Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
Październik • -4°C
Tydzień temu jeszcze ostatnie kolorowe liście były odgarniane z chodników, a dzisiaj? Jeśli ktoś wyszedł z domu przed siódmą rano, to na pewno widział ten biały puszek zalegający na trawnikach, samochodach czy stromych dachach naszych domków. Pierwsze opady śniegu mogły zaskoczyć turystów, ale dla prawdziwych mountcartierowców to już chleb powszedni. A więc dla tych, którzy zabłądzili lub są u nas tylko przejazdem: drodzy państwo, oto oficjalne otwarcie zimowego sezonu! Na wygrzewanie się w promieniach słońca zapraszamy ponownie w czerwcu, a teraz proszę kupować wełniane szaliki i czapki, bo noce są już coraz chłodniejsze. Oszczędźcie naszego biednego lekarza i nie wystawajcie zakatarzeni pod drzwiami jego gabinetu, bo na pewno nie narzeka on już na brak pacjentów!

07.01.2017

Sztuka życia polega na tym, by cieszyć się małym, a wytrzymywać najgorsze

RYBAK OD POKOLEŃ • KAPITAN STATKU
Zapach świeżo wyłowionych ryb przestał być dla niego odczuwalny już lata temu, bowiem wraz z wonią trocin, i parzonych przez matkę konfitur, stał się niezauważalny niczym rześkie, kanadyjskie powietrze, wkradające się przez niewielkie szczeliny w oknach ich rodzinnej, drewnianej chatki. Pobudka u boku wschodzącego słońca od zawsze była codziennością, wszakże należało przynieść stos drewna i rozpalić płomień w kominku, by ogrzać wszystkie zakamarki domostwa... A później, skubnąć odrobinę tourtiere, wsunąć ocieplane kalosze i sweter wydziergany przez babkę, i ruszyć na kuter. Ojciec miał surowy charakter. Twardą ręką hartował synów, wpajając im do głów odporność i dyscyplinę – choć z natury uprzejmy człowiek, to bywa równie bezwzględny. Cesar z pewnością odziedziczył charakter właśnie po nim, inaczej nie byłby tak konsekwentny i ultymatywny, mimo że sporą część jego osobowości ukształtowała czteroletnia służba w kanadyjskiej marynarce. Zaiste, doświadczenie to najsurowszy nauczyciel, a tego nigdy nie brakowało pod banderą morskiej jednostki, z której wielokrotnie mieszany z błotem miał zamiar uciec. Pozostał, bo determinacja nie pozwoliła ustąpić miejsca słabościom, nawet wtedy, gdy koledzy z Quebec łypali spojrzeniami, mamrocząc pod nosem francuskie frazy – „angole” nie są tam lubiani, cóż począć. A tym bardziej ci, którzy tak, jak Cesar nie łamali zasad, w zamian za co byli nagradzani. I pomyśleć, że gdyby nie zawód miłosny, nigdy nie opuściłby Mount Cartier... I nigdy nie osiągnął tak wiele, jak w innym świecie, po brzegi wypchanym ludźmi ciemnymi jak tabaka w rogu, których zabija pusty konsumpcjonizm i narzucony system. Z szerokim uśmiechem wracał więc do Manitoba, mimo że w mieścinie czekało go sporo obowiązków – były czystą przyjemnością, i Bogu dzięki, że miastowa cywilizacja nigdy do niej nie dotarła, bo ręki by im nie podał, i wcale nie dlatego, że zdobią ją znamiona ciężkiej pracy. Na uśmiech liczyć także by nie mogli, bo ten nie gości zbyt często na tym nieco antypatycznym licu. Choć po kilku kieliszkach nalewki z gorzknika kanadyjskiego jego matki trudno się nie uśmiechać...



( 133 )

  1. O raaaaany, Cesar właśnie stał się moim ulubieńcem. Nie przesadzam, karta mnie urzekła już od pierwszych zdań, a to dlatego, że idealnie oddaje klimat Kanady. Wodząc wzrokiem po tekście gdzieś w tle widziałam opisany przez Ciebie zachód słońca i wręcz czułam ciepło kominka. Co więcej, nie mogę nie wspomnieć o tym, że cała rodzina Calderon wydaje się być zbudowana na silnych fundamentach Mount Cartier. Widać, że dokładnie obmyśliłaś sobie tę kreację. Jej rodzina, charakter, a nawet obrane decyzje życiowe - wszystko ładnie się ze sobą zazębia. Nie chcę tutaj rozprawiać nad wszystkim w szczegółach, więc powiem tylko, że albo masz niesamowity instynkt co do kreowania bohaterów, albo stawiasz na precyzyjny research, który owocuje imponującymi pomysłami. W obu przypadkach chwalę.
    Najważniejsze jest jednak to, że Cesar nie jest w żaden sposób przekombinowany, nawet jeśli ma ciężki charakter (bo ma, nie ukrywajmy - surowość i niezależność nigdy nie pomagają w kontaktach z innymi), to jako odbiorca mogę śmiało powiedzieć, że jest to jak najbardziej sensowne i wiarygodne. No więc.. teraz piszę trochę jak pomylona, ale to dlatego, że zaserwowałaś mi smaczny, literacki kąsek, którym chwilowo się ekscytuję. A ja nie zawsze tak reaguję. W takich momentach aż się żałuje, że prowadzi się facetów.

    PS. Tylko nie mów, że tym zawodem miłosnym jest Vivian. Jeśli tak, to należy jej się mocny kuksaniec w bok za sprawianie kłopotów takiemu (wbrew pozorom) przyzwoitemu facetowi.
    PS2. Nie wiem, czy dobrze odbieram tą postać, ale wiem, że podoba mi się ona.


    Andrew & Scott

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ojjjj... chyba Vivian nie miała oczu i serce też zostawiła gdzieś ukryte w szafie jego sypialni, bo w innym wypadku nigdy nie udałoby jej się wyjechać, jeśli zabrałaby któryś z tych organów ze sobą! Nie chodzi nawet o sam wygląd Cesara (imię na szóstkę po prostu!), ale o fakt jak zwyczajnym facetem jest, prostolinijnym, męskim w cholerę, ale przez to tak wyjątkowy w porównaniu z mężczyznami jakich spotykała w przeludnionym Vancouver. Nie dziwię jej się, że po porównaniu innych do niego jakoś nigdy nie znalazła sobie faceta... :D
    Wiesz, że ja jestem przeszczęśliwa, widząc tak piękną kartę. Nie mogłam się jej już doczekać, ale po namyśle stwierdzam, że dobrze że poświęciłaś odrobinkę więcej czasu na stworzenie tej historii, bo bardzo przyjemnie się to wszystko czytało i zagłębiało się w charakter nie tylko Casa, ale i jego relacji z rodziną czy z ojcem, który do najłagodniejszych osób także chyba nie należy. Zdjęcie matki w zakładce sprawia, że wydaje się być ona ciepłą i bardzo kochaną osobą, czyli totalne przeciwieństwo matki Vivian. Za to Margaret na pewno uwielbiała i nadal uwielbia Cesara, i tego najbardziej nie może wybaczyć Viv (ja w sumie też nie, więc będę to naprawiać za nią). Jedna głupia decyzja, a tak wiele zmieniła w ich życiu!
    Wątek ustalimy sobie gdzie indziej, ale z ogólnych informacji - baw się świetnie w tej naszej zimowej krainie i niech Cesar zawsze bezpiecznie wraca do portu, bo coś czuję, że od pewnego czasu może być wypatrywany przez kogoś z ukrycia... ;)]

    Vivian Amondhall

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dawno nie widziałam tak dobrze dopracowanej postaci. Członkowie rodziny, miejsca, sam charakter i usposobienie Cesara - musiałaś nad tym długo siedzieć. Panie nade mną powiedziały chyba wszystko i oblały Cię sporą dawką komplementów (bardzo zasłużonych). A jak tak teraz patrzę na swoją kartę, to aż zaczynam chlipać. Dobrze, że pracuję nad nową.
    Podoba mi się to, że Cesar kontynuuje rodzinną tradycję połowu i po służbie wrócił do domu. W ogóle to on mi się cały podoba, z wyglądu też, ha!
    Jeżeli zdecydujesz się na wątek, to możemy mieć już jako tako powiązanie, bo Kat jest kuzynką Vivian, więc zapewne znać się muszą.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  4. [Tak, ruszyła w świat, do Churchill i z powrotem :) Kiedyś mam zamiar napisać o tym notkę, ale nie jestem pewna, kiedy tak dokładnie to nastąpi.
    Nie jestem dobra w prowadzeniu negatywnych relacji, bo później zawsze wychodzą zbyt jadowite, więc stawiam na coś pozytywnego. Można powiedzieć, że oboje stracili Viv, więc może pójdziemy w tym kierunku?]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  5. [No właśnie, wszystko cacy, tylko pytanie, co teraz. Dużo zależy od tego, jak Cesar zareaguje na wiadomość o powrocie Viv do miasteczka. Może się zdenerwować, rozstroić, nie wiem, coś podobnego i przyjść do domku Kat, żeby z nią o tym porozmawiać.
    A jak już będzie ciepło, a przynajmniej cieplej, to wyślemy ich na jakąś niebezpieczną przygodę łodzią.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  6. [Kat prędko dowie się o jej powrocie, bo praktycznie zderzy się z nimi przed ich domem już pierwszego dnia. W takim wypadku Ces mógłby przyjść do Kat z podobnym zapytaniem i może nawet robiłby jej jakieś wyrzuty (o ile oczywiście on taki jest). Potem trochę porozmawiają i może pójdą się napić, tak na pocieszenie i relaks.
    Zawsze możemy skoczyć w czasie i sprawić, że w naszym wątku będzie już marzec. Myślę, że wtedy to już lód nie będzie taki gruby i będzie można gdzieś łodzią wypłynąć. Bylebyśmy im tylko Titanica nie zafundowały :).]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  7. Leah nie przepadała za zmianą rytmu dnia, jednak dziś nie przeszkadzało jej, że musi uporać się ze wszystkim wcześniej. Po przyciągnięciu suchego drewna na kapie - w czym uprzejmie pomógł jej Apacz - na spokojnie zniosła je do salonu, układając najpierw pod piecem, a potem pod kominkiem, by nie musieć robić tego po powrocie - będzie na to z pewnością zbyt zmęczona, a tak wystarczy ino schylić się i rozpalić.
    Następnie nakarmiła zwierzęta, zostawiając im zapas do jutra, na wypadek, gdyby z Ethel wróciły dopiero nad ranem. Musiała przyznać, że o ile nie przepadała za różnego rodzaju imprezami, o tyle cieszyła ją wizja wspólnej kolacji. U Calderonów czuła się bardzo dobrze, niemal jakby byli rodziną. Szczególnie upodobała sobie Amandę, panią domu - niemal natychmiast znalazła z nią bowiem wspólny język. Szanowała Johna i darzyła sympatią jego synów, bo zdarzało się, że kiedy chorowała, Ci uprzejmie zajmowali się końmi, czy rąbali drewno, choć częściej bywał to właśnie Cesar.
    Kiedy wróciła do chaty z zaczerwienionymi od mrozu policzkami, powitał ją świeży zapach świeżo upieczonego pieczywa. Uśmiechnęła się więc, ściągnęła skórzane, podszyte futerkiem buty i zrzuciwszy z ramion kurtkę, przeszła do domowej piekarni, usytuowanej zaraz za niewielką kuchnią.
    - Nareszcie jesteś, skarbie. Idź wziąć kąpiel i doprowadź się do ładu, idziesz dziś między ludzi.
    Leah zdmuchnęła z nosa niesforny kosmyk włosów, grymasząc nieco. Znała bowiem dobrze ten ton.
    - Przygotowałam Ci już sukienkę, żebyś choć raz wyglądała jak na kobietę przystało.
    - Babciu, przecież...
    - Leah, nie bądź uparta. Nie pozwolę Ci pójść do moich przyjaciół w byle spodniach i swetrze.
    - Dobrze, babciu - szatynka westchnęła w odpowiedzi, ostatecznie poddając się i ruszając do łazienki, by wziąć ciepłą kąpiel, po której tradycyjnie nałożyła balsam na ręce, usta, twarz i szyję, wcierając go dbale we wcześniej osuszoną skórę tak, by nie zostawił widocznego śladu. Właśnie dlatego od zawsze towarzyszyła jej subtelna, różana woń, mimo, że nie zwykła używać perfum. Nie od parady po miasteczku krążyła legenda, że panna Mackenzie również w dotyku przypomina ten szlachetny kwiat, a konkretnie jego aksamitne płatki. O tyle, o ile miękkość i delikatność jej dłoni zdawała się być wiarygodnym osądem, na całą resztę patrzono z przymrużeniem oka - nikt bowiem nie widział jeszcze Leah w towarzystwie mężczyzny, a przynajmniej nie w kontekście intymnego spotkania czy choćby potencjalnej randki. Była pod tym względem nieuchwytna jak młoda, rącza sarenka. Pociągała ją wolność i otwarte przestrzenie, nie przykuwanie uwagi mężczyzn, którzy w późniejszym okresie najchętniej usadziliby ją na domowym stołku. Chciała cieszyć się życiem, brnąć konno przez ogromne zaspy i tarzać się w śniegu razem ze swoimi pupilami, a potem ścigać się z wiatrem - czy było w tym coś złego? Nie była gotowa na małżeństwo, a przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej przedstawiała jej to Ethel.
    Przechodząc do pokoju otulona w bawełniany ręcznik z koronką i chwostami, rzuciła okiem na sukienkę, którą to wcześniej przygotowała jej babcia.
    Ręcznik zsunął się z jej drobnego ciała, a ona zdawała się w ogóle tego nie zauważać, przynajmniej do chwili, kiedy masyw chłodnego powietrza otarł się o rozgrzaną skórę jej pleców.
    Wydała z siebie przedziwny dźwięk dezaorobaty dla wyjściowego stroju i gdyby nie była naga, z pewnością pobiegłaby do babci, by oznajmić jej, że nie wybierze się z nią na żadną kolację.
    Nie to, żeby sukienka nie była ładna - wręcz przeciwnie. Leah nie znała się na materiałach, nie tych wysokiej klasy, a więc jeśli nie potrafiła powiedzieć, w co chcieli ją wcisnąć, kreacja niewątpliwie była droga. Musiała być, inaczej nie wprawiłaby jej kolan w drżenie.
    Złoszcząc się na babcię, że sprawiła jej tak drogi prezent, podeszła do komody, by móc ubrać na siebie choćby bieliznę.
    Pierwszy raz w życiu czuła żal, bo wiedziała, że będzie musiała się w to ubrać, by nie sprawić staruszce przykrości. Swoją drogą... Skąd, do cholery, Ethel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wzięła taką sukienkę? Znaczy się, z Churchill, to wiadomo, ale kto po nią pojechał i przede wszystkim kupił? Kiedy?
      Gryząc w konsternacji różane wargi, ujęła kreację w dłonie, by przez chwilę po zwyczajnie podziwiać jak przyjemna jest w dotyku. Dopiero później naciągnęła ją na siebie.
      Odzież dopasowała się do jej figury niczym druga skóra, na co skrzywiła się lekko, czując coraz większe zażenowanie - kolana na wierzchu i prześwitujący dekolt! O niebiosa, teraz miała już pewność, że to kolejny błyskotliwie uknuty plan starszej pani. Dobrze, że materiał na piersi nie odsłaniał zbyt wiele, nie to, żeby miała się czym chwalić. Po prostu nie pamiętała, czy kiedykolwiek zdażyło jej się publicznie odsłonić tyle ciała, nawet jeśli przeciętna kobieta zaśmiałaby się serdecznie, twierdząc, że tak naprawdę nie pokazała nic. Zaledwie nogi i skrawek obojczyków, ale zamierzała to szybko naprawić.
      Nogi wsunęła w wełniane rajstopy, natomiast ramiona otuli zaraz jakimś szalem - doskonale. Zrezygnowała też ze srebrnego łańcucha - nie chciała, by przywiązywano szczególną uwagę do jej bioder. Jedyne, co mogła polubić w tej kreacji, to jej kolor i długie rękawy, w których będzie mogła schować dłonie i dyskretnie ścisnąć je w piąstki.
      Kiedy dość niechętnie zeszła na dół, by pokazać się Ethel, a także osuszyć włosy w cieple bijącym od pieca, nie obdarzyła opiekunki spojrzeniem. Po prostu usiadła na stołku przy piecu, przeczesując palcami pasma długich, kasztanowych włosów, delikatnie je strosząc i odchylając głowę tak, by falami spłynęły na plecy, niemal sięgając nerek. Chyba pora je ściąć, zaczynały być uciążliwe.
      - Popraw sukienkę - nakazała babcia. Leah obdarzyła ją zagubionym spojrzeniem. Wydawało jej się, że wszystko było z nią w porządku.
      - Obciągnij ją w dół, zanim usiądziesz. I kiedy wstaniesz. Potem będziesz robić to nieświadomie.
      - Źle się w niej czuję.
      - Zupełnie bezpodstawnie, wyglądasz olśniewająco.
      - No właśnie. Nie lubię tak rzucać się w oczy, to... krępujące.
      Ethel niedbale machnęła dłonią, zupełnie jakby przepędzała słowa wnuczki w siną dal.
      - Parę łyków naleweczki Amandy i zapomnisz, że masz ją na sobie uwierz mi. I kolana. Kiedy siedzisz, kolana razem, bez przerwy, chyba że chcesz uchodzić za latawicę.
      Młoda Mackenzie zarumieniła się, po czym ekspresowo złączyła nogi. W spodniach nigdy nie musiała tego robić.
      Kiedy pukle wyschły i poskręcały się w silne fale, kobieta wstała i pamiętając o obciągnięciu sukienki, pomogła staruszce pakować pieczywo i parę innych, smacznych kąsków. Nie wypadało przecież zjawić się z pustymi rękoma.

      ***

      Przed drzwiami państwa Calderonów stawiły się punktualnie o osiemnastej. Gdy rozległ się odgłos pukania, Leah mimowolnie spuściła spojrzenie na własne buty, mocniej zaciskając palce na uchwycie wiklinowego kosza z przekąskami. Chyba nigdy nie czuła się jeszcze tak zażenowana.

      Leah Mackenzie ❤

      (PS. Pierwsza! Co dla mnie masz?)

      Usuń
  8. Nie przygotowała się na taki obrót wydarzeń.
    Powrót do Mount Cartier był dla niej tak wielką abstrakcją, że ilekroć pomyślała o tym w ciągu ostatnich dziesięciu lat, to równie szybko starała się wyrzucić ten pomysł z zakamarków zdradzieckiego umysłu. Najczęściej korzystała przy tym z pomocy znajomych zawsze chętnych do wyskoczenia wieczorem do jakiegoś pubu czy na imprezę. Wśród tłumów ludzi ciężej było usłyszeć własne myśli i wspominać coś, czego dobrowolnie wyrzekła się, opuszczając zacofane miasteczko. Chociaż nadal twierdziła, że potrafiło ono wysysać z niej resztki radości, to po tych kilku latach mieszkania w jednym z bardziej zatłoczonych miast Kanady nie zarzekałaby się już tak bardzo, że ucieczka jest tym, czego potrzebuje by czuć, że żyje. W rodzinnym mieście jako nastolatka praktycznie na każdym kroku czuła, jakby dusiła się z powodu odcięcia od tak banalnych udogodnień jak stała sieć komórkowa czy nieograniczony dostęp do internetu, z którymi styczność miała tylko wtedy, gdy przebywała w Churchill. Zatrzymanie się miasta w czasach lat pięćdziesiątych XX wieku sprawiło, że w końcu porzuciła wszystko, nie odwracając się nawet raz za siebie. Gdyby zrobiła to chociaż na sekundę, to z góry byłaby na straconej pozycji i nie wyjechałaby nigdy dalej niż do pobliskiego miasta, w którym przez kilka godzin czekała na swój pierwszy i (jak przynajmniej wtedy jej się wydawało) ostatni samolot. Miała wyjechać i już nigdy nie wrócić, tymczasem los zakpił sobie z niej, stawiając ją w sytuacji niemożliwej do rozwiązania w inny sposób niż kupienie biletu powrotnego i zaopiekowanie się matką. Tą samą kobietą, która nigdy nie zamierzała jej wybaczyć wyjazdu i która nie zamierzała ułatwiać powrotu na stare śmieci. Nikt nie zamierzał jej tego ułatwić…
    To nie było nawet tak, że Mount Cartier miało tylko same wady i właśnie dlatego uciekła. Nie, miasteczko samo w sobie miało pewien urok, którego nie znalazła nigdzie indziej podczas wędrówki po innych częściach kraju. Spokój panujący dookoła domu był czymś, za czym można było tęsknić w głośnym centrum miasta, w którym nawet w nocy dało się słyszeć przejeżdżające samochody czy grupy ludzi wracające do swoich mieszkań. Wschody słońca także nie miały takiego uroku jak te odbywane po lesie rozświetlanym powoli przez przebijające się przez korony drzew promienie słoneczne. Widoki nad jeziorem zawsze były wtedy zapierające dech w piersi i za młodu Vivian niejednokrotnie zrywała się z łóżka o nieludzkiej porze tylko po to, żeby podziwiać ten obrazek i zapamiętywać go na kolejne lata życia z dala od jeziora Roedeark. Same spacery po lesie potrafił odprężyć ją lepiej niż dzień w spa, w którym zwyczajnie działo się za wiele, by jej umysł mógł zregenerować się po kilku tygodniach intensywnego tworzenia nowych projektów. Przede wszystkim jednak w Mount Cartier zostawiła wiele ważnych dla niej osób. Chociaż pod względem wstrzymywania się od okazywania sobie uczuć były aż za bardzo do siebie podobne, to mimo wszystko tęskniła za wiecznie niezadowoloną matką, której przejawy dobroci widywała jedynie w chwilach, gdy w jej pokoju przebywała jedyna blisko jej kuzynka albo gdy zaszywała się tam z chłopakiem, który wszyscy (nawet ona) wierzyli, że będzie jej mężem i jedynym mężczyzną w życiu. I był nim, na tamten moment był dla niej wszystkim, do czasu aż ich życiowe plany nie rozjechały się w najmniej odpowiednim momencie. Jej związek z Cesarem był czymś, z czego tak naprawdę nigdy nie chciała zrezygnować i dodatkowo jedynym powodem, dla którego przez ponad dwa lata odwlekała przygotowany w wieku piętnastu lat plan wyjazdu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że jeden z mężczyzn kręcących się po miasteczku sprawi, że poczuje te przysłowiowe motyle w brzuchu i jedyne o czym będzie marzyć to zobaczenie jego statku dopływającego bezpiecznie do portu i upewnienie się, że wrócił do niej cały. Nigdy nie wyobrażała sobie, że tak po prostu przepadnie dla miejscowego rybaka ani że on zwróci uwagę akurat na nią, zwyczajną nastolatkę z głową pełną planów, które wtedy mogły wydawać się tylko marzeniami nastolatki, a ostatecznie stały się osiągniętym celem, którego żniwa zbierała w wieku niecałych trzydziestu lat. Najpierw się zauroczyła, a później do reszty zakochała, poddając się silnemu uczuciu sprawiającemu, że prawie wszystko inne przestało mieć znaczenie. Jedynie odkładane do szuflady projekty kolejnych wzorów biżuterii były kolcem wbijającym się coraz głębiej pomiędzy nimi. Nic więc dziwnego, że gdy pojawiły się rozmowy o jego wyjeździe do marynarki, ona zaczęła wracać do tego, co odkładała z powodu bycia z tym jedynym i najważniejszym dla niej mężczyzną. Nie chciała siedzieć w miejscu i czekać; nie chciała rezygnować na zawsze, nie chciała do końca życia ukrywać swoich pomysłów. Do samego końca miała nadzieję, że uda im się wyjechać chociaż na chwilę, na kilka lat, sprawdzić czy jej pasja może być rozwinięta, zobaczyć czy są w stanie żyć gdzieś indziej razem. Chciała w to wierzyć tak bardzo, że zwyczajnie zamknęła się na plany samego Calderona, a gdy już je odkryła było za późno na łagodniejszą reakcję. Wystarczyło kilka porządnych awantur przekreślających harmonię jaką wypracowali sobie przez ponad trzy lata związku, by z rozdartym sercem ostatecznie spakowała się i wyjechała. Nie była wtedy szczęśliwa i właściwie nie licząc tych kilku chwil związanych z otwieraniem nowego sklepu jubilerskiego, to nigdy nie była już tak zadowolona jak w czasie tych nastoletnich lat, które spędziła u boku Cesara. Żeby zdobyć coś innego przekreśliła uczucie, na które nigdy więcej sobie nie pozwoliła, nie chcąc czuć tego samego bólu, który udawało jej się ignorować lub przynajmniej od siebie odpychać przez te lata zamieszkiwania w Vancouver. Powrócił do niej jednak ze zdwojoną siłą w chwili, gdy tylko postawiła stopę na churchillowskim lotnisku. Tylko że tym razem oprócz bólu pojawił się także strach przed zmierzeniem się nie tylko z Cesarem, zmianami jakie zaszły ewentualnie w jego życiu, ale nie tylko. Obawiała się zmierzenia z całym miasteczkiem czujnie przyglądającym się wszystkim jej poczynaniom. Po dziesięciu latach nie była już jedną z nich, nie była swoja. I po prawdzie nawet nie zachowywała się tak jak miejscowe kobiety, bardziej przypominając jednak turystkę niż rodowitą mieszkankę tych ziemi, która doskonale wie jak zachowywać się w tak trudnych warunkach jak mountcartierowska zima.
      Vivian w teorii nie zapomniała jak to jest mieszkać w mieście, w którym grube warstwy śniegu potrafiły utrzymywać się nawet przez osiem miesięcy w roku. Wiedziała, że podstawą dobrego zdrowia jest ubieranie każdej części ciała na cebulkę i nie patrzenie na to, że wygląda się przy tym jak mini bałwanek, szczególnie wtedy gdy podczas silnych opadów śnieg po prostu osiadał na każdym fragmencie ubrania, tworząc z ludzi zimowe stwory. Jasne było także, że kozaki ze śliską podeszwą nie znajdą zastosowania na raz po raz zamarzającej powierzchni, na której lód potrafił stworzyć się w przeciągu godziny. Znała te wszystkie zasady i jeszcze dziesięć lat temu nie miała innych ubrań niż te, które były przystosowane tylko do takiej pogody. Praktyka miała jednak niewiele wspólnego z jej wewnętrznym przygotowaniem na to, co może zastać po powrocie w rodzinne strony.
      Odzwyczaiła się już od życia w takich warunkach, bo nawet w Vancouver ze względu na zmiany klimatu i większe zagospodarowanie terenu nie było takich zim. Nie potrzebowała dziesiątek sweter, bo wystarczały jej zwykle trzy na krzyż, a i wybór obuwia był tam bardziej związany z wyglądem niż z praktycznym zastosowaniem.

      Usuń
    2. Nic więc dziwnego, że w ciągu dwóch dni odkąd dostała telefon ze szpitala nie była w stanie zrobić żadnych odpowiednich zakupów przygotowujących ją do tak skomplikowanego wyjazdu. Czasu wystarczyło jej tylko na wrzucenie najpotrzebniejszych rzeczy do walizek, poinformowanie zarządu spółki o swoim niesprecyzowanym w terminie powrotu wyjeździe i zwyczajnie wsiadła w samolot. Kwestie zakupu ubrań miała załatwić na miejscu, na to jednak zabrakło jej czasu, gdy kręciła się pomiędzy hotelowym pokojem, a tym szpitalnym, w którym przebywała Margaret. Korzystała z okazji, kiedy miała jeszcze kontakt telefoniczny z firmą, dobrze wiedząc, że za kilka dni nie będzie jej stać już na taki komfort. O pomyłce w tym wypadku nie było mowy. Wystarczyło po zgodzie lekarza zawieźć matkę samochodem do rodzinnego domu, by przekonać się, że zasięg padł w chwili, w której wjechały tylko na drogę prowadząca do Mount Cartier. Na dodatek już następnego dnia po ich niezapowiedzianym przyjeździe ta sama (i jedyna) droga została odcięta, więc powrót na zakupy ponownie musiała odłożyć w czasie. Jedyne co jej zostało to chodzenie w ubraniach przywiezionych z jej nowego życia, a te cóż, do najcieplejszych nie były zaliczane. Co prawda odpuściła sobie zakładanie spódnic czy sukienek i była na tyle rozsądna by dorzucić pod spodnie cieplejsze rajstopy, ale to i tak niewiele pomogło, gdy przedzierała się na swoich śliskich, średnio ciepłych kozakach na niewielkim koturnie (chwała za to, że chociaż nie szpilka!) przez kolejne zaspy pokrywające drogi Mount Cartier.
      Od czasu do czasu wzdrygała się przy byle podmuchu wiatru, bo prawdę powiedziawszy miała wrażenie, że jej sweter oraz wełniany płaszcz nie radziły sobie tak dobrze z ponad dwudziestostopniowym mrozem jak początkowo przypuszczała. W myślach bez przerwy wymyślała matce od upierdliwych bab, nie mogących zadowolić się tym, co trzymały w zamrażarce tylko potrzebowały świeżej ryby, jak co piątek, prosto ze statku. Skoro ona mogła zawsze sobie po nią pójść, to dlaczego Vivian nie miała teraz robić tego za nią? Nie powinna się na to w ogóle zgodzić, a mimo to proszę bardzo, oto właśnie szła po oblodzonych chodnikach, bardziej właściwie dreptając po nich niż robiąc pewne kroki, a ręką opatuloną w ciepłe rękawiczki przytrzymywała przy szyi szalik. I to prawdopodobnie właśnie to skupianie się na walczeniu z chłodem pod szyją sprawił, że gdy była już blisko portu straciła koncentrację.
      — Ryb jej się zachciało. Leżała w szpitalu i nie narzekała na jedzenie, a tylko wróciła i już masz… — mówiła do siebie pod nosem, próbując wyzbyć się negatywnych emocji gromadzących się w niej z każdą kolejną godziną spędzoną w towarzystwie matki. Jeśli miała nie zwariować, to musiała wyżyć się, gdy chociaż chwilę spędzała na zewnątrz i… cóż, wyżyła się. Na samej sobie. Nie zauważyła nawet, kiedy noga poślizgnęła jej się na oblodzonym fragmencie desek, na który rybacy musieli nieświadomie chlupnąć wodą, gdy wrzucali do niej prostą łódkę. Ta oczywiście zamarzła w zaledwie kilkadziesiąt minut, tworząc mini lodowisko, na które rozkojarzona Vivian musiała oczywiście wdepnąć. Pewnie nie byłoby tak źle, gdyby miała obuwie z lepszą podeszwą, gdyby dłoni nie miała zaplątanych w szaliku i gdyby nie była tak blisko wody. Właściwie dopiero wchodziła na deski mola, przy którym przycumowane były statki sprzedające dzisiaj swój połów, widziała tam głównie rybaków i kilku starszych mieszkańców miasta, nie miała jednak pojęcia kto tak naprawdę dzisiaj sprzedaje. Ani kto będzie świadkiem jej spektakularnego upadku.

      Usuń
    3. Jedyne co zdążyła zrobić to krzyknąć, gdy jej stopy przesunęły się po oblodzonej powierzchni prosto do krawędzi i do… rzeki, w którą wpadła z charakterystycznym pluskiem. Co tam plusk, gdy pisk wydobywający się z jej gardła był zdecydowanie głośniejszy po zetknięciu jej ubrań z lodowatą wodą. Jeśli przed chwilą było jej zimno, to teraz zdecydowanie już zamarzała z każdą mikrosekundą spędzoną w płytkiej, ale cholernie zimnej wodzie zatoki. Wpadła do niej aż po żebra i to jedynie dlatego, że nie udało jej się odepchnąć ręką od dna zanim jej tyłek nie zderzył się z nim. Gdyby wpadła na proste nogi pewnie zmoczyłoby ją tylko powyżej kolan, bo w tym miejscu było najpłycej, do fragmentu gdzie były zakotwiczone statki miała jeszcze spory kawałek, wpadła w miejscu, gdzie zwykle wyciągano kajaki, miała więc sporo szczęścia, ale to w niczym jej nie pomagało. Zanim wyszła z pierwszego szoku była już tak przemoczona, zmarznięta i skostniała, że chyba tylko wysiłkiem woli utrzymywała jeszcze przytomność umysłu.



      [nie przyznaję się do tego]

      Usuń
  9. Gdyby tylko zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele bólu przysporzyła więcej niż tylko jednej osobie zamieszkującej Mount Cartier i z czym przez nią zmierzył się ten jeden, konkretny mężczyzna… być może wróciłaby zaraz po tym, jak udało jej się nawiązać odpowiednią współpracę z marką rosnącą z każdym kolejnym przepracowanym rokiem i z sukcesem jaki udało jej się osiągnąć na skalę co najmniej krajową. Być może nie wyjechałaby w złości, bez odpowiedniego pożegnania i szansy na powrót do takich samych relacji, jakie utrzymywali na kilka tygodni przed początkiem ich problemów. Być może ostatecznie zaufałaby sobie i jemu, że jakoś to wszystko przetrwają i znajdą złoty środek pozwalający im na taką samą realizację swoich planów, marzeń i pasji. Być może była wtedy za młoda i za głupia, by dostrzec jak wiele straci jeśli opuści miasteczko w gniewie i z rozdartym sercem. Zapewne można by tak wymieniać i wymieniać, nie zmieniało to jednak faktu, że zraniła ich oboje, że samolubnie postawiła siebie ponad ukochanego mężczyznę i że prawdopodobnie los chciał ją za to ukarać już w pierwsze kilkadziesiąt godzin po pojawieniu się w rodzinnym miasteczku.
    Prawda była taka, że ledwie postawiła stopę na śniegu, gdy opuszczała przed domem auto, a już wtedy miała problemy z utrzymaniem równowagi. Kwestią czasu było więc wylądowanie w jakiejś zaspie, szczególnie w tych butach pozbawionych antypoślizgowej podeszwy i jakiejkolwiek stabilizacji potrzebnej w takich warunkach pogodowych. Nadawały się jedynie do spacerowania po odśnieżonych, posypanych piachem chodnikach Vancouver, a nie przedzierania się przez wyłożone śniegiem dróżki wydeptane przez innych mieszkańców kręcących się na trasie z i do portu. Cudem było, że przez ostatnie dwadzieścia godzin nie skręciła nogi, kręcąc się w tę i z powrotem po różne sprawunki wynikającej z ponad dwutygodniowej nieobecności Margaret w domu. Wczorajsze popołudnie spędziła więc na odśnieżaniu tych części werandy, po których się poruszały, na robieniu zakupów i tym samym wzbudzaniu sensacji wśród mieszkańców oraz na wyciąganiu z piwnicy tych resztek drewna, które im pozostały. Zanim udało im się zagrzać chociaż parter domu minęły całe wieki, co akurat w tej chwili nie było ani trochę pocieszające dla samej Vivian. Cóż z tego, że jej matka grzała się obecnie przy kominku, pewnie przysypiając z książką na kolanach, skoro ona nie dożyje wieczora z powodu hipotermii i szoku spowodowanego tak nagłym kontaktem z lodowatymi wodami zatoczki. Tak przynajmniej jej się wydawało, gdy z jej krtani początkowo nie mógł wydobyć się nawet krzyk – tak cholernie zimno zrobiło jej się w zaledwie kilka sekund, ale czego mogła się spodziewać? Nie mieli cudownej, letniej pogody zapewniającej dodatnie temperatury. Nie, była sroga zima z termometrami wskazującymi blisko minus trzydzieści stopni w powietrzu, o wodzie nawet nie wspominając. Ratunkiem nie był nawet fakt, że w tym miejscu było płytko, bo wystarczyła nawet sekunda w zetknięciu z tą lodowatą taflą, by wzdrygnąć się, a ona… powiedzenie, że to tylko odrobina zimnej wody było niedopowiedzeniem. Jedyną suchą częścią jej ubrania była górna część płaszcza i te fragmenty szalika, które nie zwisały na jej wierzchnią garderobę. Wszystko inne było mokrusieńkie, co w połączeniu z lodowatym powietrzem nie wróżyło jej niczego dobrego. Podobnie zresztą jak odgłosy szybkich kroków stawianych od strony kutrów, do których zmierzała. Nie była w stanie nawet myśleć o tym, kto może jako pierwszy przyjść jej z pomocą, ale gdyby miała tylko chwilkę czasu na rozważenie tej opcji z pewnością chciałaby zamarznąć w tej cholernej wodzie w chwili, w której tylko do niej wpadła. Kolejna drwina okrutnego losu. W tym przypadku jednak swoje palce maczała w tym Margaret, bo Vivian nawet przez chwilę nie uwierzyłaby, że to czysty przypadek, że została wysłana do portu po ryby w dniu, w którym był tam także On.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystarczyło jej jedno zdanie, by od razu rozpoznać nie tyle uprzejmy ton, co mocny, męski głos, którego potrafiła słuchać godzinami, zasypiać pod wpływem łagodnych słów czy budzić się na sam dźwięk wypowiadanego przez niego jej imienia. Potrzebowała tak niewiele, by od razu wiedzieć z kim ma do czynienia i kto będzie pierwszym świadkiem jej katastrofy spowodowanej własną głupotą. Nie powinna była wracać bez przygotowania. Nie powinna była dać się wkręcić w te podchody. Znała przecież Cesara. Wiedziała o każdym jego planie związanym z Mount Cartier i tym kutrem rybackim, którego nie mógłby porzucić nawet, gdyby go o to błagała. Powinna była przewidzieć, że to od niego matka kupowała ulubione ryby i że to on będzie celem jej dzisiejszej wycieczki. Na litość, w duchu był rybakiem jeszcze zanim w ogóle zaczął się z nią spotykać, miał to we krwi, a ona… Ona gdyby nie była taka zmarznięta pewnie zadrwiłaby jakoś z marnego dowcipu Margaret wyżywającej się na niej odkąd tylko pojawiła się w drzwiach szpitalnej sali. Zamiast tego jednak odważyła się jedynie podnieść zlęknione spojrzenie i upewnić się, że zwracający się do niej mężczyzna był naprawdę tym, za kogo go podejrzewała. Blondyn, kojarzące się tylko z Calderonami niebieskie oczy… Tak, to był Cesar. Pomijając zmiany fizyczne, to na pewno był on, co właściwie sam potwierdzał szokiem wymalowanym na swojej twarzy, gdy i on ją rozpoznał. Nie mogła zacząć tego powrotu gorzej…
      — Niig-dy.. te..go nie.. pla-plano-wałam — udało jej się jakoś wykrztusić pomimo lodowatych dreszczy wstrząsających co sekundę jej ciałem oraz szczękania zębami spowodowanymi tym przeraźliwym chłodem uderzającym w nią z każdą chwilą spędzoną jako przemoczona kura. Morsowanie nigdy nie było w jej planach, a już na pewno nie w takich warunkach atmosferycznych jak te obecnie. Brakowało tylko padających z nieba płatków śniegu, by od razu poddała się i pozwoliła sobie na odpłynięcie w objęcia Morfeusza z powodu zimna.
      Miała wrażenie, że gdy podała mu już niepewnie swoją lodowatą dłoń było tylko gorzej i gorzej. Właściwie nie czuła niczego oprócz przeszywającego ją aż do kości zimna, spotęgowanego tylko przez nasiąknięte wodą ubrania, które z powodu zimnego, arktycznego powietrza właściwie przymarzały do jej ciała. Uścisk Cesara czy drugiego mężczyzny, który złapał ją za drugie ramię, były niewyczuwalne dla niej, gdy wciągali ją z powrotem na pomost.
      — Ni-ie czu…ję nic-czego… — wystękała cicho, nawet ciszej niż poprzednio, gdy w końcu wydostali ją z wody.
      Rękawiczki, jak każda inna część garderoby, pod wpływem chłodnych podmuchów wiatrów zrobiły się od razu lodowate, a gdyby tylko Vivian miała jak je ściągnąć, to na pewno przeraziłaby się tym jak chwilowo sine były jej palce. W butach ciągle miała resztki zimnej wody, a nogi… Nogi odmawiały jej posłuszeństwa, zresztą podobnie jak i cała reszta ciała, które na pewno zderzyłoby się brutalnie z pomostem, gdyby nie była podtrzymywana. Drżała cała, co nie powinno nikogo dziwić.

