A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link
07/07/18 Zawieszenie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadmini. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadmini. Pokaż wszystkie posty

Post organizacyjny

Dzień dobry wszystkim współgraczom piszącym i leniuszkom. Tym, którzy byli z Nami przez długie miesiące i tym, którzy odeszli. Również tym, którzy zawitali do Nas jako ostatni. Niezwykle miło było Nam gościć Was wszystkich, witać nowych bohaterów, przeżywać z Wami każde wydarzenie oraz czytać piękne fabularne posty, jakimi nas uraczyliście. Niestety, jak można wnioskować po ostatniej aktywności, blog przechodzi przez trudny etap. Z jednej strony bardzo chciałybyśmy z latesssą dźwignąć go z kryzysu — wciąż mamy mnóstwo pomysłów na wątki grupowe dla Was i ogromny szacunek do tego, co dla Nas zrobiliście przez te miesiące, wiele razy pozytywnie zaskoczyliście Nas także swoją twórczością — czas jednak przyznać samemu przed sobą, że pomimo ogromnego serca do tego bloga, brak nam czasu, motywacji i środków do tego, by zająć się nim tak, jak na to zasługujecie. Długo zbierałyśmy się z decyzją, ale to już ten moment, w którym należy ogłosić oficjalnie, że blog zostanie niebawem zawieszony. Jako że jesteście jego częścią, pozostawiamy Wam decyzję co do tego, w jaki sposób to zrobić. Proponujemy trzy warianty:
  1. Zawieszenie bloga: opcja z możliwością dalszej gry dla tych będących na blogu i tych, którzy ewentualnie chcieliby dołączyć, pozostawiając maila w zapisach. Jako administracja będziemy wysyłać zaproszenia w wolnej chwili, ale nie będziemy angażować się w prowadzenie bloga z wyżej wymienionych przyczyn.
  2. Tylko dla upoważnionych: opcja z możliwością dalszej gry dla tych, którzy są już z Nami, czyli zamknięcie bloga i pozostawienie go dostępnego tylko dla współautorów.
  3. Zamknięcie bloga: opcja z brakiem możliwości dalszej gry. Blog pozostanie w blogosferze wraz z archiwum, ale nie będą realizowane na nim żadne działania, a dotychczas opublikowane KP zostaną usunięte z linków (ale nie z archiwum — chyba, że autor postanowi inaczej).
Nie uwzględniamy możliwości przejęcia bloga ze względu na to, że czujemy się już integralną jego częścią i nie chcemy zamykać sobie drogi do ewentualnego powrotu. W celu wyłonienia którejś z opcji na blogu zostanie jednak pozostawiona ankieta, którą będziecie mogli wypełniać do 6 lipca do godziny 23:59. Po tym terminie dostosujemy się do decyzji, jaką podejmiecie w sprawie Mount Cartier. Jest to też czas na skopiowanie własnych KP i notek, a także na ewentualne wymienienie ostatnich słów ze współgraczami. My również chciałybyśmy w tym miejscu gorąco Was pożegnać i podziękować Wam za to, że byliście. Tworzyliście bloga, ale przede wszystkim tę mikro-społeczność, którą osobiście zapamiętamy jako przyjazną, pełną wspaniałych historii, przestrzeń.

Wina i kara

Abraham "Abe" Rosenberg

33 lata przyjezdny bezrobotny

Pytają cię: Skąd te tatuaże, Abe? Nie masz dla nich żadnej historii do opowiedzenia. Po pewnym czasie przestają pytać. Oni i tak już wiedzą. Plotki w Mount Cartier szybko się rozchodzą. Pytanie zmienia swój charakter. Za co siedziałeś? Myślałeś, że daleko od swojej przeszłości, możesz się od niej uwolnić, ale wszyscy jakoś wszystko chcą wiedzieć to wiedzą. Chociaż ty zawsze milczysz. Nie chcesz gadać. Nigdy nie lubiłeś.

Za co mogli cię zamknąć? Za ostry język i skurwysyństwo? Brak empatii, chłodne usposobienie, cierpka szczerość i siarczyste przekleństwa to też dobry powód dla mieszkańców Mount Cartier. Nie jesteś jak większość z nich. Masz coś na sumieniu, czego nie chcesz uwolnić. Demony trzymasz w sobie. Nie wychodzisz na towarzyskie fajki, a palisz jak smok. Spalasz gorzki smak życia, a popiołem użyźniasz swoje cierpienie.

Samotnie.

Kiedyś cię tolerowali tylko dlatego, że – jeszcze – dostrzegali w tobie cień człowieka. Teraz widzą już zbrodniarza. Jeśli twoja wina była tak wielka, że nie chcesz o niej mówić, kara musi być proporcjonalnie wysoka. Dlatego chwytasz się każdej pracy, która pozwoli ci powiązać koniec z końcem. Nie każdy płot, czy dach oni pozwolą ci naprawić. Dla takich jak ty, pozostaje udrażnianie wywalonego szambo i łatanie dziur w kutrach. Tam gdzie nie możesz niczego ukraść. Zakładając, że byś chciał, a miałbyś dlaczego – nie każdy mieszka w przyczepie. Ponoć żadna robota nie hańbi. Ciebie na pewno nie zbeszcześci bardziej niż ty sam. To potrafią tylko słowa. Zresztą zranić też, ale nie twoją martwą duszę. Chodzą pogłoski, że serce też ci obumiera – to wyjaśniałoby swąd podążającej za Tobą śmierci.

