A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link

"Wszyscy cenią sobie Twoją szczerość, dopóki nie jesteś szczera na ich temat, wtedy jesteś dupkiem"



“Niesamowite… Dwadzieścia lat już jestem lekarzem, ale prześwietlenia tak długiej szyi jeszcze nie widziałem… Normalnie jak w tych afrykańskich plemionach…” – Neurolog.
Audrina Nerey
MADISON || UNIVERSITY OF WISCONSIN-MADISON || METEROLOGIA I OCEANOGRAFIA
BEZROBOTNA || ZAJAZD 
CUKIERNIA || 20.04.1994r. || 1,74m 
Stała na brzegu jeziora Monona patrząc w przestrzeń daleko przed sobą. Westchnęła ciężko… W dłoni trzymała wszystkie papiery z uczelni. Oblała semestr, przedostatni semestr i to przez taką głupotę… Matka ją zabije. Znowu westchnęła, jednak zaraz poczuła wibrację w kieszeni. Wyrwana z zamyślenia sięgnęła do niej, a widząc na ekranie ikonkę wiadomości od ukochanego uśmiechnęła się delikatnie. Otworzyła ją i zamrugała szybciej oczyma.
„Ri złotko, jesteś cudowna, ale musimy to zakończyć. Holandia dodała mi skrzydeł, nie mogę sobie pozwolić na ograniczenia. Powodzenia w życiu mała ;)”
Głośne „Co kurwa?!” wydostało się z jej buzi. Zazwyczaj nie przeklinała, ale… Prychnęła pod nosem i zaczęła się śmiać, a śmiech przerodziła w krzyk. Bezceremonialnie wypuściła komórkę z dłoni, a ta z pluskiem wylądowała w wodzie. Dziewczynę wyraźnie sytuacja rozbawiła i znowu się zaśmiała. Dopiero po chwili przyszło otrzeźwienie umysłu, a Ri wylądowała na kuckach z cichym „Nie, nie, nie…”, próbując wyłowić zatopiony już telefon. Nic z tego. Całej sytuacji przyglądała się grupka osób, wymieniali się dziwnymi komentarzami, ale była studentka miała to gdzieś. Legła na brzegu, brzuchem do piasku i ze zrezygnowaniem patrzyła w toń jeziora.

Do domu weszła przemoczona. Co z tego, że zapowiadali piękną pogodę? Deszcz lunął z nieba, kiedy ona wchodziła już na swoją ulicę, nawet szybki bieg nie ocalił jej bielizny przed wielkimi kroplami. Trzasnęła drzwiami i od razu dostrzegła ojca. Wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami. Rodzice wiedzieli jak wyglądała sytuacja na uczelni. Mężczyzna podszedł do córki i objął ją ramieniem. Nie musiała nic mówić. Zawsze lepiej dogadywała się z tatą.
- Wyjeżdżam … - poinformowała cicho i znowu spojrzała mu w oczy.

- Jesteś nienormalna? Dlaczego akurat tam?! Mówię Ci! Zeżre Cię jakiś niedźwiedź! No i jak my będziemy rozmawiać?! – usłyszała kiedy przyjaciółka odprowadzała ją na lotnisko.
- Percy… Przecież umiesz pisać listy, przynajmniej poćwiczysz do matury – Audina uśmiechnęła się zadziornie.
- Jadę z Tobą! Znam mnóstwo ciosów! – dodała okularnica i zaczęła szykować się do przyjęcia jakiejś pozycji.  
- Daj spokój, jadę do Mount Cartier, a nie na jakąś Twoją planszę z LOL’a, nie spotkam tam tych Twoich Katerin czy Jhinów – odpowiedziała żartobliwie. Na twarzy Percy pojawiła się powaga, zrobiła smutne oczy i zwinęła wargi w podkówkę.
- Ranisz moje serduszko, jak możesz stawiać te dwie postaci obok siebie? – zapytała z żalem w głosie, na co Ri zaśmiała się i objęła ją ramieniem.
- Też będę tęsknić. Naskrobię coś jak tylko dotrę na miejsce i się ogarnę – dodała z uśmiechem na ustach, po czym nieco bardziej przygaszona ruszyła na samolot, ciągnąc za sobą bagaż.

Podróż przebiegła jej dość spokojnie, większość czasu spędziła z nosem przy szybie, uwielbia latać… Uwielbia tańczyć, przy sprzątaniu, gotowaniu, nawet pluskając się w wannie, byle by bez widowni, no dobra, raz zatańczyła dla swojego byłego, ale do dziś pamięta uczucie żarzących się ze wstydu policzków, chociaż podobno wyszło dobrze… Cóż, lubi też śpiewać, ale i to robi przy bardziej zaufanych osobach. Rysowanie? Owszem, jednak głównie własna, animowana twórczość bądź próba odtworzenia jakiegoś obrazka. Marzenia? Drewniany domek w środku lasu z palącym się kominkiem i kubkiem gorącej czekolady, z dodatkiem bitej śmietany, ogrzewającym dłonie w gorsze dni. No i jeszcze fotografia, tak, zawsze chciała robić zdjęcia krajobrazów i zwierząt, nie zwykłe zdjęcia, takie, które trafiałyby do czasopism czy kalendarzy. Uśmiechnęła się na wyobrażenie swojej własnej przyszłości i nim się obejrzała była na miejscu.

Postawiła bagaż na chodniku i rozejrzała się dookoła, zadziorny uśmiech pojawił się na jej ustach.
- A gdzie wielki napis „Witaj w Mount Cartier” hm? – zapytała samą siebie i zaśmiała się pod nosem. Kolejny raz westchnęła głośno, po czym z pogodnym uśmiechem ruszyła zwiedzić miasto.

|| POWIĄZANIA || CIEKAWOSTKI ||
 _____________________________________________

Witam wszystkich cieplutko z moją Ri ^^
Zachęcam do poznania jej charakterku i zapraszam do wątków :D
Mam nadzieję, że odnajdzie się dziewczyna w tym przyrodniczym królestwie i pozna ciekawych ludzi.
Dodam, że uwielbiam wątki spontaniczne, nikomu nic nie obiecuję, wszystko zależy od rozwoju rozgrywki! 

Lubimy z Audrine wygłupy xD

52 komentarze:

  1. [ Witam! W końcu nie tylko Polly będzie prawie bezdomna i jakby bezrobotna :D
    Myślę, że dziewczyny mogłyby znaleźć nić porozumienia, bo moja panna też do poważnych nie należy.
    Pomyślę nad wątkiem, a jak na coś wpadnę, to zaraz przybiegnę. Na razie chciałam ładnie przywitać :D ]

    OdpowiedzUsuń
  2. [A więc witaj w Mount Cartier! Gdyby któryś z moich panów wiedział, że pani przybywa, to by pewnie zorganizował jakiś transparent czy coś.
    Hafza w zajeździe może zaoferować kotlet z niedźwiedzia (on ma już takie dziwne poczucie humoru, a tak naprawdę boi się niedźwiedzi okrutnie), a Farley... On to człowiek pomocny jest, też by się mógł do czegoś przydać.
    Baw się z nami dobrze. ;)]

    Hafza Tantway, Farley Darmond

    OdpowiedzUsuń
  3. [Część, witajcie w naszych progach! Trzymam kciuki, abyście się zadomowiły u nas szybciutko i bawiły się najlepiej na świecie! Tu to bardzo sympatyczna osóbka, więc na pewno znajdzie w MC przyjaciół :)]

    Ferran Kayser & Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  4. [O, to bardzo ciekawe koncepcje. Można by je nawet połączyć, począwszy od tego, że Audrine natrafia na leśniczówkę z przypadku. Ponieważ miejsce ją zaciekawiło, mogła się nim zainteresować, a przy okazji mieć także trochę rupieci, jako że błądziła właśnie w celu zamienienia ich na gotówkę. Spotykając Ferrana, postanawia dobić z nim targu, choć zaznaczam, że trudny osobnik. No, i załóżmy że kilka dni później biorą udział w tej samej posiadówce w barze u Iana. Taki mały mix.]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  5. [Co za pocieszna duszyczka! Mam wrażenie, że to taki mały wulkan energii, któremu blisko do wybuchu. Ma w sobie młodzieńczą ikrę i swobodę działania, także życzę jej, żeby dobrze spożytkowała energię i ukierunkowała ją w dobrą stronę. Niech się tu odnajdzie i przy okazji niech jej się wiedzie z paniami-koleżankami i panami-chłopakami. Może chwyci któregoś "byka" za rogi. Bo mężczyzn mamy tutaj naprawdę do rzeczy. :)]

    Timothy, Scott & Andrew

    OdpowiedzUsuń
  6. [cześć! przesłodka ta długoszyja panna :D mam nadzieję, że zadomowi się szybko w miasteczku, a Tobie wena będzie dopisywać :D skoro ona jest w zajeździe... może kojarzyłaby Minę, która także jeszcze tam nocuje? :D ]

    Mina

    OdpowiedzUsuń
  7. [Dziękuję bardzo ślicznie ładnie ^^ Na podstawie Nerey widać, że życie jest niesprawiedliwe, ale w MC na pewno się odnajdzie, to naprawdę wdzięczne miasto.
    Kurcze, z pomysłem u mnie krucho, ale to akurat żadna nowość. Jeżeli coś mi w głowie zaświeci, to napiszę - Ty zrób to samo!
    I w ogóle to imię, takie cudne.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  8. [Farleyowi wątków mocno brakuje, więc pewnie wzięłabym coś dla niego, a pójdę na wszystko, byleby było wesoło. Nudzisz się może i chcesz zaczynać, czy zostawiasz brudną robotę (hehehe) dla mnie?]

