Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
Wrzesień • 14°C
Jeśli ktoś myślał, że koniec wakacji przyniesie nam gwałtowne ochłodzenie, to czeka go spore rozczarowanie! Na horyzoncie ciągle widać częściej słońce niż deszcz, co w sumie jest trochę nietypowe jak na nasze miasteczko, prawda? Ale jeszcze nie panikujmy, zimnolubni na pewno niedługo będę mogli się cieszyć z gwałtownego spadku temperatury i ciężkich opadów białego puchu... tak, tak, moi drodzy, już za chwilę powróci do nas zimowa aura, która jak zawsze będzie nam towarzyszyć przez kolejnych osiem miesięcy. Zdążycie jeszcze zatęsknić za tymi zielonymi trawnikami! Jako Wasza ulubiona pogodynka jestem tego stuprocentowo pewna.

29.05.2017

"Morze, ogień i kobieta to trzy nieszczęścia." - Eurypides

Meredith White

1989 redaktor z NY FC: Jessica Lowndes

Wiele osób widząc atrakcyjną kobietę, która świadoma swych walorów ubiera się wyzywająco, z zamiarem pobudzenia męskiej wyobraźni i wzbudzenia zazdrości u połowy koleżanek; myśli dziwka i od razu szufladkuje. I Mer doskonale o tym wie. Przechodząc ulicą na wysokich szpilkach, dzięki którym jej smukłe nogi wydają się jeszcze dłuższe, kobieta śmieje się pod nosem, ciemnymi jak noc oczyma lustrując mijane twarze. Widząc w nich obłudę, nie ufa ludziom. Nie ma ich oczywiście za idiotów, przynajmniej nie wszystkich, ale prawdą jest, że do każdej znajomości podchodzi ostrożnie. Poprawka, do każdej zobowiązującej znajomości.
 Przez ludzkie gadanie i to, że zbyt łatwo można wylądować na językach innych, Mer kłamie i jest cyniczna. Nie ma wiele do stracenia, bo skoro niewielu ma prawdziwych przyjaciół, to kto miałby się od niej odwrócić? Złośliwościami, sarkazmem i dokuczliwymi docinkami często odstrasza od siebie nowo poznane osoby, już przy pierwszej rozmowie zapominając o uprzejmościach i uważnie obserwując ich reakcje. To jest swego rodzaju test, brunetka sprawdza, czy warto w ogóle zaprzątać sobie głowę kimś, kto na jej pikantny żarcik albo się czerwieni, albo nerwowo chichocze. Bo w gruncie rzeczy, mimo że Mer ma cięty język, to miękką dupę.
 Jest osobą pewną siebie, która umie kłócić się o swoje racje. Ale jest też przebiegła i wiedząc jak zyskać, jak osiągnąć obrany cel, potrafi kręcić i manipulować ludźmi tak, by zdobyć to, na czym jej zależy. Nie znaczy to jednak, że ta kobieta jest zła do szpiku kości. Nie, nie, żadna z niej zołza, chociaż współpracownicy znający głównie jej nad wyraz wymagającą i roszczeniową stronę, mogliby się nie zgodzić. Prawdę powiedziawszy umyślnie nikogo nie krzywdzi, szanuje swoją wolność, swoją niezależność i tak samo cudzą. Dopóki oczywiście ta cudza wolność nie zagraża jej własnej.
 Za swoją największą słabość Mer uważa to, że pragnie tego samego co każda kobieta. I ku jej rozpaczy wychodzi na to, że nie różni się od innych wcale, bo gdzieś tam w głębi drży schowane marzenie o miłości i bezpieczeństwie. Ta świadomość dokucza jej na tyle, że gdy przygląda się w lustrze, czesząc długie hebanowe włosy, jest w stanie widzieć w sobie same wady. Nie pomaga na to nawet słodkie spojrzenie kilkuletniej córki, za którą oddałaby życie.
 Nie ma się co oszukiwać, Mer może i jest intrygująca, ale wcale nie jest to urocza dziewczyna, która grzecznie usiądzie w parku na ławce i będzie oglądać chmurki. A do Mount Cartier przybywa wbrew sobie w interesach: skopać tyłek swojemu autorowi, który olewa kontrakt; i odnaleźć faceta, od którego zależy życie jej dziecka.