      Usuń
  10. Przez wszystkie lata spędzone w zupełnej innej części Kanady zadawała sobie wiele pytań, przy czym najczęściej powracało do niej to jedno dotyczące uczuć Cesara do niej – czy nadal nienawidził jej tak bardzo, jak w dniu gdy opuściła Mount Cartier i zostawiła ich wspólną przyszłość za sobą? To właśnie tej odpowiedzi obawiała się najbardziej, kiedy wracała wspomnieniami do nastoletnich czasów, tych najlepszych jakie przeżyła w rodzinnym miasteczku, głównie właśnie dzięki uczuciom jakie wtedy zrodziły się w jej sercu. Nie chciała wrócić, bo bała się tego pierwszego – i właściwie każdego kolejnego – spotkania, tego co mogłaby dostrzec w jego spojrzeniu lub co mógłby powiedzieć, by ją zranić. Obawiała się też jednak czegoś jeszcze. Czegoś, do czego nie chciała się przyznać nawet przed samą sobą, niestety taka była prawda. Bała się wrócić i dowiedzieć się, że w jego życiu nie było już miejsca dla niej, że jej miejsce zajęła któraś z dziewczyn wpatrzonych w niego kiedyś jak w obrazek i zazdroszczących jej uczuć jakimi została przez niego obdarzona. Dla niej to było oczywiste, że musiał sobie w końcu kogoś znaleźć, ułożyć życie, stworzyć rodzinę i zapomnieć o niej, tak jak ona przez tyle lat starała sobie wmówić, że zapomniała o nim. Pragnęła jego szczęścia, nie chciała jednak na nie patrzeć, a już tym bardziej myśleć o tym, jak to ona mogłaby być na miejscu szczęściary czekającej codziennie na jego powrót do domu, jedzącej z nim posiłki przy jednym stole, zasypiającej w jego ramionach… Samo myślenie o tym bolało, nie chciała się więc dobijać widokiem jego potencjalnego wybranki. Dlatego nie wracała, dlatego unikała wszystkiego, co wiązało się z Mount Cartier, ograniczając nawet kontakty z pozostawionymi tam członkami najbliższej rodziny.
    Żyła w głęboko zakorzenionym przekonaniu, że on już dawno ułożył sobie życie, w którym nie było już miejsca na ich ponowne spotkanie. Zapewnienia matki czy Kat, że wszystko jest inaczej nie wystarczały, nieszczególnie w nie wierzyła, wmawiając sobie, że w ten sposób tylko próbują ściągnąć ją z powrotem do miasteczka. Zamiast więc wrócić po pierwszych trzech latach, kiedy udało jej się nawiązać współpracę z firmą jubilerską nie zrobiła tego. Siedziała za to w Vancouver, odsuwała od siebie wspomnienia związane z Cesarem i przez krótki czas myślała nawet o znalezieniu innego obiektu swoich uczuć, ale wystarczyło jej kilka randek z różnymi mężczyznami, żeby wiedzieć, że nie zda to egzaminu. Skupiła się więc na pracy, dzięki czemu udało jej się stworzyć własną markę, otworzyć sklepy w kilku ważnych miastach Kanady i… i zapomnieć o podstawowych zasadach przetrwania w Mount Cartier. Najważniejszą z nich na pewno było nie nurkować w lodowatej wodzie. I nie dać się wyciągać z niej byłemu facetowi, którego w tej chwili będzie prawdopodobnie potrzebować bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
    Za sprawą tego drobnego wypadku mogła co prawda wyglądać na najgłupszą turystkę na świecie, niemniej nie była nią. Doskonale wiedziała co dzieje się z osobami pragnącymi doświadczyć mroźnych kąpieli, niejednokrotnie sama słyszała o takich przypadkach, raz czy dwa miała okazję nawet pomagać w ratowaniu takich śmiałków. Teraz sama była jednym z nich i musiała przyznać, że nie było to nic, czego chciałaby kiedykolwiek jeszcze doświadczyć. O ile w ogóle będzie jej jeszcze dane cokolwiek doświadczać oprócz tego przejmującego zimna.
    Trzęsła się nawet, gdy wprowadzona została już do sklepu, w którym temperatura była zdecydowanie wyższa niż na zewnątrz. Ona tego w ogóle nie odczuła. Nie wiedziała nawet gdzie wchodzą ani co tak naprawdę się z nią dzieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pocieszająca była jedynie świadomość, że jedynym głosem jaki do niej docierał był ten należący do Cesara, co oznaczało, że nie odszedł w chwili, gdy tylko niepewnie stanęła na pomoście. On najlepiej wiedział przecież, co powinni zrobić, by nie dopuścić do zbyt szybkiego ogrzania organizmu, ale też nie pozwolić na zbyt długie wyziębianie go. Sytuacja była właściwie bardziej niebezpieczna niż Vivian zdawała sobie z tego sprawę, bo takie kwestie jak atak serca nie przychodziły jej jeszcze do głowy. Jedyne czego chciała to przestać tak bardzo drżeć i przywrócić czucie w kończynach. Właściwie gdyby Cesar nie posadziłby jej na tym krzesełku to za nic nie utrzymałaby się na swoich zesztywniałych nogach. I to było właściwie kolejnym problemem, z którego początkowo nie zdawała sobie nawet sprawy, gdy niepewnie spróbowała przytaknąć na słowa Calderona. Opcja rozebrania się była bardzo obiecująca, chętnie od razu by z niej skorzystała, ale.. no właśnie. Jak miała to zrobić mając palce niczym sople lodu, którymi złapanie sporego guzika od płaszcza wydawało się niewykonalne, a poradzenie sobie z suwakami przy butach czy spodniach graniczyło z cudem i wysiłkiem, na który nie miała pojęcia czy było ją stać.
      Nie zdołała jednak nic z siebie wykrztusić zanim Cesar zniknął z jej pola widzenia. Było jej przeraźliwie zimno, ale wiedziała, że z każdą sekundą będzie tylko gorzej z poruszaniem kończynami, dlatego mimo wszystko zmusiła się do wykonania jakiegoś ruchu. Zajmowało jej to przeraźliwie dużo czasu, w końcu jednak udało jej się rozpiąć i zrzucić z siebie gruby, wełniany, nasiąknięty wodą płaszcz, który ważył prawdopodobnie cztery razy więcej niż normalnie. Niestety to oraz ciepły sweter były jedynymi rzeczami, których zdołała się pozbyć przed przybyciem Cesara. Akurat zdążyła narzucić na siebie jego suchy, ignorując tym samym obecność biustonosza i przemoczonych w każdym calu przylegających spodni, których za nic nie byłaby w stanie zdjąć samodzielnie.
      — Nie dam… rady.. sama — wyjęczała trochę lepiej niż poprzednio, ale nadal głos jej drżał, a wargi były sine z zimna. Na dodatek czuła się jak kompletna idiotka, trzęsąc się z zimna przed byłym facetem, który musiał jej pomóc jeśli chcieli żeby wyszła z tego ze wszystkimi kończynami, bez odmrożenia i problemów z sercem. Już i tak nabierała coraz płytsze wdechy przez te wszystkie dreszcze. Będzie miała niesamowite szczęście jeśli nie rozchoruje się po tym wszystkim.

      Vivi ♥

      Usuń
  11. [Wybacz, że ten odpis zajął mi tak dużo czasu. Zwykle odpisuję w odstępie kilku dni, maks tygodnia, więc proszę, nie zraź się. O, a tak w ogóle, to uważam, że jest bardzo dobrze i nie potrzebujesz żadnego wczuwania się.]

    Kiedy Vivian wyjechała z miasteczka, zabrała ze sobą także pewną cząstkę Kat, której ta nie potrafiła odzyskać. Straciła swój uśmiech, którym tak często obdarzała niezwykle bliską jej kuzynkę, poczucie humoru, swoją lepszą, cieplejszą stronę. Pogodziła się ze wszystkim dopiero po kilku latach, kiedy przestała w ciężkich sytuacjach sięgać po telefon z chęcią rozmowy z Viv. Przełknęła ból i stratę, i ruszyła dalej, jak robi to większość ludzi. Od czasu do czasu, na samym początku, widywała się jeszcze z byłym chłopakiem Vivian, Cesarem, którego polubiła niezwykle szybko. Sprawiał, że jej kuzynka była szczęśliwa i tylko o to chodziło Kathryn. Z Cesem spotykała się, aby głównie porozmawiać o Viv i sprzedać mu informacje, jakie o niej miała, za nalewkę dobrego trunku i mile spędzony wieczór, w spokoju, przy dobrym towarzystwie. Później spotykali się coraz rzadziej, sporadycznie, aż w końcu ich kontakt urwał się prawie całkowicie, jednak nigdy nie odmówili sobie krótkiej pogawędki, kiedy tylko widywali się na mieście i tego jednego cichego wieczoru raz na cztery miesiące, kiedy siedzieli obok siebie i powoli sączyli alkohol.
    Niespodziewane spotkanie z Vivian i ciotką zamąciło jej lekko w głowie i zupełnie zapomniała wspomnieć Cesarowi mimochodem, że jego była dziewczyna jest w miasteczku. Raz nawet stała już w drzwiach, ubrana i gotowa do wyjścia, aby spontanicznie podejść do domu Calderona, pod pretekstem wypicia nalewki i napomknąć coś po drodze o pannie Amondhall, kiedy usłyszała dzwoniący telefon i o planie, jakim miała, zupełnie zapomniała. Zrobiła duży błąd, jej życie składa się jednak z wielu podobnych potknięć, więc Paris nawet nie próbowała udawać, aby poprawić swoją sytuację, kiedy zobaczyła w oknie zbliżającego się do jej domu Cesara, tylko siarczyście przeklęła pod nosem, klepnęła się po głowie i podeszła do drzwi, otwierając je na oścież i wpuszczając tym samym do środka ogromną ilość zimnego powietrza.
    - Cześć - rzuciła, cmokając językiem o podniebienie i wysuwając następnie szczękę do przodu. Czuła w kościach, że Ces nie będzie zadowolony. Ba, wiedziała, że Ces będzie niezadowolony i może nawet odrobinę zawiedziony. W końcu obiecała, że będzie informować go o wszystkich wiadomych jej zmianach w życiu Viv. - Wchodź - powiedziawszy to, odsunęła się i pozwoliła mężczyźnie przejść przez przejście do małego, ale przytulnego, parterowego domku. - Zanim cokolwiek powiesz, chcę Cię przeprosić. Wiedziałam o przyjeździe Viv, ale tak przejęłam się jej powrotem, że zwyczajnie, cóż... - Podrapała się po karku, odwracając wzrok gdzieś w bok. - Myślałam o Tobie - dokończyła, dochodząc do wniosku, że lepiej skończyć tę błazenadę.

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  12. Wydawało jej się, że wystarczająco upokarzające było ześlizgnięcie się z pomostu prosto do lodowatej wody i nic gorszego już ją dzisiaj nie spotka (oprócz oczywiście ewentualnego zapalenia płuc, którego spodziewać mogła się następnego dnia). Myliła się jednak bardzo. Złośliwy los nie oszczędzał jej, bo nie dość, że osoba, która jako pierwsza ją rozpoznała i wyciągała z tego lodowatego bajorka to był Cesar, to jeszcze skazana była na poproszenie go o udzielenie jej dalszej pomocy. A to było chyba bardziej żenujące niż samo zmoczenie się na oczach rybaków z Mount Cartier, którzy zapewne do wieczora przekażą informacje o tym zdarzeniu do uszu każdego zainteresowanego. Nieszczególnie musiała się tym przejmować, bo i tak od przyjazdu była na ustach każdego, kto tylko zdążył zobaczyć ją gdzieś kręcącą się po sklepie czy na poczcie, skąd zabierała zaległe listy matki. Bardziej zawstydzał ją fakt, że proszę bardzo, oto dygotała jak wściekła galaretka i jedyną osobą, która mogła jej pomóc w rozebraniu się był jej były facet. Ten pierwszy i jedyny, jakiego kiedykolwiek obdarzyła uczuciem i którego tak samo dobrowolnie odrzuciła, kiedy musiała zmierzyć się ze swoimi oraz jego marzeniami. I proszę bardzo, o to jak obróciło się to teraz przeciwko niej, skazując ich oboje na dosyć mało komfortowe warunki.
    Z jednej strony Vivian cholernie pragnęła wydostać się z tych przemoczonych ubrań, a wiedziała, że im dłużej miała je na sobie, tym gorzej dla jej wyziębionego organizmu. Nie chodziło już nawet o samo podłapanie kataru czy porządnego kaszlu, ale bardziej o porządne odmrożenia, których zdecydowanie wolałaby uniknąć. Ostatecznie należała do grona tych kobiet, które dbały o prawidłowe nawilżanie swojej skóry, nie chciała więc szkodzić jej bardziej niż było to konieczne. Oprócz tego naprawdę chciała się już zagrzać i przestać tak cholernie zgrzytać zębami. Jeśli chodzi jednak o drugą stronę medalu było jej zwyczajnie głupio spotykać się z Cesarem po prawie dziesięciu latach milczenia i oczekiwać od niego rozbierania jej praktycznie do naga na zapleczu sklepu rybnego.
    Niby pocieszała ją myśl, że nie robi tego żaden obcy facet, ale.. no właśnie, po części robił to ktoś obcy. To nie był przecież już jej Cesar. Był dojrzalszy, jeszcze bardziej męski, przystojny i onieśmielający niż wtedy, gdy miała te siedemnaście lat i zwyczajnie się nim zauroczyła. Już po samych jego dużych, lekko szorstkich w dotyku dłoniach czuła, że wiele musiał przejść przez te wszystkie lata jej nieobecności i nie próżnował w swojej pracy. Spędzanie dużej ilości czasu na statku odznaczało się na jego palcach, co odczuła nawet pomimo tego jak ostrożnie i delikatnie Ces ściągał z niej lodowate spodnie. Gdyby tylko wiedziała, jakie myśli krążą mu po głowie… od razu wyprowadziłaby go z błędu. Nawet jeśli chciałaby zareagować jakoś na naruszanie jej prywatności to bądźmy szczerzy – nie miała na to sił. Jedyne, co mogłaby mu zrobić to musnąć jego policzek trzęsącymi się palcami. Tyle było z tego „strzelania liściem” w jej wykonaniu. Nie była zresztą kompletną hipokrytką, by odtrącać pomoc, o którą sama przed chwilą poprosiła. Dlatego właśnie chętnie i bez najmniejszego słowa sprzeciwu – które i tak nie przeszłoby przez jej drżącą krtań – poddała się wszystkim poleceniom Calderona. Może dzięki temu udało im się tak sprawnie pozbyć tych nieszczęsnych jeansów. Rajstopy były mniejszym wyzwaniem, bo mogła je zrolować i to też zrobiła, nawet nie odczuwając jak bardzo ma lodowate palce. Jej nogi miały taką samą temperaturę jak ręce, a fakt, że miała na sobie gruby sweter w niczym jeszcze nie pomagał. Trzęsła się nawet wtedy, gdy już z pomocą Cesara owinięta została śpiworem od pasa w dół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Kiep-pskie przywita..nie, ale… — zaczęła mówić cicho, po tym jak już upewniła się, że drzwi na zaplecze zostały zamknięte i nikt nie planował pojawić się tu za nimi. Chociaż jedna osoba musiała ją rozpoznać, a skoro tak… Na pewno do uszu jej matki dotrze w jakiś sposób, że już w drugi dzień po powrocie do miasteczka spędziła kilka chwil sam na sam z Cesarem. Na pewno taki właśnie był jej zamiar, gdy wysyłała je po te przeklęte ryby, w tej chwili nie miało to jednak najmniejszego znaczenia. Viv była jedynie wdzięczna, że to był on i nie wyśmiewał się jeszcze z jej idiotycznego ubioru. — … cie-szę się, że tu.. byłeś — przyznała, gdy dreszcze nadal wstrząsały jej ciałem, a ona skuliła się nieco przy okazji pierwszego kichnięcia. No tak, oby tylko skończyło się na kichaniu i katrze, bo te dreszcze, lodowate dłonie i stopy, które starała się ukryć w śpiworze nie wróżyły niczego dobrego. Dobrze, że chociaż rumieńce spowodowane tą przedziwną sytuacją mogła tłumaczyć jako zwykle rozgrzewanie się organizmu, a nie reakcję na obecność Cesara w tak krępującej sytuacji.
      — Nawe..t nie miałam… pojęcia… że mo-oże być tak ziiimno — wyjęczała, starając się ignorować mokry i zimny materiał bielizny ocierającej się o jej ciało. To było jedyne, co zostawiła na sobie ze względu na pewien dyskomfort psychiczny, ale teraz wcale nie była taka pewna czy dobrze zrobiła. Gdyby nie te dziesięć lat milczenia… Cesar zdjąłby z niej wszystko bez pytania o zgodę, a ona byłaby za to wdzięczna. Teraz jednak rozbieranie się do naga przy byłym facecie wydawało się być zbyt radykalnym ruchem. Na litość! Nie słyszała ani nie widziała go przez tyle lat, a i tak siedziała przed nim w samej bieliźnie, w jego swetrze, owinięta śpiworem i dygotała jak głupia pensjonarka. Nie mogła aż tak naruszać jego prywatności. Nie miała już do tego prawa.

      Usuń
  13. Ależ ten Monty się dzięki Tobie najadł! Jedzenia z całą pewnością mu teraz nie zabraknie, nic więc dziwnego, że tak chętnie przydreptał tutaj i zostawił po sobie mały ślad, który już na stałe wpisze się do historii jako Twoja pierwsza nagroda zdobyta w naszym plebiscycie na docenianie aktywności graczy. Niech ten pasek z ikonkami rośnie bardzo szybko, co by Monty nie nudził się u Ciebie! ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Cesar nie powinien czuć żalu do nikogo, bo tak naprawdę niewiele osób było świadomych jej powrotu w rodzinne strony. Nawet Kathryn, jej najbliższa kuzynka oraz przyjaciółka – z którą w nastoletnich czasach potrafiła spędzać wszystkie te godziny, w których nie mogła być u boku swojego faceta – nie była poinformowana w żaden sposób o przyjeździe. Po części wynikało to z faktu, że wcale nie planowała tego powrotu, nie zamierzała pojawiać się w miasteczku ani tym bardziej opiekować się matką, która dotychczas mogła i robiła wszystko sama. Gdyby nie wylew na pewno nie pozwoliłaby nawet, by Vivian krzątała się po domu i wyręczała ją w takich czynnościach jak zrobienie głupiej herbaty czy obiadu, co było domeną kobiety nie opuszczającej Mount Cartier od samego urodzenia. Była jednak także i druga strona medalu – ograniczona komunikacja z miasteczkiem sprawiała, że dodzwonienie się na telefon stacjonarny Parisów graniczyło z cudem, a wysyłanie listów nie miało sensu, bo te także czasami potrafiły zaginąć albo wlec się tygodniami. Szybciej ona przetransportowała się z Vancouver do Churchill. Dlatego o jej powrocie nikt nie został uprzedzony oprócz Margaret, którą lekarze poinformowali z czystej formalności. Gdyby Vivian nie była wpisana jako najbliższa jej osoba… Pewnie nawet teraz, już po powrocie matki ze szpitala, nie miałaby pojęcia o jej problemach zdrowotnych. Calderonowie na pewno nie byli więc ostatnimi, którzy dowiedzieli się o jej powrocie, chociaż matka Cesara… Istniało prawdopodobieństwo, że Margaret zdążyła coś jej wspomnieć, gdy Vivian akurat wysłana była na odpoczynek. Właściwie po dzisiejszym dniu nawet przez chwilę, by w to nie wątpiła. Te dwie kobiety od samego początku ich związku trzymały się przecież razem i wierzyły w połącznie ich rodzin…
    Nie to było jednak w tej chwili zmartwieniem Vivian. Nie zastanawiała się nawet nad powodami, dla których matka przez cały ranek przypominała jej o wymogu zakupu ulubionych ryb właśnie dzisiaj, o tej jednej, konkretnej porze. Nic ją to nie obchodziło, podobnie zresztą jak fakt, że stanie się tematem numer jeden podczas wieczornego posiedzenia w jedynym barze w miasteczku. I tak było o niej głośno. Mała wpadka na oblodzonej powierzchni nie miała już żadnego znaczenia, chociaż była na pewno bardziej upokarzająca niż w przypadku zwykłej turystki. W końcu ona, Vivian, wychowywała się tutaj i nawet po dziesięciu latach powinna wiedzieć, gdzie stawiać stopy oraz w jakim obuwiu przybywać na to odludzie. Cóż, zapomniała i teraz czuła na własnej skórze (dosłownie!) konsekwencje tego wyczynu.
    Należało jednak przyznać, że szybka reakcja Cesara i pozostałych mężczyzn miała swoje plusy. Dreszcze co prawda nie ustąpiły w ciągu kilku sekund, ale na pewno z każdą kolejną minutą spędzoną w suchych ubraniach i ogrzanym pomieszczeniu jej stan polepszał się minimalnie. Przynajmniej drgawki nie były na tyle silne, by wylała na siebie podany wrzątek, chociaż upijanie nawet drobnych łyczków przypominało raczej czysty masochizm. O uniknięciu chwilowego poparzenia ust od ciepłego napoju nie było mowy, ale to akurat nie dziwiło ją ani trochę. Nawet zetknięcie z rozgrzanym kubkiem przypominało jej dłoniom wbijanie małych igiełek w skórę, więc herbata przechodząca przez jej przełyk przypominała najmocniejszy alkohol, jaki tylko miała okazję pić. Nie narzekała jednak, małymi łyczkami starając się jakoś przebrnąć przez te drgawki i zimno, które nie opuszczało jeszcze jej rąk czy stóp – te w końcu najdłużej narażone były na przebywanie w lodowatej wodzie, a później także na trzymanie ich w tych mokrych butach.
    Śpiwór, sweter i koc pomagały jednak na tyle, że nie groziło jej już wyziębienie organizmu. Miały jednak swój mały minus – bardzo znajomy, męski zapach perfum i mydła, który kojarzyć mógł jej się tylko z jedną osobą. Vivian za nic nie przyznałaby się w tej chwili, że wcale jej to nie przeszkadzało, a nawet w pewien sposób wpływało uspokajająco na jej bijące za szybko serca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po tylu latach udawania, że to wszystko się nie wydarzyło i wcale nie porzuciła miłości swojego życia dla kariery teraz miała aż za dużo dowodów na to, że jednak jest inaczej. Z powodu swetra przesiąkniętego zapachem Cesara nie wróciłoby do niej tak wiele wspomnień, nie przypomniałaby sobie tego zapachu, nie poczułaby takiego spokoju, który zwykle odczuwała, gdy brał ją w swoje ramiona i pozwalał nawet w nocy spać z nosem wtulonym w jego szyję. Wystarczyła jej chwila spędzona w jednym pomieszczeniu, by tak wiele rzeczy do niej wróciło, że sama nie miała pojęcia jak zachowywać się w towarzystwie Calderona.
      Głównie dlatego była chwilowo wycofana, zamyślona i niedostępna, gdy skinęła głową na jego słowa. Tak, wiedziała, że powinna poleżeć do jutra, żeby zapobiec ewentualnej chorobie, ale wiedziała też, że nie było to wykonalne.
      — Nic mi n-nie będzie na..wet bez leżenia — powiedziała w miarę składnie, nie stukając już tak bardzo zębami. Uparta potrafiła być nadal, a że nigdy nie przejawiała miłości do wylegiwania się w łóżku całymi dniami, to nic dziwnego, że nie była zbyt chętna przystać na taką propozycję. Właściwie tylko namowy jednego mężczyzny potrafiły kiedyś skłonić ją na długie i beztroskie odpoczywanie w łóżku… dziwnym trafem był to wtedy ten sam mężczyzna, który teraz siedział z nią w jednym pomieszczeniu.
      Ironia losu.
      — Już mam… wszystko — zapewniła, no bo co ona mogłaby chcieć oprócz suchych ubrań i ciepłego napoju? Nawet mokra bielizna nie przeszkadzała jej już tak bardzo, gdy się nie ruszała, a koc i śpiwór ogrzewały ją stosunkowo dobrze, przywracając normalne krążenie krwi. A jeśli chodzi o te wszystkie rzeczy… Vivian sama ciekawa była jakim cudem w tak ekspresowym tempie zostały one przyniesione. — Co tutaj robiłeś? — spytała w końcu cicho, przesuwając językiem po dolnej wardze.

      Usuń
  15. Hej :) Dziękuję bardzo za przywitanie. Widzę, że tutaj jak zawsze dopracowana postać, czego serdecznie gratuluję i odrobinkę zazdroszczę, bo ja nie potrafię aż tak zaplanować karty. Jakby była ochota na wątek męsko-męski i znalezienie towarzysza do picia czy narzekania na ludzi, a kobiety w szczególności, to zapraszam. Jednak jeśli nie przepadasz za pisaniem z tą samą płcią to pozostaje mi życzyć dużo weny :D

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  16. Jak najbardziej to powiązanie mi odpowiada. Jako, że Mount Cartier jest dosyć małą mieściną, Black mógł iść wcześniej do szkoły, dzięki czemu panowie byli niemalże nierozłączni.
    Jest też kwestia tego, że padł pomysł, by Black z Vivian byli sąsiadami od dziecka. Nie wiem, w jakim wieku ona i Cesar byli razem, ale Theo mógł być czasem wymówką na jakieś ich nocowania, wypady czy coś. Gdy się rozstali, postanowił się nie wtrącać i nie stawać po niczyjej stronie, choć w ramach męskiej solidarności, trzymał się bardziej z Cesarem, ale nie urwał swych kontaktów z dziewczyną i ma do niej przyjacielski stosunek. Teraz mógłby też obserwować co się dzieje między tą dwójką i ewentualnie informować kumpla czy wokół jego byłej nie kręcą się jacyś inni mężczyźni ( w końcu wystarczy mu tylko wyjrzeć przez okno) :D Odpowiadałoby Ci coś takiego? Bo nie chciałabym stawiać tego pogodnego miśka przeciw komuś, zbyt dobre serducho ma, żeby się dąsać. Daj znać co i jak, a ja zacznę powoli pisać początek dla tego wątku.

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  17. Cesar to jednak seksowny kawał chłopa. Tylko gdyby jeszcze chodziło o ciało, nikt by się nie dziwił, w końcu widać na pierwszy rzut oka, że mężczyzna jest przystojny. Ale nie. Tu chodzi o coś więcej. On ma również seksowny umysł, na co wskazuje wybór koszyczka z walentynkowej licytacji. Tak zaciekłej walki nikt nie widział, a kandydat nie tylko wygrywa randkę z Viv, ale również ikonkę! Niech Ci służy.

    OdpowiedzUsuń
  18. Mickey na pewno potrzebuje trochę czasu na oswojenie się z nową sytuacją. Póki co, nie radzi sobie jeszcze z tak dużą odpowiedzialnością, ale to silna dziewczyna i na pewno da radę. ;D
    Dziękujemy serdecznie za powitanie, a ja chwalę za świetną, dopracowaną postać oraz kartę, która jest jej idealną wizytówką. :)


    Mickey

    OdpowiedzUsuń
  19. [Dziękuję bardzo za miłe słowa! Uwielbiam wszystko, co związane jest z otwartym morzem więc nie dziw, że i Cesar skradł moje serduszko. Jeśli najdzie ochota, to miałabym propozycję połączenia ich w trochę nietypową relację. Scarlett mogłaby przez jakiś czas spotykać się z jego bratem - jeszcze zanim ten wyjechał - i czasami mogłaby wpadać na ich niedzielne obiadki. Ces i Scar mogliby nie przepadać za sobą, albo wręcz przeciwnie. Po jakimś czasie się rozstaną w tajemniczych, nikomu nieznanych okolicznościach, Jeśli te pomysł nie przypadnie Ci do gustu, możemy pomyśleć o czymś innym :)]

    Scarlett

    OdpowiedzUsuń
  20. Być może mieszkańcy tej dziury byli przyzwyczajeni do widoku wysokiego blondyna w porcie, ale nie ona. Vivian nie miała pojęcia, dlaczego to właśnie na niego natrafiła, nawet jeśli jego obecność w porcie nie dziwiła jej aż tak. Ostatecznie pamiętała przecież doskonale jak nieraz siedziała na nagrzanych od letniego słońca deskach i czekała na powrót kutra należącego do Calderonów. Nie chodziło jej wtedy o zakup ryb – w przeciwieństwie do tego, po co dzisiaj znalazła się w porcie – a o spotkanie się ze swoim chłopakiem, który o świcie potrafił wypływać z ojcem na otwarty ocean. Już wtedy Cesar był częstym członkiem załogi, nie zdziwiłoby ją więc, gdyby i teraz do niej należał, ale wolała upewnić się czy cokolwiek zmieniło się tutaj odkąd wyjechała. Tym bardziej, że do tej pory nikt nie zdołał poinformować jej, że Cesar przejął cały biznes i to teraz on zajmuje się połowem ryb na tym konkretnym kutrze oraz pilnowaniem osób wypływających z nim w krótsze i dłuższe rejsy. Kat co prawda w nielicznych rozmowach telefonicznych próbowała przekazać jej kilka informacji na jego temat, co zwykle kończyło się jednak niepowodzeniem, bo Vivian ucinała temat tak szybko, jak tylko zdążył się zacząć.
    W czasie pierwszego roku od wyjazdu nawet w pewien sposób oczekiwała wiadomości dotyczących byłego faceta, którego kochała przecież na zabój i jej protesty „nic mi o nim nie mów” ciężko było wtedy nazwać faktycznym sprzeciwem. Wtedy dzwoniła właściwie tylko po to, żeby usłyszeć, co się z nim dzieje, jak się czuje, czy jakoś odbiło się na nim jej zniknięcie i… sama nie wiedziała, co musiałaby usłyszeć, żeby zrozumieć, że już wtedy powinna kupić bilet powrotny i błagać go o wybaczenie zanim będzie na wszystko za późno. A kiedy Kat powiedziała, że i on wyjechał… wiedziała już wtedy, że straciła go na dobre. Od tamtej pory przerywała kuzynce czy matce, gdy tylko próbowały poruszyć z nią ten temat, nic więc dziwnego, że żadna nie zdążyła jeszcze powiedzieć jej o zmianach jakie zaszły wśród Calderonów. W przypadku Margaret było to celowe działanie. Nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała od razu rzucić Viv pod nogi Cesara. Prawie dosłownie wręcz.
    Całe szczęście, że nie próbowała napić się herbaty, bo jak nic zakrztusiłaby się nią już po kilku pierwszych słowach mężczyzny.
    — W każdy piątek? — dopytała głucho, chociaż nie potrzebowała żadnego potwierdzenia. Słowa Cesara były proste i miały tylko jeden przekaz: to do niego skierowała ją matka, niemal rozkazująca zakup ryb dzisiaj, a nie jutro czy w poniedziałek. — Mogłam się tego domyślić… — mruknęła bardziej do siebie niż do Cesa, wzdrygając się gdy kolejny, o wiele mniejszy dreszcz wstrząsnął jej ciałem. Nadal było jej zimno, ale już nie tak, jak chociażby dziesięć minut temu, gdy ociekała lodowatą wodą.
    — Chyba popsułam Ci sprzedaż.
    Zerknęła na niego niepewnie, nie mając tak naprawdę pojęcia czy zdążył on wyładować już cały towar, czy może niepotrzebnie w ogóle pofatygowała się tutaj, bo wszystko zostało już i tak sprzedane. Cesar od dłuższego czasu nie opuszczał jej praktycznie wcale (co budziło miłe, choć obecnie obce jej uczucia), nie było więc szansy, by to on zajmował się rozładunkiem, jeśli towar znajdował się jeszcze na kutrze. Nie znała się na tym aż tak, bo zwykle interesował ją tylko bezpieczny powrót Cesara do miasta, a nie to, co działo się ze złowionymi rybami.
    Przyłożyła na chwilkę wargi do ciepłego naczynia, rozgrzewając je od nagrzanych ścianek oraz płynu, którego upiła odrobinę zanim odpowiedziała. Co ona tu robiła… Sama nie wiedziała. Matka jej nie chciała, lekarz jedynie sugerował zostanie, w firmie oczekiwali na jej decyzję, co do daty powrotu, a ona… siedziała opatulona w męski sweter, śpiwór i koc i próbowała nie zamarznąć w cholernym, rodzinnym miasteczku, którego miała już nigdy nie zobaczyć na oczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dostałam telefon ze szpitala. Pewnie wiesz, co się stało — powiedziała to, co raczej było oczywiste, starając się przy tym nie trząść się i nie brzmieć jak matka, gdy się zdenerwuje. Nowe objawy dla Margaret były uciążliwe tak samo, jak dla Vivian, która musiała mierzyć się nie tylko z niechęcią matki do niej, ale także z jej uporem radzenia sobie ze wszystkim na własną rękę. — Lekarz powiedział, że będzie potrzebować pomocy, przynajmniej na początku… — Vivian nawet nie próbowała patrzeć na Cesara, bo nie chciała wiedzieć jaka jest jego reakcja na wiadomość, że może się na nią natykać przez kolejnych kilka tygodni. Będzie wściekły? Zdruzgotany? Obojętny? Nie miała pojęcia. Podobnie jak nie rozumiała w samolocie dlaczego tak bała się spotkać z nim w cztery oczy ani czemu to o przeszłości z nim myślała przez całą drogę powrotną, a nie o chorej matce. Nie miało to dla niej najmniejszego sensu.
      Nie wiedziała też nadal, jak to wszystko wyjaśnić, jak rozmawiać z byłym facetem, z którym miała tyle niewyjaśnionych spraw ani czy jest sens cokolwiek tłumaczyć skoro nie rozmawiali przez prawie dziesięć lat, nie widzieli się i on… już dawno mógł o niej zapomnieć pewnie nawet to zrobił. W końcu w miasteczku nie brakowało wolnych kobiet chętnych do zastąpienia jej miejsca, do zagarnięcia dla siebie tego niesamowitego spojrzenia potrafiącego zdobyć każdą w ułamek sekundy.
      Na szczęście z pomocą przyszedł Vivian jej własny organizm, który nieco wykończony lodowatą kąpielą odprężył się aż za bardzo i zwyczajnie tuż po odstawieniu na bok pustego kubka, zwyczajnie odpłynęła na chwilkę. Miała jedynie oprzeć się na parę minut o kanapę, a tymczasem przysnęła w na wpół siedzącej pozycji, z lekkimi wypiekami na twarzy od bijącego z kominka ciepła.

      Usuń
  21. [Wybacz, że dopiero teraz, ale już zaczynam :) Myślę, że można najpierw umieścić panów w barze, a ewentualnie po wykopaniu ich z lokalu przenieść do domu, któregoś z nich.]

    Nadal całe to walentynkowe wydarzenie wydawało mu się czymś nierealnym, jednak mimo wszystko – zabawnym. Nigdy nie powiedziałby, ze z własnej woli weźmie udział w takim wydarzeniu. Może to lata samotności sprawiły, że zapragnął coś zrobić ze swoim życiem? Niekoniecznie liczył na znalezienie miłości dzięki swojemu, marnie przygotowanemu, koszyczkowi, ale dobrze było wreszcie wyjść do ludzi i spróbować z kimś się spotkać. Dodatkowo uzyskał kilka ciekawych wspomnień z samej licytacji i choć tego samego wieczora nie udało mu się napić z żadnym z towarzyszących mu panów ze sceny, nie zamierzał narzekać. Przecież mogli przesunąć rozkoszowanie się wysokoprocentowymi trunkami na inny dzień i właśnie to zrobił wraz z Cesarem.
    Black nie liczył na to, że zastanie mężczyznę przed południem. Chciał mu dać czas na zrealizowanie walentynkowych pomysłów i ogarnięcie się po tym wszystkim. Zastanawiał się czy wieczór następnego dnia to nie za wczesny termin, ale jego przyjaciel się uparł, więc nie zamierzał dyskutować, ponieważ nie miał ochoty sprzeczać się z tak głupiego powodu. Siedział właśnie w kuchni w ciepłych papciach i rozkoszował się zapachem przyrządzonej herbaty. Uwielbiał widzieć śnieg za oknem, gdyż nadawał tej małej mieścinie wyjątkowego klimatu; był piękny, choć uciążliwy, o czym mieszkańcy mogli się doskonale przekonać, patrząc na sklepowe półki. Dostawy przestały na pewien czas przychodzić i zrobiło się, co tu ukrywać, ciężko. Dlatego Theo mimo wszystko chciał, by zrobiło się już ciepło, a ta biała papka, choć trochę stopniała i pozwoliła na normalne funkcjonowanie Mount Cartier.
    Dopił herbatę, odstawił kubek do zlewu, po czym nakarmił świnkę morską. Uwielbiał tego zwierzaka, był dobrym towarzyszem w dosyć cichym domu Blacka. Nie wiedział co ze sobą zrobić, zaś jego spojrzenie powędrowało w kierunku dwóch stert ubrań. Westchnął cicho i poszedł nastawić pranie, a następnie zająć się drugą kupką i zacząć prasować to, co w niej leżało. Nie najlepiej wychodziło mu zarządzanie całym domem, ale był dorosły, był sam i musiał sobie jakoś poradzić, a przecież nie będzie chodził wiecznie brudny, wystarczyło to, że z roboty wracał niekiedy cały zakurzony i naznaczony ziemią.
    Wieczorem, punktualnie o dwudziestej stawił się w barze. Jedyny bar w mieście, każdy każdego znał, więc zanim dotarł do krzesełka przy ladzie uścisnął kilka dłoni, posłuchał żartów na temat tego, że został wykupiony na randkę i rzucił kilka groźnych wspomnień na sugestię domniemanego końca tego spotkania. Cóż, najwyraźniej nie wszyscy panowie otrzymali co chcieli w święto zakochanych i niektórych krocze nieco za bardzo swędziało. Jak dobrze, że nie był jednym z tych napalonych idiotów myślących tylko o seksie. W takich momentach współczuł kobietom pracującym w miejscach jak to, ileż propozycji musiały usłyszeć, nawet po kolejnej odmowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Witaj — przywitał się z dobrym kumplem, gdy tylko go zobaczył. Nie mógł powstrzymać ciepłego uśmiechu, pojawiającego się na jego twarzy, ale dlaczego w ogóle miałby to robić? — Jak tam spotkanie? Nie, nie chcę żadnych szczegółów, po prostu... jak było? — dodał pospiesznie, po swoim pierwszym pytaniu. Już dawno nauczył się, że lepiej nie wtrącać się w sprawy między Calderonem, a panną Vivian. Zdecydowanie wolał sytuacje, kiedy załatwiali wszystko między sobą i on nie musiał czuć się zobowiązany stawać, po którejś ze stron. — Słyszałem, że Twoja matka obiecała Ci jakąś nalewkę. Sam zrobiłem kilka butelek, ale myślę, że muszą jeszcze trochę postać. Wolę jak przesiąkną specyficznym klimatem spiżarni. Mają wtedy pewien wyjątkowy posmak, którego brak mi przy wypiciu ich od razu po przygotowaniu. — Zerknął w stronę półek z alkoholami. Nie widział nic nowego, ale czy mogło go to w ogóle dziwić? Dawno nie zawitały tu nowe specjały i o ile sami czegoś nie przygotowali, nie mogli raczej liczyć na nowe doznania smakowe. — To co tym razem pijemy? — przeniósł z powrotem wzrok na swego towarzysza, rozpinając przy okazji jeden z guzików koszuli. Wyjątkowo ciepło było tego wieczora.

      Theodor Black

      Usuń
  22. [Dziękuję za powitanie i też mam nadzieję, że Lydia zostanie tutaj na dużo dłużej :D
    Na pewno, jeśli jednak nie będzie miała tylko łatki "mieszczucha", chociaż aż tak by jej to nie przeszkadzało ;>
    PS. Oczy na zdjęciu są hipnotyzujące!]

