściekliźnie brzmiały stosunkowo groźnie. Tilly, osuwając dłońmi w dół po swoich udach, z zatroskaniem zatrzymała wzrok na wiewiórce. Teraz wydawała jej się jeszcze bardziej cierpiąca i potrzebująca. Zacisnęła palce na swoich kolanach i gdyby nie jej instynkt, który podpowiadał jej, że nie powinna osaczać zwierzątka swoją osobą, prawdopodobnie już teraz tuliłaby je do swojej piersi. Tymczasem ściszyła ton, prawie do szeptu, nie chcąc zakłócać wiewiórce jej zmagań z fałdami kurtki, spod których chciała się uwolnić.
    — Ale wyjdzie z tego? — spojrzała za Ferranem, który najwyraźniej powoli zbierał się do spiżarni, próbując znaleźć jedzenie odpowiednie dla wiewiórek i mogące złagodzić ból po spożytych przez zwierzątko toksynach. Tilly w tym czasie, chwyciła delikatnie materiał kurtki, układając ich pacjenta na stoliku w kuchni, blisko okna, skąd wiewiórka mogła mieć dobry widok na taras i las, jaki otaczał chatkę kiedyś należącą do dziadków Kaysera. Sama w tym czasie, nie tracąc czujności i spoglądając co jakiś czas na zwierzę, odnalazła w kuchni wiklinowy koszyk. Słyszała, że w Wielkanoc trwała aukcja wiklinowych koszyczków panów w Mount Cartier. Mimochodem jej myśli na chwilę uciekły ku Renowi, który zniknął w drzwiach spiżarni. Spojrzała w tamtym kierunku, wbrew rozsądkowi zastanawiając się czy Ferran też brał w niej udział. Zanim jednak sama udzieliła sobie na to odpowiedź, przypomniała sobie, że powinna wyścielić czymś wiklinowy koszyczek. Użyła w tym celu gaz i waty, ocieplając dno koszyczka, a na górze wyłożyła miękkie posłanie z kuchennej, czystej ścierki. Dopiero kiedy przygotowała całe stanowisko, delikatnie przeniosła na nie wiewiórkę. Przygotowując jej prowizoryczny podajnik z wodą, siadła niedaleko, obserwując stworzonko.
    Wydawała się zaniepokojona. W takim stopniu, że kiedy nalewała wody na mały, głęboki talerzyk, część z niej rozlała sobie po stole. Poczuła dopiero w momencie, w którym krople skapnęły na jej uda drobną falą. Ocierając materiał dłonią, westchnęła, sprzątając nieporządek jaki po sobie zostawiła na blacie. Akurat w tym momencie, w którym Ferran wrócił ze spiżarni.
    — Niepokoję się. To musi ją bardzo boleć. Jest taka mała i bezbronna. Widziałeś kiedyś tak ładną wiewiórkę?
    W jakiś sposób musiała przerzucić swoje zaniepokojenie w innym kierunku. Zachwyt nad miękkim, rudym futerkiem wydawał się sensowny. W Kanadzie znacznie częściej spotykało się te szarobure, czarne, czy siwawe wiewiórki niż te brązowe czy tym bardziej te o kasztanowej sierści. Zawiesiła wzrok na stworzonku, nieświadomie zaciskając palce na rękawie Ferrnowej koszuli, na którego później przeniosła swoją uwagę.
    — Teraz spróbujemy ją nakarmić? A jeśli nie będzie chciała jeść?

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  15. [Ano hej! Powiem Ci, że sama jestem zaskoczona swoim wyborem postaci, ale próbuję przekonać się do bohaterek. Blanchett nie może się ode mnie oderwać od momentu, kiedy raz ją wprowadziłam w życie. Mam nadzieję, że nie skończę z niesmakiem...

    Nawiedzona ornitolożka? Jak wpadłam na jej historię, to przypomniały mi się wszystkie onetowe, banalne i przesadzone pomysły. Doszłam jednak do wniosku, że wtedy miałam za małą wiedzę, by to ładnie wykorzystać, a każda sekciarska postać musiała byś mroczna i straszna... Teraz tak nie będzie!

    Co do wątku - oczywiście, ale musisz mi powiedzieć kogo składasz na mej dłoni, bo ja, oczywiście, już się pogubiłam we wszystkich bohaterach.]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  16. [Bardzo chętnie wezmę na warsztat tego otóż Pana. A i fabułę zacznę od samego początku, jeśli nie masz nic przeciwko. Jestem przekonana, że nie musimy ustalać dalszych szczegółów, jak myślisz? Postawiłabym na przyjemne zaskoczenie (tylko przyjemne!). Ależ mi dziwnie podpisywać komentarze damskim imieniem.]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  17. [Pięknie to wszystko razem połączyłaś. Pytanie tylko, jak to mniej więcej czasowo było ze śmiercią Luke'a? Potrzebowałabym wiedzieć, żeby poukładać to w historii Mysie, bo skoro miała przyjaźnić się z jego siostrą, nawet gdyby była poza miasteczkiem, gdzieś w innym stanie, a usłyszałaby o jego śmierci, pewnie by wróciła na jakiś czas, gdyby zaszła taka potrzeba i przyjaciółka by tego potrzebowała. Przyjaciół Mysie traktuje tak samo jak rodzinę, więc nie ma opcji, żeby zostawiła ją samą na lodzie.
    Co się z kolei Lumy tyczy – nic o niej nie wiem, więc ciężko mi określić, czy mogłaby się z Mysie polubić (choć o ile zachowywała się jak typowa kobieta, to raczej wątpię, bo Ayers zawsze lepiej dogadywała się z męską częścią znajomych i chadzanie w sukienkach na imprezy nigdy nie bawiło jej ponad miarę), ale jeśli jej nie lubiła, to pewnie Kayser by o tym wiedział bez względu na to, czy była jego dziewczyną, czy też nie. Także sama zdecyduj, czy wolisz, aby wiedziała o wyskoku panny Attwood, bo nie gwarantuję, że nie ucięłaby sobie z nią pogawędki za plecami Ferrana, skoro była z nim wystarczająco blisko, żeby ją to obchodziło.
    Myślę nad tym, co mógłby znaleźć Twój pan i, no cóż, ostatnio same... niepoważne propozycje wpadają mi do głowy. :D Ale już się spinam i postaram się zachować rozwagę. Mogłoby to być coś mocno spersonalizowanego (tu już musiałabyś mi podpowiedzieć, co takiego), co dostał od niej z okazji urodzin/świąt/etc. Jakieś wspólne zdjęcie z leśnej wyprawy, kiedy cudem uszli z życiem krwiożerczemu łosiowi. Albo z domku na drzewie, który w przypływie szalonej odwagi po kilku głębszych zdecydowaliby się odwiedzić. Może jakąś pamiątkę z czasów ich szczeniackiego „romansu”, żeby mogli się trochę pośmiać (a przynajmniej Mysie, bo nie wiem, jak to z tym u Kaysera bywa). Myślisz, że coś się nada? :)]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  18. Pomyślałam sobie, że mogli wcześniej korespondować mejlowo, co Ty na to? Jakiś punkt zaczepienia, a i nie byłoby niezręcznie. Jasne, mam na myśli zdawkowe wiadomości, ale przynajmniej Julia będzie miała się do czego odnieść. Wczoraj robiłam pierwszy risercz zagrożonych gatunków w Kanadzie (serio) i już wiem, co będzie ich głównym zmartwieniem. Poza tym proszę: post fabularny. Tak, nadal je praktykuję! I jeśli masz jakąś inną fotę, możesz podrzucić.

    OdpowiedzUsuń
  19. Zapach Lasu czuć było jeszcze zanim Ferran uchylił materiał worków. Zaciągnęła się nim jednak głębiej. Już wcześniej zdążyła poznać ten zapach. Podążał on za Renem, każdorazowo kiedy się spotkali. Rozpoznawała igliwo, powiew wiatru. Teraz tajemnica woni wypełniającej płuca, kojarzonej wyłącznie z Ferranem, właśnie stawała się bardziej jawna. Zsuwając dłoń po ferranowej koszuli, zatrzymała palce przy przegubie jego ręki, smagając go nieznacznie opuszkami palców na moment przed tym, jak kucnęła przed workiem z pędami sosny. Lekki uścisk na nadgarstku mężczyzny miał jje dać tylko większą stabilizację. Kiedy już złapała równowagę, obie ręce ułożyła na swoich kolanach, pochylając się w przód nad zbiorami Ferrana.
    - No tak. Żywica.
    Uśmiechnęła się kacikami ust, identyfikując ten zapach. Obdarzyła tym samym krótkim spojrzeniem sylwetkę blondyna.
    - Pięknie pachnie.
    Nim - przemknęła jej myśl, którą pozwoliła sobie zachować tylko dla siebie i podsumować ją śmielszym uśmiechem występującym na rumiane usta. Zaraz zresztą pochylila się z powrotwm w kierunku worka, a fala włosów spowiła znaczną część jej twarzy.
    - Powinniśmy dać jej szansę się wykazać. Uwierzyć w nią.
    Słowa padły po krótkiej chwili milczenia, w której sięgała po jeden z zoledzi. Rozpostartą dłoń wyciągnęła przed siebie, podstawiając ją wraz z jej zawartością pod główkę wiewiórki. Musiało to wyglądać bardzo zabawnie, bo Tilly, żeby sięgnąć koszyka z poziomu ziemi, musiała podciągnąć się na jednej ręce w górę, wspierając się blatem stołu. Podbródek oparła na wolnej ręce, z zafascynowaniem obserwując wewnętrzną rozterkę wiewiórki. Zaśmiała się przy tym cicho pod nosem, rozbawiona powagą z jaką zwierzątko zbliżyło się do żołędzia, spróbowało go powąchać i zaraz cofnęło łepek, lądując nim w materiale pościelonej mu chustki.
    - Ciebie chyba od razu polubiła. Spróbujesz?
    W ramach zachęty, delikatnie chwyciła mężczyznę za dłoń, patrząc na niego z dołu. Palce chwyciła pewniej dopiero, kiedy podciagnęła go trochę w dół. Miała wrażenie, że jeśli będą patrzeć na wiewiórkę z jej poziomu, być może ta okaże im więcej zaufania i sympatii. Zanim jednak Ferran zdążył kucnąć przy Tilly, kobieta rozproszyła swoją uwagę, podzielajac ją pomiędzy swoje cele, a spontaniczną próbę przebadania faktury jego skóry. pogłaskała ją kciukiem. Kiedy tylko podświadomie przekręciła dłoń, odkryła jak lekko jej palce wplatają się w jego własne i pasują do jego uścisku.
    - Przepraszam.
    Nie przepraszała dlatego, że czuła się winna swoich gestów, a już na pewno nie zadowala ich. Przepraszała prawdopodobnie za to, czego jeszcze nawet nie zdążyła zrobić, a co zrodziło się w jej myślach i nie umknęło z nich, nawet kiedy cofneła dłonie na swoje uda. Samotny żołądź pozostał na stole, osamotniony decyzją Tilly, żeby właśnie tam go porzucić.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  20. Był taki czas, kiedy Mina śmiała się nieustannie. Z żartów, z sytuacji, do przyjaciół, siebie samej, nawet do nieznajomych. Od zawsze nosiła w sobie radość. Ale nadszedł taki czas, kiedy to zostało zdeptane, a ona sama zgasła, jak wypalona świeczka. Pozostał czarny kniot, a Mina była cieniem samej siebie.
    Teraz, tu w tym miejscu właśnie, uspokajała się powoli i na nowo uczyła cieszyć życiem. Tu raz się uśmiechnęła, tu roześmiała w głos. Innym razem wystraszona krzyczała na całe gardło i to też był duży postęp, bo już nie szeptała, nie mamrotała pod nosem. Sytuacja jak z dnia dzisiejszego to była misja niemożliwa, której podołała. I była z siebie bardzo dumna. Nie wbiło jej w ziemie, nie stała jak kołek, nie wiedząc co robić, a coś zrobiła. Nawet jeśli zrobienie zdjęć było jakimś pierwiastkiem w działaniach, by złapac kłusownika, miała w tym swój wkład. I będzie mogła być z siebie zadowolona.
    Pożegnała się szybko i z komisariatu niemal wybiegła. Była podekscytowana tym, żę była w stanie komuś pomóc, a jej obecność się przydała. Potrzebne jej było czuć się potrzebną. Chyba za długo już przebywała w letargu, bo to co dziś zrobiła sprawiło, że serce łomotało jej jak szalone z ekscytacji. Nie mniej jednak, gdy tylko dotarła do zajazdu i przyłożyła policzek do poduszki, zasneła w dwie minuty. Padła od emocji, które niemal rozsadzały ją od wewnatrz.
    Minął dzień, drugi i dopiero na następny skierowała swe kroki do lasu. Kontaktując się z policją, całe zajście z misją leśniczego dotyczącą złapania kłusownika, mogło się odbić artykułem w następnym numerze, ale musieli ustalić z władzami, ile mogą zdradzić. No i ona sama czuła, że powinna zapytać o to nieznajomego. Właściwie znajomo nieznajomego, bo choć rozmawiała z nim kilka razy, to ani on, ani ona się sobie nie przedstawili. No i przecież nie zrobiła zdjęć sadzonek, a druk nowego numeru miał zaraz ruszyć! Zmyli jej głowę o to, ale... zupełnie się tym nie przejęła. Nie tak jak sądziła, że się przejmie, bo w końcu mogła dać od siebie więcej. I możliwe, że jej praca wcale nie jest taka niepotrzebna i jej nie zwolnią.
    Droga do lesniczówki nie była wyzwaniem. Już kilka razy zdarzało się Minie ją mijac, gdy wyruszała w trasę z aparatem w dłoni. Nie mniej jednak dziś, gdy szła prosto w tamto miejsce, rozglądała się żywo, jakby oczekiwała kolejnej akcji. Gdy spokojnie i bez przygód dotarła na miejsce, wcale nie była rozczarowana. Zapukała w drzwi powoli, zdejmując z głowy szeroki kaptur kurtki przeciwdeszczowej. CHoć jeszcze nie padało tego dnia, na niebie wisiały ołowiane chmury i nie wróżyło to nic dobrego, a ona wolała być przygotowana na ewentualne oberwanie chmury.

    OdpowiedzUsuń
  21. Skupionym spojrzeniem podążyła za ruchem jego dłoni, zawieszając wzrok na skorupie owoca ulokowanego we wnętrzu jej dłoni. Zacisnęła na nim palce, obracając owalny, symetryczny kształt, spowijając go miękkością swoich opuszków. Automatycznie, wyczuwając taką potrzebę, wróciła wzrokiem do oczu Ferrana, kiedy akurat zadawał jej pytanie. Uśmiechnęła się, czując rzeczywistą zachętę do podjęcia kolejnej próby nakarmienia wiewiórki.
    — Masz rację. Nie powinniśmy mieszać jej w głowie.
    Wyprostowała się na nogach, poprawiając rąbek sukienki pod kolanami i ponownie oparła się ręką na blacie. Przypomniawszy sobie jednak o wcześniej zadanym przez mężczyznę pytaniu, przechyliła głowę na bok, opierając policzek na swoim przedramieniu.
    — Winnie — zdecydowała momentalnie, prawdopodobnie już wcześniej zastanawiając się nad nadaniem zwierzątku jakiegoś imienia, ale dopiero sugestia Kaysera wywołała w niej chęć do podzielenia się nim głośno. Tilly potrzebowała czasem drobnych popchnięć i motywacji, w rzeczach zupełnie drobiazgowych. W tych bardziej kluczowych, instynktownie, radziła sobie sama. Niektórymi drobnostkami zaś, czasami nie zawracała sobie głowy. Tak jak teraz, pasmo jej włosów osunęło się e splotu, łaskocząc delikatną skórę na policzku. Mathilde przejęta inną kwestią, na tą drobną niedogodność nie reagowała w żaden sposób. Dłoń wyciągniętą z orzeszkiem trzymała przed sobą, chyba całkowicie bezwiednie, bo uwagę skoncentrowaną miała na Ferranie.
    — Ren… — nie było dane jej zakończyć tego zdania, bardzo płynnie rozpoczętego od jego zmiękczonego imienia. W tym samym momencie, wiewiórka ośmielona matyldowym rozproszeniem, podbiegła, sięgając po - jak podejrzewała – jej dzisiejszy posiłek i czym prędzej wróciła na swoje miejsce. Tilly, choć zaskoczona, zwróciła twarz w tamtym kierunku całkiem spokojnie zaraz potem chowając ją w swoim ramieniu, tłumiąc tym krótki śmiech.
    — Wygląda, że już czuje się trochę lepiej.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  22. Gdzieś niedaleko słyszała odgłosy uderzeń, nie wiedziała tylko, że to siekiera w dłoniach mężczyzny rąbiąca drewno. Jeszcze bardzo wiele mieszczucha w niej tkwiło i nie potrafiła przywyknąć do spokoju i charakterystyki tych okolic. Mijał już ponad miesiąc od jej przyjazdu i miała wrażenie, że tyle się wydarzyło, tyle w niej samej zmieniło, a mimo to jednak wciąż tkwi w tym samym punkcie jak pierwszego dnia, gdy wysiadła zagubiona z autobusu w Churchill.
    Na widok mężczyzny uśmiechneła się pogodnie na moment, lecz stary nawyk nie odszedł i gdy pewnym krokiem się zbliżył, sama cofnęła się o dwa kroki. Za szybko pojawił się tuż przy niej, a ona nawet nie zdążyła pomysleć nad tym, jak zostanie odebrana i nogi same ją poniosły w tył. Szczęsciem nie osunęła jej się pieta przy krawędzi werandy i nie runęła w dół, bo tak też już się zdarzyło...
    -Dzień dobry, tak, sadzonki ...- pokiwała głową, od razu mobilizując się do pracy na samo hasło jej zadania. W prawdzie pierwszy raz nie wykonała zdjęć, o które proszono, ale i tak nie powstrzymało to redaktora przed upomnieniem jej i przypomnieniem o zakresie obowiązków. A przecież to nie było tak, że ona całkowicie zawaliła sprawę, lub zlekceważyła polecenie. Po prostu... wydarzyło się coś ważnego i co także znajdzie się w nowym numerze, o czym ona pierwsza doniosła, więc chyba... Chyba nie powinni być az tak źli, prawda?
    - Ale na pewno ma pan czas? - wskazała na brudne rękawice, które najwidoczniej potrzebne mu były do pracy. I najwidoczniej teraz własnie pracował. I prawdopodobnie Mina miała bardzo złe wyczucie czasu, bo przyszła w momencie, w którym przerwała coś waznego.
    [ostatnio coś sie nie mogę obudzić, :( ]

    OdpowiedzUsuń
  23. Mina i jej zachowanie trudno było zrozumieć. Nierzadko przeczyła własnym słowom przez mimowolny gest. Trzeba by było poznać jej historię, by pojąć, dlaczego ta dziewczyna tak się boi żyć. Ona sama także nie pojmowała tego, jak uporać się z koszmarami powracającymi co noc i co zrobić, by nie powracały.
    Pokiwała głową, zgadzając się z mężczyzną. Deszcz mógł ich zaskoczyć w każdej chwili, trzeba było się spieszyć. Wprawdzie jej do zdjęć potrzebne było trochę czasu, ale jeśli się skupi i postara sprężyc, może dałaby radę w pół godziny... Patrząc w górę, nie miała tyle, więc idąc za mężczyzną, który sadzał niebotyczne susy, próbowała i nadążyć i jednocześnie już ustawić aparat. W lesie jednak najgorsze było to, że z każdej strony był inny. Tu za każdym drzewen pojawiało się inne światło i cienie padały inaczej. Było w tym trochę magii, ale jej to utrudniało pracę.
    Nie słyszała plotek na temat leśniczego. Jesli nawet, nie potrafiłaby ich połączyć z jego osobą. Wciąż jeszcze nie znała imion sąsiadów w zajeździe, wciąż zapominała jak nazywa się przesympatyczna dziewczyna z jedynego sklepu w miasteczku, a przecież rozmawiały już swobodnie jak koleżanki, albo wesoły kucharz, który jej serwuje pyszną kawę i zagaduje. Nie mogła się przekonać do tego, by zaufać ludziom, nawiązać jakieś relacje i może dlatego właśnie takie miała trudności z pamięcią i przywiązaniem słowa do twarzy.
    Pstrykając w aparacie, co chwila potykała się o własne nogi, wystający korzeń, źle stąpała wykrzywiając kostkę na dużej szyszce albo kamieniu. Nie była gapą, ale dziś przez pośpiech czuła, że może się wyłożyć na ściółce. No trudno, puściła aparat, który zawisł na szyi, ciążąc niewygodnie i ocierając paskiem kark i przyspieszyła za mężczyzną. Gdyby miała dłuższe nogi, moze nie oglądałaby oddalających się pleców.
    - Czy panu też mogłabym zrobić zdjęcie? - spytała, doganiając go i równając krok.
    Odetchnęła głeboko i rozpięła kurtkę, poprawiając opadający na twarz kaptur. Bądź co bądź, wolałaby widzieć twarz rozmówcy. No i to co miała przed sobą, bo już nie raz wylądowały jej na nosie robale i pajęczyny wiszące z drzew.

    OdpowiedzUsuń
  24. Bezdomne (!) koty Tilly odczuwając brak swojej piastunki, coraz częściej podążały swoimi ścieżkami w okolicach Ferranowego domu, zauważając pewną zależność jego osoby od nieobecności ich mamki. Dlatego właśnie kroki Mathilde – o ironio – zmierzały teraz ku zamieszkiwanej przez mężczyznę chacie. W normalnych okolicznościach zatrzymałaby się na Tylach chatki, gdzie trzymał drewno, dokarmiła kota, uśmiechnęła się przez okno w kuchni do koszyczka – już pustego – wiewiórki Winnie. Dziś jednak było inaczej. Przemierzając lasek w poszukiwaniu bezdomnego kota Fileona, błądząc spojrzeniem po koronach drzew, zupełnym przypadkiem dostrzegła go pomiędzy gałęziami.
    — Ojej, Filuś…
    Jak na kogoś, kto wydawał się bardzo zmartwiony i zaskoczony, jej głos wyrażał nie strach i zdziwienie, a najwięcej troski. Opierając się dłonią o konar drzewa, zadarła podbródek.
    — Nie możesz zejść?
    Oczywiście, że nie mógł. To był biedny, mały kotek, w wieku ledwie nastoletnim, odpowiednio dla kotów. I oczywiście, że Mathilde w pierwszym odruchu zamierzała mu pomóc. Pomogłaby nawet gdyby cierpiała na lęk wysokości. Na szczęście aż tak się w tym momencie nie poświęcała. Zapominając o szkolnych upokorzeniach, zwłaszcza tych, w których nie potrafiła się wspiąć na linie po specjalnie przeznaczonej do tego ścianie, złapała się dolnej gałęzi drzewa, z całą swoją wątłą siłą podciągając się do góry. Nie wyszło jej to za pierwszym razem. Ale za jakimś siódmym, wdrapała się na najniższą gałąż, a piętnaście minut później siedziała obok Fileonka, głaszcząc go po grzbiecie.
    — No już. Nic się nie dzieje, wiesz? To tylko wysokie drzewo.
    Tuląc się do miękkiego, kociego futerka, przymknęła powieki, chłonąc uspokajające mruczenie i kiedy w kilka chwil później ciepło uciekło jej spomiędzy palców, a mruczenie ustało, zachwiała się na gałęzi, spoglądając za umykającym jej w dół, po gałązkach kotem. Zwierzę miękko wylądowało na ziemi, a Tilly w całej swojej dobroduszności nie dostrzegając perfidności małej bestyjki, westchnęła.
    — Naprawdę wysokie…
    I nawet gdyby spróbowała z niego zejść, a strach chwilowo ją sparaliżował, nie miała pomyslu jak się za to powinna zabrać.
    — Filuś, potrafisz głośno miauczeć?
    To było jej ostatnie pytanie, zanim uroczy Filuś zostawił ją z jej problemem samą, a ona pomyślała sobie: na pewno poszedł po pomoc. I tylko jej w jej własnej naiwności mogło się udać to bardzo ryzykowne stwierdzenie. W istocie, kilkadziesiąt metrów dalej, kot zaczął się łasić do spracowanego rąbaniem drewna właściciela drwalskiej chaty, miaucząc donośnie.