    OdpowiedzUsuń
  9. [To ja proponuję do wątku Timothy'ego, bo biedak akurat nie ma z kim sobie sympatyzować. Możemy wykorzystać fakt, że Timothy to imprezowicz i założyć, że wracając z imprezy nie dotarł do domu (za dużo alkoholu, za mało równowagi). W efekcie zaszyłby się w zajeździe, ale że nie miałby tam pokoju, wpakowałby się do pierwszego otwartego, czyli do Twojej Audrine. Piszesz się na to? Powinno być ciekawie xD]

    Timothy W.

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Dziękuję, to bardzo miłe <3
    Polly w oprowadzaniu nie byłaby najlepsza, bo w sumie sama jest tu nowa. Choć z przeszłości zna kilka miejsc. Może by się gdzieś zgubiły? Polly wczułaby się w przewodnika, ale wyprowadziłaby je gdzieś hen daleko i potem próbowałyby wrócić. A spotkać by się mogły… w sumie gdziekolwiek. Na drinku w barze?
    I przepraszam za opóźnienie – nie umiałam się zebrać żeby usiąść przed komputerem :) ]

    OdpowiedzUsuń
  11. [Dziękuję za zaczęcie!]

    Dzisiejszy dzień należał do tych szczególnie pracowitych. W lesie rozpoczęła się już wycinka drzew, którą Ferran musiał nadzorować oraz przy której musiał pomagać, jako że rąk do pracy nie było w tych rejonach za wiele, a ludzie potrzebowali opału na nadchodzące mrozy, a ponadto – sam musiał sobie naciąć szczap, by mieć co wrzucić na wieczór do kominka. Nic zatem dziwnego, że wymachiwał siekierą od rana do nocy, robiąc sobie jedynie krótką przerwę na obiad i coś do picia, bo ostatni tydzień był wyjątkowo napięty w leśnym świecie. Kayser nie miał nawet czasu by się wyspać, a co dopiero żeby usiąść i napić się rumu w zaciszu salonu.
    Tym razem także skończył po zmroku. Między drzewami ściemniało się znacznie szybciej, dlatego gdy jego wzrok doznał trudności z celowaniem w drewko, postanowił dać sobie spokój, a resztę skończyć jutro. I tak odczuwał zmęczenie; mięśnie ramion wołały już o pomstę do nieba i przeklinały Ferrana za wszystkie czasy, bo ostatni taki wpierdziel dostały kilka lat temu w wojsku. Wprawdzie, dbał o kondycje, jednak ciężko porównać jego obecne życie z tym, co działo się w progach Afganistanu, czy kanadyjskiej jednostki.
    Przekroczywszy próg leśniczówki, skierował się do kuchni, gdzie włączył światło i stanął nad zlewem, coby zmyć z ostrza siekiery klejącą żywicę. W tutejszych świerkach było jej wyjątkowo dużo, a ze świeżo ściętych drzew zawsze wydobywało się z niej więcej. Nie zamknął za sobą drzwi, bo zaraz miał wychodzić, by odnieść swój topór do składzika, jednak najpierw zdjął z siebie ciuchy robocze i wstawił wodę w czajniku na kawę.
    W momencie, gdy miał wychodzić, niespodziewanie usłyszał kobiecy głos, dobiegający z okolic frontowych drzwi. Jako, że Kayser nie miewał gości, a w okolicy ludzie woleli go unikać, podejrzewał że to ktoś nowy, kto jeszcze nie wie, że nie należy mu zawracać gitary o takich godzinach. Niemniej jednak, z siekierą w dłoni, udał się do korytarza, gdzie ciężkie buciory tupały głucho na drewnianej podłodze.
    — Czego tu szukasz? — Odezwał się, gdy skrzyżował swe spojrzenie z oczyma niewiasty. Jego twarzy towarzyszył srogi wyraz, wskazujący raczej na niezadowolenie, niż przyjacielski ton. Tak jak podejrzewał – nie znał dziewczyny i poznawać nie zamierzał.
    Dał kilka pewnych kroków w jej stronę, zaciskając palce na trzonku siekiery i lustrując ją mało przyjemnym, a nawet podejrzliwym spojrzeniem.
    — Jeśli zamierzasz zawracać mi głowę czymś błahym, to spływaj już teraz.
    Mówił tylko szczerze, bo kłamać nie potrafił i rzucać słów na wiatr również.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  12. Polly spędziła już w Mount Cartier trochę czasu. Zdążyła stworzyć swoje nowe rytuały, zadomowić się w leśniczówce. Wciąż jednak była obca w miasteczku, bo większość czasu wolała spędzać w lesie. W jakiś irracjonalny sposób obawiała się konfrontacji z miejscowymi. Nie chciała, by ktoś rozpoznał w niej nastolatkę, która kiedyś spędzała tutaj wakacje. Wolała pozostać anonimowa.
    Jednak pewnego wieczoru po prostu zapragnęła czyjegoś towarzystwa. Leśniczy, niestety, nie był najlepszym kompanem. Dlatego udała się do jedynego baru w mieście, by tam pobyć z ludźmi, nawet jeśli nie nawiązałaby z nimi żadnego bezpośredniego kontaktu.
    Usiadła przy barze i zamówiła appletini. Choć drink nie był specjalnie wymyślny, barman i tak popatrzył na nią nieco dziwnie. Większość tutejszych decydowała się na piwo lub zdecydowanie mocniejszy alkohol. Damskie drinki nie należały do codziennych zamówień. Sączyła powoli napój, rozglądając się wokoło i sycąc się tutejszą atmosferą. Lubiła to miejsce. Miała do niego sentyment. Gdy się tak rozglądała, dostrzegła jakąś obcą dziewczynę. Chociaż właściwie tutaj większość osób była dla niej obca. Ta jednak rozglądała się z takim zaciekawieniem, że na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest z Mount Cartier. Inaczej ten bar, ani ludzie w nim nie byłby dla niej niczym ciekawym. Posłała jej lekki uśmiech.
    - Wypatrzyłaś kogoś lub coś ciekawego? – spytała, unosząc brew i patrząc na nią przez jak zawsze zabrudzone okulary.

