A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link
07/07/18 Zawieszenie

the only way I’ll really smile is if you cut me ear to ear

CALEB YOUNG
27 lat (23.04.1991) - pracownik stacji benzynowej - ojciec niesfornego trzylatka
Był przeciętny.
Urodził się w Mount Cartier jako pierwsze — i na szczęście jedyne — dziecko Harolda i Nancy Young. Uczył się przeciętnie, miasteczko na dobre zabiło w nim jakiekolwiek chęci rozwoju zawodowego. Chwytał się każdej możliwej pracy. Odśnieżał u sąsiadki, wyprowadzał psy na spacer, rąbał drewno tym, którzy sami nie dawali sobie z tym rady, albo szukali naiwniaka, który zrobi to za nich, za kilka nędznych dolarów. Nikt nie wie czemu podczas pogrzebu ojca się uśmiechał, wszyscy szeptali, plotkowali, ale nikt nie miał odwagi zapytać. Nikt nie pytał czemu matka wyjechała do siostry, nie zabierając ze sobą nastoletniego syna. Nikt nie pytał czemu nigdy więcej już się nie pokazała. Samemu na początku było ciężko, a nawet bardzo. Choć się nie przyznaje to pierwsze samotne noce przepłakał w poduszkę, nie wiedząc co ma zrobić dalej. Na pomoc od czasu do czasu przychodziły znajome sąsiadki zapraszając go na obiad, proponując prace za drobną opłatę. Z czasem nauczył się sam gotować, zajął wygodne miejsce na stacji benzynowej, gdzie pracuje do dziś i mimo, że żył z dnia na dzień, to było mu dobrze.
Zmiany nadeszły w okresie bożonarodzeniowym w 2014 roku. Do miasteczka przyjechała, tutaj mało znana, aktorka ze swoim mężem. Szukali spokojnego miejsca, które pozwoliłoby im na odpoczynek od mediów, a Mount Cartier w zupełności spełniało wszystkie warunki. Szybko załapali kontakt, rozumieli się bez słów. Więcej czasu spędziła z nim, niż ze swoim mężem, a potem nigdy więcej jej już nie zobaczył. Dokładnie jedenaście miesięcy później, w listopadową noc obudziło go głośne pukanie do drzwi. Powitała go najpierw pięść w twarz, groźna i znajoma twarz biznesmena. Nieprzytomnemu, od snu i uderzenia, Calebowi wcisnął w ręce dwumiesięcznego chłopca. Zostawił niewielką wyprawkę, dokumenty o chłopcu i tyle go widział. Jedynym świadkiem całej sytuacji została starzejąca się Banshee. Ciężko było się wytłumaczyć skąd nagle pojawiło się u niego dziecko, a w tak małym miasteczku trudno było ukryć prawdę. O tym co się wydarzyło powiedział zaledwie garstce osób, które pomagają mu odnaleźć się w nowej roli. Nigdy nie czuł potrzeby, aby tłumaczyć się komukolwiek, wścibskich ignorował, bo choć miasteczko małe, a ludzie tu się znają niemal od pokoleń, to nie ma takiego prawa, które kazałoby mu się zwierzać wszystkim dookoła ze swoich grzechów.
powiązania; miejsca
Caleb jest trochę smutny, ale w głębi duszy to fajny (mam nadzieję) i wesoły facet. Trzeba z nim tylko trochę popracować, aby się pouśmiechał. Szukam dla niego kogoś do tańca i różańca. ;) 
Tytuł: BMTH Chelsea Smile Wizerunek: Nieznany

16 komentarzy:

  1. [Taka niespodzianka zastana po otworzeniu drzwi musiała być szokująca sama w sobie; nie byłabym jednak sobą, gdybym nie uśmiechnęła się na wzmiankę o ciosie w twarz, bo to zawsze robi wrażenie :D Intrygujący pomysł na postać, jej historię i przy okazji ogromne pole do popisu, jeżeli chodzi o rozwój Caleba - jestem ciekawa, czy rola, jaką niespodziewanie przyszło mu pełnić, nie przerośnie go w pewnym momencie i czy następnym razem, gdy w Mount Cartier pojawi się jakaś aktorka, zdoła powstrzymać się od nadmiernego nią zainteresowania :D
    Cześć, dzień dobry, cieszę się jak zawsze wtedy, gdy mogę spotkać Cię na jakimś blogu. Baw się dobrze z tym cud - miód panem; męczę Cię już jednym wątkiem gdzie indziej, a pamiętam też, że między panami nie pisze Ci się najlepiej, więc wspomnę tylko, że bezczelnie będę podglądała kartę i czytała, co też udało Ci się tu stworzyć :D]