    Lydia

    OdpowiedzUsuń
  23. [Jak odpowiedzieć na pytanie o wieczór, który jeszcze się nie odbył w wątkach? xD]

    Gdy zaczęli wspominać o nalewce, Theodorowi przypomniała się pewna historia z dzieciństwa, która dla obu panów nie miała szczęśliwego zakończenia, jednak po tych wszystkich latach wywoływała uśmiech na twarzy. Black bowiem doskonale pamiętał, jakie zainteresowanie wzbudzał w młodych, żądnych przygód chłopcach, trunek ze świdośliwy. Od lat obaj kojarzyli – Cesar, gdyż miał na to doskonały widok podczas rodzinnych spotkań, zaś kolega tylko z jego opowieści – że dorośli w rodzinie Calderon raczyli się tym, wydawałoby się, napojem bogów. Owiany tajemnicą, okraszony szczyptą niedostępności alkohol stał się dla nich celem. Do dziś Black pamiętał jak jeden z mroźnych, zimowych wieczorów został poświęcony na planowanie zdobycia buteleczki tak, by nikt się nie zorientował. Panowie pokusili się wtedy nawet o rozrysowanie mapy domu i dokładne przeanalizowanie planu dnia poszczególnych członków rodziny Cesara. Po tych jakże podniosłych przygotowaniach nastąpił czas przystąpienia do realizacji misji i tutaj wszystko legło w gruzach, gdyż nie przewidzieli, że matka starszego z mistrzów zbrodni postanowi odwiedzić spiżarnię w celu zabrania słoika konfitur dla sąsiadki. Koniec końców zostali przyłapani na raczeniu się nalewką, która w tamtym czasie okazała się mieć obrzydliwy smak, zaś dalszy rozwój wydarzeń Theo wolał puścić w niepamięć, ponieważ któż by chciał wspominać kazania o tym czego nie powinno się robić, czy też paska ojca nieznającego popularnego obecnymi czasy „bezstresowego wychowania”? Cóż, powstrzymało to chłopców od trzymania się z dala od wysokoprocentowych napoi przynajmniej do osiągnięcia, w przypadku Blacka szesnastego roku życia, kiedy po jednej z zabaw szkolnych znów postanowili spróbować alkoholu, tym razem z innych źródeł, choć stanowi to już materiał na kolejną historię.
    Miasteczko wydawało się czasem wiać nudą, jednak po dokładniejszym przyjrzeniu się, można było dostrzec, ile frajdy i wspomnień potrafiły dostarczyć z pozoru zwyczajne, codzienne wydarzenia. I właśnie to odpowiadało Theodorowi, który uznał, że podczas krótkiego pobytu w większym mieście, wydarzyło się w jego życiu za dużo. Miał także nadzieję, iż wyczerpał limit nieszczęść przynajmniej na kilka lat, choć jak wiadomo – wystarczyło rzucić wyzwanie wszechświatowi, by ten dosyć szybko pokazał na co go stać, dlatego też wolał nie wyrażać tych myśli na głos.
    — To dobrze — skinął głową na odpowiedź mężczyzny. Cieszył się, że choć część spraw udało się tej dwójce wyjaśnić. Nie chciał stawać po stronie żadnego z nich, jednak czuł, jakie stanowisko, by zajął, gdyby musiało do tego dojść. Na całe szczęście skoro oni się jakoś dogadywali, to i sam Theodor nie będzie postawiony przed takim wyborem. Mógł więc spokojnie utrzymywać dobre relacje zarówno z Cesarem, jak i ze swoją sąsiadką. — Mój wieczór walentynkowy był… ciekawy — powiedział, by następnie skinąć głową właścicielowi lokalu w podzięce za rum. Mieli taką niepisaną zasadę z przyjacielem, że w barze płacili na zmianę, jednego wieczoru to Theo stawiał alkohol, zaś kolejnego Cesar, dzięki czemu nie było żadnego problemu w tej kwestii, chociaż na szczęście o pieniądze panowie nigdy się nie kłócili. — Powiedzmy, że łosie przestały ograniczać się do lasu, zaś Mount Cartier wydało się jednemu dosyć ciekawym miejscem na wycieczkę. W skrócie – plotki okazały się prawdą. Kto by przypuszczał, że pani Smith tym razem nie panikuje, tylko faktycznie widziała dzikie zwierzę na swoim podwórku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Theodor upił łyk rumu, który przed chwilą został podstawiony mu przez Iana. Zatopił się w swych myślach, nieświadomie zaciskając palce na pierścionku, który utrzymywał się na jego szyi dzięki rzemykowi. Gdy zdał sobie sprawę z tego, co robił, puścił przedmiot poprzednio umieszczając go z powrotem pod koszulką.
      — Chyba powinienem się w końcu z nim rozstać — powiedział, odnosząc się do pierścionka. Był on pamiątką po narzeczonej Blacka, którą nie miał okazji nacieszyć się tak długo, jakby chciał. — Trzeba w końcu ruszyć dalej — dodał z lekkim uśmiechem. Już lata temu pogodził się z tą stratą, teraz zwyczajnie tkwił w przyzwyczajeniu i obawą przed wkroczeniem w nowy etap życia. A minęło już tyle lat, dlaczego nie mógł być bardziej odważny? Mniej sentymentalny? Cokolwiek… Musiał wziąć się w garść – za długo tkwił w tym zawieszeniu, zdecydowanie za długo.

      Theodor Black

      Usuń
  24. Wiele kwestii na tę chwilę zostało przemilczanych, głównie ze względu na stan Vivian, która nie chciała dygotać i jednocześnie opowiadać o tym, jakie powody przyciągnęły ją z powrotem do Mount Cartier. Tym bardziej nie zamierzała siedzieć okryta od stóp do głów w rzeczy byłego faceta i rozprawiać z nim nad kwestią dlaczego wróciła teraz, a nie ten rok, dwa czy nawet pięć lat wcześniej. Dlaczego nie posłuchała głosu rozsądku nie dającego jej spokoju przez wiele nocy i namawiającego by zaryzykowała, wróciła i zawalczyła o to, czego nigdy nie powinna była porzucić. Taka miłość nie trafiała się dwa razy, nie można było liczyć na nagłe wymazanie wspomnień z najlepszego okresu swojego życia albo, co gorsza, wierzyć, że jakikolwiek mężczyzna będzie lepszy od niego. Samo porównywanie wydawało jej się śmieszne i niepotrzebne, bo i bez tego wiedziała, że wyjazd z Mount Cartier był jednocześnie najlepszą i najgorszą decyzją jaką podjęła w swoim dorosłym życiu. Najlepsza, bo faktycznie udało jej się zaistnieć na rynku projektantów biżuterii, w ciągu kilku lat nie tylko wyrobić sobie markę, ale znaleźć też ludzi, którzy chętnie zainwestowali w jej pomysł i dali wolną rękę do projektowania cudów noszonych w różnych zakątkach świata. Wymyśliła sobie sposób na życie i faktycznie zarabiała na tym wystarczającą ilość pieniędzy, by nie martwić się, co będzie jeść w kolejnym miesiącu, jak to często miało miejsce, gdy mieszkała w tym małym miasteczku nieopodal Churchill. Z kolei była to też najgorsza decyzja, bo w jednej chwili spaliła za sobą wszystkie mosty. Kiepskie relacje z matką pogorszyły się do takiego stopnia, że z każdym kolejnym telefonem więcej było pomiędzy nimi milczenia niż wymiany informacji; kontakt z Kat stopniowo także przestawał przypominać przyjaźń, jaką mogły pochwalić się, gdy codziennie zaglądały do swoich rodzinnych domów i spędzały wspólnie czas; Cesar… tego nawet nikt nie musiał jej potwierdzać w żadnej rozmowie. Zamiast zignorować marzenia i zostać z nim, ona w przypływie złości i żalu postawiła wszystko na tę jedną kartę, na której Calderona nie było. Dopiero po czasie okazało się jednak, że kariera nie do końca warta była tyle, co ludzie, których zostawiła za sobą. Najtrudniejsze w tym wszystkim było i tak przyznanie się do błędu, z czym Vivian zapewne będzie mieć problem, gdy przyjdzie jej już stanąć twarzą w twarz z byłym chłopakiem w normalnych warunkach. Te obecne… nawet dobrze, że przysnęła, bo przynajmniej nie tkwili zbyt długo w tej dziwnej niezręczności, z której nie miała pojęcia jak ich wyciągnąć.
    Sytuacja ta niewiele poprawiła się, gdy jakiś czas później ocknęła się ze swojej krótkiej drzemki i zdezorientowana rozejrzała się po pomieszczeniu. Tym razem znajdowała się w nim sama, ale wystarczyło zerknąć na jej ubrania rozwieszone przy źródle ciepła oraz spojrzeć na to, co rozgrzewało obecnie jej ciało, by wszystkie wspomnienia wróciły jak bumerang. Czasu na rozważania nie było, wiedziała o tym, ale i tak znalazła te kilka sekund na zasłonięcie twarzy dłońmi i przeciągłe jęknięcie. Jeśli było coś, czego nie chciała doświadczyć po powrocie do Mount Cartier to złamanie obcasa na oczach Cesara albo wywrócenie się na prostej drodze. Tymczasem skompromitowała się w jeszcze gorszy sposób nie tylko wpadając do lodowatej wody, ale dodatkowo będąc zmuszoną do polegania na jego pomocy przy rozbieraniu i ogrzewaniu się. Czy mogło być gorzej? Mogło. Oczywiście, że mogło, o czym przekonała się, gdy tylko usłyszała za sobą skrzypienie drzwi. Zerknęła niepotrzebnie przez ramię, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kogo zobaczy stojącego w drzwiach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy się trzęsła i myślała, że wpadnie w hipotermię nieszczególnie miała chęć przyglądać się byłemu facetowi. Teraz, siedząc w jego swetrze i będąc przykrytą od pasa w dół śpiworem także nie czuła się komfortowo, ale na pewno zapamiętywała więcej szczegółów. Widziała więcej zmian jakie zaszły w wyglądzie Cesara, więcej rzeczy różniło się od jej wspomnień, ale jednocześnie całe mnóstwo było takich samych – ten sam kolor włosów, te same oczy przyglądające się jej uważnie, ten sam głos, którego nie potrafiła wyrzucić z głowy. I jak ona miała teraz normalnie się zachowywać skoro nie była już sparaliżowana zimnem, a zażenowanie wracało do niej ze zdwojoną siłą?
      Przytaknęła szybko głową, podciągając nieco materiał śpiwora. Nie było jej już zimno, rumieńce na policzkach zresztą zaprzeczały objawom wyziębienia organizmu. Wszystko dzięki Cesarowi, czemu nawet nie próbowała się dziwić. Powinna wcześniej domyślić się, o co chodziło matce i kogo tutaj miała spotkać.
      — Pewnie wiedziałeś też jaką? Moja matka nic się nie zmieniła? — zapytała z nutką ironii w głosie, która skierowana była ku rodzicielce, a nie stojącego nad nią Cesara. Margaret uwielbiała stawiać ją w niezręcznych sytuacjach. — Dziękuję…. To znaczy nie za rybę, chociaż za nią w jakiś sposób też, ale bardziej za… pomoc. — mruknęła w końcu cicho, zerkając na dłużej na Calderona. — I za przyniesienie tutaj. Zaraz się ubiorę i pójdę do domu. Właściwie, która godzina?
      Rozejrzała się wcześniej po pokoju, ale nie znalazła żadnego zegarka. Z domu wyszła przed dwunastą i zostawiła Margaret samą. W teorii miała spędzić w porcie tylko chwilę, a była tutaj… no właśnie, ile dokładnie przespała?

      Usuń
  25. [W końcu jest odpis! :)]

    Patrząc na tę dwójkę miało się ochotę stwierdzić, że dobrali się idealnie w dzieciństwie. Często rozumieli się bez słów, wpadali na podobne pomysły i obaj nie mieli zbyt wiele szczęścia w miłości. Zarówno jeden jak i drugi z panów średnio radził sobie z uczuciową przeszłością, jednak to Cesar miał szansę na odzyskanie dawnej ukochanej, Theodor natomiast musiał iść na przód. Mężczyzna doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że kobieta, która odeszła z jego życia zdecydowanie za wcześnie, zostanie na zawsze w jego sercu, lecz w końcu nadszedł ten czas, by pogodzić się zupełnie z tą stratą. Nie czuł już ani żalu, ani bólu, gdy wspomnienia wypływały na wierzch. Odczuwał… spokój. Tak, to dobre określenie. Zapewne dużą zasługę miała w tym pewna blondynka, co do której Calderon miał całkowitą rację. No cóż, ciężko było przegapić radość w oczach Theo, kiedy ktoś tylko wspominał o pannie Marchand. Z daleka było widać, iż zauroczył się, tą pełną radości, istotą.
    Pokręcił z rozbawieniem głową i zaśmiał się na słowa przyjaciela. W tym miasteczku było za dużo kawalerów, ale chociaż starsze panie odnajdywały w tym rozrywkę, próbując tworzyć w swej wyobraźni coraz to nowsze pary. A co do tego, Theodor miał okazję przekonać się na własnej skórze, że faktycznie to robiły.
    — Ostatnio postanowiłem wybrać się na mszę, choć wiesz, że raczej tego unikam — rozpoczął swą opowieść, upijając wcześniej spory łyk trunku ze szklanki. Nie przepadał za kościołem, ponieważ nie był wierzący, lecz mieli na tyle inteligentnego duchownego, że od czasu do czasu wpadał posłuchać jego kazań. — Jednak nie samo nabożeństwo było interesujące, a raczej to, co usłyszałem po nim. Czekając na panią Morris, czasem pomagam jej w dojściu do świątyni, usłyszałem dość ciekawą konwersację. Nie to, że podsłuchuję czy coś, no skąd — wtrącił szybko z przekornym uśmieszkiem. Oczywiście, że podsłuchiwał, to było zbyt zabawne, by sobie odpuścić. — I aż ciężko było mi uwierzyć w to, co słyszę. Kilka kochanych staruszek, zebrało się przy drzwiach, żeby sobie porozmawiać. Wymiana najnowszych plotek – aż się dziwię, że co tydzień znajdują jakieś nowe, przecież tu nic się nie dzieje – a wśród nich ogromne zainteresowanie moim życiem uczuciowym. Chyba postanowiły spróbować mnie dopasować do każdej wolnej kobiety w Mount Cartier. Ba! Typowały nawet, z którego związku byłyby najładniejsze dzieci — zgorszenie było doskonale wyczuwalne w głosie grabarza, który musiał na chwilę przerwać swą opowieść, by wypić nieco więcej alkoholu. Na trzeźwo ciężko było to znieść. Po tym prychnął pod nosem i wycelował palcem w kumpla. — Tobie radzę uważać, bo padły przypuszczenia, że poluję na Twą cnotę. Podobno spędzamy razem za dużo czasu, a obaj nadal bez żony i pociech — sama ta myśl, perspektywa ich razem… Nie! Nawet nie chciał sobie tego wyobrażać, zamiast tego nie mógł powstrzymać śmiechu, który wypełnił pomieszczenie. Nikt jednak nie zwracał na niego uwagi, ludzie byli przyzwyczajeni do wszelakich wybuchów radości, kłótnie stanowiły większą rozrywkę w tym miejscu i to one przyciągały ciekawskie spojrzenia. — Chyba będę musiał je rozczarować, bo zupełnie nie jesteś w moim typie. Choć podobno oczy masz przepiękne i nie patrz tak na mnie! Tylko słyszałem to wśród chichotu dziewczyn, gdy czasem przechodziłeś obok nich w szkole.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Barman, który akurat usłyszał końcówkę wypowiedzi Blacka, pokręcił głową nad głupotą tego konkretnego gościa lokalu, choć doskonale widać było po nim, że jest rozbawiony. Zapewne musiał nasłuchać się wielu ciekawych rzeczy w tym miejscu. Szczególnie, gdy po alkoholu ludzie nie mieli komu się zwierzać. Kto był wtedy najbliżej i nie miał zbyt wielu szans na ucieczkę?
      Co się zaś tyczyło zainteresowania płci przeciwnej, Theodor pamiętał, gdy przed związkiem jego przyjaciela z Vivian wiele dziewczyn kierowało swe pytania odnoście niego, właśnie do Theo. Calderon potrafił bowiem przyciągnąć uwagę i niektóre panny próbowały dostać się do niego przez Blacka, który niekoniecznie ułatwiał im to zadanie. Szczególnie, gdy widział, że nie były zainteresowane samym mężczyzną, a raczej tym jak się prezentuje i zdobyciem chłopaka tylko po to, żeby koleżanki były zazdrosne. Był wyczulony na takie osoby, dlatego miał nadzieję, że chociaż trochę ułatwił kumplowi życie, spławiając część zainteresowanych.

      Theodor Black

      Usuń
  26. Każdy zachowałby się identycznie… Słowa te z całą pewnością brzmiały szczerze i Vivian była przekonana, że Cesar naprawdę w nie wierzył, mimo to nie mogła jakoś oprzeć się wrażeniu, że niewiele one miały wspólnego z rzeczywistością. Mieszkańcy ich rodzimego miasteczka być może nie należeli do socjopatów i nie zostawiali nikogo na pastwę samotnego spotkania z niespornym zwierzęciem czy w zamarzającej w ekspresowym tempie, lodowatej wodzie, ale na pewno nie otoczyliby jej taką opieką, gdyby tylko zorientowali się kim jest. Wieści o jej powrocie na pewno zdążyły dotrzeć już do tych, czy tamtych drzwi i tylko łut szczęścia sprawił, że to akurat Cesar podbiegł do niej jako jeden z pierwszych. I że w ogóle była tu głównie pracująca z nim ramię w ramię załoga, wśród których na pewno byli starzy znajomi, którzy ze względu na wiedzę o ich relacjach pomogliby jej równie chętnie, gdyby Calderona nie było w pobliżu. Choćby po to, żeby nie nabawić się od niego pogadanki, jak już doszłyby go słuchy, kto taplał się w wodzie koło pomostu i kto tej osóbce nie pomógł. A znalazłoby się pewnie wiele osób, które po wyciągnięciu jej na stabilny grunt chętnie odwróciłoby się na pięcie i udawało, że nie widzi w jakim jest stanie. Przecież należało jej się po tym, co zrobiła tych dziesięć lat temu z jednym z Calderonów. Sama wykopała wtedy pod sobą dołek, z którego teraz będzie jej bardzo trudno się wydostać.
    W końcu wraz z upływem lat w pamięci zostawały tylko jej błędy, a nikt nie widział tego, czym jej matka właściwie nigdy się nie pochwaliła. O firmie młodszej Amondhall wiedziała prawdopodobnie tylko Kathryn, na którą także narzucona została kilka lat temu obietnica milczenia. Viv do samego końca nie chciała zapeszać sukcesu swojego maleńkiego sklepiku, z którego teraz zrobiło się ich już kilka w samym Vancouver i Ottawie. Wywalczyła swoje marzenia, dopiero wtedy tak naprawdę orientując się, co przy tym straciła. I co z tego? Wtedy było już za późno na powroty, a teraz… gdyby nie stan Margaret zapewne musiałyby minąć jeszcze długie lata nim stanęłaby oko w oko ze swoją starą miłością. Tym bardziej, że to patrzenie mu prosto w oczy okazywało się podwójnie trudne, gdy już przestała trząść się jak osika i potrzebować jego pomocy w zrealizowaniu podstawowych czynności takich jak rozbieranie się. Dopiero po przebudzeniu uprzytomniła sobie, co tak naprawdę wydarzyło się wcześniej. Przebranie się w suche rzeczy byłego faceta to było jedno, ale proszenie go o zdjęcie spodni… Nie miała pojęcia jak przejść nad tym do porządku dziennego. Przemilczenie wydawało się jedyną opcją, dlatego już bez zbędnych komentarzy w kierunku Cesara zwyczajnie przebrała się w miarę szybko i wyszła z pokoju bosmana. Jedyną rzeczą, jaką zachowała był sweter mężczyzny, a zrobiła to tylko z jednego powodu – jej płaszcz nie wysechł do końca, nie chciała jednak wzbudzać u matki jeszcze więcej podejrzeń niż te, które zdążyły zrodzić się w jej głowie podczas tej przedłużającej się nieobecności. Vivian teraz, gdy wracała z Cesarem niemal w kompletniej ciszy do domu, była już pewna zamiarów Margaret, gdy ta wysyłała ją przed południem do portu. Tylko półgłówek nie domyśliłby się prawdy. Na nic chyba jednak zdały się te matczyne zabiegi, bo dyskomfort jaki Viv odczuwała po przebudzeniu się tylko narastał z każdym krokiem, gdy próbowała znaleźć słowa podziękowania albo jakieś neutralne tematy, którymi mogliby się zająć w czasie ich szybkiego spaceru. Szybkiego, bo zdążyło się już ściemnić, a temperatura spadła jeszcze bardziej, co w ogóle nie zachęcało do przebywania na zewnątrz. Na całe szczęście, bo naprawdę powoli zaczynała wyczerpywać pytania dotyczące jego brata oraz rodziców… W końcu wypytywać o to, co u niego chyba jej nie wypadało po takim czasie. Nie była nawet pewna czy chce słyszeć, jak on poukładał sobie życie. Opcji, że nadal jest wolnym kawalerem w ogóle nie brała pod uwagę. Pewnie niejedna chętnie zaciągnęłaby go do swojego łóżka na stałe, nawet jeśli nie obiecywał im ślubu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej więc zdziwiła się, gdy kilka dni później – po tym jak już pożegnali się mało wylewnie pod schodkami prowadzącymi do jej rodzinnego domu, a jej matka wyglądała w tym czasie mało subtelnie zza firanki w salonie – wychodząc na drinka do pubu Iana, trafiła na absurdalną licytację walentynkową. Co więcej! Ona wzięła nawet w niej udział dzięki hojności Lou i wyraźnemu wskazaniu przez Leah czyj koszyk może należeć do pewnego mężczyzny… Nawet nie pomyślała. Zareagowała instynktownie, nie zamierzając dopuścić do obserwowania jak jakaś inna panna z Mount Cartier zgarnia randkę z tak dobrze znanym jej mężczyzną. Czego oczy nie widzą, temu sercu nie żal, tak? Cóż, tym razem widziały i nie zamierzały do tego dopuścić. Nic więc dziwnego, że jej pokaźne sumki sprawiły, że już po godzinie w jej ręce wręczany był konkretny koszyk, a ona z instrukcjami mogła wymknąć się z tej parodii walentynkowej imprezy i poszukać miejsca, o którym wspomniał Cesar.
      Opatulona szalikami, w innym, znacznie cieplejszym płaszczu i stabilniejszym obuwiu przechadzała się powoli po okolicy, zmierzając bardzo ostrożnie w kierunku jeziora Roedeark i rozglądając się za znajomym pomostem.
      — Co to za gierki, Cesar… — mruknęła bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, bo pomimo ciemności wiedziała, że nikogo oprócz niej tutaj nie ma. Tylko pod jej krokami śnieg skrzypiał głośno, gdy rozglądała się w poszukiwaniu kolejnych wskazówek. Z ust przy każdym wydechu buchała jej pokaźna para, a palce pomimo grubych, wełnianych rękawiczek odrobinę zamarzały, gdy niosła swój stosunkowo lekki koszyk na spotkanie z Calderonem. Tym akurat się jednak nie przejmowała, bo dłonie zawsze marzły jej najszybciej i lodowate palce były właściwie jej codziennością w zimowe dni.

      Usuń
  27. [Bardzo się cieszę z tego powodu :D Przymierzam się do zrobienia lepszych powiązań (na razie dodałam tylko Tilię), ale coś średnio mi idzie.]

    To było takie ironiczne, że większość z tych kobiet, które teraz tak żarliwie broniły swej wiary oraz czystości, same w przeszłości święte nie były. Theodor z rozbawieniem potrafił wysłuchiwać opowieści mamy, dzięki którym dowiadywał się, że wiele z tych pań rodziła swe pociechy zaledwie kilka miesięcy po ślubie. Najwyraźniej zapomniał wół jak cielęciem był i teraz całkowicie puściły w niepamięć własne wyczyny, by zająć się wchodzeniem z butami w życia innych ludzi. Każdy miał inne rozrywki, ale to już była przesada. Theo owszem, potrafił podchodzić do tego z dystansem, ale czasem i on czuł się zmęczony tymi ciągłymi pytaniami o dziewczynę, ślub czy dzieci. To bywało też nieco dobijające, jednak ten wieczór nie był odpowiednim czasem na takie rozmyślania.
    Dopił swój rum i za przykładem przyjaciela poprosił o kolejną szklaneczkę. Tej nocy na pewno nie wróci trzeźwy do domu. Zresztą, nie było też pewności czy aby na pewno wróci do domu w nocy, czy też nad ranem. Nigdy nie było pewności do czyjego przybytku poniosą ich nogi w stanie upojenia alkoholowego, ponieważ potrafili zmieniać wtedy zdanie bardzo szybko. Oby tylko nie wymyślili sobie odwiedzin u kogoś, bo to zawsze kończyło się źle.
    — Hmm, za szybko rośnie, żeby ją golić — powiedział drapiąc się po zarośniętym policzku. — Za każdym razem jak użyję brzytwy to przez następny tydzień wyglądam idiotycznie, z czego doskonale zdajesz sobie sprawę. Tak jest lepiej — Black niezbyt polubił się z maszynkami, dlatego wyznawał dosyć tradycyjny sposób radzenia sobie z zarostem, gdy musiał już koniecznie się go pozbyć. Najwyraźniej duch tego zacofanego miasteczka zakorzenił się również w nim. Aż przerażające było pomyśleć, co przyniosą kolejne lata mieszkania tutaj.
    Po kilku następnych kolejkach, Black był już bardzo wesoły. Czuł także, że nadszedł czas, by się zbierać, na co wskazywały także pustki w lokalu. Oczywiście zostali tylko oni dwaj i Ian, który od pół godziny zerkał co jakiś czas w ich stronę, żeby zaraz potem przenieść spojrzenie na zegarek w kształcie niedźwiedzia. Theo nie wiedział jak można było zapłacić za takie paskudztwo, a co dopiero je wyprodukować. Teraz niestety, goście musieli męczyć się widokiem tego biednego miśka, który wyglądał jakby miał dosyć pełnienia tej roli i wiszenia na ścianie.
    — Chyba powinniśmy się zbierać — rzucił w stronę Cesara. Nalewka nadal na nich czekała, choć w tym stanie, kiedy nieco przegięli z rumem, trochę żal ją było zaczynać. Co jeśli przegapią tą wyjątkową nutę smakową przez wcześniejszą degustację jednego trunku? — Do mnie czy do ciebie? Zagrałbym w karty, wiesz? Nikt nie chce ze mną grać — w jego głosie było słychać autentyczny smutek. Należało bowiem wiedzieć, że pan Black był wyjątkowym fanem grania w karty. Nie straszny mu był poker, tysiąc czy makao. Mógł spędzić godziny na rozgrywkach, lecz ostatnimi czasy towarzysze do tego, jakże urokliwego zajęcia, nieco się wykruszyli i Theo musiał schować swą talię w szufladzie. Nie porzucił jednak nadziei i wcale nie myślał o tym, że spocznie tam na zawsze. Przyjmował raczej teorię, iż czeka na powrót do świetności.

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  28. [Proszę o wybaczenie za poślizg z odpowiedzią na (skądinąd piękne, dziękuję!) powitanie na blogu, ale szalony weekend oraz fakt, że każesz człowiekowi podejmować trudne decyzje (jak tu wybrać jedną kartę spośród trzech świetnych?!), totalnie mnie zagubiły w czasie i przestrzeni. Jestem jednak, w dodatku pełna wdzięczności za miłe słowa i zachwytu dla Twojego pana: kompletnie nie mogę oderwać oczu od tego wizerunku, wiesz? Jest cudowny... Zupełnie więc nie wiem, gdzie kobitka odpowiedzialna za jego zawód, miała rozum, bo ja bym go nie zostawiła i jestem pewna, że choć surowy, Cesar przyciąga masę zainteresowanych kupnem ryb i popatrzeniem sobie na niego pań do portu... :D Cześć, jeszcze raz dzięki!]

    Adam Hamilton

    OdpowiedzUsuń
  29. Kilka razy Ian przyłączał się do wspólnego picia, jednak tym razem wydawał się mieć ochotę na jak najszybszą ucieczkę do domu, czemu Theodor wcale się nie dziwił. Wiedział doskonale o ostatnich problemach z dostawami prądu w barze, które przysporzyły właścicielowi sporo zmartwień. Trzy dni temu raczenie się trunkami okraszone zostało niezwykłą atmosferą, bowiem całe pomieszczenie zalał blask świec. W tym momencie Black poczuł się nie tylko jakby Mount Cartier zatrzymało się w czasie, a wręcz cofnęło do przeszłości. Nie narzekał jednak, ponieważ to doświadczenie należało do całkiem przyjemnych i na pewno przełamywało codzienną nudę. Oczywiście milczeniem pomijał to, jak ochlapał sobie spodnie woskiem, gdyż postanowił wylać sobie na dłoni, znane tylko jego wyobraźni, kształty. Nie licząc tego drobnego incydentu, bawił się świetnie i nie pogardziłby powtórzeniem tego doświadczenia pewnym razem – miło było zobaczyć bar z tak niezwykłej perspektywy.
    — Nie ma sprawy. Możemy iść do mnie, u mnie karty zawsze leżą gotowe do działania — uśmiechnął się szeroko do kumpla, potem do barmana, by następnie ruszyć w ciemną noc. Nie obyło się bez drobnego poślizgu na schodach, które pokryły się lodem przez gwałtowny spadek temperatury. Tego Black nie przewidział w swym pijanym umyśle, ale na szczęście na ratunek przybyła poręcz, która wytrzymała ciężar jego cielska i nie pozwoliła brodaczowi na potłuczenie sobie tylnej części ciała, co zapewne odczułby dopiero następnego dnia.
    Theodorowi nie trzeba było drugi raz powtarzać i gdy tylko Cesar zaczął śpiewać, od razu się do niego przyłączył. Co prawda jego głos zbyt dobrze nie brzmiał, a już szczególnie nie w tym momencie, kiedy wdarły się w niego typowo alkoholowe brzmienia, to jednak nie przejmował się tym zupełnie, ponieważ sprawiało mu to zbyt dużą frajdę, żeby zaprzestać wykonywanej czynności. Z tyłu głowy pojawiła się jedynie myśl, by nie przesadzili z głośnością, ponieważ większość mieszkańców wolała w tym momencie słodko spać, niż wysłuchiwać dwóch idiotów, którzy po raz kolejny się podpili.
    Kiedy weszli do mieszkania Theo, w nozdrza od razu uderzał zapach cytryn, które Black postanowił wykorzystać do wyprodukowania nalewki własnej roboty. Znalazł gdzieś stare przepisy rodziców i spróbował je nieco zmodyfikować pod własne upodobania. Będzie musiał poczekać jakiś czas na efekty, ale miał nadzieję, że było warto wieźć te wszystkie cytrusy z Churchill.
    Nie musiał nic mówić Calderonowi, ponieważ ten doskonale znał rozkład domu i mógł się czuć w nim jak u siebie. Tyle lat przyjaźni i odwiedzania siebie, niekiedy nawet w największe mrozy, przyczyniło się do tego stanu rzeczy. Black rzucił swoją kurtkę byle jak na szafkę, a buty zdjął w międzyczasie zupełnie nie przejmując się ich ustawianiem, które i tak przyniosłoby takich efektów, jakie powinno. Podszedł najpierw do klatki, rzucił Tadkowi trochę przysmaków, po czym udał się do kuchni.
    — Mam jeszcze ciasto! — krzyknął z radością, gdy jego oczom ukazał się talerzyk z cudownym sernikiem. Nie wahając się, wyjął je i przyniósł do salonu, by następnie udać się po karty, które zaraz wylądowały obok znaleziska wieczoru. Oczywiście nie trzeba było wspominać, że kieliszki zajęły główne miejsce, ponieważ to właśnie nalewka miała być gwiazdą tego spotkania. Na szczęście tym razem zapas drewna był przygotowany, jednak ogień buchał w kominku na tyle mocno, a alkohol stanowił dodatkowe źródło ciepła, więc nie istniała potrzeba dokładania kolejnych drew.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Gramy dla przyjemności czy na coś? Tylko nie na pieniądze, jeszcze nie dostałem wypłaty i jestem biedny jak mysz kościelna. Ach, może jeszcze… — podniósł się z kanapy, na której ulokował się chwilę temu i odpalił na gramofonie jedną z płyt z ogromnej kolekcji ułożonej równo na półce. Co jak co, ale o ten spadek Theo dbał wyjątkowo dobrze i ciągle go uzupełniał, gdy tylko nadarzyła się taka możliwość. Lubił, kiedy dom wypełniała muzyka, a na radio niestety nie mógł liczyć, ponieważ sygnał dosyć często bywał zakłócany i nawet informacje ze świata nie docierały tak szybko jak powinny, a co dopiero mówić o jakichś utworach. — I w co gramy? — ponownie zajął wcześniejsze miejsce i sięgnął po talię, którą zaczął sprawnie tasować. Aż przypomniało mu się, gdy w liceum prezentował magiczne sztuczki lub zbierał zakłady. Przynajmniej potrafił się wzbogacić i mieć pieniądze na własne, drobne wydatki. Do tej pory dziwił się, że nikt go na tym nie przyłapał i nie wybuchła jakaś większa afera.

      Theodor Black

      Usuń
  30. Ależ ten czas leci! Cesar już od trzech miesięcy króluje w naszej zatoce jako jeden z lepszych kapitanów i nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie miało się to zmienić. ;) Mount Cartier już oficjalnie stało się Twoim miejscem na ziemi, z czego ogromnie się cieszymy i mamy nadzieję, że dalej będziesz wytrwale działać tutaj z nami! A na zachętę dokładam Ci naszą kochaną ikonkę-domki i niech ta kolekcja rośnie Ci dalej! ♥

    OdpowiedzUsuń
  31. Niby łatwo nie było, ale jednak poradziłaś sobie całkiem nieźle. Brak najtrudniejszego hasła to nie jest wielka tragedia, tym bardziej że dla nas liczy się sam udział, a nie ostateczny wynik. Za poświęcenie tych kilkunastu minut i udział w kolejnym wydarzeniu należy Ci się oczywiście następna ikonka. Powitaj ją więc gorąco w gronie tych pozostałych, a my jako administracja trzymamy kciuki za kolejne nagrody, które na pewno będziesz zdobywać!

    OdpowiedzUsuń
  32. Starała się tak naprawdę nie myśleć w co takiego wpakowała się, gdy podczas licytacji górę wzięła w niej zazdrość. Tak, zazdrość. Nigdy nie przyznałaby się do tego, ale faktycznie poczuła coś na kształt złości, gdy tylko zorientowała się, że ktoś będzie licytował koszyk Cesara. Co do tego, że chodziło akurat o tego mężczyznę nie miała wątpliwości nie tylko dlatego, że to akurat Leah podniosła rękę, ale z powodu jego zawartości. Wszystko mogłoby wskazywać na każdego innego mężczyznę siedzącego na tej głupiej scenie, ale nie sucre a la crème. Tylko w jednym domu w Mount Cartier miała przyjemność zajadać się tym smakołykiem w niezliczonych ilościach i tylko jedna kobieta potrafiła przyrządzić je tak, jak robiono to w prowincji, z której pochodziły. To przelało czarę, a wizja patrzenia jak inna właścicielka wychodzi z tym konkretnym koszyczkiem z Domu Kultury była tak irytująca, że Vivian nie potrafiła odpuścić. Wiedziała, że nie miała prawa tego robić i gdyby nie Lou, to nawet nie starczyłoby jej gotówki na takie licytowanie się, ale nie potrafiła jakoś powstrzymać się przed zwiększaniem swojej kwoty. Kathryn bardzo słusznie nie komentowała tego zachowania, ale obie wiedziały, że jej wygrana przyniesie same kłopoty. Chodziło w końcu o walentynkowy wieczór, który odbywał się kilka dni po jej powrocie do miasteczka i który jak się okazało spędzić miała ze swoją dawną miłością życia. Nie było więc żadnego racjonalnego wytłumaczenia, dlaczego wylicytowała ten koszyczek, a do tego oczywistego nie zamierzała się przecież przyznawać. Być zazdrosną o mężczyznę, którego nie widziało się przez prawie dziesięć lat, nie było normalne. Ani tym bardziej zdrowe i gdyby Ces tylko zdawał sobie z tego sprawę... nie przyszedłby do niej.
    Usłyszała jednak to charakterystyczne skrzypienie śniegu pod butami, które do tej pory wydawały tylko jej mocno ocieplane kozaki, którymi dreptała w miejscu. Kontrolnie odwróciła się na pięcie i zmrużyła zielonkawe oczy, chcąc dopatrzyć się czegoś charakterystycznego w zbliżającej się sylwetce, chociaż czynności te były całkowicie zbędne. Przecież to było ich Mount Cartier. Tutaj nie było rozbojów, gwałtów ani nawet morderstw. To nie Vancouver, w którym oczy trzeba było mieć dookoła głowy i uważać na każdego nieznajomego.
    Skinęła krótko jasną główką na jego przyjazne powitanie, bo… sama nie wiedziała jak się zachować. Podczas ich pierwszego spotkania działo się tak wiele, że zwolniona była od częstego mówienia, ale teraz? Teraz sama wybrała właśnie ten koszyczek, tego mężczyznę i ten wieczór. Nie było już odwrotu.
    Wspomnianą kartkę z instrukcjami ścisnęła bardziej w owiniętej szarawym materiałem dłoni i schowała ją mimo wszystko do kieszeni kurtki. Kosza żadnego w pobliżu nie było, a nie była przyzwyczajona do śmiecenia, nawet jeśli leżący dookoła śnieg byłby całkiem niezłym kamuflażem dla zmiętego kawałka papieru.
    — W porządku — odparła tylko na te informacje dotyczące instrukcji, chociaż tego mogła się już domyślić. Skoro miała przed sobą właściciela koszyczka, to żadne pisemne zgadywanki nie były jej do niczego potrzebne. Cesar mógł sam pokierować ich tam, gdzie chciał, bo ostateczny cel wycieczki nie był jeszcze znany. — Nie planowałam tego, ale… tak, zgadzam się, pod warunkiem, że nie będziemy stać na tym mrozie — uprzedziła, marszcząc mimowolnie nos, gdy kolejny podmuch wiatru uderzył prosto w jej twarz i przyprawił ją o nieprzyjemny dreszcz. Jakimś cudem udało mu się wtargnąć pod kaszmirowy szalik, czego Vivian nie przyjęła z entuzjazmem. Nigdy nie przepadała za zimą, a chociaż ta w Mount Cartier ze względu na krajobraz była o wiele ładniejsza niż w Vancouver, to i tak wolała wygrzewać się przy kominku lub innym źródle ciepła i tylko zza firanki podziwiać śnieg iskrzący się w świetle nielicznych lamp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Właściwie to… mam nadzieję, że nie popsułam Ci żadnych planów na dzisiaj? — dopytała dosyć niepewnie, co dało się wyczuć przez jej nieco ściszony głos i uciekające w bok spojrzenie, gdy mocniej zaciskała rękę na „swoim” koszyczku. Podczas licytacji była tak skupiona na podbijaniu ceny, że nie miała pojęcia czy Cesar nie liczył na względy jakiejś innej, mountcartierowskiej panny i czy nie pokrzyżowała mu w ten sposób planów. Co prawda nie wyglądał na przybitego takim obrotem spraw, ale pewności nigdy mieć nie mogła. — Idziemy gdzieś? Zanim znowu wpadnę do jakiejś wody albo przymarznę do tego pomostu — rzuciła nieco luźniej, ale za to bardzo neutralnie. Nie chciała wchodzić na żadne grząskie tematy zanim nie znajdą się w jakimś cieplejszym miejscu. Mogła być ubrana ciepło, ale przy minus trzydziestu stopniach rzadko kiedy ubrania wystarczały do dłuższego przebywania na zewnątrz, a już szczególnie nie wieczorem, gdy temperatura spadała jeszcze bardziej.

