A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link
07/07/18 Zawieszenie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KP. Pokaż wszystkie posty

I'm just a dreamer but I'm hanging on though I am nothing big to offer

Elsie Lance
Elisabeth Flora Lance 16.05.1991, Winnipeg przedszkolanka córka akademików rozwódka

Nie było tak uroczo, jak w animacji Disneya. Jej ukochany nie trwał przy niej, gdy dowiedział się, że nie da mu nigdy biologicznych dzieci. Zabawne, bo nigdy nie był rodzinnym typem mężczyzny. Zniknął równie szybko, co zawrócił jej w głowie, gdy była jeszcze naiwną studentką. Studentką od dłuższego czasu nie jest, ale naiwna jest nadal. Nie był tym jedynym. Nie ma żadnego jedynego. Jest tylko ktoś, kto ją kiedyś być może zaakceptuje i pozwoli oprzeć na sobie. To wszystko. A Elsie już niczego więcej nie pragnie. Póki co, pokłady czułości przelewa na dzieci, dla których organizuje każdego dnia prowizoryczne przedszkole w ośrodku kulturowym. Uzależniła się od robienia dżemów; a te powoli przestają się mieścić w kredensie. Czasami je sprzedaje, czasami rozdaje. To jej sposób na chandrę. Wraz z nowym rokiem przeprowadziła się do odziedziczonego po babci domku w Mount Cartier. Przygarnęła kota i ignoruje telefony siostry, która twierdzi, że to pierwszy krok do staropanieństwa. Ma prawie dwadzieścia siedem lat, a kolana posiniaczone jak ośmiolatka. Regularnie jeździ do kina, w każdy piątek piecze szarlotkę, a niedziela jest jej dniem książki, kiedy to zaopatruje się w bibliotece na kolejny tydzień. Nie potrafi odmawiać, zwłaszcza pomocy, i nadal wieży mężowi, który nigdy nie lubił jej piegów. Chciałaby nie wyglądać, jakby była wiecznie niedożywiona, zaakceptowała jednak krzywą dwójkę i uśmiecha się od ucha do ucha bez kompleksów. Wciąż jest nieuważna i chodzi z głową w chmurach. Kocha kwiaty, wszystko, co żyje, od dżdżownicy i karalucha, przez psy i koty, po konie i niedźwiedzie. Miłośniczka historii, starych filmów i muzyki starszej od niej, ze słabością do rupieci. Głowa pełna pomysłów, zdolności manualne, brak głowy do matematyki, dwie lewe nogi. Niewiele potrzeba jej do szczęścia.

Bywam złym współautorem, ale teraz planuję nie umierać.
Tytuł – The Tallest Man on Earth
Wizerunek – Jessica Clements
Miłości, przyjaciół, przygód, fantazji, kryminału, ale i przykrości nie odmówimy. Bierzcie Elsie i róbcie, co chcecie.

loneliness, oh won't you let me be - let me be and I will set you free

Marion Mahoney
29 lat kucharka U Annie FC: Rachel Keller

Niedługo miną dwa lata, odkąd zjawiła się w Mount Cartier jedynie z niewielką torbą, a nadal pomieszkuje w jednym z pokoi w zajeździe, w którym pracuje. Zawsze ma dużo do powiedzenia i biada klientom, którym zechce się narzekać na jedzenie. Miejscowi musieli dojrzeć do zaakceptowania tej małej ciałem, a wielkiej duchem kobiety o dziwnym, jakby francuskim akcencie, ale teraz już żaden z okolicznych drwali nie pozwoli, żeby choćby włos jej z głowy spadł. W czasie wolnym chętnie niańczy dzieci, zajmuje się cudzymi zwierzakami, maluje płoty, kosi trawę, majsterkuje i składa meble. Wieczorami czyta, nocami ogląda filmy, na których płacze (czyli większość), próbuje hodować przyprawy, a kiedy gotuje, śpiewa. Za często pali i czasami zdarza jej się wypić jednego drinka za dużo, bywa, że potyka się na prostej drodze, pachnie cynamonem, narzeka, ale zawsze z uśmiechem. Nikt nie wie, skąd się wzięła, nikt nie wie, co przeżyła i czy nadal czegoś nie przeżywa. Ale Marion, choć trochę nieporadnie, to jednak próbuje zbudować nowe życie, a do tego przeszłość jest jej niepotrzebna.

Koty, stwierdził w końcu, koty są miłe

Ty naprawdę nie rozumiesz, prawda? - rzekła. - Ja wcale nie chcę wszystkiego, czego pragnę. Nikt tego nie chce. Nie tak naprawdę. Co to za zabawa dostawać wszystko, o czym się marzy, tak po prostu? Wtedy to nic nie znaczy. Zupełnie nic.
~ Neil Gaiman – Koralina


Lyra Mayer
23.12.1993, Churchill ❄ Przedszkolanka w ośrodku kulturowym Moke 🎝
Miała szesnaście lat, kiedy jej cały świat runął, a raczej stanął w płomieniach.
Pojawiła się w Mount Cartier niedługo po tragedii, która dotknęła jej rodzinę. Zamieszkała u kuzyna ojca, który wraz z żoną dali jej dach nad głową i przyjęli jak własną córkę. Mimo pomocy, zarówno ze strony wujostwa jak i psychologa, nie potrafiła zapomnieć. Zapomnieć o Pożarze, który zostawił na młodym ciele odstraszające znaki, prześladujące ją do dziś. Chciała być silna, udowodnić wszystkim, że da sobie radę całkiem sama, ale tak się nie stało. W swoich wyobrażeniach została lekarzem, pomagała ludziom i ratowała cenne życia. A w rzeczywistości została opiekunką do dzieci.
Budzi się dokładnie dziewięć minut przed siódmą. Ma czas na to, aby wyłączyć budzik, który potrafi postawić na nogi wszystkich domowników, poprzytulać się do kota i zdecydować jakie kolorowe rajstopy założyć tego dnia. Zdąży wziąć poranny prysznic, osuszyć włosy, oraz zamaskować nieprzespaną noc, którą spędziła na czytaniu powieści, albo na pisaniu własnej.Czas, który powinna poświęcić na szykowanie się, spędzi na przygotowywaniu pełnego śniadania. W pospiechu natomiast będzie szorować zęby, czesać włosy i poprawiać przekrzywioną bluzkę. Nim wyjdzie na mróz pięć razy ponarzeka na zimno, a  w pracy - mimo ogrzewania - będzie szczękać zębami i trząść się jak podczas febry. Wróci do pustego domu, tylko Moke będzie się wygrzewał przy piecu, albo znajdzie go zakopanego pod pościelą w pokoju. W tajemnicy przed wszystkimi znowu będzie oglądać zdjęcia rodziców i młodszego brata, zapisze najważniejsze informacje z dnia, a notes schowa pod łóżkiem, a konkretniej pod panelem, który da się wyjąć - idealna kryjówka nie tylko na sekretnie pisane opowieści czy pamiętniki, ale też na słodkości i pieniądze, które odkłada, aby w końcu wyprowadzić się od wujostwa i zacząć żyć po swojemu.
powiązania;
cześć, to jeszcze raz ja. w tytule terry prachett, a na zdjęciu prześliczna lily james. serdecznie zapraszam do wątków, przysięgam, że ona wcale nie jest smutna jak się wydaje! i koniecznie zaglądajcie do antosia