    Theo

    OdpowiedzUsuń
  2. Okej, mogę oficjalnie już powitać Caleba. Pewnie po moim nagabywaniu Cię w prywatny sposób domyślasz się, że koncepcja na nową postać bardzo mi się podoba. Jest tak zwyczajnie niezwyczajnie, o. Niby tutaj problemy z rodzicami, ojciec pijak, ale nietypowo matka też okazuje się nie być święta i nie stanowi żadnego oparcia dla Caleba. Niby tutaj zwykły dzieciak z okolicy, a jednak jeden z bardziej zaradnych i pracowitych. Niby spokojny, a wystarcza jeden wieczór, żeby następnego dnia musiał organizować łóżeczko dla niemowlaka. Przeciętny człowiek nie ma tylu asów w rękawie! :D
    Ale co tam, Isabella pomoże, nawet jak on nie będzie tej pomocy chciał. W końcu od czego ma się przyjaciół?^^

    Isa

    OdpowiedzUsuń
  3. [Ciocia Sol chętnie pomoże w opiece nad maluszkiem ;) faktycznie facet smutny, ale na pewno znajdzie się panna co nauczy go cieszyć się z małych rzeczy ;) witaj z nową postacią ♡ cho na wątek ;)]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam serdecznie! :)
    Widzę, że życie nieszczególnie rozpieszczało Caleba, choć przy tym, jego historia nie jest w żaden sposób przesadzona. Nie najłatwiejsze dzieciństwo, równie skomplikowane relacje rodzinne, ludzkie słabości, ale przy tym siła, do której nie każdy na jego miejscu byłby zdolny. Nie w sposób nie uśmiechnąć na widok Noah w powiązaniach, szczególnie, gdy czytelnik wychwyci, jak bardzo Caleb się stara. Nawet jeśli początki jego historii nie były najmilsze, a dzisiaj pewnie nie brakuje mu codziennych, życiowych problemów; wyszedł chłopak na prostą, więc tylko się cieszyć :)
    W razie, gdybyś miała ochotę na wątek, zapraszam do siebie. Jasper jest Calebowi zapewne dobrze znany, choć nie wiem, czy Young obecnie chciałby nawet przebywać w jego obecności, biorąc pod uwagę wszystkie, (nie)znane mu okoliczności. W przypadku Nicka, mogłoby być wbrew pozorom łatwiej o zrozumienie; Everest wie, czym jest samotne rodzicielstwo, nawet jeśli sytuacja byłaby dla niego dość słodko-gorzka. Konkretnych pomysłów niestety nie mam, przynajmniej na chwilę obecną... Póki co, pozostaje mi więc pożyczyć Ci udanej zabawy oraz weny; zostań z nami jak najdłużej! :)]

    Jasper | Nicolas

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej! Chętnie dowiem się więcej o tej przyjaciółce :)
    lubie.cieple.swetry@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  6. [A co byście powiedzieli na buńczuczną, młodszą o rok dziewczynkę, która niegdyś również uwielbiała dokuczać dwójce przyjaciół? Myślę, że mój potworek w dzieciństwie chętnie robiłby za małego terrorystę. A po wielu latach, kiedy jej siostra i rodzice zginęli w wypadku, zwróciłaby się po pomoc do swojego dawnego wroga, bo znalazł się w podobnie trudnej sytuacji jak ona.
    Szukamy "starszego braciszka", którego mogłybyśmy wkurzać, który miałby z moją panią na pieńku, ale do którego przylgnęłaby jak rzepa, bo poza nim i starszą panią, która się nią opiekuje, nie ma już nikogo innego. Po szczegóły zapraszamy pod kartę! Reklama dźwignią handlu!