      Usuń
  33. [Chciałabym Cię poinformować, że na pewien czas (zapewne krótki) odchodzę z bloga, ale wrócę, więc jeżeli nadal będziesz mieć ochotę kontynuować nasz wątek lub zacząć nowy, to serdecznie zapraszam.]

    autorka Kat

    OdpowiedzUsuń
  34. Specyficzna data oraz sposób zorganizowania tego spotkania – a raczej wygrania go na loterii z (dosłownie) żywym towarem – przyczyniał się do powielenia tej samej niezręczności, którą Vivian odczuwała, gdy przemarznięta zmuszona była polegać na pomocy Cesara. Wtedy, po odpowiednim zagrzaniu się przy kominku, ledwie była w stanie wydusić do niego coś więcej niż pojedyncze zdania czy słowa, w których zdecydowanie brakowało entuzjazmu czy chociażby chęci do ciągnięcia tematu dotyczącego czegokolwiek innego niż pogoda czy nieliczne zmiany jakie zaszły w miasteczku od jej wyjazdu, a które akurat mijali podczas ich wędrówki na trasie z portu do jej domu rodzinnego. Tego wieczoru było jednak odrobinę inaczej. Niezręczność nadal była i Viv szczerze wątpiła, by zdołali wyeliminować ją w kilka minut od stanięcia twarzą w twarz po tak długiej rozłące, ale i tak było jej minimalnie lżej na duszy, gdy zobaczyła go zmierzającego w jej stronę. Przez te wszystkie lata nie mogła zapomnieć w jaki sposób doszło do ich rozstania ani tym bardziej wybaczyć sobie tego w jaki sposób postawiła wszystko na jedną kartę. W teorii opłaciło się, w końcu osiągnęła zamierzony sukces, żadne pieniądze nie oddawały jednak tego, co zostawiła za sobą tutaj, w Mount Cartier.
    Decydując się na zakup tego koszyczka, nawet nie myślała jak dokładnie rozegrają cały ten wieczór. Nie miała planu na to, o czym będą rozmawiać ani tym bardziej czy Cesar zdecyduje się w ogóle na takie zaaranżowane w ciemno spotkanie. W chwili, w której dostała jednak ten pakunek w ręce wiedziała, że to była tak naprawdę ich jedyna szansa na dłuższe spotkanie w cztery oczy, którego nikt ani nic nie zakłóci. Na zaczepienie go na ulicy nie miałaby odwagi, tym bardziej że każda stara panna wyglądałaby wtedy zza firanek i ochoczo zbierała informacje o ich gestach, byleby tylko mieć nowy temat do plotkowania podczas popołudniowej herbatki u koleżanki. Amondhall naprawdę wątpiła, by pod takim względem to miasteczko przeszło jakieś zmiany. Rankiem i tak będą na językach każdej dewotki, która z błyszczącymi oczami obserwowała przebieg wydarzeń podczas licytacji, chcąc jak najwięcej zapamiętać i przekazać później dalej. Viv nie myślała o tym jednak ani wtedy, ani teraz, gdy w końcu ruszyli z miejsca.
    Wolną rękę faktycznie zakopała głęboko w kieszeni płaszcza, kierując się ostrożnie za Cesarem, który chyba faktycznie miał dokładnie zaplanowane dokąd dzisiaj pójdą. Jedyne o co się modliła, to że po drodze nie zobaczy ich jednak zbyt wiele osób, a informacje o ich „randce” nie dotrze w ekspresowym tempie do jej matki. Samo zmierzenie się z rozmową z mężczyzną, który jako pierwszy skradł jej serce było wyzwaniem i nie potrzebowała do tego świadków.
    — Ja też nie planowałam tam być. Nie miałam nawet pojęcia, że organizujecie tutaj takie atrakcje — zauważyła spokojnie, starając się iść na tyle ostrożnie, żeby nie wpaść w żadną śnieżną pułapkę ani tym bardziej nie wylądować na tyłku tuż obok stóp Calderona. Starała się przy tym nie patrzeć też na Cesara, bo już sama myśl, że rok temu ktoś inny mógł wygrać podobny koszyczek… Nie chciała tego rozważać. — Ian miał zamknięte — dodała jeszcze w celu wyjaśnienia, zaraz jednak musiała wyciągnąć jedną rękę i przytrzymać nią sobie szalik przy twarzy, gdy kolejny podmuch mroźnego powietrza uderzył prosto w ich twarze. Vivian nie była już nawet przyzwyczajona do przebywania na tak otwartej przestrzeni, gdzie porywy wiatru były o wiele bardziej uciążliwe niż w zabudowanym wieżowcami Vancouver.
    Na szczęście ich trasa nie był długa, a rozmowa faktycznie ograniczała się do krótkich pytań i odpowiedzi. Nawet na to dotyczące kąpieli w porcie Vivian nie miała zbyt wiele do powiedzenia, bo udało jej się ograniczyć objawy wyziębienia do trzydniowego kataru, który na szczęście zniknął równie szybko, co się pojawił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie wystarczyło jej tylko jedno zerknięcie na kapitanat oraz na profil mężczyzny, by zorientować się gdzie dokładnie zmierzają i nawet uśmiechnąć się minimalnie pod szalikiem. Na kutrze rybackim nie była od bardzo dawna, a nawet gdy już jej się to zdarzyło, to zwykle przychodziła tylko po to, żeby albo pożegnać, albo powitać tego samego rybaka, który teraz odbezpieczał kłódki i upewniał się czy wszystko jest w porządku zanim wejdą na pokład.
      — Jest już Twój? — zapytała z ciekawości, chociaż obejrzeć go dokładnie na pewno nie dałaby rady. Nie w takich warunkach, gdzie lampy nie oświetlały wszystkiego idealnie i gdzie na niebie oprócz ciemnej płachty było tylko kilka jaśniutkich punkcików świecących w oddali. Całą resztę zakrywały chmury, co także nie było nowością. To latem częściej mieli okazję podziwiać prawdziwą drogę mleczną na niebie, a nie przy takiej pogodzie jak dzisiaj.
      — Oczywiście, że nie mam — zapewniła stanowczo po raz kolejny tego wieczoru, chociaż jej niepewne spojrzenie mogłoby być mylące. Naprawdę wolałaby nie wylądować po raz kolejny w wodzie, dlatego chętnie przyjęła pomoc Cesara i położyła swoją wciśniętą w grubą rękawiczkę dłoń na ręce mężczyzny i z jego pomocą powoli zaczęła wchodzić na pokład. Starała się przy tym nie myśleć w jaki sposób ona zejdzie z niego za jakiś czas ani o tym, jak bardzo jej buty ślizgają się przy każdym kontakcie ze szczebelkami schodów. To był jednak dopiero początek, bo wystarczyło, że chciała postawić stopy już na pokładzie, a te od razu rozjechały się i gdyby nie Cesar zapewne miałaby bliskie spotkanie tyłkiem z pokrytym ślizgawicą pokładem, a tak zamiast tego bądź co bądź bolesnego zderzenia, udało jej się jedynie wpaść na… samego Calderona. Szalik jej się odrobinę zsunął z twarzy przy tym manewrze, a wolna od uścisku dłoń automatycznie zacisnęła się na materiale kurtki mężczyzny, gdy jej stopy próbowały poradzić sobie z utrzymaniem własnego ciężaru w pionowej pozycji.
      — Może jednak mam coś przeciwko... Wychodzę przy Tobie na niemotę — przyznała, wzdychając cicho pod nosem i chwilowo nawet nie podnosząc wzroku. Skupiła się na utrzymaniu równowagi, a gdy to już się jej udało, dopiero wtedy puściła kurtkę Cesara z okolic jego torsu i odchyliła nieco głowę do tyłu, żeby na niego spojrzeć. — Przepraszam… — dodała, robiąc minimalny krok do tyłu, a raczej szurając stopami po pokładzie i ślizgając się odrobinę właśnie w tamtym kierunku. Niezręczność miała niby zniknąć? Chyba nie przez kolejne pół godziny.

      Usuń
  35. [Dziękuję bardzo! Wendy jednak wierzy, że coś w tej Europie się wydarzyło i wcale jej narzeczony z takim lekkim sercem nie porzucił. ;)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  36. No i proszę, strzeliła Ci piękna piąteczka! Za 50 komentarzy pod kartą właśnie wleciała Ci do kolekcji piąta ikonka, więc to już mały tłum. ;) Oby nasz miejscowy kapitan rozwijał się jeszcze bardziej, zaznał odrobinę szczęścia (ekhem) i aktywnie uczestniczył w życiu bloga, bo gdzie my wszyscy byśmy ryby kupowali, gdyby nie on! :D Oby było już teraz tylko lepiej i lepiej, a Ty nigdzie nam nie znikała,
    bo teraz to już nawet nie wypada z takim stażem i zainteresowaniem wątkami wśród pozostałych autorów.

    OdpowiedzUsuń
  37. [Przybywam jeszcze tutaj, bo mam w głowie obraz obżerającego się Bregusia cudzymi rybkami, bo jak wiadomo kot nie będzie się przejmował brakiem stałego dachu nad głową, kiedy ktoś zostawia takie pyszności pod nosem... :)]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  38. Widząc jak kumpel próbuje wsadzić swojego wielkiego palucha między wąskie szczeliny klatki, cieszył się, że są one takie małe. Nie chciałby, żeby Tadek się zirytował, ponieważ potrafił być małą, wredną bestią, kiedy ktoś go budził ze snu, a co się z tym wiązało – panowie mogliby dostać dodatkową atrakcję w postaci tamowania krwawienia po ugryzieniu świnki morskiej. I choć Theo całkiem nieźle nauczył się z tym radzić, nie miał ochoty na szukanie bandaży oraz bawienie się w pielęgniarkę w stanie, w którym się znajdował.
    O tak, byli w niebie, o czym świadczyła rozmarzona mina Blacka i ogromny kawałek ciasta, który wypełniał policzki mężczyzny upodabniając go do chomika. Nie mógł sobie odpuścić skosztowania. Dlatego kiedy tylko przetasował karty, sięgnął po smakołyk.
    Theodor zaskakująco ocknął się i zaczął trzeźwo myśleć, kiedy kumpel zaproponował o co będą grać. W jego pijanym umyśle nagle zaczęły przemykać różne wątpliwości, zaś on sam próbował połączyć wątki, by ubrać w słowa to, co czuł.
    — Kusząca propozycja, ale… — zawahał się na chwilę. Chyba wreszcie wypadałoby przyznać się na głos. — Planowałem to zrobić i bez zakładu. Zapewne nie dowiedziałaby się o tym, jednak nie chciałbym zdobywać się na takie posunięcie przez grę w karty. To nie wydaje mi się być uczciwe wobec niej; Tilia zasługuje na coś lepszego i to do stanie. A zagrać możemy o coś innego.
    Po całej swojej przemowie przetasował po raz kolejny karty, dosyć nerwowym ruchem, o czym świadczyło brak cechującej go zazwyczaj płynności w dłoniach. Miał nadzieję, że przyjaciel go zrozumie; powinien. I choć była to niewinna zabawa, to Theodor nie chciał, by panna Marchand kiedykolwiek pomyślała, że jest dla niego właśnie tym – zabawą. Szczególnie, że brodacz traktował ją poważnie i zaczynało mu zależeć coraz bardziej na jej szczęściu. Natomiast nie raz spotykał się z sytuacją, kiedy znajomi umawiali się z dziewczynami dla zakładu i owszem, czasem kwitła z tego miłość na długie lata, innym razem zaś wszystko kończyło się wielką kłótnią, łzami i zranieniem, a on nie chciał nikogo ranić, o nie.
    Rozdał karty do gry w makao, zastanawiając się przy okazji, o co mogliby zagrać. Sam myślał, by dać Calderonowi jakieś zadanie związane z Vivian, aczkolwiek nie chciał stawiać mężczyzny w kłopotliwej sytuacji, gdyż uważał, że ta dwójka powinna załatwić pewne rzeczy między sobą, bez osób trzecich, próbujących uszczęśliwić ich na siłę. Przydałoby się coś zabawnego, co mogłoby w jakiś sposób skompromitować ich obu. Nagle do jego głowy wpadł dosyć absurdalny pomysł, jednak mimo wszystko postanowił go przedstawić.
    — Co Ty na to, żeby przegrany upiekł ciasteczka i rozdał je mieszkańcom? Najlepiej jeszcze w fartuszku. Nie chciałbyś pobawić się w harcerkę? — zaśmiał się, ponieważ chcąc nie chcąc zaświtała mu wizja Cesara w krótkich spodenkach i wysoko naciągniętych skarpetach. — Mogę nawet zamówić dla Ciebie odznakę, bo obaj wiemy, że sam jej nie przygotuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przypadku tej gry mieli podobne szanse, ponieważ nie należało mieć tylko umiejętności, ale też szczęście do kart, dlatego rozgrywka mogła być wyrównana i stanowić ciekawe wyzwanie. Theo kiedyś nienawidził przegrywać, ale zapewne dlatego, że z reguły grał na pieniądze, obecnie natomiast robił to dla przyjemności, a wizja przegranej nie wydawała się najczarniejszym ze scenariuszy tylko naturalną opcją. Nie zawsze można zwyciężać.
      — Jeśli zaś chodzi o cytryny, to muszę Ci powiedzieć, że nos i przeczucie Cię nie zawiodły — wyszczerzył się prezentując przy tym swoje zęby i delikatnie ukruszoną dolną jedynkę. Dzieciństwo miał dosyć ruchliwe i niebezpieczne, więc dobrze, że skończyło się tylko na tym jednym, drobnym uszkodzeniu. Oczywiście pomijając całą masę blizn po zadrapaniach czy ogromnych strupach, które potrafił nosić miesiącami, co rusz dokładając do nich kolejne zdarcia. — Ale robione dopiero dzisiaj, więc swoje powinno odstać, żeby lepiej smakowało. Dzisiaj uraczymy się Twoją nalewką, a wkrótce wyciągniemy jedną z moich. Mam kilka nowości, a także zmodyfikowanych starych przepisów, powinieneś być zadowolony.

      [Tak sobie myślałam, że w razie remisu panowie mogliby zaszaleć i faktycznie upiec te ciasteczka, a następnie przejść się do domostw kilku samotnych pań i dostarczyć im porcję rozrywki oraz parę przysmaków, o ile by ich nie spalili :D]

      Theodor Black

      Usuń
  39. [Ja też, haha. Piszesz się na wątek? W sumie to takie pytanie retoryczne było xD]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  40. [Mam nadzieję, że nie wyszło bardzo źle]

    Pakując się do Mount Cartier wiedziała, że musi zabrać szczególnie ciepłe swetry i milion par grubych wełnianych skarpet. Szczególnie skarpet. Boże, nawet w Teksasie marzły jej stopy, wolała nie myśleć, co będzie się działo zimną w tym miasteczku... Bo przecież osiem stopni na minusie w kwietniu nie było wielkim problem. Chyba.
    Ale to nic, skarpety i herbatniki leżały w walizce, więc nie musiała się już o nic martwić! Nawet jeśli kilka najbliższych nocy spędzi na zapleczu w bibliotece w Churchill. Chociaż dostając kilka dni na zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu, Betty nie chciała rozgaszczać się w zajeździe i spacerując z czarnym kotem w zielonych szelkach szukała jakiegoś lokum bardziej na stałe. Nieufność wobec ludzi jej w tym nie pomagała, szczególnie kiedy widziała, jak wszyscy się jej przypatrywali. Powtarzała sobie, że mają ją za intruza, bowiem wprosiła się z buciorami w ich spokojne życie, gdzie każdy wiedział o wszystkich wszystko. Przemknęło jej nawet przez głowę, że może jednak znajdzie sobie inne miejsce na ziemi, kiedy zauważyła, że prowadzi na smyczy puste szelki.
    - Brego! - zawołała automatycznie rozglądając się wokół własnej osi. I tak, już miała w głowie jego zakrwawione ciałko w wielkiej mordzie jakiegoś haskiego. Dlaczego przed wyjazdem obcięła kotu pazury?! Dlaczego?!
    Akurat truchtała obok budynku straży pożarnej, kiedy usłyszała jak dwóch mężczyzn zastanawiało się czy obok nich nie przebiegł właśnie jak strzała jakiś szop. To zapaliło jej zieloną lampkę nad burzą blond loków i zawijając się mocniej szalikiem ruszyła w kierunku skąd dochodził jeszcze mało intensywny, jednak dość charakterystyczny zapach.
    - Tutaj na pewno nie zamieszkamy ty czarna kupko futra! - jęknęła widząc jak jej Brego zadomowił się w jednym z napełnionych skrzyń. Przeżuwał właśnie swoją martwą ofiarę patrząc na Betty i nie wiedząc o co jej chodzi.
    Rozejrzała się z niepokojem, że zaraz jakiś kapitan czy inny rybak rzuci się na nią z pretensjami. Nie chciała jednak uciekać bez słowa i pozostawiać nadgryzioną rybę. Była oczywiście zbyt uczciwa. Mimo to dorwała kota, który fuknął na nią z oburzeniem i akurat w chwili, kiedy próbowała zapiąć mu szelki (kot w tym czasie walczył o ostatni kawałek obiadu) usłyszała kroki i chwilę później jej oczom ukazał się mężczyzna.
    - Przepraszam – powiedziała automatycznie, bo nawet nie wiedziała czy miała prawo w tym miejscu stać. - Miałam zrobić z niego koktajl wczoraj wieczorem, dzisiaj naprawię swój błąd. Oczywiście zapłacę za ryby – dodała głosem, w którym skrucha mieszała się z lekką obawą.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  41. [Może wcielimy w życie pomysł z wyprawą statkiem? Mam ochotę na jakąś przygodę i niebezpieczeństwo. No i przy okazji pogadają zapewne o Viv. Co o tym myślisz?]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  42. I nie dostała ochrzanu. Nie było czego się bać. Chociaż pracujący tutaj ludzie to na pewno sami wielcy panowie, to wydawało się, że może odetchnąć spokojnie i skupić się na tym by nie doprowadzić do odmrożenia palców. O tak, szalika dzisiaj nie zapomniała, o rękawiczki na pewno zadba jutro! Człowiek w końcu uczył się na błędach całe życie, ważne by dążyć do doskonałości, ot co!
    Wcześniej zawsze patrzyła ludziom w oczy. Nauczyła się, że to jedna z niewielu oznak prawdomówności, zaufania. Teraz sama miała z tym problem, ale nie dlatego, że była osobą skłonną do kłamstwa czy też lubującą się w oszustwie. Po prostu straciła wiarę. Unikała kontaktu wzrokowego nieświadomie, nie chcąc zwracać na siebie uwagi, nie chcąc nikogo denerwować. Gdyby ktoś powiedział jej to w twarz – zapewne nie zgodziłaby się od razu, dopiero gdyby oceniła własne zachowanie po paru minutach zorientowałaby się, że ten ktoś ma rację.
    Dlatego też nie zwróciła uwagi na to, że wzrok kierowała ku mężczyźnie niezwykle rzadko. Najpierw skupiła się na zapięciu szelek i upewnieniu się, że kot tym razem jej nie ucieknie. Potem dosłownie przez chwilę zaszczyciła nieznajomego spojrzeniem, żeby potem zainteresować się miejscem, w którym się znalazła. Przytuliła kota do ramienia, kiedy pan David ruszył po skrzynię i nawet zrobiła dwa kroki do tyłu, żeby mu nie przeszkadzać.
    - Co się z nimi stanie? - zapytała naprawdę ciekawa. Nigdy nie była w takim miejscu. Jej kontakt z rybami rozpoczynał się w sklepie i kończył podczas posiłku. Nie pływała kutrem, nie wybierała się z wędką nad wodę i nie hodowała złotych rybek. Jak w każdym handlu część towaru nadawała się do wyrzucenia, ale przecież w takim miasteczku na pewno nie trzymano odpadów przez dłuższy czas w otwartej skrzyni.
    Czuła jak kot zaczął machać ogonem irytując się, że jego upolowany posiłek właśnie sobie poszedł. Sama czuła się nieswojo, chociaż uczucie to wędrowało gdzieś z głębi. Port wiązał się z rybami, ryby z wodą. Pracujący tutaj ludzie na pewno nie siedzieli na pomoście i nie łowili dorszy na tłustego robaczka. Potrafiła sobie wyobrazić sztormy, burze, ludzi wpadających w szalone fale... Nie wiedziała czy wypływanie wiązało się z ryzykiem, dla niej jednak – woda była wrogiem. Zdradziecka, lodowata, kłamliwa. Dopóki była płynem w szklanej butelce dającą życie na pustyni, wszystko było w porządku.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  43. [O, super. Może być tak, że Kat przyjdzie do Cesa akurat, jak ten będzie szykować się do rejsu (nie wiem w sumie po co, ale ja tam się nie znam) i wtedy ona postanowi zabrać się z nim. Jutro zacznę ;))]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  44. Mówiło się, że najwięcej wypadków zdarzało się w domu. Betty do tej pory doznała na własnej skórze, że wypadki zdarzały się wszędzie tylko nie w domu. Woda była zagrożeniem, nie ważne czy wiązała się z wypoczynkiem, czy z pracą. Wystarczyła chwila zawahania, zmiana pogody, nawet najlepszy nurek nie miał z nią szans. A może z żywiołami po prostu tak było. Kobieta nie chciała tego sprawdzać po raz drugi. Podobało jej się w Mount Cartier i Churchill z dala od jezior i mórz. Jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, że zimą mróz był pewnie poważnym wrogiem, ale nadal cieszyła się z cichej biblioteki i ludzi, którzy byli jej kompletnie obcy. Nie spotkała jeszcze żadnego człowieka o znajomej twarzy i szczerze wątpiła, żeby takową znalazła. Była tutaj sama, całkiem sama. Nie licząc czarnego kota, którego wielu uważało za źródło pecha. A to przecież przyjaciel kładący się na brzuchu i mruczący cichutko, wydający z siebie równie cichutkie wibracje szczęścia.
    Prawdę powiedziawszy odpowiedź na temat ryb nie na sprzedaż wpadła jej jednym uchem i wypadła drugim zanim kobieta zdołała ją pochwycić. Obserwowała bowiem mężczyznę, który z każdym kolejnym krokiem zbliżał się do krawędzi pomostu. Obiecała sobie, że zrobi koktajl z kota, kiedy tylko będzie miała okazję – za to, że przyprowadził ją w to miejsce, gdzie ludzie samobójcy zapewne lubili to, co robili i już niedługo (być może nawet człowiek przyłapujący ją i jej sierściucha) znowu wypłyną i być może któregoś dnia już nie wrócą. A ona już będzie w miasteczku i się o tym dowie... Boże, dlaczego miała aż taką wyobraźnię i jej głowa pisała same złe scenariusze?
    Drgnęła lekko, kiedy dotarło do niej pytanie i to, że Brego nie był zadowolony z faktu, że dłonie zwykle dające dobre przekąski teraz zaciskały się na jego brzuchu. Betty szybko rozluźniła uścisk i uniosła lekko kąciki ust.
    - Chyba się nie zgubiłam. Przyszłam z... - Rozglądnęła się i wskazała dłonią kierunek, z którego na pewno nie przyszła. Czy wspominała już, że była blondynką bez orientacji w terenie? - Z tamtej strony. Żeby znaleźć główny składnik koktajlu – stwierdziła tym razem uśmiechając się szczerze do swojego kota, którego uniosła w górę by trącić go nosem w brzuch i położyła go na ziemi ściskając zielony pasek w dłoni.
    - A można pozwiedzać? - spytała spoglądając na mężczyznę. Nie chodziło o to, że chciałaby porównywać miasteczkowe porty z tymi wielkimi. Po prostu kompletnie nie znała się na tego typu sprawach i zaczęło ją to ciekawić. Zresztą, jak każda nowa rzecz. Na ścianie drewnianego budynku jakieś podziurawione sieci, niezbyt schludne, ale jednak w miarę czyste miejsce, charakterystyczny zapach, którego pewnie ciężko się z ubrania pozbyć i oczywiście statki, kutry czy jakieś inne pływające cosie, których oczywiście panienka nie chciała zwiedzać – wolała czuć pod nogami stały grunt.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  45. Minus trzydzieści stopni czy też nie, kobieta na pewno nie zamierzała kąpać się w jeziorze. Jeszcze nie zdarzyło się jej upaść na głowę i uderzyć się na tyle mocno, by coś przekonało ją, że bycie morsem jest świetnym doświadczeniem. Gdyby chodziło o gorące wody i przyjemną kąpiel... O tak, brzmiało to lepiej niż zamarzanie dla hartowania zdrowia. Chociaż z drugiej strony – ognisko, wokół dużo śniegu, przyjemny zapach palonego drzewa, to akurat nie musiało oznaczać zapalenia płuc i dwóch tygodni spędzonych w łóżku z gorączką. Może jednak nie trzeba się było przejmować pogodą tylko przyjmować ze stoickim spokojem każdy dzień? Jeśli tylko uda się jej znaleźć coś stałego to prawdopodobnie poczuje się w końcu jak w domu i nic (nawet minus trzydzieści stopni w dzień) nie będzie mogło tego zmienić.
    Po odpowiedzi mężczyzny zrozumiała, że wskazała nie ten kierunek co trzeba. To była jednak dobra wiadomość, ponieważ nie zostało wiele ścieżek do wybory, któraś na pewno prowadziła do centrum. Zresztą, jeśli tylko nie zabrnie w las to chyba nie miała prawa się zgubić. Była jednak człowiekiem, dla których nie ma rzeczy niemożliwych i aż dziwnie, że do tej pory nie zgubiła się w bibliotece.
    - Góry, powiada pan – stwierdziła patrząc w kierunku, który wcześniej wskazała mężczyźnie. - Cóż, to bardzo prosta droga jak na góry. Nawet zadyszki nie złapałam, może powinien pan popracować nad kondycją – dodała uśmiechając się lekko. Oboje wiedzieli, że nie była w żadnych górach, a gdyby się tam znalazła to pewnie ktoś musiałby ją ratować. Nawet ucieszyła się, że Brego pognał tutaj, nie w przeciwną stronę. Kto wie, może urządzi sobie kiedyś małą wycieczkę – zdecydowanie bez kota i zdecydowanie pod okiem kogoś bardziej odpowiedzialnego od niej.
    Nie chciała być tutaj intruzem i przeszkadzać w pracy mężczyźnie. Bardzo prawdopodobne, iż wcale tutaj nie odpoczywał i tylko z grzeczności kontynuował rozmowę z kimś, kogo pierwszy raz na oczy widział. Z drugiej strony, Betty chociaż unikała ludzi nadał była człowiekiem. A człowiek – istota stadna – potrzebował czasami z kimś porozmawiać. Kobieta ostatni raz (nie licząc kota, oczywiście) rozmawiała przez dłuższy czas z człowiekiem podczas starania się o pracę w bibliotece, także z miłą chęcią wymieniała niezobowiązujące zdania z panem nieznajomym.
    - Trochę pan teraz wygląda jakby miał mnie po tej godzinie zastrzelić – zauważyła z lekkim uśmiechem zerkając na mężczyznę. Brego tymczasem zainteresował się fruwającym kawałkiem jakiejś plandeki, więc chcąc nie chcąc zrobiła trzy kroki po pomoście słysząc charakterystyczny stłumiony odgłos butów na deskach. Czarny sierściuch na nowo stał się niewidocznym kotem, gdy tylko zajął się zabijaniem kawałka materiału swoimi łapkami bez pazurków.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  46. Nie pozostało nic innego jak cieszyć się z faktu, że matka natura stała się doskonałym lekiem. Betty po prostu by na to nie poszła z własnej woli, ktoś musiałby ją do tego zmusić. Zresztą, nie urodziła się tutaj, ciężko byłoby postawić się na miejscu jakiegokolwiek rdzennego mieszkańca Mount Cartier. Nawet jeśli teraz zostanie tutaj na stałe prawdopodobnie zawsze będzie tą obcą, która myśli, że przyjedzie sobie z miasta i tak po prostu zacznie bardziej spokojne życie. Może i chciała zacząć od nowa licząc, że ktokolwiek jej w tym pomoże, ale na pewno nie chciała przeszkadzać. W bibliotece póki stały okna nie była narażona na wiatry i wielkie mrozy, więc hartowanie wolałaby zostawić ludziom, którzy się do tego nadają.
    Mógł w każdej chwili powiedzieć, żeby sobie poszła. Albo samemu sobie pójść, bo przecież kobieta nie zatrzymywała go siłą. Nie obraziłaby się też, gdyby powiedział wprost, że nie ma czasu czy ochoty na nudne pogawędki. Przestała wierzyć w ludzi, więc nawet nie poczułaby się urażona. Chociaż niezrażona nadal starała się uśmiechać i była dla innych miła. Teraz chyba wyszła z założenia, że mężczyzna nie ma teraz nic lepszego do roboty, więc stał na lekkim wietrze być może pilnując, żeby kot nie przykleił się do tej dobrej partii ryb.
    - Chyba nie spotkałam po drodze domu kultury – zauważyła po chwili namysłu. - Czeka mnie jeszcze trochę zwiedzania.
    Wesoły bankiet na pewno był godnym mieszkańców Mount Cartier miejscem, jednak Betty nie sądziła, by dziś się tam pojawiła. Tylko tego jej brakowało, żeby znalazła się nagle w pomieszczeniu pełnym ludzi, którzy znali się na wylot. Już teraz idąc ulicą wszystkie głowy zaczynały się za nią obracać, całego tłoku na pewno nie zniosłaby bez załamania nerwowego. Wolała przyzwyczajać się do tego miejsca i ludzi stopniowo, przecież nikt nie biegł za nią dysząc w kark.
    - Często dzieją się tutaj takie imprezy? - spytała szczerze zaciekawiona. Do tej pory nie spotkała się z tak jednoczącą wszystkich tradycją. Owszem, imprezy, bankiety, spotkania zdarzały się wszędzie, ale były kierowane do konkretnych osób. Grupa lekarzy, wolontariuszy, kluby piłki nożnej czy chór kościelny. W większych skupiskach ludności raczej nie przejmowano się faktem, by żyć ze sobą jak rodzina. Może to był właśnie powód zwiększającej się przestępczości i wrogości?
    Przytrzymała mocniej smycz, kiedy Brego puścił kawałek materiału i rzucił się ku uciekającej zabawce. Czasami zastanawiała się czy naprawdę przy ludziach musiał udawać kota niecywilizowanego, bowiem w domu (teraz na zapleczu biblioteki) nie było drugiego takiego przytulaska na świecie.
    - Przepraszam, wpadł w jakiś dziki szał – powiedziała nie dając mężczyźnie czasu by odpowiedział na pytanie. Schyliła się by sięgnąć po kota, który robił teraz wszystko, żeby wyglądać na dzikiego dachowca. Czy to możliwe, że przeprowadzka namieszała mu troszkę w tej małej dyńce? Tego Betty nie wykluczała.
    - Chyba go stąd zabiorę – dodała jeszcze próbując nie upuścić wyrywającego się kota, co pewnie oznaczałoby ponowne szukanie futrzaka. Każdy kto miał kiedyś kota wiedział, że sytuacja skończy się źle. Betty tego nie wiedziała, bo to był jej pierwszy kot. W każdym bądź razie ostrzeżenie mężczyzny nie było rzucane na wiatr, bowiem Elizabeth poczuła tylko jak grunt ucieka jej spod nóg i zanim zderzyła się z zimną taflą wody zdążyła nawet krzyknąć. Tego czy kot wpadł razem z nią czy zdołał się uratować już nie zobaczyła.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  47. Czy potrzebowała psychologa? Nie, skąd. Przecież histeria po nagłym kontakcie z taflą wody była całkowicie normalnym objawem. Szczególnie, kiedy w pamięci z tyłu głowy przewijały się podobne do przeżywanych teraz obrazy. Może gdyby była mądrzejsza to poczekałaby aż woda naturalnie wypchnie ją do góry, gdzie będzie mogła zaczerpnąć powietrza. Elizabeth była jednak zbyt przerażona, bo właśnie takiej sytuacji wolała uniknąć i samo podejście mężczyzny do pomostu mroziło jej krew w żyłach. Prawdopodobnie nie utopiła się tylko dlatego, że mężczyzna okazał trochę więcej zdrowego rozsądku i kobieta drugi raz w życiu poczuła silne, męskie ramię, które ratowało jej życie. Gdyby tylko mózg przestał podsyłać jej przerażające obrazy, byłoby jej o wiele łatwiej, może nawet zdołałaby jakoś mężczyźnie pomóc i sama wdrapałaby się na pomost.
    To się jednak nie stało. Była zbyt przerażona. Łapała gwałtownie każdy oddech naprzemiennie z kaszlem, kiedy tylko jej dłonie i kolana przylgnęły na mokrej, drewnianej powierzchni. Dygotała, chociaż nadmiar emocji i wspomnień odpychał chłód na drugie miejsce.
    - Tato – wyszeptała bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Nie zdawała sobie sprawy z tego, co się działo, kiedy została zaprowadzona w jakiejś cieplejsze miejsce. Sine wargi obijały się o siebie, mokre ubranie przykleiło do ciała i dopiero, gdy kobieta namierzyła wzrokiem kominek odzyskała pełną świadomość.
    - Brego – powiedziała automatycznie nieco zachrypniętym głosem. Tym razem trzęsła się już z zimna, ale i tym razem nie zwracała na to uwagi, bo odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i pewnie gdyby nie wysoka sylwetka mężczyzna trzymającego ją za ramiona już biegłaby z powrotem na pomost. - Brego. Gdzie jest Brego? - zaczęła mówić spanikowanym głosem starając się wypowiadać słowa wyraźnie, co przy trzęsącej się szczęce było nie lada wyczynem. Wyobrażała sobie, że kot wpadł i został w jeziorze. W przerażającym miejscu, w którym sama dopiero co była. I mogła sobie robić z niego koktajl codziennie, co drugi dzień grozić zrobieniem z niego kotletów, ale... miała tylko jego. Nie mogła stracić tego czarnego sierściucha. Poczuła jak do oczu zaczynają napływać jej łzy.
    Pewnie w życiu nie zdołałaby się wyrwać mężczyźnie, a już na pewno nie w tym momencie. Myślała, że rano było zimno? Teraz drżały jej mięśnie, odczuwała ból w palcach. Pewnie powiedziałaby w panice coś więcej, ale kaszel skutecznie jej to udaremnił.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  48. [Dobra, leci zaczęcie. Mam nadzieję, że wszystko jest dobrze.]

    Słońce powoli i nieubłaganie chyliło się ku horyzontowi, a złośliwy, chłodny wiatr przybierał na sile. Kathryn nałożyła kaptur i wsadziła dłonie głęboko w kieszenie kurtki. Postanowiła, że skończy dziś pracę szybciej, niż zwykle, choć w komorze do przechowywania ciał leżała jedna denatka, która czekała na tanatopraksję. Jej dzieci postanowiły przewieźć ciało matko aż do Filadelfii, dlatego ktoś musiał zająć się rozkładającym ciałem, aby to przetrwało tak długą drogę. Kat była jedyną odpowiednio wyszkoloną osobą, która akurat miała czas. Jednak odkąd zobaczyła "Autopsję Jane Doe", postanowiła, że już nigdy więcej nie zostanie po godzinach - tym bardziej w taki dzień jak ten. Idąc powoli i rozglądając się dookoła, nie skręciła w pierwsze lewo, tylko poszła dalej, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Dopiero będąc przy kapitanacie, zauważyła, jak daleko zaszła i jak oddaliła się od swojego domu. Westchnęła tylko ciężko, jak to zwykle miała w zwyczaju i już miała się cofnąć, kiedy zauważyła w porcie statek Calderona. Zmrużyła powieki, aby dojrzeć, czy mężczyzna jest gdzieś w pobliżu, jednak jej wzrok nie był już tak ostry, jak kiedyś - lata czytania książek po ciemku zrobiły swoje.
    - A co mi tam - rzuciła pod nosem, zapinając kurtkę pod samą szyję i ruszając przed siebie. Cały czas rozglądała się dookoła, nie chcąc przegapić Cesa. Wreszcie go zauważyła. Stał na pokładzie, zajmując się swoją pracą. Kat na statku była kilka razy w życiu, a raz nawet prowadziła małą łódkę i trzeba przyznać, że po skończonym rejsie była z siebie bardzo dumna.
    - Cześć, staruchu - powiedziała, podchodząc do dziobu. Zdjęła kaptur z głowy, aby Ces wiedział, z kim w ogóle ma do czynienia i machnęła mu ręką na powitanie.

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  49. Czuła mętlik w głowie. Zdezorientowanie mieszało się dalej z zimnem, które wkradało się w każde możliwe naczynie. Szok termiczny i psychiczny całkowicie namieszały jej w głowie. Nie wiedziała czy ma dziękować czy przepraszać. A może zacząć szukać koca dla mężczyzny, który był cały mokry. Nie mogła się skupić i zacząć racjonalnie myśleć. Zapewne gdyby ktoś zaczął się teraz na nią wydzierać zareagowałaby dokładnie tak samo – błądzącym wokół wzrokiem i szczękaniem zębów. To aż nieprawdopodobne, uciekła do Mount Cartier, żeby znaleźć się jak najdalej od koszmarów, a pech chciał, że znalazła się tuż obok nich. Czy los zrobił sobie z niej żarty?
    Nawet nie zauważyła starszego mężczyzny, który pojawił się i zniknął, kiedy wciąż lustrowała podłogę wzrokiem, jakby spodziewała się, że czarna plama zaraz przemknie jej między nogami dopominając się o jedzenie, jak miał w zwyczaju. Tak się jednak nie stało, a do kobiety zaczęło coraz bardziej docierać to co się stało, gdzie w tej chwili się znajdowała i przede wszystkim jak bardzo było jej zimno.
    Musiała zdjąć mokre ubranie i okryć się kocem. To polecenie dotarło już do jej mózgu w całkiem czystej formie. Ba, czując jak nie jest w stanie zatrzymać dygotania własnego ciała wierzyła iż mężczyzna ma rację. Problem pojawił się w tym, iż nie chciała tego robić. Była w obcym miejscu, z obcymi ludźmi, narażona na obrazy z przeszłości i kiepskie czucie w palcach. Zimno było jednak tak przerażające, że kobieta najzwyklej w świecie się poddała i było jej wszystko jedno. Z trudem rozpięła kurtkę, a kiedy została sama w pomieszczeniu odwróciła się tyłem do drzwi i zrzuciła na podłogę najpierw szalik, a potem zarówno kurtkę jak i sweter. Największy problem miała z dżinsami, które wyjątkowo nie chciały współpracować z przemarzniętymi palcami u rąk. Pożegnała się nawet z grubymi skarpetami, które teraz oprócz chłodu nie chciały podarować nic innego. Nie odważając się na zdjęcie czegokolwiek więcej owinęła się szybko kocem i usiadła na kanapie mając nadzieję, że trzęsie się tylko ona sama, a nie wszystko w tym pokoju razem z nią.
    Pierwsza próba powiedzenia czegokolwiek, kiedy mężczyzna wrócił do pokoju okazała się nieudana – wygrał atak kaszlu po pierwszej sylabie. Druga poszła zdecydowanie lepiej, chociaż Elizabeth nie była w stanie podnieść tonu głosu bardziej od głośniejszego szeptu.
    - Przepraszam, nie chciałam narobić kłopotu – wyznała mocniej zaciskając dłonie na kocu, jakby to kawałek materiału miał być jej ostatnią deską ratunku. Była z natury dobrym człowiekiem, nie chciała, żeby ktokolwiek miał przez nią kłopoty. Jeśli mężczyzna nabawi się jakiejkolwiek choroby to już wiedział komu wysyłać rachunki za recepty.
    A poszła szukać tylko stałego dachu nad głową! Dostała w prezencie kąpiel i pewnie zapalenie płuc. Zdecydowanie pozytywny motyw przeprowadzki.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  50. - Dziękuję. - Kobieta zsunęła się na sam skraj kanapy, by sięgnąć po kubek z gorącą herbatą. Nie wiedziała czy był to dobry pomysł, kiedy jej dłonie były w stanie ledwo rozpiąć zamek kurtki. Postanowiła jednak zaryzykować, bo chociaż niepokój o kota dawał się we znaki, to kiedy pierwsze emocje opadły zdecydowanie górę wzięła niska temperatura ciała. W Teksasie było zdecydowanie cieplej, więc wystarczyło przyzwyczaić się do nowych warunków atmosferycznych i żeby nie kusić losu – omijać wszelkie akweny wodne.
    Zdołała upić pierwszy ostrożny łyk herbaty czując jak słodycz rozlewa się po organizmie. Syrop klonowy, rozpoznała niemal natychmiast. A że była fanką tego typu dodatków to nawet poczuła się odrobinę lepiej psychicznie. Zauważyła też, że oprócz zimna, zamarzniętych włosów i palców odczuła straszliwą senność. Zdrowy objaw czy nie, czekał ją jeszcze powrót do Churchill, gdzie jej dachem nad głową było zaplecze biblioteki. Jak się tam dostanie owinięta w koc – tego jeszcze nie wiedziała.
    Bez względu na to czy nie była pierwsza i ostatnia, Elizabeth po prostu nie lubiła sprawiać innym kłopotów. Proszenie choćby o pomoc było stosowane tylko w skrajnych przypadkach, kiedy kobieta naprawdę nie dawała sobie rady. Nie będzie przecież wołać sąsiada, kiedy ma do powieszenia kilka obrazów! Nawet jeśli za pierwszym razem zrobi to krzywo czy ubije sobie palca, wolała zrobić to sama. Dzisiaj nie miała wyjść jak korzystać z pomocy mężczyzny głównie dlatego, że on wiedział, co robił, a ona zamarzłaby pewnie już na samym dnie nawet nie próbując się wydostać.
    - To może powinien pan zmienić zawód – odparła odkładając kubek na stół w odpowiednim momencie. Chwilę później już kichnęła i to trzy razy pod rząd w swoje dłonie, zapewne rozpryskując krople z mokrych włosów w każdą możliwą stronę. Przynajmniej herbaty nie wylała! Może jeszcze będą z niej ludzie? Jeśli tylko jutro całe miasteczko nie będzie rozmawiało tylko o tym, że niezdarnie wpadła do lodowatej wody, to może jeszcze jeszcze uda jej się znaleźć jakieś lokum.
    Słyszała coraz więcej stłumionych głosów. Gdy dopiero pojawiła się w porcie było raczej cicho i oprócz wody i wiatry nic więcej nie niosło na pomost. Teraz za drzwiami było zdecydowanie więcej ludzi bądź też zaczęli pracować ci, którzy do tej pory siedzieli jak mysz pod miotłą.
    - Elizabeth – odpowiedziała cicho. - I chyba skończyła mi się godzina – zauważyła. Jeszcze niedawno dostała godzinę na zwiedzanie portu. Teraz siedziała przy kominku modląc się, żeby ogień w nim na razie nie znikał.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  51. Trzaskanie w kominku należało do całkiem przyjemnych odgłosów. Być może, gdyby sytuacja wyglądała nieco inaczej to kobieta nawet by się rozmarzyła. Z kubkiem gorącej herbaty bądź kieliszkiem wina, do tego dobra książka bądź towarzystwo. Nigdy nie miała okazji spędzać w ten sposób czasu, ale mogłaby się założyć, że byłoby to dość przyjemne. Teraz ciężko było się skupić na pozytywnych aspektach obecności działającego kominka z wyjątkiem tego, że dzięki niemu jeszcze nie zamarzła i nie zwisała z dachu niczym ogromny sopel lodu.
    - Nocuję na zapleczu w bibliotece w Churchill. Czeka mnie chyba długi spacer – stwierdziła unosząc kąciki ust. Nawet przestało ją to przerażać. Trzęsła się, ale nie zwracała na to uwagi. Utkwiła wzrok w palących się kawałkach drewna, a jedyne co do niej docierało to odrętwienie i senność. Zapomniała nawet o herbacie, którą wcześniej odłożyła na stolik. Wpadło jej do głowy czy Brego bardzo zmarznie na zewnątrz, bowiem kot domowy nie przepadał za dłuższymi spacerami. Czy ktoś spotka przerażonego brakiem obecności Betty czarnego kotka? Czy Brego da się złapać komuś obcemu? Jeśli nadal był w tych nieszczęsnych szelkach to istniała taka szansa. A jeśli zaplątał się w coś i teraz ledwo zipie na jakiejś gałęzi szarpany wiatrem? Jakie istniały szanse, że znowu dorwał się do ryb i niczego nie świadomy siedział sobie zadowolony z upolowanego dorsza?
    Żeby jednak odepchnąć negatywne te myśli spróbowała się skupić na rzeczywistej sytuacji.
    - Nie powiedział pan, jak ma na imię – zauważyła po chwili przypominając sobie, że swoje już zdradziła. To śmieszne, ale nawet tak błahe sprawy wymagały teraz od niej niebywałego wysiłku intelektualnego. Nie wiedziała czy to wina wzbierającej gorączki i oznaka walki organizmu z całkiem nową sytuacją czy nieszczęsny fakt braku zahartowania. Jakikolwiek był powód, skutki nie należały do najprzyjemniejszych. Coś podpowiadało jej, że czucie w palcach powinno już wracać, a dreszcze powoli ustępować. O ile to pierwsze może i zauważyła zaciskając dłonie na kocu, to reszta nie bardzo jej się zgadzała. Czuła każdą kroplę wody spływającą z jej włosów i nawet przez chwilę zastanawiała się w jaki sposób udało jej się dostać aż tutaj z pomostu, gdzie była w stanie tylko klęczeć na deskach. Czy naprawdę zaczynała mieć ubytki w pamięci?

