A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link

Facta Non Verba - Deeds, Not Words

Aaron Turner
5 czerwca 1967 Piekarz FC: Michael Dale

Wrócił do Mount Cartier po ponad dziesięciu latach odsiadki o której słyszał tu chyba każdy. Już bez swojej ukochanej, bez rodziców którzy prowadzili rodzinny interes piekarski przez tyle lat, a jedynie z miłością córki oraz pragnieniem by wreszcie odpocząć - gdzie lepiej ukryć się przed światem, jak nie w Mount Cartier? Kiedy przeżyje się plotki i wiecznie pytający wzrok mieszkańców, można skorzystać z kontaktu z naturą i niczym niezmąconego spokoju. Z radością przemieszaną z melancholią wrócił, by dźwignąć piekarnię rodziców, którą tak dawno temu opuścił -  ręce wciąż pamiętały jak ugniata się ciasto, a książka leżąca w szufladce pełna była przepisów. Po szybkich naprawach i w blasku światła wszystko wydawało się takie jak dawniej, nawet audycja w radiu, którą słuchał z ojcem, brzmiała tak samo.
Jedynie charakter niesfornego dzieciaka gdzieś uciekł z domku pełnego skrzypiących desek, zamieniając się w cichą uprzejmość i chłodną dyscyplinę
Stare pamiątki przywoływały wspomnienia, a niektórzy wieloletni koledzy nawet uścisnęli mu dłoń i złożyli kondolencje, pytając: "Jak długo tu zostaniesz?". W końcu zaufana piekarnia znowu działała, a swojak wrócił.
Aaron nie mówił nic, bo wiedział, że na to pytanie nie ma odpowiedzi mimo iż bardzo mocno by tego chciał.


____________________________
Booi! Ja nie wiem, czy ta postać ma jakikolwiek sens - naczytałam się za dużo głupot, które mogą nie pasować do Mount Cartier, rodziciel mnie podkusił i w sumie nie wiem, czy research był wystarczający. Aaron jednak teraz jest spokojnym człowiekiem, który pragnie tylko wyciszenia w miasteczku i tego, by interes rodziców wciąż działał tak jak należy.
Mam nadzieję, że nie zakręciłam i nie stworzyłam kontrowersyjnej postaci. Jestem jednak gotowa zmieniać! Niemniej zapraszam na cieplutkie wątki, bo teraz w zimę potrzebujemy dużo fluffów i ciepła w formie każdej.
Pozdrawiam wszystkich autorów i ściskam mocno! :)
"Facta Non Verba" to motto Joint Task Force 2

11 komentarzy:

  1. Hej, hej, ja tak na szybko teraz, bo oczywiście jestem w drodze do pracy, ale Aaron przykuwa uwagę tymi niebieskimi oczami i dosyć trudno jest przejść obok nich obojętnie.
    Historię przeczytałam dosyć pobieżnie, ale chyba wychwyciłam to, co najważniejsze, bo widziałam wzmianki o Sophie, o Zoey, o rodzicach dumnych ze swojego dziecka i o traumie, jaką na pewno Aaron przeżył podczas tych licznych wyjazdów. Przypuszczam, że połowa miasta będzie się go obawiała.
    Osobiście mam bardzo przestarzałą kartę i chyba będę tworzyć jakąś nową, więc jak się zdecyduję, to przyjdę z inną Panią po wątek, o! Albo Panem, bo przypomniał mi się Jason, który też był tutaj Turnerem... :D

    Vivian Amondhall

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej! ;) a ja się cieszę, mimo Twoich niepewności, że taki człowiek tutaj z nami jest! :) myślę że on mógłby dobrze znać rodzinkę Sol, a że ona została sama u nawet działają w podobnej branży, to koniecznie powinni się odwiedzać po sąsiedzku! A na pewno moja panna będzie go męczyć takimi odwiedzinami ;)
    Baw się dobrze i zapraszam do wątków!

