Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
Czerwiec • 12°C
I stało się! Z południa przychodzi do nas coraz cieplejsze powietrze, dzięki czemu resztki śniegu zalegającego na trawnikach stopnieją pewnie nim nadejdzie połowa miesiąca. Jeśli już tęsknicie za białą aurą, to niestety musicie przenieść się jeszcze bliżej koła biegunowego, bo do września nie mamy co liczyć na chociaż jedną śnieżynkę spadającą z nieba. Zamiast nich za to będzie słońce i odrobina deszczu, ale głównie w nocy, więc zabierajcie kalosze na nocne schadzki jeśli nie chcecie, by ktoś w niedzielę dopytywał się skąd błoto na tych nowych pantofelkach prosto z Chruchill! Dzieciaki mogą się za to cieszyć, bo pogoda na lato znowu nam dopisze i pewnie już za kilka tygodni niejednego raka będziemy ściągać z plaży nad jeziorem. Rodzice, cieszcie się ostatnimi chwilami wolności, bo jak tylko skończy się szkoła… nie będzie lekko!

23.04.2017

Nobody cares whether you live or die in vain

Jack Higgins

Ratownik górski 30 lat

Czekam na wiatr, co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na "RAZ!"
Ze słońcem twarzą w twarz.  
>>Więcej<<

>1<


( 7 )

  1. [Oooo! Bardzo ładna karta :) ]

    Melody

    OdpowiedzUsuń
  2. [jak poetycko w tej KP <3]