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  52. Czy nocowała w Churchill? Cóż, nie miała zbyt wielkiego wyboru. Nie chciała pomieszkiwać w pensjonatach, więc na razie urządziła sobie gniazdko właśnie w bibliotece. Przynajmniej miała blisko do pracy... Z czego niewątpliwie się cieszyła, bowiem mogła doprowadzić to miejsce do nieco czystszego stanu niż tego, w jakim je zastana. Nie skarżyła się, starsza pani, która pracowała w bibliotece przed Elizabeth na pewno nie miała ochoty biegać z mopem czy odkurzaczem. Betty nie miała tego problemu i najpierw zamiast szukać stałego dachu nad głową, gdzie już miała nadzieję osiąść, dzielnie sprzątała wszelkie pajęczyny. Akurat dzisiaj wybrała się do Mount Cartier z zamiarem znalezienia jeśli nie domu to pokoju do wynajęcia, który był dla niej lepszą opcją niż pensjonat czy zajazdy, gdzie kręciło się o wiele za dużo obcych osób.
    - Nie ma autobusu? - powtórzyła, jakby nie bardzo rozumiała sens słów mężczyzny. Nawet oderwała wzrok od ognia by móc spojrzeć na siedzącego niedaleko towarzysza niedoli. Widząc przystanek założyła chyba inaczej. Cóż, nie przyszło jej do głowy, żeby sprawdzić co ile takowy kursuje i czy robi to codziennie w obie strony. I przede wszystkim czy nie był to tylko kawałek bezużytecznej rury i jakiś busik naprawdę istniał.
    - To nic – dodała już bardziej do siebie. Co prawda nie docierało do niej, że czeka ją kilkugodzinny spacer w towarzystwie zmroku. Była przekonana, że to całkiem blisko. Przynajmniej tak wydawało się samochodem, którym tutaj dotarła razem z przemiłą panią, której imienia już niestety nie pamiętała.
    - Tylko muszę znaleźć Brego. Obiecałam mu, że dzisiaj znajdziemy coś do wynajęcia. Nie mogę go zostawić. - Przypomniała sobie o czarnym futerku i nawet wstała, jakby chciała wcielić plan w życie. Tylko mięśnie jej nóg trochę się zastały, wręcz zesztywniały i kobieta lekko się zachwiała. Dobrze, że nie zbierało się jej na ponowne kichanie, bo wtedy już na pewno nie utrzymałaby się na nogach.
    Nie, nie czuła się dobrze. Wszystko zaczynało ją boleć, odczuwała dziwny niepokój, a do tego była w całkiem obcym dla siebie miejscu. Inaczej sobie wyobrażała nowy rozdział w życiu i przeszło jej nawet przez myśl, że może wcale nie powinna wyjeżdżać. A już na pewno nie na koniec świata, który równał się z niską temperaturą nie tylko powietrza, ale o czym się przekonała - również wody. A chciała tylko uciec gdzieś, gdzie wspomnienia będzie mogła zakopać głęboko w ziemi. W miejsce właśnie takie jak Mount Cartier i jego srogie zimy.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  53. [Dziękuję za miłe powitanie. c: Owszem, Penny mieszka sobie z babcią i jedyne co, to bardzo tęskni za starszym bratem; niemniej mam nadzieję, że ktoś się na niego połakomi i chłopak wróci do MC. c: Jeśli masz chęć na wątek, to zapraszam do siebie!]

    Penny Hewitt

    OdpowiedzUsuń
  54. Znać pokład jak własną kieszeń? Vivian mogła o takim luksusie pomarzyć i po cichu liczyć, że podążanie krok w krok za Cesarem pomoże jej jakoś przetrwać tę długaśną podróż po oblodzonych deskach. Tym bardziej, że od czasów jej ostatniej wizyty na kutrze sporo musiało się na nim pozmieniać, nawet jeśli odnosiła wrażenie – być może bardzo mylne z powodu ciemności rozświetlanej tylko niewielkimi okręgami światła padającymi z lamp rozstawionych sporadycznie wzdłuż molo – że wszystko wyglądało podobnie do wspomnień nawiedzających ją od czasu do czasu w sennych marzeniach. Tam jej teraźniejszość wyglądała zupełnie inaczej, lepiej, nic więc dziwnego, że po otworzeniu oczu niekiedy żałowała, że ranek nadszedł tak szybko, a jej sen nie może być zwykłą rzeczywistością. Innym razem z kolei nienawidziła siebie za to ciągłe rozpamiętywanie czegoś, co utraciła na własne życzenie i najchętniej od razu zapomniałaby, o czym jej zdradliwa podświadomość śniła.
    Nic więc dziwnego, że teraz także odpychała od siebie wszelkie wspomnienia związane z połowami i skupiała się tylko na jednym – bezpiecznym przedostaniem się do kokpitu. A to nie było wcale takie proste! Vivian musiała porządnie przytrzymywać się barierki, by nie tylko ustrzec się przed obiciem sobie dolnych partii ciała, ale także by nie wpaść przypadkowo na kapitana tego przybytku. Informacja ta tylko odrobinę ją zaskoczyła, w końcu Kathryn wyrwała się kiedyś podobna wiadomość, ale Amondhall jak zwykle starała się o niej zapomnieć. Gdyby miała rozpamiętywać wszystko, co przekazywała jej kuzynka, to nigdy nie przestałaby myśleć „co by było, gdybym jednak została”…
    — Zrezygnował? Gratuluję w takim razie awansu — powiedziała spokojnie, gdy już udało im się przystanąć przed odpowiednimi drzwiami. Uśmiech Cesa ani wcześniejsza radość wyraźnie słyszalna w jego głosie nie uszły jej uwadze, starała się jednak nie przypisywać jej niczemu ani, broń Boże, nie łączyć jej w żaden sposób z łaskotaniem w okolicach podbrzusza. Nie pamiętała nawet, kiedy ostatnio czuła coś podobnego. — Pewnie załoga ma z Tobą lżej niż z Twoim tatą — zauważyła jeszcze, gdy tylko została przepuszczona w drzwiach i mogła wejść gdzieś, gdzie nie musiała już obawiać się o spektakularną wywrotkę. Takich atrakcji miała już jak na jeden miesiąc dosyć. Ceasr zresztą pewnie też, bo widok jej rozłożonej na deskach nie byłby pewnie przyjemny, a skończyłoby się to pewnie też na czymś poważniejszym niż ostatnie wychłodzenie organizmu. Miałaby sporo szczęścia gdyby tylko nabiła sobie kilka siniaków.
    Dyskretnie rozejrzała się po wnętrzu pomieszczenia, w czasie gdy Cesar zajmował się wszystkimi sprawami związanymi z ich (chyba) krótkim rejsem. Tak naprawdę nie miała żadnego pojęcia o prowadzeniu takiego kutra, w pełni więc polegała na wiedzy swojego byłego partnera. Jedynym plusem był fakt, że nigdy wcześniej nie miała choroby lokomocyjnej, powinni więc gładko przebrnąć przez tę wycieczkę. Przynajmniej pod względem jej zdrowia, bo rozmowa… tutaj Vivian nie była niczego pewna.
    Na wzmiankę o koszyku przygryzła niepewnie dolną wargę. Nadal nie mogła uwierzyć w to, że dała namówić się swojej podświadomości na udział w tej śmiesznej licytacji, a co za tym idzie, że postawiła ich oboje w tak niezręcznej sytuacji. Wbrew pozorom dziwnie było spotkać się po raz pierwszy (i być przy tym przytomną!) po niecałych dziesięciu latach akurat w dzień przeznaczony dla zakochanych i rozmawiać o swoich dawnych uczuciach. Oboje chyba wiedzieli jak to się skończy, ale mimo to Viv i tak zamierzała postarać się o odsuwanie tego tematu jak najdłużej.
    — Pamiętam — przyznała, siadając ostrożnie na kanapie, gdy kutrem zabujało lekko. Zdecydowanie bezpieczniej będzie, gdy ona postara się utrzymać w jednej pozycji zamiast niewprawnie przemieszczać się po pomieszczeniu. Z garderoby zdjęła na razie jedynie rękawiczki i poluzowała szalik, bo zanim zagrzeje się na dobre na pewno minie dłuższa chwila.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ten przysmak robiony przez Twoją mamę… — zaczęła, podnosząc wieko koszyka i odsuwając na bok koc, żeby móc swobodnie zajrzeć do środka. To on przecież ostatecznie zmusił ją do podjęcia się tej licytacji. On ją skusił i sprawił, że wróciło tak wiele wspomnień związanych z rodziną Calderona… — Chętnie sprawdzę, czy nadal smakuje tak samo — zażartowała, wyciągając powoli większość smakołyków przyrządzonych przez… właściwie nie wiedziała do kogo przez kogo. Cesar je pakował? A może jego mama? Nie było to aż takie istotne, skoro prowiant był raczej tylko z pozoru im potrzebny. Nie przyszli tutaj jeść wykwintnej kolacji, ale smakowity deser? Czemu nie.
      Wystarczyło, że ułamała sobie maleńki kawałek sucre a la crème i spróbowała, by wiedzieć, że faktycznie wróciła do domu. Smak ten zdecydowanie kojarzył jej się tylko z jedną rodziną, z jednym mężczyzną i nawet gdy w Vancouver kupowała sobie ten przysmak, to nigdy nie czuła takiej przyjemności z jedzenia go, jak właśnie w tej chwili.
      — Zdecydowanie nic się nie zmieniło. Twoja mama nadal robi to najlepiej na świecie — wyznała z zadowoleniem w głosie, uśmiechając się nieco szerzej niż dotychczas. Słodkawy posmak na języku sprawiał, że najchętniej od razu sięgnęłaby po resztę deseru, co nie byłoby znowu niczym nowym. W końcu zawsze jak mama Cesara przynosiła im ten smakołyk do pokoju, to Vivian zjadła trzy czwarte w ciągu pierwszego kwadransa. Teraz jednak nie chciała wychodzić na aż tak łakomą i dlatego zamiast się zajadać, wzięła się za rozwiązywanie szalika, zdejmowanie czapki i rozpinanie guzików płaszcza, bo im dłużej byli w kokpicie, tym robiło się cieplej. Pewnie wystarczy chwila nim oboje będą rozbierać się ze swoich kurtek.
      — Dużo się pozmieniało odkąd… wyjechałam? — zapytała z wyraźnie mniejszym entuzjazmem, ale pytanie to musiało jej się w końcu wyrwać. Nie było na to rady, a dłuższe wpatrywanie się w zmieniający się za oknem, ciemny krajobraz nie miałoby sensu. Musiała więc przenieść spojrzenie mocno zielonych tęczówek na Cesara i zmierzyć się z tym, po co chyba się tutaj spotkali.


      Usuń
  55. [W pozytywnym tego słowa znaczeniu? ;)]

    Bez słowa chwyciła rękę mężczyzny i praktycznie wskoczyła na pokład, odbijając się mocno nogami od ziemi.
    - Na pewno nie przyszłam, żeby zobaczyć się z Tobą - odpowiedziała, wciągając wewnętrzną stronę lewego policzka i przygryzając skórę zębami, unosząc przy okazji prawą brew. Po chwili uśmiechnęła się jednak zawadiacko i wsadziła boleśnie łokieć między żebra Cesa. - Żartuję. Powiedzmy, że trochę się zamyśliłam i nogi przywiodły mnie aż tutaj. Głupio było nie przyjść i nie zobaczyć, czy może przypadkiem nie siedzisz na swoim statku - dodała, poprawiając kurtkę i rozglądając się dookoła. - Ty wiesz, że nigdy tutaj nie byłam?! - rzuciła z lekkim zdziwieniem i zaczęła przechadzać się po pokładzie, dotykając zmarzniętymi dłońmi jeszcze zimniejszych barierek. Miała ochotę przejść się po całym statku i odkryć jego każdy zakamarek, a przy okazji pomacać rzeczy, których wcale nie powinna dotykać.
    - Kończysz już pracę? - spytała, opierając się plecami o reling. Przeczesała chudymi palcami włosy, które wilgoć znów napuszyła i spojrzała na Calderona, oczekując odpowiedzi. - Z chęcią bym się przepłynęła - dodała, kręcąc wymownie oczami i uśmiechając się półgębkiem.

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  56. Jak to mówią – człowiek uczył się na błędach. Elizabeth właśnie to zrobi, jeśli już dojdzie do siebie po szoku wywołanym kąpielą i lekkim stresem. Teraz już będzie wiedzieć, że autobus kursuje – jakże by inaczej – jednak w ściśle określonej porze. Dlatego będzie musiała sobie tak układ plan dnia i czuwać nad zegarkiem, żeby drugi raz ta sama sytuacja się nie powtórzyła. Nie było to chyba nic trudnego? Szczególnie, że miała się w Mount Cartier osiedlić, a jakoś do pracy trzeba się było dostać.
    Zapewne gdyby teraz wybrała się na spacer do Churchill (zakładając oczywiście, że znalazłaby kota i udałoby się jej jakimś cudem naciągnąć na siebie mokre ciuchy) to umarłaby szybciej niż mogłaby przypuszczać. A jako że droga była mało uczęszczana to może znaleźliby jej ciało rano, kiedy ruszałby autobus z Mount Cartier. Scenariusz czarny i Betty wolałaby, że się nie spełniał. Nie potrafiła się jednak skupić na tyle by dotarła do niej powaga sytuacji. Gorączka skutecznie jej to uniemożliwiała – gdyby mogła to dzielnie ruszyłaby drogą starając się nie przewrócić. Kiedy straciłaby orientację albo przytomność? Pewnie bardzo szybko. Na szczęście nie dane będzie jej to sprawdzać – chyba.
    Również gdyby nie wcześniejsze przygody to pewnie zaśmiałaby się na stwierdzenie mężczyzny iż nikt nie zdecyduje się wynająć lokum na dłużej w ciągu chwili. Nie było to bowiem zbyt pomocne i mogło człowieka dobić. Całe szczęście Betty totalnie nie zwracała na to uwagi, zupełnie jakby się tym w ogóle nie przejmowała. A kiedy gorączka minie, na pewno zacznie.
    - Na zawsze – odpowiedziała cicho, kiedy usłyszała pytanie, na ile chciałaby się w Mount Cartier zatrzymać. Wyglądało na to, że kobieta odpowiedziała szczerze. Nie śpieszyło się jej ani do Teksasu, ani do innego miasta w Ameryce czy też zupełnie innym kontynencie. Chciała tutaj zostać, nawet jeśli pierwszego dnia spotkała ją nieprzyjemna kąpiel i powrót do przykrych wspomnień. Wolała dać temu miejscu jeszcze jedną szansę, ponieważ od samego początku podobało jej się zarówno w Churchill jak i Mount Cartier. Nie chciała tego zmieniać.
    Wiedziała, że była obcą osobą i zapewne nikt nie będzie chciał jej z marszu wynająć mieszkania. Ale czy to znaczyło, że nie powinna próbować? Powinna! Chociaż miałaby lepsze szanse jeszcze jakiś czas temu, gdyby nie siedziała otulona kocem, walcząca z gorączką, dreszczami i katarem, który nieproszony zagościł w jej organizmie na stałe.

    Elizabeth Wood

    OdpowiedzUsuń
  57. Na samą wzmiankę o perfekcjonizmie Amandy, poczuła coś na kształt nostalgii. Niejednokrotnie była przecież świadkiem urządzania przyjęć przez matkę Cesara, sama czasami pomagała w przyrządzaniu niektórych potraw, chociaż i tak częściej raczej oddelegowywana była do dekorowania stołu i upewniania się, że panowie stawiają wszystko w odpowiednich miejscach. Takie chwile zawsze kojarzyły jej się z ciepłem i miłością, których w jej domu nigdy nie było tak wiele ani nie były one okazywane w tak prosty sposób. Oczywiście Margaret była dobrą matką, samodzielnie przecież wychowała ją na rozsądną i mądrą dziewczynę, z czasem kobietę, brakowało jej jednak tej matczynej umiejętności okazywania uczuć. Od zawsze odnosiła się do Vivian bardzo szorstko, łagodniejąc zaledwie w kilku sytuacjach, gdy przykładowo przychodziła z płaczem naskarżyć na gnębiącą ją nauczycielkę czy atakującego ją psa sąsiadów. Chwile takiej troski mijały jednak stosunkowo szybko, a im starsza Vivian się stawała, tym trudniej było im znaleźć wspólny język i porozmawiać inaczej niż półsłówkami czy podniesionym głosem. Konflikty pokoleniowe występowały u nich w domu jeszcze na długo przed wyjazdem młodszej Amondhall i chociaż nie raz Viv próbowała wyciągać rękę na zgodę, to nigdy nie udało im się pogodzić ich ciężkich charakterów. Cesar mógł więc uważać się za prawdziwego szczęściarza, posiadając tak kochającą się rodzinę, co dosyć często mu wytykała, gdy jeszcze byli razem. Wtedy udało jej się poznać namiastkę tej miłości i rodzinnego ciepła, do którego w ciągu kilku lat związku nawet rodzice Calderona zdążyli ją przyzwyczaić.
    Teraz odsunęła jednak od siebie myśli o Amandzie, Johnie i skupiła się na samym mężczyźnie siedzącym obok niej. Uciekanie spojrzeniem przez całą podróż nie wyglądałoby naturalnie, mogła więc równie dobrze przyzwyczaić się do widoku Cesara. Tym bardziej, że nic nie wskazywało na to, by miała szybko opuścić Mount Cartier i już nigdy więcej się w nim nie pokazywać. Właściwie im więcej dni spędzała w tym miasteczku, im częściej budziła się w swojej starej sypialni i spoglądała przez okno na uginające się od naporu śniegu korony drzew, tym większe odnosiła wrażenie, że bardzo trudno będzie jej stąd ponownie wyjechać. Odnawiana relacja z jej blondynem nie ułatwiała dodatkowo tej sytuacji ani podjęcia po raz drugi tak radykalnego kroku.
    Gdy on mówił, ona nieco bezwstydnie przyglądała się mu, zestawiając sylwetkę ze swoich wspomnień z tym, co widziała obecnie. Zmian było tak wiele, a jednocześnie odnosiła złudne wrażenie, że rozpoznałaby go nawet, gdyby spotkała go na najruchliwszej ulicy Vancouver. Włosy miał podobnie ścięte jak tych dziesięć lat temu, kiedy sama czasami stawała z nożyczkami w ręce i przycinała mu je o kilka milimetrów. Być może miał teraz większy zarost, ale to nie musiało wcale wynikać z przyzwyczajenia, a ze zwykłego braku czasu na podcięcie go, co nawet nie zdziwiłoby Vivian. Podobnie nie szokowały jej zmiany jakie zaszły w jego sylwetce, a których była świadoma już po ostatnim ich spotkaniu i teraz, po tym jak zdjął grubą kurtkę tylko się w tym upewniła. Nawet ciepłe swetry nie mogły ukryć szerokich barków, silnych ramion ani wyraźnie umięśnionej sylwetki, co niewątpliwie było zasługą bardzo ciężkiej pracy na kutrze. Zmienił się fizycznie i chociaż już kiedy wyjeżdżała był przystojny i wysportowany, to teraz jeszcze bardziej przykuwał kobiecą uwagę doświadczeniem i specyficzną aurą męskości, której Amondhall nie byłaby w stanie nawet określić. Wiedziała jednak, że jedno w Cesarze nie zmieniło się nawet w maleńkim stopniu – oczy. Hipnotyzowały ją już podczas tamtego znamiennego ogniska i teraz nie było inaczej. Nadal miały na nią tę samą moc, nic więc dziwnego, że była wdzięczna za możliwość siedzenia na tej kanapie i nie okazywania jak bardzo drżą jej nogi.
    Nalewka mogła w pewien sposób pomóc, dlatego odebrała swój kieliszek z wdzięcznością wymalowaną na bladej buzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tak, Kat wspominała mi, że Candoverom udało się w końcu wygonić Solane — przyznała z nutką rozbawienia w głosie, bo chyba każdy kto był w wieku najmłodszych osób z tej rodziny, wiedział co myśli o miasteczku jedyna dziewczyna wychowująca się w tym domu. Gdyby Vivian miała takie samo podejście do tego miejsca i swojej pracy; gdyby potrafiła zapomnieć o swojej pasji… możliwe, że nie siedzieliby teraz jak na szpilkach, tylko w nieco milszy sposób spędzali te Walentynki. — A Ginę słyszałam kiedyś. W radiu chyba albo w markecie… — powiedziała, wzruszając ramionami, bo oprócz tego że rozpoznała znajome nazwisko, to nigdy więcej nie usłyszała tej piosenki i nawet nie zainteresowała się szczególnie karierą jednej z mieszkanek Mount Cartier. Tak naprawdę mieszkając w Vancouver starała się w ogóle nie myśleć o miasteczku i wszystkich tych, których pozostawiła tutaj praktycznie bez słowa. Zbyt wielkie poczucie winy wtedy czuła…
      Z nieco większym zainteresowaniem słuchała tego, co działo się u niego, chcąc właściwie ciągnąć go za język, pomimo tego że wiele z tych rzeczy wiedziała już od Kat. Wiedziała, że wyjechał, wiedziała, że wrócił, wiedziała, że pływał, a mimo to lepiej było to słyszeć z ust osoby, której dotyczyły te wszystkie informacje. Przyszła jednak jej kolej na chociaż częściowe zwierzenia, musiała więc ograniczyć swoją ciekawość.
      — Tak… w pewnym stopniu tak. Projektuję biżuterię, dosyć elegancką i coraz bardziej popularną. Udało mi się nawiązać współpracę z pewnymi osobami, z którymi stworzyłam nową markę biżuterii i otworzyliśmy pierwsze salony w Vancouver. Powoli zaczynamy też internetową wysyłkę na cały świat… Mam po prostu firmę, która całkiem nieźle prosperuje — wyznała, upijając łyk swojej nalewki. Pod względem zawodowym może faktycznie udało jej się wszystko zrobić, ale cała reszta jej życia… ono było w rozsypce od bardzo, bardzo dawna.

      Usuń
  58. Oj, akurat o swoje stosunki z Margaret to Cesar nie musiał się martwić ani trochę. Odkąd tylko po raz pierwszy Margaret nakryła ich na ganku żegnających się w dosyć wymowny sposób, to okazywała wszelkie zadowolenie dla relacji jaka rozwijała się pomiędzy nim a samą Vivian. Był jej wymarzonym zięciem, idealnym kandydatem na męża i przede wszystkim porządnym mężczyzną, który nigdy nie zostawiłby jej córki w taki sposób, w jaki zrobił to ojciec Viv – nie pomyliła się zresztą ani trochę. To nie on zostawił ją, tylko ona jego i dlatego Margaret nie zamierzała jej nigdy wybaczyć. Ani zapomnieć jak bardzo była w tamtej chwili podobna do swojego cholernego ojca, którego pani Amondhall nie widziała już przeszło trzydzieści lat. Nic więc dziwnego, że stanęła po stronie tego pokrzywdzonego i wspierała Cesara na tyle, na ile pozwalał jej wstyd. Obrzydliwie wstydziła się decyzji jakie podjęła Vivian, nie mogła nic na to poradzić ani tym bardziej nie okazywać swojej niechęci, gdy córka w końcu pojawiła się w miasteczku. Gdyby wiedziała, że tylko przez chorobę sprowadzi ją do domu, to na pewno już dawno postarałaby się o chwilową niedyspozycję.
    Na szczęście w tej chwili Margaret pozostawała zupełnie nieświadoma tego, gdzie oraz z kim Vivian spędza ten wieczór, nie mogła więc snuć żadnych domysłów ani liczyć na nagłe zapomnienie o wszystkich latach nieobecności i powrót do relacji sprzed wyjazdu. Tak się niestety nie dało. Nie mogli przeskoczyć nad sprawami, które ich poróżniły i udawać, że nic się nie stało. Nie mogli nawet liczyć na to, że po tej rozmowie w cztery oczy cokolwiek w ich życiu jeszcze się zmieni. Vivian przynajmniej nie dawała sobie żadnych nadziei, nie interpretowała tego w żaden sposób ani nie wyprzedzała faktów. Skupiała się tylko na tym, co było tu i teraz, bo przeszłość… była tylko przeszłością, do której nie miała prawa wracać. W końcu to jej decyzje i jej marzenia doprowadziły ich do obecnej sytuacji.
    Ona była przyczyną wszystkiego, co wydarzyło się (i tego, czego nie zdążyli zrobić także) w ich związku, co zresztą widać było na pierwszy rzut oka. Być może nie wyróżniała się aż tak z tłumu jak większość turystów, ale do miejscowych także ciężko byłoby ją już zaliczyć. Zmieniła się chociażby pod względem stylu, w którym nie było już prawdopodobnie miejsca na za duże szorty i koszulki wygrzebane w secondhandach. Nie nosiła niezgrabnie wydzierganych przez któregoś członka rodziny szalików, tylko ładnie obszyte, delikatne w dotyku szale i rękawiczki z polarem, których pozazdrościłaby jej niejedna rówieśniczka. Nie miała na sobie starej kurtki noszonej przez kilka lat, ale nieco elegancki płaszczyk ze sztucznym futrem. Być może nie był markowy i na pewno nie kosztował ją więcej niż trzysta dolarów, ale na pewno sprawiał, że wyróżniała się w nim na tle rodowitych mieszkańców miasteczka, chodzących w czym popadnie lub w tym, co pasowało na nich po którymś członku rodziny. Nie pasowała już do tego klimatu, a jednocześnie świetnie się w nim odnajdywała, gdy wygrzebywała z dna walizki przylegający do ciała, ciepły, gruby sweter w kolorze cappuccino, w którym obecnie siedziała w kokpicie. Nie szastała pieniędzmi na prawo i lewo, tym bardziej że dopiero od jakichś dwóch lat jej małe marzenie zaczęło przynosić realne zyski, ale na pewno ubierała się prosto i w miarę elegancko, a to było niestety widoczne w Mount Cartier.
    Jej sukces spowodował więc sporo zmian, na które wcześniej nawet nie zwracała uwagi, gdy początkowo ledwo wiązała koniec z końcem w Vancouver. Nikt, nawet Kat, nie wiedział do końca jak ciężkie były dla niej te pierwsze lata życia na własną rękę poza miasteczkiem. I dlaczego właśnie czuła taką dumę, gdy w końcu mogła powiedzieć, że jej się udało.
    Pytanie o Vancouver zaskoczyło więc ją odrobinę i musiała upić kolejny mały łyk nalewki, by zastanowić się nad odpowiednią odpowiedzią. Mogła koloryzować i mówić, że wszystko było perfekcyjne, ale po co? Nie tak miał chyba wyglądać ten wieczór.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jak się żyje w Vancouver? Ciężko… i tłocznie — stwierdziła, marszcząc odrobinę nos na samo wspomnienie tych tłumów w centrum miasta, które maszerowały przez przejścia dla pieszych i w których ona codziennie też obijała się o nieznajomych, próbując dotrzeć na umówione spotkania. — Od dwóch lat, odkąd Emint zaczęło działać nie jest już tak źle, bo mogłam wynająć porządniejsze mieszkanie i gotować na kolację coś więcej niż makaron z serem, ale wcześniej różnie bywało. — Wzruszyła lekko ramionami, niby żartując, ale tylko ona tak naprawdę wiedziała ile było w tym wszystkim prawdy.
      — Vancouver potrafi przytłoczyć, trudno tam znaleźć miejsca, w których byłoby cicho i nie słychać by było trąbienia aut, ale przywykłam już do tego. Ludzie też zdarzają się różni, ale mam kilku znajomych na których mogę polegać bez względu na wszystko. Chociaż w pierwszym roku myślałam, że zwariuje i przy najbliższej okazji wyskoczę przez okno — tym razem już szczerze zażartowała, uśmiechając się mimowolnie na wspomnienie tamtych czasów. Teraz mogło ją to bawić, ale wtedy… żyła w dziwnych warunkach, miejscach i miała kontakt z dziwnymi ludźmi.
      — Z branży jedni zazdrośni, drudzy chciwi, a trzeci, szczerze lub też nie, pomocni. Trzeba na każdym kroku uważać komu się ufa, ale metodą prób i błędów chyba zdobyłam zgrany zespół. Przynajmniej nie boję się być tutaj i zostawić wszystko w ich rękach.. chociaż lepszy zasięg i możliwość korzystania z sieci komórkowej byłoby na pewno pomocne — przyznała, kręcąc głową.
      Cóż, pewne kwestie życia w Mount Cartier chyba nigdy się już nie zmienią…
      — A jak Twoje życie? Oprócz spędzania oczywiście czasu na kutrze. Jak Ci się układa, jak… sobie teraz radzisz? — spytała, bo im więcej sama mówiła, tym większą miała ochotę zmienić temat i dowiedzieć się czegoś o nim. — Słyszałam od Kat, że… też wyjechałeś.

      Usuń
  59. Sama była ciekawa ile czasu będzie trwało jej na zawsze. Bo jeśli już pierwszego dnia omal nie utonęła czy prawie nabawiła się hipotermii to czarno można było widzieć jej kolejne dni w tym miasteczku. Z drugiej strony – to się nazywa chrzest bojowy! Teraz już mogła czuć się w Mount Cartier jak w domu i nikt nie miał prawa jej tego zabronić, o! Jedyne czego mogła teraz żałować to fakt, iż przy okazji nie udało jej się złowić ryby. Wtedy to dopiero by ludzie gadali!
    Odprowadziła mężczyznę wzrokiem mocniej zaciskając palce na kocu. O ile czuła się teraz niezręcznie wiedząc, że jej ubrania jeszcze się suszą to perspektywa zostania w tym miejscu w samotności napawała ją lekkim przerażeniem. Nawet nie wiedziała dlaczego. Ogień w kominku przyjaźnie trzaskał, gdzieś dalej dało się słyszeć spory tłum – na pewno mogła się czuć bezpiecznie.
    Mimo to z ulgą przyjęła powrót mężczyzny do pokoju. Odebrała od niego kubek jedną ręką nie chcąc puszczać koca.
    - Dziękuję – odparła cicho czując, że i jej głos nieco osłabł. Zdawała sobie sprawę, że mężczyzna w sumie nie miał szczególnego wyboru, kiedy ofiarował jej pomoc w postaci uratowania życia i zaoferowania koca, ale nadal była bardzo wdzięczna – nawet jeśli teraz nie potrafiła tego okazać w stu procentach. Złe samopoczucie skutecznie jej to uniemożliwiało.
    Niemiłe drapanie w gardle uświadomiło kobietę, że na uciążliwym kichaniu się nie skończy. I być może się jej wydawało, ale mięśnie drgały zdecydowanie z mniejszą częstotliwością i prawdopodobnie jej usta nie miały już sinobladego odcieniu. Nadal jednak czuła się kiepsko i nie mogła wyjść z podziwu iż mężczyzna nie miał nawet kataru.
    Upiła mały łuk tutejszej metody i mimowolnie lekko się skrzywiła czując jak procenty uderzają w jej tchawicę. Mogła się jedynie cieszyć, że nalewka rozcieńczona była herbatą, bowiem Betty i alkohol nie szły raczej w parze. Mimo to smak ciepłego napoju zdecydowanie poprawiał syrop klonowy, który to kobieta uwielbiała.
    - Jeśli aktualnie dzięki mnie nie musisz teraz pracować... Wisisz mi kawę i ciasto – stwierdziła żartując i nawet udało jej się posłać mężczyźnie coś na kształt uśmiechu. Upiła kolejny łyk herbaty mając nadzieję, że postawi ją bardziej na nogi, bowiem nie zamierzała skonać po drodze do Churchill. Była też przyzwyczajona, że jest samowystarczalna, więc kiedy niska temperatura jej ciała zwalała ją z nóg – mogły się nie polubić.

    Elizabeth Wood

    OdpowiedzUsuń
  60. [Przyszłam tutaj, a co! Dziękuję za tyle miłych słów, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pisać. :) Pewnie słyszałaś to wiele razy, ale każda Twoja karta jest świetnie rozpisana. Zazdroszczę każdemu, kto umie tak dopracować postać. Zdjęcia piękne, można się zakochać w tych jego błękitnych oczach. Sam tekst świetnie oddaje klimat kanadyjskiego miasteczka, choć Cesare wydaje się dosyć smutną postacią. Jeżeli chcesz, to może uda nam się coś razem wymyślić?]

    Angus Shaw

    OdpowiedzUsuń
  61. - Ty mnie chyba nigdy nie słuchasz, co? - rzuciła, patrząc na niego z ukosa, a potem unosząc jeden kącik ust wysoko do góry. - Byłam już kilka razy na statku, nigdy nie wypłynęłam daleko, bo nie było okazji, ale kiedyś stary znajomy pozwolił mi przepłynąć się jego łódką i nawet stałam przez pewien czas za sterami. Już Ci kiedyś o tym opowiadałam - dodała, kręcąc głową z udawaną dezaprobatą dla jego prawdopodobnej sklerozy.
    Weszła za Calderonem do kapitanki, w której ciepłe powietrze mieszało się z przeróżnymi zapachami. Kat zaczęła rozglądać się dookoła, muskając wszystkie sprzęty delikatnie opuszkami palców. Inne statki, na których była w czasie młodzieńczych lat, nie były tak dobrze wyposażone jak ten od Cesa i na pewno nie były tak unowocześnione. Zaczęła powoli rozpinać kurtkę, kiwając jednocześnie głową i przygryzając mimowolnie dolną wargę. Cmoknęła cicho pochlebnie i spojrzała na Cesara, który wyglądał niezwykle dumnie przy sterach i wszystkich innych, podobnych urządzeniach dookoła.
    - No, nieźle się tutaj urządziłeś - powiedziała, zdejmując kurtkę i rzucając ją niedbale na kanapę. Podeszła do niego i podwinęła rękawki bluzki, krzyżując następnie ręce pod piersiami. - Nie wiem, do czego służy połowa tych ustrojstw, ale z chęcią się dowiem. Mama zawsze mówiła, że lubiłam się uczyć i dokształcać. Podobno - zaśmiała się ochryple, a potem szybko odwróciła głowę, aby dyskretnie pociągnąć nosem. Ta pogoda naprawdę działała jej na nerwy i słaby układ immunologiczny. - To gdzie płyniemy? - spytała w końcu, zaciekawiona.