( 10 )

  1. [Część. To chyba odrobinę przeciwstawny charakter do tego u Miny? :) Chyba faktycznie ciężko będzie jej znaleźć faceta,jak będzie każdego witać złośliwym żartem, ale trzymam kciuki, że odnajdzie tego jedynego właśnie w cudownym Mount Cartier! No i byle by za mocno nie poturbowała tego wspomnianego autora, a przy okazji została na dłużej :D Baw się dobrze z Mer! :)]

    Ferran, Cesar, Tilia

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja dzisiaj tak na raty wszystko robię, ale słusznie bardzo smoła zauważyła, że Mina i Meredith to woda i ogień! :D Ale bardzo doceniam, bo takie przeskakiwanie w charakterkach nie było nigdy proste, zależnie od humoru będziesz mogła wybierać u kogo odpisywać :D Czy Mer planuje skopać tyłek Andrew? To by się chyba zgadzało...
    I mnie tam najbardziej ujął ten trzyletni dzieciaczek - sama słodycz to musi być!
    Oby i z panną White dobrze Ci się tutaj pisało, chociaż na te szpilki, to bym jednak uważała, żeby biedna Mer zaraz nie połamała nóg na tych mountcartierowskich dziurach :D

    OdpowiedzUsuń
  3. [O ja, ja to bym się jej bała! :D
    Ashmee pewnie nie, bo to silne chłopięcie jest, ale... synek mnie kupił. Mimo wszystko, trochę mi jej szkoda i na dnie serduszka liczę, że znajdzie to, czego szuka. Ciekawa postać, choć dość niesztampowa i brutalna (jak wszystkie mojego, z czego wybija się Sanchez - wyjątkowo...) W każdym razie, powodzenia z drugą postacią. I gdybyś miała ochotę coś napisać, chodź na wątek! :D]

    Ashmee Sanchez

    OdpowiedzUsuń
  4. [Hej! Meredith ma imię idealnie pasujące do jej osobowości. Po samym przeczytaniu imienia miałam wrażenie, że będzie z niej twarda i skrycie romantyczna babka. Zaskoczył mnie (i kupił!) natomiast jej kilkuletni synek. Mattie wie, jak trudna może być opieka nad dorastającym chłopcem, choć sama matką nie jest, a jedynie opiekuje i wychowuje swojego brata.
    Baw się dobrze z drugą postacią. I niech Mer spełnia się zawodowo i prywatnie! :)]
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  5. Mount Cartier powitało go gęstym i zimnym deszczem, szarą mgłą i kilkoma przykrymi niespodziankami. Samochód nie przypominał w niczym tego, który wypożyczył. Miał lekkie wgniecenie i pęknięty lewy przedni reflektor. Był cały ubłocony a na parkingu pod zajazdem u Anne prezentował się wyjątkowo niekorzystnie. Gdyby ktoś z branży zobaczył go w czymś takim, z pewnością przecierałby oczy ze zdumienia. Rano na szybko ocenił straty a do centrum wybrał się pieszo. Pogoda tego dnia była względnie dobra, słońce bardzo często wyglądało zza chmur i było ciepło, jak na tę okolicę. Zajazd u Anne jedynym miejscem, gdzie mógł się zatrzymać. Nie chciał bowiem nocować w domu dziadków, bo zupełnie nie wiedział, co może tam zastać. Był tu zaledwie jeden dzień i nie zdążył nawet tam zajrzeć. Poza tym, nie miał kluczy do posesji i musiał najpierw udać się do burmistrza by załatwić sprawy formalne. Po piętnastominutowym spacerze był już w centrum. Przystanął na rogu ulicy przy księgarni i rozejrzał się wokół. Miał ochotę napić się porządnej kawy, ale nie sądził, by ktoś tu taką serwował. Nie pamiętał też zbyt dokładnie gdzie znajduje się ratusz, ale uznał, że szybko go zlokalizuje, bo miasteczko jest dość małe. Z zadowoleniem stwierdził, że nikt nie zwraca tu na niego większej uwagi. Poza tym był przekonany, że mieszkańcy, zwłaszcza Ci starsi, nawet jeśli przyglądają mu się z uwagą, to raczej dlatego, że go nie znają, niż dlatego, że widzieli go w telewizji . To było zadowalające. Szczerze powiedziawszy miał ciszą nadzieję, że uda utrzymać mu się pobyt tutaj w tajemnicy, przynajmniej na razie. Chciał odpocząć od zainteresowania. Po drodze mijał mały sklepik wielobranżowy, uśmiechnął się lekko pod nosem i wstąpił do środka. Jeśli nie serwowano tu kawy, w ostateczności mógł zastąpić ją coca colą i to właśnie planował zrobić. Sklepik nie był wielki, ale miał kilka rzędów regałów i serwował wszystko, co było potrzebne do życia. Ryan zgarnął z półki puszkę z cudownym napojem i małą paczkę ciastek. Wtem usłyszał kichnięcie i siarczyste przekleństwo. Zaśmiał się cicho i wychylił zza regału za którym stał.
    -Na zdrowie! – powiedział głośno z uśmiechem a kiedy dziewczyna odwróciła się w jego stronę żałował, że kiedykolwiek zachciało mu się tej głupiej koli. Pożałował, że wstąpił do tego sklepu, że przyjechał do Mount Cartier. Gdyby zobaczył ją wcześniej pewnie schowałby się za regałem i zaczekał aż wyjdzie a teraz podał się jak na talerzu. Wpadł mu nawet do głowy pomysł, że uda kogoś innego. Na pewno po świecie chodzi jakiś facet, który go przypomina i z pewnością mógłby go właśnie teraz udawać. Zamiast tego stał w milczeniu i przyglądał się dziewczynie, już bez uśmiechu. Czas kiedy się spotykali nie należał do najmilszych wspomnień, choć był bardzo krótki. Meredith była tak chłodna i nieustępliwa. Twardo stąpała po ziemi i szybko przekonał się, że to jest raczej wada niż zaleta. Nie potrafiła się bawić, ciszyć się chwilą a wszystkich jego znajomych traktowała z góry. W końcu tak samo zaczęła traktować też jego. Stwierdziła, że jest zbyt rozrywkowy i niepoważny, że nie nadaje się do związku i jest kiepskim partnerem. On zaś uważał, że kobieta nie ma w sobie za grosz poczucia humoru i miał dość jej zdrowego rozsądku i ciągłego marudzenia. Nic jej nigdy nie pasowało, wszystko co zrobił było nie tak jak powinno być. Często się kłócili a wytrzymywali ze sobą tylko dlatego, że mieli taki sam temperament i bardzo dobre wychodziło im godzenie się ze sobą. Wszystkie złe emocje potrafili przełożyć na wielką namiętność w łóżku i kilka miłych chwil rano. Potem wszystko wracało do normy aż w końcu rozstali się ze sobą właściwie z ulgą.