    OdpowiedzUsuń
  13. [Pomysł z psiakiem mi się podoba, ale nie wiem, jakby go niestety dalej pociągnąć. Jak mi wpadnie do głowy, jak fajnie je powiązać, to napiszę! W międzyczasie baw się dobrze (i leniwie, haha - nasze motto).]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  14. Podejrzewał, że się zgubiła, bo żaden trzeźwo myślący człowiek nie odwiedzał leśniczego na herbatkę zapoznawczą. Nie była pierwszą, która źle trafiła, i na pewno nie ostatnią, ale Kayser nie robił za drogowskaz i prowadzać za rączkę nikogo nie zamierzał.
    — Nie marnuje czasu na takie rzeczy — skomentował jej słowa dotyczące siekania żywcem i zamknął za sobą drzwi do leśniczówki. Jakkolwiek zły by nie był, nie zabijał nikogo z własnego widzimisię. A przynajmniej po części, bo na misji w Afganistanie chciał zabijać, inaczej nigdy by tam nie wylądował, jednak było to zabijanie podyktowane obroną samego siebie i innych, za których wtedy walczył na obcej ziemi.
    Minął dziewczynę, stawiając buciory na stopniach schodów.
    — I masz błędne informacje, bo nie lubię noży myśliwskich. A do centrum tamtędy, cały czas prosto — dodał przez ramię, wskazawszy szutrową drogę między drzewami, po czym pokonał kilka stopni i ruszył w kierunku składzika, by odwiesić na miejsce siekierę i zabrać spod wiaty naręcze szczap do kominka.
    O nożach myśliwskich mówił szczerze, jako że niewiele wspólnego miał z tym zainteresowaniem. Interesowała go natomiast broń biała, do której zaliczają się noże szturmowe i militarne, a także maczety. Dla kogoś, kto nie siedział w temacie, było zapewne wszystko jedno – nóż to nóż, kawał ostrego metalu, którego zadaniem jest ciąć. Ferran natomiast znał się na tym i odróżniał wszelkie modele. Ale dziewczyna niewątpliwie zasiała w nim ziarenko ciekawości, bo istniała przecież możliwość, że ma w wózku coś wyjątkowego.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  15. Szybko zdał sobie sprawę, że kobieta należy do osób nieustępliwych, którym ciężko przemówić do rozsądku w sposób kulturalny, ale spokój jakim z natury emanował, pozwalał mu długo znosić różnej maści niedogodności – przynajmniej do momentu, kiedy ktoś nie nadepnie mu na odcisk, wówczas potrafił stracić panowanie nad sobą i narobić sporo szkód w najbliższym otoczeniu, ale kobieta poza tym irytującym natręctwem, nie wyglądała na osobę, która mogłaby szczególnie zajść mu za skórę.
    Mimo to, szedł w stronę składzika zupełnie niewzruszenie, ani razu nie odwracając się w jej stronę i ignorując to, co miała mu do pokazania, bo w głębokim poważaniu miał całą stertę rupieci, którą za sobą przytargała. On i tak miał wystarczająco gratów, których chciał się szybciutko pozbyć... Choć prawdę powiedziawszy, kobieta była pierwszą handlarką, która zahaczyła o taką dziurę, jak Mount Cartier, istniała więc szansa że przywiozła ze sobą coś ciekawego. Skądkolwiek była.
    Gdy zdążył znów wrócić na ganek, tym razem już bez siekiery, kobieta stała w tym samym miejscu ale aktualnie z lekko koślawym wózkiem u boku. Zatrzymał się więc, podparłszy łokciem o drewnianą balustradę; jego brew uniosła się ku górze, gdy niewiasta wspomniała o atlasie i z góry oceniła zainteresowanie Kaysera wielkim światem.
    — To prawda, mam gdzieś co się dzieje w wielkim świecie — przyznał dosadnie, zsuwając rękę z balustrady i dając kilka kroków w stronę kobiety. Szmatławce go absolutnie nie interesowały, mógł najwyżej użyć ich jako rozpałki w kominku.
    Zajrzał krótko do wózka i splótł ręce na wysokości klatki piersiowej.
    — A czego oczekujesz w zamian? — Zapytał lubieżnym tonem, może nieco zaczepnym, aczkolwiek w ustach Ferrana brzmiało to tak, jakby sugerował coś konkretnego, niekoniecznie moralnego. Było to jednak udekorowane lekką dawką ironii, niżeli miało zdradzać niecne plany mężczyzny.
    Przeszedł nieśpiesznie z drugiej strony wózka i ułożył rękę na drewnianej ścianie leśniczówki, coby się podeprzeć.
    — Bo mogę zastanowić się nad atlasem i tamtym nożem rzutką ze stali nierdzewnej — rzekł, przechylając głowę nieco wzrok, a spojrzeniem wodząc po rysach jej twarzy. Dawał jej lekko ponad dwadzieścia lat; ciekawe czego szukała w tych rejonach. Skupiając się jednak na rupieciach, od razu dostrzegł że atlas oceanograficzny jest wykonany ręcznie i to dlatego skłonny był się o niego pokusić. Doceniał własnoręczne dzieła.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  16. Uśmiechnęła się, słysząc odpowiedź nieznajomej. Może faktycznie, gdyby przyjrzeć się uważniej znalazłoby się wiele ciekawych rzeczy, nawet w takim miejscu jak to. Kłócącą się parę, która ukrywała spór przed innymi pod wymuszonymi uśmiechami. Znajomych toczących zażartą walkę na jakiś temat. Spoconą kelnerkę, która co chwilę zerkała na telefon. A nawet walczące ze sobą w świetle lampy ćmy.
    - Nie martw się, nie rozebrałaś się i nie tańczyłaś nago na stole. Z tego co pamiętam, w rozglądaniu się dookoła, nie ma jeszcze nic niestosownego – zauważyła rozbawiona dziewczyna. Ona także nie planowała zawierać dziś zbyt wielu znajomości, jednak miło było dla odmiany z kimś porozmawiać. Tym bardziej z kimś spoza miasteczka, kto nie traktował jej jak w pewnym sensie intruza i nie wypytywał o wszystkie szczegóły przyjazdu tutaj, albo co gorsza – o jej rzekomy związek z leśniczym, bo o takim krążyły już plotki. Oczywiście, plotki, które nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. – Polly – przedstawiła się dziewczyna. Nie podawała swojego pełnego imienia ani nazwiska. Choć w tym miasteczku należało pożegnać się w pewnym momencie z anonimowością, to starała się ją cenić tak długo jak tylko się dało.
    - Odwiedzasz kogoś, czy uciekasz przed cywilizacją? – spytała, przyglądając się jej i próbując odgadnąć odpowiedź, zanim ta w ogóle padnie.

    OdpowiedzUsuń
  17. O tyle dobrze, że dziewczyna nie wpadła w zakłopotanie w związku z jego słowami – dzięki temu mógł szerzej ocenić jej charakter i zrozumieć z jakim typem osobowości ma do czynienia. I nawet, jeśli nie była ona natrętna, to z pewnością uparta, a co za tym idzie – mająca także własne zdanie. On w stu procentach je miał, ponadto nie miał w nawyku prosić, a brać to, na co miał ochotę. Bagatelizował więc zasady savoir-vivre i nie pytał o pozwolenie, w momencie przekraczania granic, czy łamania moralnych zasad. W każdym razie, Ferran przepadał za ludźmi, którzy potrafili dodać w życiu coś od siebie, a nie tylko przytakiwać ochoczo i przybierać poglądy innych, dlatego był skłonny dobić z dziewczyną targu. Nie słynął z pomagania innym, bo w gruncie rzeczy robił to rzadko, jednak zdarzały się pewne wyjątki. Czy ten był jednym z nich? Możliwe, bo Kayser z pewnością nie potrzebuje tego atlasu do życia.
    Pozwolił sobie wziąć w dłonie ręcznie zrobiony przedmiot i przekartkować go kilkakrotnie.
    — Ile sobie za to życzysz? — Poniósł spojrzenie na niewiastę, unosząc brew ku górze. Za moment sięgnął także po nóż-rzutkę, obróciwszy go parę razy w palcach.
    Nie miał pojęcia jak wycenić takie przedmioty, bo w miasteczku obowiązywał handel wymienny w głównej mierze, więc nieczęsto tutejsi obywatele sięgali po gotówkę. Jedynie w sklepie, gdzie trzeba było wydać te kilkanaście dolarów na potrzebne produkty.
    — Mogę dać ci pięćdziesiąt dolarów, pod warunkiem, że nie będziesz tej ceny negocjować, bo to strata cennego czasu zarówno dla ciebie, jak i dla mnie — rzekł, czekając jedynie na potwierdzenie. Otóż, nie było najmniejszych szans na to, że Ferran zgodzi się na wyższą kwotę i nie dlatego, że żałował tych kilkunastu czy kilkudziesięciu dolarów więcej, a dlatego że tak po prostu postanowił. Oczywiście, mogła się nie zgodzić i po prostu odejść z nadzieją, że ktoś w tej dziurze sypnie większą walutą, ale szanse były niewielkie. No, ale zawsze mogła wymienić się za ciepły sweter, czy kilka dobrych konfitur.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  18. Na szczęście, z tych trzech masek tylko jedna była trafna, jako że leśniczy miał faktycznie wyjebane jeśli mowa o otaczających go ludziach oraz ich problemach, i w swoim życiu naprawdę rzadko pozwalał komukolwiek zostawać. Nie potrzebował bowiem stada znajomych – wystarczyła mu garstka, która aktualnie liczyła sobie dwie osoby, istniejące w jego egzystencji, z którymi wymieniał więcej słów, niżeli krótkie cześć, podczas mijania się w drzwiach tutejszego sklepu. Ba! Jedna z nich pomieszkiwała nawet w leśniczówce, mimo że dla Ferrana wciąż była obca. Opinia osób trzecich także go nie interesowała, zatem dziewczyna mogła sobie myśleć na jego temat co tylko zechce, a dopóki nie zbliżała się do granicy jego wytrzymałości, była mu zupełnie obojętna. Poza tym, nie znała jego granic, by móc je przekroczyć, a choć dotyczyły one tematów przeszłości i przestrzeni osobistej, istniała znikoma szansa, że kiedykolwiek do nich dotrze.
    Wyciągnął z kieszeni lekko pomięty, pięćdziesięciodolarowy banknot i wręczył go dziewczynie, zabierając w zamian nóż i atlas. Dla zawodowego handlarza byłby to pewnie jakiś absurd, jednak Kayser nie czuł, żeby w związku z brakiem tego banknotu ucierpiał jego stan materialny. Ale darując sobie dalsze pogawędki, zamierzał krótko się pożegnać i zanieść przedmioty do środka, jednak nie zdążył ruszyć się nawet o centymetr – po słowach dziewczyny rozległ się tylko huk, szybko dający do zrozumienia, że ktoś chcąc czy nie chcąc, upadł. A tym kimś była właśnie nieznajoma. Jej gwarancje, że wszystko w porządku, nie do końca brzmiały pewnie.
    — Jeszcze nikt się tu nigdy nie przewrócił — zauważył, wyciągając ku niej dłoń, coby mogła się podeprzeć przy wstawaniu. Ale bynajmniej nie dlatego, że prawie w ogóle nikt tu nie zaglądał, po prostu nikt nie miał takiego pecha, by wywrócić się przed leśniczówką.
    — Jakoś trudno mi uwierzyć w to zapewnienie, że nic pani nie jest.
    Spojrzał na nią nieco podejrzliwie. Choć na jej twarzy widniał maskujący uśmiech, to mimo wszystko dało się zauważyć cień bólu, kryjący się w rysach jej twarzy. Albo tylko miał wrażenie, że coś jej dolega.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Co do wątku: możemy to kontynuować dalej, jeśli masz ochotę (może jakoś się to potoczy), albo przejść do innej części. Pomyślałam, że mogliby też wpaść na siebie w barze u Iana pewnego wieczoru – tutaj można już potem z możliwościami poszaleć sporo :)]

      Usuń
  19. [A Ferranowi tym bardziej daleko do uzewnętrzniania się, więc i tak by się pożegnał i wrócił do własnych spraw. Zatem zaczynam nowy.]

