- Zawieszenie bloga: opcja z możliwością dalszej gry dla tych będących na blogu i tych, którzy ewentualnie chcieliby dołączyć, pozostawiając maila w zapisach. Jako administracja będziemy wysyłać zaproszenia w wolnej chwili, ale nie będziemy angażować się w prowadzenie bloga z wyżej wymienionych przyczyn.
- Tylko dla upoważnionych: opcja z możliwością dalszej gry dla tych, którzy są już z Nami, czyli zamknięcie bloga i pozostawienie go dostępnego tylko dla współautorów.
- Zamknięcie bloga: opcja z brakiem możliwości dalszej gry. Blog pozostanie w blogosferze wraz z archiwum, ale nie będą realizowane na nim żadne działania, a dotychczas opublikowane KP zostaną usunięte z linków (ale nie z archiwum — chyba, że autor postanowi inaczej).
| regulamin | administracja | fabuła | organizacja |
Blog zawieszony
Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.nie istnieję & latessa
Kalendarz
Post organizacyjny
Wina i kara
Abraham "Abe" Rosenberg
Pytają cię: Skąd te tatuaże, Abe? Nie masz dla nich żadnej historii do opowiedzenia. Po pewnym czasie przestają pytać. Oni i tak już wiedzą. Plotki w Mount Cartier szybko się rozchodzą. Pytanie zmienia swój charakter. Za co siedziałeś? Myślałeś, że daleko od swojej przeszłości, możesz się od niej uwolnić, ale wszyscy jakoś wszystko chcą wiedzieć to wiedzą. Chociaż ty zawsze milczysz. Nie chcesz gadać. Nigdy nie lubiłeś.
Za co mogli cię zamknąć? Za ostry język i skurwysyństwo? Brak empatii, chłodne usposobienie, cierpka szczerość i siarczyste przekleństwa to też dobry powód dla mieszkańców Mount Cartier. Nie jesteś jak większość z nich. Masz coś na sumieniu, czego nie chcesz uwolnić. Demony trzymasz w sobie. Nie wychodzisz na towarzyskie fajki, a palisz jak smok. Spalasz gorzki smak życia, a popiołem użyźniasz swoje cierpienie.
Samotnie.
Kiedyś cię tolerowali tylko dlatego, że – jeszcze – dostrzegali w tobie cień człowieka. Teraz widzą już zbrodniarza. Jeśli twoja wina była tak wielka, że nie chcesz o niej mówić, kara musi być proporcjonalnie wysoka. Dlatego chwytasz się każdej pracy, która pozwoli ci powiązać koniec z końcem. Nie każdy płot, czy dach oni pozwolą ci naprawić. Dla takich jak ty, pozostaje udrażnianie wywalonego szambo i łatanie dziur w kutrach. Tam gdzie nie możesz niczego ukraść. Zakładając, że byś chciał, a miałbyś dlaczego – nie każdy mieszka w przyczepie. Ponoć żadna robota nie hańbi. Ciebie na pewno nie zbeszcześci bardziej niż ty sam. To potrafią tylko słowa. Zresztą zranić też, ale nie twoją martwą duszę. Chodzą pogłoski, że serce też ci obumiera – to wyjaśniałoby swąd podążającej za Tobą śmierci.
Pamiętasz tego szopa? Tego, co zawsze pałętał się pod pocztą? Już nie żyje.
Nie, już go nie dokarmiaj, Abe. Ludzie i tak będą twierdzić, że go zabiłeś.
Home, sweet home
Chris Richardson
Leroy Loyd
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 |
Leroy "Roy" Loyd
Lou Tallulah Momoa
— Oni: Nanook (leader), Blackeye, Keanu, Kensai, Kato.
— One: Nuki, Shika, Kenya, Nana
Prowadzę tylko krótkie wątki
I need to go into the forest and scream for hour and a half
29 LAT — KUCHARZ W ZAJEŹDZIE „U ANNIE”

Kłopot z życiem polega na tym, że nie ma okazji go przećwiczyć i
od razu robi się to na poważnie
Emma Bartlett
Okazało się jednak, że miała rację.