    OdpowiedzUsuń
  3. [wszystkie Twoje propozycje bardzo, baaardzo mi się podobają! i nawet chętnie zacznę, o ile uzbroisz się w cierpliwość i poczekasz do późniejszego wieczora :)
    a ten kiermasz wypieków może nawet mógłby doczekać się notki :D ]

    OdpowiedzUsuń
  4. [obejrzałam zakładki... zgłodniałam! ]

    Gdy jesienne liście niemal w zupełności opuściły drzewa i wyściełały kolorowym dywanem ścieżki w miasteczku i wokół niego, Sol chwytała za najbardziej ulubioną przyprawę na sezon rozkręcania grzejników do maksimum -cynamon. I wtedy wokół jej małej chatki, która wciąż była w nędznym stanie, a ona nie miała czasu się tym zająć, rozchodził się charakterystyczny aromat. Wiadomo wtedy było, że młoda Duval'ówna [?] zabiera się za wypieki, którymi częstuje jedynie w te najzimniejsze miesiące w roku.
    Od jej powrotu w rodzinne strony mijał już rok i wciąż nie traciła uśmiechu. To ten uśmiech własnie sprawiał, że żyło jej się lżej. Została sama z mamą, choć ta leżała w szpitalu w Churchill na oddziale onkologicznym i nie była obecna na co dzień w życiu córki. Ale ruda nie płakała. Niezbyt często przynajmniej, bo miała za dużo pracy, by się smucić. No i przecież łzy na nic się przydadzą. Musiała dbać o rodzinny interes, obiecała sobie i mamie, nim ta została wprowadzona w śpiączkę, że sie nie podda. Nie ugnie się i nie załamie, bo to donikąd jej nie doprowadzi. I nie wolno pozwolić by interes, który dziadkowie założyli wraz z przybyciem do Mount Cartier podupadł.
    Gdy święta były tuż tuż, nie tylko aromat cynamonu zdobił dom dziewczyny, ale masa kolorowych światełek, które zawiesiła z ogromnym trudem, niemal nie łamiąc sobie kości przy niestabilnej, starej drabinie. Spędzając świeta sama nawet tym się nie smuciła. Codziennie odwiedzali ją sąsiedzi, a ostatnio nawet skontaktowała się z nią szkoła podstawowa z Churchill, proponując współpracę przy organizacji słodkiego kiermaszu dla dzieci. Zawsze się coś działo i choć nie były to szaleństwa, za jakimi goniła kilka lat temu, to na prawde jej to wystarczało. I nauczyła się z tych drobnostek cieszyć tak w środku, dla samej siebie, a nie na pokaz.
    Tego dnia miała wolne. W każdą niedzielę Kraina Czarów pozostawała zamknieta, a Sol po prostu leniuchowała. Trochę. A trochę sprzatała dom, choć nie brała się za żadne naprawy, bo nie miała o tym ani pojęcia, a tym bardziej narzędzi, choć możliwe, że na strychu był jakieś skrzynki z czymś takim jak młotek, śrubokręt, może nawet obcęgi! Wolała nie szukać. Preferowała odpoczynek, którego aktywna forma zamykała się w obrębie leżenia w starym, ale najwygodniejszym na świecie fotelu i przeglądaniu starych zeszytów z zapiskami babci, która przepisy wymyslała jak wiedźma zaklęcia i zawsze było to smakowite... na swój sposób. Gdy rozległo się pukanie, zaskoczona spojrzała w stronę drzwi. Nie spodziewała się gości. I chyba niemożliwym było, aby zapomniała o czyichś imieninach, na które obiecała coś upiec....? Bo zdarzało się, że nawet w dzień wolny uruchamiała piekarnik, ale raczej dla cudzej przyjemności, niż chęci zarobku. No ale... może coś jej umknęło.
    Dźwignęła się, owinęła szczelnie kocem i podreptała w takim kokonie do drzwi. Uchyliła je i przez chwilę wpatrywała się w obcą twarz. Może... może obcą. A może nie do końca, choć skojarzyć tych rys z imieniem nie umiała.
    - Dzień dobry - kiwneła głową po chwili, czekając w wejściu na olśnienie i wyjasnienie celu wizyty nie-do-końca-nieznajomego.