    Przepraszam za składnię komentarza, padam dziś już na twarz, ale nie mogłam się oprzeć, żeby nie zawitać pod kartą. Pan urzekający, naprawdę dobra robota :)
    Wielu wątków, pomyślnych wiatrów i udanej zabawy!]

    Delilah Cote

    OdpowiedzUsuń
  7. [Jeśli tylko nie masz mnie dość, porywamy tego buraka na wątek i za szybko go nie uwolnimy ^^ Skoro Caleb korzystał z wina cioteczki Sofii, na pewno zauważył też, że cioteczce się w pewnym momencie zmarło - i tu mogło go zaniepokoić palące się w jej domu światło. Zajrzałby tam wieczorem, gotowy wykurzyć dzikiego lokatora, choć okaże się, że lokator wcale nie jest taki dziki i nawet nie wyrządził w chatce żadnej szkody. Od słowa do słowa (bo Anka, choć nie tak dobrze jakby chciała, zna angielski) mogą umówić się na prace remontowe, a może nawet w przyszłości Caleb będzie potrzebował pomocy Anki przy opiece nad synkiem. Wszystko okraszone doskonałym winem, które wspólnie będą mogli próbować odtworzyć z tajemnej receptury. Daj znać, czy takie coś by Ci odpowiadało, a ja na dniach napiszę dla nas jakieś zaczęcie c:]

    Anka

    OdpowiedzUsuń
  8. [Udało mi się nawet szybciej, niż się spodziewałam. Jakby było coś nie tak, to krzycz c:]

    Miało minąć wiele czasu, nim Anna przyzwyczai się do nowego miejsca. Wszystko było tu dziwacznie oderwane od zewnętrznego świata, jakby rządzące się swoimi prawami i nie pozwalające przeniknąć w swoje granice niczemu, co nie potrafiło wpasować się w tą zapomnianą krainę. Wystarczyło jednak kilka dni przepełnionych nierówną walką ze śniegiem, zagraconymi pomieszczeniami i wszędobylskim kurzem, by poczuła do niego niezrozumiały sentyment i zaczęła wyobrażać sobie siebie w tych ciasnych czterech ścianach nie tylko za tydzień, nie za miesiąc, ale może i za kilka lat. Tak jak tego wieczoru, kiedy ubrana w znaleziony w szafie na strychu, gruby wełniany sweter i z przygotowanym na później dzbankiem owocowego kompotu zabrała się za porządkowanie niewielkiego salonu, odnajdując w nim coraz więcej skarbów. Obrazy ukryte za meblami, którymi przyozdobiła ściany tuż obok kominka, serwety i obrusy zdobione misternym, ręcznie wykonanym haftem, niewyraźnie rysującym się pod warstewką brudu, czy wreszcie zastawa do herbaty, z której jedna filiżanka miała brzydko wyszczerbioną krawędź i rączkę. To wszystko świadczyło o życiu osoby, która miała nigdy nie pojawić się w życiu Anny. I fizycznie owszem, nie pojawiła się, lecz wspomnienia o niej ożywały z każdym znalezionym w jej domu bibelotem. Jak wiele tajemnic mogła skrywać ta ledwo opierająca się zimnemu wiatrowi chatka?
    Anna naciągnęła na głowę grubą czapkę i kuląc się pod zacinającym z każdej strony śniegiem przedostała się przez zaspy do ukrytego na tyłach domu składziku na drewno, gdzie udało jej się znaleźć jeszcze kilka suchych, nie nadszarpniętych zębem czasu, przerąbanych pniaków. Z myślą o dogasającym w kominku palenisku, uzbierała z nich niewielki stosik (a więc taki, który dałaby radę zabrać już teraz i po który nie musiałaby wracać tu raz jeszcze) i obejmując go mocno ramionami ostrożnie przedreptała po swoich śladach z powrotem do drzwi wejściowych. Prawie, bowiem zza węgła zauważyła najpierw czyiś podłużny cień przemykający po kamiennych schodkach, a potem postać, do której ów cień należał. Wysoką i postawną, o szerokich barkach i solidnych ramionach co sugerowało, że tajemniczy przybysz był mężczyzną. Zaglądał przez niewielkie okienko przy wejściu, a jego obecność była dla Anny na tyle zaskakująca i przerażająca zarazem, że wrzasnęła, a z krzykiem tym wypuściła na ziemię niesione ze sobą drewienka. Niewiele myśląc, chwyciła zaraz jedno z nich w obie dłonie i uniosła go przy swojej twarzy niby broń, którą zamierzała przepędzić niebezpieczeństwo. Mężczyzna nie wyglądał groźnie, ale też nie mogła stwierdzić z całą stanowczością, że nie miał złych zamiarów. W lekkim rozkroku i z oczami otwartymi szeroko, wręcz nienaturalnie, zamarła w bezruchu i tylko oddech zamieniający się w mgiełkę zdradzał, że nie była posągiem, a prawdziwie żywą istotą.
    — Czego chcesz? — zapytała, nie znajdując w głowie bardziej odpowiednich na tą chwilę słów. Nie znała tu nikogo. Jaką mogła mieć pewność, że nie ma do czynienia ze złodziejem, lub sadystą, którego poszukuje cała lokalna społeczność? Miętosiła w palcach kawałek drewna i w zniecierpliwieniu oczekiwała jakiegokolwiek wyjaśnienia.