Gdy była w ostatniej klasie szkoły średniej, jej matka uległa wypadkowi, w wyniku którego została sparaliżowana od pasa w dół. Emma nie mogła, ani nie chciała, zostawiać jej zupełnie samej, choć Anna Bartlett upierała się, że da sobie radę. Skrzypce poszły w odstawkę, obecnie coraz więcej czasu upływa jej na szyciu; już raczej matka pomaga jej, a nie odwrotnie. Grywa regularnie, nie chcąc wyjść z wprawy, jakby liczyła, że kiedyś jeszcze jej się poszczęści. Poza tym, sprawia tym przyjemność mamie. Nie narzeka jednak.
Życie bierze takim, jakie jest. Plany to tylko plany, można je zmieniać. Marzenia pozostają, ale od zawsze jej największym marzeniem było przede wszystkim szczęście rodziny - ma tylko matkę i nie mogłaby jej porzucić, by spełniać się muzycznie. Mount Cartier kocha całym sercem i choć kiedyś wyobrażała sobie dla siebie inne życie, teraz nie jest pewna, czy byłaby szczęśliwa w Vancouver. Mimo pozornej otwartości, niewiele mówi o własnych uczuciach czy o tym, co dzieje się w jej głowie. Możliwe jednak, że sama nie do końca wie i rozumie.
Wiele chodzi po okolicy, najczęściej z plączącym się jej pod nogami Jekyllem Hydem (imię zależne od zachowania psa i nastroju Emmy). Lubi przesiadywać i czytać w dziwnych miejscach i, ku niezadowoleniu matki, jest stałą bywalczynią lokalnego baru. Problemów z alkoholem nie ma, ale jest ogromną fanką karaoke.

less stress
Eli Himes*
do wniosku, że odmiana imienia musi wyglądać następująco:
| wym. /ilaɪ̯ haɪ̯mz/ | M. Eli | D. Elia | C. Eliowi | B. Elia | N. Eliem | Ms. Eliu | W. Eli! |
Declan McCain Jr
LEAD & SWING
(Beli & Danu)
Ian Finnigan
Ian Sean Finnigan
♞ - zaczynam wątki ze wszystkimi, którzy ich jeszcze nie mają, albo bardzo się nudzą i brakuje im cały czas osób do pisania. ;)
relacje
Mad world, Maddy
Madeleine Leinster
Było?
Johnsee Rockwell
Rodzice wiedzieli, że źle go wychowali. Matka nie zdążyła, macocha nie potrafiła, a ojciec zaniedbał. Wyrósł jak na drożdżach - tak szybko jak tylko potrafił. Być może dlatego dość niefortunnie, ze skazą w charakterze i przytwierdzoną na stałe do duszy artystyczną pychą. Bez tego nie mógł tworzyć. Od lat niezmiennie irytujący, odsunął się od zasad, a przybliżył niebezpiecznie blisko do pojęcia wolności. Graniczył z anarchią. Oryginalny - na swój sposób - działał zawsze z przekorą. Bo tak lubił. Jak na artystę przystało, wolał myśleć sam. Nieszablonowo. Nikogo nie słuchał, odgrodził się przed światem w miarę możliwości, choć wcale nie dlatego, że bał się ludzi. Kochał ich mimo wszystko. Czasem musiał po prostu stanąć ponad nich wszystkich, krzyknąć „spierdalać!” i działać sam. Tylko to dawało mu prawdziwą inspirację. Żadnych zabaw z rówieśnikami o południu w szkole (bo w niej rzadko kiedy bywał), pogawędek wieczorem z przyjacielem przez telefon, gry w piłkę rano z kolegami. Co najwyżej dopieszczanie domowego pupila - psa. Tych miało przewinąć się więcej w ciągu kilkunastu kolejnych lat. Dlatego przypisali mu łatkę nieuka i obiboka. Słusznie, bo nim właśnie był. Ale gdyby nie to, zginąłby w tłumie. Miał swoje zdanie i ego, które nie zmieściłoby się w drzwiach. Swój pogląd na świat, nieograniczony społeczną normą, stałym schematem. Niebanalność myśli, a innowacyjność w sztuce zapewniła mu miejsce w czołówce bohemy artystycznej XXI wieku. Dalej było już tylko lepiej. Niezbyt lubiany, ale za to z ogromnym potencjałem, wyrwał się z rodzinnego miasta, osadzając się tam, gdzie inspiracja pozwala mu przekraczać granice - w Mount Cartier.