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć! Naprawdę ciekawa kreacja. Fajnie, że Aaron weźmie w łapki rodzinny biznes, bo piekarnia w Mount Cartier jest na pewno wyjątkowa. Oby tylko ludzie nie patrzyli na niego z góry, bo wygląda na przyjemnego pana, a Dale świetnie odzwierciedla jego wizerunek :) Bawcie się dobrze i jak najdłużej <3]

    Ferran, Octavian & Cesar

    OdpowiedzUsuń
  6. To ogromna przyjemność czytać takie cieplutkie powitania, naprawdę! Od razu przyznam, że przeczytałam zaledwie końcówkę zakładki z historią, ponieważ jest taka długa, jednak z pewnością usiądę do niej jutro, masz moje słowo. (: Poza tym kartę znam bardzo dobrze, ona również wywołała u mnie smutek, tylko jakoś pozytywów tu nie widzę. Ale z ciebie okrutna autorka, no.
    Z Aaronem spadacie mi z nieba! (: Fanny bardzo chętnie pomoże Aaronowi w piekarni, bo bardzo źle jej ze sobą, że tak pasożytuje na dziadkach. Swoją drogą, Philip i Clara (którzy w Mount Cartier mieszkają od zawsze i mogli znać jego rodziców) po jej ciągłych pytaniach o zajęcia w miasteczku mogli polecić, aby poszła zapytać, czy twojemu panu nie jest potrzebna pomoc.
    Wydaje mi się, że wyjdzie nam z tego bardzo fajny fluff, Fanny z pewnością wniesie trochę kolorów do życia Turnera. (:


    Fenice Adler

    OdpowiedzUsuń
  7. Nieczęsto się zdarzało, by do jej małego domeczku zawitał niezapowiedziany gość. Może to sama chatka lekko odstraszała. Nie korzystała właściwie już wcale z poddasza, na którym wiatr wlatujący między dziury w dachu wygwizdywał najróżniejsze melodie. Stało tam kilka rupieci upchanych w zamokłe kartony i prawdopodobnie naleciała na nie już pleśń, czym powinna się zająć, ale jakoś... To nie miało nic wspólnego z jej życiem obecnym. Najmniej bolesne było cieszenie się chwilą i nie wracanie do przykrości sprzed kilku lat. Dlatego to zostawiła, choć ostatnimi czasy troszkę się obawiała, że w końcu niebo runie jej na głowę - dosłownie. Skrzypiące schody na werande także nie były szczególnie zachęcające, ale skąd cukiernik miałby się znać na drewnie?! Była kobietą i to z rodzaju tych totalnie atechnicznych, a majsterkowanie... to sztuka, do której oczywiście zabierała się z entuzjazmem i rozmachem, ale efekty jej działań były co najmniej przykre.
    Stała więc trochę speszona, patrując się w oblicze mężczyzny. No gdzieś już musiała widzieć te oczy, tę twarz, była tego pewna... Próbując odkopać w pamięci odpowiednie imię, które by tu pasowało, na moment umknęło jej to, że gość sam się przypomniał. Wystarczyła jednak chwila skupienia i jej buzie rozjaśnił ciepły uśmiech. Nie pamietała go może tak wyraźnie, jak on ją, ale bywał u nich w domu wiele razy i chyba nawet gdy była małym brzdącem, pozwalał jej wdrapywać się do siebie na kolana. Była wszędobylska kiedyś i teraz także, choć na szczęście w dużo mniejszym topniu, bo dowiedziała się, że istnieje taka rzecz jak takt i dobre wychowanie.
    - Oczywiście, Aaron - cofnęła się dwa kroki i otworzyła drzwi szerzej, wciąż nie tracąc uśmiechu. -Wejdź, proszę.
    Odpowiedź na jego pytanie nie nalezała do tych najprzyjemniejszych. Wiedziała doskonale, jakżeby mogło być inaczej, że mężczyzna wiele lat przebywał daleko i to nie z własnej woli. Ta mieścinka była urocza, choć zrzędliwość i złośliwość niektórych sąsiadów starszego pokolenia, mogła być na prawdę przykra. Nie po tym jednak można było trafnie ocenić człowieka, a by wyrobić sobie jakiekolwiek zdanie, należało przełamać niechęć, wszelką rezerwę i poznać, z kim ma się do czynienia. Wiedziała o tym doskonale, bo sama też znalazła się na językach kilka lat temu i prawdę mówiąc, do dziś walczyła z niektórymi ploteczkami.
    Przekazanie wieści o śmierci ojca i chorobie matki, która odebrała jej wszelkie siły nie powinna zostać przekazana na progu. Nie chciałaby też odprawić tego człowieka z kwitkiem, bo skoro przyjaźnił się z jej ojcem, to wypadałoby go chociaż poczęstować rozgrzewającą po spacerze na mrozie herbatą. No i skoro już miała dzień wolny i nic lepszego do roboty, a kompan do rozmowy sam do niej przyszedł, to czy nie powinna łapać losu za nogi i korzystać z okazji?
    Poczekała, aż rozbierze się z płaszcza, zdejmie buty i zaprosiła go do małej kuchni, gdzie obecnie było najcieplej. Piętro wyżej jedynym pomieszczeniem, z którego korzystała, była druga łazienka z wstawioną tam pralką, którą Sol uruchamiała raz w tygodniu. Trzy pokoje stały zamknięte, choć raz na jakiś czas musiała wszystkie wysprzątać i pozbyć się osiadającego wszędzie kurzu i na ten moment jedynie parter chatki był jako tako nadający się do życia. Kuchnia jako serce domu zawsze była najważniejsze i choć trochę ją przemeblowała, wynosząc niepotrzebne regały, bo przecież konfitury chowała w spiżarce tuż obok, wydawała jej się lepszym miejscem do rozmów niż salon. Wstawiła do niej nawet sporej wielkości stół i dopasowane krzesła, a to już szczyt luksusu na jej mozliwości finansowe.
    - Masz ochotę na kawę, herbatę? - spytała uprzejmie, wstawiając czajnik z wodą na ogień. Nieco się ociagała z powiedzeniem wprost, że nie spotka tu żadnego z jej rodziców, ale potrzebowała zbudować komfortową atmosferę do tej rozmowy. A prawdopodobnie już się domyślał, że ominęło go coś smutnego, to wisiało w powietrzu.