    Mathilde

    OdpowiedzUsuń
  25. [ Oczywiście. I to nawet nie troszeczkę! <#
    Nie mogę się doczekać cierpień Ferrana z powodu tej słodyczy :D
    Mam nadzieję, że będzie ok...]
    Nie tego spodziewała się po swoim przyjeździe do Mount Cartier. Wsiadając w autobus, była przekonana, że za chwilę zobaczy swojego dziadka, który jak zwykle – wysłucha ją spokojnie, a następnie, zamiast zbędnie roztrząsać problem, poczęstuje ją chlebem ze smalcem (jego wersja czekolady), powie, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i po prostu zrobi wszystko tak jak trzeba. Niestety, zamiast kochającego bliskiego zastała pustkę. Jedyna osoba, której nie bała się poprosić o pomoc, zniknęła. Nie wiedziała nawet czy żyje, co się stało, że jego dom zajęła obca rodzina. Co jej pozostało? Spróbowała znaleźć sobie miejsce w Zajeździe. Niestety, końcówka sezonu sprawiła, że chcący zakosztować życia w dziczy zapełnili to miejsce. Zostało kilka dużych pokoi, na które już nie było stać dziewczyny.
    Pamiętając, że w miasteczku nowe osoby zostają zauważane w trybie natychmiastowym, postanowiła ukryć się w lesie. Na szczęście, pogoda jak na razie dopisywała, więc mogła na spokojnie przemyśleć sobie co dalej. Jej radość nie trwała długo – przypomniała sobie bowiem o grasujących w lesie zwierzętach. Pożarcie przez niedźwiedzia (albo co gorsza przez wiewiórki, niedźwiedź przynajmniej brzmiał poważnie!) nie było szczytem jej marzeń. W końcu postanowiła być silną, niezależną kobietą! Tego planu zamierzała się trzymać i nawet spłynęło na nią oświecenie. W końcu jako dzieciak często chodziła z dziadkiem do lasu. Za leśniczówką roiło się od małych domków dla skrzatów (przynajmniej tak to zapamiętałą
    Czym prędzej pognała w stronę leśniczówki. Tu pojawiło się kolejne rozczarowanie, bo miejsce wyglądało zupełnie inaczej niż to zapamiętała. To co kiedyś uważała za wioskę skrzatów okazało się schowkami. I na dodatek wcale nie było ich dużo… Nie powinno się ufać dziecięcej wyobraźni. Było już jednak za późno na powrót. Zbliżał się już wieczór, a wiewiórki grasowały (widziała chyba cztery po drodze). Najwyższy czas się gdzieś ukryć i przeanalizować wszystko. Zbyt wiele wydarzyło się tego dnia, by podejmować kolejne wyzwania i poważne decyzje. Niestety, dostanie się do środka schowka nie było wcale łatwe. Nawet w tak bezpiecznym miasteczku jak to, były one zamykane na kłódkę. Wszystkie, z wyjątkiem jednego, w którym dodatkowo wypadały drzwi z zawiasów. Na dodatek, był on najbardziej oddalony od chatki, także ryzyko przyłapania było mniejsze. Zadowolona z własnej zaradności Polly, ukryła się w swoim nowym domku i z jeszcze większą radością odkryła zapasy jedzenia! Nie był to kotlet z ziemniaczkami, tylko różnorakie dary natury, jednak od tylu godzin nie miała nic w ustach, że nawet zwykłe orzechy sprawiały, że ślinka naciekła jej do ust. Zagłuszone przez głód sumienie, tylko raz, cichutko wspomniało coś, że nie powinna, bo to czyjaś własność. W tym momencie słodkie borówki mogłyby ją przekonać nawet do zabójstwa.
    Wieczór spędziła na pałaszowaniu i próbach ustalenia co dalej. Skończyła na podjęciu wspaniałej decyzji, a mianowicie – jutro wszystko wymyślę. Wykończona ciężkim dniem oraz nadmiarem emocji zasnęła jak niemowlę pomimo niezbyt dogodnych warunków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejnego dnia nie wykonała swojego planu. Przespała jego pierwszą połowę, a drugą spędziła na chodzeniu po lesie i wmawianiu sobie, że myśli. Stan zawieszenia w pewnym sensie jej odpowiadał. Pomimo fatalnej sytuacji, nie musiała podejmować żadnej decyzji, a nienawidziła tego robić. Jak zwykle pozostawała pasywna i miała nadzieję, że wszystko samo się rozwiąże. Tak właśnie miało się stać, choć nie zdawała sobie jeszcze z tego sprawy, gdy kolejnego popołudnia zafundowała sobie owocową ucztę, prawie opróżniając wiadro borówek. Jej beztroski posiłek przerwały jakieś niepokojące dźwięki. Oczywiście, pierwsze co pomyślała, to że zaraz zaatakuje ją niedźwiedź. Widać jeden dzień wystarczył, by przesiąknąć historiami o tych bestiach, nie potrzebny był kontakt z żadną żywą istotą.
      Wystraszona chwyciła pierwszą rzecz jaka się jej nasunęła. Miała do wyboru wiadro, słoje, deski, a nawet jakieś metalowe narzędzie, którego nazwy nie znała. A ona chwyciła za suszone grzyby powieszone na sznurze. Jaki był plan jej ataku? Uderzyć z całej siły twardym maślakiem? Czy owinąć ten leśny naszyjnik wokół szyi i udusić? Kto ją tam wie. Nie zdążyła tego obmyślić, bo niebezpieczeństwo coraz bardziej się zbliżało. Jeszcze sekunda i… Polly zamknęła oczy, żegnając się z życiem, gdy drzwi opadły z hukiem na ziemię potrącone łapą zwierzęcia. Równocześnie zaczęła wymachiwać swoją bronią zniszczenia, krzyczeć/piszczeć i kulić się, choć nie wiadomo jak miałoby ją to uratować. O dziwo, nie usłyszała strasznego ryku. Nie usłyszała nic. Zastygła w bezruchu, po czym nie śmiało rozchyliła powieki. Zamiast ogromnego futrzaka zobaczyła zwykłego człowieka. Fakty, wysokiego i umięśnionego, ale raczej nie zamierzał jej zjeść. Dlaczego nie pomyślała, że może to być człowiek? Czyżby zbyt duża ilość cukru z owoców jej zaszkodziła?
      Natychmiast oblała się rumieńcem. Schowała grzyby za siebie, jakby licząc, że mężczyzna ich nie zauważy. Spuściła też wzrok, bo w tym człowieku było coś co mogło wystraszyć i onieśmielić.
      - Ekhm… Myślałam, że to niedźwiedź… - bąknęła pod nosem, jakby to miało wszystko wytłumaczyć. Co mogła innego zrobić? Nawet nie miała jak uciec! A nawet jeśli – w miasteczku od razu by ją znaleźli, zaś w lesie od razu by ją coś pożarło, tym razem naprawdę.

      Usuń
  26. Gdyby Polla wiedziała jaką reputacją cieszy się tutejszy leśniczy, pewnie trochę dłużej zastanawiałaby się, czy dobrze robi dokonując włamania. Jej jednak panowie, wykonujący ten zawód, kojarzyli się z dziadziusiami, którzy chodzili powoli po lesie, karmili sarenki i byli dosyć łagodnie nastawieni do świata. W końcu to leśniczy uratował Czerwonego Kapturka! A może był to myśliwy? Nie ważne. Leśniczy mieli być mili i już!
    Dlatego, gdy dziewczyna uświadomiła sobie, że jej przeciwnikiem nie jest niedźwiedź, a człowiek, poczuła pewną ulgę. Ulga ta trwała jednak zaledwie kilka sekund. Wystarczyło jedno zimne spojrzenie mężczyzny, by przez chwilę żałowała, że nie zostanie posiłkiem dzikiego zwierza. Wtedy przynajmniej nie musiałaby się tłumaczyć ze spałaszowanych zapasów ani swojego zachowania. Tymczasem widziała wyraźnie, że poniesie konsekwencje swoich czynów. Sam wyraz twarzy leśniczego sprawił, że miała ochotę uciec. Nie potrzebowała dodatkowej zachęty. Gdy tylko rozpoczęło się odliczanie, zrobiła nerwowy ruch, jakby chciała ruszyć przed siebie, ale w tym samym momencie uzmysłowiła sobie, że nadal nie wie co powinna ze sobą zrobić. Poza tym dwie sekundy to zbyt mało czasu, by się skądkolwiek wynieść. Nieznajomy powinien dać jej pięć razy tyle czasu! Zamiast posłuchać surowego rozkazu ponownie zastygła w bezruchu, patrząc z pewną obawą na właściciela posesji. Zanim w ogóle udało się jej ułożyć cokolwiek w głowie, już trzymał ją za nadgarstek. Odruchowo się skrzywiła, choć uścisk nie bolał zbytnio. Jej mina była raczej odpowiedzią na bezwzględność tego ruchu.
    Uważnie śledziła każdy jego ruch, sama nawet nie drgnąwszy. Myślała, że po odrzuceniu grzybów, będzie czekać ją dalsza część kary, jednak mężczyzna zwrócił jej wolność. O ile wolnością można nazwać stanie w ciasnej szopie, z której wyjście było blokowane przez wielkiego faceta. Ale przynajmniej teraz nie była dodatkowo paraliżowana przez dotyk obcej osoby. Można powiedzieć, że to jakiś plus.
    Wzięła głębszy oddech, rozejrzała się dookoła. Szybko podliczyła mniej więcej straty jakie wywołała. Nawet nie miała pojęcia jak to wszystko podliczyć, ile mogłyby kosztować owoce i orzechy, które zjadła. Zresztą, z tego co pamiętała, tutaj gotówka nie była zbyt wiele warta…
    - Naprawdę przepraszam… - zaczęła się tłumaczyć, choć jej rozmówca nie wyglądał na łatwego do ubłagania. – Nie miałam gdzie iść, w zajeździe nie było miejsca, nikogo tu nie znam… Mogę zapłacić za to co zjadłam albo jakoś odpracować… - zawahała się, nie wiedząc co jeszcze może powiedzieć. Wiedziała, że wygląda żałośnie, choć od dwóch dni nie oglądała swojego odbicia. Sama podróż tutaj ją wykończyła, a jeśli doda się do tego brak łazienki, czy jakichkolwiek znośnych warunków do ogarnięcia się… Efekt nie mógł być oszałamiający. Na dodatek teraz przepraszała i usprawiedliwiała się jak pięcioletnie dziecko. Co go obchodzi jej historia? Fakt, że w zajeździe nie było wolnych pokoi nie dawał jej pozwolenia na wyżeranie jego zapasów! Cóż, tyle jeśli chodzi o bycie silną, niezależną kobietą.
    - Już stąd znikam - po krótkim wahaniu zdecydowała się na odwrót. Sięgnęła do swojego plecaka i nerwowo pogrzebała w nim, żeby znaleźć portfel. Na dłoń wysypała pieniądze i wyciągnęła ją w stronę mężczyzny. Nie było tego zbyt wiele, ale co mogła innego zrobić? Przecież nie może się popłakać i udowodnić wszystkim jaka jest słaba. Musiała przynajmniej postarać się być twardą. Później pomyśli co dalej. Na razie patrzyła na jego twarz, czekając aż odbierze gotówkę. Starała się zachowywać powagę i spokój. Wydawało się jej, że to jedyny sposób, żeby ten człowiek jej teraz nie zamordował – udowodnić mu, że jednak nie jest aż takim słabeuszem. Nawet jeśli jej ręka drżała, a spojrzenie uciekało co jakiś czas, nie mogąc znieść jego oziębłości.

    OdpowiedzUsuń
  27. Nie wiedziała czego się spodziewać. Przecież brak owoców raczej nie miał jakoś znacząco wpłynąć na życie mężczyzny. Nawet jeśli miałyby one być wymienione na najlepsze konfitury na świecie. Była to raczej niewielka strata. Choć z drugiej strony, byli w Mount Cartier. Tu świat funkcjonował inaczej. Wiadro świeżych borówek mogło być cenniejsze od sportowego samochodu. W końcu nikt nie odda sportowego samochodu za chleb. Miała jednak nadzieję, że nie będzie tak źle. Że leśniczy weźmie od niej pieniądze i pozwoli jej odejść. W końcu nie miała nic innego do zaoferowania.
    Dzielnie (a przynajmniej wmawiała sobie, że tak jest) znosiła jego spojrzenie. W rzeczywistości, ciągle przenosiła wzrok z miejsca na miejsce, drżała i wstrzymywała oddech. Chyba nawet ślepy zwróciłby uwagę na to jak się stresuje. A już na pewno widział to jej rozmówca, który w przeciwieństwie do niej nie bał się dokładnie jej przyglądać. Mimo to był niewzruszony. Żaden mięsień jego twarzy nie drgnął, gdy się tłumaczyła ani gdy wyciągała pieniądze. Nie było oznaki, że choćby trochę złagodniał pod jej wpływem, ale też nic nie wskazywało na to, by swoim skomleniem rozzłościła go jeszcze bardziej.
    Kiedy kazał jej schować pieniądze, z początku nie zareagowała. Dopiero, gdy powiedział, że załatwią to inaczej, nieśmiało wsunęła monety do kieszeni. Nie miała pojęcia jak dalej rozwinie się sytuacja. Czego będzie od niej chciał. Zmierzyła wzrokiem jego plecy, szybko oceniając swoje szanse. Co jeśli będzie chciał zapłaty w innej formie? W jaki sposób kobieta mogła za coś zapłacić mężczyźnie? Byli tutaj sami, w dziczy, a on nie wydawał się zbyt przyjemnym człowiekiem. Był przystojny, mógł być nauczony, że dostaje każdą, na którą ma ochotę. A już szczególnie taką, która jest mu coś winna… Pola aż się wzdrygnęła na myśl o tym. Chciała jakoś uciec, jednak wystarczyło jego jedno spojrzenie, by zrozumiała, że nie ma na to szans. Musiała ruszyć za nim, mając nadzieję, że srogi leśniczy nie okaże się zboczeńcem albo psychopatą. ”Nie myłam się od dwóch dni, śmierdzę i wyglądam jak kupa. Na bank nie jest aż tak zdesperowany” powtarzała sobie, próbując się w ten sposób pocieszyć. Jeśli fakt, że wygląda się jak siedem nieszczęść może być jakimś pocieszeniem.
    Chciała coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziała co. Szła za nim, ledwo dotrzymując mu kroku. Dwa dni ukrywania się, dały się jej we znaki i nie miała tyle energii co zwykle. Poczuła jednak ulgę, gdy zauważyła, że idą w stronę miasta, a nie jeszcze większego pustkowia. Na ich drodze pojawili się nawet jacyś ludzie. Niektórzy z nich, oczywiście, uraczyli ją dziwnymi spojrzeniami i unoszeniem brwi. Wolała jednak to od przebywania sam na sam z leśniczym i niepewną przyszłością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotarli do stróżówki. Czyżby zamierzał zamknąć ją w więzieniu za zjedzenie kilku borówek? Jeśli tak, to nie doceniała tego miasteczka. Było jeszcze bardziej szalone niż to zapamiętała. Oby tylko nie spalili jej na stosie.
      - Dostanę dożywocie? – rzuciła, choć nie oczekiwała reakcji ze strony swojego towarzysza. Jej organizm stwierdził po prostu, że zbyt długo była poważna, zestresowana i milcząca, więc musi powiedzieć cokolwiek. Nawet coś tak bezsensownego.
      Chwilę później przekroczyli próg budynku. Powitała ich widocznie zaskoczona blondynka oraz starszy, dostojnie wyglądający mężczyzna. Polly sądziła, że to ktoś w rodzaju sekretarki oraz dosyć elegancki strażnik. Szybko jednak słowa leśniczego uzmysłowiły jej, że ma do czynienia z samym burmistrzem oraz strażnikiem płci żeńskiej. Girl power, brawo dziewczyno. Może panna Hyde miała jeszcze jakieś szanse? Może zawiąże się jakaś solidarność jajników? Z drugiej strony obecność burmistrza sprawiała, że cała sytuacja nabierała powagi…
      Towarzysz dziewczyny wyjaśnił po krótce sytuację, po czym chyba planował wyjść, jednak pani strażnik powstrzymała go. Kazała mu poczekać, a sama zwróciła się do oskarżonej, oczekując jakichś wyjaśnień. Polly, wzięła głęboki wdech, zastanawiając się ile prawdy ujawnić.
      - Miał tutaj być mój znajomy. Ale okazało się, że go nie ma. W zajeździe zabrakło miejsc, zresztą i tak nie stać mnie na dłuższy pobyt tam. Potrzebowałam miejsca, gdzie przenocuję, póki czegoś nie postanowię… - Westchnęła cicho. Brakowało jej sił na tłumaczenie. Miała wrażenie, że brzmi żałośnie i że użala się nad sobą. Nie chciała wspominać o dziadku, bo pewnie wyszłaby na rozpieszczoną, małą dziewczynkę. Zresztą, bała się, że będą dopytywać. Bała się, że gdy poznają nazwisko mężczyzny, powiedzą jej, że nie żyje. Nie zniosłaby teraz tej informacji, nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, że mogło tak być.
      Strażniczka i burmistrz zmarszczyli brwi, poważnie rozważając tę sytuację. Kobieta zmierzyła jeszcze raz spojrzeniem Pauline, po czym spytała, czy chciałaby zostać w Mount Cartier. Polly bez zastanowienia odpowiedziała, że tak. Bo niby gdzie indziej miałaby iść?
      - Słyszałam, że ostatnio ma pan bardzo dużo pracy. Jesień póki co traktuje nas łagodnie, ale zima nadchodzi i trzeba wszystko przygotować na czas. Przyda się ktoś do pomocy – stwierdziła pani stróż, wyraźnie sugerując kto miałby pomagać leśniczemu. Burmistrz, do tej pory jakby zatroskany, rozpromienił się na ten pomysł i natychmiast przytaknął. Z kolei Polly spojrzała tylko na leśniczego, zastanawiając się, kogo pierwszego zabije. Choć sama nie miałaby nic przeciwko takiemu układowi, wątpiła, żeby ten człowiek chciał pomocy. A już szczególnie od dwudziestoparoletniej blondynki, która zjadła jego borówki.

      Usuń
  28. Mathilde w tym samym czasie, w którym Ferran zmagał się z nad wyraz natarczywym kotem, szukała jak najmniej inwazyjnego zejścia z drzewa. Zanim jednak zdecydowała się na którąś z gałęzi znajdującej się poniżej niej, czujnym wzrokiem wypatrzyła coś znacznie bardziej pochłaniającego jej uwagę.
    — Winnie?
    Uśmiechnęła się do wiewiórki, która mogła, ale nie musiała być tą samą, którą uratowali razem z Ferranem. Ruda, z ładną kitą, zręcznie i prędko znalazła się ponad głową Mathilde. Długie pasma Matyldowach włosów, wyjątkowo nieskrępowanych żadnym splotem gumki, czy spinki, spłynęły po jej plecach, kiedy kobieta zadarła głowę w górę. Delikatny uśmiech, widniejący na jej ustach, idealnie współgrał z łagodnością błękitnych oczu, aktualnie rozmarzonych, podążających za małym zwierzątkiem. Z taką kontemplacją, że zanim Tilly się obejrzała, zsunęła się z grubej gałęzi, na której dotychczas stała. Wylądowała w gęstwinie innych gałęzi, niżej, prawdopodobnie łamiąc przy tym kilka drobniejszych patyczków.
    W jednej dłoni Mathilde trzymała więc kilka wyrwanych listków, a w drugiej to samo, z połamaną jedną gałązką. Część liści, które prześlizgnęły się przez smukłe palce, uleciało w dół, opadając wprost na czuprynę leśniczego. Jasnowłosej jeszcze chwile zajęło dostrzeżenie jego sylwetki pod drzewem. Na ten moment w zmartwieniu przyglądała się dziełu swojej niezdarności. Gdyby tylko potrafiła opatrywać drzewa tak samo łatwo jak ludzi… Tymczasem pozostało jej z roztkliwieniem przejechać opuszkami palców po chropowatej korze i z westchnieniem przyłożyć policzek do blisko znajdującego się teraz obok jej twarzy pnia. Przymykając oczy, prawie szeptem wypowiedziała kilka bardzo ważnych dla niej słów.
    — Przepraszam.
    I byłaby nie uchyliła powiek jeszcze przez chwilę, gdyby moment później jej nowe gałązki nie okazały się jeszcze bardziej niestabilne od poprzednich, bo przy zmianie pozycji, gałąź wygięła się, zsuwając się z oparcia jakie dawał jej inny pęd drzewa, pod Mathilde. Kilka sekund później Tilly spadała już w dół, w akompaniamencie krótkiego okrzyku zaskoczenia.
    Jej zdziwienie było jeszcze większe, kiedy okazało się, że jej lądowanie nie było wcale tak twarde i bolesne, jak mogła się tego spodziewać. Ramiona ją trochę bolały, mięśnie od napięcia się w stresie, prawdopodobnie obiła sobie miednicę, ale nie mogła sobie zrobić nic oprócz nabicia kilku siniaków. W szoku oczy pozostawiła jednak jeszcze przez chwilę zamknięte. Nie wiedziała, że gleba może być tak miękka i ciepła, ani że mogła uginać się pod nią niczym ludzkie ciało i pachnieć Ferranem. [i]Ren…[/i] — wspomnienie w tej sytuacji leśniczego, otrzeźwiło jej umysł. Momentalnie uchyliła powieki, wyłapując pełnym niepokoju spojrzeniem, wzrok Ferrana.
    — Ren… jesteś cały?
    Podnosząc się w górę, starała się to zrobić, jak najbardziej delikatnie. Unosząc się na ramionach. Impet z jakim spadła na niego z góry, oboje ich przygwoździł do ziemi. Naturalnym więc było, że pierwsze co zrobiła, to sprawdziła jego oddech. Przykładając policzek do jego ust, szukała ciepłego powiewu na skórze, upewniając się, że nie stracił przytomności, albo co gorsza, oddechu. Gęsia skórka, wstępująca na jej skórę, kiedy poczuła na niej oczekiwane ciepło, nieznacznie ją uspokoiła.
    — Ren, przepraszam. Boli Cię gdzieś?
    Przeczesała jego włosy dłonią, sprawdzając czy nie czuje pod palcami żadnej mokrej cieczy, mogącej świadczyć o jakimś urazie głowy, czy czymś równie groźnym.
    — Nie ruszaj się. Mogło Ci się coś stać. Czy ja powinnam się ruszać?
    Tutaj pytała już siebie nie będąc pewna, czy nie uszkodził sobie kręgosłupa. Dlatego leżała na nim, w połowie, a w połowie podtrzymywała się na jednej ręce, od czego już teraz bolał ją kręgosłup i obite biodra. Szukając spojrzenia Ferrana, oczekiwała jakichś wskazówek. Najlepiej zapewnienia, że wszystko z nim w porządku. Jej wzrok był tak intensywny, zmartwiony i oczekujący, że nie sposób było się domyśleć, że tylko na to czeka. Troska była tak oczywiście wypisana na jej twarzy, że nie była w stanie jej ukryć.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  29. Ludzie często nie zdawali sobie sprawy z tego jak mogą brzmieć ich słowa. Zresztą kto pomyślałby sobie, że właśnie brzmi jak zboczeniec? Zwłaszcza nie mając w naturze takich zachowań i będąc dobrze wychowanym. Polly raczej ufała ludziom i nie spodziewała się gwałtu ze strony każdego napotkanego mężczyzny. Jednak jeśli do tak brzmiących słów doda się posępną minę, srogie rysy twarzy i absolutny brak ludzi dookoła… Nawet ona nie była tak naiwna, by czuć się w pełni bezpieczną. Na szczęście, tym razem się jej upiekło i trafiła na dobrego człowieka, choć nie sprawiał takiego wrażenia. Zaskoczył ją tym, bo po jego zachowaniu spodziewała się, że jedyne czego oczekiwał to wymierzenia sprawiedliwości. Tymczasem chciał aby znaleziono dla niej jakiś kąt. Co prawda mówił wszystko dosyć obojętnym tonem, ale i tak to doceniała. Ciekawe, czy gdyby wiedział, że zaproponują jej sypialnię w jego domu, uciekłby prędzej bez wspominania o miejscu do spania. Pewnie tak. Pomysł wydawał się mu absurdalny, ale Polly przypadł on do gustu. Choć myśliwy nie był najsympatyczniejszą i najcieplejszą osobą na świecie, to przynajmniej już go znała. A praca w lesie nie wydawała się jej zbyt trudna i nudna. Równocześnie mogłaby spłacić swój dług mężczyźnie. Co było w tym szalonego?
    Dziewczyna milczała, czekając na zgodę pana Kaysera. Choć w głębi duszy liczyła na to, że powie tak. Wizja ciepłego łóżka i prysznica jeszcze nigdy nie była tak kusząca. Nie miała ochoty na dalsze poszukiwania i chodzenia z kąta w kąt z nadzieją, że ktoś ją przygarnie. Jeśli faktycznie miałaby się na coś przydać i wolny pokój nie byłby jałmużną, to nie miała nic przeciwko. Wierzyła nawet, że jakoś dogada się ze swoim współlokatorem. Ostatecznie, nie padło jej upragnione tak, ale z kontekstu wnioskowała, że wszystko ustalone. Natychmiast na jej twarzy zakwitł szeroki uśmiech, po raz pierwszy od dłuższego czasu. W jej sercu z kolei pojawiła się nadzieja. Może jej życie jeszcze się ułoży? Może uda się jej znaleźć swoje miejsce na ziemi? Może tutaj problemy jej nie znajdą?
    - Pomodlę się o to – obiecała wesoło, choć podejrzewała, że raczej mu na tym nie zależy. Spontanicznie podeszła do mężczyzny i uścisnęła go krótko, dała całusa w policzek, by dać ujście swojej radości. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję – dodała do tego szybko.
    - Państwu też strasznie dziękuję. Nie zawiodę, obiecuję – zwróciła się do burmistrza i pani strażnik. Gdyby nie oni, prawdopodobnie właśnie… Sama nie wiedziała co by się z nią działo. Jechałaby do domu rodziców? A może wracała do męża? Na myśl o tym aż się wzdrygnęła. Nie po to zaszła tak daleko, by teraz wrócić do punktu wyjścia. - Zbiorę na nowo owoce, które zjadłam. I w ogóle będzie super – stwierdziła pewna siebie, czując przypływ energii.
    Chwilę później pożegnali się ze strażnikiem i burmistrzem, po czym opuścili stróżówkę. Polly zmierzyła spojrzeniem swojego nowego współlokatora i w pewnym sensie pracodawcę. Raczej ne był zadowolony ze swojej nowej roli. Uśmiechnęła się do niego, teraz już delikatniej, ale wciąż ciepło i radośnie.
    - Naprawdę, nie będzie tak źle – zwróciła się do niego, jakby na pocieszenie. Wiedziała, że nie zrobiła na nim dobrego pierwszego wrażenia. Ale miała szczerą nadzieję, że z czasem wszystko się zmieni. Jeśli mieli razem mieszkać, choćby na chwilę, byłoby łatwiej gdyby się lubili.

    OdpowiedzUsuń
  30. Ona od kilku dni, ciągle zastanawiała się, czy nie padło jej na mózg. Choć w przeciwieństwie do niego, zniszczyła swoją harmonię i spokój, dlatego, że tak chciała, dlatego, że nie dawało jej to szczęścia, które powinno. Ciekawe, czy gdyby wiedziała, gdzie i z kim skończy, podjęłaby taką samą decyzję. Pewnie tak. Jakikolwiek by nie był jej nowy współlokator, na pewno nie będzie miał na nią tak destrukcyjnego wpływu jak jej mąż.
    Gdyby choć przez sekundę pomyślała, zanim przytuliła pana Kaysera, być może w ogóle by tego nie zrobiła. W tamtym momencie jednak, jej mózg zupełnie się wyłączył, zalany falą szczęścia pod tytułem „nie jestem bezdomna!”. Dopiero później, widząc jak mężczyzna się odsuwa, zrozumiała, że być może nie był to najlepszy ruch. Chociaż nie rozumiała, dlaczego aż tak bardzo mu to przeszkadzało. W końcu chyba jako jedyna w Mount Cartier nie znała ani jednej plotki na jego temat. W każdej plotce jest ziarno prawdy, więc pewnie chociaż jedna dałaby jej jakiś obraz człowieka, z którym miała zamieszkać.
    Kiedy usłyszała odpowiedź na jej zapewnienie, wywróciła oczami. Tak, zupełnie jak niesforna nastolatka, której ojciec mówi, że o dwudziestej ma być w domu. Nie podobało się jej jego zachowanie. Miała wrażenie, że wyrządziła mu straszną krzywdę, a przecież nie zabiła mu nikogo bliskiego.
    - Dobra, rozumiem. Jesteś twardzielem i mnie nie znosisz. Nie będę się zbliżać na dwa metry – na potwierdzenie swoich słów odsunęła się od niego jeszcze trochę, by zachować mniej więcej podaną odległość. Zerknęła na niego jeszcze raz i pokręciła głową. Naprawdę nie rozumiała dlaczego jest taki spięty i wkurzony. Nie mogło mu się przecież aż tak rozchodzić o borówki.
    Gdy ten ruszył, ona również. Zrównała z nim krok, choć wciąż oddalona od niego. Wzrok wlepiła w kamienie na ziemi, co jakiś czas kopiąc je, by móc oceniać to jak podskakują, tocząc się gdzieś daleko.
    - Masz jeszcze jakieś zasady? – spytała, by mieć jasność. Nie podobało się jej, że znów miałaby wszystko robić według rozkazów kogoś innego. Nie po to uciekała z domu, by znowu kogoś słuchać. A tym bardziej że ten ktoś nie był zbyt przyjaźnie nastawiony. Jeśli wymyśli coś dziwnego, na pewno nie będzie się do tego stosować. Choć naprawdę chciała, by się między nimi ułożyło. Zależało jej na domu i pracy. A jeszcze bardziej chciałaby mieć jakąś znajomą, przyjazną twarz. Nie człowieka z wiecznie zaciśniętymi zębami i zmarszczonymi brwiami.