This rain ain’t gonna change us, so what’s the use to cry?

26 LAT — PRZYJEZDNA Z THORSHAVN, STOLICY WYSP OWCZYCH — DOMEK PO ZMARŁEJ CIOTCE
malarka amatorka i mistrzyni dziergania wełnianych swetrów
szuka pracy
Nie znała tego miejsca i nikt w miasteczku nie znał dziewczyny z dalekiego kraju. Niewysokiej, trochę zagadkowej i poruszającej się tak, jakby chciała umknąć wszechwidzącemu oku. Nie unikała ludzi, lecz ciekawości. Nie była bowiem pewna, czy ma do powiedzenia na swój temat prawdę, czy może opowiastkę, która wcale prawdą nie była. Z każdym krokiem uczyła się nowej ścieżki i zafascynowana rozglądała się wokół siebie, by żaden element tej baśniowej krainy nie został pominięty tak, jak pominięta została w jej świecie przeszłość. Mogła zbudować tu siebie na nowo; wyrzucić ze swojego życia wszystko, co było w nim niewygodne, a dołączyć to, o czym zawsze marzyła. Marzenia zlewały się w niewyraźną plamę, gdy o poranku otwierała szeroko okno i pozwalała, by omotał ją chłód i wiatr sunący ku dolinie ze zboczy pobliskich gór. Nie potrzebowała oszałamiającej kariery, grubego portfela, ani telefonów urywających się do samego wieczora, gdy na rozgrzanych policzkach topiły się drobiny śniegu, a sypialnię wypełniały zapachy z sąsiedniej cukierni. Pojawiała się czasami w miejscowym barze, by wychylić kufel zimnego piwa, jak na potomkinię wikińskich wojowników przystało, i pożartować z miejscowymi na tematy, które nie miały żadnego znaczenia. Nikt nie przejmował się łamanym angielskim, ani topornym skandynawskim humorem, kiedy przegrywał z nieznajomą w rzutki i dawał jej fory w partyjce pokera. Ci starsi pamiętali jeszcze jej ciotkę i w farerskiej wędrowniczce dostrzegali tą samą szczerość, ten sam sarkazm, ten sam zapadający w pamięć błysk w oku, zwiastujący radość, smutek, złość, a czasem zazdrość – nie sposób było przewidzieć, co teraz. Była zmienna jak pogoda i podobnie jak pogoda, nie pozwalała się ujarzmić.
Zjawiła się tu czysta, jak przygotowane do malowania płótno. Nie tworzyła na nim jednak abstrakcji, nie nanosiła kolorów i wzorów, których uprzednio nie dane jej było poznać. Nie musiała. Tutaj bardziej, niż w jakimkolwiek zakątku świata, mogła sięgnąć do zakamarków duszy i być prawdziwie sobą. Z kontrastem pomiędzy dźwięcznym śmiechem i zagniewanym krzykiem. Pomiędzy dziewczęcym obyciem i kolanami otartymi przy wspinaczce na drzewo. Wreszcie z całą paletą barw, którymi lubiła bawić się i brudzić nimi palce.
darkpurplemagic@gmail.com

I'm bad at love, but you can't blame me for tryin'

ALLYSSA MORGAN
lat 23 | opiekuje się chorą ciotką i układa bukiety
Do Mount Cartier przyjechała raptem miesiąc temu, gdy została wyznaczona na opiekunkę chorej ciotki i jej całego dobytku, włącznie z małą kwiaciarnią. Nie chciała jechać, w zasadzie to nawet myślała nad ucieczką na drugi koniec kraju, ale w jakieś cywilizowane miejsce, bo zapyziała dziura bez stałego połączenia z Internetem zdecydowanie nie była jej marzeniem. Ale spakowała się, wsiadła w samochód i przyjechała, jak zwykle przegrywając ze swoim miękkim sercem, które nie potrafiło odmówić rodzicom i nie pozwoliło zostawić ciotki na pastwę losu. I z dnia na dzień coraz bardziej żałuje, bo zamiast być coraz lepiej, jest coraz gorzej. Ani toto głowy do biznesu nie ma, ani do domowych obowiązków, tymczasem musi zajmować się domem, ciotką, a nawet jej hobby, czyli robieniem bukietów, wiązanek i stroików, które później czasem sprzedaje sąsiadkom albo wymienia je na coś innego. Na dodatek zawsze pechowe dziewczę z niej było, więc prawdopodobnie robi więcej szkód niż pożytku, dostając od mieszkańców jedynie pełne współczucia spojrzenia, bo jakoś mało kto garnie się do pomocy temu biednemu stworzeniu. Ale jak zwykle robi dobrą minę do złej gry, uparcie starając się wszystko ogarnąć, bo przecież się nie podda i nie rzuci wszystkiego w pizdu, o nie!