    Skoro dziewczyna po raz kolejny zapewniła go, że wszystko jest w porządku, postanowił przestać dociekać i przyjąć informację do wiadomości. Domyślał się, że nabiła sobie kilka siniaków – wcześniej miał na myśli coś bardziej poważnego, jak złamanie, skręcenie czy wybicie stawu, bo upadek na pierwszy rzut oka wyglądał groźnie. Niemniej, krótko po tym jak dziewczyna podniosła się z ziemi i naprawiło kółko wózka, Kayser uznał, że na pewno poradzi sobie z dotarciem do miejsca pobytu.
    — Dobranoc — rzekł krótko, po czym odwrócił się i zniknął za drzwiami leśniczówki. W salonie na spokojnie obejrzał sobie zakupiony atlas, a później odstawił go na półkę, jakby ten miał mu się do czegoś kiedykolwiek przydać.
    Kolejne dni mijały spokojnym tempem. Pogoda za oknem wyraźnie się zmieniała – w nocy prószył już delikatny śnieg, a nad ranem temperatura zbliżała się do minus czterech stopni. Las powoli przygotowywał się do zimowego snu; zające szykowały swoje norki, a wiewiórki zbierały z leśnego runa ostatnie kawałki żołędzi. Z zachodu wiał lekki wiatr, kołysząc wysokimi świerkami. Październik był dużo bardziej chłodny niż wrzesień, dlatego niektórzy mieszkańcy mieli już na sobie ciepłe, zimowe kurtki oraz szale, ukrywające czerwone od zimna nosy.
    Sobotni wieczór Ferran spędzał w barze u Iana. Prawdę powiedziawszy nie sądził, że do spelunki zleci się nagle pół wioski, coby świętować urodziny starego Howarda – Kayser rzecz jasna ich nie świętował – ale mimo wszystko pozostał na miejscu, sącząc z wolna bursztynowy rum. Dopiero, gdy zaczęły się tańce, postanowił zwolnić stolik i przesiąść się do baru, jednak w momencie przejścia z jednego miejsca na drugie, o mały włos nie staranowałby jakiejś drobnej niewiasty o długich, blond włosach. Gdy ta wpadła mu pod nogi, Kayser odskoczył niespodziewane w bok, chroniąc tym samym zawartość szklanki przed wylaniem, jednak w momencie odskoku od jednej kobiety, która bawiła się tak dobrze, że nic nie poczuła, wpadł na drugą – równie drobną, najwidoczniej także szukającą dla siebie miejsca. Przekląwszy w myślach, odwrócił się i... no tak! W tak małej mieścinie trudno nie wpaść na kogoś o znajomej twarzy. O tyle dobrze, że jej przypadkiem nie uderzył.
    Podparł szklankę o klatkę piersiową i guziki grafitowej koszuli, coby nie uronić ani kropli.
    — Pani też przyszła świętować urodziny starego drwala? — Zapytał głośniej, żeby przebić się przez muzykę płynącą z głośników, gwar rozmów i śmiech zebranych w niewielkim lokalu ludzi.
    Zlustrował ją kontrolnie uważnym spojrzeniem. Ciekawe, po co dziewczyna tak właściwie tu przybyła...