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dziękuję ogromnie! Choć na tle całego miasteczka to chyba Meredith wypada bardziej oryginalnie, niczym gwiazda filmowa na prowincji. ;D A gdyby miała ochotę wrócić do Nowego Jorku z drewnianym rękodziełem - Diana i jej brata zapraszają cieplutko do siebie. ;D]

    Diana

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ja tam lubię wątki z mocnymi postaciami. Ba, z reguły takie prowadzę i 3 na 4 moje postacie na obecnych blogach to psychicznie chorzy despoci. Tak już mam, a Ash jest totalnym eksperymentem i sama nie wiem, czy w którymś momencie mechanicznie nie zacznie być trochę opryskliwy i bezczelny. Ale może się uda. :D
    Tylko nie wiem w jaki wątek pójść. Może faktycznie użyć faktu, że jak było wspomniane wyżej potknie się na szpilkach na nierównej powierzchni? XD Ashmee, dobra dusza, zechce jej pomóc, a ona zacznie się irytować, że nie działa na niego jej urok. Tzn, raczej nie myśli kroczem, więc zachowałby się czysto po dżentelmeńsku i nie rozbudziłoby jego zmysłów.  :D No nie wiem, nie wiem, trochę nie myślę]

    Ashmee  

    OdpowiedzUsuń
  8. Mathilde wracając z poczty nie zakładała, że będzie się zatrzymywać za budynkiem. Dzisiejszy dzień miała spędzić sama w domu, oddana swoim myślom. Zamiast tego, wyłaniając się zza bocznej ściany poczty, zatrzymała się niemalże instynktownie w miejscu. Na zwierzętach co prawda się nie znała, ale stworzonko poruszające się niedaleko, przypominało jej bardzo skunksa. W normalnych okolicznościach pewnie zachwycałaby się nad miękkim futrem na jego grzbiecie, gdyby na przykład widziała go w telewizji, ale w Mount Cartier nie było takich atrakcji. Zamiast tego, skunksa można było spotkać na żywo.
    — Nie… — zaczęła ostrzegając nieznajomą kobietę, ale skunks w tym czasie poczuł już zagrożenie, a Tilly przez moment prawdopodobnie poczuła się temu winna, bo akurat wyciągnęła z ostrożnością rękę przed siebie w kierunku kobiety. Mimo, ze to ona z desperacją wymachiwał telefonem w górze.
    — Proszę uważać… pod pani stopami znajduje się zagubiony skunks — wyrzuciła w końcu z siebie, bacznym, jasnym spojrzeniem obserwując reakcję nieznajomej. Dwie sekundy później, całe Mount Cartier miało możliwość doznać nieprzyjemności spotkania dwóch niczego winnych kobiet z tym zwierzęciem. Mocz, jaki wydalił na Meredith, w szybkim tempie rozprowadzony przez wiatr, rozprzestrzeniał się po całym miasteczku. Mathilde nie była pewna, kiedy ostatni raz poczuła tak naglący, ściskający żal w żołądku, wobec niewinnego stworzenia. Albo to po prostu były mdłości. Tilly wolała jednak wierzyć we współczucie wobec zwierzęcia.
    — Ojej, za późno.
    Skunks stał tam dalej, w dalszym ciągu z nastroszonym ogonem, bo jeśli ktoś by nie uwierzył, to dopiero była jego gra wstępna. Więc jaki odór musiał z siebie wydawać, jeśli już ten był tylko ostrzegawczym?