Pamiętasz tego szopa? Tego, co zawsze pałętał się pod pocztą? Już nie żyje.

Nie, już go nie dokarmiaj, Abe. Ludzie i tak będą twierdzić, że go zabiłeś.

Home, sweet home

Chris Richardson

27 lat spiker radiowy Uniwersytet Vancouver FC: Taylor Kitsch

Dzień dobry, urocze Mount Cartier. Mówi dla was Chris Richardson. Znacie przypowieść o synu marnotrawnym powracającym do domu? Trochę błądziłem po drodze, ale jestem. Dużo nagrzeszyłem? Raczej niewiele. Mówią, że Ojciec wybacza dzieciom ich grzechy. Może Mount Cartier wybaczy mi moje? To mój powrót do najbliższej rodziny. Do was. Witaj Mount Cartier, żegnaj wielki świecie – Uniwersytecie w Vancouver, wielka łasko oświecenia, tanie żarcie u chińczyka i żegnajcie kilometrowe kolejki po kawę. Jak trafnie ujęli to wielcy muzycy: "Słodki dom (...), gdzie niebo jest tak błękitne, słodki dom (...). Panie, wracam do Ciebie do domu." Posłuchajcie ze mną: Lynyrd Skynyrd – Sweet home alabama.
Ukończył Uniwersytet Vancouver na kierunku filozofii. Wrócił do Mount Cartier. Popala trawkę, filozofuje, uduchawia świat, ucieka... nie wiadomo przed czym, bo Chris na antenie zdaje się lepszą wersją siebie, jaką znają wszyscy i lubią. Pamiętają, że powinni, bo przecież zawsze był takim uroczym, dobrze wychowanym młodzieńcem. Z czego – czasem – się wyrasta. On sam ogląda się za ramię, kiedy nikt nie patrzy, pogrąża się w zadumie, jak ludzie nie widzą. Czasami cierpi, ale taka jest dola człowieka myślącego, że musi. Dlatego pogodził się z życiem i z faktem, że ambicjami czasami trzeba wyścielić poduszkę, żeby się dobrze wyspać i wstać – do następnego "Poranka z Chrisem".

Leroy Loyd

1 2 3 4 5

Leroy "Roy" Loyd

39 lat załogant kutra rybackiego

Zapytaj go. Zapytaj czy widział smoliste niebo opruszone niezliczoną ilością gwiazd. A widział. Wielkie, nieskończone, atramentowo ciemne, z dwudziestowiecznej łajby, z oceanu. Piękne, nieoszpecone wielkomiejskimi reflektorami i blaskiem lamp. Zapytaj o wyrzeźbioną ciężką pracą sylwetkę, szorstkie, uwieńczone gdzieniegdzie bliznami, zorane ciągnięciem liny dłonie. Spytaj o zawsze w nieładzie, nierówno ścięte przydługie włosy, splątane od wiatru i morskiej bryzy. Spytaj o gęsty, czasem ostry jak jego język zarost. Spytaj o chłód, o opanowanie, o odosobnienie, o twarz zmęczonego pracą człowieka. Zapytaj o to i wszystko inne – o zagadkowe spojrzenie w barze, z ociąganiem posyłany obcym nieufny wzrok, sceptyczne obejmowanie wzrokiem damskich wdzięków, grymas niezadowolenia na twarzy, gdy do lokalu wchodzi osobistość, wpuszczająca mroźne powietrze do środka. Zapytaj o preferencje – gorzkie dla ust w smaku piwo, pite z ogromnego kufla; ciężkie zimowe kurtki i wyblakłą czapkę z daszkiem; najzwyklejsze kraciaste bądź bawełniane koszule, grube swetry, puchowe kamizelki. Zapytaj o historię – obrączkę zawieszoną na łańcuszku, skrywaną pod materiałem koszulki, spróchniałą framugę drzwi z inicjałami: R.B., K.L. i L.L., puste ramki po zdjęciach w domu. Zapytaj go. Nie odpowie.

RELACJE & POSZUKIWANIA STARA KP


Lou Tallulah Momoa

27 lat Indianka hodowca psów zaprzęgowych

Żywiołowa dziewczyna o dzikim, indiańskim, nieusposobionym charakterze. Taka nieoswojona i swawolna kultywuje tradycje starszeństwa i swoje indiańskie korzenie – żyjąc blisko natury i zwierząt. Zajmuje się hodowlą pięknych psów zaprzęgowych (one | oni). Prywatnie posiadaczka konia: Piołuna. Aktualnie jej jednosezonowy interes nie zarabia nawet sam na siebie, bo dziewczę uparło się nie sprzedawać swoich pupilów maszerom, którym źle z oczu patrzy.