Cytat w tytule Halsey, buźki użycza Kassi Smith, a w znaczkach ukryte zdjęcia. Dawno mnie na blogach nie było, ale z wprawy chyba nie wyszłam, chociaż nigdy nie lubiłam pisać kart. Lubimy dramy i komplikację, ale jakieś spokojne relacje też przyjmiemy, także zapraszam, dogadamy się na pewno <3

let's forget about everything, sunshine


Isabella Ames
31.08.1992, Mount Cartier – krawcowa
Urodziła się miesiąc przed planowanym terminem, czym ściągnęła na siebie większą uwagę zaniepokojonych rodziców niż powinna. Nawet jeśli początkowo uchodziła za najcichsze oraz najspokojniejsze dziecko na oddziale, to i tak chuchano na nią w obawie, że bycie wcześniakiem wpłynie później negatywnie na jej zdrowie. Im jednak była starsza i wdawała się w większe kłopoty, tym bardziej udowadniała, że nie straszne są jej pozdzierane kolana ani posiniaczone łokcie. Spędzanie całych dni na świeżym powietrzu poskutkowało lepszą odpornością niż u dzieciaków urodzonych po pełnych dziewięciu miesiącach ciąży, czym zaskakiwała wszystkich lekarzy na wizytach kontrolnych.
Jako młodsze dziecko Isabella była oczkiem w głowie pobłażliwego ojca, który nigdy nie potrafił się na nią gniewać oraz nie do końca wymarzoną córką matki, która nieraz siłą musiała zmuszać ją do założenia sukienki na niedzielne wyjście do kościoła. Jedynie starszy o cztery lata brat, Victor, nie próbował się z nią dogadać. Ich kłótnie były częste i głośne, przepychanki bolesne, a rosnąca od dzieciństwa niechęć ogromna. Odkąd wyprowadził się do Churchill ich kontakt ogranicza się do wspólnego spożywania posiłków podczas rodzinnych uroczystości oraz świąt. Nic więc dziwnego, że nigdy nie mogła liczyć na jego wsparcie. Nawet tamtej nocy, kiedy było najbardziej potrzebne.
Jako dorosła kobieta przyszło jej zmierzyć się z większą ilością rzeczy, niż by chciała. Z każdym dniem łatwiej jest jednak przywoływać obraz radosnej Isy, do której wszyscy się przyzwyczaili i której od niej oczekiwano. Przegrywa tylko w nieliczne noce, kiedy nie radzi sobie bez tabletek nasennych, ale o tym nie wie nikt odkąd wyprowadziła się od rodziców. Stara się ze wszystkich sił niczego nie rozpamiętywać ani nie dawać nikomu powodów do zmartwień.
RELATIONSHIPS

Wczoraj kwitło moje serce. Dziś jaśmin

Mackenzie Mazie Cantu
15 lat (13.03.2003), córka kontrolera lotów, którego od lat widuje, ale nie widzi i zabieganej pani biznesmen, przyjezdna z miasta sisimiut, nowa uczennica, baletnica, metr czterdzieści pięć, chudzielec o aparycji dziecięcia, obecnie mieszkająca w Mount Cartier u ojca, w dużym odziedziczonym po dziadkach domku, Snefnug
Wychowałaś się w grenlandzkim miasteczku, trochę ponad pięć tysięcy mieszkańców, gdzie życie było jednocześnie trudniejsze i łatwiejsze niż tutaj. Widzisz sporo podobieństw; wszak Sisimiut, mimo drugiego miejsca pod względem liczby ludności, nadal pozostaje dziurą, w której bardzo ciężko jest się odnaleźć mieszczuchom. Podejrzewasz, że gdybyś nie mieszkała wcześniej akurat tam, a w jakimś bardziej cywilizowanym Reykjaviku czy innym Juneau, miałabyś spory problem zaakceptować to całkowite odcięcie od świata. Ale i tak nie jest łatwo - na Grenlandii był chociaż internet, gdzie spędzałaś większość życia, oprócz szkoły i mamuśkowych pogadanek. Tutaj masz tylko książki, zamiast matki jest ojciec, ale on jakoś nie szuka interakcji z tobą na siłę; pozostają ci też spacery, w te dni, kiedy robi się cieplej i nos nie odpadnie od mrozu. Możesz wyjść gdzieś i iść dokądś, a miejscowi wcale nie muszą cię zobaczyć. Możesz też śpiewać, zaszyta między drzewami, bez strachu, że ktoś cię na tym przyłapie.
Matka, od kiedy pamiętasz, była Słońcem; ty Ziemią, krążącą wokół i chwytającą promienie jej uwagi, każdy najdrobniejszy, który raczyła ci podarować. Przelotny uśmiech, czochranie włosów, które nigdy nie układały się tak, jak powinny i wiecznie wchodziły do oczu. Ciastko, lizak, czekolada, puszka Coca-Coli, choć ojciec twierdził, że to niezdrowe dla dziecka. Nie było spacerów ani wspólnych wyjść; bawiłaś się sama, w waszym wielkim domu i na ogrodzonym płotem podwórku. Inne dziewczynki nie przepadały za twoim towarzystwem, bo nie lubiłaś udawać matki wożącej w wózku swoje wyimaginowane dziecko i nigdy nie chichotałaś zalotnie, gdy zaczepiali cię chłopcy. Odkąd nauczyłaś się chodzić, nauczyłaś się również tańczyć, a w tańcu tym zawierasz wszystko, co ci w duszy gra. I już, tyle wystarczy, by przelać w kosmos swoje problemy – a przynajmniej to usilnie sobie wciąż wmawiasz.
Uwielbiasz metaliczny posmak krwi na języku, gdy zbyt mocno przygryziesz wargę – niby to ze zdenerwowania – i słodkie drobinki cukru, jak w tych momentach, kiedy czerń zlewa się z bielą, tworząc tysiąc odcieni szarości i nikt nie pamięta już, że kiedyś łatwo było oddzielić dobro od zła. Uwielbiasz przesypiać całe dnie i odżywać dopiero po zmroku, tą pewność, że nie natkniesz się na niepożądane towarzystwo. Uwielbiasz księżyc, jego jasną poświatę i nocne wędrówki; chwile, pozwalające wsłuchać się we własne wnętrze, pobyć przez jakiś czas sam na sam ze sobą. Uwielbiasz wtulać nos w zwierzęce futro czy piórka, mając w pamięci słowa dziadka, że to jedyne bezinteresowne istoty, które spotkasz na swojej drodze. Uwielbiasz zapach wieczorów na przełomie późnego lata i wczesnej jesieni, przywodzące na myśl dziecięcą wolność, myśl, że wówczas wszystko było o wiele prostsze.
Miłe złego początki.
dodatkowe —————————————————————  powiązania
Szukamy, oczywiście, tatusia (może ktoś się skusi) i przyrodniego brata.