    Anka

    OdpowiedzUsuń
  9. [Nie ma za co dziękować, napisałam jedynie prawdę i moim skromnym zdaniem, naprawdę z niczym nie przesadziłaś :) Caleb jest, z braku lepszego określenia, po prostu życiowy, ot co.
    Wydaje mi się, że Mount Cartier jest na tyle małe, że mimo różnicy wieku, nasi panowie musieliby o sobie wiedzieć. Jay o Calebie jako o chłopaku, któremu spod ziemi wyrosło pewnego dnia niemowlę (mimowolnie obiłoby się mu to o uszy); a Caleb o Jasperze zapewne, jako synu zmarłego przed laty pastora i wnuka miejscowego gawędziarza. Swoich imion rzeczywiście mogliby nie być pewni, dzieli ich w końcu jedenaście lat :) Nie jestem pewna, od kiedy Caleb pracuje na stacji, ale Jasper zmienił się niespełna roku temu; wcześniej mogliby rzeczywiście wymieniać po kilka zdań, czy nawet o czymś rozmawiać, a gdyby z jakiegoś powodu na stacji pojawiał się Noah, Lam na pewno umiałby malucha zagadać i rozbawić. Obecnie jest znacznie przygaszony, jeśli napisanie o tym w czymkolwiek pomaga xD
    Zgadzam się, nie miałyśmy zbytnio okazji ze sobą dłużej popisać, ale warto to nadrobić :) I tak, koty są najlepsze ^^ Nie w sposób nie mieć do nich słabości, najzwyczajniej w świecie ;)
    Miłego dnia!]

    Jack Lam

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Preferowałabym raczej gadu, bo na maila mogę zapomnieć zajrzeć :)
    GG: 46650538
    Pisz śmiało! :) ]