— Oni: Nanook (leader), Blackeye, Keanu, Kensai, Kato.
— One: Nuki, Shika, Kenya, Nana

Prowadzę tylko krótkie wątki

I need to go into the forest and scream for hour and a half



HAFZA TANTWAY
29 LAT — KUCHARZ W ZAJEŹDZIE „U ANNIE”

Ilekroć zacznie sobie układać — i nie ważne, czy mówimy tu o puzzlach, wieży z pudełek po zapałkach, książkach na półce czy sprawach tak podniosłych, jak własne życie — w pewnym momencie zawsze coś pójdzie nie tak. Przyzwyczajony do tego, że wpadki i porażki zdarzają się każdemu, pogodzony z tym, że planował wielką karierę w Toronto, a, przerażony jeszcze większym światem, wrócił do domu po kilku miesiącach, bierze to, co dostaje od losu i nie pyta dlaczego tak, a czemu nie inaczej. Wychowany przez starego kawalera nawet nie rozważa innej opcji dla siebie, zresztą czasem pod nosem śpiewa sobie, że już za dwa lata będzie straszy niż tata, kiedy go deportowali.  
Jest tym typem pracownika, który zna każdego klienta, a nawet jak nie zna, to szybko pozna, bo tajemnicą nie jest — stać przy garach potrafi, ale zdecydowanie woli zajmować się ludźmi, najwyżej potem przez uchylone drzwi ktoś może zobaczyć, jak kucharz biega w popłochu po całej kuchni i próbuje uratować przesoloną zupę albo płonąca na patelni rybę. Kiedyś, kiedy znajdzie trochę czasu, pojedzie znowu do Nowego Jorku, może z rozpędu pogodzi się z matką, a potem zabukuje bilet do Karaczi i poszuka ojca, któremu nikt nigdy nie powiedział, że jego syn bawi się w Gordona Ramsaya w zasypanej śniegiem kanadyjskiej mieścinie. Nie żeby Haf kiedykolwiek narzekał — czasem oczywiście popatrzy na wszystkie rzeczy, które pozostały mu po zmarłym niedawno wuju i złapie na parę dni doła, ale nic lepiej nie leczy z zimowej depresji niż specjalność zakładu w postaci parującej miski francuskiej zupy cebulowej. 

Kłopot z życiem po­lega na tym, że nie ma okaz­ji go przećwiczyć i
od ra­zu ro­bi się to na poważnie

Emma Bartlett

24 lata krawcowa FC: Eleanor Tomlinson

Miała plany. Swoją przyszłość wiązała z muzyką, odkąd w wieku pięciu lat znalazła stare skrzypce ojca, którego nie było jej dane poznać. Na naukę gry poświęcała każdą wolną chwilę, w której akurat nie pomagała w pracy matce, miejscowej krawcowej. Wymarzyła sobie studia na Akademii Muzycznej i późniejszą karierę w orkiestrze. Świętej pamięci babcia powtarzała jej, że nie powinna przywiązywać się do tych planów, bo jej przyszłość związana jest z Mount Cartier. Emma śmiała się tylko, bo takich właśnie słów spodziewała się po kobiecie, która nigdy nie wyjechała dalej niż do Churchill.
Okazało się jednak, że miała rację.
Gdy była w ostatniej klasie szkoły średniej, jej matka uległa wypadkowi, w wyniku którego została sparaliżowana od pasa w dół. Emma nie mogła, ani nie chciała, zostawiać jej zupełnie samej, choć Anna Bartlett upierała się, że da sobie radę. Skrzypce poszły w odstawkę, obecnie coraz więcej czasu upływa jej na szyciu; już raczej matka pomaga jej, a nie odwrotnie. Grywa regularnie, nie chcąc wyjść z wprawy, jakby liczyła, że kiedyś jeszcze jej się poszczęści. Poza tym, sprawia tym przyjemność mamie. Nie narzeka jednak.
Życie bierze takim, jakie jest. Plany to tylko plany, można je zmieniać. Marzenia pozostają, ale od zawsze jej największym marzeniem było przede wszystkim szczęście rodziny - ma tylko matkę i nie mogłaby jej porzucić, by spełniać się muzycznie. Mount Cartier kocha całym sercem i choć kiedyś wyobrażała sobie dla siebie inne życie, teraz nie jest pewna, czy byłaby szczęśliwa w Vancouver. Mimo pozornej otwartości, niewiele mówi o własnych uczuciach czy o tym, co dzieje się w jej głowie. Możliwe jednak, że sama nie do końca wie i rozumie.
Wiele chodzi po okolicy, najczęściej z plączącym się jej pod nogami Jekyllem Hydem (imię zależne od zachowania psa i nastroju Emmy). Lubi przesiadywać i czytać w dziwnych miejscach i, ku niezadowoleniu matki, jest stałą bywalczynią lokalnego baru. Problemów z alkoholem nie ma, ale jest ogromną fanką karaoke.