    OdpowiedzUsuń
  31. Sama też była lekko oszołomiona. Ból, który powinna odczuwać, na razie jej jeszcze w pełnym wymiarze nie dotknął. Korzystając więc z wyraźnego widoku i swojej zwyczajowej troski, wpatrywała się w Ferrana, obserwując kolejno jak mrugał oczami. Czując ciężar jego dłoni nad obolałym biodrem, przechyliła głowę na bok, pod skosem patrząc na swój pas. Potraktowała jego odruch niczym własny, dlatego z właściwą sobie interpretacją, przyrównując jego reakcje do swoich, wyszła z założenia, że sprawdzał stan jej zdrowia.
    — Nic mi się nie stało — zapewniła go, chcąc mu oszczędzić konieczności pytania, wiedząc jak rzadko Ferran ukazywał wprost swoje emocje. Jeszcze ich wszystkich nie rozumiała, jak i jego intencji, ale to była tylko kwestia czasu, zanim w końcu zaczęłaby pojmować jego stany i nastroje. Na razie drobny uśmiech na jego twarzy traktowała jako dobry omen, chociaż słowa nieco ją niepokoiły. Mówił „nie musisz”, a Mathilde słyszała „nie możesz”, wyraźnie obwiniając się za spowodowanie mu krzywdy. Dlatego zamarła w bezruchu, podtrzymując się tylko obiema dłońmi o ziemię.
    — Jesteś zły?
    Ta pozycja bardzo dobrze pozwalała jej obserwować jego aktualne położenie. Nie mogła nie zauważyć, że uniósł się i opadł z powrotem na trawę. Bacznie go śledziła spojrzeniem, z wyłączeniem momentu, w którym przymrużyła powieki na smagnięcie jego opuszków palców i łaskotanie jej włosów. W każdej innej sekundę, przyglądała się mu.
    — Połamałam to drzewo, przepraszam.
    Czuła się w obowiązku się do tego przyznać, w końcu Ferran był opiekunem tego lasu. Tilly zaś jako wykształcona pielęgniarka, bardzo dobrze wiedziała, że pierwsza pomoc drzew akurat się nie tyczyła, dlatego jej talent leczniczy nie mógł odkupić jej win.
    — Niebo?
    Rozproszenie przyszło nagle. Tilly spadła z drzewa, dlatego automatycznie zadarła głowę, szukając ludzi spadających z nieba. Może jakiś anioł? Czy Ferran widział anioła? Może to był jego Anioł Stróż? Tilly mogłaby się wtedy czuć spokojniej. Odetchnęła z wyraźną ulgą, uśmiechając się pod nosem do swoich myśli.
    — A widziałeś skrzydła? Tego człowieka, który spadł? — zainteresowała się, wracając wzrokiem do Ferrana. Przez nieuwagę nie zauważyła, że podniósł się do góry. Jako, że sama nie zmieniała pozycji, jego twarz znalazła się teraz wprost przed nią. Zamrugała na chwilę wstrzymując oddech, żeby nie podrażnić nim skóry Ferrana. Miała się nie ruszać, ale…
    — Ren… jesteś bardzo blisko.
    Słowa prawie szepnęła, nienatarczywie, bo nie chciała mu tego wypominać. Wykazała się nadzwyczajną bezpośredniością i szczerością. Co ciekawe, nie użyła sformułowania „za blisko”, choć zdecydowanie byłoby prawdziwe. We wspomnianym „blisko” Mathilde jednak dostrzegała pewną prawidłowość. Przez te spostrzeżenia uciekła jej jednak treść zadanego jej pytania.
    — Spotkałam Winnie… och, pomogłeś Filusiowi.
    Zaryzykowała losową odpowiedzią, jednocześnie zauważając obecność kota. Zanim jednak całkowicie się na nim skupiła, jej dosadna szczerość nie pozwoliła jej tak zostawić poprzedniej kwestii.
    — Przepraszam, nie słyszałam pytania.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  32. Jej ciało zareagowało mechanicznie, kiedy wspomniał o dodatkowym obciążeniu, jakie sprawiała, dogniatając go do ziemi. Wyprostowała się, do pozycji siedzącej. Siadła trochę w pozycji dziecka, podpierając się rękoma przed sobą, pomiędzy udami. Nogi zgięte w kolanach przywierały do podłoża, podkulone za nią. Sama patrzyła na Ferrana, a chociaż nie skontrolowała jak wygląda Fileon, nasunęła jej się jedna myśl.
    — Fileon wydaje się głodny.
    Brakowało jej spojrzenia niebieskich tęczówek oczu, w których teraz odbijało się niebo zamiast jej twarzy, dlatego wychyliła się w przód, pochylając się nad mężczyzną. Włosy odgarnęła na bok, przytrzymując je dłonią, żeby nie spłynęły z jej ramienia na jego twarz.
    — Powiedziałbyś mi gdybyś się źle czuł? — spytała, wyraźnie wierząc w ludzką szczerość, bo chociaż o to pytała, ta kwestia wcale nie brzmiała jakby dyktowana była brakiem zaufania. Wiary w ludzi akurat w Tilly było wiele. — Wyglądasz na zrezygnowanego.
    Podążyła spojrzeniem od jego twarzy do rąk, rozciągniętych na boki od niego i w końcu, po chwili zastanowienia położyła się obok Ferrana na trawie, dłonie trzymając jednak na swoim brzuchu. Zyskała jego perspektywę patrzenia. Spoglądając w niebo, musiała mężczyźnie przyznać, ze ten widok był wyjątkowo pochłaniający i urokliwy.
    — Filuś nie potrafił zejść z drzewa. Weszłam żeby mu pomóc. A wtedy on poszedł po Ciebie, żebyś ty mógł pomóc mi — powiedziała naiwnie, chociaż ogon Fileon łasił się teraz do ich obu, a jego oczy mówiły: „jeść, jeść, jeść”.
    Tak leżąc, chwilę w milczeniu, Tilly nagle zaśmiała się cicho.
    — Mount Cartier jest niesamowite, prawda?
    Stwierdzenie wydawało się pozbawione kontekstu, póki go nie wyjaśniła.
    — Zabawne, w jakich okolicznościach się zwykle spotykamy.
    Przechyliła głowę na bok, odrywając spojrzenie na chwilę od sklepienia, uśmiechnęła się lekko i wróciła do obserwacji nieba.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  33. Z drugiej strony, gdyby nie popełniła tego błędu i nie przytuliła go, nadal nie miałaby pojęcia o tym jakie to dla niego okropne. A tak, bardzo powoli zaczynała go poznawać i uczyć się przebywania z nim. Nawet jeśli nie znała jego historii, nawet jeśli nigdy nie miała go zrozumieć. Teraz nawet nie przypuszczała, że walczył na wojnie, bo niby skąd miałaby się domyślać? Uważała go za zdziwaczałego leśniczego, który z pewnością zbyt dużo czasu spędzał w samotności.
    Powoli przyzwyczajała się do jego ostrego tonu, choć nie było to łatwe. Pech chciał, że należała do tych wrażliwych i delikatnych. Jednak nie zamierzała tego pokazać mężczyźnie. Wiedziała, że musi być twarda, bo sama ściągnęła na siebie ten los.
    - Tylko z pierwszym mogę mieć problemy, ale będę się starać – powiedziała, wzruszając ramionami. Nie mógł przecież oczekiwać od kobiety, że będzie ciągle milczeć. Przecież jej płeć została stworzona do gadania o głupotach. Chociaż mało rozmowny towarzysz na pewno ułatwi jej zadanie. Akurat do siebie to ona nie lubiła mówić.
    Dwie kolejne zasady wydawały się jej raczej oczywiste. Nigdy nie ruszyłaby jego rzeczy bez pozwolenia. Nawet jeśli czasem była ciekawska, to miała wpojone pewne zasady i wiedziała, że nie należy szperać ludziom w szafkach, tym bardziej ludziom, którzy z własnej woli przygarniają ją pod dach. Zaś zasada „mój dom, moje zasady” była chyba znana każdemu kto kiedyś podważył jakieś słowa rodziców. Tutaj nie spodziewała się niczego innego.
    W milczeniu dotarli do leśniczówki, tak jak sobie tego życzył. Później, także w ciszy, szybko zwiedzili dom, by potrafiła się w nim sama odnaleźć. Spytała tylko o kilka niezbędnych drobiazgów, starając się samej dostrzec jak najwięcej szczegółów. Widać było, że mieszka tutaj samotny mężczyzna. Pomimo panującego tam porządku, zdecydowanie brakowało ciepła pomieszczeniom. Choć ten surowy styl miał w sobie pewny urok, pasował do leśniczego i otaczającej ich natury. Chyba wolała takie wnętrze niż gdyby miało roić się tu od ozdób, albo gdyby wszystko miało wyglądać jak z katalogu.
    Po zaznajomieniu się ze swoim nowym domem, została zostawiona sama sobie. Nie miała nic przeciwko. Potrzebowała chwili dla siebie. Przede wszystkim by się ogarnąć – dawno nie marzyła tak bardzo o prysznicu, jak w tym momencie. Poza tym musiała przeanalizować sytuację w jakiej się znalazła, musiała to wszystko sobie ułożyć. Myślała, że gdy znajdzie się pod strumieniem ciepłej wody, poczuje ulgę. Przecież wszystko się ułożyło. Była w lepszej sytuacji niż poprzedniego dnia, a mimo to poczuła się gorzej. Koczując w szopie, trwała w zawieszeniu. Teraz zaś przytłoczyła ją realność tego wszystkiego. Dotarło do niej, że to nie są żarty, że naprawdę zostawiła męża i teraz będzie mieszkać w miasteczku na końcu świata z facetem, który jej nie znosi. Że została bez niczego i bez nikogo. Że nie ma pojęcia co się stało z jej dziadkiem.
    Długo szorowała swoje ciało, walcząc równocześnie ze łzami. Nie chciała by leśniczy widział jej zapuchniętą twarz. Pewnie miałby wtedy o niej jeszcze gorsze zdanie – dziecko, które nie potrafi sobie po radzić w życiu i płacze pod prysznicem. Chciała się pomalować, po części po to by zamaskować różowy kolor twarzy, po części z przyzwyczajenia, ale uświadomiła sobie, że nie wzięła ze sobą żadnego kosmetyku. Po raz kolejny pojawił się pewien żal, jednak teraz towarzyszyła mu także ulga – dosyć strojenia się, dosyć udawania pięknej niezależnie od sytuacji.
    Kiedy się odświeżyła i doszła do wniosku, że wygląda wystarczająco znośnie by pokazać się światu, odnalazła Ferrana. Siedział w salonie, zajęty swoimi sprawami. Przez chwilę wahała się, czy w ogóle powinna do niego przychodzić. W końcu miała się do niego nie zbliżać i milczeć.
    - Pewnie niewiele to znaczy, ale naprawdę jestem ci wdzięczna – powiedziała cicho, spokojnie, stojąc w progu, by znów nie naruszyć jego osobistej przestrzeni. Po tych słowach wyszła, bo przecież nie oczekiwała od niego żadnej rozmowy, czy w ogóle reakcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnie ciężkie dni miały jeden poważny plus – zasnęła, gdy tylko jej głowa dotknęła poduszki, i nie musiała dłużej myśleć o tym wszystkim co aktualnie działo się w jej życiu. Nie miała żadnych snów, a gdy obudziła się o czwartej nad ranem, była naprawdę wyspana. Choć pewnie nawet gdyby nadal umierałaby ze zmęczenia, wstałaby właśnie o tej godzinie. Jej organizm miał zaprogramowane budzenie o tej porze już od lat, bo była to ulubiona pora Polly. Uwielbiała wtedy wychodzić na spacer i podziwiać śpiące miasto. Ulice były puste, bo większość imprezowiczów zdążyła już wrócić do domu, albo zalać się w trupa, zaś ci, którzy musieli iść do pracy, cieszyli się ostatnimi minutami spędzonymi pod ciepłą kołdrą. Choć jej mąż często narzekał, że jest to niebezpieczne, ona nie była w stanie zrezygnować z tych nocnych wędrówek.
      Tak było i dziś. Po cichu ubrała wygodne ciuchy, po czym wyszła na zewnątrz. Było chłodno, wyraźnie czuło się, że ciepłe dni się kończą. Miała szczęście, że udało się jej znaleźć lokum, bo wątpiła, by długo wytrzymała w szopie bez żadnego ogrzewania. Błądziła po okolicach leśniczówki ponad godzinę. Nawet w Mount Cartier, choć był to zupełnie inny świat niż ten który znała, ludzie nie budzili się tak wcześnie. Gdy wróciła, była mocno zmarznięta. Od razu przygotowała sobie herbatę. Tak samo jak robiła to w domu. Wtedy miała też jeszcze jeden zwyczaj – po swoim spacerze przygotowywała śniadanie dla męża. Chyba tylko dlatego zgadzał się na jej wczesne pobudki – kto nie lubił być budzony zapachem smażonego boczku? Teraz zaś nie wiedziała co ze sobą zrobić. Mogłaby zabrać się do pracy, ale nie miała pojęcia co w ogóle może robić. Ferran jeszcze spał. Mogła wrócić do łóżka, ale zdążyła się już rozbudzić, a jej głowa na nowo zapełniła się myślami. Dlatego ostatecznie, zrobiła to co zawsze. Po krótkich poszukiwaniach, miała wszystkie produkty potrzebne do przygotowania naleśników. Może dzięki temu leśniczy poczuje do niej choć cień sympatii? No bo kto nie lubił naleśników?
      Skończyła smażenie akurat w momencie, gdy z pokoju mężczyzny zaczęły dobiegać dźwięki świadczące o tym, że już wstał. Szybko posprzątała bałagan jaki zdążyła w tym czasie zrobić i położyła przygotowane danie na stole. Zorganizowała również tyle dodatków ile mogła: stopiła czekoladę, którą zabrała z domu jako prowiant na podróż, przyniosła trochę owoców ze swojej poprzedniej kryjówki, znalazła dżem i twarożek. Kiedy Ferran wszedł do pomieszczenia, siedziała przy oknie i podziwiała wschód słońca, popijając kolejną herbatę. Zerknęła na niego i posłała mu nieśmiały uśmiech.
      - Mam nadzieję, że nie będziesz mi miał za złe… - powiedziała, zerkając na naleśniki. Nie wiedziała jak dokończyć to zdanie. Że przygotowała mu śniadanie? Że urzędowała w jego kuchni? Że w ogóle tutaj była, choć pewnie liczył na samotny poranek? – Nie wiedziałam czy pijesz kawę czy herbatę – dodała jeszcze, wskazując ruchem głowy na czajnik, w którym właśnie wrzała woda. Czuła się głupio, choć starała się tego nie okazywać. Wparowała do życia tego mężczyzny bez ostrzeżenia i zaczęła się w nim panoszyć. Może niepotrzebnie przygotowywała śniadanie… Może powinna udawać, że jej tu w ogóle nie ma?

      Usuń
  34. Nie tylko on musiał sobie przyswoić zaistniałą sytuację. Polly także miała wiele do przeanalizowania, a w jej wypadku były dwa wyjścia – albo paplanina o głupotach, albo milczenie. Jako że na to pierwsze nie mogła liczyć, a tego drugiego pragnął jej kompan, nie miała wyboru. Choć faktycznie, mogli wykorzystać ten czas na częściowe poznanie się, bo tak naprawdę nic o sobie nie wiedzieli. Ona znała jedynie jego profesję i nazwisko. On potrafiłby powiedzieć o niej tylko tyle, że jest przybłędą. Jednak Polly nie miała najmniejszej ochoty opowiadać teraz o sobie. Mogłaby wysłuchać jego historii, ale obawiała się, że ilość informacji mogłaby ją przytłoczyć, gdyby jakimś cudem zacząłby mówić. Dlatego cisza ostatecznie nie była najgorszą opcją.
    A Polly byłaby w stanie udźwignąć pięć kilo cukru i trzy tabliczki czekolady, także ten… Ferran źle ją oceniał!
    Dom bardzo się jej podobał. Gdyby był jej, pewnie ociepliłaby go różnymi dodatkami, jednak i tak miał swój charakter, a to najbardziej ceniła w pomieszczeniach. Idealnie pasował do właściciela, więc był w pewnym sensie idealny. Nie zamierzała niczego zmieniać, jedynie swój pokój planowała urządzić trochę bardziej po swojemu, by nie czuć się wiecznie jak obcy. A i tak nie miała zbyt wielu rzeczy, by to uczynić. Nie była nawet w stanie wykorzystać półek, które odstąpił jej mężczyzna. Położyła tam jedynie tonik i jeden krem. Jak na kobietę był to naprawdę bardzo skromny dobytek. W końcu miała ze sobą tylko plecak, więc jej możliwości przy pakowaniu były bardzo ograniczone. Rozpakowanie całego dobytku zajęło zaledwie piętnaście minut. I tylko dlatego, że nie potrafiła się za to zabrać.
    Wieczorem nie oczekiwała od Ferrana niczego więcej, nawet jednego spojrzenia. Miała jednak nadzieję, że rano będzie w nieco lepszym humorze. Zwłaszcza, że przywita go stos naleśników. Żyła w przekonaniu, że naleśniki potrafią poprawić humor każdemu. Zawsze robiła je w poniedziałek, by umilić sobie i mężowi pierwszy dzień tygodnia. Tymczasem, po raz kolejny jej współlokator okazał się zupełnie inny niż wszyscy znani jej ludzie. Jak można nie przepadać za naleśnikami? Przecież to brzmiało jak bluźnierstwo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy wszedł do pomieszczenia, zerknęła na niego tylko przelotnie, nadal zachwycając się widokiem. Dopiero gdy się do niej zbliżył, pozwoliła sobie na dłuższe spojrzenie. Musiała zwrócić uwagę na to jak dobrze wyrzeźbione ma ciało. Nie jedna kobieta chciałaby mieć taki widok na dzień dobry. Blizny na jego ciele też nie uszły jej uwadze. Powstrzymała się przed skrzywieniem, choć w duchu cała zadrżała – nie dlatego, że widok był tak ohydny; raczej przeraziła ją myśl ile bólu musiało się wiązać z każdą raną. Nawet jeśli nie znała ich pochodzenia, widok nie był ciekawy i nie mógł wskazywać na nic dobrego. Szybko odwróciła wzrok, by nie uznał, że się gapi i że jest zbyt ciekawska. Chociaż tak naprawdę chciałaby poznać jego historię. Pewnie łatwiej byłoby jej wtedy zrozumieć jego zachowanie.
      - No tak, mogłam się tego spodziewać – mruknęła zamyślona. Faktycznie, naleśniki do niego nie pasowały. Mimo to warto było spróbować, bo i tak nie miała wielkiego pola do popisu, jeśli chodzi o przygotowanie posiłku, bo nie wiedziała czego może użyć, a czego nie. Czarna kawa z kolei komponowała się z jego osobą. Choć w tej kwestii dziewczyna nie mogła okazać się pomocna. Parzenie tego napoju zawsze ją przerastało i każdy mówił jej, że robi najokropniejszą kawę na świecie. Może dlatego, że sama nigdy jej nie pijała.
      – A za czym przepadasz? – spytała, uśmiechając się do niego pogodnie. Podejrzewała, że jeśli będzie tutaj dłużej mieszkała, to przygotuje im więcej takich posiłków. Wolała jednak trafiać w gusta mężczyzny. Lubiła gotować dla innych. Kierowała się zasadą przez żołądek do serca. – Surowe mięso sarenek? – uniosła lekko brew i znów pozwoliła sobie spojrzeć na niego, choć teraz już skupiła się na jego twarzy, a nie na bliznach i mięśniach. Nie była pewna, czy może pozwolić sobie przy nim na takie żarty, ale trudno. Przecież nie będzie cenzurować każdej swojej wypowiedzi.
      Gdy zabrał swoją porcję, wstała ze swojego miejsca i również przygotowała posiłek dla siebie. Nie chciała jeść pierwsza, żeby w razie czego nie zabrakło dla niego. Chociaż nie jadła zbyt wiele. Później, dosyć niepewnie do niego dołączyła. Nie chciała mu się narzucać, jednak weranda aż się prosiła, by to na niej zjeść śniadanie. Ferran nie mógł mieć jej za złe, że również chciała zjeść w tych przyjemnych okolicznościach.
      - Wymyśliłeś już dla mnie spis obowiązków? – spytała po dłuższym milczeniu. W końcu musieli omówić tę kwestię. Nie będzie cały dzień siedzieć i patrzeć przez okno. Miała mu pomóc. Co więcej, chciała to zrobić. Nie zamierzała tutaj mieszkać za darmo.

      Usuń
  35. Dopiero teraz powoli ból zaczął spływać na Mathilde. Robił to stopniowo. Najpierw poczuła rwanie w boku nogi, później obolałe mięśnie. W tej pozycji nie chciało jej się wstawać. Przymknęła powieki, oswajając się z natężającym się łupaniem w stawach i przerzuciła myśli na inny tor. Skupiła uwagę na lekkiej wilgoci, wyczuwalnej na twarzy z niewidzialnej aury jaką wydzielał mech pod ich plecami, chłodny pod łopatkami. Zimno to z wolna przedzierało się przez materiał odzieży i docierało do skóry. Wsłuchiwała się w dźwięki lasu, poszczególne szelesty drzew, łamanie gałązek i wszystkie dźwięki, które kiedyś budziłyby w niej strach. Teraz uspokajały ją. Izolowała sobie z tych dźwięków glos Ferrana, który nie odzywał się wiele, ale jego głos zawsze docierał głęboko i wypełniał ją swojego rodzaju zastanowieniem.
    — Cieszę się… — uśmiechnęła się w trakcie własnej wypowiedzi, zadowolona z jego słów —… bardzo nie podobała mi się myśl, że mogło ci się coś stać.
    Drugą część zdania wypowiedziała nieświadomie na głos, szeptem, skierowaną głównie do siebie. Przechyliła głowę na bok. Zawsze się o wszystkich martwiła, ale świadomość, że mogła mu coś zrobić odbierała dość osobiście. Patrząc na jego twarz, docierało do niej kilka różnych przelotnych myśli, których nie potrafiła zachować dla siebie. Przeturlała się na bok, policzkiem natrafiając teraz na jego ramię. Oparła na nim twarz, pozostając przodem do mężczyzny, utkwiwszy spojrzenie bezpośrednio na nim. W zadumie i chęci zrozumienia.
    — Czy to znaczy, ze będziemy się widywać rzadziej?
    Lubiła te niezapowiedziane wizyty. Czekała na nie. Na wolny dzień w pracy i na kolejny przypadek, który sprowadzi ją do domu Ferrana. Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale być może sama część tych przypadków na siebie zsyłała. Nie szukała powodów żeby znaleźć się blisko Ferrana, ale kiedy taki się zdarzał, bardzo chętnie z niego korzystała aby go odwiedzić.
    — Możemy się umówić jak tylko chcemy? Na przykład częściej? Czy pasowałoby ci częściej?