So free up the cheaper seats, here comes the Greek Tragedy

William Linwood
37 lat właściciel Bookmarks FC: Armie Hammer

Wydaje się, że prześladuje go wyjątkowy pech, bo kiedy tylko czegoś zapragnie, los płata mu figle.
Chciał być muzykiem. W wieku siedemnastu lat zbudował sobie skrzypce, na których później nauczył się grać. W tajemnicy przed ojcem ćwiczył do Skrzypka na dachu, ale ten i tak się dowiedział, a skrzypce skończyły w piecu.
Chciał być lutnikiem, a kiedy zrozumiał, że w Mount Cartier z tego nie wyżyje – stolarzem. Stracił jednak dwa palce w prawej dłoni i musiał szukać innego zajęcia.
Chciał się ożenić. Sądził, że skoro znał Norę całe życie, ta niczym go już nie zaskoczy. Ale któregoś dnia znalazł na stole pierścionek, który jej podarował, i lakoniczną notkę napisaną w pośpiechu na chusteczce. Innej żony szukać nie chciał.
Chciał mieć dzieci, ale do tego potrzeba kobiety.
Chciał mieć psa, ale po tym wszystkim chyba się na to nie odważy.
Aż dziwne, że jeszcze nie spłonął mu sklep. Bookmarks jest jego życiem, bo rupiecie, do których od dzieciństwa miał słabość, to wszystko, co mu pozostało. Gdyby zobaczył lokal w płomieniach, prawdopodobnie sam by się w nie rzucił.

The Wombats, Armie Hammer. Willy to trochę postać tragiczna, ale na co dzień to raczej wesoły smutas. Czarny humor się go trzyma.

I'm freezing

Lyev Anokhin

właśc.  Lyev Yuryevich Anokhin  –  Лёв Ю́рьевич Ано́хин  –  12 II 1995 w Petersburgu
tancerz  baletowy   –   w  Mount  Cartier  na  urlopie   –   wynajmowany  w  zajeździe  pokój

Śnieg zawsze kojarzył mu się z domem; pierzyna białego puchu, skrząca się w słońcu niczym tafla jeziora w całkowicie bezwietrzny dzień, w magiczny sposób zmieniała każde obce, do bólu amerykańskie miasto w ogarnięte zimową sennością przedmieścia Petersburga, nawet jeśli powietrze było tu mniej przesiąknięte zimnem, a w barze szybkiej obsługi zamiast pirozhków dostać można było frytki i miskę zwiędniętej zieleniny nieporadnie starającej się imitować sałatkę grecką. Gdyby miał kilka lat mniej, pewnie całkiem chętnie udawałby przed samym sobą, że wciąż jest w Rosji, że bardzo nieśmieszny żart losu wcale nie zmusił go do wyjechania na drugi koniec świata. Może nawet słuchałby matki powtarzającej, że jeszcze jest młody, jeszcze ma czas, jeszcze całe życie przed nim, zamiast doszukiwać się zwątpienia w jej oczach. Ma dwadzieścia trzy lata i zdążył się już wypalić, zapłonąć jasnym blaskiem naturalnego talentu, sprężystości mięśni i ambicji, która pomogła mu przekuć chłopięcą energię w grację ruchów, a dziecięce marzenia w stalową dyscyplinę, tylko po to, by upaść spektakularnie w deszczu iskier i chmurze dławiącego dymu. Ma dwadzieścia trzy lata, cztery blizny po operacjach na kolanie i zdiagnozowaną półtora roku temu depresję, i stare, zakurzone baletki wciśnięte w najdalszy kąt maminej szafy w dokładnie ten sam sposób, w który on sam wcisnął w najdalszy kąt własnego umysłu wspomnienia zalanej światłem reflektorów sceny, rozbrzmiewającego echem w całej sali aplauzu, tego uczucia euforii, gdy widownia zrywała się ze swoich miejsc, skacząc na równe nogi. Chciałby wmówić sobie, że może rzeczywiście ma jeszcze jakąś przyszłość, ale ciężko jest uwierzyć w coś takiego, kiedy praktycznie od zawsze było się uczonym patrzenia na samego siebie przez pryzmat własnych umiejętności i osiągnięć, tylko po to, by przez jedną pieprzoną kontuzję stracić wszystko, co uznawało się za własną tożsamość. Chciałby wmówić sobie, że jeszcze kiedyś zatańczy na scenie, ale i w to ciężko uwierzyć, kiedy ból w kolanie nie pozwala mu wyjść na spacer bez utykania w drodze powrotnej. I nawet ten śnieg, taki prawie rosyjski, jakoś uparcie niczego nie chce tu zmienić.


on może mieć depresję, ale wciąż jest wredną paskudą, niech was wzrok cielęcia nie zmyli. lubimy dramę, a jakby ktoś potrzebował powiązania ze smutnym rosyjskim chłopcem to zapraszam: jakpiorunkulisty@gmail.com