    Uśmiechnęła się na widok mdłego światła, jakie rzucały świeczki. Było przyjemnie. Nie przeszkadzała jej ciemność, właściwie nigdy się jej nie bała. Wydłużone cienie nabierały nowych, osobliwych kształtów i przeobrażały sie w coś zupełnie nowego. Mina i jej wybujała wyobraźnia nie reagowała strachem na to zupełnie. Co innego, jeśli w grę wchodziła obca osoba. Jack jakby nie było był dla niej nieznajomym. Mało tego, jeśli cokolwiek ich łączyło, a wszystko wskazywało że na pewno, to mogą to być zarówno dobre jak i złe wspomnienia. Był intrygującym mężczyzna i wolałaby się mile zaskoczyć, niż rozczarować. Bardzo chciała się mile zaskoczyć, już podświadomie wrzuciła go do szufladki z ludźmi, których warto pamietać.
    W burze jak ta spała niczym dziecko. Szum deszczu wygrywający jednostajny rytm usypiał ją w jednej chwili, a wiatr targający koronami drzew sprawiał, że potrafiła przespać całą noc przy takiej muzyce natury. Teraz jednak, skazana na pozostanie do rana w schronisku, była pewna, że nie zaśnie. Nie przy Jacku. Nie przy kimś, komu nie ufała i nie wiedziała, czy zaufać może.
    Usłyszała go mimo grzmotu. Obróciła raz kubek w dłoni, później znów. Nie wiedziała, czy tęskni. Nie pamietała siebie takiej, jaką chcieli widzieć inni. Niby wiedziała, czym było życie przed czterema laty i jakie ono było. Ale nie wiedziała, jak sama się w tym wszystkim potrafiła odnaleźć. Może tamta Mina tylko udawała szczęśliwą karierowiczkę? Jej teraz to nie odpowiadało, to było zbyt wiele. No i była inna, nie gorsza, nie lepsza. Tak samo było i teraz z jej życiem.
    - Nie wiem, czy warto za tym tęsknic - wzruszyła ramionami i upiła łyk wciąż ciepłej herbaty. - Ja jestem inna i żyję inaczej. Nie mnie oceniać, czy to lepsze, czy gorsze, bo te drogi są tak zupełnie różne, że chyba nie ma ich jak porównać.
    Spojrzała na ciemną noc za oknem i odetchnęła spokojnie. Mimo że była tu zamknięta, mimo nieznajomego obok i sytuacji, która była dość niezręczna, nie miała ataku paniki. Była z siebie dumna. I nawet mogła rozmawiać o czymś, co było dla niej bardzo trudne!To było na prawdę cudowne!
    Nie opuszczało ja wrażenie, że Jack stresuje się jej obecnością. Może czuje się równie zmieszany jak ona. Chociaż podejrzewała, że to z zupełnie rożnych powodów. On wszak ją pamiętał i to, co przeżyli w przeszłości wspólnie. A dla niej to była szara plama nie do dojrzenia w zamglonych i niepewnych wspomnieniach. Było to bardzo dziwne zważywszy na fakt, że zwykle to ona była tym "dziwakiem" w towarzystwie, które chowało głowę niczym struś. Może w tej relacji, to ona mu coś zrobiła?
    Oderwała wzrok od okna i w tym momencie pomieszczenie rozświetliła błyskawica. Komentarz o pechu skwitowała lekkim uśmiechem. Dla niej to światło nie było najważniejsze. Liczyło się to, że dach nie przepuszczał wody, trzymał się dobrze i w wnętrzu budynku było sucho i ciepło. Dzięki herbacie nawet cieplej, czuła już, jak przechodzą jej dreszcze.
    - Tu gdzie teraz jestem, jest mi dobrze - podsumowała i musiała to sobie w głowie powtórzyć kilka razy. Wiedziała to już jakiś czas temu. Uciekła, bo to inni nie mogli się z tym pogodzić, nie ona. Ale powiedzieć to na głos, to jak nadać realności sytuacji. jakby jej autentyczność była wciąż do podważenia.