less stress

Jason Tanner
28.11.1985, Mount Cartier • miejscowy malarz
Tannerowie zamieszkują okolice Zatoki Hudsona już od blisko stu lat i nic nie wskazuje na to, by potrafili na dobre oderwać się od tego miejsca. Wyjeżdżali w odległe zakątki świata, zwiedzali miejsca, o jakich często nie marzyło się połowie mieszkańców, ale magia carterowskich gór nierozerwalnie zmusza męskich potomków Tannerów do powrotu. I tak, najpierw po kilku latach spędzonych w marynarce wojennej wrócił ojciec Jasona, ożenił się z piękną szwaczką i ku uciesze dziadków założył tutaj rodzinę. Później, po pięcioletniej abstynencji związanej ze studiami, w mieście pojawił się także młodszy brat ze swoją młodą żoną, córką oraz dyplomem z inżynierii budownictwa pracujący obecnie w przejętej po rodzicach firmie Tanner & Sons: Painting Services, a pół roku temu wrócił także i Jason, którego nie było blisko siedem lat i który najmniej chętnie postawił stopę na zniszczonej werandzie domu należącego do Jimmy'ego. W tym rodzinnym, gdzie najpierw pięć lat temu zmarła matka, a teraz także i ojciec, początkowo nie planował pokazywać się w ogóle, nie chcąc rozdrapywać ran stworzonych w dniu, w którym po raz ostatni zatrzasnął za sobą drzwi. Wstępnie przyjechał tylko na pogrzeb, ale im dłużej zajmuje sypialnię w domu młodszego brata, tym bardziej nie może zebrać się na powrót do Waszyngtonu, gdzie nie czeka na niego nic oprócz zapewniającego niezłe pieniądze stanowiska w firmie oraz wynajmowanego już od kilku lat apartamentu. Siedzi więc na tyłku, od czasu do czasu pomagając bratu ze zleceniami i patrząc, jak jemu udało się zdobyć wszystko to, do czego dążył Jason, gdy wściekły uciekał z Mount Cartier. Jedyne czego nabawił się przez te wszystkie lata to większego cynizmu do świata i braku wiary w bezinteresowną pomoc obcych ludzi. W końcu Tannerowie nigdy nie polegali na innych, a ten najstarszy nie różnił się w tej kwestii aż tak bardzo od znienawidzonego ojca.


Eli Himes*

25 lat kontroler lotów

Szedł za innymi. Nie było możliwości, by uświadomić mu, że w ten sposób do niczego nie dojdzie. Że próba urzeczywistnienia tego, co cudze i dobre, skończy się dla niego ze złym skutkiem. Bezsensu zaczął się też ten diaboliczny wysyp słów autorytetu. Bo przecież tato radził (a tato wie najlepiej), że żyje się zwyczajnie, koniecznie prorodzinnie. Po chuj słuchałeś, pedale? Dyrektywy, ułożone w piękny szereg słów, wtedy wydawały mu się całkiem atrakcyjne i do dziś zdarza mu się normę brać za zdrową i jedyną znaną mu wytyczną. To niemądre. Niepraktyczne. Skoro idzie już pod prąd, powinien chociaż trzymać się kierunku. Ale tak naprawdę to najbardziej męczy go tutejsza mentalność wieśniaka, bo ograniczenia ludzi w Mount Cartier imają się go jak rzep psiego ogona i ani myślą odpuścić choć na chwilę. A przecież z wiernego szczeniaka ma w sobie tyle, co z człowieka sukcesu. Prawie nic. Bo wiesz... chciał od losu więcej, a dostał mniej. Chyba nie zrozumiał, że należy żyć raz i po swojemu. Bo przecież instrukcję obsługi życia drukują tylko w jednym egzemplarzu, a on nigdy nie powinien przyjmować kopii z obcych rąk. Ups! Twój błąd, skurwysynie. No tak, ma w sobie trochę z dupka, ale to nie zbrodnia. Tak sobie czasem myśli, że jak jest się mniejszością na zadupiu, to trzeba się nauczyć stawać naprzeciw społeczności. No więc stoi sobie drętwo. Już nikogo i niczego nie zamierza słuchać. Czasem ciężko jest wrócić na stare śmieci, nawet kiedy tego człowiek pragnie. I tak Cię nie przyjmiemy. Jasne, bo przecież jest gejem. On to wie. Oni też. Takich się tu z reguły nie lubi. Rodzice powiedzieli mu o tym jako pierwsi i... chyba nie trzeba było powtarzać mu dwa razy — wyrzucenie za próg mówiło samo przez się. Och, pierdol się już. No właśnie, tylko z kim?


Po wielu rozterkach i żmudnym wertowaniu słowników dochodzę
do wniosku, że odmiana imienia musi wyglądać następująco:

wym. /ilaɪ̯ haɪ̯mz/ M. Eli D. Elia C. Eliowi B. Elia N. Eliem Ms. Eliu W. Eli!

Declan McCain Jr

28 lat maszer już-nie podróżnik

Jeśli kryzysem wieku średniego nazywamy stan przejścia od niewinnej pychy do skrajnego egoizmu, z czym on miał do czynienia przeszło 10 lat temu, przy tak szybkim tempie dewastacji psychicznej za kolejne pięć lat czeka go już trumna.