Mogę tak być, na skraju spraw i w niedorzeczności bezpiecznie trwać

38 LAT — WŁAŚCICIEL SKLEPU OGÓLNEGO
Mówiono o nim jak o prostym człowieku, uśmiechającym się czasem bez powodu i serdecznym dla każdego, kto i jemu tą serdeczność okazał. Niewielu rozumiało jego poczucie humoru i nieposkromioną ochotę przebywania ciągle w czyimś towarzystwie. Lubił rozmawiać, uwielbiał słuchać, a jeszcze bardziej cenił sobie zaufanie, jakim obdarzano go każdego dnia przy porannych zakupach. Był trochę jak barman, dla niektórych spowiednik i rzadko opowiadał innym o swoim własnym życiu. Było dobre, wyglądało tak jak wyglądać powinno i nie było w nim miejsca na ekscesy zewnętrznego świata. Pokusy, którym ulegała jedynie jego wyobraźnia i pragnienia szczenięcego pierwiastka duszy, drzemiącego nadal w zakamarkach jego świadomości. Uciszały się w momencie, gdy zaczynał się wieczór spędzony przy dogasającym kominku, którego żar ogrzewał jego zmęczone ciało i sprawiał, że do pełni szczęścia brakowało mu jedynie dotyku ukochanej kobiety. Była przy nim, a on przy niej, zamknięty w wyobrażeniach o wspólnej przyszłości i dzikim przekonaniu, że nie bez powodu znalazł się w punkcie wyjścia właśnie wtedy, gdy wydarzyć się mogło absolutnie wszystko. Był dobitny w swoim konserwatyzmie i nieprzejednany w stosunku do zasad, jakie wpoiło mu dorastanie na końcu świata. Nie potrzebował niczego prócz pewności, że postępuje w zgodzie z własnym sumieniem i że jego wolność kończy się dokładnie w miejscu, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
Zastanawiano się czasami nad wyrośniętym młodzieńcem strzelającym z procy w pobliskie drzewa i kradnącym zapasy ze spiżarni miejscowych ogrodników, ale nikt prawdziwie za nim nie tęsknił. Nawet on sam. Wsłuchiwano się natomiast w przyjemnie niskie tony głosu dojrzałego mężczyzny, mającego do zaoferowania dobre rady i opowiastki wyniesione z dziesiątek tysięcy przeczytanych książek. Był jedną z nich — historią o przedziwnym początku i nie posiadającą swojego zakończenia. Przesiąkniętą zapachem malinowego ciasta i metalicznym posmakiem krwi ze skaleczonego papierem palca. Historią, w której każdy mógł umieścić cząstkę siebie.
WIĘCEJ
darkpurplemagic@gmail.com

She lives to see the sun and feel the wind and drink the rain


Genevieve Leblanc
22.09.1997 studentka weterynarii FC: Saoirse Ronan

Od dziecka chodzi własnymi drogami. Całym sercem kocha Mount Cartier, wszystkich mieszkańców miasteczka i każdego członka swojej rodziny, ale już jako kilkulatka chadzała własnymi ścieżkami, wywołując nieco pobłażliwie, ale raczej pełne czułości uśmiechy. Znosiła do domu ranne zwierzęta, jak cień chodziła za leśniczym i naprzykrzała się miejscowemu weterynarzowi. Jest ciekawa świata, choć ostrożnie, wciąż coś śpiewa pod nosem i odkąd pamięta, żyje według tych samych, tylko sobie znanych reguł. Jest zawsze uśmiechnięta, ale wydaje się nieobecna; obserwuje. Nie ma problemów z nawiązywaniem i podtrzymywaniem znajomości, jednak, nie licząc rodziców oraz rodzeństwa, dużo bardziej ceni sobie towarzystwo zwierząt i książek. Wie, czego chce i uparcie do tego dąży, choć ambicji nie ma wygórowanych. Wybrała najbliższy możliwy uniwersytet, wiedząc, że nie potrafiłaby na dobre porzucić tego kawałka ziemi i wielu sąsiadów miałoby wątpliwości, czy w ogóle studiuje, biorąc pod uwagę, jak często bywa w domu, gdyby nie to, że ciągle siedzi z nosem w książce. Wciąż urządza sobie niekończące się, samotne spacery i żyje w swoim świecie. Niektórzy twierdzą, że chodzi z głową w chmurach, ale ci, co znają ją lepiej, wiedzą, że doskonale wie, co dzieje się dokoła, a świat, który sobie tworzy, jest do bólu rzeczywisty. Wie, że zwierzęta ratować trzeba przede wszystkim przed ludzkim okrucieństwem, nie wierzy, by kiedykolwiek mogła obdarzyć obcego człowieka bezwarunkową miłością, a romantyzm uważa za nudny. Ma swoje dziwactwa, nawet całe mnóstwo, ale Mount Cartier już ją zaakceptowało. Nad resztą świata jeszcze pracuje.

Zdjęcia się zmieniają, w tytule Lord Huron.

I was late for this, late for that, late for the love of my life and when I die alone, I'll be on time

Elouise Thayer
27 lat dziennikarka sportowa pokój u Annie

Znajomi, gdyby mogli, każdy huragan nazywaliby jej imieniem; pod warunkiem, że przybyłby z opóźnieniem, został na dłużej i zaskarbił sobie sympatię swoich ofiar, bo mimo bycia niszczycielską siłą, ma też dobre serce. Nie ma rzeczy, której by nie spróbowała, co jest jej największą zaletą, a jednocześnie najbardziej niebezpieczną wadą. Pisze głównie o ekstremalnych sportach zimowych, które sama też uprawia (choć się nie ogranicza), przeżywa wielkie, ale krótkotrwałe miłostki z kolejnymi sportowcami, nie mając pojęcia, dlaczego każdy z nich później chętnie się z nią przyjaźni. Nie daje się problemom. Niszczy je w zarodku, w ostateczności ucieka. W wieku siedemnastu lat wykonała ostatni znak krzyża nad ciałem ojca, straciła resztki tlącej się w sercu wiary i ruszyła, by zmierzyć się z życiem. Żyła wszędzie i nigdzie, nie z powodu braku pieniędzy, bo o nie ojciec przed śmiercią zadbał, ale szukając poczucia przynależności. Gdy je znalazła, nie wytrzymała zbyt długo, bo ma to do siebie, że wszystko robi z największym zaangażowaniem; więc kiedy coś psuje, to tylko koncertowo. Jednak po raz pierwszy w swoim dwudziestosiedmioletnim życiu Elouise Thayer postanowiła, że coś naprawi. Nie wie jeszcze, czy nie wyniknie z tego jeszcze większa tragedia, ale wśród wielu przymiotników, którymi można ją określić, jednym z pierwszych, który przychodzi do głowy jest uparta.

Self-discovery journey

Simone Ross-Leblanc


45 lat niespełniona malarka matka i rozwódka

Wypisz, wymaluj, miłość. – to film romantyczny o miłości z romansem i poplątaniem. Jak Twoje życie. Wychodzisz za mąż, żeby jakieś siedemnaście lat później wziąć rozwód. Pewnego dnia – dziesięć lat potem, budzisz się w tym samym miejscu, w którym wszystko się zaczęło. U jego boku. Dorosła córka patrzy na Ciebie i Niego z progu drzwi z politowaniem. Ja pierdolę, oni są dziesięć lat po rozwodzie. Podobno. Tak słyszałam.* I wychodzi. Zostawia starych ludzi samym sobie. Nie ma do Was siły i nie będzie przecież niańczyć rodzicom. To kryzys wieku średniego. Jak dzieci. Myśli, że wam przejdzie samo. Tak jest i tak lepiej. Bo mogłaś dalej siedzieć w toksycznym związku z facetem, który chciał Cię kontrolować. Teraz jesteś bezpieczna. Tato o Ciebie zadba – to właśnie powiedział Ci kiedyś syn, przekonując Cię, żebyś nie brała rozwodu. Wtedy zbyłaś go śmiechem. Ironią losu, ten rozpieszczony przez Ciebie (już dorosły) mężczyzna, miał rację. To właśnie ojciec trzyma Cię teraz w ramionach. To prawie tak, jakbyś zapomniała, że dziesięć lat uczyłaś się żyć bez niego. Teraz nawet nie pamiętasz, jak to jest. Do jego następnego dalekiego wyjazdu w góry... Teraz przynajmniej, jeśli wyjedzie, będziesz potrafiła przelać samotność i rozgoryczenie na płótno.