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  36. [ Witam, witam ^^ Bardzo dziękuję za powitanie. Powiem szczerze, że smutno mi się trochę zrobiło czytając o Ferann'ie, ale czekolada, leśniczówka i rysowanie poprawiły mi humor heh xD Oczywiście co do zabawy na blogu mam takie same nadzieję i w razie jakichkolwiek pomysłów zapraszam do Ri obu Twoich panów ^^ ]

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  37. Ktoś kto nigdy nie był w wojsku, nigdy nie zrozumie panujących tam zasad oraz tego jak kształtuje to miejsce człowieka. Rzeczy, które w normalnym świecie wydają się szaleństwem, czasem nawet znęcaniem się, tam wydają się całkiem normalne. Można oglądać filmy, czytać książki na ten temat, jednak to tylko namiastka prawdziwego życia. Polly zazwyczaj unikała wojennych tematów z jednej prostej przyczyny – przerażała ją ona. Nienawidziła okrucieństwa, nie potrafiła patrzeć jak ludzie zostają sprowadzeni do mięsa armatniego. W relacji z Ferranem mogło się to okazać sporą wadą, bo nie miała zielonego pojęcia o jego świecie. Mogło jednak przerodzić się w zaletę, jeśli mężczyznę irytowali ci wszyscy ludzie, którzy po obejrzeniu jednego filmu wojennego zachowywali się jakby naprawdę brali udział w walce. Ona miała poznać pana Kaysera od zera, bez zniekształconego obrazu. Nawet jeśli miała to być bardzo długa droga. Oczywiście, o ile wytrzymają ze sobą wystarczająco dużo czasu. I jeśli nie będzie sobie brała za bardzo do serca plotek na temat leśniczego.
    Jeśli zaś chodzi o optymizm Polly, wcale nie był on aż tak ogromny. Mogło się wydawać, że dziewczyna żyje w przeświadczeniu, że świat wypełnia tęcza i jednorożce, ale były to tylko pozory. Tak naprawdę, wyznawała zasadę, że życie w samo sobie jest często tak smutne, że nie ma co się dodatkowo dobijać, chodzić z posępną miną. Lepiej pożartować i choć na chwilę zapomnieć o wszystkich problemach. Oczywiście, mało kto dotarł do prawdziwego powodu nieustannych żartów ze strony Polly. Większość brała ją po prostu za wesołą osobę, która nie ma żadnych trosk. W sumie taka opcja była najwygodniejsza i jej także to odpowiadało. Nikt nie musiał wiedzieć, że aktualnie umierała ze strachu co będzie dalej. Że martwiła się o dziadka, rodziców, a nawet męża. Że nie miała pojęcia co dalej zrobi ze swoim życiem, jak właściwie ma na siebie zarobić i się usamodzielnić. Że nie znała w miasteczku nikogo, by móc prosić o jakąkolwiek drobną przysługę.
    - Miło mi, że tak we mnie wierzysz – rzuciła w odpowiedzi, wywracając oczami. Tak naprawdę mogła go jeszcze zaskoczyć. Nie tylko jeśli chodzi o kuchnię. Spędziła w Mount Cartier sporo czasu, a jej głównym towarzystwem wtedy był dziadek. Dziadek, który po śmierci żony, porzucił warzywa i inne zapychacze na rzecz doskonale przygotowanego mięsa. Przez lata doszedł do perfekcji, a Polla podczas swoich wakacji chętnie chłonęła wiedzę starszego mężczyzny. Także potrafiła przyrządzać różne mięsiwa (raz nawet uczestniczyła w obróbce świeżo upolowanego jelenia, jednak akurat ta czynność nie przypadła jej do gustu), postawić płot, zrobić ul, rąbać drewno, naprawić dach… Pewnie część tej wiedzy, z której nie musiała korzystać mając męża, nieco się zatarła. Jednak świadomość, że ma jakąś podstawową wiedzę, dodawała jej pewności siebie.
    Wysłuchała jego planu, przeżuwając naleśnika. Trochę żałowała, że nie zapełnił jej grafiku już na ten dzień. W końcu i tak nie miała nic do roboty. Cieszyła się jednak, że następnego dnia już od rana będzie wiedziała co robić. I tak jak Ferran, miała nadzieję, że zadanie nie okaże się dla niej za trudne.
    - Tak jest, szefie – zgodziła się od razu. Tak jakby w ogóle miała coś do powiedzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi


    1. Kolejne dni minęły spokojnie. Oboje skupiali się głównie na pracy. Polly tak samo jak pierwszego dnia, wciąż wstawała o czwartej i przygotowywała śniadania, starając się trafić w gusta mężczyzny. Jadali w milczeniu, ewentualnie wymieniali zdanie, dotyczące zadań na dany dzień. Gdy pracowali, dawała z siebie wszystko, by nie zawieść Ferrana. Wciąż miała nadzieję, że jakoś do niego trafi i że nie będzie jej dłużej traktował jak swojego wroga. Miała też nadzieję, że w pewnym momencie dozna olśnienia co dalej zrobić ze swoim życiem. Niestety, na razie chyba ani jedno, ani drugie się nie spełniało.
      Pewnego popołudnia miała więcej wolnego czasu. Skończyła wszystkie swoje zadania i postanowiła ugotować obiad. A jako, że wciąż pamiętała, że Ferran nie wierzył w jej kulinarne zdolności, zwłaszcza jeśli chodzi o przygotowywanie dziczyzny, uznała, że to będzie doskonała okazja, by udowodnić mu, że jest w błędzie. Była w połowie, gdy przerwało jej pukanie do drzwi. Z początku je zignorowała, winiąc za dźwięk dzięcioła na jakimś pobliskim drzewie. Jednak po chwili do stukotu dotarł czyiś głos.
      - Misiaczku! Otwórz, słyszę że tam jesteś! – zawołała jakaś kobieta, a Polly omal nie upuściła mięsa na podłogę ze zdziwienia. Może nie znała leśniczego zbyt dobrze, jednak już teraz mogła powiedzieć, że określenie misiaczku zdecydowanie do niego nie pasowało. I nie potrafiła nawet sobie wyobrazić, że mężczyzna godzi się, by go tak nazywać.
      Wciąż będąc w głębokim szoku, podeszła do drzwi, by je otworzyć. Zobaczyła w sumie zwyczajną kobietę, której szeroki uśmiech (jeszcze szerszy niż ten należący zwykle do Polly), szybko zastąpiła zdziwiona mina, prawdopodobnie bardzo podobna do tej jaką miała blondynka.
      - Ekhm… - odchrząknęła. - Misiaczka nie ma – powiedziała, nie mogąc się powstrzymać przed dodaniem nutki sarkazmu do słowa misiaczek. Chciała powiedzieć po imieniu, jednak w tym momencie uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia jak nazywa się jej współlokator! Kojarzyła nazwisko, coś na K... Ale to było zdecydowanie za mało.
      Przyjrzała się kobiecie. Wyglądała zwyczajnie, choć widać było, że poświęciła sporo czasu w łazience przed przyjściem tutaj. Miała pełny makijaż i starannie dobrany strój. Niewątpliwie kontrastowała z okularnicą w pobrudzonym od sosu dresie, z niedbałym kokiem i ani odrobiną makijażu. I niewątpliwie wyglądała atrakcyjniej, choć Polly nie zamieniłaby się za nic w świecie. Odkąd porzuciła makijaż w końcu czuła się sobą, rozpoznawała twarz w lustrze i cieszyła się, że na razie nawet nie ma dla kogo się starać.
      Chciała powiedzieć coś jeszcze, gdy za plecami gościa, zobaczyła Ferrana. Jego ukochana musiała usłyszeć kroki, bo natychmiast się odwróciła. Zanim ktokolwiek zdążył zorientować się co się dzieje, w kierunku mężczyzny poleciał pocisk w postaci babeczki z kremem. A zaraz po niej następny.
      - JAK MOGŁEŚ! KIM ONA JEST?! - padło zasadnicze pytanie, a kolejna babeczka już czekała w dłoni kobiety, by zaatakować leśniczego.

      Usuń
  38. [ Jeny, leśniczówka jest po prostu boska :D jeden z moich pomysłów to trafienie właśnie na ten budynek podczas spaceru i trochę zbyt nachalne zainteresowanie Audrine. Drugi pomysł to po prostu celowe odwiedziny w ramach dobicia targu, dziewczyna przywiozła z miasta kilka ciekawych przedmiotów i produktów (jeszcze do końca nie wiem co takiego przywiozła ale co tam xD) w celu zdobycia gotówki na "lepszy start". Trzeci z pomysłów to jakieś przypadkowe spotkanie/wydarzenie, wieczorne błądzenie po lesie czy posiadówka w barze lub lokalu ^^ Oczywiście wszelkie Twoje urozmaicenia pomysłów mile widziane, muszę się jeszcze wczuć w tutejszy klimacik, więc nawet uwag co do pomysłów chętnie wysłucham. ]

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  39. Patrzy na wprost, z trochę zadartym podbródkiem, bezpośrednio ściągając jego wzrok. Utrzymuje to spojrzenie, szukając w pochmurnie niebieskich oczach jakiejś iskierki ożywienia. Ferran wydaje się jednak nadzwyczaj spokojny - kayserowo opanowany. Dlatego Tilly dźga go palcem między żebra, oderwawszy głowę od jego ramienia. Podnosi ją do góry, wzbijając wokół siebie igiełki z drzew i suchą trawę, kiedy unosi się na łokciu w górę. Przymyka na moment powieki, kiedy igły wplątane we włosy wpadają jej do oczu, ale otwierając je, na powrót szuka jego spojrzenia. Zamiast tego natrafia wzrokiem na ślepka wiewiórki, zgarniającej żołędzia z pod Ferranowej ręki, zgiętej w łokciu. Tilly chcąc jej pomóc, wyciąga się, żeby sugestywnie dotknąć jego barku.
    — Winnie — podpowiada szeptem, zwalniając swoje ruchy, żeby nie spłoszyć zwierzęcia. Wisi teraz nad Renem, w zabawnej pozycji, a jej włosy pewnie łaskoczą jego ramię, ale przecież nie chcą przestraszyć wiewiórki, dlatego Tilly pyta cicho, pochylając się niżej nad Ferranem.
    — Pojutrze żegnam się ze swoją pacjentką. Czy chciałbyś mi towarzyszyć w drodze do Churchill?
    Tak naprawdę jechała na pogrzeb, ale slowo to wywoływało w niej smutek i nostalgię. Na samo "pożegnanie" Mathilde pogrążyła się w zastanowieniu. Powoli zsunęła się na łokciach w dół i opadła na męską klatkę piersiową. Podkładając sobie ręce pod brodę, oparła się policzkiem na swoim przedramieniu.
    — Denise to 82-letnia, emerytowana ratowniczka górska. W wieku około trzydziestu lat uratowała małego niedźwiadka. Widziałeś kiedyś niedźwiedzia w Mount Cartier, Ferran? Podobno przyjezdny może się nazwać mieszkańcem Mount Cartier dopiero wtedy, kiedy spotka niedźwiedzia, łosia, renifera, szopa i skunksa. Miałam przyjemność spotkać skunksa.
    Wątpliwą "przyjemność" zważywszy na to, że jego zapachu Tilly pozbywała się długi tydzień. Niemniej Mathilde myślała innymi kategoriami.
    — Myślisz, że skunksy mają miękką sierść? Nie dał się dotknąć. Czy kują? Jak Twoja broda?
    Przejechała dłonią po jego podbródku, gdzie gęsty zarost rzeczywiście srogo smagał delikatną skórę.
    W tym czasie oswojona wiewiórka, zaintrygowana wydarzeniami, stanęła na Ferranowym ramieniu, przyglądając się profilowi jego twarzy jak najbardziej dorodnemu żołędziowi – w zachwycie.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  40. [ Biorąc pod uwagę na kim się wzoruję grając tą postacią to śmiało mogę stwierdzić, że ma szczęście do „trudnych osobników”, tak więc tak szybko się nie zrazi. W miastach jest pełno buractwa, więc spokojnie, oziębły mężczyzna to norma w jej przekonaniu xD Połączenie pomysłów jak najbardziej mi odpowiada więc pozwól, że zacznę. ]

    Audrina szła właśnie jakimś ledwo widocznym wydeptam w lesie, przeklinała cicho pod nosem, ciągnąc za sobą mały drewniany wózeczek.
    - Tak, tak, weź zapuść się w odmęty zieleni kiedy ledwo ogarniasz co się dzieje na tutejszych ulicach… - westchnęła kpiąc sobie z samej siebie. Zatrzymała się i rozejrzała.
    - Miało być prosto i w prawo, tak? Prawo? Nie lewo? – zaczęła pytać samą siebie. Dzisiejszego dnia ruszyła zarobić odrobinę gotówki, przywiozła z miasta kilka ciekawych suwenirów, które zeszły tu jak świeżutkie bułeczki, głównie gazety cieszyły się niezwykłą popularnością. Teraz w jej niewielkim dobytku zostały jeszcze dwa egzemplarzy jakiegoś popularnego brukowca, jeden własnoręcznie wykonany atlas oceanograficzny, który notabene dziewczyna osobiście wykonała na zaliczenie przedmiotu. Poza drygiem do malowania postaci rysunkowych dobrze wychodził jej rysunek techniczny, więc wykładowca, za jej pozwoleniem, oficjalnie rozprowadził po uczelni kopie pracy dziewczyny. Oczywiście i ona dostała kilka na własność, jednak nie zdążyła nic z nimi zrobić, gdyż inny wykładowca postanowił ją oblać… Mniejsza… Oprócz wspomnianych papierów w wózku znajdowały się dobrze wykonane noże myśliwskie, to właśnie z ich powodu tutejsi mieszkańcy zaproponowali Ri wyprawę do lasu. Zgodziła się i ruszyła według wskazówek, jednak miała dziwne wrażenie, że jej codzienne roztrzepanie nie bardzo służyło tej wyprawie. Robiło się już powoli ciemno, a wysokie drzewa jeszcze bardziej potęgowały wrażenie mroku. Dziewczyna zatrzymała się i wzięła głębszy oddech.
    - Dobra, spokojnie, miałaś przecież geografię czubie – znowu zagadała do siebie i już chciała przystąpić do jakiejś analizy, kiedy w oddali zapaliło się światło. Dom! Ri z entuzjazmem rozszerzyła oczy i pognała w kierunku blasku, nie zwracając uwagi na prawie rozpadający się pojazd za jej plecami. Kiedy dotarła na miejsce wzięła kilka głębszych oddechów i spojrzała na posiadłość. Na jej twarzy od razu namalował się szeroki uśmiech. O mamo, w takim domku mogłaby spędzić resztę życia. Zauroczona widokiem zostawiła wózek i jak zahipnotyzowana ruszyła w stronę budowli. Dotknęła lekko ściany i przymknęła oczy, uwielbiała dotyk drewna. Z fascynacją ruszyła wzdłuż belki, dzięki czemu trafiła na uchylone drzwi wejściowe. Zatrzymała się gwałtownie i szybko zamrugała oczyma. Rozejrzała się dookoła, po czym delikatnie ułożyła dłoń na drzwiach.
    - Halo? – zapytała cicho, trochę niepewnie i uchyliła je trochę bardziej. Czyżby komuś coś się stało? Dziewczyna oglądała pełno thrillerów więc zaraz przed oczyma miała wizję znalezienia ciała… Zrobiła kilka kroków i znowu zastygła, wnętrze było po prostu cudowne.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  41. To że się kompletnie nie znali, było właściwie spowodowane przez Ferrana. Gdyby to Polly miała przygarnąć kogoś do swojego domu, na pewno zadałaby przynajmniej kilka podstawowych pytań. Ale może lepiej, że o nic nie pytał. Nie miała ochoty dzielić się swoją historią, która może nie była jakaś tragiczna, jednak tak niepoukładana, że dziewczyna nawet nie wiedziałaby co powiedzieć. Ucieczka od męża nie była dobrze odbierana, zwłaszcza, że tak właściwie nie miała mu nic do zarzucenia. Dlatego pomimo ciekawości kim jest jej współlokator, ten milczący układ nawet ją cieszył. Dowiadywali się o sobie tylko potrzebnych informacji, pozwalając by to ich czyny przemawiały. Polly dostrzegła, że leśniczy jest bardzo zorganizowany, pracowity i raczej należy do perfekcjonistów. Robiła co w jej mocy, by sprostać jego wymaganiom, choć zdawała sobie sprawę, że wiele jej brakuje i większość jej prac wykonałby lepiej.
    Polly także nie spodziewała się gości. Choć w sumie ucieszyłaby się z takich. A nuż przy nich Ferran pokazałby nieco cieplejsze oblicze… Jednak każdy kolejny dzień pokazywał jej, że to raczej się nie wydarzy i trafiła na wyjątkowy okaz samotnika. Chętnie porozmawiałaby z kimkolwiek, bo przecież była tutaj już jakiś czas. Pomimo tego, że często była sama, wcale tego nie lubiła. Potrzebowała innych, by nie oszaleć. Dlatego widok kobiety, na dodatek takiej, którą coś łączyło z leśniczym, nawet ją ucieszył, chociaż trudno było jej uwierzyć w misiaczka. Uznała, że po prostu ludzie mają różne maski i ten surowy mężczyzna potrafi być też czułym partnerem… Jednak szybko została wyprowadzona z błędu. Z początku nie rozumiała co właściwie robi Ferran, gdy jego ręka powędrowała za jej plecy. Do tej pory wydawało się, że faktycznie przestrzegali zasady nie zbliżania się na dwa metry, a tu nagle taka bliskość? Jej mózg działał na najszybszych obrotach, gdy zerkała to na swojego partnera jak się okazało, to na kobietę. W sumie było to dosyć zabawne. Zwłaszcza, gdy zobaczyła jak mężczyzna zacina się, prawdopodobnie szukając w głowie jej imienia, tak jak ona robiła to przed chwilą.
    Gdy zrozumiała co się dzieje, poczuła, że ma dwie opcje. Mogła zaprzeczyć i wpakować leśniczego w jakieś tarapaty, oglądać jak ta kobieta się nad nim znęca. Co mogłoby być zabawne, bo skoro posunął się do wymyślenia ich związku, musiał naprawdę chcieć się jej pozbyć. Mogła też potwierdzić jego wersję i być może zyskać nieco więcej jego przychylności. No i szalenie ciekawiło ją jak dalej potoczy się sytuacja i jak wiele Ferran będzie w stanie zrobić, by udowodnić swoje zaangażowanie w ten związek.
    Szybka decyzja. Odchrząknięcie. Zmarszczenie brwi, po czym posłanie gniewnego spojrzenia Ferranowi.
    - Musisz przedstawiać mnie? – Oparła dłonie na biodrach, niby to zdenerwowana. W końcu jeśli byłaby jego partnerką, raczej nie mogłaby się ucieszyć na widok innej kobiety, zwłaszcza tak wystrojonej i słodko nazywającej jej faceta. – To chyba ja powinnam usłyszeć, kim jest kobieta, która nazywa cię MISIACZKIEM! – dodała oburzona, wchodząc w swoją rolę. Przypomniały się jej zajęcia teatralne w szkole. Improwizacja była jej ulubionym fragmentem. Zawsze była najzabawniejsza.
    - Sypiasz z nim za moimi plecami?! Przyznaj się! – zwróciła się również do kobiety, podnosząc głos. Sama była zdziwiona tym jak łatwo przyszło jej odgrywanie zazdrosnej dziewczyny pana Kaysera.
    Helen wydawała się zdezorientowana. Patrzyła to na Ferrana to na Polly. Cóż, chyba żadne z nich nie wiedziało teraz co tak do końca się dzieje. Trzeba było się dostosować i sprawdzić kto z nich jest najbardziej elastyczny, by zagrać swoją rolę do końca. Choć tak naprawdę żadne nie kłamało. Nie padło słowo o związku.
    - Ja... Ja... nie wiedziałam - bąknęła tylko brunetka, wciąż nie mogąc uwierzyć w to co się właśnie działo.

    OdpowiedzUsuń
  42. Polly była bardzo ciekawa jak rozwinie się sytuacja. Co pomyślała sobie kobieta, czy uwierzyła, czy będzie walczyć o Ferrana. W sumie interesowało ją także kim ona w ogóle jest. Chociaż wątpiła, by udało się jej tego dowiedzieć. W końcu, jak właśnie sobie uświadomiła, nie wiedziała nawet kim jest jej współlokator!
    Na ostrzegawcze spojrzenie mężczyzny, zareagowała tylko wywróceniem oczu. Powoli przyzwyczajała się, że dziewięćdziesiąt procent jej czynów go irytowało lub w jakiś sposób ich nie akceptował. Sam ją w to wciągnął, musiał liczyć się z konsekwencjami. Zresztą, ona tylko spytała, czy z nią sypia bez jej wiedzy… I nawet chętnie by się tego dowiedziała. Czy pan Kayser w ogóle z kimś sypiał? Czy dopuszczał do takiej bliskości? Aż do tej pory nawet o tym nie myślała. W ogóle nie wyobrażała go sobie z kobietą, miała wrażenie, że odtrąca wszystkich. Ale przecież był przystojny i pewnie jak każdy miał swoje potrzeby…
    Rozmyślania o życiu seksualnym jej partnera trochę ją wciągnęły i otrząsnęła się dopiero, gdy znów pojawiła się przerwa w zdaniu, tam gdzie powinno być jej imię. To było całkiem zabawne. Mogłaby mu się przedstawić jakimś strasznie dziwnym imieniem. Ciekawe czy by jej uwierzył… Choć pewnie w ogóle by się to nie zagłębiał. Żałowała, że nie zna jakiejś magicznej sztuczki, by jakoś rozluźnić leśniczego.
    Kiedy drzwi zostały zatrzaśnięte, Polly wbiła swoje spojrzenie w mężczyznę. Tak jak się tego spodziewał, miała milion pytań. Oczywiście, nie sądziła, by od tak nagle zaczął jej opowiadać co takiego wydarzyło się między nimi, czy to jednorazowy wybryk, czy częściej ma się spodziewać odwiedzin różnych kobiet, którym będzie wmawiał, że są szczęśliwą parą. I oczywiście, tak jak podejrzewała, uciszył ją zanim w ogóle zdążyła się zdecydować choćby na jedno pytanie.
    Westchnęła i wywróciła oczami. Zakaz gadania, zakaz pytania. Mógł jej przykleić izolacyjną taśmę do ust, byłoby łatwiej.
    - No wiesz… Poświęciłam się dla Ciebie, powinnam dostać przynajmniej trzy pytania. Coś jak trzy życzenia u dżina – zauważyła z uśmiechem na ustach, nawet jeśli nie łudziła się, że dostanie pozwolenie na zadanie tych pytań. Jednak warto było spróbować. Jakby nie było, mogła powiedzieć kobiecie prawdę i wciąż by się z nią użerał, bo nie wyglądała na łatwą do zbycia.
    Podążyła za wzrokiem mężczyzny i dopiero wtedy przypomniała sobie o przygotowywanym posiłku. Szybko ruszyła do kuchni, by sprawdzić, czy w czasie ich małego przedstawienia nic się nie przypaliło. Na szczęście, jedyną ofiarą były nieco rozgotowane ziemniaki. Ale tyle można było przeżyć. Najważniejsze było przecież mięso, przynajmniej tak zawsze mówił jej dziadek. Ona osobiście wolała warzywa.
    - Zostań, zaraz obiad będzie gotowy – poinformowała leśniczego, wyciągając talerze. Chciała dodać jeszcze „misiaczku”, ale szybko doszła do wniosku, że mogłaby nie przeżyć takiego igrania. No i nie chciała psuć mu jeszcze bardziej humoru. Miała nadzieję, że jej danie mu zasmakuje i może dzięki temu choć trochę w nią uwierzy, zobaczy w niej coś więcej niż tylko irytujące stworzenie, które się go uczepiło i udaje pomocne.

    OdpowiedzUsuń
  43. Audrina była tak zafascynowana panującym tu wystrojem, że nawet odgłos ciężkich buciorów jakoś przeszedł jej mimo chodem. Obróciła się powoli dookoła własnej osi, aby lepiej wszystko tu zobaczyć, a kiedy wróciła do wcześniejszej pozycji jej wzrok spotkał się z… No właśnie. Dziewczyna podskoczyła jak poparzona z głośnym „łohoho” ja ustach i zaraz przytuliła drzwi wejściowe. Jej wzrok, chcąc nie chcąc wylądował na siekierze, a oczy, które już bez „dodatków” były duże, teraz prawie wychodziły na wierzch. Szczęka dziewczyny poruszyła się bezdźwięcznie, a jedna z dłoni zaczęła wskazywać jakieś coś poza leśniczówką.
    - Mo… Mo… Momencik… - zaczęła, wracając spojrzeniem do oczy mężczyzny. Dopiero wtedy jej tańcząca ręka opadła a podniosła się druga, z wyciągniętym palcem wskazującym ku górze.
    - Przeanalizujmy słowo „błahe”, to, co dla Pana jest błahe dla mnie może być bardzo istotne – zaczęła lekko zestresowanym głosem, jednak spojrzenie miała harde. Nie chciała zginąć! Nie w taki sposób! Cholera jasna!
    - Zgubiłam się ok? Nie wiem czy stałam się celem jakiegoś miejskiego żartu i dlaczego trafiłam do chatynki leśnego rzeźnika, wiem, nie powinnam wchodzić, ale to nie jest powód do siekania mnie żywcem! – wystrzeliła te słowa z prędkością karabinu maszynowego, tak, ona też miała w zwyczaju nie ukrywać emocji i bywała zbyt szczera. Znowu spojrzała na siekierę, ponownie uniosła wzrok na twarz mężczyzny.
    - Podobno lubi Pan noże myśliwskie, ale zaczynam obawiać się, że to nie sugeruje nic dobrego – dodała bacznie obserwując właściciela posiadłości.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  44. Polly także miała nadzieję, że Helen szybko nie wróci, a tym bardziej nie zwróci się bezpośrednio do niej. Przez chwilę udawać dziewczynę Ferrana, to jedno, ale ciągnąć to kłamstwo? Na pewno nie wiedziałaby co powiedzieć i bardzo prawdopodobne, że powiedziałaby coś nie tak. A przecież w takim miasteczku jak Mount Cartier trzeba być ostrożnym jeśli chodzi o słowa. Plotka mogła powstać z niczego i szybko zamienić się w coś jeszcze gorszego. Polly chciała mieć czyste konto, nie planowała rozpoczynać swojego życia w miejscu, gdzie ludzie wiedzą więcej o jej związku niż ona sama.
    Na jego słowa zareagowała tylko wzruszeniem ramionami, często tak robiła. Powoli przyzwyczajała się do zachowania mężczyzny i jego wiecznego odmawiania, czy też niereagowania na jej słowa, więc nie przejmowała się tym już zbytnio. Tym bardziej zdziwiła się, gdy usłyszała kolejne zdanie padające z ust leśniczego. Nawet jeśli należały się jej jakieś wyjaśnienia, to wcale ich nie oczekiwała. Miło jednak było dowiedzieć się czegokolwiek i zyskać jakąś jasność.
    Skinęła głową na znak, że rozumie, krojąc sałatkę. Chciała spytać co ma zrobić jeśli Helen wróci, ale wyszedł chwilę później. A przecież powinna to wiedzieć, żeby nie palnąć jakiejś głupoty, o którą później będzie miał do niej pretensje, albo żeby nie zniszczyła jego idealnego planu.
    Kiedy wrócił, skupiła się na nakładaniu mięsa na talerz. Niby prosta czynność, ale miała talent do wywracania gorących naczyń, zwłaszcza jeśli bardzo nie chciała tego robić. A teraz naprawdę zależało jej na tym, by obiad się udał i żeby chociaż w tej kwestii udowodnić Ferranowi, że się co do niej mylił. Fakt, umiejętności gotowania nie były przydatne w tym co miała faktycznie robić, czyli pomagać w lesie, ale mogły stanowić miły dodatek. Kolejne słowa mężczyzny omal nie popsuły jej wysiłków, bo gdy tylko dotarł do niej ich sens, musiała się upewnić, czy to na pewno on powiedział. Odwróciła się szybko w jego stronę, a talerz prawie wypadł jej z rąk. Na szczęście, udało się w porę opanować sytuację.
    - A zdradzisz mi też swoje imię, czy to transakcja jednostronna? – spytała, uśmiechając się wesoło, bo nadal bawił ją fakt, że nie znają swoich imion. Wydawało się to nie do pomyślenia. Już pierwszego dnia powinni się prześwietlić. Zamiast tego po prostu zaakceptowali fakt, że mieszkają razem i tyle.
    - Jestem Polly – przedstawiła się w końcu, opierając się tyłem o kuchenny blat i patrząc na Ferrana. W końcu skoro on mierzył ją spojrzeniem, to ona też mogła trochę sobie popatrzeć. – Jestem gotowa na przesłuchanie – stwierdziła, po czym zabrała się za przenoszenie jedzenia oraz zastawy na stół. Gdy wszystko było gotowe gestem dłoni, zaprosiła leśniczego do posiłku.
    Równocześnie zastanawiała się o co go zapytać i o co on może zapytać ją. Wiedziała, że nie może zadać błahego pytania, na przykład o wiek. To mogła być jej jedyna okazja żeby dowiedzieć się o nim czegokolwiek. Już wiele razy chciała to zrobić. Tymczasem teraz miała zupełną pustkę w głowie. Obawiała się też jego pytań. Nie miała pojęcia co chciałby o niej wiedzieć. Do tej pory nie musiała się zwierzać ze swojej przeszłości i jej to odpowiadało. Nie była gotowa by powiedzieć to wszystko na głos i by stało się to takie rzeczywiste. Choć teoretycznie nie miała powodu by cokolwiek ukrywać. W końcu Ferran był dla niej obcym człowiekiem i nie powinno jej zależeć na jego zdaniu. A mimo to nie chciała by wziął ją za rozpieszczoną dziewczynkę, która nie wie czego chce, za bezduszną osobę, która zostawia męża bez słowa…