LEAD & SWING
(Beli & Danu)


Ian Finnigan

Ian Sean Finnigan

35 lat właściciel i barman w BnB FC: Michiel Huisman

Niektórzy znali go jako radosną, pełną wigoru i dobrego humoru osobistość. Wszyscy z nich już nie żyją. Nie, nie padli jak muchy z jego ręki. Raczej kopnęli w kalendarz ze starości, ponieważ takie pogłoski to było dawno i nieprawda.

- zaczynam wątki ze wszystkimi, którzy ich jeszcze nie mają, albo bardzo się nudzą i brakuje im cały czas osób do pisania. ;)

relacje




Jimmy & Kate Tanner

młodszy o cztery lata brat—malarz i jego żona—tłumacz książek

Z pierwszego spotkania z Kate w Vancouver Jason zapamiętał tylko jej długie nogi i całkiem zgrabny tyłek. Za patrzenie na niego oberwał wtedy od brata porządnego, prawego sierpowego, ale przynajmniej utwierdziło to ich obu, co do zamiarów Jimmy'ego, a te okazały się być oczywiste, gdy kilka miesięcy później dzwonił poinformować brata o ciąży oraz planowanym ślubie. Pomimo wyjazdu starszego Tannera udało im się utrzymać kontakt, a Jim stał się jedynym pośrednikiem pomiędzy upartym bratem i jeszcze bardziej zawziętym ojcem. Do dzisiaj nie wie, o co poszło tej dwójce i skupia się tylko na firmie oraz rodzinie, którą sprowadził ze sobą do Mount Cartier.



Chloe Tanner

sześcioletnia bratanica i chrześnica


Małe oczko w głowach Jimmy'ego i Jasona. Obaj stracili dla niej głowę, chociaż to Jason jest tym bardziej stanowczym facetem w rodzinie i nie zawsze pozwala wejść sobie na głowę. Na ogół nie ma jednak nic przeciwko, kiedy mała swoimi krzykami i skakaniem próbuje wybudzić go ze snu, a jednocześnie wymusić przy tym, żeby to wujek zawiózł ją do szkoły. Wykorzystuje do granic możliwości fakt, że starszy Tanner mieszka z nimi i ma taką słabość do jej dziecięcego uśmiechu.



Melody Silver

krawcowa i przyjaciółka


Pożegnał się zdawkowo, nie tłumacząc, że nie zamierza wrócić przez następne dwanaście lat i że jedynymi okazjami, kiedy będzie mogła go zobaczyć będą pogrzeby albo imprezy okolicznościowe organizowane przez młodszego brata. Ich szkolna przyjaźń przetrwała wiele wzlotów i upadków, a chociaż nie mieli okazji do zakradania się po nocach do swoich sypialni, to nawet przebywając w Stanach, Jasonowi udawało się od czasu do czasu porozmawiać z nią przez telefon dłużej niż przez pięć minut.

Melody jest oczywiście do przejęcia, najlepiej przez kogoś lubiącego pisać długo i angażować się w opisywanie emocji bohaterów. Mail do dogadania szczegółów: basoerxia@gmail.com