    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  20. Nie wiedział, że dziewczyna pomieszkuje w miasteczku, bo nikt z tutejszych mieszkańców nie chodzi po domach z zamiarem dobicia targu – wtedy wyglądała na handlarkę z innego, pobliskiego miasteczka., ale teraz, widząc ją po raz kolejny, doszedł natomiast do wniosku, że musiała kogoś tutaj odwiedzić, a urodziny Howarda idealnie zgrały się z jej przyjazdem. Jednak dziewczyna zdążyła właśnie zbić go z tropu swoją ostatnią odpowiedzią. Skoro nie znała tu nikogo, to w jakim celu tutaj przybyła? Przecież ta dziura zabija wszystkie ambicje; ludzie stąd wyjeżdżają, niżeli próbują układać sobie w Mount Cartier życie! Albo przyjeżdżają tu na starość, tak jak Kayser. To naprawdę intrygujące.
    — Ja z urodzinami nie mam nic wspólnego — odpowiedział, podchodząc do baru, gdzie tłum nie dawał się już we znaki. — Gdybym wiedział, to na pewno spędziłbym wolny czas gdzieś indziej.
    Wzruszył lekko ramionami, po czym podparł łokieć o blat baru i upił większy łyk bursztynowego alkoholu. Spojrzenie zawiesił na butelkach dekorujących półki na ścianie. Wybór nie był kolosalnie duży, ale można było zasmakować różnych rarytasów, począwszy od whisky, idąc przez piwo, a skończywszy na tutejszych nalewkach, które wielu turystom skradły już serca. Po chwili poprosił o dolewkę rumu z kilkoma kostkami lodu i przesunął błękitne tęczówki na lico znajomej-nieznajomej.
    — Czego więc szuka Pani w tej wiosce, oprócz towarzystwa na teraz, hm? — Jego brew powędrowała lekko ku górze. Nie sądził, że przyjechała tutaj tylko po to, aby zarobić kasę, bo więcej jak kilkaset marnych dolarów to stąd nie wyciągnie na handlowaniu gratami. Jakim w ogóle cudem trafiła właśnie tu, skoro po drodze do Mount Cartier mija się kilka większych, bardziej interesujących miasteczek. Nawet takie Churchill daje więcej możliwości.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  21. Ferran stronił nawet od kameralnych spotkań. Jemu najlepiej było w samotni, którą stworzył sobie w leśniczówce, i opuszczał tylko wtedy, kiedy musiał, albo gdy los zrzucił mu na głowę bagaż w postaci jakiegoś towarzystwa – najczęściej niechcianego. Akurat nie spodziewał się u Iana tylu ludzi, bo nic nie wskazywało na to, że ktokolwiek postanowi wyprawić w tej dziurze urodziny, a tym bardziej stary drwal, którego znał tu właściwie każdy. Ian natomiast lubił kiedy coś się działo w jego lokalu, dlatego nic dziwnego, że zgodził się na urządzenie małej imprezy, tym bardziej, że nie blokowała ona dostępu osobom, które na urodziny przyjść nie zamierzały. Wstęp był bowiem dla każdego.
    Podczas gdy dziewczyna wyznawała powód swego przyjazdu, Kayser przechylił głowę, ściągając brwi w zastanowieniu, bo to cholernie zadziwiające, że na twarzy tej niewiasty ciągle widniał uśmiech. Cokolwiek się nie działo, kąciki jej ust stale wyginały się w górę, tworząc pozytywny wyraz, nierzadko sięgający oczu. Był to szczery uśmiech, ale niewiele tutaj trzeba, aby dostrzec, że ma się do czynienia z optymistką, a co za tym idzie – przeciwieństwem jego zbyt realistycznego charakteru. Niemniej, słowa dotyczące spełniania marzeń po części mu się spodobały, choć bardziej od nich kwestia dotycząca poświęcania się dla tych, którzy nie potrafią za to podziękować. Dobrze, że postanowiła pomyśleć w końcu o sobie i zrobić coś dla siebie.
    Przyłożył szkło do ust, biorąc kolejny łyk alkoholu, po czym spojrzał na wyciągniętą ku niemu dłoń i zaraz ponownie podniósł spojrzenie do jej oczu. Nie potrzebował znać jej imienia, ani pieczętować w żaden sposób tej znajomości, ale powinien był wykazać się chociaż namiastką kultury osobistej, dlatego po kilku dłuższych sekundach uścisnął jej dłoń, po czym znów ułożył na blacie.
    — Ferran Kayser — rzekł do tego, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę. Rozejrzał się krótko po twarzach zebranych – wszyscy bawili się naprawdę dobrze, zapowiadała się prawdopodobnie dłuższa balanga.
    — Zatem... Planujesz tu zostać na dłużej? — Pytał z ciekawości, a nie dlatego, że za wszelką cenę poszukiwał nowych przyjaciół. Nie wiedział jakie marzenia mogą dotyczyć tego miejsca.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  22. Z Mount Cartier wszystko było w jak najlepszym porządku, jednak wioska, poza praca fizyczną z której niemalże każdy się tu utrzymywał, nie dawała żadnych perspektyw na życie. Można było pomarzyć o długim wylegiwaniu się na leżaku w promieniach słońca, bo lato trwało tu zaledwie chwilę – przez większą część roku mieszkańcy borykali się z drzwiami zasypanymi śniegiem po sam szczyt i mrozami, sięgającymi trzydziestej kreski na termometrze. Każdy musiał dbać, by mieć czym palić w kominku i przygotowywać sobie zapasy na zimę, bo ta nigdy nie należała do łaskawych w tych rejonach, a dostawy do sklepu podczas śnieżyc były wstrzymane. Poza tym, Mount Cartier jest tak odcięte od świata, że można trafić tu jedynie przypadkiem, albo ze względu na rodzinę – przyjezdnych można było więc policzyć na palcach jednej ręki. Aktualnie było ich może ze trzech, albo czterech na całą wioskę. Niemniej jednak, miasteczko było w pewnych kwestiach wyjątkowe, albowiem plotki rozchodzą się tutaj tempem błyskawicznym – te (jak wiadomo) są wszędzie i dotyczą każdego, natomiast w Mount Cartier ich źródło znajduje się przy jednym z najbardziej obleganych miejsc przez bezbronne dewotki – przy koście; przed mszą, albo i po, gdzie moherowe berety zatrzymują się na moment, by w ramach rozrywki wypuścić na wieś świeżą pocztę pantoflową, i dołożyć mieszkańcom kolejnego rąbka historii, której nie byli nawet świadomi. Kayser dobrze wiedział, że na jego temat krąży milion opowieści; niektóre nawet ciekawe, inne nader przekoloryzowane, absolutnie nie trzymające się kupy... To zadziwiające, że sąsiadki potrafiły tyle nadawać na jego temat, a żadna nie pojawiła się u progu drzwi na zapoznawczą filiżankę herbaty! Choć, w gruncie rzeczy, to naprawdę dobrze, bo dzięki takiej – czyli złej – a nie innej reputacji, Ferran nie musiał się obawiać, że za moment jedna z drugą wparują do leśniczówki z garnkiem obiadu i zaczną pieczołowicie go niańczyć, że jaki to on biedy bohater, skrzywdzony przez okrutny los. Oszalałby, spakował manatki i wyjechał na drugi koniec świata. Jednak! – w każdej z wymyślonych fantazji kryje się przecież ziarenko prawy. Pewne łatki przylgnęły do niego nie bez powodu. Ale i Audrina mogła się spodziewać, że za niedługi czas dowie się o sobie całkiem ciekawych rzeczy, plotki już bowiem krążyły tu i ówdzie na temat przyjezdnej sprzedającej tajemnicze gadżety.
    — Nie, to nie jest nic dziwnego. To normalne, że rdzenni mieszkańcy podchodzą do nowych z dużym dystansem, a jak mają możliwość, to za wszelką cenę chcą poznać powód przybycia — wzruszył ramionami, zapijając słowa większym łykiem alkoholu. Na zaufanie niektórych długo trzeba było pracować. Kayser dorastał w tych rejonach, a gdy wrócił po dwunastu latach to już po części był traktowany jak mieszczuch, aczkolwiek ludzie szybko zrozumieli że miastowy z niego taki, jak z Iana ksiądz.
    Zakołysawszy resztką alkoholu w szklance, przeniósł wzrok na tańczące pary. Muzyka zwolniła, toteż na parkiecie zostało nieco mnie ludzi, w związku z czym łatwiej można było przedostać się w inne miejsce lokalu, albo na zewnątrz.
    Wtem zwrócił się do Iana, podsuwając ku niemu prawie puste już szkło:
    — Ostatni — zaznaczył stanowczo, prostując plecy wyraźnie. Barman kiwnął kłową, a Kayser przeniósł błękitne tęczówki na twarz dziewczyny. — Mieszka się tutaj dobrze, nie powinnaś narzekać.
    Powiedział, po czym odebrał zamówienie. Zamierzał wyjść na zewnątrz, pod warunkiem, że nie będzie tam zbyt tłoczno, a później? Bóg wie.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  23. Ferran każdego traktował jak intruza i nie ulegało to wątpliwościom. Sześć lat spędzone na afgańskiej ziemi, i dwanaście w murach wojska, sprawiło, że jego czujność znacznie wzrosła, wobec czego każda nieznana mu dotychczas osoba nosiła miano nieprzyjaciela, na wstępie będąc również podejrzaną. Zaufanie mężczyzny, w przeciwieństwie do zwykłej akceptacji, nie łatwo zdobyć, a poza kilkoma osobami, w miasteczku nie było nikogo, kto znałby jego historię. Ludzie patrzący na Ferrana z ukosa, trzymali się na dystans zupełnie bezpodstawnie... No, może w jakiejś części bezpodstawnie, bo o tym, że potrafi być agresywny, i że lekko mu odbiło przez służbę, huczała cała wiocha jak tylko zdążył przyjechać. Jednak wciąż go nie znali i mało kto rozumiał jego zachowania, bo mało kto był w stanie zrozumieć wydarzenia w jakich brał udział, a które ukształtowały jego osobowość. Mógł opowiadać o tym, jak dzielnie służył, jak walczył w progach pustynnej krainy, ale co z tego? To były tylko słowa, nijak nie odzwierciedlające tego, co wtedy czuł; tego, co przeżywał, gdy nacisnął spust odbierając życie pierwszemu człowiekowi, i tego jak z czasem przestał zwracać uwagę na tą błahą, stale rosnącą statystykę. Choćby opisywał te wydarzenia najpiękniejszymi wyrazami, zaciągniętymi z najbogatszego słownika, nikt nie poczułby tego strachu, który przeszył go, gdy lecąc myśliwcem nad ziemią z prędkością godną śmierci, był ostrzeliwany przez jednostki naziemne. Bo wtedy czuł, jak kostucha zagląda mu przez szybę kokpitu, a ten, kto nigdy nie stanął na granicy życia, nie był w stanie zrozumieć, jak to jest otrzeć się o śmierć. Żaden człowiek nie potrafił również pojąć tego, że można ocierać się o nią non stop, a w tych okolicznościach Ferran żył sześć lat, nieustannie czując niebezpieczeństwo; stale przebywając w świecie, w którym nie można nikomu ufać; ciągle walcząc o przetrwanie i nieustannie obserwując, jak te cholerne demony wojny pochłaniają jego przyjaciół i niewinnych, pozostawiając na ziemi tylko smugi krwi. Skąd miał czerpać radość, jeśli dookoła było tyle złego? Jednak słowa osób trzecich nie miały dla niego żadnego znaczenia. Mogli opisać go tysiącem epitetów, dorabiać sobie bujne historie, besztać, śmiać się – to go nie ruszało. Ruszało go natomiast wracanie do pewnych wspomnień, bo temat przeszłości był niczym tykająca bomba, oraz kontakt fizyczny, a szczególnie ten w złych zamiarach – jedno nieuzasadnione szturchnięcie i detonator rozsadzał w nim pocisk obłędu na tyle, że mógłby się zamachnąć i zdzielić w twarz nawet samego burmistrza. Pogwałcanie przestrzeni osobistej działało na Ferrana, jak płachta na byka, a tym bardziej, jeśli wcześniej miał w ustach alkohol. Zatem, ogólnie mówiąc, Kayser miał swoje powody, by z góry skazywać ludzi na straty, nawet, jeśli w ich intencji nie leżało nic złego.
    — To, czy chwilowego intruza, to zależy już od Ciebie — naprostował, jako że to od dziewczyny zależało, czy uda się jej szybko dogadać z mieszkańcami, czy nie. Kayser myślał zupełnie inaczej – myślał bowiem swoimi kategoriami. Dla niego nie istniał intruz chwilowy, dla niego intruz zawsze będzie intruzem, a nie-intruz ostatecznie zaskarbi sobie cząstkę zaufania.
    — Jeśli mowa o wilkach, nie bytują w tych rejonach. Zdarza się, że spacerują parędziesiąt mil od wioski, ale nigdy nie idą tam, gdzie nie są mile widziani, bo nie mają w naturze podejmowania zbędnego ryzyka — odpowiedział, spojrzawszy na dziewczynę. — Wilka może zabić jedno celne kopnięcie jelenia, także to bardzo ostrożne zwierzęta.
    Upił łyk rumu, spoglądając chwilowo w bursztynową zawartość szklanki. Jego natomiast zaintrygowało to miejsce pracy, które wpadło jej w oko.
    — A co za miejsce przykuło Twoją uwagę? — Podpytał więc, wracając błękitnymi tęczówkami na twarz niewiasty.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  24. Spotkania z wilkami mogła się nie doczekać, jednak widok grasujących nieopodal niedźwiedzi był w tych rejonach czymś pospolitym. Nierzadko, zresztą, miało się tu do czynienia także z szopami, które bezwstydnie właziły do domów, wygrzebując ze spiżarni zimowe zapasy, a także ze skunksami, aczkolwiek wad tych zwierząt nie trzeba było nikomu przedstawiać, bo ich zapach był wyjątkowo rozpoznawalny.
    Natomiast, jeśli idąc tematem charakterów – osobowość Ferrana ukształtowała się głównie na wojskowej dyscyplinie. Dziadkowie, oczywiście, wpoili mu do głowy zasady savoir vivre, aczkolwiek cała reszta została nabyta w wysokich murach, nie zawsze sympatycznej jednostki. Takim już się stał – zwracającym uwagę na szczegóły perfekcjonistą i nieugiętym facetem przekazującym, niekiedy, zbyt prostolinijnie swoje myśli. Do tego należało się przyzwyczaić, bądź nie, jednak jeśli mowa o charakterze, był przeciwieństwem do ludzi rozsiewających dobrą aurę. Może kiedyś, nim ukończył te dwadzieścia lat, miał w sobie spore pokłady pozytywnej energii, jednak wyjazd do Cold Lake w Albercie wziął i obrócił jego osobowość o sto osiemdziesiąt stopni. Na miejsce beztroskiego postrzegania świata wkroczyła czujność, a spontaniczne podejście do otoczenia przeobraziło się w regulaminową, oficerską musztrę; tyle razy, ile Kayser za karę musiał odśpiewywać hymn jednostki, tyle tutejsze dewotki spod kościoła nie zdążyły się jeszcze wymodlić. Z czasem dla Ferrana stało się to normalnością, choć dla przeciętnego obywatela była to raczej tyrania z piekła rodem. I dlatego, choć zdjął z siebie – poniekąd – obowiązki oficera, cały czas nim był, bowiem tego charakteru już nic nie będzie w stanie zmienić, bo co swoje, Kayser zdążył już przeżyć tam, gdzie dzieci w wieku kilkunastu lat uczą się zabijać – Afganistan i ziemie spowite krwią, o których śni jeszcze po dziś dzień, nauczyły go być absolutnie znieczulonym na otaczającą świat krzywdę. Ale prawdopodobieństwo, że Ferran zachce o sobie cokolwiek z własnej woli opowiedzieć było zerowe, i chyba jedynie za pomocą tortur udałoby się wykrzesać z leśniczego jakiś skrawek informacji na temat wydarzeń, które spotkały go nim wrócił do Mount Cartier, albo na temat jego wspomnień. Okoliczni, rdzenni mieszkańcy zdawali sobie sprawę, że Kayser był żołnierzem – wielokrotnie przyjeżdżał tu bowiem na przepustkę, razem z Lumą, i nie raz odziany był wtedy w służbowy uniform. Luzie wiedzieli też, że walczył na wschodzie, bo tamtego pamiętnego dnia – w którym zginął jego przyjaciel – o zaatakowanej, kanadyjskiej jednostce huczały wszystkie gazety. Każdy wiedział, że był on jednym z tych, którzy poświęcili się dla innych, dla Kanady i Ameryki Północnej, ale nikt nie wiedział, co tak naprawdę musiał tam znosić, jaki miało to wpływ na jego stan zdrowia, i że zostawiło po sobie niemałe ślady. Nikt nie wiedział, że poświęcając się dla innych, poświęcił przede wszystkim siebie.
    Gdy dziewczyna oznajmiła mu, że chodzi o Krainę Czarów, lekko ściągnął brwi w zastanowieniu, a usławszy o wykształceniu, parsknął krótko. Na litość Boską! – był to pierwszy, szczery prawie-śmiech, jaki wydobył się z jego płuc od dłuższego już czasu. Nawet, jeśli trwał niespełna sekundę.
    — Wykształcenie? — Powtórzył, unosząc kącik ust w górę. — To ostatnia rzecz, na którą zwraca się tutaj uwagę — wyjaśnił, maskując swe delikatne rozbawienie poprzez przyłożenie szklanki do warg i upicie z niej alkoholu. — Jeśli pokażesz im że potrafisz obsługiwać piekarnik, dostaniesz pracę od ręki. Bez zbędnych rozmów, testów i innych pierdół — dopowiedziawszy, rozpiął po chwili dwa, górne guziki koszuli, jako że wewnątrz zaczynało robić się wyraźnie ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W każdym razie, Mount Cartier było w tym aspekcie naprawdę dobre, bo ludzie trzymali się tutaj swojego fachu dlatego, że posiadali odpowiednie umiejętności, a nie kawałek papierka z pieczątką.
      — Jestem jeszcze ciekaw jednej kwestii, Audrina. Z czego zrezygnowałaś? — Dopił ostatnie łyki alkoholu, odstawiając szklankę na blat. Zaraz za nią wyciągnął kilka banknotów i położywszy je w kierunku Iana, przeniósł dociekliwy wzrok na rozmówczynię. Pytając, miał oczywiście na myśli jej przeszłość, wiedział bowiem, że na jej kartach zapisały się różne wydarzenia. Nikt normalny nie zrobiłby atlasu ot tak, dla hecy.