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  9. Cześć!
    Niestety, Ashmee okazał się postacią nie na moje barki i przez wgląd na jego delikatność, niestety musimy się rozstać. Dziękuję za wątek i bardzo przepraszam za jego przerwanie! <3

    Buziaki,

    Ashmee

    OdpowiedzUsuń
  10. Meredith zdecydowanie demonizowała postać Andrew. Rozumiał każdorazową złość, gdy w czasie jego chronicznego „bezwenu” musiała borykać się z brakiem materiału twórczego, tłumacząc wydawnictwu, dlaczego wciąż jeszcze nie uzyskała od niego kopii rozdziału. Był nawet w stanie zgodzić się z tym, że jako ciut ekscentryczny autor książek ma stosunkowo trudny charakter, niełatwy do okiełznania. Z jednym jednak nie potrafił się pogodzić — jej przekonaniem o tym, że gdy go nie ma, gdy się nie odzywa, to najpewniej ląduje upity lub na dziwkach. Wiele rzeczy można było mu zarzucić, ale akurat tych dwóch działań unikał jak ognia, a każde sugerowanie mu, że może być inaczej, godziło w jego dumę. Szukanie rozrywki za pieniądze u kobiet nasycało go nieukrywanym obrzydzeniem, nigdy nie potrafił zrozumieć tego, jak szanujący się facet, a do tego dobrej klasy Nowojorczyk, może odnajdywać w tym swój sposób na życie. Z kolei picie na umór to pierwszy sposób na to, by zahamować proces twórczy, więc jasnym było, że Andrew, biorąc na poważnie swój zawód, nie zdecydowałby się na tak prymitywną formę spędzania czasu, która przyblokowałaby jego potencjał. Był Narcyzem i Chamem, ale był Chamem Zasłużonym i Narcyzem Niepospolitym, co oznaczało, że wbrew całej tej otoczce zachowywał się… wyjątkowo dojrzale. Konsekwentnie, odpowiedzialnie i z szacunkiem do ludzi, kiedy należało. Inna sprawa, że łatwo było go przekonać do tego, iż należało, i że akurat TA dziewczyna, czy TEN facet na jego szacunek nie zasługują. Nieszanowany przez kogoś, czuł się uprawniony do podobnej strategii działania.
    Nie miał pojęcia, czy Meredith darzy go respektem. Wiedział natomiast, że kobieta ta jest absolutnym i niezaprzeczalnym wrzodem na tyłku. Tyle razy, ile wparowała mu do mieszkania bez zapowiedzi, tyle nie widział nawet swojej nadopiekuńczej matki w Nowym Jorku. Szczyt wszystkiego pokonała, gdy zjawiła się w Mount Cartier. Akurat tutaj jej się nie spodziewał. Swoją drogą trzeba było przyznać, że w całym narzekaniu na jej „księżniczkowaty” charakter po cichu podziwiał jej duch walki. Znając jej niedostosowanie do sytuacji pozbawionych wszelkich wygód, przywiązanie do wielkomiejskości i konieczność obracania się ludźmi wykształconymi lub światowymi, przybycie do tego wypizdowia było w jej przypadku aktem niezaprzeczalnej odwagi i determinacji.
    Na miejscu pojawił się prawie o umówionej porze. Spóźnił się o studencki kwadrans i choć lata nauki akademickiej miał już dawno za sobą, przez chwilę poczuł się jak za czasów uczelnianych. Zatrzymując się przy krawędzi jezdni, pierwsze co rzuciło mu się w oczy, to przemoknięta do suchej nitki Meredith. Z włosami nastroszonymi od wody i deszczu, plamą błota na kostce i niezadowoleniem wyrysowanym na twarzy. Trochę tak, jakby właśnie przeszła chrzest na drodze do bractwa.
    Nic dziwnego, że uśmiechnął się rozbawiony. Co więcej, poza przyjazdem na umówione miejsce nie zrobił nic, by zrekompensować jej doświadczone do tej pory szkody i niewygody. Odpinając pas kierowcy odchylił się jedynie w stronę drzwi pasażerskich, otwierając je od wewnątrz.
    — Trudny dzień, co? — zaśmiał się.
    Powinien pomóc jej z walizką, ale... nie oszukujmy się, bardziej niż na byciu dżentelmenem w tym momencie zależało mu na przekonaniu się, jak na swoich stylowych czułenkach, z mokrym od kanalizacji bagażem, poradzi sobie panna White.

    Andrew Walker

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.