    OdpowiedzUsuń
  45. Wzrok Mathilde utkwiony na Winnie, powoli przeniósł się na Ferrana. Skupiał łatwo jej spojrzenie. Tilly lubiła obserwować tą twarz, skupioną, czy spokojną, zaintrygowaną, a nawet tą zaniepokojoną, która z jakiegoś powodu zawsze budziła ciepło w sercu. Pamiętała, kiedy pomyślała, że jest bardzo dobrym człowiekiem, ale nie wiedziała, czy powiedziała to kiedyś głośno. Uśmiechnęła się do swoich myśli, rozczulona ideą zapaloną w umyśle, a wzrok jej posmutniał, chociaż czuła wielką radość, przypominając sobie wieści, jakie ostatnio doszły do jej uszu o nowej życiowej partnerce Ferrana. Tilly miała go za przyjaciela, dlatego z właściwym przyjaciółce oddaniem i zainteresowaniem, przyłożyła dłoń do jego ramienia, nienachalnie próbując skupić jego uwagę, na razie skoncentrowaną na zdrowej już wiewiórce.
    — Czy ufasz mi, Ferran? — spytała łagodnie, prawie szeptem, próbując zrozumieć jego milczenie. W jakiś sposób wieści dochodzące do niej z pośrednich ust, nie sprawiały jej przyjemności. Wolałaby usłyszeć je od niego. Gdyby cokolwiek chciałby jej kiedyś powiedzieć z własnej woli, nieprzymuszony. Czuła pewną przykrość i zawód nad swoją postawą, spowodowany tym, że nie potrafiła lepiej zasłużyć na takie zaufanie. Spuściła więc głowę, nieprzyzwyczajona do posiadania przyjaciela, bo w istocie w swoim życiu nie pamiętała, żeby spotkała jakąś bratnią duszę prócz Matheo. Nie wiedziała więc czy może o to pytać, dlatego z niepewnością zaczesała włosy za ucho, dopiero po momencie, po przemyśleniu, unosząc do niego spojrzenie i utrzymując je, uśmiechnęła się pokrzepiająco.
    — Czy mogę Cię o coś spytać, Ren? To nie będzie pytanie dotyczące bardzo ważnego dla mnie wyjazdu do Churchill, ani nie wspomnę w nim o Twojej brodzie, ale spróbuję Cię tym pytaniem nie urazić, obiecuję. Tak samo mocno i szczerze obiecuję Ci postarać się nie łamać więcej drzew w Twoim lesie. Czy wierzysz mi, że naprawdę nie chciałabym tego zrobić ponownie? Nie specjalnie na pewno.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jego milczenie wydało jej się odpowiednia zgodą. Jedyną szansą, żeby mogła skończyć swoją myśl, póki jeszcze miała odpowiedni rozpęd w słowach, a zwykle dobierała je wbrew pozorom bardziej powściągliwie, niż jej czysty umysł ich wytworzył. Tak wiele miała mu do powiedzenia, a tak wiele myśli trzymała dla siebie, dzieląc się z nim tymi najbardziej wartościowymi. Chciała mu przeznaczyć słowami rzeczy sensowne, mające znaczenie i te najbardziej radosne. Chciała dzielić się z nim swoim szczęściem i promykami na ziemi, bo smutek, jakim go niegdyś obarczyła, wcale mu się nie należał. Dlatego tak bardzo zachwycała ją myśl, że on sam znalazł sobie osobę, która dawała mu taki rodzaj radości. Dlatego nie wiedziała, dlaczego wieść ta ją cieszy i zasmuca w tym samym stopniu. Postanowiła jednak więcej smutków nie okazywać.
      — Chciałam ci pogratulować i życzyć powodzenia na nowej ścieżce. Chciałam, żebyś wiedział, jak bardzo mnie cieszy, że dajesz mi możliwość złożenia ci takich życzeń i jak bardzo to miłe słyszeć, że ci się powodzi. Nie wiedziałam tylko… czy mogę cię spierać w twoim szczęściu, jeśli tak naprawdę nie powiedziałeś mi o swojej obecnej… miłości?
      Wzrok jej się trochę rozmazał, a głos załamał, ale to chyba dobrze, że tak bardzo to przeżywała, jeśli chodziło o przyjaciela.
      — Przepraszam, trochę się martwię. Wydaje mi się, że to dlatego, że nie wiem… czy ja powinnam o tym wiedzieć, Ferran? Bo nie potrafiłabym udać, że nie, jeśli już o tym usłyszałam. Dlatego-dlatego… czy pozwolisz mi się cieszyć razem z tobą?
      Jeśli tej radości Ferran nie wolał od teraz dzielić ze swoją partnerką. Może dlatego jej o niej nie powiedział?

      Tilly

      Usuń
  46. Jesień tego roku okazała się wyjątkowo łaskawa dla mieszkańców Mount Cartier. Mimo połowy września słońce w dalszym ciągu ochoczo wyglądało zza chmur, uśmiechając się radośnie do żyjących życiem końca świata Kanadyjczyków. Wiatr co prawda stawał się coraz chłodniejszy, a wieczorami świszczał między koronami drzew coraz bardziej agresywnie, powoli zmuszając miejscowych do rozpalania kominków, ale wciąż jeszcze rosnące pokłady witaminy D aktywowane pod skórą słonecznymi promieniami nie pozwalały narzekać. Ludzie dalej z werwą opuszczali ciepłe domostwa, by spotkać się z sąsiadami czy wyprowadzić na spacer czworonożnych pupili; mniej liczne okazy miejscowej flory, które nie zdążyły jeszcze pogubić liści, przybrały wiele różnych odcieni żółci i czerwieni, w których mimo pozornego chaosu można było odnaleźć swego rodzaju harmonię; mniejsze i większe zwierzęta buszowały coraz intensywniej w poszukiwaniu schronienia na zbliżającą się coraz żwawiej mroźną zimę.
    Mysie Ayers uwielbiała ten niepowtarzalny klimat. Mnóstwo czasu i kilometrów spędzonych z dala od domu zajęło jej zrozumienie tej prostej, urzekającej prawdy o sobie samej, ale utwierdzała się w niej niezbicie za każdym razem, gdy wkraczała na rozległy teren lasu Quicame lub z zaciętą miną zdobywała kolejną górę. Cisza, spokój i bezpieczeństwo, jakie raz za razem odnajdywała w rodzinnych stronach, napawały ją energią i pociechą, jakich nigdy nie znalazła poza domem, a za którymi tak głęboko tęskniła za młodu. Nic więc dziwnego, że w chwilach smutku, złości czy zwątpienia to w stronę dzikiej natury kierowała się w pierwszym odruchu.
    Od czasu, gdy pedagogiczna kariera Roya legła w gruzach, ciągnąc za sobą do piachu także jego długoletni związek z jak mu się wówczas wydawało, „miłością jego życia”, najstarszy z braci Ayers stał się ciężki w obyciu i niekiedy dla niej samej wprost nie do zniesienia. Mimo że nigdy nie skreśliła go jak większość miasteczka i jako jedna z ostatnich miała jeszcze siłę walczyć o jego dobre samopoczucie za niego, czasem miała go zwyczajnie dość. Niejeden talerz zbiła już w walce o istnienie Roya, nie raz też już zdarła sobie gardło, krzykiem próbując zmusić go od oderwania się od jego puchatej zgrai i wyrwania z tej króliczej samotni. Jednak każda kolejna kłótnia stawała się coraz ostrzejsza, a każdy kolejny padający argument coraz bardziej bolesny. I choć w głębi serca doskonale wiedziała, że dla braci nigdy nie była tylko zwykłą przybłędą, a fakt, że nie miała w sobie ni kropli krwi prawdziwych Ayersów nie stanowił dla nich problemu... Mysie chciała wierzyć, że Royowi tylko się to „wymsknęło”, bo był na nią wściekły, że po raz kolejny wchodzi z buciorami w jego życie, a ona zwyczajnie zbyt przemęczona natłokiem obowiązków, które ostatnio sama na siebie zrzuciła, i tylko dlatego odczuła ten przytyk tak dotkliwie mocno. Bez słowa chwyciła pozostawiony wcześniej na komodzie brata aparat i po krótkiej chwili mocowania się z „letnią” kurtką opuściła jego dom z trzaskiem.
    Kolejna godzina bezwstydnego podglądania mountcartierowskiej fauny u stóp gór Cartiera, snucia się między wiecznie zielonymi świerkami i coraz bardziej doskwierające zmęczenie mięśni pozwoliło jej wreszcie jako tako zapanować nad gorączkowo kotłującymi się pod ciemną czupryną myślami. Zresztą, nawet gdyby nie zdołała, nikt rozsądny bez wsparcia i pełnego ekwipunku nie pozostawałby o tej porze w lesie dłużej, niż to było konieczne. Do zmroku nie pozostało więcej jak dwie godziny, a Mysie wiedziała, że jeśli nie ma ochoty spędzić dzisiejszej nocy na gałęzi jakiegoś drzewa, przemarznięta i budzona najcichszym szelestem, powinna przyspieszyć. Poprawiła przewieszony przez kark pasek aparatu i żwawo ruszyła w stronę miasteczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niebo już szarzało, a przy ziemi zbierała się blada, gęsta mgła, gdy las zaczął rzednąć, a pod nogami mogła dostrzec coraz wyraźniej wydeptaną ścieżkę. Widok leśniczówki prześwitującej niewyraźnie spomiędzy pni sprawił, że kącik ust drgnął jej lekko, jakby kawałek znanej belki nagle dodał jej krzty otuchy. Rozpięła kurtkę, sprawdzając zawartość wewnętrznej kieszeni, a kiedy wyczuła wesoło tkwiącą na swoim miejscu piersiówkę dziadka, uśmiech na jej twarzy stał się odrobinę mniej smutny, a bardziej zadziorny.
      ― Ferran? ― zawołała, przekraczając próg chaty. Pora na odwiedziny nie była najodpowiedniejsza, choć w dalszym ciągu istniało ryzyko, że gospodarza nie zastanie w domu. Sądziła jednak, że i tym razem, jak już od roku, uda jej się wkupić w łaski leśniczego przy pomocy czegoś mocniejszego. Tym skuteczniej, że jej produkcji cynamonowej nalewki jeszcze nie miał okazji kosztować.

      [Po pierwsze przepraszam, że trwało to aż tak długo. Po drugie, że jakoś tego początku nie powala. Muszę jakoś na nowo wdrożyć się w tryb pisania, a fakt, że przerabiałam/zaczynałam pisać od zera ten wątek co najmniej try razy nie jest zbyt pomocny. Wybacz, obiecuję, że dalej będzie już tylko lepiej – a przynajmniej mam nadzieję, że gorzej nie będzie! ;D]

      Mysie Ayers

      Usuń
  47. Nie oczekiwała żadnych komentarzy z jego strony. Ani gdyby mu bardzo zasmakowało, ani gdyby mięso okazało się przeciętne. To prawda, że chciała mu w pewnym sensie coś udowodnić, jednak wiedziała, że nawet jeśli pokaże mu, że potrafi przygotować dziczyznę, niczego tak właściwie to między nimi nie zmieni. Cieszyła się jednak, że pomimo braku wiary w nią, odważył się spróbować jej dania. Chociaż chyba poczułaby się mocno urażona, gdyby nawet te starania całkowicie zignorował. Sama na pewno nie zjadłaby takiej ilości mięsa. O wiele bardziej lubiła warzywa, więc zdecydowana większość porcji była w domyśle dla Ferrana.
    Usiadła przy stole naprzeciwko mężczyzny. Faktycznie czuła się trochę jak na przesłuchaniu, głównie przez czujne spojrzenie jej towarzysza. Starała się mu odpowiedzieć tym samym, jednak była w tym o wiele gorsza, o czym już doskonale oboje wiedzieli – co chwilę odwracała spojrzenie. Mimo to udało się jej dostrzec ten chwilowy grymas, który pojawił się na jego twarzy, gdy powtarzał jej imię. Czy to był uśmiech? Kolejne zaskoczenie tego dnia. Może jednak mieszkała z człowiekiem, a nie maszyną stworzoną tylko na podobieństwo jakiegoś terminatora?
    - Miło mi cię poznać, Ferran – powiedziała z wesołym uśmiechem. Jakby nie było znali się już jakiś czas. Zabawne było to, że tak naprawdę nadal nie znali swoich prawdziwych imion, a jedynie ich skrócone wersje. Jednak Polly to odpowiadało. Zdecydowanie nie chciała zostać znów Pauline. Zresztą, chciała tylko wiedzieć jak się zwracać do leśniczego, nie planowała poszukiwać informacji na jego temat. Nie potrzebowała więcej jego danych osobowych.
    Wiedziała, że po tym jak padły ich imiona, zostanie czas na pytania. I wiedziała jakiego pytania się spodziewać. Mimo to, gdy w końcu ono padło, musiała kupić sobie więcej czasu. By to zrobić, włożyła kawałek dziczyzny do ust i zaczęła je przeżuwać, bawiąc się ziemniakami na talerzu. Nieładny nawyk, ale zawsze tak robiła, najczęściej babrając je jak najbardziej sosem. W zamyśleniu, z zadowoleniem zauważyła, że pomimo niezaplanowanej przerwy w przyrządzaniu posiłku, mięso wyszło jej bardzo dobrze. Ciekawe, czy Ferran podzieli jej zdanie.
    - Nie mówiłam o koledze, tylko o znajomym - zauważyła, chociaż to nie miało większego znaczenia. Ale jakby nie było, jej dziadek był w jakimś stopniu jej znajomym. W końcu go znała. Spojrzała na leśniczego i uśmiechnęła się zamyślona, gdy śledziła powoli rysy jego twarzy. Czasami przypominał jej właśnie dziadka. Nie z wyglądu, ale tą swoją surowością, spokojem, opanowaniem. Były to jedne z wielu cech, które podziwiała i które ją zaskakiwały.
    - Ale w sumie masz rację. Chodziło o mojego dziadka… - zawahała się i znów wlepiła spojrzenie w talerz. Przerażało ją myślenie o dziadku i o tym co mogło się z nim stać. Zagryzła lekko dolną wargę, wiedząc, że mężczyzna bada czujnie każdą jej reakcję. – Nie mogłam dłużej żyć tak jak żyłam, chciałam zacząć od nowa… Nie wiedziałam gdzie iść, co zrobić, a on był w sumie jedyną osobą, do której wiedziałam, że zawsze mogę się zwrócić… Tylko go tu nie zastałam – wyjaśniła po krótce, nie wgłębiając się w szczegóły. Jeśli będzie chciał je poznać, to zapyta. Zresztą, co miałoby go obchodzić jej nieudane małżeństwo, jej zagubienie i wszystko inne co wydarzyło się kiedyś?
    Podniosła znów spojrzenie na swojego rozmówcę i przekrzywiła głowę, zastanawiając się, jakie pytanie to ona powinna mu zadać. Nie chciała zmarnować szansy na jakieś błahe rzeczy.
    - Dlaczego tak bardzo stronisz od ludzi? – spytała w końcu. Musiała poznać przyczynę jego samotności, skoro miała z nim żyć. Inaczej zawsze miał być tylko jakimś dziwakiem, a przecież jego wyobcowanie musiało mieć jakiś powód. I nie był to na pewno fakt, że większość osób to idioci.

    OdpowiedzUsuń
  48. Obserwowała wyraźnie wstępująca na jego twarz zmarszczkę. Wyraz malującej się na jego twarzy złości. Mathilde dojrzewała w większych miastach. Tak naprawdę pierwszą jej przyjaźnią był jej były mąż, więc i nie miała okazji przekonać się o sile plotek, nie będąc nigdy narażoną na zetknięcie się z różnego rodzaju pogłoskami, którymi miałaby być zainteresowana. Dlatego nie od razu idczytala powód Ferranowego rozdrażnienia. Im dłużej jednak się mu orzygladala, tym większej nabierała pewności o swoim nietakcie i niezrozumieniu. To samo niezrozumienie odbijało się teraz na jej twarzy. Zacisnęła lekko usta, nawilzajac wargi z roztargnienia i zagryzła jedną z nich od środka, powstrzymując w sobie chęć przeproszenia lub spytania czy zrobiła coś źle. Miała dziwne przeczucie, że mogłaby tym sposobem podrażnić go jeszcze bardziej. Dlatego poruszyła się mozolnie zaciskając palce na swoich udach i spuszczając dłoń, zdradziła niegłośno swoje myśli.
    - Trochę mnie to cieszy. Miałam nadzieję, że gdyby było inaczej, powiedziałbyś.
    Unosząc wzrok wyżej, natknąła się na profil jego twarzy. Wąsko zacisnięte usta, a przynajmniej nieco wyżej niż zwykle, zdradzały jego negatywne emocje, dlatego Tilly, postępując instynktownie, zbliżyła się do mężczyzny. Siadając za nim przyjechała dłonią po jego karku, wykonując machinalny, okrężny ruch palcami wokół jego kręgów w próbie uspokojenia mężczyzny zanim oparła lekko podbródek na jego barku. Drugą rękę wsunęła pod jego ramię, obejmując nią je. Czuła jego ciepło i własne, przyspieszone bicie serca, kiedy musnęła wargami jego ramię. Chciała przeprosić, ale coś ją powstrzymywało. Dlatego ostatecznie, nie chcąc aby to nieprzyjemne napięcie między nimi wzrastało, glaskała jego ramię palcami.
    - Matheo i ja też nie jesteśmy razem.
    Nie wiedziala, czy ma to jakieś znaczenie, ale chciała mu powiedzieć. Nie była też pewna czy może, ale myśl, ze się dowiedział już teraz ją trochę pokrzepiała. Chowając mimo to twarz w jego ramieniu, czuła obezwladniajacy ja gorąc na ciele i na twarzy. Starała się mu powiedzieć wszystko, zanim głos zaczalby jej drzec.
    - Trochę ponad miesiąc temu wysłał mi pozew rozwodowy. Kilka dni temu mieliśmy sprawę rozwodową. Z końcem tygodnia przeprowadzam się do pensjonatu. Okazuje się, ze Theo nie był najemcą. Wykupił dom. W podziale majątku należał do niego. Mogę go kupić, ale jeszcze trochę mi brakuje.
    Zawiesiła ton, albo to głos sam jej sie zawiesil. Jaki by nie był powód, zapadła cisza, przerywana tylko głębokim oddechem Tilly.
    Winnie przestraszona zimnym tonem Ferrana, zdążyła ich opuścić. Fileon już dawno, jak tylko zauważył ze nie dostanie jeść.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  49. Miałam wysłać w ubiegłym tygodniu, ale wysyłam dopiero teraz. Ważne jednak, że o niczym nie zapomniałam, o! W każdym razie za oswajanie wiewiórek na fabule (popieram, popieram takie wybryki!) należy Ci się przepiękna, ręcznie (tak naprawdę graficznie, ale cii...) wykonana przez LeChat ikonka z rudą kitą. Także niech od tej pory przypomina o pamiętnym wątku ze zwierzaczkiem w tle. Niedługo dołączy też do kolekcji ikonka ze spływu, ale to jak już będę mieć dostęp do programu graficznego.

    nie istnieję

    OdpowiedzUsuń
  50. Audrina podskoczyła delikatnie gdy drzwi leśniczówki się zamknęły, jednak zdanie mężczyzny wyraźnie ją uspokoiło, odetchnęła z ulgą. Przez myśl przeszło jej, że musiała się nieźle wygłupić z tą sceną, jednak nie bardzo się tym przejęła. Subtelny uśmiech wkradł się na jej twarz, gdyż znowu fakt przebywania w tak pięknie urządzonym miejscu wziął górę nad obecnością właściciela posiadłości. Powędrowała za nim wzrokiem i słysząc o nożach zamrugała szybciej oczyma. Zerknęła jeszcze na wspomnianą przez niego drogę, jednak nie planowała tak łatwo dawać za wygraną.
    - Masz rację, mogę mieć błędne informacje, ale… Może jednak nie zaszkodzi zerknąć do wózka? To naprawdę nie zajmie dużo czasu, z resztą – tu uśmiechnęła się nieco szerzej – ja go zaraz tutaj przytargam – dodała zanim cokolwiek powiedział i już zaraz była na zewnątrz, rozglądając się za pozostawionym „towarem”. Miała cichą nadzieję, że mężczyzna nie zamknie drzwi za jej plecami, jednak biorąc pod uwagę jego gościnność stwierdziła, że jest to bardzo prawdopodobne i zdecydowanie przyspieszyła tępo. Już zaraz znowu była przy drzwiach, poprawiła kosmki włosów wpadające do oczu i złapała do ręki swój atlas. W wózku rzeczywiście leżały noże, jednak dziewczyna nie znała się na nich ani trochę, jej były zawsze nie omieszkał tego wygarnąć, dodając, że tak go niby kocha, a nawet nie kwapi się, aby nieco bardziej zainteresować się jego hobby. Jakby nie wystarczało, że z uśmiechem na ustach słuchała tych wszystkich niesamowitych opowiadań z nożami związanymi… eh. Nie dając się zjeść wspomnieniom znowu spojrzała na mężczyznę.
    - Nawet jeżeli nie noże, to może chciałbyś… Znaczy chciałby Pan, to jest… uh – westchnęła. – Po prostu mam taki atlas oceanograficzny, brukowców nawet nie będę proponować. Śmiem twierdzić, że ma Pan gdzieś co się dzieje w wielkim świecie, oczywiście nie żeby to była jakaś ujma – wyjaśniła. Strach całkowicie zniknął z jej twarzy, gościł na niej pogodny uśmiech i nie chodziło tu o możliwą transakcję, dziewczyna po prostu z natury miała dość pogodny wyraz twarzy. Tak przynajmniej wiele razy słyszała.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  51. Polly nie widziała dla siebie innej opcji niż zaczęcie od nowa. Mogła próbować ratować małżeństwo, tylko jak? Powiedzieć mężowi, że go nie kocha, że wszystko na czym opierał się ich związek to kłamstwo? Nagle znaleźć dość siły, by być przy nim sobą? Nie była w stanie tego zrobić. Nie było żadnego punktu zaczepienia w jej życiu, jakiejś stałej do której zawsze mogłaby wrócić. Był tylko dziadek i Mount Cartier... Gdzie okazało się, że jej jedyna opcja zniknęła i nie było już wyjścia – musiała zacząć całkowicie od nowa. Jeśli w ogóle ktoś mógł kiedykolwiek zacząć coś od nowa. Bo przecież całej przeszłości nie wymaże.
    Jeśli chodzi o wygląd, to dziewczyna wdała się w ojca, który nie wychował się w miasteczku. Po matce, a tym samym po ukochanym dziadku miała drobne cechy, których ktoś słabo znający te osoby, mógł nie dostrzec – przede wszystkim kolor oczu i uśmiech. Kto jednak patrzyłby w oczy starszemu panu? Niewiele osób, nic więc dziwnego, że nikt jeszcze nie skojarzył Pauline z odpowiednim mężczyzną.
    Pokręciła lekko głową, gdy usłyszała jego odpowiedź. Nie była zbyt wyczerpująca i zdecydowanie nie zaspokoiła jej ciekawości. Tyle mogła się domyślić. Choć chyba nie mogła mieć do niego pretensji – jej wypowiedź także nie była zbyt wyczerpująca.
    - Nadmiarem jest nawet jedna osoba? – uniosła lekko brew i uśmiechnęła się do niego. Było to retoryczne pytanie, bo doskonale znała odpowiedź. I miała nadzieję, że nie odliczy tego od jej puli trzech pytań. – Wiesz, mi nadmiar cukru też szkodzi, a mimo to ciągle jem słodycze – stwierdziła, po czym wróciła do swojego posiłku. Zaczęła myśleć nad kolejną odpowiedzią, której miała mu udzielić. Wymagał szczerości, jednak nie miała ochoty dzielić się z nim wszystkimi szczegółami swojej przeszłości.
    - Hm… Miałeś kiedyś wrażenie, że wszystko co Cię otacza to kłamstwo? Że patrzysz na odbicie w lustrze i widzisz kogoś kogo nie znasz? – zagryzła lekko wargę, zastanawiając się, czy potrafi w ogóle wyjaśnić swoją sytuację. – Brzmi to jak fragment z jakiejś łzawej piosenki – zauważyła, zerkając przelotnie na twarz Ferrana i posyłając mu przyjazny uśmiech. – Wmawiano mi szczęście tak długo, że w końcu w to uwierzyłam. I dopiero niedawno zrozumiałam, że nie potrafię tak dłużej żyć. Niestety, w międzyczasie tak bardzo zabrnęłam w te wszystkie kłamstwa i udawanie kogoś kim nie jestem, że jedyną opcją jaka mi zostało był przyjazd tutaj, odcięcie się od tego wszystkiego – wypuściła z siebie powietrze. Miała wrażenie, że brzmi jak idiotka. Mogła powiedzieć wprost, że zostawiła męża, bo uświadomiła sobie, że go nie kocha. Ale coś sprawiało, że nie chciała dzielić się tym faktem z Ferranem. Chyba obawiała się, że ją potępi. Bo przecież jaka kobieta zostawia swojego mężczyznę bez słowa? Wiedziała, że zachowała się nie w porządku, że jest tchórzem. Leśniczy nie musiał tego wiedzieć.
    Po skończonej wypowiedzi, przyjrzała się mu dłużej. Zastanawiała się czy ciągnąć temat jego aspołeczności, czy spróbować czegoś innego. W końcu przeszła do pytania, które wydawało się jej istotniejsze niż fakt, że ma alergię na ludzi.
    - Co kochasz, uwielbiasz? Bez czego nie umiałbyś żyć? – po raz kolejny zagryzła nieco nerwowo wargę, zastanawiając się, czy w ogóle usłyszy odpowiedź, czy znów zostanie spławiona. A naprawdę chciała dowiedzieć się co takiego sprawia przyjemność Ferranowi. Przecież nie mógł przez cały czas chodzić nadąsany i tylko zajmować się lasem. Każdy potrzebował czegoś co sprawiałoby mu radość. – Oczywiście, poza mrożeniem ludzi spojrzeniem – dodała po chwili, bo do tej pory to było jedyne hobby leśniczego, jakie zdążyła dostrzec.