      Ferran Kayser

      Usuń
  25. [Dzień dobry i przepraszam za zwłokę! Cholera, mam ostatnio za dużo na głowie. :/
    Dziękuję za miłe słowa. :) No i, oczywiście, bardzo chętnie wpadnę po jakiś wąteczek. Różnica wieku między naszymi paniami nie jest przepaścią, zatem z przyjemnością nad czymś pomyślę!]

    MAISY HOWE

    OdpowiedzUsuń
  26. [To nie celowy zabieg, choć na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że jestem na trzecim roku i trochę przytłoczył mnie nagły zmasowany atak obowiązków (zapinam jeszcze przy okazji praktyki na ostatni guzik) i jakoś ciągle sobie powtarzam, że ale jutro to już na pewno odpiszę. Jeśli nie masz mnie dość i wciąż chcesz otrzymać ode mnie odpis, to na pewno będę go w stanie wysłać do końca tego tygodnia, a potem obiecam poprawę i postaram się już odpisywać w miarę regularnie. Przepraszam, jestem studentem dojeżdżającym prawie godzinę w jedną stronę, tacy zawsze szukają najwięcej wymówek. ;) Jak masz mnie już dość, to pisz śmiało, też zrozumiem.]

    OdpowiedzUsuń
  27. [Ben zawsze łasy na uśmiechy więc przybywa :D Jak zwykle chęci na wątek są, lecz brak pomysłu. Robimy burzę mózgów, czy może polecimy na spontana i będziemy myśleć po drodze? :D]

    Benjamin

    OdpowiedzUsuń
  28. [Do odważnych świat należy :D Zaczynaj c:]

    Ben

    OdpowiedzUsuń
  29. [A to dziękuję serdecznie za wyrozumiałość i jak tylko się ogarnę życiowo, to będę pisać. Mam plan powoli nadrabiać z różnych stron.]

    Scott, Andrew, TImothy

    OdpowiedzUsuń
  30. [Cześć! Cudowne zdjęcie. <3
    Możemy kombinować z wątkiem w tę stronę, jednak ostrzegam, że choć Ella czasami sama oddaje bratu, to nikomu nie pozwoli go zaatakować. :D Ale może być tym ciekawiej!]

    Ella

    OdpowiedzUsuń
  31. [Brzmi dobrze, możemy od tego zacząć, a nuż rozwinie nam się z tego coś ciekawego i dłuższego. ;)]

    Ella

    OdpowiedzUsuń
  32. Kawa. Tego mu było trzeba. Benjamin szedł ulicami Mount Cartier, w ręku dzierżąc worek pełen świeżych ziaren kawy. Całą zeszłą noc spędził w warsztacie (niekoniecznie pracując, o czym świadczyła niemalże pusta butelka po domowym bimbrze leżąca gdzieś razem z listem od żony), nie przewidział jednak, że nie uzupełnił zapasów ukochanego napoju.
    Dlatego wędrował teraz przez Mount Cartier, skacowany i zmęczony. Nie bardzo kontaktował co się wokół niego działo, lecz zbytnio go też to nie obchodziło. Jedyne o czym marzył, to ciepło swojego domu, łóżko i dzień wolny.
    Był już na prostej drodze w stronę swojego domku na skraju lasu, gdy z czymś się zderzył. A raczej z kimś.
    Chwilę zajęło zanim dotarło do niego, co właściwie się zdarzyło, jednak jak tylko się otrząsnął, kucnął by pomóc nieznajomej pozbierać rozsypane rzeczy. Gdy tylko trafiły z powrotem do pudełka, spojrzał na worek z kawą i westchnął na widok rozsypanych ziarenek. Podniósł to co z niego zostało i wtedy zorientował się, że dziewczyna coś do niego mówiła.
    – Słucham?
    – Pytałam, czy wszystko w porządku.
    Teraz, gdy kryzys został zażegnany, mógł przyjrzeć się jej dokładnie. Była wysoka, niemalże jego wzrostu, a jej rozwiane przez wiatr loki zakrywały jasnobłękitne oczy. Był pewien, że gdzieś już ją widział, nie wiedział jednak gdzie.
    – Tak, tak, nic się nie stało – odparł, jeszcze raz rzucając okiem na rozsypaną kawę. – Pomóc ci z tym? Te pudła muszą być ciężkie.
    Prawdę powiedziawszy, nie bardzo chciał w tej chwili pomagać komukolwiek, ale wypadało zapytać. Nawet kac nie był wstanie odebrać jego dobrego wychowania.