    -A ty? - wrażenie, że nie ona jedyna się zmieniła, była chyba podyktowane szóstym zmysłem, tym kobiecym instynktem, który zwykle podpowiadał trafnie w kwestiach potrzebujących doz rozumienia sporej dozy wrażliwości. Mina mrużąc oczy, próbowała znad kubka dostrzec mężczyznę, choc i tak gdy widziała błysk jego oczu sama uciekała gdzieś wzrokiem. Ale mimo wszystko była jednak go ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  3. Annie nie mogła wytrzymać bez ludzi. Po prostu musiała raz dziennie przejść się chociażby na rynek, czuć, że ktoś na nią patrzy. Notoryczne siedzenie w domu bardzo źle na nią wpływało, a już w szczególności to uczucie potęgowało się po rozstaniu z narzeczonym. Cóż.. Do dziś żałowała tej decyzji, ale czasu nie dało się cofnąć. Co jej teraz zostało? Stara panna z kotem? Czy tak chciała to wszystko zakończyć? Musiała szukać jakiejś drogi, która jednocześnie uchroniłaby ją przed złym losem, a nie była też ucieczką… Bo to robiła już zbyt wiele razy w życiu.
    Oj, potrafiła zadziwić, to prawda. Niejeden mężczyzna kręcił się jeszcze jakiś czas temu wokół Annie, potem, w zasadzie nie wiadomo, dlaczego, zaczęła wszystkich odstraszać. A może zrobili to za nią jej rodzice? Chyba wolała nie dowiedzieć się prawdy, która mogłaby okazać się zbyt gorzka do przełknięcia. Lepiej smakować życie takimi słodkimi chwilami… Lub winem.
    Uśmiechnęła się jeszcze szerzej na widok trunku. Już wiedziała, że na pewno mężczyzna wybrał dobre. Ten rodzaj alkoholu szczególnie lubiła, za piwem nie przepadała, a drinki piła rzadko. Wino za to mogła sobie serwować do każdego obiadu.
    -Och, wybrałeś świetne wino! - Zakrzyknęła wesoło, czytając etykietę. - Pójdę je otworzyć. Mel, zajmij się gościem - poleciła bratanicy i skierowała się do kuchni, a za nią roznosił się mocny tupot obcasów. Melody nieszczególnie lubiła ten dźwięk, bardziej wwiercał jej się w uszy, niż kojarzył z czymś przyjemnym.
    Dopiero teraz, gdy ciotka zniknęła, bruneta mogła wyjść z cienia. W ciepłym świetle wyglądała na bardziej promienną, niż jak prezentowała się zwykle, chociażby pośród liści i drzew w lesie.
    -Mam nadzieję, że nie masz zbyt delikatnego żołądka… - zaczęła trochę nieswojo. Dalej bała się, że zaraz się w tych butach wywróci, choć zdołała utrzymać w nich równowagę. Może nie chciała się znów zbłaźnić przed Jackiem?
    Zmierzyła go spojrzeniem stwierdzając, że mężczyzna naprawdę wygląda nieźle. Uniosła jedną brew ku górze i uśmiechnęła się delikatnie. - Chodź do salonu, tam jest wygodniej - dodała, a kilka chwil później Higginsowi ukazał się pokój, gdzie głównymi elementami było drewno, kamień i biel. Jedynie bordowa kanapa stanowiła punkt kontrastowy do wszystkiego. Wnętrze było wypełnione wszelkiego rodzaju bibelotami, od złotego zegara po malutkie, porcelanowe figurki. Taki nowoczesno-stary styl, jedno wielkie pomieszanie. Jednak wszystko ze sobą współgrało. Na ciemnych, drewnianych deskach spoczywały białe futrzaste (sztuczne, bo przecież kto by chciał chodzić po zwierzęciu?) dywany, idealne w mroźne zimowe wieczory na posiedzenie z książką przy kominku. Ogromne okna pozwalały spoglądać na wzgórza i lasy, a także spory taras, gdzie przesiadywała Melody rysując czy grając. Majętność tego domu była zauważalna. Cóż, mieszkali tu wcześniej dziadkowie panienki Wild, a oni lubili bogactwo… Annie to po prostu odziedziczyła.
    Dwudziestojednolatka usiadła na zielonym fotelu, naprzeciwko kanapy, zakładając nogę na nogę. Łokieć umiejscowiła na oparciu, dzięki czemu dłonią mogła podpierać głowę. - Jest nam bardzo miło, że przyszedłeś. Jesteśmy ci to zdecydowanie winne - powiedziała już nieco śmielej, spoglądając najpierw na wielki obraz na ścianie, a potem przenosząc wzrok na Higginsa. Z kominka docierały trzaski palonego drewna, które przerywały ciszę.