Mad world, Maddy

Madeleine Leinster

26 lat • nauczycielka angielskiego
timid hare garish parrot faithful doggy

Nie ma nic dziwnego w byciu niezauważalną. Nic przytłaczającego w roli kobiety-widmo. Zdarza się. A kiedy już tak jest, wystarczy drobny gest, naprawdę niewiele, by zadowolić wyalienowanego członka społeczeństwa. Jeden uśmiech rzucony w moją stronę, niezdarne machnięcie dłoni, krótka rozmowa, a ja czuję się jakbym zaczynała żyć pełnią życia. Euforii, jaka spotyka człowieka aspołecznego w momencie, w którym zostaje częścią integralnej całości, nie można z niczym zestawić. Jako poetka może powinnam teraz przytoczyć obszerne metafory, porównania homeryckie bądź zacytować znany mi poemat reprezentacyjnego autora, ale jako dziewczyna, pragnę zauważyć, że wystarczyło tylko przelotne spojrzenie w moją stronę i już miękłam. A ze mną kolana i wszystkie mięśnie na ciele. Umarłam. Platoniczną, przyjemną śmiercią. Niemalże utopijną. Taką jaką mogło, a nawet chciałoby się przeżywać bez końca. Powtórzę – umarłam. Definitywnie, autentycznie, ewidentnie, ostatecznie – zamarłam. Zamarło serce, oddech, ciało i umysł. Czas stanął w miejscu i nie chciał ruszyć, kiedy ścieżka naszych spojrzeń się spotkała, skrzyżowała na ułamki sekund, w gwoli ścisłości. Tylko brutalna rzeczywistość nie była łaskawa, bestialsko przywracając mnie do życia. A już chciałam umierać dalej. W spokoju i radośnie. Na dłużej, skuteczniej, na zawsze, jeśli „zawsze” obejmowałoby zatapianie się w TYCH jednych, konkretnych tęczówkach oczu. Ale los lubi dopominać się o swoje, przypominać o swoim ironicznym charakterze. Wiem to, bo miałam zaledwie sekundy na popadanie w zachwyt. Nie wykorzystałam ich dobrze. Ni w ząb w takim stopniu, w jakim bym chciała sobie użyć na chwili. Wszystko przez brak koordynacji ruchowej i zsynchronizowania ruchów, nad którymi nie chciałam pracować. Bo po co? Przecież byłam urodzonym lirykiem. Jedni szkolili ciało, a ja umysł. Umysł był priorytetem. DLACZEGO? To niesprawiedliwe, ze kiedy serce domaga się współpracy z resztą ciała, kończyny odmawiają posłuszeństwa i na przykład kartki same przelatują przez dziurawe palce, lądując na ziemi. Na przykład, bo nie mówię, że właśnie to mi się stało. No tak, tylko, że akurat to trudno było ukryć. Nie kiedy czołgałam się po ziemi pod nogami zapalczywych nastolatków, gotowych mnie przetrącić i zdeptać gdyby nie fakt, że łatwiej mnie było ominąć niż zrównać z ziemią. Istniała bardziej żenująca forma skompromitowania, gorszego od tego, które mnie teraz spotkało? Jakbym miała tylko pewność, że zakopując głowę pod posadzką nie nabawię się kontuzji, wynalazłabym ludzki patent na strusie zagranie. Gdybym mogła. Ale nie mogłam. Swojego czasu zastanawiałam się czy warto by było zapobiegawczo nosić ze sobą papierową torbę na głowę i chować się w niej przy każdej, co mniej komfortowej sytuacji. Uznałam to za niepraktyczne. Szybko zdobyłabym przydomek Eko-nauczycielki z Eko-odpadem na głowie. Gdyby rzecz jasna ktoś zauważył jakąś, jakąkolwiek różnicę w moim wyglądzie, a czasem się zastanawiałam czy jest to możliwe.

Było?


Johnsee Rockwell

malarz • przyjezdny • 30 lat
independent wolf hidden lynx garrish parrot

To nie jest bajka dla zebranych. Nie było księcia. Zabrakło rumaka. Zbroję odrzucił w kąt, bo - jak sam twierdził - nie pasowała. Tak naprawdę nie stać go było na liczne poświęcenia, bohaterskie czyny i dżentelmeński szyk. Odrzucił myśl o rozpieszczaniu księżniczki: wolał zadowolić się sam.

Rodzice wiedzieli, że źle go wychowali. Matka nie zdążyła, macocha nie potrafiła, a ojciec zaniedbał. Wyrósł jak na drożdżach - tak szybko jak tylko potrafił. Być może dlatego dość niefortunnie, ze skazą w charakterze i przytwierdzoną na stałe do duszy artystyczną pychą. Bez tego nie mógł tworzyć. Od lat niezmiennie irytujący, odsunął się od zasad, a przybliżył niebezpiecznie blisko do pojęcia wolności. Graniczył z anarchią. Oryginalny - na swój sposób - działał zawsze z przekorą. Bo tak lubił. Jak na artystę przystało, wolał myśleć sam. Nieszablonowo. Nikogo nie słuchał, odgrodził się przed światem w miarę możliwości, choć wcale nie dlatego, że bał się ludzi. Kochał ich mimo wszystko. Czasem musiał po prostu stanąć ponad nich wszystkich, krzyknąć „spierdalać!” i działać sam. Tylko to dawało mu prawdziwą inspirację. Żadnych zabaw z rówieśnikami o południu w szkole (bo w niej rzadko kiedy bywał), pogawędek wieczorem z przyjacielem przez telefon, gry w piłkę rano z kolegami. Co najwyżej dopieszczanie domowego pupila - psa. Tych miało przewinąć się więcej w ciągu kilkunastu kolejnych lat. Dlatego przypisali mu łatkę nieuka i obiboka. Słusznie, bo nim właśnie był. Ale gdyby nie to, zginąłby w tłumie. Miał swoje zdanie i ego, które nie zmieściłoby się w drzwiach. Swój pogląd na świat, nieograniczony społeczną normą, stałym schematem. Niebanalność myśli, a innowacyjność w sztuce zapewniła mu miejsce w czołówce bohemy artystycznej XXI wieku. Dalej było już tylko lepiej. Niezbyt lubiany, ale za to z ogromnym potencjałem, wyrwał się z rodzinnego miasta, osadzając się tam, gdzie inspiracja pozwala mu przekraczać granice - w Mount Cartier.

Jeśli kryzysem wieku średniego nazywamy stan przejścia od niewinnej pychy do skrajnego egoizmu, z czym on miał do czynienia przeszło dziesięć lat temu, przy tak szybkim tempie dewastacji psychicznej za kolejne pięć lat czeka go już tylko trumna.