    Benjamin

    OdpowiedzUsuń
  33. Ben przeklął w duszy swoje maniery, lecz dziewczynie posłał uśmiech, podnosząc cięższe pudełko. Worek z resztką kawy rzucił na wierzch.
    – Jestem Ben – rzucił, gdy szli powolnym krokiem w stronę bliżej nieznanego mu miejsca docelowego. – Widzisz, podałbym ci rękę, ale chwilowo to raczej niemożliwe.
    – Audrina – odparła już-nie-całkiem-nieznajoma; z jej twarzy nie schodził uśmiech.
    Ben lubił Mount Cartier jesienią, zwłaszcza gdy pogoda dopisywała - tak jak dzisiaj. Gdyby nie ogólny stan jego samopoczucia, może nawet byłby szczęśliwy z takiego obrotu wydarzeń. Teraz jednak nie był w stanie cieszyć się chwilą. Nawet jeśli słońce wesoło wychylało się zza chmur, a w drodze towarzyszyło mu wesołe trajkotanie Audriny.
    Zatracił się w myślach do tego stopnia, że nawet nie zauważył, że dotarli na miejsce. Nad drzwiami powitał ich nieco przekrzywiony szyld Kraina Czarów. Ben jedną ręką otworzył drzwi i przytrzymał je, by Audrina mogła wejść do środka.
    Rozejrzał się wokół - miejsce to zdecydowanie nie wyglądało jak za czasów swej świetności. Ben pamiętał, jak niegdyś przychodził tu (wtedy jeszcze z żoną), właściwie aż do samego zamknięcia cukierni. Nie wiedział jednak, że ma zostać na nowo otworzona.
    – Jeszcze sporo pracy przede mną, ale jakoś to będzie wyglądać – Rzuciła mimochodem dziewczyna, jakby czytając mu w myślach. – Połóż to pudło gdzieś w kącie, a ja zrobię kawę.
    Zrobił tak jak mu kazano, a Audrina zniknęła za dwuskrzydłowymi drzwiami. Ben jeszcze raz rozglądnął się po lokalu. Większość rzeczy pozostała tak jak wyglądała te kilkanaście lat temu. Z tą różnicą, że meble zostały nadgryzione zębem czasu, a cukiernia nie tętniła życiem.
    Skierował swój wzrok na stolik stojący tuż przy oknie, otoczony dwoma fotelami o zakurzonych tapicerkach. Natychmiast zalała go fala wspomnień - tu niegdyś przesiadywali z Rosalynn. To właśnie w tym miejscu wybrali się na pierwszą randkę - aż trudno uwierzyć, że było to ponad dwadzieścia lat temu. Czuł jak złość i smutek się w nim zbierają, i już miał obrócić się na pięcie i wyjść, kiedy...
    – Kawa gotowa!

    Ben

    OdpowiedzUsuń
  34. [tak dawno mnie tu nie było, że już zapomniałam, że zdążyłam świeżynki powitać :D
    Twój pomysł bardzo mi się podoba, zwłaszcza, że Mina sama nikogo raczej nie zaczepia heh :D ale poszłabym o krok dalej, trochę bym zaszalała z okolicznościami ich spotkania :) co powiesz na to, że będzie to moment, w którym Twoja panna utknęła z walizkami gdzieś przy schodach w momencie wprowadzania się do zajazdu, a mój nieszczęśliwy rudzielec by wychodził bocznymi drzwiami z kuchni z zapasem miseczek z budyniem czekoladowym i jakoś tak niefortunnie by się zdarzyło, że te desery by wylądowały nie tam gdzie powinny? :D ]

    OdpowiedzUsuń
  35. Ferran dobrze zdawał sobie sprawę z tego jak jest w wielkich miastach, bo niejednokrotnie był zmuszony przeciskać się chodnikami wielkich metropolii, w których załatwienie podstawowych rzeczy kosztowało go tyle czasu, że aż pożal się boże! Na szczęście, trzy czwarte swego istnienia spędził w dziurach zabitych dechami i szczerze się z tego cieszył, bo egzystowanie w tłocznych miastach spowodowałoby u niego palpitacje serca i inne zaburzenia psychiczne – aż strach pomyśleć, jak mężczyzna znosiłby ludzi typu miejskiego, skoro przebywanie z nimi zaledwie kilka minut sprawiało, że miał ochotę sięgnąć po granat odłamkowy. Zresztą, nic dziwnego, bo Kayser nie był przyzwyczajony do natłoku ludzki z racji tego, że dorastał w tutejszej wiosce, a wychowywał się w niewiele większej Albercie, gdzie znajduje się jednostka. W murach wojska nie miał też okazji zaznać zalewających świat problemów cywilizacyjnych, bo te w progi jednostki nie zaglądały. A później sześć lat w Afganistanie było czymś, czemu tym bardziej brakowało człowieczeństwa i normalności, spotykanej w dobie obecnej ery. Tam nikt nie myślał o grach na smartfony, o dwustu kanałach telewizyjnych, i nawet o ciągłym dostępie do prądu, bo na misji nie zawsze istniała możliwość, by móc napić się ciepłej herbaty, czy zjeść ciepły obiad.
    Choć niewiele wiedział o Audrinie, ale dziewczyna zdawała się odbiegać od typowego mieszczucha. Mogła być więc pewna, że szybko zaskarbi sympatię tutejszych mieszkańców, a już szczególnie wtedy, gdy będzie piekła dla nich wyjątkowe ciasta i babeczki. Każdy lubi słodycze i nie ulega to wątpliwościom – nawet Kayser, który jest w stanie pochłonąć całą blaszkę czekoladowego ciasta, gdy tylko poczuje znany sobie zapach.
    — Jeśli już miałbym słuchać jakiś historii, to tylko tych, które mnie interesują. Jak widać, twoja w jakiejś części do nich należy, skoro o nią pytam — rzekł, gdy dziewczyna skończyła mówić. Ale to nie pierwszy znany mu przypadek, w którym jednym z powodów przyjazdu do Mount Cartier jest nieudany związek, bądź toksyczna relacja z kimś niegdyś bardzo bliskim. Prawdę powiedziawszy, po Audrinie na pierwszy rzut oka nie widać, by kryła smutki związane z nieudaną miłością. Jak to mówią – nie oceniaj ludzi po okładce.
    — Chcesz mi jeszcze o czymś opowiedzieć? — Zapytał, podnosząc nieznacznie brew do góry. Miał w planach zmianę miejsca aktualnego pobytu, a co za tym idzie – zamierzał opuścić progi baru i trwającą w nim imprezę urodzinową. Nigdy nie pytał jednak bez przyczyny.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  36. Przyjąwszy od Iana kilka centów reszty, przeniósł spojrzenie z powrotem na Audrinę, przechylając przy tym głowę lekko w bok. Prawdę powiedziawszy, dziewczyna mówiła dużo, jednak Kayser zdawał sobie sprawę, że są na świecie osoby, które mówią o stokroć więcej – ba! – co gorsze, są to osoby, które nie mają nic ciekawego do przekazania. Czasami naprawdę zadziwiał go ten brak oryginalności w osobowościach ludzi obecnej ery. Świat stał się matowy.
    — Oczywiście, że zwrócę ci wtedy uwagę — potwierdził bez ogródek, bo jako człowiek szczery, nie potrafił udawać i zawsze wskazywał na to, co mu się nie podoba. Choć w tym momencie nie miał powodu, by zwrócić jej uwagę – Ri odpowiadała na pytania, które sam jej zadał, a to że odpowiedzi te były rozbudowane, miało więcej plusów niż minusów. Kayser dla odmiany mówił bardzo mało, ale posiadał bardzo dobry słuch i wzrok, który świetnie radził sobie z odgadywaniem sygnałów, przekazywanych za pomocą mowy ciała. Ludzkie ruchy zdradzały czasami tak dużo, że w niektórych sytuacjach słowa były po prostu zbędne, albo wręcz przeszkadzały.
    Na pytanie dziewczyny, pokiwał przecząco głową.
    — Nie mam nic ciekawego do powiedzenia.
    I to także brzmiało szczerze, bo nie sądził, żeby mógł opowiedzieć o czymś intrygującym. Jego aktualne życie było spokojne, nie różniło się za wiele od życia każdego innego mieszkańca tej wioski, a o przeszłości nawet nie myślał, bo wracać w jej odmęty nie zamierzał.
    Spojrzeniem powiódł na moment w stronę zegara. Godzina była młoda, ale planował ewakuować się z lokalu, dlatego po chwili wyprostował się, odstępując krok od baru.
    — A przynajmniej na tę chwilę.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  37. [Tak, Kayser się powoli ulatnia, więc wątek idzie ku końcowi. Jeśli masz ochotę, możemy nad czymś pomyśleć i dalej poprowadzic ich historię :)]