    Delilah

    OdpowiedzUsuń
  11. Mężczyzna wyglądał na nie mniej zaskoczonego od niej, lecz z całą pewnością nie dostrzegał w niej zagrożenia. I Anna uspokoiła się nieco, wypuściła z dłoni swoją prowizoryczną broń i kopnęła kołek bliżej usypanego na ziemi kopczyka drewna. Gdyby nieznajomy zamierzał ją skrzywdzić, zrobiłby to od razu; poza tym niepokoiła go jej obecność tutaj i najwyraźniej uważał ją za coś niewłaściwego. Widział w niej intruza. Kiedy to zrozumiała, uspokoiła się i odetchnęła głęboko, a na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech. Zupełnie, jakby dopiero po chwili zrozumiała opowiedziany przez kogoś żart i nie mogła uwierzyć, że nie zadziało się to od razu.
    — To dom mojej ciotki — wyjaśniła, wskazując na zasypaną śniegiem chatkę. Było jej dziwnie wypowiadać te słowa, bowiem do tej pory była przekonana, że nie ma w swoim życiu żadnego bliskiego krewnego. Nie licząc dalekich kuzynów swojej matki, rozsypanych gdzieś po Europie zachodniej i ojca, który równie dobrze, jak ukrywać się, mógł po prostu nie żyć, do chwili znalezienia tajemniczego listu mogła żyć w przekonaniu, że nie ma już na tym świecie nikogo. Fizycznie nadal nie miała, lecz teraz przynajmniej poczuła się gdzieś zakotwiczona — Miała na imię Sofia. Znałeś ją?
    Szybko zdała sobie sprawę, że nadal stoją pośród zasp śniegu, targani silnym wiatrem i coraz bardziej zmarznięci. Teraz, gdy nie dostrzegała już w mężczyźnie potencjalnego psychopaty i złodzieja, a jej wyobraźnia uspokoiła się nieco, mogła pozwolić sobie na małą poufałość. Pozbierała rozrzucone na wydeptanej ścieżce drewno i bezceremonialnie władowała część kołków w ramiona nieznajomego, samej sobie pozostawiając zaledwie kilka, które dała radę uchwycić jedną ręką. Wyminęła go, wspięła się na schodki prowadzące do domu i otworzyła szeroko drzwi wejściowe, przytrzymując je przed mężczyzną ramieniem. Głową skinęła ku ciepłemu wnętrzu.
    — Pomóż mi — poprosiła, choć już wcześniej postawiła go przed faktem dokonanym — Zrobię herbatę. Albo kawę, jeśli wolisz.
    Nie mogła powstrzymać się przed zasypaniem mężczyzny gradem pytań. Pojawił się tu nie bez powodu i gdyby Sofia była mu zupełnie obojętna, nie zainteresowałby się zapalonym w jej domu światłem – mimo, że nie powinno być w nim żywego ducha. To nie była zwyczajna ciekawość, a sąsiedzka troska. Musiał ją znać i musiał wiedzieć o niej niejedno. Anna zamierzała wstrzymać się przed zaczepianiem przypadkowych osób i dopytywaniem o kobietę zmarłą przed kilkoma miesiącami, wolała najpierw przyzwyczaić miejscowych do siebie i stać się częścią ich niewielkiej społeczności. Przynajmniej w pewnym stopniu. Skoro jednak miejscowi zjawiali się pod drzwiami domu jej ciotki sami, nie omieszkała tego wykorzystać. Uśmiechnęła się do mężczyzny, patrząc na niego wzrokiem nie cierpiącym sprzeciwu.