    Melody

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie słuchała plotek. Nigdy tego nie robiła. Czy to z roztrzepania i przez fakt, że nie potrafiła się na nich skupić, czy przez rzeczywisty brak zainteresowania, to nie było pewne. W każdym razie Martha doskonale wiedziała, jak plotki przekłamują prawdę. Na jej temat też ich wiele krążyło. W końcu była nieślubnym dzieckiem, bękartem i to jeszcze takiego uczciwego człowieka! Może i jej ojciec był szanowanym biznesmanem, ale to nie powstrzymywało ludzi od szeptania. Niestety to Mels bardziej się obrywało niż jemu samemu. W końcu była nieodpowiedzialna, zdziecinniała, zwariowana i szurnięta. Tak właśnie mówili. A ona wszystko to ignorowała. Nic więc dziwnego, że plotek o Jack’u też nie słyszała. Miała o nim tylko tę opinię, którą sama wykształtowała w sobie przez lata i która straciła trochę wyraz przez długi okres braku kontaktu. Nie obwiniała jednak go za to. W końcu wyjechał, spodziewała się, że znajomość na tym straci. Dlatego to siebie uważała w tamtej chwili za winną. Powinna była przecież przybiec z powitaniem, gdy tylko wrócił. Tak wypadało.
    Uśmiech Jack’a odrobinę podniósł ją na duchu. Jej zielone oczęta zaświeciły się delikatnie i panna Jones pokiwała głową na znak, że chętnie się czegoś napije. Była niezwykle ciekawa, co się działo z chłopakiem przez cały ten czas. Przez czas, gdy stał się mężczyzną. Tak bardzo się zmienił. Zmężniał, wyrósł, dojrzał. Ona też nie miała już dziewiętnastu lat. Tylko że ona siedziała cały ten czas w Mount Cartier, a on… On był daleko stąd.
    - O ile to nie kłopot – dodała jeszcze po chwili i posłała mu swój najserdeczniejszy z uśmiechów. – Wiesz… na mieście mówią, że jestem wariatką. Nie wiem, czy chcesz ryzykować – rzuciła lekko i mrugnęła do niego. Wciąż jeszcze było jej głupio. Całe to ich spotkanie nie powinno było tak wyglądać. Jeszcze Jack mógłby pomyśleć, że powitała go tylko dlatego, że jej się napatoczył. Tymczasem jej naprawdę zależało na dobrych stosunkach. Jak ze wszystkimi znajomymi z dzieciństwa. Martha kochała przebywać wśród ludzi, potrzebowała ich jak tlenu.
    No i jeszcze całe to zajście ze starym Higginsem! Leżał biedaczek w szpitalu, a ona o tym nie wiedziała. Martwiła się o to, w jakim jest stanie. Wszak Jack nie musiał mówić jej prawdy, albo mógł chcieć ją uspokoić. Kim takim była, by powierzać jej takie informacje dotyczące rodziny? Tylko znajomą sprzed dziesięciu lat. Wspomnieniem chudego rudzielca, który zaczepiał dawniej Jacka. Nikim ważnym.
    Uśmiechnęła się smutno raz jeszcze.