Niektórzy sądzą, że już teraz powinien gryźć piach, choć ku zdziwieniu Rockwella wcale nie dlatego, że wskazuje na to jego zdrowie. Powodem dla którego mógłby pożegnać się ze światem jest jego wrodzona zdolność do pakowania się w kłopoty - ludzie widzą w nim agresora i wielu z nich pragnie go rozstrzelać. Pewnie dlatego chowa się w sobie. Mówi dużo, ale nigdy o tym, co działo się z nim. Nie jest nieśmiały, czasem tylko zbyt tajemniczy. Do tego cholerny racjonalista i dewastator duszy. Aż dziw, że jeszcze zipie. Mimo autodestruktywnych decyzji, jakie podejmował, oraz jego przekonania o tym, że trzecia dziesiątka łączy się z pierwszą kulą u boku, on do tej pory trzyma się o własnych nogach. Wciąż nie może wyjść też ze zdziwienia, że tak naprawdę nie wszedł jeszcze w pierwszy etap starzenia się. Nadmierna potencja i wewnętrzna werwa świadczą przeciw niemu, a jemu nie pozostało nic innego jak ukorzyć się przed życiem, godząc się na łaskawsze traktowanie. W imię własnego zadowolenia korzysta z dóbr natury - pieprzy się z kim chce, gdzie chce i o ile chce. Tylko dlatego, że wciąż męczy go duch przyszłości. Póki duma w spodniach go nie zawodzi, woli przeżyć swoje. Można więc śmiało stwierdzić, że jako trzydziestoletni kawaler dopiero co osiągnął pełną dojrzałość, czemu towarzyszy samoświadomość i doświadczenie na tle erotycznych igraszek. Jest jak wino – z kolejnym rokiem coraz lepsze. Jak wódka – mocno uderza do głowy. Piwo – wciąż go mało. Ma w sobie coś z namiętnego kochanka, ale w gruncie rzeczy niewielu pragnie go na tym polu sprawdzić. Pomimo charyzmy chyba po prostu ciężko go lubić.


Muszę zrobić sobie listę odpisów, bo już się w tym wszystkim gubię:
  1. Lola — C
  2. Richard — C
  3. Kayla — Z
  4. Octavia — Z
  5. Solane — C
  6. Dina — Z
  7. Gina — C
  8. Quinn — K
  9. Emily — K
Legenda:
Z — zaczynam/wiszę odpis
C — czekam na wątek/odpis
K — planowane, poza kolejką

Ostatnia aktualizacja: 21.08, 00:46
Jeśli coś źle oznaczyłam, krzyczcie!

Roy Loyd

Leroy "Roy" Loyd

38 LAT • ZAŁOGANT KUTRA RYBACKIEGO
calm lamb hidden lynx independent wolf

Zapytaj go. Zapytaj czy widział smoliste niebo opruszone niezliczoną ilością gwiazd. A widział. Wielkie, nieskończone, atramentowo ciemne, z dwudziestowiecznej łajby, z oceanu. Piękne, nieoszpecone wielkomiejskimi reflektorami i blaskiem lamp. Zapytaj o wyrzeźbioną ciężką pracą sylwetkę, szorstkie, uwieńczone gdzieniegdzie bliznami, zorane ciągnięciem liny dłonie. Spytaj o zawsze w nieładzie, nierówno ścięte przydługie włosy, splątane od wiatru i morskiej bryzy. Spytaj o gęsty, czasem ostry jak jego język zarost. Spytaj o chłód, o opanowanie, o odosobnienie, o twarz zmęczonego pracą człowieka. Zapytaj o to i wszystko inne – o zagadkowe spojrzenie w barze, z ociąganiem posyłany obcym nieufny wzrok, sceptyczne obejmowanie wzrokiem damskich wdzięków, grymas niezadowolenia na twarzy, gdy do lokalu wchodzi osobistość, wpuszczająca mroźne powietrze do środka. Zapytaj o preferencje – gorzkie dla ust w smaku piwo, pite z ogromnego kufla; ciężkie zimowe kurtki i wyblakłą czapkę z daszkiem; najzwyklejsze kraciaste bądź bawełniane koszule, grube swetry, puchowe kamizelki. Zapytaj o historię – obrączkę zawieszoną na łańcuszku, skrywaną pod materiałem koszulki, spróchniałą framugę drzwi z inicjałami: R.B., K.L. i L.L., puste ramki po zdjęciach w domu. Zapytaj go. Nie odpowie.

Relacje: Roy Loyd

EMILY BAKER Ta-Pożal-Się-Boże-Przyjezdna
Istotka, co do której istnienia Roy się wcale nie zastanawiał. Po prostu jest... i będzie. Jak się okazuje i jak zawsze pakuje mu się pod nogi. Przyjezdna, która nie znała swojego miejsca i przyjezdna, która je znalazła, na jego nieszczęście, kilkadziesiąt stóp od jego domu. I przyjezdna, która w zasadzie nie jest już przyjezdną, ale w jego głowie na zawsze nią pozostanie. Bo świat ległby w gruzach, gdyby Roy Loyd musiał ją nagle zacząć tolerować, czy co gorsza, o zgrozo, lubić, skoro na razie jedyną podstawą do nieakceptowania jej osoby jest jej status w mieście. Trudno określić jasno ich relacje, bo nigdy tego nie robili. Po prostu, gadali, i wpadali na siebie. Czasem specjalnie, głównie z jej inicjatywy. Rzadko przypadkiem. Wtedy wiedział, że to też z jej przyczyny, bo na pewno odmawiała te swoje jakieś waszyngtońskie voodoo, jak uprzykrzyć mu życie. 