    Anka

    OdpowiedzUsuń
  12. Jasne światło lampki padało na maszynę do szycia stojącą pod oknem w niewielkim gabinecie zagospodarowanym przy kuchni. Jeszcze tydzień temu pomieszczenie to służyło bardziej za składzik każdej niepotrzebnej rzeczy, jaka poniewierała się po domu od śmierci jego właścicielki. Isabella wrzucała tam wszystko, co znajdowała w swoim jednopiętrowym miejscu zamieszkania, które od ponad pół roku było już oficjalnie oznaczone jako jej własne. Początkowo nikt nie wiedział o testamencie zmarłej rok temu Diany Ames i dopiero podczas jednych z porządków przeprowadzanych całą rodziną (oczywiście z wyłączeniem nieobecnego Victora) odnaleziony został w jednej z szafek z dokumentami. Na dwóch stronach papieru wyraźnie zaznaczone zostało, że dom oraz należąca do niego posesja wchodzą we własność jedynej wnuczki czyli Isabelli. Od tamtej chwili mogła już przestać oszczędzać pieniądze na wynajęcie mieszkania w znajdujących się w centrum niskich kamienicach i skupić się na włożeniu funduszy w odnowienie odziedziczonego domu. A do naprawy było prawie wszystko. Isa każdego tygodnia odkrywała coś nowego, co sypało się i wymagało niemal natychmiastowej interwencji.
    Głównie dlatego tak dużo czasu zajęło jej nim znalazła chwilę na uprzątnięcie jedynego wolnego pokoju, w którym mogła zrobić swoją mini pracownię. Przez ostatni miesiąc potrzebowała jednak o wiele więcej powodów do rozproszenia nieprzyjemnych myśli, dlatego więcej rzeczy było przez nią robionych na „już”, a nie na „kiedyś”. Tym bardziej, że nie mogły ją rozproszyć żadne ciekawskie, małe dłonie, które lubiły zaglądać wszędzie tam, gdzie nie powinny. Jej kontakty z Noah stały się dosyć mocno ograniczone, opierające się raczej na przypilnowaniu go od czasu do czasu podczas zimowych zabaw, gdy Caleb był w pracy, a starsza sąsiadka u której przebywał mały nie miała sił biegać po śniegu za ruchliwym trzylatkiem. Cała ta idiotyczna sytuacja dodatkowo frustrowała ją (bo przecież nie zrobiła nic złego), co i tak nie polepszało jej i tak kiepskiego już stanu. Na przekór wszystkiemu starała się trzymać w pionie, ale za jedną katastrofą stało kolejnych trzy i Isabella powoli natrafiała plecami na mur spod którego nie było gdzie uciekać.
    Tak czuła się właśnie dzisiaj, gdy kolejną godzinę siedziała nad tym samym materiałem, próbując stworzyć idealny szew na robionej na zamówienie firance. Zamiast jednak szyć, to więcej nitek pruła i cały czas zaczynała od nowa, nie mogąc się skupić. Była dzisiaj rozkojarzona jeszcze bardziej niż przez ostatnie tygodnie, a nagłe pukanie do drzwi nie wpływało pozytywnie na jej zszargane nerwy. Wzdrygnęła się, ale i tak podniosła się ze swojego taboretu i wyszła na korytarz. Dom nie był duży. Oprócz niewielkiego gabinetu, z którego przechodziło się do salonu była jeszcze całkiem przestronna kuchnia, mała łazienka z prysznicem oraz jedna sypialnia. Do drzwi wejściowych nie trzeba było więc pokonywać dużych odległości, a z racji tego że nie należały one do najszczelniejszych, to Isabella zdołała usłyszeć prawie całą wypowiedź przyjaciela. Opatuliła się szczelniej długim, wełnianym swetrem i odryglowała drzwi, które chwilę później uchyliła nieznacznie.
    — Masz pięć sekund zanim poczuję jak bardzo jest zimno i zamknę je znowu — przestrzegła go, ledwie wychylając się zza swojej ochrony. Już czuła po nogach, że wiał przeraźliwie zimny wiatr, który próbował wkraść się pod jej dżinsy.
    Na szczęście Caleb skorzystał z danej okazji i mogła szybko odgrodzić ich od zimna. Drewno palące się w kominku oraz w piecu na dole zapewniało jej wystarczająco dużą ilość ciepła. Mimo to Isabella nie puszczała swojego swetra, który gniotła w palcach, gdy stała z założonymi rękami i czekała. Wymownie czekała. To że brakowało jej go w wielu ważnych momentach w ostatnim miesiącu nie miało już teraz znaczenia. Chciała tylko usłyszeć to jedno słowo, które jej się należało.
    — Powiesz to czy będziemy tu stać przez godzinę? — dopytała Isa, spoglądając z bezsilnością na jego zaczerwienione dłonie. Całe życie w Mount Cartier, a nadal nie nauczył się nosić rękawiczek.

    Isabella

    OdpowiedzUsuń
  13. [jasne, że tak! ma i rogaliki i pączki i serniczki i co tylko trzeba! także zapraszamy <3 a klientów, których nie da się pozbyć i przepędzić, lubimy najbardziej :D ruda może być nawet w wolnych chwilach samozwańczą niańką xD ]