Wypisz, wymaluj, miłość.




*Błyskotliwość córki, Simone i ja, zawdzięczamy Robertowi Leblanc. Tak samo tytuł karty. FC: Kate Winslet. Mam męża, szukam dzieci — w kolejności od najstarszej Erici, Oliviera, Genevieve i Franka Cartera. Szukam też przyjaciółki, siostry męża, a razem z nim szukamy też mojego szwagra, jego brata.

Do whatever to your broken machine



 LAURA BELCOURT
30 LAT
Kiedyś Pani od HR, teraz tabula rasa

I'm just a broken machine
With all the layers of dust
Some things have started to fail
Some things have
Some

Patrzysz w lustro. Widzisz delikatny, nieco zadarty nos, okraszony kilkoma rudymi piegami. Widzisz długie, jasne rzęsy, sklejone przez tusz. W niebieskich tęczówkach odbija się ostatni promień zachodzącego słońca. Widzisz burzę miedzianych włosów, które straciły swój blask.
Widzisz delikatnie zarysowane usta, wykrzywione w pełnym bólu grymasie. Widzisz każde niespełnione marzenie, każdą kłótnię, każdy uśmiech, każdą łzę.
Widzisz swoje rozbite małżeństwo, stosy dokumentów piętrzące się na biurku, niedokończoną kawę i debet na koncie.
Wniosek jest jeden- uciekaj, jak najszybciej i jak najdalej. 
***
Uciekinierka z Toronto, która nienawidzi herbaty, jest uczulona na kocią sierść, nie je mięsa, ma 30 lat i nie wie co teraz ze sobą zrobić. Spłukana dyrektorka HR wielkiej korporacji, która chce zacząć z czystą kartą. 

Take a little spark
From a battery
Electricity
And put me back together
Back together, yeah

[Karta jest kiepska, ale jeszcze będzie zacna, obiecuję. Na zdjęciu Simone Simons.] 

ZWODNIK


(...) i ciągle słyszę Twój śmiech. Towarzyszy mi cały czas. Gdy wstawiam rano wodę na kawę, idę do piekarni po świeże pieczywo czy w ukryciu przed Charlotte palę papierosa, opierając się o ośnieżone drzewo na tyłach domu. Jest dobry. Z pewnością przyjemniejszy od tego słyszanego we śnie. Kiedy nie śpię, wszystko wydaje się lepsze. Chłód nie jest tak dotkliwy. Śnieg nie zasypuje ust, nie zapycha nozdrzy, nie dusi, nie przytłacza swoim ciężarem, wyrywając oddech z piersi. W ciągu dnia Twój śmiech nie urywa się gwałtownie, nie zastępuje go pisk, a następnie przeraźliwy ryk klaksonu, rozlegający się na tyle głośno, by poderwać wszystkie okoliczne ptaki z drzew do lotu. Ja nie jestem dzieckiem. Nie wyczołguję się z wraku samochodu, dławiąc się krwią i kalając nią biel pokrywającego ziemię puchu. Nie leżę sama na skraju lasu, oddalona kilka metrów od płonącego auta, chcąc, by śnieg przysypał mnie całą. Bym nie istniała. 
Bo chociaż minęło już tyle lat, wciąż te obrazy nawiedzają mnie we śnie. To nie był wypadek. Twój śmiech słyszany w ciągu dnia, stale mi o tym przypomina. Chcę znaleźć tego, który to zrobił. Chcę, żeby za to zapłacił dokładnie tak, jak na to zasługuje. I zrobi to. 
Obiecuję Ci, siostrzyczko.
~ * ~
DELILAH COTElat 26 | barmanka w barze BnB | adoptowana | dom dziecka w Churchill od czasu do czasu śpiewa na różnych wydarzeniach organizowanych w miasteczku  temperamentna | papierosy, karty, ciasteczka czekoladowepomocy nie odmówi, ale jak to mówią - coś za coś

Kim jesteś Delilah?
Cudem łaski Bożej czy nieudanym żartem szatana?

HISTORIAPOWIĄZANIADODATKOWE

Czołem! Bardzo, bardzo dawno nie robiłam kart, więc proszę o wyrozumiałość :)
Delilah wbrew pozorom nie gryzie, jest z niej troszkę zarozumiały cwaniak, ale myślę, że jakoś się dogadamy.
Jesteśmy leniwe, więc przypominanie się o odpisy jest jak najbardziej wskazane.
Nie przepadamy za zaczynaniem, kochamy zawiłe powiązania.
O, zdjęcia w karcie się zmieniają!
GG: 46650538
mail: abyss.of.imagination@gmail.com
... let the show begin

Człowiek bro­ni się przed strachem za po­mocą lęku.