    OdpowiedzUsuń
  52. Audrina zazwyczaj nie była natrętna, ba, wręcz przeciwnie, czasem szokowała tym jak łatwo odpuszcza, starczyło zwykłe „nie odzywaj się do mnie” i już, przestawała się odzywać. Jednak w tym przypadku chodziło o coś innego, nie chciała gnieździć się w zajeździe, nie chciała też ciągnąć pieniędzy od rodziców, od dawna tego nie robiła. Właśnie dlatego uznała, że mimo chłodnej aury otaczającej leśniczego warto spróbować. Można było jej zarzucić zawziętość, z natręctwem mniej by się zgodziła.
    Subtelny uśmiech nie znikał z jej twarzy nawet kiedy mężczyzna całym sobą wyrażał niechęć do niezapowiedzianych gości, prawdę mówiąc brak siekiery w jego dłoni mocno ułatwiał sprawę. Gdy przyznał jej rację po prostu uśmiechnęła się trochę szerzej, odpowiedź wcale jej nie zdziwiła, nawet ona mieszkając w mieście nie interesowała się brukowcami, a znanych aktorów głównie kojarzyła po tytułach filmów i imionach odgrywanych przez nich postaci. Kiedy się zbliżył dziewczyna nawet nie drgnęła, w prawdzie miewała odruchy bezwarunkowe, jednak te dotyczyły zbyt natarczywego dotyku czy mocnego naruszania jej przestrzeni prywatnej. Spojrzała po prostu w oczy rozmówcy, a na zaczepne pytanie uniosła kącik ust w zadziornym uśmiechu. O losie, znajomi zawsze mówili jej, że jest największym zboczeńcem jakiego znają, ona oczywiście wszelkie skojarzenia ubierała w żarty, ale nie omieszkała nie skorzystać z możliwości niewinnego droczenia się.
    - Oh, no nie wiem, może małe co nieco przy tym ślicznym kominku wewnątrz domku? – zaproponowała, również z lekką ironią w głosie i zaraz zaśmiała się delikatnie.
    - No proszę, chce mnie Pan zbałamucić za nóż z stali nierdzewnej i atlas nad którym siedziałam miesiącami – dodała żartobliwie kręcąc głową.
    - Oczywiście, że chodzi mi i gotówkę, jestem tutaj nowa, bez pracy, bez własnego kąta. Pomyślałam, że sprzedam te pierdołki, tak żeby mieć na start – wyjaśniła posyłając mu ciepły uśmiech.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  53. Wiele osób miewało momenty, że nie rozpoznawało swojego odbicia w lustrze. Każdy czasem robił coś o co się nie podejrzewał, albo co wywierało ogromny wpływ na psychikę. U Polly problem był taki, że dla niej to już nie były momenty. Życiowe wybory, ciągłe okłamywanie siebie i innych doprowadziły do tego, że tylko chwilami widziała prawdziwą siebie, zamiast wykreowanej postaci. Brakowało jej sił, by przeciwstawiać się innym, była zbyt uległa i efekt był jaki był. Dopiero teraz oprzytomniała i chciała w końcu zawalczyć o siebie. Nawet jeśli wiązało się to z drastycznymi zmianami.
    Z ciekawością czekała na odpowiedź mężczyzny. Do tej pory nie widziała go zajętego czymś co ludzie mogliby uznać za hobby. Głównie pracował. Miała jednak nadzieję, że ma jakąś ukrytą pasję, albo przynajmniej jakieś drobne przyjemnostki, które uwielbia. Gdy więc usłyszała słowa, które padły z jego ust, zrobiło się jej smutno. Chociaż praktycznie się nie znali i traktował ją bardzo ozięble, to w jakimś stopniu go polubiła i życzyła mu wszystkiego co najlepsze. Zaś życie bez czegoś cennego wydawało się jej niesamowicie przykre. Nie potrafiła sobie tego nawet wyobrazić. Ona nie potrafiłaby żyć bez wielu rzeczy. Wiele z nich było głupstwami takimi jak bezy, nocne spacery, czy kreskówki, ale były i w licznych momentach smutku choć trochę ją pocieszały.
    Ostatnie pytanie było chyba najłatwiejsze ze wszystkich. Wiedziała, że nie wie czego by chciała, więc odpowiedź była prosta. Nie zastanawiała się jeszcze gdzie spędzi swoją przyszłość, jak długo zabawi w Mount Cartier. Całe życie planowała, teraz uznała, że nie przynosi to dobrych skutków i lepiej zdać się na łaskę losu. Zobaczy gdzie ostatecznie wyląduje.
    - Chciałabym być tam gdzie będę szczęśliwa. Albo przynajmniej gdzie nie będę nieszczęśliwa – odparła. – Na razie mam tutaj wszystko czego potrzebuję, więc pomęczę cię jeszcze jakiś czas swoim towarzystwem – zapowiedziała, posyłając mu łobuzerski uśmiech. Święty spokój i przynajmniej częściowa niezależność, tego aktualnie oczekiwała. Leśniczówka jej to dawała i nawet jeśli w tej ofercie dostała ponurego leśniczego gratis, to bardzo jej to wszystko odpowiadało. Może było nawet lepiej niż gdyby trafiła do dziadka, który swoją troską mógłby ją przytłoczyć.
    - Czym były te rzeczy, które kochałeś? – zadała swoje ostatnie pytanie. Ich wymiana miała im rozjaśnić nieco sytuację drugiej osoby. Tymczasem w głowie Polly pojawił się kolejny milion spraw, o które chciałaby go spytać. Chciałaby rozwinąć wszystkie rozpoczęte kwestie, poznać swojego współlokatora. Nie był banalną osobą, która jest obrażona na cały świat bo tak, była tego pewna. Niewątpliwie przeżył dość, by móc o tym opowiadać przez cały dzień i noc, a nawet dłużej. Miały jej wystarczyć trzy krótkie zdania? Mimo to nie planowała łamać zawartej między nimi umowy, dlatego czekała tylko na ostatnią odpowiedź, śledząc leśniczego wzrokiem i szukając w nim tych wszystkich rzeczy, o które nie miała szansy zapytać.

    OdpowiedzUsuń
  54. Tilly drgnęła pod naporem jego dloniw na plecach. Jednak tylko dlatego, że ciężar ten uswiadomił jej, że kręgosłup boli ją po upadku, tak samo, jak i wszystkie mięśnie. Zwlaszcza bok nogi. Rozmasowała ją uwolnioną z uścisku ręką i rozmasowała kilkoma okrężnymi ruchami.
    W tym czasie Ferran zdążył objąć ją ciaśniej, z pytaniem na ustach. Jej wzrok był nieco przymglony i rozproszony kiedy na niego spojrzała, ale uśmiechnęła się łagodnie, chociaż uśmiech ten nie sięgał oczu.
    - Tak, możesz, ale wcale nie musisz. Wszystko jest dobrze. Bedzie dobrze.
    Okręciła się w miejscu, opierając się dłonią pomiędzy ich ciałami i siadła przodem do Ferrana, ale dalej obok niego. Siadając na swoich stopach, patrzyła mu w oczy przez chwilę, az w końcu przechyliła głowę na bok.
    - Wydajesz się inny.
    Wychylając się wpzód, przyjrzała się mu z bliska. Owiewając jego skórę ciepłem swojego oddechu, obserwowała go bacznie.
    - Bardziej spięty. Masz tutaj zmarszczkę - dotknęła kciukiem jego czoła, a myśli uciekły jje gdzieś daleko, bo przez chwilę oddech miała spokojny, prawie tak miarowy jak we śnie, a chociaż oczy patrzyły, niczego nie odnotowywały.
    - Bywasz czasem smutny, Ren? Albo samotny?
    Wstrząsnęła głową, odrzucając tą drugą myśl.
    - Nie. Nie mieszkasz już sam. Ale czy nie chciałbyś się czasem do kogoś przytulić? Ren? Przy kimś obudzić? Pomóc, nie pytając czy możesz, ani nie musząc. Tak po prostu.
    Tutaj sciszyla głos do szeptu, jakby zdradzała mu tajemnicę. Jej cichy ton był ulotny, ciężki do schwytania.
    - Nie chcesz się drugi raz zakochać?
    Słowa upłynęły do powietrza i zmieszały się z dźwiękami lasu, tak, że mógł udać, że ich nie słyszał. Albo uznać jedno i drugie za kompletną całość co zamierzał jako bodziec odebrać i na niego odpowiedzieć.
    - Wiem, że kiedyś się na pewno zakochasz. Ale nie rób tego za szybko. Będę za Tobą tęsknić, Ren. Jeśli będziesz się chciał do kogoś przytulić, możesz do mnie. Możesz się obok mnie obudzić, jeśli będziesz się trzymał swojej połowy. Jak nie masz komu pomóc bezinteresownie, pomóż małym kotom.
    Chciała chyba powiedzieć, żeby jej nie zostawiał, kiedy już zdążyła się przywiązać, bo wszyscy na których jej zależało ją opuszczali, albo opuszczali ten świat. A pierwsze bolało chyba nawet bardziej niż drugie.
    - I ostatnie pytanie... - zawiesila glosz trochę skrępowana jego treścią - czy Ciebie tez wszystko boli?
    Bo jak to tak... Przez nia. Bo to ona na niego spadla.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  55. Polly również miała dobre przeczucia jeśli chodzi o Mount Cariter. Miasteczko było na tyle dobrze odcięte od cywilizacji, że łatwo można tu było zapomnieć o całej przeszłości i przestać myśleć o przyszłości. Czego chcieć więcej póki miało się dach nad głową i coś do zjedzenia? Dziewczyna była pozytywnie nastawiona, mimo wszystkich swoich obaw. Nie chciała jednak zapeszać i trzymała się tego co działo się w danym momencie.
    Większość tematów, jakie chciała poruszyć, prawdopodobnie należało do tych zakazanych. Ale teraz obiecali sobie trzy szczere odpowiedzi na dowolne pytania, więc musiała skorzystać z tej okazji. Zwłaszcza, że i tak Ferran bardzo mało jej wyjawił. Musiała pytać o przeszłość, bo niestety, to ona kształtowała. I nawet jeśli w Mount Cartier można było o niej zapomnieć, ona wciąż istniała i odbijała się w każdym czynie. Zwłaszcza jeśli chodziło o sprawy, które wzbudzały w człowieku uczucia.
    Słowa jakie padły z jego ust, po raz kolejny jej nie wystarczyły. Nie spodziewała się jednak zbyt wiele, więc i tak cieszyła się że dostała cokolwiek. Bo nawet to wzbudziło jej zainteresowanie. Szczególnie wspomnienie sztuki. Nie wyglądał na człowieka, który by się nią zajmował. Był zbyt surowy, zbyt… męski? Choć przecież nie powinno się myśleć zbyt stereotypowo. Było mnóstwo facetów takich jak on, którzy nie tylko interesowali się sztuką ale byli też z tego znani.
    - Jesteś strasznie tajemniczy – stwierdziła, wywracając oczami, choć chyba doskonale o tym wiedział. W końcu sam zachowywał dla siebie swoje tajemnice. – Ale i tak cię lubię – dodała po krótkim namyśle, posyłając mu promienny uśmiech. Mówiła szczerze, nawet jeśli mogło wydawać się to dziwne. Nie miał zbyt wielu cech, którymi mógłby zaskarbić sobie jej sympatię. Wręcz przeciwnie – czasem jego zachowanie powinno ją wręcz odpychać. Mimo to wzbudzał w niej pozytywne emocje. Może dlatego, że zawsze miała słabość do dziwaków? Intrygowali ją, nie nudziła się z nimi.
    Upiła łyk kompotu, zerkając na niego. Był naprawdę smaczny i nie przypominała sobie by kiedykolwiek piła ten napój. Może kiedyś dziadek ją nim poczęstował, albo rodzina kupiła coś w sklepie co miało smakować jak oryginał.
    - Dziękuję za komplement – powiedziała jeszcze. Ferran mówił tak mało, że z łatwością mogła przeanalizować wszystkie jego słowa. Także ukrytą pochwałę jej dania. Musiała przyznać, że zrobiło się jej naprawdę miło. W końcu to właśnie chciała uzyskać.

    OdpowiedzUsuń
  56. Audrina, nadal z lekkim rozbawieniem na twarzy przyglądała się leśniczemu. Miała dziwne wrażenie, że w przeciągu tych kilku minut przybrał już ze trzy maski, od „rzeźnika z lasu” po „leśnego zboczeńca”, oczywiście nieustannie zahaczając o „Pana mam wyjebane”. Prawdę mówiąc nie przeszkadzało to jej w najmniejszym stopniu. W swoim życiu spotkała osoby o, o wiele bardziej zniechęcającym do konwersacji charakterze. Tutaj było odwrotnie, dialog uznała za przyjemny i konkretny, bez sztucznych uśmiechów czy wymuszonych przyjemności, a takie rozmowy i relacje ceniła najbardziej. W końcu znajomi nie raz powiedzieli jej, że jest chamska nawet wobec przyjaciół, a ona po prostu mówiła co myśli. Nie miała zamiaru tego zmieniać nawet, a raczej szczególnie teraz, kiedy była kimś nowym w otoczeniu.
    Widząc jak mężczyzna bezceremonialnie sięga po atlas nie oponowała, po prostu podała mu go do ręki, w końcu miał prawo obejrzeć towar przed zakupem. Delikatny uśmiech nadal gościł na jej twarzy, a gdy usłyszała pytanie przygryzła lekko dolną wargę w geście zastanowienia, zerkając jeszcze kątem oczu w bok. Tak, nie ustaliła konkretnych cen, nawet o tym myślała, ale już na początku sprzedaży wyszło na jaw, że tutaj popularne jest targowanie się i kiedy chciała rzucić jakąkolwiek cenę kiedy usłyszała jego propozycję. Wróciła wzrokiem do oczu mężczyzny i ponownie lekko się zaśmiała.
    - Jeżeli o czas chodzi to mógł Pan sobie oszczędzić to pytanie i od razu rzucić cenę – zauważyła i zaraz lekko potaknęła głową.
    - Pięćdziesiąt dolarów jak najbardziej mnie satysfakcjonuje – przyznała, w sumie obstawiała, że rzuci niższą cenę, więc nie miała zamiaru oponować. Zadowolona i tak była z samego faktu, że jedyne co pozostało w wózeczku to kilka brukowców i dwa noże. Po udanej transakcji westchnęła głośno i zerknęła niepewnie na wcześniej wskazaną przez leśniczego drogę. Robiło się naprawdę ciemno, a do zajazdu miała kawałek.
    - Cóż, najwyraźniej herbata lipowa będzie konieczna zaraz po przekroczeniu progu pokoju – powiedziała do siebie i zaraz zerknęła na właściciela leśniczówki.
    - To tak, o, do siebie czasem mówię – uśmiechnęła się niewinnie i zaraz wyminęła mężczyznę. – Bardzo przyjemnie robi się z Panem interesy Panie leśniczy, nie będę już zabierać… - czasu… tak, pewnie by to powiedziała, gdyby nie wózeczek, który postanowił pozbyć się spowalniającej go „kończyny” i zahaczył o podłoże, przez co Aurdina potknęła się o własne nogi i wywinęła epickiego orła prosto na ziemię.
    - Nic mi nie jest, nic mi nie jest! – zakomunikowała zaraz po kilku głębszych wdechach, na szczęście wylądowała na kolanach i zdążyła podeprzeć się dłońmi.
    - Cholerne cholerstwo … - syknęła pod nosem powoli zbierając się z ziemi. Wtedy poczuła ból w kolanie. Kilka lat temu uległa wypadkowi i noga w tym miejscu musiała być szyta, przez co w takich sytuacjach sprawiała dodatkowe problemy, jednak Ri nie lubiła okazywać słabości więc po prostu zastygła na chwilę na ugiętych kolanach i uspokajała oddech.
    - Życie mi mignęło przed oczyma, muszę się uspokoić – palnęła pierwsze lepsze w ramach wyjaśnień i zaśmiała się delikatnie, a ciche syknięcie mimowolnie wydostało się z jej ust gdzieś pomiędzy śmiechem.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  57. Bycie tajemniczym nie musiało wiązać się z żadną niesamowitą historią. Chodziło w tym raczej o postawę, o aurę jaką się roztaczało i to jak sprawiało się, że człowiek chciał dowiedzieć się więcej, a nie mógł. Zresztą, gdyby Polly znała historię Ferrana wcale nie uważałaby jej za zwyczajną. Może jeśli popatrzeć na całość społeczeństwa, to tak. Żołnierzy było wielu. Jednak dziewczyna nie znała zbyt wielu osobiście, a już tym bardziej nie znała tak młodych jak jej współlokator. To jej przeszłość była banalna. On się poświęcił, zdobył się na coś na co większość nie była w stanie, widział rzeczy, które inni mogli oglądać tylko w filmach.
    Reszta wieczoru, jak i kolejne dni były zwyczajne. Atmosfera uległa nieco poprawie, jednak wciąż oboje skupiali się na swoich zajęciach. Nie przeszkadzało to pannie Hyde. Wciąż cieszyła się wolnością, którą sobie wywalczyła. Uwielbiała chodzić po lesie i podziwiać naturę, nawet jeśli czasami wiązało się to z trudniejszymi zadaniami. Te z kolei jej nie przeszkadzały, bo lubiła kłaść się do łóżka zmęczona. Wtedy czuła, że coś zrobiła, a satysfakcja była tym większa im lepiej udawało się jej wykonać zadanie. Nie przepadała za to za nadmiarem wolnego czasu. Nie miała wtedy co ze sobą zrobić. Odczuwała przez to brak swoich rzeczy, które zostały w jej mieszkaniu. Próbowała zająć się wszystkim – gotowała, spacerowała, czytała, oglądała telewizję, ale mimo to momentami tęskniła za swoimi dawnymi nawykami i umilaczami czasu. Samotność też jej zaczynała doskwierać. Wciąż nie miała znajomych w miasteczku poza Ferranem, który nie sprawdzał się jako towarzysz na tyle dobrze, by zabić to uczucie. Czasami kręciła się wokół niego, gdy jej się nudziło, oczywiście, tak by mu nie przeszkadzać, jedynie by czuć obecność drugiej osoby. Nie była przyzwyczajona spędzać tyle czasu samej, bo choć między nią a mężem nie było idealnie, to przynajmniej był.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tę sobotę, korzystając z ostatnich w miarę ciepłych dni, siedziała na werandzie i bazgrała w zeszycie, próbując udawać, że zamiast długopisu ma pędzel, a zamiast kartki płótno. Zamyślona, rysowała najróżniejsze rzeczy, a czasami odpływała wsłuchując się w dudnienie dochodzące gdzieś z góry. W pewnym momencie jej trans przerwał jakiś intruz. Nie znała go, ale ten szybko załatwił to po co przyszedł – przedstawił się, wręczył jej dokumenty i powiedział, że to bardzo pilne. Co zrobić? Polly wzięła kartki i poszła szukać leśniczego. Po dźwiękach jakie dochodziły do niej wcześniej domyśliła się, że jest na strychu, więc bez namysłu tam poszła. Nie zastała tam jednak mężczyzny. Już chciała wyjść, ale coś przyciągnęło jej uwagę. Cóż, takie miejsca jak to zawsze były ciekawe. Ludzie kryli na strychach wszystko to na co nie mieli już miejsca w domu, co wydawało się już przestarzałe i niepotrzebne, a mimo to darzyło się owe przedmioty sentymentem, który nie pozwalał ich wyrzucić. Mimowolnie zaczęła się rozglądać. Co takiego zatrzymał Ferran? Dostrzegła trochę rupieci, typowych do odkładania z myślą, że kiedyś może się przydać, mnóstwo skrzyń i pudeł. I coś, co wyglądało najbardziej intrygująco – szkatułkę. Po co mężczyznom szkatułki? Odruchowo podeszła bliżej, by zerknąć jaka jest jej zawartość. Nie znała się na wojsku, a tym bardziej na odznaczeniach, jednak jeden rzut oka wystarczył by dowiedzieć się, czym musiał się zajmować mężczyzna. Później zwróciła też uwagę na leżący w pobliżu album. Wiedziała, że nie powinna, a jednak zaczęła przyglądać się kolejnym zdjęciom z zaciekawieniem. Od razu rozpoznała Ferrana, choć był tam młodszy i weselszy, na dodatek w mundurze. W takim wydaniu wydawał się jeszcze przystojniejszy. Nie chodziło tylko o magiczną moc mundurów, ani o wiek (bo w przypadku mężczyzn ten często działał na korzyść), a właśnie o ten uśmiech. Chciałaby znać go takiego. Radosnego. Kochającego coś.
      Zamyślona, patrzyła na fotografię, aż omal nie dostała zawału, gdy usłyszała zbliżające się kroki. Podskoczyła i natychmiast odwróciła się od pamiątek. Zupełnie jak dziecko przyłapane na jakimś zakazanym czynie.
      - Przyszły jakieś dokumenty od burmistrza. Podobno to strasznie pilne – zakłopotana, pospiesznie wytłumaczyła powód swojej obecności na strychu.

      Usuń
  58. Dziewczyna widząc rękę skorzystała z pomocy, jednak szybko ją puściła nie chcąc za bardzo się naprzykrzać. Słysząc słowa leśniczego znowu lekko się zaśmiała.
    - Najwyraźniej marny ze mnie „nikt” – zauważyła posyłając mu ciepły uśmiech, po tym powoli zaczęła się prostować.
    - Naprawdę jest w porządku – odpowiedziała i zbliżyła się do wózka. Złapała kółko, które odpadło i kucnęła przy swoim powozie. – Po prostu jestem nieco poobijana – dodała, zdejmując przy tym gumkę z włosów. Zaraz zgrabnie zaplątała ją przy kole i przy jej pomocy stabilniej zamontowała na swoim miejscu. Uśmiechnęła się lekko na widok swojego oryginalnego sposobu rozwiązania sprawy i znowu spojrzała na mężczyznę.
    - Teraz mam nadzieję, że uda mi się wyruszyć bez szwanku – dodała i ponownie powoli wstała. Ból kolana nadal doskwierał i prawdopodobnie potrwa to jeszcze ze dwa dni, no ale cóż. Ri uśmiechnęła się.
    - Tak więc jeszcze raz, miło było poznać i dobrej nocy – pożegnała się i w końcu ruszyła w stronę zajazdu, delikatnie utykając.

    Audrina Nerey

    [Biorąc pod uwagę początki ich relacji to, jak widać, Ri nie będzie się uzewnętrzniać, więc stwierdziłam, że kolejny wątek jest lepszym rozwiązaniem ^^ Zaczniesz? Możesz nawet ująć już moment wpadania na Audrine.]