Jeśli kryzysem wieku średniego nazywamy stan przejścia od niewinnej pychy do skrajnego egoizmu, z czym on miał do czynienia przeszło dziesięć lat temu, przy tak szybkim tempie dewastacji psychicznej za kolejne pięć lat czeka go już tylko trumna.
Niektórzy sądzą, że już teraz powinien gryźć piach, choć ku zdziwieniu Rockwella wcale nie dlatego, że wskazuje na to jego zdrowie. Powodem dla którego mógłby pożegnać się ze światem jest jego wrodzona zdolność do pakowania się w kłopoty - ludzie widzą w nim agresora i wielu z nich pragnie go rozstrzelać. Pewnie dlatego chowa się w sobie. Mówi dużo, ale nigdy o tym, co działo się z nim. Nie jest nieśmiały, czasem tylko zbyt tajemniczy. Do tego cholerny racjonalista i dewastator duszy. Aż dziw, że jeszcze zipie. Mimo autodestruktywnych decyzji, jakie podejmował, oraz jego przekonania o tym, że trzecia dziesiątka łączy się z pierwszą kulą u boku, on do tej pory trzyma się o własnych nogach. Wciąż nie może wyjść też ze zdziwienia, że tak naprawdę nie wszedł jeszcze w pierwszy etap starzenia się. Nadmierna potencja i wewnętrzna werwa świadczą przeciw niemu, a jemu nie pozostało nic innego jak ukorzyć się przed życiem, godząc się na łaskawsze traktowanie. W imię własnego zadowolenia korzysta z dóbr natury - pieprzy się z kim chce, gdzie chce i o ile chce. Tylko dlatego, że wciąż męczy go duch przyszłości. Póki duma w spodniach go nie zawodzi, woli przeżyć swoje. Można więc śmiało stwierdzić, że jako trzydziestoletni kawaler dopiero co osiągnął pełną dojrzałość, czemu towarzyszy samoświadomość i doświadczenie na tle erotycznych igraszek. Jest jak wino – z kolejnym rokiem coraz lepsze. Jak wódka – mocno uderza do głowy. Piwo – wciąż go mało. Ma w sobie coś z namiętnego kochanka, ale w gruncie rzeczy niewielu pragnie go na tym polu sprawdzić. Pomimo charyzmy chyba po prostu ciężko go lubić.
Muszę zrobić sobie listę odpisów, bo już się w tym wszystkim gubię:
|
Legenda: Z — zaczynam/wiszę odpis C — czekam na wątek/odpis K — planowane, poza kolejką Ostatnia aktualizacja: 21.08, 00:46 Jeśli coś źle oznaczyłam, krzyczcie! |
Roy Loyd
Leroy "Roy" Loyd
Relacje: Roy Loyd

Istotka, co do której istnienia Roy się wcale nie zastanawiał. Po prostu jest... i będzie. Jak się okazuje i jak zawsze pakuje mu się pod nogi. Przyjezdna, która nie znała swojego miejsca i przyjezdna, która je znalazła, na jego nieszczęście, kilkadziesiąt stóp od jego domu. I przyjezdna, która w zasadzie nie jest już przyjezdną, ale w jego głowie na zawsze nią pozostanie. Bo świat ległby w gruzach, gdyby Roy Loyd musiał ją nagle zacząć tolerować, czy co gorsza, o zgrozo, lubić, skoro na razie jedyną podstawą do nieakceptowania jej osoby jest jej status w mieście. Trudno określić jasno ich relacje, bo nigdy tego nie robili. Po prostu, gadali, i wpadali na siebie. Czasem specjalnie, głównie z jej inicjatywy. Rzadko przypadkiem. Wtedy wiedział, że to też z jej przyczyny, bo na pewno odmawiała te swoje jakieś waszyngtońskie voodoo, jak uprzykrzyć mu życie.