RACHEL BLEICH była narzeczona, obecnie nie wiadomo co
Żydówka. Kobieta, którą Roy pokochał w ten określony, naprawdę bezinteresowny sposób. Ale czy jedyna, prawdziwa miłość? Chyba nie dane było mu tej z niczym porównać. Znali się już od dzieciństwa, od zawsze przyjaźnili, więc naturalną drogą wyboru zdawał się być ślub. Tak też się stało. Ludzie jednak, znając się całe życie mają wyjątkową zdolność do niedostrzegania swoich wad. Idealizowania siebie nawzajem, tak jak on – niesamowicie skutecznie – zbudował sobie pewien jej obraz w głowie – jej głęboki, mocno rozbudowany, prawie perfekcyjny wizerunek, który nie był niczym innym, niż tylko jego wyobrażeniem. Jednak otoczka ta pryska, kiedy wszystko zaczyna się psuć. Jest coraz mniej piękna, uroku, czaru, blasku, iskier i wrzenia. Kiedy okazuje się, że kobieta, z którą miało się spędzić resztę życia, w rzeczywistości jest tą, której serce ucieka do innego faceta. Pozostaje tylko żal, gorycz, zawód i brak wiary w miłość romantyczną. I choć kobieta miała do niego na tyle szacunku, by wyznać mu jej miłość do drugiego mężczyzny, zanim jeszcze do czegoś doszło – nie sprzyjał jej fakt, ze był to jego własny brat. Po rozwodzie wyjechała z miasta, wraz z Kylem. Po latach wróciła tu z niewiadomych przyczyn.


KYLE LOYD brat, nieprzewidywalny jak świat
Ten zawsze bardziej porywczy, spontaniczny, nieułożony brat. Nigdy nie szczędził w ironii i sarkazmie. Nie hamował się przed uzewnętrznianiem światu swoich emocji. Nie brak mu błyskotliwości, a po prostu szkoda mu czasu na analizowanie każdego swojego czynu. W dzieciństwie i w latach młodości najlepszy kumpel starszego od siebie Roya i najzagorzalszy wróg jego przyszłej żony. Nigdy przez nią nielubiany i ze wzajemnością. Przeoczył moment, w którym relacja ta ze zwykłej złości przerodziła się w zauroczenie, a z niego, szybko w miłość. Wcześniej wolny duch, później, zniewolony uczuciem do żony brata, rozgoryczony mężczyzna, zamykający się na wyższe uczucia. Zdecydowany typ uroczego, intrygującego, trochę bezczelnego kochanka, rozwalającego małżeństwa, ale szczerze nieplanowany powód rozwodu swojego brata z jego ówczesną żoną, z którą niedługo potem Kyle wyjechał z miasta, prawdopodobnie uciekając w ten sposób od swojego poczucia wstydu i złamanej lojalności wobec rodziny.

Relacje: Madeleine Leinster

Daniel Stevens

28 lat • nauczyciel
Kiedyś go wielbiłam. To było dawno temu. Jakieś dziesięć lat temu, na oko. Bądź co bądź każdy musi przeżyć swoją pierwszą licealną miłość w taki czy inny sposób. Ja gdybym mogła zrobiłabym dla niego ołtarzyk w pokoju. Tak właśnie, dobrze mówię – OŁTARZYK. Najlepiej w formie sekretarzyka z czterema kolumienkami w każdym rogu i wiecznie zapalonymi kadzidełkami i ofiarnymi darami u fundamentu. Właściwie miałam wcielić plan w życie. zabrakło mi tylko miejsca w pokoju, dzięki Bogu. W ten sposób dusiłam się tylko oparami z kadzideł, ale przynajmniej nie złamałam nogi skacząc przez meble dla typa, który gdyby mógł, przeszedłby przeze mnie jak przez nienamacalny cień. Ale problem polegał nie tylko na tym, że byłam dla niego tylko przeszkodą do ominięcia. Oprócz tego, byłam niewidzialna. W pełnym tego słowa znaczeniu. Porównywana do szafek, ławek i drzwi, które nonszalancko – wróć! Arogancko i lekceważąco mijał w szkole. Przyzwyczajenie. Z biegiem czasu wmawiano mi, że był po prostu dupkiem. Definicja nonszalancji, ich zdaniem, musiała mu być obca. To wyższa sztuka ignorancji jakiej jemu pewnie nigdy nie udałoby się osiągnąć. Kiedyś go wielbiłam... i dalej wielbię. Bo jak nie on, to kto może być tak samo epicko idealny? Ktokolwiek?