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  62. [Podoba mi się ten pomysł z ogniskiem nad jeziorem. W końcu pokusiłabym się na jakiś wątek męsko-męski, bo właściwie nigdy takiego nie pisałam albo się nie rozwinął. A trzeba próbować czegoś nowego. ;) Chyba że masz jakiś inny pomysł na wątek między Angusem a Ferranem lub Tilią. Bo u mnie właśnie jest kiepsko z wymyślaniem i dlatego zrzucam cały ten trud na Twoje barki. :<]

    Angus Shaw

    OdpowiedzUsuń
  63. Faktycznie, wskazanie jednej osoby na powód rozpadu ich związku byłoby trudne. Vivian przez te wszystkie lata życia poza Mount Cartier obwiniała oczywiście samą siebie i tylko czasami nachodziły ją myśli, że Cesar też nie był do końca bez winy. W głównej mierze zawiniła jednak ona, bo może i Calderon nie uwierzył w możliwość osiągnięcia sukcesu w branży jubilerskiej, może nie chciał wyjechać z rodzinnego miasta, ale to ona postawiła tę kropkę nad i. To ona pojechała na lotnisko, kupiła bilet w jedną stronę i tak po prostu zniknęła, jakby nic więcej nie liczyło się już dla niej. To ona zamiast uciec z tego cholernego samolotu i wrócić w jego ramiona, postawiła na nieznaną, niepewną przyszłość, która niejednokrotnie ani trochę jej się nie układała ani nie wyglądała tak, jak sobie wymarzyła. Obiecała sobie jednak, że nie wróci z podkulonym ogonem i to był jej kolejny błąd, bo gdyby po tych dwóch ciężkich latach pojawiła się w miasteczku, to po jego powrocie mogliby zacząć wszystko od nowa, stworzyć rodzinę o jakiej często pod koniec związku zaczynali wspominać i po prostu cieszyć się sobą. Gdyby nie była taka uparta i skoncentrowana na osiągnięciu czegoś więcej niż przydomka gospodyni domowej… pewnie nazywałaby się już Calderon i przelewałaby swoją miłość nie tylko na Cesara. Więc nie, to na pewno nie on był winny rozpadowi ich związku. W tamtej chwili wybrał po prostu to, co było jego pasją i co było na pewno bezpieczniejsze. Jej w końcu wcale nie musiało się udać nawet po tych kilku latach i wtedy byliby bez niczego, jedynie z problemami finansowymi i nawet w Mount Cartier nic by już na nich przecież nie czekało. On zachował po prostu resztki rozsądku, którego jej za młodu brakowało i jak widać nie wyszedł na tym źle. Robił to, co kochał, był tu, gdzie chciał być i wiódł szczęśliwe życie u boku rodziny. Na tym zawsze mu zależało i tego mu życzyła nawet ona, gdy od czasu do czasu wracała myślami do tych szczęśliwych dla niej dni. Związek z Cesarem – oprócz końcowego etapu zakładania firmy i otworzenia jej – był najszczęśliwszym okresem w jej życiu. Nawet otworzenie pierwszego butiku nie miało dla nie takiego znaczenia, jak oczekiwałaby, bo zbierając gratulacje od znajomych, podświadomie wiedziała, że brakuje jej w tym miejscu jednej, ważnej osoby. Oczywiście z czasem jej uczucia zostały zapomniane, ale teraz, gdy wróciła na stare śmieci i na każdej uliczce wracały do niej jakieś wspomnienia… ciężko było nie wracać do tych chwil, emocji i wszystkiego co przeżyli razem. Cesar w końcu zawsze był i będzie jej pierwszą miłością, na którą nawet nie wiedziała czy może liczyć. W końcu on był starszy, a ona miała raptem głupie siedemnaście lat, gdy odważyła się go pocałować. Była gówniarą, której jakimś cudem udało się zdobyć najlepszego chłopaka, jakiego tylko mogła sobie wymarzyć. To były jednak stare czasy, niewiele mające wspólnego z obecną rzeczywistością.
    A skoro o niej już mowa… Vivian skorzystała oczywiście z chwili, w której Cesar podniósł się odwiesić swoje okrycie i sama także pozbyła się wszystkiego, co było jej zbędne. W kabinie zrobiło się już stosunkowo ciepło. W swoim delikatnym w dotyku i ciepłym swetrze nie powinna więc zmarznąć, tym bardziej że ogrzewanie nie będzie zapewne wyłączone nawet gdy już wypłynęli na środek jeziora. Tak późnym wieczorem niewiele mogli co prawda zobaczyć oprócz zarysu koron drzew oraz wystających szczytów gór, ale nie przyszli tutaj dzisiaj na podziwianie krajobrazu. Na taką wycieczkę być może Cesar pozwoli jej popłynąć kiedyś indziej… Najlepiej w cieplejszej porze roku!
    Przekrzywiła lekko głowę, odgarniając sobie przy okazji jasne włosy na jedno ramię, by nie przeszkadzały jej zbytnio, a przede wszystkim nie wpadały jej do buzi, gdy sięgała po kolejną kostkę smakołyku Amandy. Naprawdę nie potrafiła się mu oprzeć, gdy stał na tym stoliku i kusił ją swoją słodyczą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchała jednak Cesara uważnie, chcąc wycisnąć jak najwięcej z dzisiejszej rozmowy, dowiedzieć się o nim wszystkiego, co przegapiła przez te dziesięć lat. Musiała być w tym jednak wyjątkowo kiepska, bo Ces milczał jak zaklęty i żadnego tematu nie rozwijał, przez co tak naprawdę nie miała pojęcia co działo się w jego życiu. Świadomość, że był w marynarce i przejął obowiązki ojca, to ciągle było za mało dla niej. Za mało jego, za mało przeżyć i emocji, które by jej pokazał…
      — Wiem… Wiem, że nie było Cię cztery lata i gratuluję, bo zdaję się, że nie poszły one na marne — stwierdziła, mimowolnie przyznając się, że czasami wypytywała Kat o niego, bo zwyczajnie nie potrafiła inaczej. Gdy tylko kontaktowała się z kimś z rodziny, to do jej głowy zaraz jak bumerang wracał Cesar i musiało minąć kilka dni (czasem tygodni), zanim udawało jej się znowu zakopać w swojej pamięci. Mimo to wiedziała, że zdobył wysoki stopień i że było to coś ważnego, godnego pogratulowania. — Twoi rodzice byli pewnie dumni… — Sama byłaby, gdyby miała okazję pojawić się na uroczystości wręczenia takich odznaczeń. To musiał być ważny dla niego dzień i na pewno miło go zapamiętał.
      Gdy padło kolejny pytanie, to tylko przez chwilę bawiła się swoim pustym kieliszkiem, nim ostatecznie przesunęła go w kierunku Cesara. Jeden wypity kieliszek, to było za mało dla niej, by przechodzić na te tematy, na które powoli wkraczali, bo jednego była akurat pewna – długo o pracy nie będą w stanie dyskutować.
      — Właściwie… nie wiem — przyznała w końcu z cichym westchnieniem, uciekając tylko na kilka sekund spojrzeniem. Było tyle niewiadomych, które mogły wpłynąć na jej decyzje o powrocie. Przede wszystkim pod uwagę brana była choroba Margaret i jej niedyspozycje, z którymi dopiero po jakimś czasie nauczy się funkcjonować samodzielnie, ale nie tylko to miało zawarzyć na jej wyjeździe. — Nie wiem kiedy polepszy się matce, a nie mogę zostawić jej z tym wszystkim samej. W firmie sobie poradzą, projekty i tak rysuję w domu, i pewnie pod koniec miesiąca pojadę do Churchill wysłać je z jakiegoś pewniejszego źródła niż ten stary grat w sklepie — powiedziała spokojnie, mając na myśli oczywiście ten pradawny komputer na żetony, z jakiego można było korzystać za stosowną odpłatą. Jej projekty nie mogły zaginąć gdzieś pomiędzy skrzynkami mailowymi, dlatego będzie pewnie musiała wysyłać je pocztą do Vancouver albo właśnie korzystać z udogodnień w Churchill, gdzie internet działał o wiele lepiej. A im dłużej Vivian była w Mount Cartier, tym większe odnosiła wrażenie, że firma nie cierpiała ani trochę na jej nieobecności i równie dobrze mogła zostać na dłużej niż początkowo planowała. Ten „planowany” miesiąc zresztą i tak już minął, a ona nadal siedziała tutaj i rozmawiała ze swoją dawną miłością. Albo próbowała…
      Ces… przepraszam za wszystko, co działo się przed moim wyjazdem. Zachowywałam się jak obrażona gówniara i nigdy nie powinnam… Po prostu przepraszam, że musiałeś przez to przejść.
      … i wychodziła jedynie na idiotkę.

      Usuń
  64. Nie ma co, w miasteczku chowaja się uzdolnieni literaci, a jednym z nich jest Cesar! Nie dość, że udało mu się wleźć na podium, to jeszcze w jakim stylu. Za pięknego drabble'a leci do Ciebie ikonka z Pojedynku Mistrzów! :)

    OdpowiedzUsuń
  65. Akurat Elizabeth należała do ludzi, którym ciągle dostawało się od życia i nigdy nie miały łatwo i chociaż wiele razy zawiodła się na innych to nadal sama wyciągała pomocną dłoń, kiedy ktoś tego potrzebował. Taka już była i chyba nie potrafiła tego zmienić. Życie z dobrym sercem nie należało do łatwych i nawet jeśli często nazywana była naiwną to nadal wolała nieść pomoc potrzebującym niż stać się zimną jak lód kobietą, która goni za swoją karierę byle dalej, byle szybciej. Zdecydowanie nie. Bywało, że później miała kilka dni mini depresji, ale potrafiła to zwalczyć. Teraz na przykład całkowicie zmieniła środowisko, adres, pracę i miała ambitny plan zaczęcia swojego życia od nowa! Jeśli tylko wszystko wypali to będzie najszczęśliwszą osobą pod słońcem, która całkowicie zapomni o przeszłości. Już nie mogła się doczekać. Chociaż teraz się na to nie zapowiadało, bo siedziała zmarznięta – to postanowiła walczyć.
    - Zrobię ci najlepszą kawę na świecie, jeśli tylko ty zajmiesz się ciastkiem – stwierdziła uśmiechając się lekko. O ile z gotowaniem nie miała najmniejszego problemu to wszelkie wypieki były jej zmorą – widocznie nie była najlepszym materiałem na żonę. Czasami miała lepszy dzień, gdzie jej łakomstwo na słodkie objawiało się próbą pieczenia to zwykle kończyło się pełnym koszem zakalca bądź innej niejadalnej papki. Nie wiedziała w czym problem, ale zawsze zwalała na piekarnik, mikser, blaszkę i inne sprzęty, które niszczyły jej cukiernicze zdolności!
    - To znaczy... Zrobię ci kawę, jak będę miała czajnik i kuchenkę gazową, bo na zapleczu biblioteki gorącej wody nie znajdziemy – dodała przypominając sobie, że jeszcze nie ma dachu nad głową, gdzie nie będzie musiała spać na podłodze i na śniadanie pić szklankę wody zamiast pysznej gorącej herbaty lub kawy.
    - Cesar... - zaczęła niepewnie upijając kolejny łyk magicznej mikstury czując, że albo zaraz umrze albo naprawdę jej to pomoże. - Przychodzi ci do głowy jakieś miejsce, gdzie mogłabym przenocować? Muszę jeszcze znaleźć Brego, będzie środek nocy – dodała, kiedy coraz bardziej do jej głowy przebijała się myśl, że utknęła tutaj nie mając gdzie się podziać, a czarny kocur błąka się gdzieś i być może szuka cieplejszego miejsca.

    Elizabeth

    [Wybacz, że tak rzadko odpisy, ale uczelnia i praca zżerają czas jakby nic innego nie jadły...;/]

    OdpowiedzUsuń
  66. Chociaż Elizabeth należała do wielbicieli herbat, bowiem kupowała je tonami, to nadal mimo wszystko lubiła budzić się rano i pierwsze co robić po otwarciu oczu to kawę, ciesząc się z aromatu jaki ze sobą niosła po całym mieszkaniu. Betty w ostateczności kupowała herbatę w zwykłym supermarkecie, gdzie pełno było różnych opakować z torebkami, ponieważ zdecydowanie bardziej wolała smak oryginalnych liści, nie ważne czy była to herbata zielona czy biała. W zapasach były i żółte, i Rooibos. Jednak rano zawsze był młynek, świeżo zmielone ziarna kawy i ekspres. Teraz było o wiele gorzej, bowiem Elizabeth prawie nic ze sobą nie wzięła, a też nie miała pojęcia jak zaopatrzone są tutaj sklepy – domyślała się, że zielonej herbaty sencha tutaj nie znajdzie. A i do pieczenia pewnie się nie zabierze, a jeśli spadnie jej poziom cukru we krwi to zadowoli się zwykłym batonem...
    - Całą blaszkę? Nie wiem jakie masz znajomości, ale już mi się podoba – stwierdziła uśmiechając się pod nosem. Czuła się naprawdę zmęczona, ale jakaś cząstka kobiety nie zauważała już beznadziejności sytuacji. Może i będzie chora, nie miała jak wrócić teraz do biblioteki, zgubiła chwilowo swojego jedynego teraz przyjaciela, ale kiedy ciepło herbaty przepływało przez jej przełyk, nawet zauważyła jakieś światełko w tunelu. Przecież zawsze mogło być gorzej, prawda? Szybko wyzdrowieje, znajdzie kota, wróci na zaplecze biblioteki... Tak, wszystko będzie dobrze.
    - Powiedziałabym, że nie chcę ci sprawiać więcej problemów, już i tak zrobiłam świetne pierwsze wrażenie. Ale obawiam się, że jeśli znajdzie się kawałek podłogi i dach nad głową do rana to bardzo chętnie skorzystam. Obiecuję, że jakoś się odwdzięczę – odpowiedziała cicho nie chcąc nawet myśleć o tym, że miałaby się błąkać gdzieś po wiosce i szukać dobrej duszy, która przygarnie całkiem obcą osobę pod swój dach w środku nocy. Czy znalazłby się taki szaleniec? Elizabeth jeszcze nie wiedziała za dużo o mieszkającej tutaj społeczności, nie miała pojęcia jak zareagowaliby, kiedy ktoś szukałby chwilowego, nagłego noclegu.
    Nie chciała myśleć o tym, że miałaby się zwalić swoją osobą pod dach obcego mężczyzny, czy też całej jego rodziny. Zdecydowanie wolała pomyśleć o tym, że nie będzie nocować w lesie i na pewno znajdzie Brego, którego z każdą kolejną chwilą brakowało jej coraz bardziej. Jakby nie patrzeć, był jedynym stworzeniem, któremu na dzień dzisiejszy ufała i którego doskonale znała.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  67. Kiedy już się zadomowi w Mount Cartier (a taki dzień na pewno w końcu się nadarzy) to z pewnością dotrą do niej słuchy i o rodzinie Marchandów. Umówmy się – tydzień, dwa czy nawet trzy tygodnie czekania były warte by napić się czegoś szczególnego, w końcu jeszcze bardziej doceniało się smak i chyba bardziej oszczędzało, szczególnie jeśli dany produkt należał tutaj do rzadkości.
    Mogła mu dziękować i dziękować, ale chyba nie chciała się powtarzać raz za razem. Były to w końcu tylko słowa, a dla niektórych ludzi one całkowicie nic nie znaczyły. Chociaż miały dużą siłę ranienia czy niosły również radość to były to nadal tylko słowa. W tej chwili Elizabeth nie miała nic więcej do zaoferowania, chociaż sama do tej pory otrzymała ciepło ognia, suchy koc i nawet dwa kubki z herbatą. Co więcej, zanosiło się na to, że otrzyma też kanapę, na której taka drobna istota zmieści się i wyśpi bez najdrobniejszego problemu oraz coś do zjedzenia – chociaż teraz o tym nie myślała, to ostatni posiłek był już daleką przeszłością i obiadem mogłaby nazwać herbatę z syropem. I chyba dzięki niej dreszcze zaczynały ustępować coraz bardziej. Do tej pory nie była tego świadoma, ale teraz już wiedziała, że doskonale było mieć władzę nad swoimi mięśniami.
    - Kolacja, ciepła kąpiel... Uważaj, bo codziennie zacznę skakać do tutejszego jeziora – stwierdziła i pewnie, gdyby nie to kiepskie złe samopoczucie to zaśmiałaby się budząc swoje iskierki w oczach do życia. Na razie jednak sił starczało jej jedynie do lekkiego uśmiechu, który na szczęście nie przypominał grymasu. Była jednak pewna, że musi wystarczyć jej sił, żeby to ona zajęła się czymś do jedzenia, co będą mogli nazwać kolacją. Jeśli teraz tylko w ten sposób mogła odwdzięczyć się mężczyźnie za suche ubranie i dach nad głową, chroniący ją od niedźwiedzi – zrobi kolację nawet jeśli będzie to ostatnia czynność jaką wykona w swoim życiu, ot co! Spójrzmy w prawdzie w oczy – na pewno nie dotarłaby do Churchill w jednym kawałku. Czy to niedźwiedź, mróz czy gorączka – coś na pewno zwaliłoby ją z nóg. Taki niedźwiedź to pewnie by się zlitował widząc taką ofiarę losu i nawet nie pomyślałby, żeby zatrzymać na niej uwagę na dłużej niż kilka sekund.
    - Poszukamy go? - spytała nagle mając na myśli oczywiście Brego. Spojrzała nawet na mężczyznę chcąc się upewnić, że nie będzie jej wmawiał, że kot sobie poradzi i nie stanie mu się krzywda. Owszem, był ssakiem drapieżnym, ale nada pozostawał kotem, który wylegiwał się w pościeli lub pod nią i uwielbiał, kiedy było cieplutko. Zresztą tak samo jak Elizabeth. Chociaż teraz ważniejsze dla niej było życie jej czarnego kocurka niż jej własne zdrowie.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  68. [Odzywam się pod tą kartą, ponieważ ma mniej komentarzy. Tak jak pisałam Ci wcześniej, wszystkie Twoje postacie są niesamowite i naprawdę nie wiem, na którą się zdecydować. Tym razem jest dokładnie tak samo. Obaj panowie są świetni. Wydaje mi się jednak, że tutaj jest mniejsze oblężenie - a przynajmniej tak się wydaje. Zdecydowałabym się więc na wątek tutaj, chyba, że wolisz inaczej? Zaraz będę nad czymś konkretnym myśleć. Widziałam komentarz jeszcze pod kartą Declana, nieładnie tak podglądać, a ja oczywiście na wątek jestem chętna! :) Dziękuję wraz z Coco za miłe słowa. Tak, dziewczyna na pewno ma dni, kiedy ma ręce pełne pracy, ale się nie zraża ;)]

    Coco Grant

    OdpowiedzUsuń
  69. Czy zauważyła, że zrobiło się ciszej? Raczej nie. Nie potrafiła się skupić na otaczającej ją rzeczywistości i zdawało się, że reakcje miała nieco opóźnione. Lekarz na pewno widziałby w tym jakieś słabe objawy hipotermii, ale Elizabeth nie miała prawa zamarznąć, kiedy została tak dobrze ugoszczona. Chociaż perspektywa zakładania z pewnością wilgotnych ubrań nie należała do szczytu marzeń kobiety, to wiedziała, że musi to zrobić. Nie będzie przecież wiecznie siedzieć przy kominku czekając aż wszystko samo się rozwiąże. To znaczy, że kot sam się znajdzie, ubrania dobrze wyschną, ktoś podsunie jej kolejną herbatę pod nos i do z kawałkiem czekoladowego ciasta. Co to to nie! Należało zacisnąć zęby i z uniesioną głową iść do przodu! Nawet jeśli katar skutecznie zatkał nos, a palenie w gardle nie ustępowało tak łatwo, jak mogłoby się wydawać.
    Ucieszyła się więc, kiedy mężczyzna przystał na propozycję i zgodził się ruszyć w poszukiwania kota. Miała tylko nadzieję, że nie zmarznie przez nią bardziej, bo i tak miała wyrzuty sumienia, że skoczył za nią do jeziora. Na pewno nie planował takiej kąpieli i było jej z tego powodu naprawdę przykro. Mogła się jedynie cieszyć, że nie stało się nic poważnego, wszyscy byli względnie cali, a niedługo (taką miała nadzieję!) będzie miał okazję napić się kawy z prawdziwego zdarzenia. A na pewno postara się o coś więcej, żeby jednak miło ją wspominał – nie lubiła, kiedy ktoś kojarzył ją tylko z tych niemiłych zdarzeń, nawet jeśli był to czysty wypadek.
    Kiedy tylko drzwi za mężczyzną się zamknęły sięgnęła niepewnie po swoje ubranie. Jęknęła cicho czując, że nie tylko były jeszcze sporo wilgotne, ale co najgorsze - od środka czekało na nią przerażające zimno. Nie mając jednak wyboru naciągnęła na siebie spodnie, co utrudnione było przez sztywność materiału, jak i równie zesztywniałe palce kobiety. Szybko zrezygnowała z prób zapięcia guzika dochodząc do wniosku, że i tak nie będzie go widać spod o wiele za dużego polaru.
    Włożyła jeszcze buty i potrzymała chwilę dłonie obok trzaskających płomieni, żeby jeszcze trochę je rozgrzać i ruszyła ku wyjściu z pokoju starając się nie myśleć o tym, że na zewnątrz nie ma już kominka i temperatura na pewno nie wynosiła dwudziestu stopni.
    Odnalazła wzrokiem mężczyznę i uniosła ręce na boki pokazując mu swoją nową stylówkę... Polar na pewno o wiele lepiej wyglądał na Cesarze, bo jakoś nie zauważyła jeszcze żadnego pana, który wyglądał jakby miał na sobie worek na ziemniaki.
    - Może to dziwnie zabrzmi, ale kocham twój polar – wyznała szczerze, bowiem przyjeżdżając do Mount Cartier w jej walizce nie znalazła się ani jedna rzecz, która chociaż trochę przypominałaby ten ciepły materiał. Owszem, swetrów miała kilka, ale na pewno nie z taką dobrą izolacją ciepła. Musiała się chyba zaopatrzyć w tutejszym sklepie o kilka nowych rzeczy. Może nie w rozmiarze, w którym mogłaby się cała schować i opatulić, ale w głowie już powoli tworzyła listę.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  70. Szczęście w przypadku Vivian było pojęciem bardzo względnym i nie zawsze w pełni definiowało jej stan emocjonalny. Mogła mówić kuzynce, że jest szczęśliwa, gdy w końcu zaczęła zarabiać wystarczającą ilość pieniędzy, by pozwolić sobie na niewielkie mieszkanie – zaledwie czterdzieści metrów kwadratowych było niczym w porównaniu do domku w Mount Cartier, dla Amondhall jednak stanowiło ono luksus po tych wszystkich latach spędzonych na mieszkaniu z obcymi, często niereformowanymi osobnikami. W ciągu pierwszych pięciu lat potrafiła zmieniać swoje lokum nawet co dwa miesiące jeśli sytuacja tego wymagała, więc w chwili, gdy mogła wynająć coś tylko dla siebie, nawet jeśli była to tylko maleńka sypialnia i pokój dzienny połączony z aneksem kuchennym, to cieszyła się jak dziecko. Wtedy faktycznie odetchnęła z ulga i powiedziała Kat, że jest szczęśliwa, gdy w swoim (w końcu) cichym mieszkaniu mogła usiąść i napić się lampki wina. Wystarczyło jednak, że rozłączyły się, a niemal od razu poczuła jak ta niezakłócana nawet przez szmery w słuchawce cisza zaczyna jej przeszkadzać i brak w nocy obecności drugiej osoby w mieszkaniu przez kilka pierwszych tygodni był niemal nie do zniesienia. Nie była więc wtedy idealnie szczęśliwa.
    Podobnie nie poczuła też tego, gdy razem z resztą zespołu otwierali pierwszy butik. Właściwie bardziej od szczęścia czuła strach i zdenerwowanie, a jej obawy rosły praktycznie z każdą godziną zbliżającą ich do symbolicznego przekręcenia klucza w zamku i przecięcia małej wstęgi. Bo co będzie jeśli się nie uda, co jeśli zbankrutują i ich towar nie przypadnie do gustu żadnej kobiecie; co jeśli pomyliła się, co do swoich umiejętności, a wyprodukowane naszyjniki nadawały się do noszenia co najwyżej przez dziesięciolatki; co jeśli cały ten plan był tylko niemożliwą do zrealizowania mrzonką, dla której poświęciła nie tylko miasto, relacje z rodziną, ale także swoją pierwszą, wielką miłość? Bała się jak cholera, ale gdzieś tam też była szczęśliwa. I dlatego to mówiła Kat. Była szczęśliwa, ale nie tak, jak to sobie wyobrażała, kiedy myślała o otwieraniu pierwszego butiku, o wyprzedaniu całej pierwszej dostawy w raptem miesiąc… podobnie jak Cesar, nie miała na miejscu tych kilku osób, z którymi chciałaby się dzielić tą radością, a opowiadanie o tym przez telefon, to nie to samo, co pokazanie na własne oczy biżuterii, która kiedyś była tylko naszkicowana na kartce, a którą od teraz każdy mógł kupić. Mogła dzielić się tym sukcesem jedynie ze znajomymi z branży i tymi, których zdążyła poznać w Vancouver, z tymczasowym wtedy chłopakiem, do którego nie czuła niczego konkretnego oprócz zwykłej sympatii. Na tym zresztą skończyły się jej dwa i jedyne, prowizoryczne związki, z których wycofywała się zanim w ogóle zaczynało robić się poważnie, zanim którykolwiek zdążył wyznać jej miłość czy zwyczajnie wprosić się do jej mieszkania. Brakowało jej więc tych kilku konkretnych osób, ale miała też świadomość, że nigdy nie będzie jej dane tego zmienić… a przynajmniej myślała tak, dopóki nie okazało się, że musi wrócić do Mount Cartier. Tak po prostu musi. Jej opowiadanie szczęście było więc pewnego rodzaju namiastką tego, co powinna czuć, gdy świętowała najpierw pierwszy rok działalności Emint, później kolejny, a teraz także otworzenie strony internetowej i możliwości składania zamówień z każdego zakątku świata…
    Sama jednak zdecydowała o tym, jak wyglądała jej teraźniejszość i nie było potrzeby oszukiwać się w tej kwestii. Słowa Cesara nie miały zresztą żadnego pokrycia w tym, co wydarzyło się tych dziesięć lat temu. Faktycznie, nie wspierał jej w planach, ale też nie próbował siłą zatrzymać w miasteczku. Pozwolił jej odejść, nawet jeśli była to ostatnia rzecz jaką wtedy sobie wyobrażali w ich związku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To Ty przestań — burknęła tylko, mimowolnie mocniej zaciskając smukłe palce na nóżce kieliszka. Krótkimi, pomalowanymi w fikuśne (ale stonowane wzorki) paznokciami postukała o kruche szkło, czując się co najmniej głupio. Próba wzięcia wszystkiego na siebie przez Calderona nie była czymś, czego oczekiwała ani co chociaż raz przeszło jej przez myśl. — Dałeś mi przecież szansę. Gdybyś zatrzymał mnie siłą w domu, to niczego z tego.. — tutaj wymownie pokręciła ręką, na której zapiętą miała delikatną bransoletkę z kamieniami białego opalu oraz odsunęła jasne kosmyki za ucho ukazując kolczyki w kształcie skrzydła własnego autorstwa. — ..by nie było. To ja się uparłam, żeby wyjechać i nie chciałam nikogo słuchać, nawet Ciebie — zauważyła, nie bawiąc się w żadne chodzenie na palcach wokół tematu, do którego zmierzali od samego początku. Przecież to spotkanie nie mogło posłużyć tylko do porozmawiania o tym, jak obecnie wygląda ich życie, nawet jeśli oboje jakoś poradzili sobie i przetrwali w pojedynkę.
      Vivian uciekła na chwilę spojrzeniem na okna, przez które widać było niewielki skrawek nieba i sporą ilość gwiazd przebijających się przez chmury. Wyglądało na to, że dzisiaj nie będzie już padał śnieg, a oni być może po dobiciu z powrotem do portu nie odmrożą sobie aż tak kończyn w czasie drogi powrotnej do domów.
      — W większości to wszystko była moja wina. To ja przecież wyjechałam pierwsza i wszystko przekreśliłam za sobą… — mówiła raczej cicho, ciesząc się w duchu, że ma czym zająć dłonie, bo inaczej na pewno Cesar zauważyłby jak jej się one trzęsą. Jak zawsze, gdy była zdenerwowana. — Nie powiedziałabym, że wszystko sobie ułożyłam. Żyję tak, jak wszyscy inni w Vancouver: zamknięta w małym mieszkaniu, które wynajmuję, spędzając większość dni w głównym butiku Emint, w którym na piętrze mamy biuro firmy albo szkicując coś wszędzie tam, gdzie akurat wpadnie mi coś do głowy. Tam się po prostu pędzi do przodu i nie ma chwili na myślenie… — w przeciwieństwie do tego, co mogę robić tutaj niemal bez przerwy, dodała jeszcze w myślach, bo taka była prawda. Odkąd wróciła niemal codziennie miała czas na przemyślenia, na wspominanie, na wysuwanie wniosków z decyzji podjętych przez ostatnie dziesięć lat. Robiła to, na co nie miała czasu, gdy rano w pośpiechu wypijała kawę i pędziła do firmy albo na jakieś spotkania biznesowe.
      — Dlatego to ja przepraszam za to, że jednak wyjechałam zamiast zos… — zawahała się na chwilę, bo co miała powiedzieć? Że czasami żałuje, że nie została i nie ułożyła sobie życia właśnie z nim? Na to było już za późno, ta impreza była już dla niej z całą pewnością zamknięta po tym wszystkim. — Nieważne. Po prostu przepraszam. Wiem, że skoro już tu jestem, to nie uniknie się gadania, ale nie chcę żeby to, co powiedzą inni miało wpływ na… nas. Chciałabym… — mimowolnie przesunęła palcami wolnej dłoni po swoim policzku, jakby chciała się upewnić czy nie jest on tak gorący, jak jej się wydawało. Dopiero gdy zaczęła kolejną część tego zdania przeniosła swoje intensywny, zielone spojrzenie na Cesara i odszukała nim jego tęczówki. — …żebyśmy mogli normalnie rozmawiać, jak teraz. I pewnie proszę o dużo, ale nie chciałabym unikać się czy udawać, że Cię nie widzę na chodniku.
      Mówiła szczerze, nawet jeśli bardziej od gadania ludzi czy bycia ignorowaną przez niego bała się zwyczajnego zobaczenia innej mieszkanki Mount Cartier w towarzystwie tego Calderona. Bardzo bliskim i zażyłym towarzystwie, do jakiego dawniej tylko ona miała prawo.

      ♥♥♥

      Usuń
  71. Jedyne co teraz musiała zrobić, to zacisnąć zęby i przetrwać wycieczkę do domu Cesara. Chociaż wydawało się to proste i żadnym wyczynem nie powinno być, to kiedy wilgotne spodnie przyklejały się zimnym materiałem do zziębniętego ciała, a wiatr i niska temperatura wręcz szukały każdego, nawet najmniejszego odkrytego kawałka skóry to nawet najkrótsza wycieczka okazywała się trudnym wyzwaniem. Przynajmniej dla Betty, która nie przyzwyczajona była do tak niskich temperatur i przeprowadzkę do tych rejonów mogła dosłownie nazwać skokiem na głęboką wodę. Jednak zwykle te najbardziej szalone decyzje okazywały się najbardziej skuteczne, więc panienka Wood nie zamierzała twierdzić, że było inaczej. Nie można też było zrazić się po paru dniach, szczególnie że do tej pory dane jej było poznać małe grono ludzi, ale za to jak miłych i pomocnych. Do tego grona należał niewątpliwie Cesar, który już dawno mógł pokazać kobiecie drogę do miasteczka i szybko zapomnieć, że kiedykolwiek ją poznał. A troszkę namieszała – niespodziewaną kąpielą i męczeniem o szukanie kota, kiedy temperatura o tej porze gwałtownie malała.
    - Kłamać to ty nie potrafisz – stwierdziła unosząc kąciki ust, ale wcale nie przejmowała się faktem, że konkursu modowego to na chwilę obecną na pewno by nie wygrała. Czy bardzo się tym przejęła? Oczywiście, że nie. Zależało jej na tym, żeby było ciepło i wygodnie, a nie na tym, żeby świecić brzuchem i pokazywać obcisłe ubrania, w które zmieściłyby się dziesięciolatki.
    - Dam radę – powiedziała do siebie, kiedy mężczyzna otworzył drzwi. Chciała oczywiście przekonać samą siebie, bo kiedy ruszyła za mężczyzną mimowolnie przymknęła oczy chcąc ochronić je przez zimnym wiatrem, boleśnie pozostawiającym gęsią skórkę na skórze.
    Jęknęła mimowolnie, kiedy znowu zrobiło się jej zimno, a wspomnienia po kąpieli w jeziorze wracały do Elizabeth jak naprzykrzający się bumerang. Miała tylko nadzieję, że nie zdąży cała zdrętwieć zanim dotrą do domu Cesara, bowiem poruszanie dolnymi kończynami okazałoby się kolejnym wyzwaniem tego dnia. Zanim jednak zdążyła się skupić na atakującym ją chłodem coś zaczęło plątać jej się pod nogami zawodząc głośno i wyraźnie.
    - Brego! - zawołała radośnie zapominając o niskiej temperaturze, kiedy udało jej się wyswobodzić dłonie z zbyt długich rękawów i chwycić miauczącego kota. Uniosła go chcąc upewnić się, że był cały i zdrowy, miał wszystkie kończyny, a z żadnego miejsca na futrze nie cieknie strumień krwi. Oprócz tego, że poplątał się w smycz wydawał się zdrowiutki.
    - Zobacz, nie pożarł go żaden niedźwiedź – ucieszyła się dotykając policzkiem zimnego futerka kota, który zaczepił się już pazurkami o polar. Stojąc jednak w miejscu do kobiety szybko wróciła powaga sytuacji, kiedy kolejny silniejszy podmuch wiatru zmierzwił jej jeszcze wilgotne włosy.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  72. Dziesięć lat to był niestety tak długi okres, że nie można było opowiedzieć go w ciągu jednego wieczoru albo chociażby wrócić do emocji kierujących nimi, gdy podejmowali takie, a nie inne decyzje. Mieli oczywiście wspomnienia związane z rozstaniem, ale nawet one po takim czasie zatarły się albo z rozmysłem zostały wymazane z pamięci na tyle, by myśli o tej drugiej osobie nie sprawiały aż takiego bólu. I nie było w tym nic aż tak dziwnego. Vivian sama przed sobą musiałaby przyznać, że nie pamięta nic oprócz paru argumentów wypowiadanych tamtego ostatniego dnia oraz strachu, jaki odczuwała gdy tylko wsiadła w samochód mieszkającego po drugiej stronie ulicy, czterdziestoletniego wtedy drwala i poprosiła o zawiezienie się na lotnisko. Wszystko inne – łącznie z bólem rozdzierającym ją na pół, gdy ostatni raz spoglądała na dom Calderonów – odpychała od siebie tak długo, aż w końcu myślenie o Mount Cartier przywoływało na jej buzi więcej uśmiechu niż smutku. Miała przecież co i kogo wspominać, bo chociaż wyjechała na przekór wszystkim, to ich zakopane w lesie miasteczko było miejscem, w którym spędziła większą część swojego życia.
    Nie chodziło nawet o samo dzieciństwo, chociaż ono spędzane od wschodu do zachodu słońca na świeżym powietrzu również należało do jednych z lepszych (albo nawet i najlepszych, jak można było sądzić z zaskoczonych spojrzeń znajomych, gdy przyszło jej opowiadać jakąś historyjkę z ratowania szczeniaków przed wrednym starcem albo kradzieży jabłek od sąsiada), ale właśnie o te chwile, gdy powoli wyrastała na młodą kobietę.
    Szesnaście czy siedemnaście lat to ciągle było za mało, by mówić o niej jako o dorosłej, nawet jeśli czuła się na starszą i dojrzalszą. Przede wszystkim była jednak chyba ciut odważniejsza i bardziej beztroska niż reszta rówieśniczek z sąsiedztwa, bo zamiast tylko wzdychać do starszego chłopaka, postawiła wszystko na jedną kartę i… nie wyszła na tym wcale na kretynkę. Podświadomie mogła się bać odtrącenia i bycia później wyśmiewaną przez męską część społeczności miasteczka, ale kojarzyła już wtedy Calderona na tyle, by zaryzykować. Ta decyzja była z pewnością najlepszą jaką podjęła w życiu, bo dała jej wiele pięknych wspomnień, które teraz mogły do nich wracać. Tych związanych z zazdrością młodych panien z Mount Cartier także było kilka, bo zdecydowanie nie każdej podobało się podbieranie świetnych kawalerów przez wyrośnięte uczennice liceum. Na szczęście z samą Janet Vivian nie miała jeszcze okazji się spotkać, co było sporą ulgą, bo dawniej więcej było między nimi żółci niż sympatii.
    W pierwszych miesiącach rozstania to te myśli najbardziej przygniatały ją w Vancouver – świadomość, że Janet właściwie miała teraz doskonały dostęp do pocieszania Cesara, a co za tym idzie także do zajęcia jej miejsca u jego boku. To te myśli zwykle nie dawały jej spać i to one przeszkadzały, gdy mijała jakiegoś przystojnego blondyna i rudowłosą kobietę obejmujących się na ulicy… Życie przeszłością nie było proste, a fakt, że znała całe miasteczko i wiedziała z kim potencjalnie mógł związać się Cesar na dobre ani trochę nie pomagała. To mogła być w końcu każda dziewczyna – czy to młoda córka krawcowej, czy ta wnuczka ich miejscowej kobiety sprzedającej kurze jaja, czy też rudowłosa próbująca zdobyć go już od szkoły średniej. A wyobrażanie sobie którejkolwiek całującej się akurat z nim… Męczyło ją to przez długie miesiące.
    I będzie zapewne męczyć ją teraz, gdy na żywo zobaczy chociaż jeden taki pocałunek, bo nawet jeśli w ciągu tych dziesięciu lat nie była święta, to jej dwa związki trwały łącznie może przez pół roku i w żadnym z nich nie wypowiedziała tych dwóch, kluczowych słów, które mogłyby sugerować, że wyleczyła się z Calderona. Nie zrobiła tego. I wątpiła, by kiedykolwiek jej się to udało, gdy teraz patrzyła na starszą, tak samo pociągającą ją sylwetkę mężczyzny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba tylko fakt, że nigdy nie była chowającym się za kaskadą jasnych włosów dziewczęciem sprawiał, że bez trudu wytrzymywała patrzenie się Cesarowi w oczy. Zapewne jej matka oczekiwałaby potulnego kajania się i błagania o wybaczenie wszystkich decyzji, ale Vivian nie potrafiła tego zrobić. Nie żałował wszystkiego. I gdyby dostała drugą szansę… pewnie i tak zdecydowałaby się wyjechać – chociaż tym razem pewnie postarałaby się schować dumę do kieszeni i wrócić dużo wcześniej.
      Wyraźnie rozluźniła się, słysząc takie zapewnienia z ust byłego faceta. Skoro oboje zgadzali się w kwestii utrzymywania pozytywnych relacji, to nie pozostawało jej nic innego, jak odetchnąć z ulgą i uśmiechnąć się do mężczyzny jednym z szerszych uśmiechów, jakie miał okazję dzisiaj widzieć.
      — Skoro tak się sprawy mają, to na pewno nawet nie spróbuję odwrócić wzroku — zapewniła, z większą ochotą sięgając do półmiska z przysmakiem od matki Cesara. — I… nie musimy się tym wszystkim przejmować. Żadnymi etykietami, szablonami ani niczym takim… Chyba nawet nie potrafiłabym tego określić — przyznała spokojnie, bo nie było sensu ukrywać się za żadnymi półsłówkami. Za długo już mijali się i nie rozmawiali, żeby teraz robić podchody niczym para nastolatków.
      — Tak, dajemy sobie pustą kartę. A w ramach tej karty… może zjemy coś oprócz specjału twojej mamy? Od tych dziwnych licytacji i nerwów umieram z głodu — stwierdziła, licząc po części na rozładowanie nieco atmosfery. Przecież musieli przejść w końcu do porządku dziennego nad tym wszystkim… nawet jeśli wydawało się to dziwne jak na nich dwoje, prawda?

      Usuń
  73. Spojrzała na niego z ukosa.
    - Bardzo śmieszne - odpowiedziała na jego żartobliwy komentarz. Uśmiechnęła się przelotnie, kiedy Ces zaczął się śmiać i powoli odsunęła dłoń od przycisków. Nie miała zamiaru nic naciskać, ale, jak to się mówi, przezorny zawsze ubezpieczony.
    Usiadła na kanapie, podnosząc przy okazji kurtkę i układając ją na zagłówku. Nie ważne, jak swobodnie czuła się przy Cesarze, za dziecka została nauczona kulturalnego zachowania i postanowiła, że będzie je pielęgnować - obojętnie, w jakim miejscu i przy kim.
    - Nie, raczej nie - powiedziała, wzruszając ramionami. - Ty jesteś kapitanem, wybieraj - dodała, uśmiechając się szeroko. Założyła kosmyk ciemnych włosów za ucho i poprawiła się wygodniej na sofie, siadając bokiem, a łokieć kładąc na oparciu.
    - Jakiś ty hojny. - Zaśmiała się. Podobno sterowanie statkiem, który wypłynął już na głęboką, spokojną wodę nie było ogromnym wyzwaniem, ale jednak wiązało się z dużą odpowiedzialnością, a Kathryn nie była pewna, czy jest gotowa podjąć się takiego wyzwania. Nie powiedziałaby tego na głos, ale taka myśl przesiąknięta niepewnością przeleciała przez jej głowę.
    - O, herbata jest bardzo dobrym pomysłem - rzuciła i opatuliła się rękoma, ściągając najpierw rękawki w dół. Czuła lekki chłód, jakby delikatna bryza przedzierała się przez zamknięte drzwi kapitanki wprost na nią. Żeby się rozruszać i ocieplić, wstała i podeszła do szafki, przy której Ces zaparzał wodę i wsypywał do kubków herbatę.
    - Miło z Twojej strony, że chcesz mnie gdzieś zabrać - powiedziała, obijając się biodrem o jego bok. Lubiła spędzać z nim czas, rozmawiać, śmiać się. Cesar był dla niej prawie jak brat, którego nigdy nie miała, a o którym zawsze marzyła. Podniosła głowę i spojrzała na niego ciepło, uśmiechając się kordialnie. - Dobra, zalewaj tą herbatę i płyniemy - rzuciła, odchrząkując lekko. Co za dużo dobroci, to nie zdrowo. - Może Zatoka Hudsona, odpowiada Ci to?