    OdpowiedzUsuń
  59. Ri kilka następnych dni, po spotkaniu z leśniczym, doprowadzała kolano do zdrowia, jednak udało jej się również poznać innych mieszkańców. Jedna z bardziej obiecujących znajomości zaczęła się w barze Iana, przez co dziewczyna uznała, że właśnie to miejsce warto odwiedzać dość często. W sumie czasami lubiła samotność, jednak na dłuższą metę, szczególnie w nowym miejscu, uczucie to potrafiło dobijać. Dzisiejszego wieczora udała się więc do lokalnej knajpki i na samym wstępie mocno się zdziwiła. Miała okazję bywać tu, jednak nie w godzinach szczytu, najwyraźniej, gdyż liczba gości przerosła jej oczekiwania. Szybko jednak wyszło na jaw co jest powodem tych tłumów, ktoś miał urodziny. Audrina mimo to postanowiła wejść do środka i nawet z boku zobaczyć czy tego typu święta są obchodzone inaczej niż w jej rodzinnym mieście, czysta ciekawość. Widok ludzi wirujących na parkiecie sprawił, że na jej twarzy pojawił się zadziorny uśmiech, ona również uwielbiała tańczyć, jednak na tą chwilę za bardzo się peszyła aby ruszyć na parkiet. Rozejrzała się dookoła szukając jakiegoś miejsca ostatecznie decydując się na miejsce przy barze, które notabene wyglądało na jedno z niewielu wolnych. Kiedy zmierzała złożyć jakieś zamówienie nagle została lekko staranowana.
    - O matulu! – okrzyknęła łapiąc równowagę, jeszcze tego by było mało gdyby po raz któryś już łapała zająca. Podniosła wzrok na sprawcę czynu i zmieniła usta w wąską kreskę. No tak, jakby przewróciła się przed leśniczym to już na mur beton łatka niezdary zostałaby jej mimowolnie przyszyta. W sumie… odsunęła te myśli od siebie i posłała mężczyźnie uśmiech. Słysząc jednak pytanie zamrugała szybciej oczyma i zaraz machnęła ręką.
    - Ależ gdzie tam, nie znam tu praktycznie nikogo – odpowiedziała z pogodnym wyrazem twarzy – Może zabrzmi to trochę desperacko, ale szukam towarzystwa, więc nawet miło trafić na znajome rysy twarzy – dodała delikatnie odsłaniając zęby w uśmiechu.
    - A Pan? Ten drwal to jakiś znajomy? – zapytała, również przebijając się przez muzykę, jednocześnie robiąc krok w stronę baru, jednak nie przerywając kontaktu wzrokowego z leśniczym.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  60. Cóż, Audrina zdawała sobie sprawę, że swoim przyjazdem tutaj może wprowadzić w zakłopotanie nie jedną osobę, nawet Persy, jej najlepsza przyjaciółka, nie rozumiała decyzji przez nią podjętej. Może sama Ri nawet nie wiedziała? Nie, zdecydowanie wiedziała co tutaj robi i nawet nie miała zamiaru się z tym przed nikim ukrywać.
    Przystanęła obok mężczyzny lustrując jego szklankę, tutejszego piwa miała już okazję skosztować, w prawdzie nie była jakimś alkoholowym smakoszem, ale przez brata miała dość spore doświadczenie jeżeli chodzi o znane jej smaki. Słysząc odpowiedź uśmiechnęła się pogodnie.
    - Rozumiem, ja też nie najlepiej czuję się w większym gronie, zgiełk i różnorodność poruszanych tematów jest irytujący, zdecydowanie wolę kameralne spotkania, wtedy nawet na parkiecie przyjemniej się tańczy – przyznała śmiejąc się lekko. Już chciała pytać mężczyzny co by jej polecił do picia, jednak dojrzała na półce nalewkę z czarnej porzeczki i już zaraz złożyła zamówienie. Uwielbiała tego typu alkohole, nalewki, wina, ogólnie własna, domowa produkcja. W jej rodzinie była bardzo popularna, nawet wędzili samodzielnie mięsa, piekli chleb czy wyrabiali masła oraz twarogi, o alkoholach oczywiście nie zapominając. Uśmiechnęła się do szkła na wspomnienie rodzinnego domu i zaraz wróciła wzrokiem do leśniczego.
    - Czego szukam? – powtórzyła i zaraz wzruszyła ramionami. – Chyba zapomniałam stworzyć listy z punktami do odhaczenia – zażartowała uśmiechając się przy tym nieco szerzej. – A tak poważnie, to po prostu poznałam na własnej skórze jak życie potrafi być niesprawiedliwe i uznałam, że to najwyższy czas aby spełnić własne marzenia, nie cudze – odpowiedziała i upiła łyka nalewki oblizując się zaraz.
    - Mmm… przepyszna – stwierdziła, by po tym znowu zawiesić wzrok na oczach mężczyzny. - Tak, mam marzenia odbiegające od dzisiejszej normy – dodała z uśmiechem i zaraz zmrużyła lekko oczy.
    - Przy okazji, Audrina, nazywam się Audrina – przedstawiła się i wyciągnęła dłoń w stronę leśniczego.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  61. Dziewczyna, wbrew pozorom, nie była typową optymistką. Owszem, w każdej sytuacji szukała pozytywów, jednak do negatywów przykładała równie sporo uwagi. Z resztą, wszystko zależało od sytuacji, miała inne podejście w własnych sprawach, a inne gdy ktoś prosił o radę, co notabene zdarzało się bardzo często, właśnie przez ten sympatyczny wyraz twarzy. Kiedy mieszkała w mieście obcy ludzie potrafili przejść z jednego końca przystanku na drugi, mijając przy tym kilka innych osób, tylko po to, aby to właśnie ją zapytać o drogę czy numer autobusu, do którego trzeba wsiąść. Uśmiech na jej twarzy gościł bardzo często, do tego uchodziła za osobę silną, wręcz nie do złamania, mało kto widział ją płaczącą, załamaną czy po prostu smutną… Przez to nauczyła się uśmiechem maskować inne emocje, chociaż złość, żal i zniesmaczenie okazywała bez większych problemów. Zapytana osobiście prawdopodobnie nie umiałaby odpowiedzieć, czy należy do grupy realistów, optymistów, czy pesymistów, miała chyba w sobie trochę z każdej tej grupy. Poza tym, sama żartobliwie mówiła, że jeżeli chodzi o uśmiech to po prostu nadrabia, gdyż kiedy nosiła aparat na zęby ograniczała się w tej kwestii do minimum.
    Audrina dostrzegła tą… niechęć? Brak potrzeby uściśnięcia dłoni? Mniejsza… Po prostu kiedy leśniczy przedstawił się kiwnęła głową z tym swoim subtelnym uśmiechem na twarzy i również odłożyła rękę na blat. Upiła kolejnego łyka i zawiesiła na chwilę wzrok, na jakiejś tańczącej parze. Dopiero kolejne pytanie Ferran’a sprawiło, że wróciła do niego wzrokiem. Uśmiechnęła się zadziornie, był niezwykle ciekawy, nie pasowało jej to do otoczki, którą roznosił dookoła siebie w pierwszym dniu ich poznania.
    - Mam dziwne wrażenie, że jest to dla Ciebie nie małe zdziwienie – zauważyła i zaraz kiwnęła głową. – Tak, planuję tu u Was dłużej zabalować – odpowiedziała.
    - Czyżby było coś nie tak z Mount Cartier, że jest to coś dziwnego? – zapytała patrząc na mężczyznę zaciekawiona.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  62. Audrina jakoś specjalnie nigdy nie zwracała uwagi na pory roku, a latem wolała pluskać się w wodzie niż smażyć na plażach. Do tego wszystkiego nawet wypoczynek wolała czynny więc góry zdecydowanie bardziej jej odpowiadały. Zamieszkać w górach, w lesie, w odosobnieniu, wieczory spędzać przy kominku i wdychać zapach palonego drzewa. No, oczywiście miło by było mieć kogoś przy boku, kogoś kto tego drewna naznosi, rozpalaniem mogła zająć się już ona, tata wszystkiego jej nauczył. Tak, zdecydowanie taki klimat jej odpowiadał i nawet śnieżyce za oknem nie byłby w stanie zniszczyć tego obrazka, ba, coś takiego mogłoby być ciekawą przygodą. Zobaczyć na ile stać dzisiejsze społeczeństwo w niespodziewanych sytuacjach. Sprawdzić samą siebie. Przybywając tutaj wiedziała gdzie się wybiera, wiedziała, że jako nowa długi czas może gościć na językach mieszkańców, ale… Nie ukrywajmy, w miastach ludzie też plotkują, och, ileż to ona rzeczy dowiedziała się na swój własny temat. Gdyby brała wszystkie plotki do siebie to już teraz chodziłaby siwa ze stresu. Ona raczej takie rzeczy olewała, no, chyba, że informacja wyszła od znajomej jej osoby, wtedy była w stanie poruszyć temat, jednak tylko przy przypadkowym spotkaniu, nigdy nie czatowała z gotowymi tekstami w głowie. W takich i wielu innych sprawach wolała iść na żywioł.
    Słysząc mężczyznę przytaknęła mu.
    - Rozumiem więc, że przy pierwszym naszym spotkaniu zostałam uznana za chwilowego intruza, tak? – zapytała z zadziornym uśmiechem. To wyjaśniałoby brak zainteresowania jej osobą, chociaż ona osobiście była pewna, że wspominała mężczyźnie o zarobku na nowy start, cóż, w końcu nie musiał on słuchać zbyt dokładnie a i owy „start” nie musiał przecież dotyczyć Mount Cartier. Zerknęła kątem oka na mężczyznę, gdy wspomniał o ostatnim drinku i mimowolnie mina jej lekko zżęła. Jakoś nie w smak było jej wpraszać się komuś do stolika i szukać towarzystwa, o wiele pewniej czuła się przy znajomej już twarzy, a twarz ta najwyraźniej planowała się zbierać. Ri również poprosiła o dolewkę i kiwnęła głową na znak, że rozumie.
    - Na razie nie jest źle, tylko muszę rozejrzeć się za robotą, w sumie jedno miejsce przykuło moją uwagę, więc może uda mi się tam załapać – pochwaliła się, posyłając mu blady uśmiech. Naprawdę nie była dobra w zawieraniu nowych znajomości i po prostu stresowała się na myśl zostania w tym tłumie sama jak palec. Zaraz jednak zerknęła na leśniczego.
    - Słyszałam o szopach i niedźwiedziach, ale… Czy w tutejszych lasach są wilki? – zapytała wyraźnie zaintrygowana.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  63. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ri w prawdzie nie miała w zwyczaju słuchać plotek na temat danej osoby, oczywiście, chcąc nie chcąc wpadały one do ucha dziewczyny, jednak ta po prostu je przyswajała i ewentualnie analizowała ile mają w sobie prawdy, podczas spotkań z osobą obgadaną. Może i nie była na wojnie, ale miała w swoim życiu kilka nieprzyjemnych doświadczeń. Nie przyjemnych, ale szybko uczących życia. Znajomość zaczynała od pewnej dozy zaufania wobec nowych ludzi, jednak zaufanie to bardzo szybko można było stracić. Dziewczyna mieszkając w mieście regularnie robiła czystki wśród znajomych i prawdę mówiąc swoich przyjaciół mogłaby wymienić na palcach jednej ręki. Kiedyś otaczała się masą ludzi, chociaż… w sumie to ludzie do niej ciągnęli. Pamięta jak wiele razy usłyszała „Nie ma z Twojej strony żadnej inicjatywy” i tak było, przytakiwała mówiąc, że po prostu taka jest. Tylko osoby, które mimo wszystko przy niej trwały doczekały się czasów, w których nawet ona potrafi zaproponować spotkanie. Co do leśniczego, zdobył jej sympatię, miło przebywało się w jego towarzystwie, jednak Ri doskonale zdawała sobie sprawę, że na tą chwilę jest to powierzchowna ocena. Lepsza taka niż inna. Na słowa mężczyzny uśmiechnęła się delikatnie, po czym umoczyła usta w trunku.
      - Miło, że przynajmniej na starcie nie zostałam skreślona – przyznała wracając do niego wzrokiem, a słysząc odpowiedz uśmiechnęła się nieco szerzej.
      - Szkoda – westchnęła nieco zawiedziona. – Znaczy… interesuję się nimi od dzieciaka, mam hopla na punkcie zwierząt drapieżnych i tak, wiem, unikają niebezpieczeństw, ale zostanę przy swojej cichej nadziei, że kiedyś uda mi się podejrzeć jakąś watahę – wyjaśniła i rozmarzyła się na chwilę. Zaraz jednak wróciła na ziemię i spojrzała w oczy Ferrana.
      - Och, mówię o „Krainie czarów”, uwielbiam pracę w kuchni, pieczenie ciast, ciasteczek czy gotowanie obiadu – zaśmiała się lekko. – Jednak nie zdążyłam się zorientować… Czy u Was ma znaczenie wykształcenie? Mam w tym fachu doświadczenie, ale żadnych papierków na to więc nie wiem…

      Audrina Nerey

      Usuń
  64. Właściwie widok niedźwiedzia dla Audrine byłby również niesamowity, jednak istniała pewna grupa zwierząt, które po prostu faworyzowała, w tym wilki, psy, orły czy tygrysy. W końcu marzenia o safari czy pracy fotografa, przy programach dokumentalnych, nie wyszło z nikąd, prawda?
    Dziewczyna zdecydowanie nie była tak doświadczona przez życie jak jej rozmówca, chociaż czasami miała ochotę usiąść i opisać wszystkie swoje przygody. Miała dopiero 23 lata, a sytuacje jakie ją spotykały były niczym wyciągnięte z filmu. Jej charakter kształtował się długo, przez spory okres życia skrywała wiele emocji, aż w końcu przyszedł czas, w którym przestała patrzeć na innych, zaczęła mówić co myśli, w prawdzie z robieniem tego co chciała wychodziło gorzej, ale starała się, przynajmniej w większości sytuacji. Jak by teraz tak pomyśleć… mogłaby napisać naprawdę ciekawą biografię, nawet nie musiałaby koloryzować, była pewna, że pewna grupa osób z niedowierzaniem czytałoby jej przygody. W prawdzie rodzinę miała normalną, ale otoczenie w jakim się wychowywała, towarzystwo z jakim dorastała, po prostu jej znajomi, byli tak różnorodni, że praktycznie o każdym kto został na dłużej miałaby do sprzedania ciekawą historię. Oczywiście w większości z negatywnym zakończeniem.
    Zamrugała szybciej oczyma słysząc parsknięcie, jednak zaraz na jej twarzy namalował się zadziorny uśmieszek, w sumie, nie musiał odpowiadać, jego reakcja na pytanie była dość dosadna.
    - Będę musiała się mocno przestawić, w mieście to nawet sprzątaczka musi mieć papier informujący o wykształceniu, minimum podstawowym – powiedziała wyraźnie rozbawiona i posłała mu ciepłu uśmiech.
    - No, skoro tak sprawa tutaj wygląda to zaczynam się obawiać, czy będę umiała ten piekarnik obsłużyć, dawno nie piekłam w innym niż elektryczny – zażartowała, śmiejąc się lekko i pokręciła głową. Świat naprawdę staczał się… Wystarczyła awaria systemu energetycznego, a ludzie nie wiedzieli co ze sobą zrobić. Ona na szczęście taka nie była, ale znała sporo osób, które wpadały w panikę i propozycja zapalenia świeczki była dla nich niesamowitym olśnieniem. Właśnie dlatego ciągnęło ją do takich miejsc jak Mount Cartier, tu przynajmniej była pewna, że mieszkańcy są zaradni i nie czuła się jak wypłosz, mimo statusu „nowej” czy „miastowej”. Jej koleżanki nie raz nazywały ją Macgyver’em przyszłości, bo rzeczywiście, wystarczyła jej gumka do włosów aby, przykładowo, umocnić podeszwę przy bucie koleżanki, którą osobiście rozwaliła. Nie jej wina! Ostrzegała, żeby ta nie wchodziła jej pod nogi! Uśmiechnęła się pod nosem na to wspomnienie. Ponownie z zamyślenia wyrwał ją mężczyzna i jego odpinanie guzików. Racja, robiło się naprawdę ciepło, więc i ona zrzuciła z ramion swoją narzutkę, zatrzymując ją na łokciach, by po tym upić kolejnego łyka alkoholu. Słysząc pytanie uśmiechnęła się delikatnie i spojrzała przed siebie. Dopiła nalewkę do końca i dopiero wtedy spojrzała na Ferrana.
    - Od sztucznego uśmiechu – odpowiedziała dość tajemniczo, a kącik jej ust ponownie drgnął. – Po skończeniu technikum poszłam na studia, ale szybko okazało się, że to nie moja bajka… Ciągnęłam je tak naprawdę jedynie dla rodziców, no, ale jak to w życiu bywa, zawsze znajdzie się ktoś kto będzie Ci rzucać kłody pod nogi. Jedna z tych kłód konkretnie mnie staranowała, do tego kolejna, z wielkim napisem „chujowy związek” potoczyła się zaraz za nią i – tu przygryzła wargę, chciała nawet przeprosić za użyte sformułowanie, ale stwierdziła, że walić to, w końcu przyjechała tu być sobą, a przekleństwa, rzadko, ale wydobywają się z jej ust. Wzruszyła ramionami.
    - Stwierdziłam, że mam dość, że pora zrobić coś dla siebie… Tak więc jak widzisz moja historia jest… dość nudna – zauważyła i zaśmiała się. – Jak chcesz mogę opowiedzieć inne, są znacznie ciekawsze – dodała, nadal ze śmiechem na ustach.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  65. Spodziewała się złości ze strony Ferrana. Zawsze bardzo dbał o swoją osobistą przestrzeń, a jeszcze bardziej o to, by nikt nie poznał jego historii. Album niewątpliwie zdradzał przynajmniej część tego, co chciał zachować dla siebie. Gdyby leżał zamknięty, Polly pewnie by uszanowała jego prywatność. Jednak zdjęcia, które tam zobaczyła, były zbyt kuszące. Była ciekawa mężczyzny, nie tylko tego jaki był teraz, ale i tego jaką przeszłość skrywał. Nie wiedziała w sumie dlaczego ją to aż tak interesuje. Zrzucała to na fakt, że warto znać człowieka, z którym się mieszka. Na dodatek ten konkretny człowiek roztaczał intrygującą aurę, która sprawiała, że chciała go poznać, pomimo tego że ją odtrącał… Oby tylko nie stała się jak Helen!
    Kiedy tylko się pojawił zastygła w bezruchu. Gdy się zbliżał, chyba nawet przestała oddychać. Nawet nie drgnęła, czując jak zabiera album, chwilę zajęło jej nawet aby opuścić ręce. Spuściła zawstydzona spojrzenie, pozwalając sobie tylko na krótkie zerkniecie na jego twarz, by porównać mężczyznę, którego przed chwilą zobaczyła na fotografii, z tym, który stał tutaj przed nią. Zmienił się drastycznie, choć pozornie zachował swoje najważniejsze cechy. Tam wydawał się jeszcze w pewnym sensie niewinny. Teraz wydawał się wręcz niebezpieczny.
    - Nie, choć miło było zobaczyć twój uśmiech – odparła, nabierając odwagi. Gdyby chciał ją zabić, zrobiłby to już dawno. Zresztą, nie wydawał się aż tak zły. Po prostu był ponury, jak to on. By pokazać mu jak łatwo się uśmiechać, dała mu tego przykład, choć w jej przypadku nie było to nic wyjątkowego.
    Mogła odejść po tym jak odebrał od niej dokumenty, ale wraz z kolejnymi czytanymi przez niego linijkami, jego mina nieco się zmieniała. Postanowiła więc chwilkę jeszcze poczekać, by sprawdzić, czy nie stało się coś złego. Przez chwilę przeszło jej przez myśl, że może chodzić o nią. Co jeśli jej mąż zgłosił jej zaginięcie, informacja jakoś doszła do burmistrza i teraz pisał o tym do Ferrana? Nie, to bez sensu. W końcu mógł się zwrócić bezpośrednio do niej. Nie była zaginionym mordercą, a jedynie uciekającą żoną. Tylko w takim razie o co chodziło? Jakie pilne wiadomości mógł mieć dla leśniczego burmistrz? Przecież w lesie wszystko działo się powoli, drzewa nie dostaną nagle nóg i nie uciekną.
    - Jak najszybciej – odparła, bo tylko taką informację dostała. Sam posłaniec wydawał się także bardzo spieszyć, więc postanowiła go nie zatrzymywać. – Stało się coś złego? – spytała nieco zaniepokojona. Wydawał się nieco zaniepokojony, a wątpiła, by jakaś pierdoła byłaby w stanie go wprowadzić w taki stan. W końcu, jak się przed chwilą dowiedziała był żołnierzem. A po jego zachowaniu i zwyczajach, podejrzewała, że był nim dość długo. I chyba był dobry, skoro wciąż żył.

    OdpowiedzUsuń
  66. [tak dawno mnie tu nie było, że zapomniałam, jaki ten lesniczy przystojny :D [

    Dzielnie starała się dotrzymac kroku mężczyźnie, a gdy zwolnił w duchu odetchnęła z ulgą. Na policzkach wykwitły jej już rumieńce od wysiłku, gdy za nim truchtała, a na czole pojawiła się zmarszczka zdradzająca i wysiłek i irytację. Nie na niego się złościła, a na swoje nogi, że takie są krótkie i powolne w sytuacjach, gdy trzeba było wykazać się szybkością.
    - No... jeśli pan nie chce... ja nie będę zmuszać - zapewniła, niemal dysząc, bo straciła oddech i nawet nie mogła powiedzieć niczego spokojnie i łagodnie tak, jak chciała, by go nie urazić. Jakby nie patrzeć, redakcja chciała zdjęcie leśniczego nie do artykułu o sadzonkach, ale o wiadomościach bardziej poruszających, bo tych o ujęciu kłusownika. A leśniczy był tutaj bohaterem centralnym, bo przecież to nie służby mundurowe go uchwyciły, a on sam! Ona sama była świadkiem.
    Gdy dotarli na miejsce, zaskoczona przystaneła z rozchylonymi ustami. Nie sądziła, że te sadzonki będą tak... zielone. Myslała, że to będzie przypominać bardziej krótkie wystające z ziemi pół metrowe patyczki cienkie, ale ten widok był zdumiewający. To jak polana zielonej, soczystej waty! Igiełki tak delikatne i miękkie, że zupełnie nie przypominały tych, jakie straszyły u dorosłych i wieloletnich drzew. I ten kolor! To było niesamowite! Jak podkręcone w jakimś programie obróbek graficznych.
    - Wow... - westchneła tylko i bez słowa podniosła aparat, ustawiając parametry.
    Na kolejne chwile Mina zniknęła. Po prostu stała obok lesniczego ciałem, ale gdyby coś mówił, gdyby o cokolwiek chciał spytać, niestey nie uzyskałby odpowiedzi. Nawet żadnej reakcji by nie otrzymał w zamian. Mina jak zaczarowana obchodziła pole z sadzonkami, to schylając się nisko do ziemi, do podnosząc na palcach, by ująć drzewka z jak największej liczby perspektyw. Łapała ostrość, pracowała z światłem i w duchu cieszyła się i ekscytowała jak dziecko. To co zobaczyła, przebiło jej wyobrażenie o sadzonkach.

    OdpowiedzUsuń
  67. Chociaż bardzo by czasem chciała, Ayers nie była głucha. Słyszała wszelkie plotki i pomówienia na temat Ferrana tak wyraźnie, że czasem aż nóż sam otwierał się w kieszeni. Owszem, jej samej raz czy dwa zdarzyło się być świadkiem nadwrażliwości Kaysera, ale niekiedy nie potrafiła znieść tego potwornego ograniczenia i zacofania mieszkańców Mount Cartier. Uwielbiała tę zabitą dechami dziurę, którą z dumą tytułowała własnym domem, ale czasem wprost nie potrafiła znieść tutejszych ludzi.
    Nie rościła sobie żadnych praw do Ferrana z tytułu ich wspólnej przeszłości, tak samo jak nie miała złudzeń, że wciąż jest tym samym chłopakiem, za którym włóczyła się po lesie, tropiąc dzikie zwierzęta, a w zimie obrzucała się śnieżkami i budowała igloo. Wiedziała ― po części od samego źródła, po części od starej przyjaciółki ― że sześć lat spędzonych na misji to nie byle krajoznawcza wycieczka, że odcisnęły one wyraźne piętno na psychice i usposobieniu mężczyzny. I nie dziwiła się. Prawdopodobnie nigdy nie uda jej się objąć własnym umysłem tego, co leśniczy przeżył poza granicami Kanady, na co każdego dnia musiał patrzeć i co musiał czuć, po raz pierwszy pociągając za spust, gdy celował w kierunku żywego człowieka. Nie potrafiła wyobrazić sobie tego ogromu cierpienia i śmierci, jakiego doświadczał tam przez cały czas. Jej fantazja była zbyt ograniczona albo zwyczajnie nie chciała przyjmować takiego okrucieństwa do świadomości. Już samo to, co usłyszała od panny Walter po śmierci Luke'a, mroziło jej krew w żyłach, przekraczając granice pojmowania Ayers, a przecież były to tylko opowieści kobiety, która nigdy w życiu nie była tam, na froncie. Tymczasem dla Kaysera przez wiele lat była to ponura rzeczywistość... Być może któregoś dnia, jeśli mężczyzna zechce się przed nią otworzyć, zbliży się odrobinę bardziej do zrozumienia specyfiki życia na misji i tego, jak to wpływa na człowieka, nie sądziła jednak, by ktoś, kto nigdy nie doświadczył tego na własnej skórze, mógł to zrozumieć w pełni. Nie próbowała więc tego robić. Akceptowała jedynie to, co otrzymywała i nie zastanawiała się niepotrzebnie nad przyczyną, o ile Ferran wyraźnie sobie tego nie życzył. Nie litowała się, choć bardziej ostrożna niż zwykle, przez większość czasu zachowywała się tak, jak mógł to zapamiętać z czasów ich młodości, nawet jeśli i ona nie była wolna od pewnych doświadczeń dorosłości i także jej charakter uległ swoistemu wyklarowaniu. I nie czuła wyrzutów sumienia, gdy zamiast ukrywać emocje, otwarcie krzywiła się urażona jego niektórymi reakcjami. Nie winiła go za nie. Po części już nawet do nich przywykła, nie czuła więc potrzeby ograniczania się konwenansami. Mimo przepaści między tym, co było kiedyś, a tym, co jest teraz, czuła się przy nim dość swobodnie. Albo tak właśnie czuć się chciała.
    ― Na pewno nie twojego dobrego słowa ― mruknęła lekko rozbawiona, wywracając oczami. Głupi, infantylny nawyk, którego mimo upływu lat nie potrafiła się wyzbyć. ― Ale mojej piersiówce przestało wystarczać moje towarzystwo ― dodała, posyłając mu znaczące spojrzenie.
    Stając w lekkim rozkroku, zlustrowała odważnie mężczyznę. Skrzyżowane ręce, jawnie zamknięta postawa, badawczy wzrok... W skupieniu przygryzła policzek od wewnątrz. Nigdy nie umiała odgadnąć, w jakim jest humorze, czy tym razem ją wpuści, czy każe iść do stu diabłów. Trochę ją to irytowało. Od niemal roku wpadała do niego względnie regularnie, gdzieś w głębi duszy liczyła, że za którymś razem przestanie być wreszcie intruzem. Najwyraźniej jednak dzisiejszy wieczór nie miał być tym dniem. Pokręciła głową, odpędzając jałowe myśli. Zmienił się, a ona musiała to uszanować, tak po prostu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ― Mogę? ― spytała, zza pazuchy wyciągając wreszcie wyżej wspomniane naczynie. Potrząsnęła nim lekko, a potem ostrożnie rzuciła w kierunku gospodarza. ― Tej jeszcze nie piłeś.
      Gdy po raz pierwszy natknęła się w domu na zeszyt z przepisami babci, nie do końca była pewna, co ma z nim zrobić. Wiedziała jedynie, że za żadne skarby świata nie zechce oddać go starszemu bratu, by ten z lubością mógł delektować się przepisami na jedne z najlepszych nalewek, jakie te mieścina widziała (przynajmniej w mniemaniu Ayersów). Nigdy nie spodziewała się, że odkrywanie tajników wszelkich przetworów i domowej roboty alkoholi może sprawić jej tyle frajdy. Początkowo był to jedynie sposób na utrzymanie siebie, psiej zgrai i zebranie pieniędzy na konieczny remont chaty odziedziczonej po dziadkach. Przez ostatnie lata ich życia budynek nieco podupadł i wymagał kilku niezbędnych renowacji. Bez niezbędnego wykształcenia i właściwie jakiegokolwiek konkretnego fachu w ręku Mysie miała tylko jedno wyjście ― albo nauczy się obchodzić ze słoikami, albo będzie musiała wrócić pod dach rodzinnego domu. Nie żeby nie ceniła sobie ciepła i miłości, jakie tam odnajdywała ― zwyczajnie, w przeciwieństwie do Caleba, lubiła swoją niezależność. Krok po kroku nabywała więc nowych umiejętności, w międzyczasie ze zdumieniem odkrywając, ile zabawy jej to dostarcza. I nawet gdy (ku nieszczęściu mountcartierowiczów) okazało się, że nie jest w tym tak dobra, jak jej się wydawało, nie przestała eksperymentować, rezygnując jedynie z rozprowadzania swoich wyrobów na szerszą skalę. Wciąż jednak miała paru śmiałków chętnych ich kosztować, by od czasu do czasu podzielić się z nią mniej lub bardziej trafnymi uwagami na temat jakości jej przetworów, na co między innymi liczyła teraz od leśniczego.