Adam Poirot
30 lat psycholog uciekinier

Zrywasz się na równe nogi gdy tylko dzwoni ten przeklęty budzik jeszcze z czasów Twojego dzieciństwa. Nie sposób zaspać przy tak ogromnym hałasie, dźwięk ten dudni w uszach przez co najmniej kolejne kilkanaście minut, nawet gdy jesteś już ubrany i szykujesz śniadanie dla siebie i dla niej. Przed Tobą kolejny monotonny dzień, w którym co godzinę na fotelu w twoim gabinecie usiądzie inna, nowa osoba, opowiadająca o swoich problemach. Jakbyś Ty miał swoich za mało. Codziennie te same myśli krążą po głowie, dzień w dzień dręczy Cię jedna kwestia. Co by było gdybym został? Gdybym nie opuścił rodzinnego miasta? Życie w Seattle ma swoje plusy, ale minusy, których zauważasz w ostatnim czasie coraz więcej, powoli zaczynają nad tym przeważać. Rozważasz spakowanie najważniejszych rzeczy i wyjazd bez słowa. Zabranie tego, z czym wiążesz wspomnienia. 
Ostatni klient zamyka za sobą drzwi i zostajesz w gabinecie sam. Pod wpływem chwili zabierasz najważniejsze rzeczy z biurka, zdjęcie stojące na regale i album ze zdjęciami zamknięty w szufladzie na kluczyk, album do którego nikt nie ma dostępu od kilku lat. Wrzucasz wszystko niezdarnie do samochodu i nie zważając na zmieniające się światła na mijanych skrzyżowaniach, pędzisz do domu po resztę rzeczy, których nie chcesz zostawiać na wyrzucenie. Ciągniesz za rękę do sypialni, a potem pakując się na szybko mówisz o swoim planie. Podjąłeś decyzję. Jedyną, według Ciebie słuszną, jaką mogłeś podjąć. Wsiadasz do auta i na pożegnanie przez otwartą szybę mówisz, że nie możesz czekać. Że może do Ciebie przyjechać jak tylko zdecyduje się na to. Że będziesz czekać, aż i ona podejmie taką samą decyzję, jaką podjąłeś Ty dosłownie godzinę temu. 
Wracasz do Mount Cartier.

powiązania / dodatkowo / ukryty album
__________________________________________________________________ 
  
Adam i ja witamy się ładnie :) wątki wszystkie przyjmiemy, uwielbiamy dramy, przyjaźnie, przygody.
Zakładki uzupełnię na bieżąco. Poszukiwana jego obecna dziewczyna!
Cytat Freuda, pan na zdjęciu niestety nieznany :(

Żadne serce nie cierpiało nigdy, gdy sięgało po swoje marzenia

Leah Olive Myers, 22, przyjezdna

Puk, puk.
Taka historia nie powinna trwać dłużej niż moment oczekiwania na otwarcie drzwi. Losy ludzkie ogółem nie powinny kończyć się niepewnością. Ani zaczynać strachem. Jeden moment, kilkanaście sekund, nim kolejny dom stanie przed nią otworem. Niby niewiele, ale dostatecznie dużo, by zamarznąć na kość, ziewnąć. Lub przestać się wreszcie martwić.
W kilkanaście sekund świat może stanąć i narodzić się na nowo. Tyle wystarczy, żeby zapomnieć, kim się było w poprzednim życiu.
Ludzi, którzy pojawiają się znikąd, nikt nie traktuje przyjaźnie. Dlatego nigdy nie zostaje na dłużej, zawsze w końcu ucieka. Nie ma prawie nic; pakowanie zajmuje tylko krótką chwilę, zanim skryje ją mrok. Łudzi się, że przez jakiś czas nie będzie tematem plotek, kimś na łasce i niełasce miejscowych. Albo ją przyjmą, albo odrzucą. Lecz wzbudza podejrzliwość. Jest wychudzona. Półtorametrowa, o dziecięcej buzi. Wybiegając wtedy z mieszkania nie przypuszczała jeszcze, że ludzie będą ją i córkę brać za rodzone siostry.
Półroczne dziecko niesione non stop na ramieniu trochę waży, ale przynajmniej nie zadaje pytań. Może nie zapamięta. Może wspomnienia zechcą się przed nim ukryć. Może nie nadejdzie ten moment, w którym będzie musiała tłumaczyć dwie najistotniejsze kwestie: „po co” i „dlaczego”. Gdyby wiedziało, czego się dowie, nie pytałoby. A jeśli nie spyta – czy to znaczy, że przeszłość można ukrywać wiecznie?
Zaraz.

31 X 1995, bezdomna matka maleńkiej córeczki

Cześć! Miło móc być tu z Wami. (: Przyjmę wątki i powiązania. 
Szukamy przede ojca jej córki.

lay your dreams, little darlin', in a flower bed, let that sunshine in your hair

Tallulah Day 28 lat Angielka nauczycielka muzyki


Stokrotko,
Wiesz, że cię kocham, prawda, Tally? Podobno niemądrze jest zaczynać list wyznaniem, ale jako że moje życie zaczyna się i kończy na Twojej osobie i naszej miłości, uznałem, że powinnaś mieć to na piśmie. Pamiętam, kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłem. To był mój drugi miesiąc w Londynie. Powiedziałem Ci wtedy, że stokrotki zawsze były moimi ulubionym kwiatami, ale to nieprawda; to dlatego, że miałaś je wtedy na sukience. I rok później we włosach, w dniu naszego ślubu. To oklepane, ale naprawdę nigdy nie byłem szczęśliwszy. Sześć lat małżeństwa, w sumie siedem wspólnych. Nie mogłem marzyć o lepszym życiu; może dłuższym.
Nie zdążyłem zabrać Cię do Mount Cartier, choć opowiadałem o nim bez przerwy. O tym, jak kocham to miejsce; góry, które zabrały mi matkę i morze, które zabrało mi ojca. Wspólnie marzyliśmy o zwiedzeniu całego świata, ale z czasem podzieliłaś też moje marzenie, by ostatecznie osiąść właśnie tam. W miejscu, którego nigdy nie widziałaś.
Nie zrobimy tego razem, ale Ty możesz, Tally. Nie mam innej rodziny, a nawet gdybym miał, wszystko należy się Tobie. Także dom moich rodziców. Wiem, że nigdy nie byłaś szczęśliwa w Londynie. Wielki świat Cię przytłacza, bo odczuwasz wszystko dwa razy bardziej niż inni. W Mount Cartier będziesz bezpieczna. Mam tam przyjaciela, który nienawidzi mnie za ucieczkę, ale na pewno opiekuje się domem. I Tobie też pomoże.
Zabierz moje prochy, część do matki, część do ojca. Spakuj wszystkie sukienki, koniecznie tę w stokrotki, chociaż dokup do tego mnóstwo swetrów i ciepłych rajstop. Zabierz swoje książki (chociaż na to będziesz potrzebować osobnego kontenera). Weź skrzypce, gitarę, ukulele i flet. Zwłaszcza skrzypce. Kup wymarzone pianino. I przede wszystkim śpiewaj, bo wtedy ludzie się w Tobie zakochują. Mount Cartier też Cię pokocha. Tak jak ja. Zdejmij obrączkę. Nie opłakuj mnie; zdobądź czasami stokrotki i zostaw ich trochę dla mnie w lesie. Mów z tym swoim śmiesznym akcentem, którego żaden normalny użytkownik angielskiego nie rozumie. Nie zapuszczaj grzywki i nadal nie bierz życia zbyt poważnie. Bądź szalona, tak jak wtedy, gdy przyjęłaś moje oświadczyny po ośmiu miesiącach znajomości; gdy poślubiłaś mnie w obecności obcych ludzi w irlandzkim miasteczku, którego nazwy żadne z nas nie może zapamiętać; gdy zaczęłaś podzielać moje marzenie o budowaniu życia w Mount Cartier. Buduj je dalej. Top serca swoim uśmiechem, nie odmawiaj światu swojej dobroci i żyj, Tallulah. A ja będę dalej Cię kochał.
Twój Oliver