    OdpowiedzUsuń
  8. [Dziękuję za miłe słowa; naprawdę lubię wzruszać ludzi. ;) A tak poważnie, przyjemnie czyta mi się o Elsie z perspektywy innych, bo mogę to porównywać z tym, co wiem; no i bardzo chętnie przygarnę wątek. Elspeth na pewno wpadałaby na świeżą bułeczkę oraz po pieczywo dla dziadków; mógłby jej towarzyszyć pies albo jakaś wyjątkowo ciekawska alpaka. :D Lubię akcję, dramy i melancholię, także najchętniej pisałabym się na takie coś.
    Dziękuję bardzo raz jeszcze!]

    Elsie Oystein

    OdpowiedzUsuń
  9. Matuchnu! Wybacz, że tak późno odpowiadam, byłam prawie pewna, że wysłałam kometarz. :( Chyba nie ma tu już nic ustalania. (: Relacja nam się ułoży w wątku, a ja niedługo wpadnę z zaczęciem, skoro to Fanny przyjdzie do piekarni. Twój pan może się jej spodziewać lub nie, jak wolisz.

    Fenice Adler

    OdpowiedzUsuń
  10. Sol była jedynaczką i teraz dostrzegała, jak wiele jej uciekło. Pozyskiwała przyjaciół z ogromną łatwością. Była pogodna, pomocna i uprzejma, nie trudno jej było więc nawiązywać pozytywne relacje z innymi. Ale teraz była sama i bycie oczkiem w głowie rodziców na nic się zdało. Dzięki Bogu nie była rozpieszczona do szpiku kości, nie była też nieznośna, ale Duvalowie trochę nad nią skakali, bo pojawiła się po kilku latach starań o dziecko. Ale teraz o wiele bardziej niż spory dom dla siebie, przydałaby jej się siostra, lub brat. Samotność potrafiła dokuczyć jak niemało co.
    Uśmiech był jedyną rzeczą, jaka ją ratowała przed załamaniem. Nie chciała znów stąd wyjeżdżać, nie mogłaby rzucić tego wszystkiego, na co pracowali rodzice i dziadkowie wcześniej. To nie byłoby w porządku wobec nich, poza tym dokąd miałaby się udać? Tu w Mount Cartier był jej dom i ci ludzie tu jej rodziną. Wszyscy wystarczająco życzliwi i uprzejmi by ją wesprzeć w najtrudniejszych chwilach, ale też uszanować fakt, że potrzebuje niekiedy spokoju. Fakt, że mieścinka była mała i wszyscy się tu znali, dawał jej poczucie bezpieczeństwa i gdy kiedyś rwała się w świat w nieznane, tak teraz właśnie to wydawało się ostatnim, czego by potrzebowała.
    Plotki w tych okolicach były jak pasożyt. Rosły szybko i agresywnie i pożerały coraz więcej gęb, które kłapały niepotrzebnie. Ona może się na nie nie uodporniła, ale starała się nie zwracać na nie uwagi. Niewiele się tu działo, więc nic dziwnego, że ludzie mieli jedynie gadanie do roboty. I gadali gdy Sol wyjechała i gdy wróciła. Gadali na prawdę paskudne rzeczy, gdy wrócił do domu jej przyjaciel. I teraz też gadają i gadać będą, na pewno się to nie zmieni.