      [Nie krępuj się, Chiński Mur to bardzo piękna sprawa jest! ;D]

      Mysie Ayers

      Usuń
  68. Nawet teraz, kiedy przejmowało ją wrażenie całkowitego niezrozumienia, łagodne spojrzenie błękitnych oczu wydawało się bliższe współrozmówcy niż w rzeczywistości było. Chęć zinterpretowania czyjegoś punktu widzenia i motywacja do pełnego zrozumienia go, była w niej tak wielka, że instynktownie jej twarz przybierała odpowiedni wyraz akceptacji nowej perspektywy. Pomimo, że jej wewnętrzne potrzeby były bardzo odmienne od tych, które najpewniej odczuwał Ferran, Mathilde nie tylko miała wrażenie, że rozumie jego pragnienia, w tym momencie mogła również uwierzyć, że je podziela. O ile moment temu samotność wydawała jej się perspektywą bardzo przerażającą, a zakochanie, wsparcie i bliskość czymś utęsknionym, o tyle teraz, po krótkim wyłączeniu się i zastanowieniu nad zdaniem Ferrana, problem odizolowania i poczucia opuszczenia nie wydawał się już jej dotyczyć. Przytaknęła głową, z aprobującym „mhmm”, wymruczanym przez usta, nie ulegając pokusie wyrażenia zdziwienia nad jego odpowiedzią.
    Zamiast tego skupiła wzrok na wyrazie wstępującym na twarz mężczyzny. Opuszką kciuka, która moment temu spoczęła na jego czole, otarła się o kącik jego ust, tak samo przelotnie i symbolicznie, jak sam ten wyraz, który długo nie gościł na jego twarzy.
    — W takim razie nie powinieneś się tak uśmiechać.
    Sama, nieświadomie, skopiowała ten sam, ledwie zauważalny, rozbawiony wyraz twarzy. Zupełnie szczery, wyrażony jedynie w lekkim uniesieniu kącika ust.
    — Żeby nie złamać serca tej, która się w tym uśmiechu zakocha.
    Tutaj zmieniła ton, na pełniejszy w emocje. Przepełniony pragnieniem poznania odpowiedzi.
    — Co zrobisz, Ren, jeśli ktoś się w Tobie zakocha?
    Była naprawdę ciekawa. Jej uwaga, choć zwykle rozproszona małymi rzeczami, skupiona była teraz na nim, przynajmniej przez chwilę, póki wiatr nie zawiał w powietrzu i nie wstrząsnął liści wokół, wzburzając faunę do życia, jej włosy do szaleńczego zawirowania wokół twarzy, a ją do pochylenia się w przód, w intuicyjnym schowaniu oczu przed ewentualnym piaskiem mogącym podrażnić spojówki.
    Puk.
    Uderzyła czołem w jego ramię, zachowując wątek nawet teraz. Podnosząc spojrzenie wyżej, do jego oczu, nie straciła koncentracji. Przykładając wierzch dłoni do miejsca uderzenia, spoglądała na mężczyznę w oczekiwaniu, potrafiąc na chwilę zignorować fakt, że zrywa się większy wiatr. Czego natomiast zignorować nie mogła to uniesienia jego łokci. Automatycznie, z zawodowym spaczeniem, zerknęła w kierunku jego łokcia. Chociaż ręce same uniosły jej się z chęcią przebadania jego ewentualnych obrażeń, czynność to przerwało jego pytanie. Dlatego utrzymała jego spojrzenie, dłońmi luźno obejmując ubłocony łokieć. Zawiesiła to działanie na czas podjęcia się próby odpowiedzi.
    Nie potrafiła jednak odpowiedzieć na to pytanie. Uchyliła wargi, z których wydobył się nawet dźwięk pojedynczej głoski, ale po zastanowieniu zmieniła zdanie. Nie była pewna czego chce i czego oczekuje. Nie zastanawiała się nad swoimi potrzebami. Miała pewne wyobrażenie, że człowiek nie powinien przeżywać samotności. Próbowała wielu od niej ratować. Odczuwała samotność, smutek, żal i tęsknotę – tęskniła do ciepła czyjegoś ciała, głosu pocieszenia, czy zwykłej „obecności” kogoś, kto po prostu będzie, tylko dla niej, albo również dla niej. Jednak wyrażała to nieukontentowanie i niespełnienie wyłącznie wewnętrznie. Otwarcie nie była w stanie powiedzieć czego chce. Nie umiała wyrazić nawet swoich obaw i lęków. Zbyt mocno skupiona na rzeczach błahych i środowisku wokół niej, nie analizowała swojego wnętrza. Na pewno nie w stopniu, w którym potrafiłaby siebie zrozumieć. Wydawało jej się, że jest jak inni i potrzebuje tego samego, co oni. Dlatego odpowiedziała zgodnie z tym, co on sam przed chwilą powiedział.
    — Nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I było w tym trochę z prawdy, bo bała się zakochać i przeżywać kolejny zawód. Bała się również odrzucenia i zawiedzenia kolejnej osoby, tak samo obawiała się sprawienia komuś bólu, a przede wszystkim odczuwała paniczny strach przed porzuceniem. Ale gdyby jego odpowiedź była inna, jej własna by się z nią pokryła i dalej było by w tym pół-prawdy. Ponieważ potrzebowała poczucia jedności z drugim człowiekiem, poszukiwała bezpieczeństwa, uciekała od samotności. Budziła się w nocy, przerażona wszechobecną pustką wokół. Tuliła się do poduszki. W przestrzeni szukała czyjejś obecności, jakiejś aury – zapachu, ciepła, zmienności. Cały czas potrzebowała kogoś, lub czegoś. Miała wrażenie, że czegoś jej brakuje. Tylko nigdy nie wiedziała czego. Szukała tego w przyrodzie, w codziennych zajęciach, w ludziach i w sobie i nie potrafiła znaleźć.
      — Czasami… czuję się lepiej, jak ktoś jest blisko. Ty nie?
      Zaryzykowała tym pytaniem, nie po to aby zaprzeczył swojemu poprzedniemu stwierdzeniu. Starała się stanąć w jego pozycji, zrozumieć go. Przysunęła się, opierając podbródek na jego ramieniu. Obejmując go oboma ramionami najpierw objęła go lekko, a potem ciaśniej, tak, że mogła poczuć styk ich ciał w każdym centymetrze aż do swojego pasa.
      — Co czujesz, Ren?
      Nic? – dziwna obawa przeszła jej przez myśl, stłumiona przez nią samą, bo przecież nie musiał jak ona, każdego bodźca obierać tak samo. Czuła równomierne bicie jego serca. Lekką wilgoć ubłoconego ubrania, zapach ziemi, ściółki leśnej i trochę potu, po wysiłku – rąbaniu drewna. Czuła też jego własne ciepło, przebijające się przez chłód otaczającego go ubrania. Oprócz tego też opływający ją spokój, trochę gorąc, jaki jej oddawał, a trochę zimne dreszcze i drżenie własnych mięśni. Ostateczne wrażenie określiłaby mimo to za raczej… przyjemne. Jeśli miałaby je nazwać.

      Tilly

      Usuń
    2. Zdarzało już jej się go obejmować, ale nigdy tak. Nigdy intensywnie. Zawsze bylo to przy okazji lub przypadkiem. Tym razem uścisk ten miał swój kontekst.
      Co go różniło, miał również znaczenie. Nie był też jednym z tych wielu, krótkich, mechanicznych gestów. Miał swój okres trwania. I swoje przeznaczenie. Dla bardzo nielicznej grupy osób. Tak samo obejmowała tylko jedną osobę.
      Chociaż kontekst był inny, bo teraz próbowała coś tylko sobie uzmysłowić, wrażenie emocjonalne i fizyczne pozostawało w tym procesie to samo.

      // A takie tam jeszcze, bo zapomnialam

      Tilly

      Usuń
  69. Miasto i sprawy urzędowe do załatwienia, o tak… W prawdzie Audrine osobiście nie wiele czasu spędziła w miejskich molochach, ale jak na te kilka spraw, które miała do załatwienia to i tak straciła sporo czasu. W sumie, nadal przyzwyczajała się do tutejszego spokoju i braku pośpiechu. W Madison zwykłe zakupy były dla niej męczące, wejście do marketu kończyło się bólem głowy i chęcią pozabijania zarówno innych klientów, jak i większości pracowników. Tutaj, mimo, że w celu zrobienia zakupów musiała odwiedzić kilka miejsc, sprawiało jej to po prostu przyjemność. Czas nie uciekał jej między palcami i mimo swoich zawodów miłosnych czy tęsknotą za rodziną uśmiech na twarzy dziewczyny był szczery.
    Zaśmiała się delikatnie słysząc odpowiedź leśniczego.
    - Lepiej uważaj co mówisz – puściła mu oko, nadal z szerokim uśmiechem, ukazującym zęby dziewczyny. Mimo, że miała awersje do swoich jedynek, które były nieco większe od reszty zębów, to uśmiechała się w ten sposób bardzo często, nawet odruchowo przy zwykłym „dzień dobry” czy „cześć”. No, ale co do wypowiedzi mężczyzny, pewne osoby uznać mogłyby tekst za nieco kąśliwy, jednak dla Ri był to swego rodzaju komplement, skoro wydała się komuś godna zainteresowania.
    - Wiesz, mogę wydawać się bardzo wygadana, ale w sumie przywykłam do słuchania, w mieście straciłam wielu przyjaciół przez to jak zmienili mnie w swoją terapeutkę, dosłownie terapeutkę, aż dziw, że mi nie płacili – rzuciła żartobliwie. – Więc jak dorwę dobrego słuchacza to mogę przez przypadek zrobić się zbyt wylewna, w razie co śmiało zwracaj mi uwagę, gdybym w czymś się zapędziła – zaproponowała, chociaż Farren zdecydowanie nie wyglądał na kogoś kto słuchałby jej bezsensownego „pitu, pitu”. Tak czy siak wolała go uprzedzić.
    Na pytanie mężczyzny zwinęła usta w dziubek i kilka razy przeskoczyła nimi to w prawo, to w lewo, taki gest zastanowienia. Spojrzała w końcu znowu na mężczyznę.
    - Dziwne, kiedy ktoś pyta bezpośrednio to w mojej głowie pojawia się wielka czarna dziura… Może dla odmiany Ty coś opowiesz? – zapytała, tym razem z delikatnym uśmiechem.

    Audrine Nerey

    OdpowiedzUsuń
  70. Dla dziewczyny znajomy, który w spokoju potrafił jej wysłuchać był bezcenny. Prawdę mówiąc bardzo często miała ochotę się po prostu komuś wygadać, nie słuchać rad czy znosić popukiwania po plecach i w kółko powtarzanego „będzie dobrze”. Rozmowa z kimś, wypowiadanie swoich myśli na głos, to bardzo często pomagało jej w przemyśleniu spraw. Do tego dochodziły gesty czy zwykła mimika osoby słuchającej, nawet na ich podstawie wysnuć można było stosowne teorie.
    Posłała leśniczemu kolejny uśmiech słysząc jego zapewnienie.
    - W takim razie pewnie jeszcze nie raz uraczę Cię jakąś historią, ale, co za dużo to nie zdrowo, więc spokojnie. Chyba Cię swoją osobą nie zamęczę – dodała z tym swoim pogodnym wyrazem twarzy i zaraz zamrugała szybciej oczyma.
    - Jestem pewna, że coś ciekawego by się znalazło, ale rozumiem, nie będę naciskać – kiwnęła głową nie zmieniając mimiki. Zerknęła na zegar zaraz po nim, oho, nadeszła chwila prawdy. Po tym jednym geście wiedziała już, że zaraz zostanie bez towarzystwa, no ale cóż, najwyżej skosztuje jeszcze odrobinę nalewki i zmyje się do zajazdu. Ewentualnie pozna kogoś nowego i posiedzi trochę dłużej. Wróciła spojrzeniem do mężczyzny, kiedy ten właśnie się prostował.
    - Ta chwila może poczekać, nie będę Cię zatrzymywać, chociaż szkoda, że już uciekasz – przyznała szczerze, posyłając mu delikatny uśmiech. – Może przy następnym spotkaniu dane mi będzie zaprosić Cię na coś słodkiego do cukierni – dodała z nieco szerszym uśmiechem.

    [ Nie wiem czy tu planujesz zakończyć wątek, ale jeżeli tak, to masz ochotę na kolejny czy może wolisz chwilę przerwy? Podobno bywam męcząca xD ]

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  71. Dlatego właśnie Polly była zupełnym przeciwieństwem Ferrana. U niej uśmiech był reakcją praktycznie na wszystko. Zmieniała się tylko jego intensywność. Nie było to nic dziwnego. Podobno tak były wychowywane dziewczynki – społeczeństwo narzuciło kobietom wiecznie uśmiechniętą twarz. Przynajmniej w kręgach Pauline zawsze tak było. Chłopcy mogli się buntować, dziewczynki nigdy. Dlatego teraz, nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, że nie powinna, i tak swoje prawdziwe emocje pozostawiała tylko dla siebie. Zresztą, uważała to za o wiele wygodniejszą opcję.
    Na jego słowa o uśmiechu, tylko zmierzyła go wzorkiem. Nie umiała sobie tego wyobrazić, choć miała szczerą nadzieję, że kiedyś dostąpi tego zaszczytu. Nie dlatego, że byłby to tak cudowny widok. Miło byłoby jednak wiedzieć, że leśniczy doświadcza także tych pozytywnych emocji. Tak zawsze miała wrażenie, że coś jest nie tak, albo co gorsza – że ona zrobiła coś złego. Choć powoli zaczynała się do tego przyzwyczajać.
    Wysłuchała tego co miał do powiedzenia, ale nie zagłębiała się w szczegóły. W liście było coś co go zaniepokoiło i na razie nie wyglądał jakby miał ochotę dzielić się jego treścią. Wysłuchała jego prośby, przytaknęła, po czym także opuściła strych. Nawet jeśli kusiło ją przyjrzeć się jego pamiątkom, nie była na tyle wścibska. Uznała, że o wiele bezpieczniej będzie znaleźć sobie inne zajęcie. W końcu ona też nie chciałaby żeby grzebał w jej rzeczach (chociaż tak naprawdę i tak prawie nic nie miała).
    Kiedy Ferran poszedł odwiedzić burmistrza, zajęła się sobą. Najwięcej wolnego czasu spędzała w kuchni, tak było praktycznie odkąd pojawiła się w leśniczówce. Zazwyczaj tam bałaganiła, próbując stworzyć coś pysznego, dlatego dziś postanowiła posprzątać. Rewolucje w tym pomieszczeniu zajęły jej sporo czasu, bo chciała żeby wszystko miało swoje idealne i czyste miejsce. Gdy skończyła, wybrała się na spacer, chcąc zaznać jeszcze trochę ruchu nim położy się spać. Z Ferranem widziała się tylko przez chwilę, ale jak zwykle każde było zajęte sobą.
    Po powrocie ze spaceru, wzięła gorący prysznic, a ponieważ nie czuła się jeszcze zmęczona zeszła do salonu. Nie miała ochoty na samotne leżenie w łóżku i analizowanie całego swojego życia. Robiła to wystarczająco często. Tak jak podejrzewała, zastała tam mężczyznę. Cichutko, by mu nie przeszkadzać, usiadła na jednym z foteli i otuliła się leżącym tam kocem. Nie chciała rozmawiać, nie wymagała nawet tego żeby zwrócił na nią uwagę. Sama jego obecność w jakiś sposób jej pomagała. Przyjrzała się mu. Wyglądał na jeszcze bardziej przygnębionego niż zwykle. Butelka alkoholu stojąca obok tylko dopełniała tego obrazu.
    - Wiem, że to nie w twoim stylu, ale jakbyś chciał komuś opowiedzieć o tym co Cię tak bardzo przygnębiło, to służę pomocą – powiedziała nieśmiało, po dłuższym wahaniu. Dodała mu do tego ciepły uśmiech. Ten akurat był szczery. Chciałaby mu móc jakoś pomóc z tym wszystkim z czym się mierzył. Chciałaby żeby jeśli nie szczęście, to choćby na chwilę poczuł przynajmniej ulgę.

    OdpowiedzUsuń
  72. Wiedziała, że jej propozycja zwierzeń raczej nie przypadnie mu do gustu i pewnie nigdy z niej nie skorzysta. Mimo to chciała mu to zaoferować. A nuż coś go zachęci do rozmowy. W końcu już kilka razy ją zaskoczył. Poza tym nawet najwięksi twardziele miewali momenty, w których po prostu musieli komuś o czymś opowiedzieć. Nawet jeśli chodziłoby o coś banalnego, to Polly chciała mu dać tę możliwość. Nie ważne jak zahartowany przez życie by nie był, wciąż należał do jej gatunku. A z tego co wiedziała, ten gatunek był dość gadatliwy.
    - Mój dziadek rozmawiał z kaktusami – zauważyła, bo choć faktycznie miała na myśli siebie, to Ferran mógł sobie wybrać na rozmówcę także inne żywe stworzenie. Albo nawet martwe, co kto lubił. Równocześnie w głowie pojawiła się jej wizja jej dziadka, który troskliwie podlewał roślinki, opowiadając im o różnych sprawach. Gdy tylko Polly zdradzała swoją obecność, natychmiast milknął, nie chcąc by jego sekret wyszedł na jaw. Kiedyś próbował też pielęgnować w ten sposób inne kwiaty, jednak nawet najpiękniejsze opowieści nie pomogły im zostać przy życiu.
    Przeszłość wypełniła jej umysł na jakiś czas. Nie spodziewała się zresztą, by ich rozmowa miała ciąg dalszy, pozwoliła więc sobie odpłynąć. Dlatego właśnie, chwilę zajęło nim pojęła proste pytanie mężczyzny. Rozejrzała się dookoła, jakby szukając odpowiednich butelek, które miałyby ją skłonić do wyboru. Dostrzegła tylko rum stojący przed leśniczym.
    - Może być rum – stwierdziła po namyśle. Miał rację. Nie należała do osób lubujących się w alkoholu. Tak naprawdę tolerowała jedynie tequilę, przesłodzone drinki i wódkę z redbullem. Jednak od rozstania z mężem czuła potrzebę odreagowania. Upijanie się samotnie w barze wydawało się jej zbyt żałosne, nie chciała też dawać ludziom powodu do plotkowania. Upijanie się w towarzystwie współlokatora nie wyglądało już tak źle, nawet jeśli miałby jej do tego posłużyć rum. Chyba każdy potrzebował od czasu do czasu utopić kilka smutków.
    Otuliła się szczelniej kocem, obserwując jak Ferran wstaje po szklaneczkę dla niej. Chłód dawał się coraz bardziej we znaki, a ona wciąż nie miała porządnych ubrać. Jeśli nagle spadnie śnieg, prawdopodobnie zamarznie. Będzie musiała poważnie pomyśleć jakie dobra wymienić na grube skarpety i ciepły sweter… Sfatygowane dresy i notatnik pełen bazgrołów?

    OdpowiedzUsuń
  73. [Wybacz, miałam kilka zabieganych dnia, ale już jestem ^^ Pomysły mam dwa, w sumie jeden sama podsunęłaś w odpisie, w sensie to o lesie, może jakaś nietypowa przygoda albo po prostu zwykłe spotkanie. Jeżeli chodzi o drugą propozycję to pomyślałam o małej pomocy w remoncie kawiarni. Ri w przerwie od pracy może dojrzeć Keyser'a i poprosić o pomoc, w końcu ma kilka sporych belek do ustawienia, słaba nie jest, ale para silnych ramion na pewno się przyda :D ]

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  74. Audrina już od tygodnia siedziała w swoim nowym mieszkaniu, w sumie, mieszkanie odwiedzała głównie w celu posiłku i snu, resztę czasu przeznaczyła na remont cukierni, umieszczonej na parterze. Praca sprawiała jej wiele przyjemności i większość miała już zrobioną. Brakowało jedynie stolików, krzeseł i kilkunastu estetycznych poprawek, ale na to drugie poświęciła właśnie dzisiejszy dzień.
    Parę minut temu skończyła wymachiwać pędzlem i zeskoczyła na podłogę dumna ze swojego dzieła. Musiała przyznać, że miejsce to naprawdę zaczęło bardzo ładnie wyglądać. Uśmiechnęła się szeroko, a jej wzrok utkwił w długiej i ciężkiej belce sufitowej. Skrzywiła się lekko. Trzeba było ją wcisnąć w specjalnie przygotowane zawiasy, tak, aby nikt nie obawiał się, że ta kiedykolwiek zleci komuś na głowę. Ri niestety próbowała zrobić to nie raz, ale w pojedynkę, cóż, było bardzo ciężko. Westchnęła nieco podirytowana. Zostało tylko to, przetarcie kilku belek dla urozmaicenia widoków i można było rozstawiać wszystkie potrzebne duperele. No, meble to inna sprawa, te oddała do małej „renowacji”, ale do jutra powinny pojawić się na miejscu. Skupiając się na swoich przemyśleniach Audrina stwierdziła, że czas na mały spacer. Zapach farby dość mocno wgryzał się w nozdrza i rozpraszał ją, kiedy ona musiała na spokojnie pomyśleć. Myślenie jednak nie zajęło jej dużo czasu, ledwo doszła do skrzyżowania z pocztą, a ujrzała znajomą twarz niedaleko – Ferran. Ri uśmiechnęła się wesoło i już zaraz w jej głowie zapaliła się lampka. Ruszyła energicznie w stronę leśniczego i z już z daleka powitała go uśmiechem. Nie przejmowała się swoimi roboczymi ciuchami i twarzą czy dłońmi z wyraźnymi śladami po malowaniu.
    - Cześć! – przywitała się. – Słuchaj, bez owijania w bawełnę… Masz może trochę wolnego czasu? Potrzebowałabym pomocy – zaczęła bez ogródek. Nie w jej stylu było to wymuszone „a co tam?”, wolała walnąć prosto z mostu, a ewentualnych ciekawostek dowiedzieć się nieco później.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  75. [Dziękuję za miłe słowa i powitanie! C:]

    Jane Grey

    OdpowiedzUsuń
  76. Dziewczyna lekko zmartwiona pierwszą częścią odpowiedzi ułożyła usta w potocznie zwany „dzióbek” i pokręciła nimi to w prawo, to w lewo, jednak przy drugiej części wypowiedzi uśmiechnęła się szeroko i lekko klasnęła w dłonie, śmiejąc się delikatnie po chwili.
    - Spokojnie, przyjechała tu odciąć się od problemów, a nie dręczyć nimi mieszkańców – uśmiechnęła się ciepło w stronę Ferran’a, poruszając przy tym zabawnie brwiami. Zaraz jednak zamrugała szybciej oczyma i dotknęła swojego policzka, by po chwili spojrzeć na ubrudzony palec. Z jej gardła znowu wydobył się delikatny śmiech.
    - Ach… przestań, bo się zarumienię – zażartowała, machając przy tym dłonią i energicznie ruszyła w stronę cukierni.
    - Chodzi zdecydowanie o pomoc fizyczną, pod sufitem w cukierni mam luźną belkę wiesz… Swoją drogą, wykrakałeś – pogroziła mu palcem, posyłając zadziorny uśmiech i kontynuowała wyjaśnianie. – Muszę ją po prostu wsadzić w szynę zabezpieczającą, ale sama nie dam rady – przyznała wzruszając ramionami i wchodząc do środka swojego przybytku.
    - Tadam! – rozłożyła ramiona prezentując mu nowy look cukierni (który możesz w sumie zobaczyć po kliknięciu w „Cukiernia” :D) i zaraz kiwnęła głową w stronę belki sufitowej. Wyraźnie widać było, że nie trzyma się ona zbyt pewnie, a nawet jeżeli to sprawia wrażenie jakby za jakiś czas miała komuś spaść na głowę.
    - Niedługo otwarcie, wolałabym przejść przez nie bez takich bubli… - przyznała zwracając oczy ku twarzy leśniczego.
    - Drabinę mam jak by co, ewentualnie można skorzystać z blatu i tak go pewnie jeszcze jakieś 50 razy wyczyszczę więc… Jak? Da się coś z tym zrobić? – zapytała patrząc na mężczyznę z nadzieją w oczach.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  77. Po wydarzeniu, które ją złamało, Mina zauważyła, że o wiele lepiej jak z ludźmi, dogada się z rośliną, czy obiektem martwym. Co to jej odpowie na zarzut, pytanie, propozycję - cokolwiek, to sama odczyta po swojemu. Ignorując oczywiście fakt, że w ten sposób po prostu rozmawiać będzie sama z sobą, był to sposób, by w ogóle móc się odezwać i przestać chować język za zębami. Nic więc dziwnego, że gdy nachylała się przy sadzonkach, kucała przy nich, mało co nie kładąc się na ziemi, by co chwila pod innym kątem ująć drzewka, coś tam mówiła. Nie było to mamrotanie, ona przemawiała do tych drobnych zielonych stworzonek, które były istnymi bobasami w świecie lasu.
    - Cedry kanadyjskie - powtórzyła i odsunęła aparat od twarzy, by odnaleźć w kieszeni płaszcza telefon i zapisać nazwę. To się przyda na pewno. Bo nie ona była od treści, ale gdy istniała okazja do dopilnowania poprawnej terminologii, mogła przecież pomóc, czyż nie?
    - Dlaczego niewiele ich tu? - podniosła wzrok na mężczyznę i wstała, rozprostowując kolana. Pomasowała uda, które od tego kucania trochę ścierpły i obeszła sadzonki, podchodząc bliżej leśniczego.
    Szczególnie popisać się nie mogła żadną wiedzą z zakresu biologii, ale były takie tematy, które autentycznie ją ciekawiły. Jak ten poruszony chyba dla grzeczności przez mężczyznę. Skoro wielu drzewek tego gatunku tu nie ma, to czy te sadzonki przetrwają? I w ogóle czemu ich tu nie ma wiele? Jakieś zwierzęta je niszczą? Jedzą? Czy po prostu warunki są zbyt cięzkie? Pytań się kumulowało, lecz Mina nie byłaby obecną Miną, gdyby zachowała je wszystkie dla siebie. Patrzyła więc na mężczyznę z wyraźnym zaciekawieniem, czekając na odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń

Październik stoi u dwora, wykop ziemniaki i pora.