    Martha

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdy Mina spotykała na swej drodze ludzi, którzy od niej nie uciekali i chociaż byli zmieszani jej wycofaniem, nie odwracali się od niej, sama zaczynałą czuć się... dziwnie. Nie była za bardzo pewna siebie i zwykle to innym dawało więcej swobody, śmiałości by ją przytłoczyć. Zdarzało się też, że przy jej charakterze, nie dochodziła nawet do głosu, bo po prostu osoba naprzeciw ją przegadywała i Mina ginęła w cieniu towarzystwa. Jack po zadaniu pytania, nie tracił cierpliwości. Czekał na rozmowę, chciał usłyszeć, co dziewczyna ma do powiedzenia. Powinno to jej dodać pewności siebie, a zamiast tego krępowało ją dodatkowo. Przypomnało o najgorszym w pewien sposób. Raz już poczuła się swobodnie i zaufała komuć nie do końca nieznajomemu. I skończyło się to tym, że załamało jej się zycie. Podświadomie czuła, że nie ma się czego obawiać, ale możepo prostu chciała wreszcie odetchnąć? Może tak na prawdę nie potrafiła oceniać dobrze ludzi?
    Trudno jej było przyzwyczaić sie do warunków pogodowych w okolicy. Przywykła do słońca, od kórego wychodziło jej na nos jeszcze więcej piegów. Przywykła do cienkich blużek i zwiewnych sukienek w połączeniu z sandałkami odkrywającymi palce pomalowane na kolorowe lakiery. Tutaj zamieniła wakacyjną niemal przez cały rok szafę na swetry, szale, czapki i kozaki, albo ocieplane kalosze, bo te najlepiej sprawdzały się w lesnych spacerach. Siedziała więc speszona i zakłopotana towarzystwem mężczyzny i spięta przez nieustającą ulewę. Chyba nie była gotowa zostać tu na noc. Chodziło o samo miejsce, nie była tu nigdy wcześniej, mimo że mijała schronisko tak samo często jak leśniczówkę, gdy wyruszała z aparatem w drogę na cały długi dzień. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że utknęła i to nie tylko na chwilę.
    Powoli wstała, nie mówiąc już nic. Dziesięc lat był poza Mount Cartier... czy zauważył, by cokolwiek się tu zmieniło? Czy domy nadal stały tam gdzie wcześniej? Czy przy ulicy parkowały te same auta? Czy ludzie patrzyli przed siebie w ten sam sposób? Ona będąc tu już ponad miesiąc nie zauważyła, by był tu jakiś pęd, właściwie czuła, że wszystko tu stoi w miejscu. Prócz wiatru, bo ten porywał korony drzew do nieba i niekiedy bała się, że sama oderwie się od ziemi z podmuchem.
    Podeszła do okna i przytknęła nos do zimnej szyby. Las w tym momencie wyglądał strasznie i magnetycznie. Wszystko było zalane cieniem, wyglądało makabrycznie targane przez wichurę. Nawet deszcz wydawał się wściekły, bo padał z taką siłą, ze uginała się każda zieleń pod jego naporem. Mina poczuła, że drży, choć w kubku miała jedynie resztki herbaty, a napój ten zdążył już przejść przez ciało i je rozgrzać. Bała się tej sytuacji, mężczyzny za sobą i siebie samej. Po co tu przyszła? Czy nie mądrzej byłoby wracać do pustej o tej porze lesniczówki? Najbardziej niepokoiło ją to, że sama nie boi się Jacka tak, jak sądziła, że powinna.
    - Tu jest na prawdę cudownie - powiedziała cicho, zapatrując się w okno.
    To miejsce koiło właśnie tą nudą, spokojem, tym że nic się nie zmieniało, a czas stał w miejscu. Telefony nie miały zasięgu, Internetu nie było, nei było więc całego zgiełku wielkiego świata i można było żyć! A nie udawać, że się żyje i bawić w życie. Ruda miała wrażenie, że jeśli będą rozmawiać i temat konwersacji zacznie zbaczać w bardziej osoiste sfery, padnie pytanie, co się stało. Nie chciała o tym rozmawiać, ani z Jackiem, ani z nikim innym. Łatwo było znaleźc informacje na jej temat, ale ona miała problemy z tym tematem nawet w gabinecie u terapeuty. Także dlatego, że nikt jej tu nie znał, mogła się od początku pokazać z tej strony, z jakiej chciała, by widzieli ją ludzie. Spotkanie więc Jacka było małą katastrofą, bo zaburzało jej równowagę, którą budowała od nowa jak domek z kart. No i... jeśli się w końcu dowie, co przeżyła, czy nie zmieni do niej podejścia? Już się tak zdarzało, ze ludzie jej unikali, traktowali ja jajko... była ofiarą, ale ofiarą która się podniosła i szła dalej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie była do końca pewna, czy grzaniec jest dobrym pomysłem. Po alkoholu zwykle płakała, zaszywając się w jakimś kącie. Wydrapywała z siebie wszystkie gorzkie żale, na wierzch wychodził cały smutek przykrywany przez melancholię na co dzień. Prawdopodobnie nie powinna w ogóle zbliżać się do kieliszka w takim stanie, ale dziś podkusiło ją, by się nie bać tego, co jest w szkle. Czy Jack nie oznajmił jej na wejściu, że robi najlepsze grzańce w okolicy? No i dodatkowo miała to dziwne uczucie, że nie ma się czego bać? Uczucie, z którym zaciekle walczył rozsądek zarzucając ją stertą wątpliwości i ostrzeżeń. "To jest obcy! Nie wiadomo, co było między nimi. Nie wiadomo, kim jest i jaki jest. Nie wiadomo co mógł kiedyś zrobić i co zrobi teraz, lub w przyszłości. "