    OdpowiedzUsuń
  14. Dla Isabelli ten czas rozłąki był trudniejszy, niż chciała się przyznać. Wbrew pozorom nie chodziło o sam fakt chwilowego odcięcia się od niej – chociaż i to od czasu do czasu zdarzało im się przez te wszystkie lata. Wiedziała, że ostatecznie się pogodzą, a Caleb zrozumie, że nigdy nie chciała źle dla niego czy dla Noah. Nie sądziła tylko, że potrwa to ponad miesiąc i że w trakcie zdąży wydarzyć się tak wiele rzeczy, o których nie będzie w stanie mu powiedzieć. W kilka tygodni nazbierała przed nim więcej sekretów niż miała przez całe życie. Gdyby nie one, już dawno pierwsza stanęłaby pod jego drzwiami z błagalnym spojrzeniem. Potrzebowała go bez względu na to czy był na nią wściekły za zbytnie wtrącanie się w jego życie, czy nie, ale bała się kolejnego odrzucenia.
    Nic więc dziwnego, że kiedy już przyszedł, wpuściła go tak szybko i że wystarczyło podanie jej siatki z zakupionymi piwami, żeby odetchnęła z ulgą. Został. Wybaczył. Przeprosił. Nie potrafiła długo się na niego gniewać… nawet gdy był dupkiem i bezpodstawnie odcinał ją od siebie.
    — Nie, nie byłeś najmilszy — powiedziała jednak cicho, akcentując przesadnie to ostatnie słowo. Ich rozłąka dotknęła ją i nawet teraz, gdy Caleb stał już naprzeciwko niej, a znajdujący się na jego ubraniach śnieg topił się na podłogę, to nadal czuła się dotknięta jego zachowaniem. Brakiem zrozumienia czy wsparcia. Do tej pory polegała na nim. Chciała to robić nadal, ale na to będzie potrzebowała czasu.
    W nerwowym geście przygryzła dolną wargę. Zakupy ciążyły jej w ręce, więc odstawiła je na szafkę na buty. Jej zawartość chwilowo nie miała najmniejszego znaczenia. Bardziej Isę interesowało brunet mówił poważnie i za tydzień nie będzie znowu chciał posłać jej w diabły tylko dlatego, że odezwie się w sprawach wychowywania Noah. Mały od samego początku był dla niej jak oczko w głowie i bardzo się z nim zżyła. Może faktycznie nieco „za bardzo”, ale kogo miała oszukiwać? Ten dzieciak skradłby serce każdemu.
    Zamiast jednak męczyć dłużej Caleba po prostu podeszła do niego i dłońmi, na które naciągnięty miała swój szeroki sweter objęła go w pasie. Policzek przytuliła na kilka sekund do mokrej kurtki, dając dość jasny sygnał, że nie zamierza stracić tej okazji na pogodzenie się. Nawet jeśli tylko chwilowe.
    — I jesteś dupkiem, ale przynajmniej takim, który umie przeprosić — zauważyła ze spokojem, wbijając swoje paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Takie kilkusekundowe zbliżenie się nie było łatwe, a gdy tylko poczuła, że Caleb wykonuje ruchy sugerujące przygarnięcie jej bliżej, to odruchowo zrobiła dwa kroki w tył i puściła go. Nie chciała tutaj niezręczności, ale potrzebowała dystansu. Przynajmniej na razie, dopóki nie poukłada sobie w głowie, że udawanie, że wszystko jes w porządku nie będzie już takie łatwe.
    — To ma być naprawdę dobry obiad, Caleb, bo te piwa nie wystarczą. I przestań tak stać, przecież wiesz, że wybaczę Ci każdą głupotę i możesz tu przychodzić kiedy chcesz. — Isabella westchnęła, zakładając ręce na ramiona i pocierając nimi łokcie. Przeszedł ją dreszcz spowodowany chwilową bliskością z chłopakiem, ale szybko opanowała bezwarunkowe odruchy swojego ciała. — Chcesz coś ciepłego, herbaty, kawy, kakao?