    - Mam coś, co idealnie pasuje do kawy - uśmiechnęła się lekko i gdy woda się grzała w czajniku, sięgnęła do pojemnika stojącego na blacie kuchennym, by wyjąć na talerzyk kilka kawałków ciasta z kruszonką. Będąc cukiernikiem i prowadząc ten biznes, nie odmawiała sobie słodkości i nie sądziła, by kiedykolwiek miała ich dość wbrew plotkom - kolejnym!
    Cisza domu już jej nie przeszkadzała. Z początku, gdy pochowały z mamą ojca, mówiła bardzo dużo i bardzo głośno, chcąc ją zagłuszyć. Było to bardzo męczące. Później, gdy mama musiała zostać zabrana do szpitala, Sol kupiła małe radio i codziennie grało, byleby tylko wypełnić ściany. Nie przywykłą do ciszy, krępowała ją ona, przyprawiała o dreszcze, sprawiała, że dziewczyna czuła się smutna i jeszcze bardziej samotna. W tym domu zawsze grały śmiechy i rozmowy przecież! A teraz zostając sama, nie mogła popaść w szaleństwo, gadając sama do siebie.
    Drgnęła zaskoczona tym gestem i odsunęła się od mężczyzny. Był przyjacielem ojca, którego pamiętała jak przez mgłę. Mimo wszystko był jej obcy i takiej empatii i zrozumienia się nie spodziewała. W momencie gdy rozsiewała wokół siebie usmiechy i płakała jedynie w poduszkę, czego nikt nie widział, było jej łatwiej. Udawanie wychodziło jej na prawdę dobrze. Pomagało przejść do porządku dziennego z tymi trudnymi i bolesnymi zmianami. I w końcu nie musiała tak bardzo udawać jak na początku.
    - Nie - pokręciła głową i wskazała mu krzesło, prosząc by usiadł. - Jest w porządku - zapewniła i ustawiłą przed nim talerzyk z ciastem, zaraz też zalała kubek wrzątkiem i podała mu aromatyczną kawę.
    Sama chwyciła za drugi kubek i z słodką herbatą zasiadła naprzeciwko. Spojrzała na nalewkę położoną na parapecie i uśmiechnęła się z sentymentem, coś jej to przypomniało. Możliwe, że jako mały bąbel zapamiętała jedynie wybiórcze rzeczy sprzed lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Tato zginął kilka lat temu - potwierdziła jego przypuszczenie, które czaiło się w jasnych tęczówkach. - Był na obchodzie w lesie i natknął się na niedźwiedzia - wyjasniła krótko, nie chcąc jednak brnąć dalej w tę historię.
      Z tym się pogodziła. Miała czas na otrząśnięcie się i na żałobę. I miała wtedy przy sobie mamę, w którą to uderzyło o wiele bardziej. A propos matki z kolei sytuacja była o wiele bardziej delikatna. I tutaj Sol potrzebowała chwili na przetrawienie słów, jakie miała wypowiedzieć.
      - Mama leży w szpitalu w Churchill na onkologii - zwiesiła głowę i mieszając łyżeczką herbatę, skupiła się na kilku fusach pływających na dnie kubka. - Jest w śpiączce.
      Ta niepewność, czy odzyska Emmę, czy nie była najgorsza. Żyła, ale jej nie było. To było trudniej zrozumieć, niż samą smierć. Wciąż tliła się nadzieja, której jednak lepiej było nie rozniecać, by nie cierpieć później o wiele bardziej. Sol gubiła się w tej sytuacji i w własnych uczuciach.

      Usuń