    Czuła na sobie spojrzenie mężczyzny. Było jej przykro z powodu tego, że przez jej zachowanie także on sam czuje się zagubiony. Znała ten wyraz twarzy, nawet jeśli jego twarz dostrzegała jedynie w półmroku i bladym świetle rzucanym przez świece. Nie był pierwszą i nie będzie ostatnią osobą, którą pamięć Miny wyparła. Nie jest jedynym człowiekiem, wobec którego czuje się winna ta dziewczyna, przez to jak się sprawy potoczyły. Chociaż akurat za to jest losowi wdzięczna. Czytała raporty policyjne i doskonale wiedziała, co jej się wydarzyło. Opisy były wystarczająco brutalne i cieszyła się, że nic nie pamięta. Wolałaby jednak wyprzeć z pamięci sam gwałt, a nie kilka lat mieć wyjete z życia i krzywdzić tym niewinnych ludzi.
    Może dlatego, że łączyło ją z Jackiem coś dobrego i coś wyjątkowego, nie bała się go. Czuła skrępowanie, była spięta, ale samego mężczyzny się nie bała. Niepokoiła ją sytuacja i fakt, że utkneła tu do końca burzy przez kilka godzin pozostając w zamknięciu, ale to wszystko, te negatywne emocje omijały osobę, stojącą przy blacie z dwupalnikową gazówką.
    Nie była przekonana, czy ten toast, który on chcę wznieść to coś pozytywnego. Usłyszała chyba nutkę goryczy i poczuła się winna jeszcze bardziej. Nie wiedział chyba nic o wypadku, taki był przecież zaskoczony na jej widok i zmianę zachowania. Ale jednak czuła, że go ta zmiana rozczarowała. Potrafiła to zrozumieć, przecież z pięknej także wewnętrznie kobiety, atrakcyjnej i pogodnej, stała się porcelanową figurą - pusta w środku.
    Gdy objęła kieliszek, cofnęła dłoń i zrobiła krok do tyłu. Chciała wrócić do okna i utrzymywać dystans chociaż połowy długości tej izby. Nie widzieć znaku zapytania w oczach, zdziwienia tą jej zmianą w jego oczach. Przecież zdawała sobie sprawę, jak diametralnie się różniła od własnej osoby, którą była dawniej. Wydawała się wyblakłą wersją, bez kolorów, bez życia mimo bijącego serca i ruchu klatki piersiowej przy oddychaniu. Zamiast wycofać się, staneła w miejscu przed nimi, gdy podchwycił jej spojrzenie.
    Mina była zmęczona ciągłym przepraszaniem. Że nie pamięta. Że jest inna. Że nie jest w stanie się cofnąć w czasie. Że nie potrafi sobie niczego przypomnieć. Że nie potrafi pracować nad sobą na tyle, by móc odżyć choć trochę. Że rani innych nieumyślnie. A teraz dostrzegła coś takiego u Jacka, że na język samo nasuneło się to słowo na "p". Wydawało jej się, że go nie tylko rozczarowuje i złości jej obecny widok, ale smuci i w jakiś sposób może nawet rani? Zacisneła jednak wargi i odwróciła głowę.
    - Nie pytaj o nic, proszę - odezwała się cicho i przyłożyła lampkę do ust, powoli sącząc ciepły napój. Zrobiła dwa kroki w tył i powoli usiadła na fotelu, nie wracając jednak do okna. Może mimo wszystko potrzebowała jakiejś rozmowy, takiej nudnej i niezobowiązującej, jak o cudowności Mount Cartier i zmiennej pogodzie? I może trochę wierzyła w to, że Jack uszanuje jej prośbę i nie będzie jej zmuszał do ucieczki? Skoro już piła alkohol w towarzystwie mężczyzny i w dodatku przy świecach, w takim romantycznym obrazku chciała dodać trochę dozy swobody i normalności.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zwykle mówiła dużo więcej. Potrafiła dosłownie zasypać rozmówcę potokiem słów. Jednak w tamte chwili milczenie i uśmiechy zdawały się jakoś odpowiedniejsze. Nawet gdy Jack zapewnił, że spadła mu prosto z nieba, to była tylko w stanie zaśmiać się cicho i pokręcić głową. Po chwili okazało się też, że dobrze zrobiła. Jej dobry znajomy z dzieciństwa najwyraźniej sam nie czuł się najlepiej z powodu plotek na jego temat. Nie znała ich, ale podejrzewała, że Jack się tym wszystkim przejmował. Wszak sama myśl o tym wyzuła jego głos z tej nutki radości, którą Martha przez chwilę słyszała.
    Z chęcią podreptała za mężczyzną na taras i ulokowała się na jednej z poduszek. Zaciągnęła się z przyjemnością świeżym powietrzem i z rozmarzonym westchnieniem utkwiła wzrok w górach. Bardzo jej się podobała perspektywa siedzenia w tym miejscu w miłym towarzystwie. Pogoda ostatnio dopisywała i Jones była wdzięczna za każdą chwilę, którą mogła spędzić poza budynkami.
    - Grzaniec brzmi po prostu bosko – stwierdziła, odwracając roziskrzone, zielone tęczówki na twarz Jacka i okrasiła tę wypowiedź kolejny słodkim uśmiechem
    Chwilowo nie zamierzała wypytywać o to, o czym Higgins najwyraźniej nie chciał mówić. Ona też miała kilka tematów, których wołała nie poruszać. Prawdopodobnie dlatego, że to oznaczałoby zaufanie drugiej osobie, a ona już dawno nie potrafiła zaufać w ten sposób. Dlatego czasami, ale tylko czasami, była w stanie uszanować sekrety innych. O ile nie intrygowały ja one zbytnio, o ile nie kuły w oczy. Ponadto w każdym z osobna szukała pozytywów i nie wierzyła w pomówienia i źle o kimś świadczące opinie.

    Martha

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.