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  74. [Cześć! Oczywiście, że w jakiś sposób się tam na niej odbiła, aczkolwiek nie jest to coś z czym panna Moore nie mogłaby sobie poradzić. Pogodziła się z tym, że nie dla niej życie w wielkim mieście, zrozumiała że tak naprawdę to tęskniła za domem i sama winna była swojej porażki, bo przecież gdyby postarała się trochę bardziej… ;) Nie warto jednak płakać nad rozlanym mlekiem albo raczej nalewką… To co? Masz ochotę na jakiś dobry trunek lub konfiturkę od Harriet? ;)

    PS. Imię zostało skradzione córce Kepner i Avery'ego z Chirurgów, bo dzisiaj gdzieś tam mi śmignął jakiś odcinek z ich udziałem przed południem :P]

    OdpowiedzUsuń
  75. [Cześć, dziękuję serdecznie za powitanie! Na wątek oczywiście jestem jak najbardziej chętna, ale muszę się zastanowić, co mogłoby się w nim wydarzyć, aby zbyt szybko nie stał się banalny i nieciekawy. Daj mi kilka dni i wrócę z, mam nadzieję, jakimś szalonym pomysłem. :D]

    Sam Rowley

    OdpowiedzUsuń
  76. [Duży wybór mam, ale jakimś cudem to Cesare skradł moje serce, a skoro nie robią na nim wrażenia konfiturki i naleweczki to będzie trzeba znaleźć inny pomysł na powiązanie tej dwójki <3 Nie będę ukrywać, marny ze mnie pomysłodawca, ale mooooże niedługo wpadnę na coś sensownego, co nie znudzi nam się po dwóch odpisach. Gdybyś jednak miała jakiś pomysł, jakieś wątkowe marzenie, które możemy zrealizować na tle Mount Cartier to wal :3]

    Harriet

    OdpowiedzUsuń
  77. Wbrew pozorom – oraz ich najszczerszych chęci – nie tylko cień tamtej kłótni wisiał nad nimi i zapewne niejednokrotnie będzie jeszcze o sobie przypominał, gdy przypadkiem natrafią na siebie w tym zdecydowanie za małym na skuteczne unikanie się miasteczku. Mieli nad sobą także wspomnienia wielu szczęśliwych chwil ich związku, o których nie dało się ot tak zapomnieć. Vivian nie byłaby zresztą w stanie tego zrobić i nawet obietnica dania im obojgu czystej karty nie była do końca szczera. Wątpiła, że kiedykolwiek będzie w stanie spojrzeć na Cesara jako jedynie starego znajomego, z którą nie wierzę ją żadna przeszłość. Nie dało się ot tak wyrzucić tego wszystkiego z pamięci, ale zamierzała przynajmniej sprawić, żeby to, co działo się z nimi wcześniej nie miało wpływu na ich teraźniejszość. Pojednanie było więc w ich przypadku jedynym racjonalnym wyjściem, jeśli brało się pod uwagę powierzchnię Mount Cartier oraz fakt, że Vivian tym razem nie mogła tak po prostu spakować się następnego dnia i wyjechać. Im dłużej zresztą siedziała w mieście, tym częściej odkładała na dalszy plan samo myślenie o ponownym wyjeździe do Vancouver. Jej dziesięcioletnia nieobecność w miasteczku nie wzięła się w końcu znikąd.
    Szczera rozmowa na szczęście się opłaciła, bo droga powrotna do portu minęła im w o wiele lżejszej atmosferze. Niejednokrotnie też zaśmiali się wspólnie przy okazji opowiadania anegdotek dotyczących ich dorosłego życia. Vivian z każdym upływającym kwadransem tylko więcej uczyła się o samym Cesarze, o jego nowych nawykach czy sposobie wypowiadania się o kutrze, na którym nie był tylko jednym z pomocników, a samym kapitanem. Wyżej już zajść nie mógł, na emeryturę także nie wybierał się za pewne w najbliższej przyszłości. Za bardzo kochał to miejsce, co dało się zauważyć, gdy tylko zaliczyli maleńkie zderzenie, które w ogólnej perspektywie mogło okazać się tragiczne w skutkach, ale na szczęście nie płynęli Titanicem, więc nie musieli obawiać się zatopienia spowodowanego tak minimalnym uderzeniem w pomost. Inna sprawa, że sam film Vivian obejrzała dopiero cztery lata temu, gdy jedna ze znajomych wytknęła jej brak znajomości takiego klasyka, ale prawda była taka, że mieszkając w Mount Cartier nie było możliwości na oglądanie żadnych nowości puszczanych w kinach. Tutaj wszystko zatrzymywało się w miejscu i żyło się jedynie dniem dzisiejszym.
    Vivian na szczęście pamiętała jeszcze jak wygląda życie w tej części Kanady i wiedziała, że z każdą godziną robiło się tutaj tylko coraz bardziej zimno i co za tym idzie także ślisko. Podczas przechodzenia z powrotem przez pokład polegała właściwie jedynie na wiedzy Calderona i chociaż tym razem nie uniknęła poślizgnięcia się, to na szczęście obiła sobie jedynie w minimalnym stopniu kolano o burtę, które nota bene nie bolała ją nawet szczególnie. Albo zwyczajnie było jej za zimno na odczuwanie takich kontuzji, a mróz zadziałał jak najlepszy okład, albo jej niezdarność była tylko znikoma i nie będzie miała nawet maleńkiego siniaka. Co prawda oznaczałoby to spore szczęście, bo zwykle wystarczyło jej uderzenie się o kant stołu czy zderzenie się z krawędzią wanny podczas wychodzenia z niej, by przez kolejne dwa tygodnie mieć na ciele pamiątkę po takim nieszkodliwym kalectwie w jej wykonaniu. Od małego biegała po miasteczku cała posiniaczona i pod tym względem wraz z upływem lat niewiele się niestety zmieniło.
    Tym bardziej ucieszyła się więc, że ich spacer naprawdę okazał się być tylko króciutkim spacerkiem, bo im dalej w noc, tym niestety trudniej było przedzierać się przez mountcartierowskie zaspy czy walczyć z zimnym powietrzem szukającym właściwie jakiejkolwiek szczeliny umożliwiającej dostanie się do rozgrzanego w kokpicie ciała. Co prawda Viv starała się ostrożnie stawiać kroki, ale trzymała się tak blisko Cesara, że praktycznie deptała mu po piętach, a gdy przystanęli już na ganku, to niespokojnie przytupywała w miejscu, czekając aż zamek ustąpi i będą mogli ukryć się przynajmniej przed tym nieszczęsnym wiatrem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy takiej pogodzie i warunkach atmosferycznych Vivian nie miała większej ochoty na rozglądanie się po okolicy, więc uroki krajobrazu otaczającego chatkę Calderona umknęły jej praktycznie w całości. Gdy tylko drzwi się otworzyły, to wślizgnęła się do środka i zadowolona odetchnęła w swój gruby szalik, który zaraz zaczęła z siebie odwijać.
      — Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek trafiła na bałagan w Twoim… pokoju — powiedziała całkiem naturalnie, w ogóle nie zdając sobie początkowo sprawy z tego, że cofa się do rzeczy, których w teorii nie powinna wspominać skoro dali sobie białą kartę i dlatego przy ostatnim słowie zawahała się na chwilę. — Wybacz, nie chciałam — zastrzegła, niwelując w zarodku ewentualną niezręczność. A przynajmniej taką miała nadzieję!
      Zerknęła kontrolnie na Cesara spod swojej czapki, która osunęła jej się na brwi i niewiele brakowało, a przysłoniłaby także jej oczy. Jednoczesne ściąganie jej oraz grubego szalika to nie był najlepszy pomysł, ale jakoś wyplątała się z tego zamieszania, chociaż o swoich włosach nie mogła powiedzieć tego samego. Blond kosmyki naelektryzowały się od wełnianego materiału i nastroszyły się, powodując u niej grymas niezadowolenia, gdy tylko zerknęła w małe lusterko nieopodal wieszaka na kurtki.
      — Nie miałabym nic przeciwko, gdyby zima trwała co najwyżej miesiąc — stwierdziła, odruchowo przeczesując palcami najbardziej niesforne kosmyki i przyklepując je lekko, by nie sterczały tak we wszystkie strony. Niewiele więcej mogła zrobić, gdy po raz drugi tego wieczoru podawała Cesarowi swój płaszcz wraz z dodatkowymi częściami garderoby wciśniętymi do rękawów, a sama zajęła się zdejmowaniem swoich ocieplanych kozaków do kolan. Zalegający na nich śnieg już zaczynał się topić, brudząc nieco w przedsionku domku mężczyzny, ale chyba dla każdego mieszkańca Mount Cartier był to normalny widok.
      Dopiero więc gdy Vivian stanęła w swoich ciepłych skarpetkach na suchym podłożu mogła rozejrzeć się na spokojnie po wnętrzu. Ciekawie zajrzała do salonu (i przypadkiem także do łazienki, obok której przeszła, a od której drzwi były delikatnie uchylone), a jej wzrok sam powędrował na ścianę ze zdjęciami Calderonów, których właściwie mogła się spodziewać. Nie one jednak przykuły jej uwagę na dłużej, bo nie chciała aż tak przypatrywać się kto dokładnie znajduje się na nich. Skupiła się więc na wojskowych odznakach, które zajmowały honorowe miejsce na jednej z półek i to do nich podeszła, gdy Cesar kręcił się po kuchni.
      — Jest bardzo ładne i na pewno praktyczne. Masz tu wszystko, co jest potrzebne… Są naprawdę imponujące — powiedziała nadal wpatrzona w zdobycze wyniesione z wojska. Dopiero po dłuższej chwili odwróciła się co Cesa i jeszcze raz obrzuciła wzrokiem całe pomieszczenie. Usiadła oczywiście w fotelu najbliżej kominka, ciesząc się z przyjemnego żaru i podciągając nieco rękawy jasnego swetra do łokci. Póki co nie było jej w nim ani trochę za gorąco.
      — Latem musi być tu pięknie z tym dostępem do jeziora i wszystkim drzewami… Od dawna tu mieszkasz? Nie przypominam sobie, żeby cokolwiek stało tutaj wcześniej, więc pewnie kupiłeś ziemię? — dopytała szczerze zainteresowana, przekręcając się w fotelu odrobinę tak, by siedzieć na nim bokiem i jednocześnie być zwróconą przodem do gospodarza. Przy okazji miała też łatwy dostęp do swojego kolana, które jednak po wejściu do ciepła dało o sobie minimalnie znać. Siniaka będzie jutro miała jak nic!

      Usuń
  78. [Czujne oko, Drogi Autorze :D Chociaż nie tylko przy imieniu naszła mnie inspiracja, ale również przy tytule :) Aczkolwiek, dziękuję za jakże ciepłe przywitanie i mam nadzieję na jak najdłuższy pobyt tutaj.]

    CERYS

    OdpowiedzUsuń
  79. Przytaknęła jedynie, gdy tak słuchała krótkiej opowieści o budowaniu przez Calderonów tego niewielkiego, ale bardzo przytulnego i idealnego dla samotnego mężczyzny domu. Właściwie może nawet niekoniecznie samotnego, bo zapewne miejsce dla drugiej osoby w szafach i w sypialni by się znalazło, niemniej Vivian starała się nie wtykać za bardzo nosa w nie swoje sprawy. Nie przyszła zresztą tutaj dzisiaj na pewnego rodzaju wypytywanie Cesara o jego ewentualne relacje z pannami z Mount Cartier, bo i nieszczególnie miała ku temu powód. Na litość, przecież wygrała tę niby randkę na licytacji walentynkowej, która jasno sugerowała, że biorący w niej udział uczestnicy zabawy są singlami. Albo przynajmniej chwilowo ich udają na potrzeby zbierania pieniędzy, co można było wywnioskować z obecności faceta Kathryn na scenie. Reszta mężczyzn była jednak wolna, a przynajmniej za takich się podawali, panna Amondhall mogła więc co nieco wywnioskować z tej deklaracji. Nie potrzebowała zresztą zbyt dokładnego myszkowania po domostwie Cesara, bo gdyby ktoś miał tutaj mieszkać, to na pewno tego wieczoru nie spędzałaby ona poza domem. Tę kwestię mogła więc uznać za wyjaśnioną jeszcze zanim zadała to jedno, konkretne pytanie.
    Nie była to zresztą pora na takie dyskusje, dlatego Vivian skupiła się na czymś przyziemniejszym, a takową czynnością na pewno był wybór herbaty, którą będą popijać dla rozgrzania swoich zziębniętych ciał. Żar kominka oczywiście działał cuda, ale nic nie przywracało odpowiedniej temperatury ciała tak, jak gorący napój. Pamiętając jednak o tym, co zauważyła postawione obok kubków, wybrała zwykłą, czarną herbatę, bo już sam syrop klonowy nada jej odpowiednio słodkiej nuty. To połączenie było zdecydowanie jej ulubionym. Chociaż ze świeżo zaparzoną kawą z dwoma łyżeczkami cukru i mlekiem nie mogło wygrać. Pobyt w Vancouver potrafił uzależnić od różnych rzeczy, a w jej przypadku była to akurat kawa, bez której nie potrafiła już zacząć dnia.
    — Czyli na dobre osiadłeś już tutaj; mając taki azyl pewnie nie planujesz już żadnych ucieczek poza miasteczko — stwierdziła zwykłą oczywistość. Gdyby nie planował zestarzeć się w Mount Cartier, to nie stawiałby tutaj domu i nie zapuszczałby korzeni. Miało to zresztą swoje logiczne uzasadnienie, bo gdyby chciał się stąd wynieść, to zrobiłby to już dawno temu. Okazji ku temu przecież nie brakowało, gdy służył w Royal Canadian Navy czy też, gdy porzucił karierę w wojsku i znajdował się w sytuacji, w której mógł wybrać niepewną przyszłość w obcym miejscu albo wrócić do tego, co kochał i lubił robić. Decyzja Cesara nie była dla niej w tym wypadku żadnym zaskoczeniem. — Ale to dobrze, bo bardzo tu… przytulnie? Jak na męskie gospodarstwo — przyznała, zabawnie poruszając jasnymi brwiami, gdy tak rozglądała się i chłonęła całą sobą wszystko, co znajdowało się w zasięgu wzroku. Nawet takie małe akcenty, jak jasny koc położony niedbale na kanapie czy jakieś ozdoby postawione na stoliku sprawiały, że dom Cesara wydawał się przyjaznym miejscem. Takim, w którym Vivian mogła się odprężyć na tyle, by nie gryźć się w język za każdym razem, gdy tylko chciała coś powiedzieć.
    — Próbujesz znaleźć sposób jak mnie utopić i nie ponieść za to konsekwencji? — zapytała w żarcie, gdy Cesar siedział już nieopodal, a kubek z ich herbatą znalazł się na stoliku. W końcu dopiero co zeszła z jego jednego statku i już była wyciągana na kolejną wycieczkę, tym bardziej zdecydowanie bardziej mokrą jeśli cokolwiek poszłoby nie po ich myśli.
    Kwestię ewentualnych odwiedzin mimo wszystko przemilczała, bo tak naprawdę nie miała jeszcze pojęcia kiedy wyjedzie z powrotem do Vancouver ani tym bardziej kiedy Margaret poczuje się na tyle dobrze, żeby mogła sama funkcjonować w domu i nie potrzebować jej stałej pomocy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście zdaniem starszej Amondhall Vivian w ogóle nie musiała przyjeżdżać do miasteczka, ale prawda była taka, że każdego dnia w ten czy w inny sposób Margaret musiała polegać na pomocy swojego jedynego dziecka. Czy jej się to podobało, czy nie, chociaż biorąc pod uwagę fakt, że pewnie dotarła już do jej uszu informacja o obecnym spotkaniu sam na sam z Cesarem… na to na pewno nie będzie narzekała. I jeśli dzięki swojej chorobie będzie mogła jakoś wpłynąć na częstsze kontakty tej dwójki, to mogli być pewni, że Margaret nie cofnie się przed niczym. W tym wypadku nie chodziło już nawet o samą Vivian i ściągnięcie jej z powrotem do Mount Cartier, ale o Cesara, którego pani Amondhall aż za bardzo uwielbiała. Zupełnie jakby już był jej zięciem, a nie jedynie byłym facetem jej córki.
      — Ciągle wydaje mi się, że tyle powinno się zmienić przez te wszystkie lata, ale gdziekolwiek się nie ruszę, to wszystko jest… takie samo. Te same budynki, te same lokale, nawet Ci sami ludzie. Nigdy wcześniej nie myślałam, że to miejsce aż tak bardzo stoi w miejscu — przyznała cicho, nadal błądząc spojrzeniem po chatce… która nie była czymś, co mogła pamiętać. — No, może z wyjątkiem tego, gdzie Ty mieszkasz. Tutaj się trochę zmieniło. — Przytaknęła samej sobie głową, wprawiając w ruch jasne kosmyki, które nadal były nieco naelektryzowane od zimowych ubrań, które rzadko kiedy współpracowały z jej fryzurą. Zapewne właśnie dlatego tak bardzo ich nie lubiła. W „bałwanim” ubraniu nie było łatwo wyglądać ładnie.
      W końcu Vivian zmusiła się do odszukania spojrzeniem oczu Cesara. Była jeszcze jedna kwestia, której nie wyjaśnili sobie na jego statku, a która zdawała się być istotna dla tego wieczoru.
      — Co do tej licytacji… był jakiś konkretny powód, że się do niej zgłosiłeś? — zapytała z czystej ciekawości, oczywiście! Fakt, że kilka kobiet, w tym Leah czy Janet, próbowały zdobyć ten koszyk przed nią o czymś świadczył, a tego raczej nie trzeba było Calderonowi tłumaczyć.


      Usuń
  80. [Chyba najłatwiej byłoby nam połączyć Dianę z Cesarem. Jej ojciec był rybakiem, jego ojciec był rybakiem, podobnie jest u Cesara w rodzinie. Co prawda, w rodzinie Diany rybaków już zabrakło, ale mogli mieć ze sobą trochę do czynienia. Dzieli ich duża różnica wieku, może Cesar był dla niej kimś na kształt starszego brata, kiedy jeszcze jej własny nie chciał mieć z nią nic wspólnego?
    Właściwie, czytając o Calderonach w powiązaniach Cesara, myślę, że mogli pomagać Dianie i jej ojcu, gdy Diana straciła matkę. Ojciec, typowy mężczyznę, córkę kochał, ale nie bardzo wiedział jak się zająć małym dzieckiem i domem. Amanda Calderon mogła przyjść z pomocą i takim oto sposobem cała rodzina miała swój udział w wychowaniu Diany.
    Mam nadzieję, że wszystko napisałam zrozumiale i nie zagubiłam się w natłoku własnych myśli.]

    Diana

    OdpowiedzUsuń
  81. [dzień dobry... wpadłam na pomysł, w którego realizacji tylko Ty możesz mi pomóc!
    Mina nie kontynuuje terapii, a powinna. Przeszła załamanie, jest na skraju depresji i... pomyślałam, że pewnego dnia znajdzie się w porcie i zniknie pod wodą! trochę drastyczne, zdaję sobie z tego sprawę, ale co Ty na to? ;D nie wybrałaby jeziora, tam rzadko kiedy można spotkać kogoś, kto ją by uratował, a mimo wszystko chce żyć, tylko jeszcze o tym nie wie ]

    OdpowiedzUsuń
  82. [Cześć! Po pierwsze: bardzo dziękuję za powitanie, od razu się człowiekowi lżej na sercu robi, bo zawsze się zastanawiam, czy po publikacji karty znajdzie się chociaż jedna osoba, która chciałaby się odezwać.

    Zapewniam, że wszelkie niejasności i niedopowiedzenia z przyjemnością rozwijam w wątkach, jeśli współautor wyraża takie chęci, więc... :D

    Przypałętałam się też akurat pod kartę tej z trzech Twoich postaci, bo jeśli mówimy o ewentualnym wątku, to tu mogłoby pójść stosunkowo najprościej (ojciec Iny przez wiele lat pracował w porcie). Chyba że masz inny pomysł. :D

    Pozdrawiam cieplutko!]

    Ina Warner

    OdpowiedzUsuń
  83. [ Ahoj! Dziękuje za miłe powitanie :> Ja nie wątpię, że da sie pisać takie powieści w takim miejscu. To Mels jest tą, która w to wątpi ;) Głuptasek z niej, że szkoda gadać. ]

    Martha Jones

    OdpowiedzUsuń
  84. Kto by wytrzymał z Cesarem gadającym niemal bez przerwy o morskich wyprawach? Ona. Zdecydowanie ona była w stanie znosić to i nawet uśmiechać się pod nosem, gdy z przymkniętymi powiekami słuchała w młodości z jakim zapałem Calderon odnosi się do swoich rejsów, jak nie może doczekać się ponownego wypłynięcia na otwarte wody, jak łatwo widzi się na miejscu swojego ojca. Nie raz i nie dwa leżała na jego łóżku i zwyczajnie słuchała tych opowieści, w duchu modląc się jedynie o to, by pod żadnym pozorem nic mu się nie stało na tych wyprawach. O tragedię nie było przecież trudno, a wtedy byli jeszcze młodzi, Cesar był mniej doświadczony, a ona odczuwała większy strach na samą myśl o straceniu go. Później ten strach przygnieciony został żalem i złością na odbieranie jej szansy na spełnianie marzeń, ale gdy już znowu siedziała naprzeciwko Calderona i słuchała jego opowieści, to cieszyła się, że nic mu się nie stało przez tych dziesięć lat. A przynajmniej nic na tyle poważnego, by musiał zrezygnować ze swojej pasji. Jakieś mniejsze wypadki na pewno musiały się zdarzyć przez tyle lat wypływania na kutrze poza granice Mount Cartier, aż taka naiwna Vivian niestety nie była, niemniej jedyne co ją w tej chwili interesowało, to fakt że cały i zdrowy siedział on teraz przed nią, a jedyne co mu groziło, to poparzenie się podczas wyjmowania ich jedzenia z piekarnika, którego zapach już zaczął powoli roznosić się po pomieszczeniu.
    Vivian skinęła krótko na wzmiankę o zwiększającej się populacji przyjezdnych osiedlających się na stałe w ich rodzinnych stronach. Nie była tym szczególnie zdziwiona. Mount Cartier jakie by nie było, miało swój niepowtarzalny urok miasteczka, o którym mało kto wie, a jeszcze mniej osób chce w nim cokolwiek zmieniać. Ją to w pewnym momencie odstraszyło, ale z perspektywy czasu i życia przez tyle lat w wielkim mieści… Powrót w rodzinne strony dawał jej na pewno chwilę oddechu.
    — Pewnie masz rację, widziałam parę nowych osób dzisiaj. Sama chyba teraz też zaliczana jestem przez wszystkich do przyjezdnych po takim czasie — wytknęła samej sobie, sięgając po kubek z ciepłym napojem, z którego zaraz upiła spory łyk. Nie odstawiła jednak naczynia z powrotem na stolik, chcąc ogrzać sobie w ten sposób swoje wiecznie zimne palce.
    Słuchała go uważnie, uśmiechając się na same wzmianki o pysznościach, którymi Amanda próbowała przekupić syna (całkiem słusznie zresztą, skoro się udało!), a których mieli już okazję spróbować na statku. Ba, sama wzmianka o sucre a la crème sprawiała, że Viv najchętniej zjadłaby jeszcze kawałek tego przysmaku, ewentualnie cztery lub pięć by w pełni poczuć słodkość swojego ulubionego smakołyka.
    Trzeci powód też nie był dla niej aż takim zaskoczeniem – w końcu była pewnie jedną z nielicznych osób w miasteczku, które nie miały pojęcia o licytacji, ale druga część jego wypowiedzi już tak. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczała, że Cesar mógłby być o nią jeszcze kiedykolwiek zazdrosny, nawet w niewielkim stopniu. A już na pewno nie o takie coś, jak ustawiona randka, o którą nawet nie planowała grać… dopóki Calderon nie zasiadł na scenie. Wtedy przestała zachowywać się jak dorosła i bardziej przypominała waleczną nastolatkę niż młodszą dyrektorkę rozrastającej się sieci biżuterii. I nic dziwnego, że na samo wspomnienie tej sytuacji na jej policzkach wystąpił nieznośny rumieniec!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko było ukryć się za małym kubkiem, ale i tak to zrobiła, nieśpiesznie popijając herbatę i szukając rozsądnych odpowiedzi.
      — Nie planowałam tam iść. Właściwie coś słyszałam, że organizujecie imprezę, ale nie wiedziałam o co chodzi i wylądowałam tam tylko dlatego, że w drodze do baru Iana zauważyłam jak wszyscy idą w kierunku ośrodka… Chciałam sprawdzić, o co faktycznie się rozchodzi — przyznała w końcu z cichym westchnieniem i zdecydowanie mniej pewnym spojrzeniem. Krępowała się, nawet jeśli nigdy wcześniej nie miała takich objawów w towarzystwie Cesara. W końcu, litości, to ona zainicjowała ich pierwszy pocałunek na ognisku!
      Uśmiechnęła się jednak pod nosem na wzmiankę o pieniądzach, bo cóż, to było czyste zrządzenie losu.
      — Właściwie… Miałam o wiele mniej, ale Lou – nie mam pojęcia dlaczego, więc nie pytaj mnie o to – wcisnęła mi w ręce swoje oszczędności. Głupio było nie wydać — przyznała Viv, tylko odrobinkę koloryzując fakty, bo… nie bez powodu rzuciła w ostatniej turze taką kwotą, by uciszyć w końcu pozostałe panny walczące z nią o ten jeden, bardzo konkretny koszyk. Wtedy faktycznie nie chciała już przegrać i wyszło jej to na dobre, bo przecież spędzali miło wieczór, zaraz mieli zjeść razem i… i Vivian nie miała najmniejszego pojęcia co będzie dalej z jej pobytem w Mount Cartier, ale już czuła, że nie będzie on wyglądał tak, jak to sobie zaplanowała, pakując się w małą walizkę w Vancouver.

      Usuń
  85. — Och, Twoja mama… — bąknęła Vivian odrobinę niemrawo, gdy udało jej się przełknąć pierwszy kęs gorącego dania. A trzeba było przyznać, że pachniało wybornie i tylko dlatego skusiła się na niego bez uprzedniego podmuchania na ukrojony kawałek! Niemniej, wzmianka o Amandzie ostudziła nieco jej entuzjazm, a przywróciła poczucie winy. Nawet jeśli Calderonowie przez kolejne tygodnie chętnie witali się z nią i zagadywali na ulicy, to Viv nie byłaby sobą, gdyby za każdym razem nie czuła zakłopotania. W końcu jakie miała prawo do ich życzliwości po tym wszystkim, co zrobiła?
    Nie miała pojęcia i nie dowiedziała się też tego ani w tamten pamiętny, walentynkowy wieczór, ani później gdy przychodziło jej kolejne tygodnie odwlekać swój wyjazd z Mount Cartier. Nie odkryła tego nawet wtedy, gdy Amanda jakimś cudem zaciągnęła ją ze sklepu na sobotni obiad, na którym – o dziwo niezapowiedzianie! – pojawił się też także Cesar. Vivian nawet nie próbowała domyślać się zamiarów swojej niedoszłej teściowej, bo prędzej parsknęłaby śmiechem, niż uwierzyła, że pani Calderon może ciągle pokładać nadzieję w zeswatanie dwójki dorosłych ludzi, którzy mieli już za sobą niezły kawałek wspólnej historii. Wolała więc zostawiać to wszystko na etapie niewypowiedzianego planu, który chyba nieszczególnie przynosił rezultaty. Co prawda powoli mijał marzec, kwiecień, maj, a ona nadal przesiadywała w Mount Cartier i tylko średnio cotygodniowe wizyty w Churchill, podczas których kontaktowała się z całym sztabem swojego zespołu, świadczyły o tym, że w Vancouver zostawiła coś więcej niż tylko wynajmowane mieszkanie. Póki co udawało jej się przesyłać kolejne projekty w specjalnie zaplombowanych kopertach, a kiepskie połączenia internetowe pozwalały na jako takie kontaktowanie się z osobami odpowiedzialnymi za jej biznes, na dłuższą metę nie miało to jednak racji bytu. Chcąc czy nie musiała w czerwcu polecieć na tydzień do Vancouver i pozałatwiać wszystkie sprawy wymagające jej podpisów na dokumentach. Poleciała więc, wcześniej uprzedzając jednak zainteresowanych, że planuje tu wrócić.
    Stan zdrowia Margaret poprawiał się wyraźnie i była ona już w stanie samodzielnie funkcjonować – nawet jeśli niedogodności związane z drętwiejącymi prawymi stronami ciała nie zniknęły całkowicie. Nie potrzebowała już Vivian, która właściwie w te pierwsze słoneczne dni czerwca mogła się spakować i na dobre opuścić miasteczko, po raz drugi w swoim życiu. Nie zrobiła tego jednak i… sama nawet nie była pewna dlaczego.
    Jej decyzja zapadła nagle, podczas jednego z wieczorów spędzonych na tarasie domu, kiedy zachodzące słońce oślepiało ją nieco, uniemożliwiając szkicowanie kolejnego pomysłu na naszyjnik, którymi sypała niczym z rękawa odkąd tylko postawiła stopę w Mount Cartier. Właśnie wtedy, podczas robienia tego, co kochała w miejscu, za którym tęskniła i które napełniało jej nozdrza przyjemnym zapachem lasu mokrego od popołudniowego deszczu… wiedziała, że nie chce wyjeżdżać. Przynajmniej nie teraz, kiedy wszystko sobie poukładała. Kontakty z Cesarem miała stosunkowo dobre, z lekkim ukierunkowaniem na bardzo pozytywne, bo ilekroć spotkała go gdzieś w miasteczku, to zawsze mogła liczyć na jego (ciągle działający na nią) uśmiech, na chwilę pogawędki czy nawet odprowadzenie jej pod drzwi domu jeśli akurat Calderon nie miał nic lepszego do roboty. Reszta jego rodziny również traktowała ją jakby nigdy nie opuściła tego miejsca i znowu była ich Vivian, która nie raz i nie dwa jadała z nimi śniadanie czy wpraszała się na rodzinne granie w planszówki. Kathryn oczywiście była zachwycona z jej obecności w miasteczku, jej rodzice również, kilka innych osób, które Vivian znała jeszcze z czasów szkolnych także odnowiło z nią kontakty, a cała reszta… albo nie dowierzała, że zostanie, albo w ogóle nie chciała by to uczyniła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak po jej krótkiej wycieczce do Vancouver, na której udało jej się załatwić urlop przynajmniej do końca sierpnia, znowu musiała się zmierzyć z zszokowanymi spojrzeniami mieszkańców. Przez pierwszych kilka dni Amondhall słyszała coś nawet o przegrywanych zakładach i przekazywaniu sobie symbolicznych kwot, nie zwracała jednak na to większej uwagi. Nie każdy był jednak tak subtelny czy przyjaźnie nastawiony do jej ponownego pojawienia się w Mount Cartier.
      Kilka osób – a właściwie to pań ze starszego pokolenia – wyraźnie okazywało jej swoją niechęć odkąd tylko w ogóle postawiła stopę na tym skrawku kanadyjskiej ziemi. Przez ostatnie pół roku nie dawały jej one spokoju, uszczypliwie przeszkadzając w robieniu zakupów czy nie tak znowu cicho rozmawiając o niej, gdy tylko przechodziła nieopodal. Vivian wiele razy słyszała, że jest niewychowana, wyrodna i bezczelna, a jej prawo mieszkania tutaj skończyło się z chwilą, w której zniszczyła serce złotego chłopaka jakim był Calderon. Wiele razy ignorowała to, bo nie czuła potrzeby tłumaczenia się komukolwiek z podjętych dawno temu decyzji. Nigdy wcześniej ta jawna niechęć nie była też aż tak… jawna.
      Vivian daleko było do śmiechu, nawet jeśli cała sytuacja zasługiwała tylko na przedstawienie jej w kabarecie. Niewpuszczona na teren posesji blondynka stała właśnie przy furtce do domu starej pani Flicker sprzedającej po sąsiedzku jajka ze swojej hodowli i ze ściśniętymi z wściekłości ustami wsłuchiwała się w to, jak bardzo nie była godna tego, by kupować u niej jajka. Cholerne jajka!
      — A co, Ty myślałaś, że możesz sobie tak latać po okolicy i pokazywać jaka to lepsza jesteś?! Wracasz z podkulonym ogonem i się panoszysz, na nic tu nie zasługujesz! Najlepiej jakbyś znikła i przestała znowu łamać serca biednym chłopcom… nawet nie wiem czemu oni nadal na Ciebie patrzą, jak tu nic godnego zawieszenia okiem nie ma. Wielka Pani z miasta się znalazła! A poszła mi… — Ta tyrania zdawała się nie mieć końca, a trzeba przyznać, że pani Flicker nie była szczególnie cicho podczas wygłaszania tej swojej mowy, z którą nosiła się chyba od dobrych kilku tygodni, ale biednej Margaret zaglądającej do niej po te nieszczęsne jajka, nie była w stanie powiedzieć tego, co myślała o jej córce. Samej Vivian? O, to było co innego! Mogła gadać i gadać, machając przy tym swoimi tłustymi paluchami i odgrażając jej od najgorszych wiedźm niszczących dobre partie w tym mieście.

      Usuń
  86. Z reguły, gdy ktoś za młodu opuszczał rodzinne strony Mount Cartier, a po kilku latach do nich wracał, musiał liczyć się z pewnego rodzaju ostracyzmem i nieprzerwanym wytykaniem palcami przynajmniej do czasu, aż do miasteczka nie zawita kolejna zagubiona dusza, stająca się tematem numerem jeden. Niejednokrotnie Vivian sama ciekawie wodziła spojrzeniem za wracającymi przybyszami, z reguły jednak ona była zainteresowana ich sukcesami, tym co zobaczyli, jak wyglądało ich życie w innym miejscu, a nie tym jak bardzo im się nie udało. Powinna więc być przygotowana na tego typu osaczanie jej niezadowolonymi spojrzeniami, mimo to nie spodziewała się aż takiej niechęci. Powrót z Vancouver sam w sobie był dla niej trudny, a życie w miasteczku, w którym połowa jego mieszkańców szydziła z niej za plecami nie zaliczało się wcale do prostych zadań. Z reguły ignorowała te wszystkie upierdliwe komentarze, bo tak było prościej. Nie denerwowała się niepotrzebnie, nie kłóciła z nikim, a przy okazji też nie walczyła o ponowne przyjęcie jako swojego członka społeczności. Tego rodzaju akceptacja potrzebna była jej ze strony tylko kilku konkretnych osób. Co więcej, otrzymała ją zanim jeszcze w ogóle o nią poprosiła, a co do całej reszty miasteczka… Mogli myśleć, co chcieli. Mogli jej zazdrościć, szczerze mieć jej dosyć albo nawet żywić do niej niechęć za zawracanie w głowach młodym kawalerom, którzy rzekomo z jej winy przestali latać za pannami na wydaniu pochodzącymi z tej czy tamtej rodziny. Traktowali ją jak prawdziwą femme fatale, podczas gdy Vivian nie miała nawet grama odwagi, by walczyć o chociaż jednego mężczyznę.
    Inna sprawa, że ten jeden, konkretny mężczyzna sam z siebie pojawiał się tam, gdzie akurat jego inteligentne riposty oraz ogólny szacunek wybijały się ponad cudzą niechęć. Sama Vivian musiała przyznać, że przeszył ją dreszcz na dźwięk głosu Calderona. W jej przypadku jednak było to przyjemne uczucie, nie mające żadnego związku z przestrachem widocznym w tęczówkach starej kobiety. Pani Flicker wyraźnie straciła rezon, prostując się i chowając swoje grube palce w kieszenie spódnicy, gdzie zapewne wycierała je o skrawki przechowywanych tam chusteczek higienicznych. Jeśli coś mogło zbić ją z nienawistnej tyrady, to tylko uszczypliwość jednego z jej ulubionych kawalerów, którego bardzo chętnie zobaczyłaby u boku jednej ze swoich wnuczek, a nie w towarzystwie tej blond wiedźmy, koło której przystanął i której… bronił.
    Wyraźnie niezadowolona starsza pani zamrugała kilka razy powiekami, jakby ciągle przetwarzała w głowie słowa Cesara, a Viv mogła jedynie pokręcić głową na tę jawną zmianę zachowania. Po części była nawet zła, że przebieg jej zakupów zależał od tego, kto stał u jej boku. A mówili przecież o cholernych jajkach a nie targowaniu się o cenę nieruchomości!
    — Ah, Cesar, złotko, oczywiście, że wszystko jest w porządku z jajkami! — zapewniła go gorąco pani Flicker, obrzucając niechętnym spojrzeniem samą Amondhall. Vivian bez trudu mogła wyczytać z niego przyganę „jeszcze tu stoisz, wywłoko?”, nic sobie jednak z tego nie zrobiła. Nie ruszyła się też nawet o centymetr, chociaż ochota na jajka minęła jej dawno temu. — Ale właśnie miałam mówić, że na dzisiaj już skończyły mi się zapasy. Mam tylko odłożonych kilka mendli… dla Twojej mamy też, obiecałam jej wczoraj, to nie mogę ich przecież sprzedać tutaj… Vivian!
    Pani Flicker zbita z tropu ich niewzruszonymi pozami, przestąpiła niecierpliwie z nogi na nogę. Imię młodszej Amondhall wyraźnie z trudem przeszło jej przez gardło.
    W okolicy nie było widać ratunku w postaci innych przechodniów, a sąsiedzi wcześniej chętnie wyglądający przez okna, teraz schowali się za firankami i z jeszcze większymi wypiekami na twarzy obserwowali rozwój wydarzeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie, oczywiście, że nie można sprzedać, ale można było od tego zacząć — przyznała poirytowana Vivian, nawet nie siląc się na przesadne uprzejmości. Bardziej nawet powiedziała to do siebie i do stojącego obok Calderona niż do kobiety zza płotu. — W takim razie nie mam chyba czego tu szukać. Przekażę Margaret, że również może zacząć zaopatrywać się w sklepie w jajka, żeby nie roznosić tutaj żadnej zarazy. Tak na wszelki wypadek, gdyby i na nią już przeszło wszystko, czym ja przesiąkłam — zapewniła ją dobitnie, dosyć sprawnie pozbawiając ją dostępu do własnej matki i ciekawostek jakich mogła się dowiadywać. Z nich dwóch to Amondhall była bardziej zawzięta i bezpośrednia, ale Margaret też umiała rzucić swoje trzy grosze. Niemniej to Vivian potrafiła głębiej wbijać noże i drażnić ludzi, nic więc dziwnego, że całkiem naturalnie położyła dłoń na naprężonym ramieniu mężczyzny i uśmiechnęła się do niego frywolnie, jak na prawdziwą wiedźmę rzucającą czary na mężczyzn przystało. — Idziemy, Cesar?
      — Ah nie, nie, jak już Cesar jest, to może wejdziesz i zabierzesz dla mamy jej pakunki? Nasza kochana Janet miała po nie wpaść, ale biedaczka się rozchorowała, na pewno musiałeś słyszeć, że od kilku dni nie wychodzi z domu i Twoja mama u niej była… — nadawała pani Flicker, wyraźnie odzyskując rezon, gdy przyszło mówić o jej rudowłosej wnuczce pomieszkującej dwa domki od rodziców Calderona. Specjalnie mówiła to wszystko takim tonem, jakby młodego kapitana łączyły głębokie i zażyłe więzi, na co Vivian być może drgnęła niepostrzeżenie, a jej palce mocniej zacisnęły się na ramieniu Cesara, ale w żaden inny sposób nie zareagowała na te nowiny. To był kolejny powód, by rodzina Flickerów jej nienawidziła – Janet zawsze walczyła o Cesara i żaden inny mężczyzna jej nie interesował, a przez ostatnie dziesięć lat miała spore pole do popisu w umilaniu mu czasu w miasteczku. Vivian z kolei na sam dźwięk imienia tej dziewczyny miała ochotę odwrócić się na pięcie i odejść. Gdyby nie Cesar – oraz fakt, że była ciekawa, co on ma do powiedzenia na ten temat – to pewnie już byłaby na drugim końcu uliczki.