Więc żyje. Nie zawsze jest łatwo, ale buduje życie z podniesioną głową. Po drugiej stronie świata, w miejscu, którego wcześniej nie widziała. Oliver zawsze wiedział, co jest dla niej dobre. Tym razem również miał rację.
Cześć i czołem! Pokochajcie mi Tally, proszę cieplutko. Oczywiście, wszelkimi innymi wątkami również nie pogardzę, bo życie nie jest przecież różowe, hę.
W tytule The Lumineers, na zdjęciach (zmieniają się po najechaniu) ładna pani z pinteresta.
Oddam przyjaciela Olivera, który opiekował się domem jego rodziny i zajął się Tallulah po jej przyjeździe. Może to być nowa postać lub istniejąca już na blogu (mężczyzna koło trzydziestki, jak jej mąż). Do rozwinięcia.
Opis Tallulah wyidealizowany, oczywiście, bo to perspektywa zakochanego, umierającego męża. Ile w tym prawdy, dowiecie się wątkach. :D

Nie daruj głodnemu ryby. Podaruj mu wędkę i naucz go łowić

Kojarzony z wonią kory brzozowej i dłońmi lepkimi od świeżej żywicy, na które dawno przestał zwracać uwagę, bo wszystkie te ślady po kleistej mazi stały się już jego częścią. Zupełnie tak, jak niezgrabne otarcia, składające się na znamiona ciężkiej pracy, które zdobią wewnętrzną część śródręcza i nigdy nie znikają; bo nie mają nawet kiedy. Babka zawsze powtarzała, że wstawać należy równo ze słońcem, dlatego bose stopy stawiał na zimnych dechach naprawdę wcześnie, razem z rodziną, która w świetlistych promieniach wspólnie przygotowywała mleko hikorowe i chleb z suszonej na słońcu fasoli. Jemu zawsze przypadał zaszczyt miażdżenia orzechów, bo w przeciwieństwie do rodzeństwa, nigdy ich nie podjadał. Uczciwą postawę wyssał bowiem z mlekiem matki, ojciec zaś w genach podarował mu wyjątkowo duże pokłady skrupulatności, dlatego zawsze należycie miażdżył je w drobny mak. A smaku wolności nie mógł zaznać, dopóki nie wykonał obowiązków, dlatego wraz z południem słonecznym przysiadał przed strugiem, by zbijać z ojcem szkielet canoe, a wieczorem, gdy srebrna poświata księżyca okalała już czubki drzew, sklejał dla małej siostry kolejną słomianą laleczkę. I teraz niewiele się zmieniło, jedynie wszystkim przybyło lat, siostra porzuciła lalki, a niektórzy spełnili już swoje marzenia. Bo najważniejsze, to odpowiedzieć sobie na pytanie: czy w ogóle wiesz, co chciałbyś przeżyć?


odautorskie

Trzeba żyć i cieszyć się, i płakać, i przeklinać, i diabli jeszcze wiedzą co robić, ale nie wolno wspominać

Miranda Minnie Nielsen
27 lat
staż u psychologa
pick-upem do Churchill

Była spokojna. W tej godzinie i minucie, gdy tkwiła w nieszkodliwym zawieszeniu, wpatrując się w zaśnieżony pejzaż. Wsunęła palce w rękaw kurtki i dotknęła chłodnego materiału bransoletki; kilka metalowych kwiatków na lakierowanym rzemyku. Dotychczas sądziła, że już nigdy nie zazna ciszy, a ucieczka przed całym światem za każdym razem będzie kończyła się sromotną porażką. Cóż. Sytuacja nie była idealna; wiał chłodny, przeszywający do szpiku kości wiatr, a ciężkie chmury przesuwały się po niebie wskazując, że lada chwila może sypnąć śnieg.

Nigdy nie rozumiała, gdy ludzie mówili, że życie składa się z małych momentów. Czuła przecież potrzebę spektakularnych gestów i skrajnych emocji, które by dawały dowód, że to właśnie jest życie naprawdę.

Teraz jednak była spokojna. W tej godzinie i minucie.

Przeklęta romantyczka. Usłyszała za sobą głos pełen dezaprobaty tak wymuszonej, że aż musiała się roześmiać. Na kim ten widok nie zrobiłby wrażenia? Wiedziała, że to tylko skrawek jeziora widziany w obramowaniu z drzew... no, dobrze. Nigdy nie wyrośnie z tych ciepłych, sentymentalnych mrzonek. Już otwierała usta, aby sformułować sensowną linię obrony, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Skłamałaby mówiąc, że nie wyobrażała sobie przed sekundą, że jest bohaterką klipu do starej, słodko-gorzkiej piosenki Boba Dylana. Jeżeli na tym polegała zbrodnia określana masz-nierówno-pod-sufitem to owszem, ona była jak najbardziej winna.

If you go when the snowflakes falls, when the rivers freeze and summer ends
Please see for me if she's wearing a coat so warm to keep her from the howlin' winds


Minnie | RELACJE



------------------------------------
Cytat to wspominany już Bob Dylan i Johnny Cash w najlepszym duecie - Girl from the North Country. Tytuł - Marek Hłasko. Powoli będę uzupełniać zakładki i kawałek po kawałeczku pokażę Wam Minnie. Zapraszamy! Pewien szczególny mężczyzna do oddania; science.is.eerie@gmail.com