Żydówka. Kobieta, którą Roy pokochał w ten określony, naprawdę bezinteresowny sposób. Ale czy jedyna, prawdziwa miłość? Chyba nie dane było mu tej z niczym porównać. Znali się już od dzieciństwa, od zawsze przyjaźnili, więc naturalną drogą wyboru zdawał się być ślub. Tak też się stało. Ludzie jednak, znając się całe życie mają wyjątkową zdolność do niedostrzegania swoich wad. Idealizowania siebie nawzajem, tak jak on – niesamowicie skutecznie – zbudował sobie pewien jej obraz w głowie – jej głęboki, mocno rozbudowany, prawie perfekcyjny wizerunek, który nie był niczym innym, niż tylko jego wyobrażeniem. Jednak otoczka ta pryska, kiedy wszystko zaczyna się psuć. Jest coraz mniej piękna, uroku, czaru, blasku, iskier i wrzenia. Kiedy okazuje się, że kobieta, z którą miało się spędzić resztę życia, w rzeczywistości jest tą, której serce ucieka do innego faceta. Pozostaje tylko żal, gorycz, zawód i brak wiary w miłość romantyczną. I choć kobieta miała do niego na tyle szacunku, by wyznać mu jej miłość do drugiego mężczyzny, zanim jeszcze do czegoś doszło – nie sprzyjał jej fakt, ze był to jego własny brat. Po rozwodzie wyjechała z miasta, wraz z Kylem. Po latach wróciła tu z niewiadomych przyczyn.
Ten zawsze bardziej porywczy, spontaniczny, nieułożony brat. Nigdy nie szczędził w ironii i sarkazmie. Nie hamował się przed uzewnętrznianiem światu swoich emocji. Nie brak mu błyskotliwości, a po prostu szkoda mu czasu na analizowanie każdego swojego czynu. W dzieciństwie i w latach młodości najlepszy kumpel starszego od siebie Roya i najzagorzalszy wróg jego przyszłej żony. Nigdy przez nią nielubiany i ze wzajemnością. Przeoczył moment, w którym relacja ta ze zwykłej złości przerodziła się w zauroczenie, a z niego, szybko w miłość. Wcześniej wolny duch, później, zniewolony uczuciem do żony brata, rozgoryczony mężczyzna, zamykający się na wyższe uczucia. Zdecydowany typ uroczego, intrygującego, trochę bezczelnego kochanka, rozwalającego małżeństwa, ale szczerze nieplanowany powód rozwodu swojego brata z jego ówczesną żoną, z którą niedługo potem Kyle wyjechał z miasta, prawdopodobnie uciekając w ten sposób od swojego poczucia wstydu i złamanej lojalności wobec rodziny.
Relacje: Madeleine Leinster
Daniel Stevens
28 lat • nauczycielKiedyś go wielbiłam. To było dawno temu. Jakieś dziesięć lat temu, na oko. Bądź co bądź każdy musi przeżyć swoją pierwszą licealną miłość w taki czy inny sposób. Ja gdybym mogła zrobiłabym dla niego ołtarzyk w pokoju. Tak właśnie, dobrze mówię – OŁTARZYK. Najlepiej w formie sekretarzyka z czterema kolumienkami w każdym rogu i wiecznie zapalonymi kadzidełkami i ofiarnymi darami u fundamentu. Właściwie miałam wcielić plan w życie. zabrakło mi tylko miejsca w pokoju, dzięki Bogu. W ten sposób dusiłam się tylko oparami z kadzideł, ale przynajmniej nie złamałam nogi skacząc przez meble dla typa, który gdyby mógł, przeszedłby przeze mnie jak przez nienamacalny cień. Ale problem polegał nie tylko na tym, że byłam dla niego tylko przeszkodą do ominięcia. Oprócz tego, byłam niewidzialna. W pełnym tego słowa znaczeniu. Porównywana do szafek, ławek i drzwi, które nonszalancko – wróć! Arogancko i lekceważąco mijał w szkole. Przyzwyczajenie. Z biegiem czasu wmawiano mi, że był po prostu dupkiem. Definicja nonszalancji, ich zdaniem, musiała mu być obca. To wyższa sztuka ignorancji jakiej jemu pewnie nigdy nie udałoby się osiągnąć. Kiedyś go wielbiłam... i dalej wielbię. Bo jak nie on, to kto może być tak samo epicko idealny? Ktokolwiek?