      Usuń
  87. Faktycznie, Vivian z całą pewnością nie pochwaliłaby wtrącania się w coś, co uważała za tylko i wyłącznie swoją sprawę. Z natury nie była strachliwa – w innym przypadku na pewno nie poradziłaby sobie z przeżyciem w Vancouver nawet przez rok, a co dopiero mówić o otwieraniu firmy czy zarobieniu na wynajem całkiem nowoczesnego i wygodnego mieszkania. Nie były jej straszne żadne pogadanki, bo w młodości wystarczająco dużo się ich nasłuchała, by teraz zwyczajnie wpuszczać je jednym uchem a wypuszczać drugim. Żadna z niej też awanturnica, by wykłócać się o głupie jajka i robić sensację na całe miasteczko, chociaż ta i tak się stworzy. Wystarczy, że zaszyją się gdzieś z Cesarem, by znaczna część sąsiadek pani Flicker – oczywiście pod pretekstem popołudniowych herbatek – pomaszerowała czym prędzej do równie starych i pożądających plotek przyjaciółek. Jak nic znowu na jeden dzień staną się tematem numerem jeden i to tylko dlatego, że kiedyś byli parą. Amondhall była zresztą przekonana, że całe miasto czekało tylko, aż Calderon odwróci się do niej plecami i odegra za tamto złamane serce. Aż dziw, że jeszcze nie dali sobie spokoju skoro od stycznia, odkąd tylko zawitała do miasteczka, z ich strony nie nadciągnęła żadna awantura. Nie było nawet jednej maleńkiej burzy, która mogłaby zwiastować ich wzajemną nienawiść.
    Nic więc dziwnego, że Viv niezauważenie przewróciła tylko oczami, nie chcąc przy upierdliwej gospodyni wdawać się w dyskusję dotyczącą Janet czy odkładania komukolwiek zapasów jajek. W jej odczuciu Cesar nie powinien mówić tych ostatnich zdań, bo one same w sobie pozwalały na przeinaczanie całej sytuacji. Chciał dobrze, z czego Amondhall doskonale zdawała sobie sprawę, efekt jednak mógł być zupełnie odwrotny od zamierzonego.
    Tę kwestię przemilczała jednak, biorąc głębszy wdech po minięciu ogrodzenia domostwa, jakby w ten sposób oczyszczała się z całej nienawiści zrzuconej na jej barki. Przynajmniej teraz lepiej rozumiała skąd ta niechęć – wspomnienie o Janet z taką czułością w głosie i wyraźnie chytrym uśmiechem jasno sugerowało, kogo pani Flicker wolałaby widzieć u boku starszego Calderona. Vivian wolała nawet nie zastanawiać się nad tym, jaką minę miała kobieta, gdy jej wzrok spoczął na dłoni Cesara położonej na jej lędźwiach i popychającego ją nieznacznie do przodu. Zupełnie jakby bał się, że jej dłuższe stanie pod furtką może skończyć się wybuchem niepochlebnych słów pod adresem gospodyni, co znowu nie było takie niemożliwe. Zazdrość potrafiła wyciągać z niej cechy, o których istnieniu rzadko kiedy zdawała sobie sprawę, a wzmianki o Janet jakoś nigdy nie działały na nią pozytywnie.
    — Jak tak dalej pójdzie, to nie będę mogła nic kupić w całym mieście — rzuciła mimochodem, spoglądając przez ramię na malejący domek. Na chodniku przed furtką, dokładnie tam, gdzie niedawno stali oni, teraz była pani Flicker, która podpierając ręce na biodrach, na pewno mruczała pod nosem kolejne kazania. Jedyną różnicą była obecność dwóch innych dewotek ciekawych wszystkiego, co ona i Cesar mogli powiedzieć w przeciągu tych kilku minut. Wiadomo przecież, że na świeżo informacje są najdokładniejsze, chociaż pani Flicker na pewno w ekspresowym tempie zdąży zmienić wersję wydarzeń. Fakt, że odeszli przecież razem, a wcześniej jeszcze nawet dotknęli się na chwilę, wołał o pomstę do nieba i wymuszał skrytykowanie głównej bezwstydnicy. Vivian wolała nawet nie myśleć o tym, jakie plotki będą do wieczora krążyć po całym miasteczku…
    — Ty też możesz mieć z tym problem, jak nadal będziesz pokazywać się w moim towarzystwie — wytknęła, przenosząc swoje zielone spojrzenie odrobinę w górę. Cesar był od niej wyższy nawet gdy miała obcasy, z reguły więc musiała nieco odchylić swoją głowę, jeśli chciała podchwycić jego wzrok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W jej tęczówkach tliły się nieco zadziorne ogniki, świadczące o chęci nawet częstszego pokazywania się razem i ucierania nosa marudnym mieszkankom Mount Cartier, zaraz jednak zgasły, gdy w głowie powrócił do niej obraz rudowłosej kobiety. Niemal od razu przekręciła głowę, wpatrując się w drogę przed nimi. Zmierzali właśnie w kierunku głównej uliczki miasteczka.
      Z Janet z reguły unikały się i było to najbardziej wskazane zachowanie w ich przypadku. Odkąd Vivian wróciła widziały się raptem kilka razy i to wyłącznie dlatego, że w miasteczku był tylko jeden bar. Za każdym razem udawały jednak, że się nie widzą, co było o tyle łatwiejsze, gdy Cesara nie było w pobliżu. Od zawsze relacja jej i Cesara była punktem zapalnym do kontaktów z Janet, której wyjątkowo nie pasowało ignorowanie jej przez będącego w jej wieku Calderona, którego jeszcze w szkole średniej wierzyła, że zaciągnie przed ołtarz. Plany te legły w gruzach w chwili, w której blondwłosa Vivian okazała w końcu szczere zainteresowanie młodym i przystojnym chłopakiem. Właściwie nigdy nie wierzyła, że przekona do siebie Calderona – w końcu co on mógł widzieć w takiej małolacie, jak ona, ale udało się i zostali parą. Janet to nie pasowało. Jej powrót na pewno również nie był na rękę kobiecie, która prawdopodobnie nadal była samotna jeśli wierzyć gadaniu starych babć wyjątkowo chętnie plotkujących na ten temat za każdym razem, gdy tylko Vivian pojawiała się w zasięgu ich głosu.
      — Jak tam Janet? Nadal macie dobre kontakty? — wyrwało jej się w końcu niechętnie, gdy dłoń Cesara opadła już z jej pleców, a jej zaciśnięte dłonie – druga najbardziej zdradliwa część ciała zaraz po oczach – ukryły się w kieszonkach sukienki do kolana, którą miała na sobie. Buty na dziesięciocentymetrowym koturnie nie były często widywanym zjawiskiem na ich nierównych drogach, Vivian na szczęście miała mnóstwo wprawy i nie potykała się na byle nierównościach.


      Usuń
  88. Całe miasteczko może faktycznie nie miało jej aż tak za złe opuszczenie rodzinnych stron, ale jego starsza część na pewno co nieco miała do powiedzenia w tej materii. Tyczyło się to każdego, kto wyjeżdżał, a odstępstw od tych norm było naprawdę niewiele. Cesar załapał się do jednej z nich, Vivian nie miała jednak tyle szczęścia. Wszystkiemu winny był i tak ich pamiętny związek, bo gdyby nie stanowili tak idealnej pary godnej wzięcia ślubów w miejscowym kościele, to na pewno inaczej spoglądano by teraz na jej sukces. Najbardziej wszystkich ubodło porzucenie tak złotego faceta, jakim był Calderon pracujący niemal całe życie na rzecz miejscowej społeczności. Ją samą też chyba najbardziej to bolało w całej tej wyprawie po wielkie marzenia.
    O tym orientowała się jednak tylko w takich chwilach, jak ta obecna, gdy szli ramię w ramię po znajomych uliczkach. Wtedy wracało najwięcej wspomnień, najczęściej tych przyjemnych powodujących uśmiech na twarzy jak jej próby uciekania przed nim kończące się zawsze na kilkunastu metrach czy jej zaskakiwanie go o brzasku w porcie tylko po to, by skraść jeszcze przed jego wypłynięciem ostatni czuły pocałunek. Wielokrotnie przechadzali się po mieście przytuleni, zmierzając albo na most nad jeziorem, gdzie potrafili leżeć do późnych godzin i wpatrywać się w gwieździste niebo, albo do pubu, gdzie najczęściej przesiadywali z paroma znajomymi osobami, ciesząc się swoją obecnością i posmakiem dobrego piwa prosto z beczki. Jej pierwsza miłość była przez nią bardzo dobrze zapamiętana, a spędzanie czasu w towarzystwie Cesara przywoływało tylko więcej wspomnień, od których nie mogła odpędzić się szczególnie w snach. Im dłużej przebywała w Mount Cartier, tym częściej budziła się o brzasku z myślą o młodym blondynie, który te dziesięć lat temu wielokrotnie próbował niepostrzeżenie wykradać się z jej nastoletniego pokoju. Rzadko kiedy mu się to udawało, bo wyczulona na każdy ruch Vivian odkręcała się zazwyczaj na drugi bok i przytrzymywała go każdą kończyną, by chociaż dał im jeszcze chociaż kilka minut razem nim znowu zniknie na cały dzień na morzu. Każdy taki powrót do tego, co było kiedyś, sprawiał że teraźniejszość była o wiele bardziej kłopotliwa do zniesienia. A już szczególnie wtedy, gdy na pierwszy plan wysuwały się stare niechęci.
    Vivian wiedziała, że właściwie nie miała prawa pytać go o takie kwestie. Żadne jego relacje z kobietami nie podlegały dyskutowaniu ich z nią, ale… No właśnie. Zawsze było jakieś ale. W tym wypadku wynikało ono z ogólnej niechęci żywionej do Janet, która sama w sobie stanowiła dla niej problem. To właśnie informacja o potencjalnej relacji Cesa z tą jedną kobietą zabolałaby ją chyba najbardziej. Każdą inną zniosłaby mniej lub bardziej przychylnie, ale widok Janet uwieszonej na ramieniu, które niegdyś obejmowało w czuły sposób tylko ją… tego zapewne by nie przetrwała. A jej powrót do Vancouver byłby o wiele szybszy niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Odnawianie kontaktów z Calderonami było jednym z kilku powodów, dla których ponownie wróciła w rodzinne strony i robiła niepotrzebne zamieszanie.
    Trudno było jednak ukryć, że wyraźnie rozluźniła się, słysząc tak skonstruowane zdania. Jej dyskrecja i delikatność wołały w tym wypadku o pomstę do nieba, nieszczególnie się tym jednak przejęła. Pewnie gdyby zerknęła w tej chwili na Calderona i zobaczyła to specyficzne uniesienie kącików ust, to zarumieniłaby się znacząco. Wytłumaczenie tego zimnem nie byłoby zasadne, bo pogoda była wyjątkowo dobra – słońce świeciło nad ich głowami, ale przyjemny wiaterek łagodził skutki odczuwania przesadnego ciepła, dzięki czemu ich spacer nie był ani trochę męczący. Właściwie spędzanie czasu na świeżym powietrzu było kolejnym plusem ponownego mieszkania w Mount Cartier, z którego Vivian wcześniej nie zdawała sobie nawet sprawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie, to raczej nic nowego — potwierdziła jego słowa. Nawet uśmiechnęła się przy tym nikle, gdy tylko przypomniała sobie jak Cesar potrafił ignorować Janet w przeszłości. Skoro mówił, że i teraz nieczęsto miał dla niej czas, to na pewno nie kłamał. Rudowłosa chociaż uparta, to rzadko kiedy miała szansę na otrzymanie pełnej uwagi Calderona. Przynajmniej te dziesięć lat było jej o to trudno, bo jeśli Vivian miała przyznać się o kogo była najbardziej zazdrosna, to na pewno tą osobą była rudowłosa Janet. Jak widać niewiele się w tej materii zmieniło.
      Viv westchnęła cicho, kręcąc przy tym głową na pozwolenie by słowa starej kobiety od jajek rozproszyły ją do tego stopnia, że atakowała też biednego Cesara.
      — Przepraszam, nie powinnam nawet o to pytać. To w końcu nie moja sprawa… — przyznała zmieszana, drgając gdy podmuch wiatru otarł się o odkrytą skórę na jej szyi. Włosy miała spięte w luźnego koka na czubku głowy, a krótsze kosmyki łaskotały ją raz po raz po wrażliwej skórze, gdy tylko ciepłe powietrze wprawiało je w ruch. — Chociaż nie będę ukrywać, że zabawnie się słucha o jej nieudanych staraniach…
      Blondynka uśmiechnęła się nieco szerzej. Po tym jak w przeszłości kilka razy pokłóciła się z Cesarem o tę diablicę, nie czuła się zobowiązana do współczucia jej, że jeszcze nie znalazła sobie żadnego faceta. Vivian też był sama, a Janet… pewnie mogłaby być już mężatką gdyby tylko przychylnie spojrzała na facetów kręcących się obok niej i przestała próbować zdobyć tego, który od zawsze był dla niej niedostępny.
      — Ale to pewnie nie zabrzmiało zbyt dobrze? — zagaiła jeszcze, zerkając wymownie na Cesara. — Jeszcze chwila i wyjdą wszystkie moje nowe wady nabyte w Vancouver. — Vivian nawet nie próbowała udawać, że jest święta. Właściwie teraz było jej do tego pewnie jeszcze dalej niż kiedyś, kiedy tylko złościła się na Calderona, a nie jeszcze dodatkowo go przesłuchiwała.



      Usuń
  89. [Dzięki za przywitanie. Pewnie kiedyś ją odnajdzie, jeszcze nie wiem, co dokładnie się między nimi wydarzy. Świetnie napisana karta, bardzo podobają mi się rozbudowane zakładki.]
    Lilith

    OdpowiedzUsuń
  90. Cała ta sytuacja z panią Flicker i uciążliwym wspominaniem przez nią o Janet sprawiła, że Vivian na resztę popołudnia ukryła się w bezpiecznych kątach swojego domu. Ignorowała przy tym podchwytliwe pytania Margaret, która bez dwóch zdań chciała dowiedzieć się gdzie podziewa się zamawiany przez nią mendel jajek oraz jak to się stało, że Cesar odprowadził ją do domu. Po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku tygodni. Powoli stawało się to taką samą rutyną, jak jeszcze te trzynaście lat temu, gdy uchodziła w miasteczku za jedną z większych szczęściar. Nie dość, że zakochała się wtedy z wzajemnością, to jeszcze udało jej się zdobyć serce starszego o kilka lat chłopaka, za którym oglądały się niemal wszystkie wolne panny z Mount Cartier i okolic. Margaret już wtedy była zadowolona z tego związku, nie było więc zaskakującego w jej próbach dopytywania Viv czy coś jeszcze z tego będzie. Odkąd zresztą zdrowie starszej Amondhall się polepszyło, stała się ona odrobinę mniej zrzędliwa i o wiele bardziej zależało jej, by obecny stan rzeczy – mieszkanie Vivian w rodzinnym mieście – się nie zmienił. Nie przyznałaby się do tego głośno, ale obecność córki w domu była najlepszym lekiem na jej podupadające zdrowie. Nie wszystkie skutki udaru można było usunąć – do tej pory Margaret miała przeszywające bóle w prawej stronie ciała, które nasilały się przy kiepskiej pogodzie – ale na pewno udało im się zmniejszyć te defekty do minimum. I to właśnie pomoc blondynki była w tym przypadku kluczowa, a nie ćwiczenia zapisywane przez lekarzy.
    Sama Vivian zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że jej powrót do miasteczko ciężko było nazywać nadal urlopem. Zasiedziała się na starych śmieciach i chociaż gdzieś tam w głowie zapalała się żółta lampka mówiąca, że z każdym dniem będzie jej coraz trudniej, to tak naprawdę nie planowała jeszcze powrotu. Odwlekała go tak samo, jak robiła to w marcu i w maju, i później w lipcu...
    Tak naprawdę w tym zapomnianym przez świat miasteczku trzymało ją więcej, niż chciałaby przyznać. Nieidealne, ale jednak wyraźnie naprawione relacje z matką, której wbrew pozorom nie chciała nigdy stracić i na pewno cierpiałaby o wiele bardziej, gdyby jej udar w styczniu okazał się być śmiertelny. Oprócz tego była też Kathryn oraz reszta ich wspólnej rodziny, do której lubiła zaglądać na popołudniową herbatę z miodem i w celu zagrania w liczne planszówki wyciągane ze strychu. Było także wielu sąsiadów, którzy po pewnym czasie zaczęli odnosić się do niej tak samo życzliwie, jak wtedy gdy miała siedemnaście lat; byli Calderonowie, którzy pomimo kiepskiej wspólnej historii przyjęli ją z otwartymi ramionami i zawsze mile witali ją w progach swojego domu. No i oczywiście była też jedna, najważniejsza osoba, przez którą decyzja o ponownym wyjeździe wydawała się jeszcze trudniejsza do podjęcia niż za pierwszym razem.
    Cesar.
    Odkąd wróciła, jej życie znowu wywrócone zostało do góry nogami właśnie przez niego. Popijając rano kawę, często z zamyśleniem wpatrywała się w krajobraz i zastanawiała się czy dzisiaj wypływał w rejs, czy minie się z nim gdzieś na ulicy, czy może też dopiero szykował sobie jedzenie w swojej chatce. Nawet gdy Kat wpadła do niej późnym popołudniem z misją wyciągnięcia ją na ognisko, Vivian przez całą drogę do miejsca docelowego zastanawiała się czy on też tam będzie.
    Ubrana w wygodną sukienkę w granatową kratę przed kolano, która zapinana była z przodu na guziki, a w pasie przewiązana była szerokim paskiem podkreślającym talię, nie wyróżniała się na szczęście aż tak bardzo od pozostałych kobiet przybyłych na to wydarzenie. Co prawda jej sandały na koturnie nie pasowały do widocznych niemal wszędzie trampek, ale przynajmniej czuła się w nich bardziej kobieco. Szpilek nie mogła przecież założyć, chociaż gdyby impreza nie była organizowana nad jeziorem… zapewne pokusiłaby się o nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszyła się, że jednak tego nie zrobiła, bo na nierównej ziemi i z kubkiem piwa z sokiem w ręce musiała uważać nawet w zapiętych dookoła kostek butach. Kathryn zniknęła gdzieś ze Scottem mniej więcej po godzinie od ich przybycia na ognisko. Vivian zdążyła już do tego czasu uzupełnić swój kubek po raz drugi i wysłuchać przez dwie minuty zachwytów Janet nad pracą w porcie oraz możliwościami jakie jej to daje do spędzania czasu z rybakami, gdy niefortunnie rudowłosa stanęła obok niej przy stole z napojami. Ostatecznie Viv zaczęła samotnie krążyć wśród znajomych twarzy, od czasu do czasu z kimś rozmawiając.
      Tak też było i teraz, gdy śmiejąc się, szła tyłem i odpowiadała na ostatnią zaczepkę Jasona, dawnego kolegi ze szklonej ławki. Niefortunnie odwróciła się o kilka sekund za późno do prawidłowego kierunku drogi, przez co zderzyła się czyjąś szeroką klatką piersiową, a połowa jej piwa wylała się na ziemię, ochlapując też jej łydkę.
      — Cholera… przepraszam! — rzuciła, jeszcze zanim w ogóle spojrzała w górę i napotkała znajome spojrzenie błękitnych tęczówek. Oczywiście, że musiała wpaść akurat na niego… — Nie oblałam Cię, prawda? Wtedy już oficjalnie musiałabym przynosić Ci pecha! — jęknęła przeciągle, chociaż nie udało jej się ukryć rozbawienia. Kąciki jej warg uniesione były w górze, a wysoki kucyk, w który ciasno związane były jej jasne włosy, zabawnie kołysał się z tyłu, gdy kręciła głową z niedowierzaniem.


      Usuń
  91. Zgadzając się na ten mały powrót do lat młodości, Vivian nawet nie spodziewała się, że spotka na ognisku tyle znajomych osób. Jak co roku zebrały się na nim liczne – przynajmniej jak na ich mieścinę – tłumy, które niemal od razu podzieliły się pod względem wieku na kilka grupek. Dawniej to młodzież dominowała na tego typu imprezach, ale wszystko wskazywało na to, że przez ostatnie lata zaszło parę zmian. Wiele osób z trzydziestką na karku przechadzało się właśnie po wydeptanych w piachu dróżkach i korzystało z jedno z ostatnich ciepłych wieczorów.
    Dla Viv było to o tyle zaskakujące, że wystarczyło jej zobaczenie sporego ogniska rozpalanego jak co roku dokładnie w tym samym miejscu, by wróciły do niej niemal wszystkie wspomnienia. To w końcu na takiej spontanicznej zabawie odważyła się posmakować po raz pierwszy piwa czy pocałować chłopaka, na którego widok kilka tygodni wcześniej czuła już przyjemne łaskotanie w podbrzuszu. Reakcja Calderona była wtedy najlepszym spóźnionym prezentem urodzinowym. Jeszcze długo później wspominali tamten pierwszy pocałunek, na każdym kolejnym ognisku powielając ten przyjemny zwyczaj podkreślania swoich uczuć. Vivian przypomniała sobie o tym, jak tylko pojawiła się na ognisku i praktycznie odruchowo zaczęła się rozglądać za znajomymi, szerokimi plecami, jasnymi włosami i opaloną od słońca twarzą… Wtedy Cesara jeszcze nie było w gronie osób świętujących koniec lata, zauważyła go jednak później, czego niemal od razu pożałowała.
    Widok Janet uwieszonej na ramieniu rybaka był tak samo irytujący teraz, jak te dziesięć lat temu, gdy rudowłosa czasami próbowała swoim dwuznacznym zachowaniem doprowadzić do ich rozstania. Różnica była teraz tylko taka, że Vivian nie mogła teraz zwrócić jej uwagi, z czego Janet zdawała sobie sprawę. Ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę, a zadziorny uśmiech dziewczyny i jej przybliżenie się jeszcze bardziej do Cesara utwierdziły Amondhall w przekonaniu, że na tę chwilę nie ma czego szukać wśród tamtej grupki osób. Odwróciła się więc na pięcie i wtedy też natrafiła na Jasona oraz jego głupie żarty. Rozśmieszył ją w ciągu dwóch minut, robiąc z siebie chwilowego błazna, bo aż za dobrze wiedział, gdzie powędrował jej wzrok i co takiego zobaczyła. Każdy, kto chociaż trochę znał Vivian lub Cesara, wiedział, co ich łączyło. Nikt nie był też w miasteczku na tyle głupi, by po pół roku widywania jak ta dwójka spaceruje razem nie dodać dwóch do dwóch i nie zorientować się, że coś jest na rzeczy. Nawet jeśli oni sami jeszcze nic w tym kierunku nie robili.
    Jason od razu uścisnął dłoń Cesara. W czasach szkolnych to z nim Vivian siedziała w jednej ławce, przez co cała trójka znała się całkiem nieźle i wypili razem nie jedno piwo. Teraz jednak Tanner wiedział, że zrobi im przysługę, jeśli zwyczajnie ulotni się gdzieś.
    — Vivian ma już chyba dosyć moich kawałów skoro próbowała uciec, więc z tą zabawą to chyba nawaliłem…
    — Hej, nie słuchaj go — zaprzeczyła ze śmiechem blondynka, chociaż rzucone Jasonowi spojrzenie więcej miało wspólnego z niemym ostrzeżeniem niż rozbawieniem. Tanner nawet nie zwrócił uwagi na to jej wtrącenie.
    — … ale świetnie się składa. I tak muszę na stronę, to możesz uratować mi tyłek, Calderon — dokończył, faktycznie odwracając się od nich i zmierzając w kierunku lasu, gdzie mógłby zaszyć się na chwilę. — Tylko nie pozwól jej znowu uciec — rzucił jeszcze przez ramię, posyłając im obojgu dosyć wymowne spojrzenie. Oczywiście nie miał na myśli samego ogniska tylko to, na co pozwolili sobie tych parę lat temu.
    Vivian najchętniej udusiłaby go za to mało subtelne zagranie, Tanner zdążył jednak wmieszać się już w tłum, zostawiając ich w sytuacji bez wyjścia. Gdyby nawet chcieli od razu pójść w swoją stronę, to zrobiłoby się jeszcze bardziej niezręcznie niż było do tej pory. Wspomnienia z innych ognisk, słowa Jasona, zachowanie Janet… to wszystko sprawiało, że Vivian czuła się onieśmielona. Kompletna nowość zważywszy na to, że czternaście lat temu nie brakowało jej odwagi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Westchnęła cicho, zerkając na swój prawie pusty kubek.
      — Nie dziwi Cię, że nikt jeszcze nie uciął mu tego długiego języka? — zapytała czysto retorycznie, odnosząc się oczywiście do Jasona i jego tendencji do gadania o bzdurach. Uniosła przy tym spojrzenie zielonych tęczówek w górę, szukając w oczach Cesara jakiegoś znaku, że nie wziął na poważnie słów Tannera. Nigdzie się przecież nie wybierała i na pewno przed nikim nie uciekała… z wyjątkiem Janet oczywiście. Jej akurat nie miała ochoty spotykać. — Nie myślałam, że będziesz… że my… że się tutaj spotkamy — przyznała nieco zmieszana. Nie miała pojęcia czy Cesarowi to ognisko przywróciło tak wiele wspomnień jak jej, ale dla niej to było jak kubeł zimnej wody, którego zupełnie się nie spodziewała. A lawina uczuć jaka potem się w niej wylała utwierdziła ją tylko w przekonaniu, że nie powinna tak długo czekać z powrotem tutaj.

      Usuń
  92. [No czeeeść ^^ Piszemy coś?]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  93. Twoje chłopaki dzielnie zbierają ikonki z wiewiórami, a ja Cię przy okazji muszę pochwalić za te piękne opisy w wydarzeniu. W niecierpliwości czekałam na kolejne komentarze na spływie, bo tak ładnie i obrazowo opisywałaś przyrodę, że czułam się jak badacz natury. Nic dziwnego też, że w trakcie trwania wydarzenia zdążyłam też polubić puchatego towarzysza Calderona. Niech on te wiewiórę adoptuje! ;)

    nie istnieję

    OdpowiedzUsuń
  94. [No właśnie się nad tym zastanawiałam i nie wiem, czy kontynuować ten stary, czy może jednak lepiej będzie wymyślić coś nowego. Jakieś pomysły?]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  95. Wszystkie jej obecne kontakty w miasteczku zrodziły się albo podczas ostatnich kilkunastu tygodni, albo pochodziły jeszcze sprzed dziesięciu lat i teraz niepewnie były przez nią odnawiane. W przypadku Tannera nie było inaczej. Spotkali się przypadkiem u jedynego piekarza w miasteczku, co pozwoliło Jasonowi najpierw na obrażenie się na nią, że nie napiła się z nim jeszcze piwa, a później na wrócenie do starych nawyków i traktowania jej jak upierdliwej przyjaciółki, z którą rzekomo wcale nie chce utrzymywać kontaktów. Nie rozmawiali więc przez tych ponad dziesięć lat, nic jednak nie stało na przeszkodzie, by nadal rzucał tekstami, po których Vivian miała ochotę go tylko udusić.
    Gdyby więc Cesar zapytał, to nie musiałaby nawet niczego ukrywać. Odcięła się od wszystkich i powód tego działania był tylko jeden. Nie chciała, by ktokolwiek wzbudzał w niej poczucie winy. Wspominanie o Calderonie w każdej rozmowie na pewno nie pomogłoby jej w stworzeniu tego, co miała w Vancouver.
    Na wzmiankę o spływie wzdrygnęła się mimowolnie i odrobinę przesadnie. Tamtego popołudnia wcale nie wspominała dobrze, po tym jak jej plan spokojnej wyprawy w towarzystwie znajomych twarzy został zniszczony przez kilka niecodziennych wypadków.
    — Nie przypominaj mi nawet tego — zamarudziła z cichym jękiem. Skończyła tamten spływ zła i przemoczona, na dodatek gdyby nie pomoc młodszego o dwanaście lat chłopaka, to pewnie do teraz pływałaby w tym przeklętym kanu. — Na pewno przez kolejne dwa lub trzy lata nie wsiądę sama do żadnego kajaka — stwierdziła pewnie, siląc się na dosyć kiepski uśmiech. Dzisiaj mogło się to wydawać całkiem śmieszne, ale wtedy wcale nie było jej do śmiechu, gdy trzęsła się z zimna po bliskim spotkaniu z łosiem.
    — Dzikie zwierzęta chyba nigdy mnie nie polubią.. — dodała jeszcze, kiedy już wymijali kolejne osoby stojące im na drodze do prowizorycznego barku. Burmistrz jak zwykle na tę okazję przeniósł z baru Iana trochę alkoholowych zapasów, dzięki czemu raz do roku mogli urządzić oficjalne ognisko. Oczywiście jedzenie trzeba było już przynosić na własną rękę (zapominalscy mogli co prawda skorzystać z możliwości zakupów niewielkich ilości jedzenia), ale patrząc na to, ile osób siedziało z kiełbaskami nabitymi na przygotowane kije, to mało kto przyszedł się tutaj najeść.
    Vivian podała swój kubek do napełnienia, chociaż będzie to zapewne jej ostatnia porcja. Już czuła, że mocne piwo odrobinę ją odurzało. Daleko było jej do stanu upicia się, ale na pewno miała już lekką głowę i przyjemniej spędzało jej się czas.
    — Tutaj czyli na ognisku czy tutaj, w Mount Cartier? — zapytała z subtelnym uśmiechem, nie zwracając uwagi na to, że powoli jej pytania zaczynają pobrzmiewać jak zaproszenie do flirtu. Nie chciała zresztą się z tego wycofywać. Towarzystwo Calderona, ognisko, wspomnienia z nimi związane, upierdliwa Janett wpatrująca się wściekle w nią z odległości kilkudziesięciu metrów… Możliwe, że alkohol odebrał jej jasność myślenia, ale na pewno zamierzała zatrzymać dzisiaj Cesara przy swoim boku.
    — Na razie nie planuję wracać do Vancouve. Radzą sobie świetnie beze mnie — stwierdziła, przechylając lekko jasną głowę na bok, przez co związane w kucyk włosy ułożyły się na jej ramieniu. Dzięki koturnom była nieco wyższa i łatwiej było jej patrzeć na Cesara bez zadzierania głowy do góry. Mówiła prawdę. Nie planowała wracać, chociaż w teorii powinna to zrobić. Do końca roku miała wynajęte swoje mieszkanie i jeśli nie chce go stracić… będzie musiała coś postanowić. Chyba, że los zdecyduje za nią.
    Przybliżyła się nieco do Calderona, dzięki czemu poczuła wyraźnie znajomy, męski zapach jego perfum.
    — Janett chyba zamierza do nas podejść — szepnęła, unosząc nieco głowę w okolice jego prawego ucha. Chciała go tylko ostrzec, bo stojąc tyłem nie mógł widzieć jak wściekła jest rudowłosa.

    OdpowiedzUsuń
  96. [Pisałam o tym wcześniej właśnie z nie istniejką i ustaliłyśmy, że ona nie wyjechała, a zaszyła się w domu i pracy. Nigdzie do nikogo nie wychodziła, spotykała się tylko z rodzicami. Dopiero, kiedy jej ojciec trafił do szpitala z powodu zawału (od tego zaczynam na nowo wątek ze Scottem), ponownie wróciła, powiedzmy, do żywych.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  97. Alkohol wszystkim dodawał dzisiaj nieco odwagi. Łatwo było to zauważyć szczególnie po zachowaniu Vivian właśnie, która jeszcze dwa dni temu na pomoc Cesara zareagowała zwykłym podziękowaniem, a dzisiaj odpowiadając na jego proste stwierdzenie, starała się skierować rozmowę na bardziej prywatne tory. Takie, na jakie nie wchodziła z nim nawet podczas walentynkowego wieczoru czy licznych spotkań na mieście. Ognisko dawało jej pewnego rodzaju swobodę i pewność siebie, o jaką się nie podejrzewała. Nie zaplanowała przecież tego spotkania. Do momentu wpadnięcia na Cesara nie była nawet pewna, czy będzie mile widziana w jego towarzystwie. W końcu stał wcześniej z rudowłosą. Tą samą, która teraz zmierzała do nich i gdyby mogła, to zapewne zabiłaby ją samym spojrzeniem.
    — Też tak myślę — przyznała, mając oczywiście na myśli towarzystwo Janet. Wybrała naprawdę bardzo kiepski moment.
    Vivian poczuła jak dreszcz przebiega jej wzdłuż kręgosłupa, gdy palce blondyna zsunęły się z materiału jej sukienki i zaczęły przesuwać się do jej nadgarstka. Był tak blisko niej, że wystarczyłoby zwyczajne ruszenie głową w odpowiednią stronę, by otarła się nosem o jego policzek, a wargami musnęła zarys męskiej żuchwy. Chciała to zrobić. W tym dziwnym stanie delikatnego upojenia chciała przełamać cienką granicę i sprawdzić, czy słusznie robiła zostając w miasteczku i czekając na niego. Nie oszukiwała się. Margaret była już samodzielna, nie potrzebowała jej pomocy, Viv wiedziała, że w każdej chwili może wsiąść w samolot i zniknąć na kolejnych kilka lat, a mimo to nadal tu była. Przy nim. Dla niego. Nawet jeśli się do tego nie przyznawała, to i tak była w tymi miasteczku tylko po to, by dowiedzieć się czy jego uczucie do niej na pewno się wypaliło. Tylko wtedy mogłaby z czystym sumieniem (i złamanym po raz drugi sercem) wyjechać na drugi koniec Kanady.
    Słowa Cesara sugerowały jednak, że tą kwestią nie powinna się martwić. Przynajmniej nie dzisiaj, gdy wspólnie mieli zmierzyć się z upartą Janet. Wzrok Vivian na chwilę skupił się na ich złączonych dłoniach. Dawniej było to coś naturalnego, a jego szorstkie od przeciągania lin palce były jej znajome jak żadne inne, ale teraz? Minimalnie zaskoczyło ją to, z jaką łatwością potrafiła odnaleźć się w tej sytuacji. I jak przyjemne uczucie satysfakcji rozlało się w jej wnętrzu, gdy w końcu podniosła swoje zielone spojrzenie i natrafiła nim na wściekły wzrok Janet, który skierowany był dokładnie w to samo miejsce, w które przed chwilą Viv sama się wpatrywała.
    Uśmiech jaki posłała Janet nie mógł być bardziej pewny siebie.
    — Tak, szukam. Ciebie — powiedziała pewnie rudowłosa. Nie dała się wyprowadzić z równowagi ani ich splecionymi palcami, ani ostrym spojrzeniem jakie rzucił jej Calderon. Nawet Vivian wiedziała, że igrają w tej chwili z niebezpiecznym ogniem, ale Janet… — Już zapomniałeś? Wcześniej mówiłam, że miło by było, gdybyśmy mogli przejść się razem. Teraz, skoro zrobiło się tutaj trochę zbyt tłoczno. — Spojrzenie rudowłosej przesunęło się wymownie na Amondhall, której nie pozostało nic innego, jak posłać jej rozbawione spojrzenie.
    — Masz rację. Jeszcze chwilę temu było tutaj całkiem przyjemnie — zgodziła się z nią, jasno dając do zrozumienia, że nie miałaby nic przeciwko, gdyby Janet odwróciła się na pięcie. Najlepiej w tej chwili, ale nie. Ona nie wiedziała kiedy odpuścić i kiedy jest na straconej pozycji. Wiedziała, że powinna ich rozdzieli teraz, zanim będzie za późno. Na jednym ognisku nie zareagowała na głupie zapędy nastolatki i gorzko tego wtedy pożałowała. Drugi raz nie zamierzała popełnić takiego błędu.
    — Cesar... chciałabym porozmawiać w końcu o nas — powiedziała Janet, kładąc swoją bladą dłoń na torsie Calderona. Wyraźnie podkreśliła ostatnie słowo tak, jakby coś między nimi faktycznie było.
    Vivian zawahała się, ale nie puściła ręki mężczyzny. Bardziej ufała jego słowom niż tym wypowiadanym przez Janet.

    OdpowiedzUsuń
  98. [Możemy, potocznie mówiąc, spiknąć ich w sklepie. Kat będzie bardzo zamyślona, minie Cesa bez słowa i przejdzie do następnej alejki. Od Twojego pana zależy, co się dalej stanie.
    Wydaje mi się, że Cesar raczej wie o zawale jej ojca, bo w takiej małej mieścince wszystkie wieści się szybko rozchodzą.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  99. Problemy z Janet zaczęły się na długo zanim w ogóle Vivian zaczęła ukradkiem oglądać się za pewnym młodym rybakiem skradającym powoli jej nastoletnie serce. Rudowłosa była ogniwem, które zawsze kręciło się w pobliżu Calderona. W czasach szkolnych było jej łatwiej udawać, że potrzebuje od niego jakichś notatek czy pomocy przy nauce, ale zanim tak naprawdę udało jej się cokolwiek ugrać, to na horyzoncie pojawiła się już blondwłosa Viv. Ledwie dojrzała do poważniejszego myślenia o facetach, a od razu zgarnęła partię, na której najbardziej zależało Janet. To było jak oliwa dolana do ognia. Wszyscy wiedzieli przecież, że nie da się ich rozdzielić. Byli zbyt dobrze dobraną parą, by byle plotki mogły zakłócić ich spokój.
    Głownie dlatego Janet poczuła ogromną satysfakcję, kiedy tylko okazało się, że nieznośna Amondhall wyjechała z Mount Cartier. Sama. To była świetna okazja dla niej i trzeba przyznać, że starała się ją wykorzystać w całości. Nie odpuszczała nawet na chwilę. Była cierpliwa do bólu, czekając na niego, wlepiając w niego swoje maślane oczy i wymyślając kolejne historyjki, które czasami rozpowiadała w gronie upierdliwych koleżanek. Chciała się przed nimi chwalić i dlatego nieco koloryzowała rzeczywistość. A gdyby tylko tamtej nocy wydarzyło się coś jeszcze… być może Vivian nie miałaby już do czego wracać. Zdaniem wściekłej Janet należało ją uświadomić w tej kwestii i pokazać, kto tak naprawdę ma teraz większe prawa do Cesara. Rudowłosa traktowała go jak rzecz, którą koniecznie chciała posiadać i obnosić się z nią po całej wsi. Nawet wtedy, gdy on sam tego nie chciał.
    — Nie interesuje mnie Patrick tylko Ty — rzuciła odważnie Janet. W jej jasnych tęczówkach wyraźnie widać było złość z powodu tak jawnego odrzucenia. Nie potrafiła jednak odwrócić się i zaakceptować porażki. Nie teraz, gdy mogła zadawać kolejne ciosy i była chroniona przez otaczający ich tłum. W końcu Cesar nie zrobi im tutaj awantury, prawda? — I w przeciwieństwie do niektórych nigdy z tego nie zrezygnowałam — wytknęła, obrzucając Vivian spojrzeniem pełnym długo skrywanej frustracji i… politowania. Amondhall nie miała pojęcia skąd jej się to wzięło, ale nieszczególnie ją to interesowało. Czuła się raczej zażenowana z powodu całej tej sytuacji, w której nie powinna uczestniczyć.
    Wzięła głębszy wdech, zaciskając mocniej palce na naczyniu z piwem, które nadal trzymała w drugiej ręce. Naprawdę lepiej by było, gdyby Janet zamilkła…
    — Znowu dasz jej zawrócić sobie w głowie, pozwolisz zrobić z siebie idiotę, a jak wyjedzie to przyjdziesz do mni… — Powoli rudowłosa zaczynała podnosić już głos i o wiele żywiej gestykulować dłońmi. Zapewne mówiłaby też dalej, gdyby nie Vivian. A raczej gdyby nie zawartość kubka Vivian, która dziwnym trafem wylądowała na jasnej koszuli kobiety. Chłód napoju sprawił, że z gardła Janet wydobył się tylko krótki pisk.
    — Ups, wybacz. Od tych nerwów aż ręka zaczęła mi drżeć — przyznała blondynka, chociaż nawet nie starała się wyglądać na skruszoną. Jej pewny siebie uśmiech świadczył raczej o zadowoleniu z chwilowego uciszenia jadowitej litanii rudowłosej. — Ale skoro już tak martwisz się o mój wyjazd, to właśnie przed chwilą mówiłam Cesarowi, że nigdzie się nie wybieram. Może pomoże Ci to w pogodzeniu się z losem — stwierdziła, kiwając niby przyjaźnie głową, gdy zrobiła krok w bok, napierając tym samym na Calderona, który na szczęście ruszył się z miejsca. Nie zrobili jednak nawet dwóch kroków.
    — To w moim łóżku był ostatnio — wysyczała Janet, wbijając paznokcie w odkrytą skórę na ramieniu Vivian, gdy ta chciała ją wyminąć. Amondhall syknęła cicho, czując zadawany przez rudowłosą ból, chociaż to jej słowa zabolały ją bardziej. Brała jednak na nie pewną poprawkę, bo… nie miała przecież pewności, że Janet mówi prawdę. Stąd jej odpowiedź:
    — Musiało być mu tam wyjątkowo źle, skoro już tam nie wróci — rzuciła z ironią, wyrywając swoją rękę z uścisku Janet. Naprawdę miała już jej dosyć.

    OdpowiedzUsuń
  100. [No pewnie, że lepiej późno, niż wcale; odrobina spóźnienia jest zawsze w dobrym tonie - cześć i dobry wieczór!
    Kiedy spotykam gdzieś na blogach Twoje karty, nigdy nie mam wątpliwości, do kogo one należą. Zawsze niesamowicie schludne, estetyczne i dopracowane w najmniejszym szczególe. Przygoda ze wszystkimi Twoimi panami tego wieczoru była bardzo przyjemnym podsumowaniem całego dnia. Podziwiam przy okazji prowadzenie tutaj trzech zupełnie różnych od siebie panów (że też nie mieszają Ci się ich historie - swoją drogą, bardzo pomysłowe i wręcz niespotykane), choć w każdym udało mi się wyczuć jakby nutkę transcendentalizmu; za co ukochuję ich wszystkich do serducha jeszcze mocniej! Musiałabym chyba robić sobie w tracie lektury notatki, żeby na koniec móc odnieść się do absolutnie wszystkiego, co tylko przyszło mi do głowy, ale wówczas też ten komentarz chyba nie miałby końca. Już zupełnie na koniec zatopię się więc z marzeniach o spędzeniu choć jednego wieczoru w Przystani Cesara i postaram się, żeby moje zachwyty nie hałasowały tutaj zbyt długo... Jeszcze tylko minutę. Lub dwie. Ewentualnie czterdzieści :D
    Dziękuję ślicznie za powitanie i bardzo się cieszę, że kreacja Juliena przypadła Ci do gustu. Na taką właśnie zabawę liczymy, jeszcze lepszej życzymy Tobie i wszystkim Twoim postaciom (choć i bez tego z pewnością radzicie sobie doskonale ♥), a w razie chęci na coś do popisania - bo nie wiem, czy lubisz wątki pomiędzy panami - zapraszamy ponownie w nasze skromne progi!]

    Julek

    OdpowiedzUsuń

Październik stoi u dwora, wykop ziemniaki i pora.