    Isabella

    OdpowiedzUsuń
  15. [Marion dogada się z każdym, do tańca i do różańca się nadaje, więc jak najbardziej możemy zrobić z nich lokalnych ziomeczków. :D]

    Marion

    OdpowiedzUsuń
  16. Odkąd zaczęli przyjaźnić się w dzieciństwie Isabella polegała na Calebie w wielu sprawach. Zarówno w szkole, jak i poza nią potrafili być nierozłączni, a ostatni rok szkoły, który musiała spędzić sama na szkolnych korytarzach małego liceum w Churchill był uznawane przez nią za najgorsze doświadczenie. Przyjaźnienie się tylko z jedną osobą nie wychodziło jej wtedy na dobre, ale jakoś przebrnęła przez te dziesięć miesięcy. Utwierdziło ją to tylko wtedy w przekonaniu, jak bardzo ufa Youngowi i jak potrzebuje, żeby jego naburmuszona mina była często w zasięgu jej wzroku. Być może uzależniła się od jego obecności przez te wszystkie lata, ale za to nie planowała nigdy przepraszać.
    — Na pewno by nam to wtedy pomogło — wytknęła z pobłażliwym spojrzeniem. Podczas tamtej awantury padały takie słowa, że uderzenie Caleba nawet w ramię potraktowane by było jako obraza i na pewno przyczyniłoby się do jeszcze dłuższej rozłąki. I pewnie Young nie byłby wtedy już taki skłonny do przepraszania. — Przesadzasz… ale może po prostu do tego nie wracajmy? — zaproponowała spokojnie. Z nią czy bez niej Caleb poradziłby sobie tak samo dobrze. W końcu ona też nie była żadną ekspertką w wychowywaniu dzieci, nie miała na co dzień do czynienia z takimi szkrabami, jaki trafił pod opiekę Younga. Była jednak pierwszą, która zadeklarowała się, że we wszystkim mu pomoże i w pierwszych tygodniach niemal mieszkała z nimi dwoma, byleby tylko mieć na oku niemowlaka i jego zaskoczonego ojca. Wypożyczyła wtedy z biblioteki chyba wszystkie dostępne książki o opiece nad dziećmi do pierwszego roku życia i wszystkiego uczyła się na bieżąco razem z Calebem. W końcu się przyjaźnili, nie mogła go z tym zostawić.
    Sama jednak nie oczekiwała takiego samego zaangażowania i z własnymi problemami schowała się pod skorupą, którą Caleb bardzo rzadko miał okazję widywać. Zwykle potrafił rozgryźć ją w dwa dni, jej pancerz był wtedy jeszcze słaby, ale teraz? Miała miesiąc, żeby odciąć się od wszystkich. Miesiąc, by samej walczyć z nowymi demonami. Nie miało już teraz sensu mówienie mu o niczym. Nie potrafiłaby zresztą.
    Chcąc dać sobie chwilę na opanowanie, skierowała się do kuchni. Piwa schowała do lodówki, z której zaraz wyciągnęła też mleko, nalała go do małego garnka i podpaliła gaz na kuchence. Następnie oparła się o blat znajdujący się tuż obok, próbując uniknąć pytania Caleba.
    — Ale nie otrujesz nas? — Uśmiechnęła się słabo do bruneta. Nieodgrzewane, niekupowane… brzmiało nieźle, pod warunkiem, że Caleb nie spali przy okazji domu. — Ciekawe co byś zrobił, jakbym się nie zgodziła. Chociaż… skoro Noah wie, to musiałabym się zgodzić, cwaniaku. — Pokręciła głową z niedowierzaniem, ale po części czuła też przyjemne ciepło w okolicach serca. Stęskniła się za tym małym blondynkiem i nie mogła wprost doczekać się, żeby go znowu wyściskać albo poczytać mu jakąś bajkę. — Posprzątałam tutaj trochę. Zrobiłam już pracownię z tego małego pokoju, w którym było wszystko co możliwe. Kiedyś będę musiała go jeszcze odmalować razem z sypialnią, ale najpierw muszę nadrobić wydatki. Tydzień temu piec się popsuł i musiałam poprosić pana Tangera o naprawę, bo nie dało się wytrzymać — przyznała, unikając tego bezpośredniego pytania co faktycznie u niej. Temat napraw w domu po babci był jak rzeka, zawsze coś się znalazło, a tamtą jedną noc Isabella pamiętała aż za dobrze. Temperatura w domu był minusowa i żadne swetry, kołdry, koce ani termofory nie pomagały.

    Isa ♥

    OdpowiedzUsuń