    OdpowiedzUsuń
  38. [Boshe, nim zacznę cokolwiek... Grasz w Lol'a? :D]

    Max Carter

    OdpowiedzUsuń
  39. Polly również się zaśmiała, słysząc słowa nowej znajomej.
    - Nic straconego, chętnie popatrzę! – powiedziała przekonana, wyobrażając sobie ten widok. Gdyby była nieco bardziej pijana, pewnie by do tego tańca dołączyła. W sumie, jeden czy dwa drinki więcej i faktycznie będzie w stanie zrobić coś tak głupiego. Ach, ludzie by mieli o czym gadać. Dwie obce dziewczyny robią rozróbę w barze. Jak zwykle, obcy, którym nie należy ufać.
    - Jakie marzenie masz do spełnienia w Mount Cartier? – spytała, faktycznie zaciekawiona, po tym jak do jej uszu dotarła odpowiedź dziewczyny. Choć właściwie ona robiła coś podobnego. Chciała spełnić swoje marzenie o życiu według własnych zasad, byciu sobą. O tym, by odnaleźć siebie.
    - Ja… Uciekam przed cywilizacją, przed przeszłością i przyszłością – odpowiedziała po krótkim namyśle i posłała jej uśmiech. – Nawet nie wiem ile tutaj jestem. Wiesz, że nie znam dzisiejszej daty? Ale trochę czasu już minęło – dodała wesoło, uświadamiając sobie jak irracjonalnie to brzmi. W końcu jak mogła nie wiedzieć jaki jest dzisiaj dzień?

    [ Przepraszam najmocniej za zwłokę! Nie umiałam się w ostatnim czasie za nic zabrać ]

    OdpowiedzUsuń
  40. [Przepraszam, to już tak z przyzwyczajenia, haha :D Postaram się nie zapędzać :D]

    W całym tym natłoku zdarzeń, Ben kompletnie zapomniał w jakim jest stanie. Było mu głupio, że prezentuje się z nieco gorszej strony, niż by chciał. Mimo wszystko, dziewczynie zdawało się to nie przeszkadzać. Podała mu kubek z kawą jak gdyby nigdy nic, a on przyjął go z wdzięcznością.
    — Cóż, można tak powiedzieć — odparł, upijając łyk gorzkiej kawy. Przysiadł na jednym z wysokich krzeseł stojących przy ladzie i zamknął na chwilę oczy. I tak nie miał nic lepszego do roboty. W domu nikt na niego nie czekał, po za Frodo, wiernym psiakiem. Wszystkie zamówienia udało mu się skończyć dzień wcześniej. Przed spędzeniem nocy z butelką, ma się rozumieć.
    Teraz, kiedy faktycznie miał kogoś, z kim mógł porozmawiać, nie śpieszyło mu się wracać do pustych i zimnych pomieszczeń, które nazywał domem.
    — W czym dokładnie potrzebujesz pomocy?

    Skacowany Ben

    OdpowiedzUsuń
  41. Z racji tego, że metraż wioski nie jest wielki, oboje z pewnością będą mieli okazję na siebie jeszcze nie raz wpaść gdzieś w jej centralnej części. O ile Kayser będzie miał powód, by opuszczać leśniczówkę, a starał się powodów do wyjścia nie mieć. Niemniej jednak, praktycznie codziennie chodził po lesie, więc jeśli Audrina lubi spacerować pośród wysokich konarów, to istnieje szansa, że wpadną na siebie dużo szybciej, niż przewidywał los.
    W każdym razie, na tę chwilę szykował się do wyjścia – czy dotrze do domu, czy zajdzie gdzieś indziej, pozostawało pod znakiem zapytania, aczkolwiek pewnym było, że zechciał opuścić lokal u Iana na rzecz czegoś innego. I całkiem możliwe, że dla osób trzecich historia Ferrana była niebywale ciekawa, jednak dla niego samego nie była niczym, oprócz trudnych wspomnień osadzonych w czeluściach mózgu, których za żadne skarby nie dało się skutecznie wymazać. Kayser prawdopodobnie nigdy nie będzie w stanie powiedzieć, że jego przeszłość to zbiór ciekawych i wyjątkowych wydarzeń, bo te zabiły najważniejszą część jego osobowości – duszę.
    — Czas pokaże — odrzekł krótko na słowa, dotyczące następnego spotkania i ewentualnego poczęstunku słodkimi wyrobami. Nikt nie wiedział, co będzie za dzień czy dwa.
    Spojrzawszy po raz ostatni w tęczówki kobiety, zsunął dłoń z blatu i postąpił kilka kroków od baru, oddalając się w kierunku frontowych drzwi, za którymi ostatecznie zniknął.

    [I jak? Piszemy coś dalej? :)]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  42. [Oki, to spróbujmy z pomysłem numer dwa i pomocą w lokalu :)]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  43. [Meeeeeh! Big disrespect!:D
    A wracając do konkretów, to nie wiem, czy dałoby się jakoś połączyć jakoś nasze panie. Max słodyczy nie jada, bo to zła kobieta jest. Weteranka Mount Cartier trochę, trochę taka zgorzkniała rozwódka, która czasem popija wino i biadoli na byłego w samotności... No różnie z nią bywa, różnie. W sensie, nie chcę niczego na siłę w żadną stronę, bo to nigdy nic dobrego nie wychodzi z tego, a ja nie wiem, czy Audrina to by w ogóle chciała się kumplować z taką jędzą :D]

    Max Carter

    OdpowiedzUsuń
  44. [Sposób, w jaki Audrina została rzucona przez chłopaka rozzłościłby mnie bardziej od samego faktu rozstania. Natomiast sytuacja z telefonem wyrzuconym do jeziora przypomina mi nieco moje zmagania z notatkami przed egzaminami - rzucam nimi niedbale w kąt, nie mogąc na nie dłużej patrzeć, by następnie stwierdzić, że przecież będę ich jeszcze potrzebować :D Cześć i dziękuję ślicznie za powitanie!
    Audrina to bardzo pocieszna dziewuszka i wręcz nie śmiałabym odmówić Julkowi takiej znajomości; teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, potrzebuje otaczać się ciepłymi, pozytywnymi ludźmi. Nawet jeśli nie zdaje sobie tego sprawy. Zaprowadziłabym go chętnie do cukierni panienki Nerey, a potem poprosiła ją o małą lekcję czarowania pyszności z mąki i cukru; Lavoie ma do tego dwie lewe ręce. Nie wiem tylko, jak wpleść to w jakiś konkretny wątek i co jeszcze mogłoby się wydarzyć. Gdybyś miała na to pomysł, lub ochotę pokombinować z czymś zupełnie innym, wiesz, gdzie nas znaleźć :D]

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  45. Kiedy przyjeżdżał tu jako dziecko, miasteczko za każdym razem wydawało mu się takie samo; ci sami mieszkańcy, te same schludne chałupki i ten sam spokój, który czynił okolicę niemal uśpioną, martwą. Przemierzając ośnieżone uliczki Mount Cartier teraz, po ponad dziesięciu latach od swojej ostatniej w nim wizyty, wszystko było dla niego zupełnie inne. Nie tak urokliwe, jak dawniej. Może jako nastoletni chłopiec postrzegał je zupełnie inaczej, prosto i naiwnie, a może teraz zmieniło się w jego życiu zbyt wiele, by umiał cieszyć się wszystkimi jego walorami tak, jak robił to w czasie wizyt u swoich dziadków. Jaki by nie był tego powód, musiał poczuć ducha tego miejsca na nowo. Zżyć się z nim, nauczyć się odpoczywać i nie myśleć zupełnie o niczym, co nie miało tutaj żadnego znaczenia. A więc o tym, od czego uciekał; bo jaki był sens ucieczki, skoro zdarzały się poranki, gdy nie miał ochoty ani siły wstawać z łóżka na śniadanie? Na szczęście to nie był ten dzień, to nie dzisiaj. Dzisiaj wyskoczył ze swojego pokoju o świcie, obudzony przez dzikie ptaszysko spacerujący w tę i z powrotem po blaszanym parapecie, w nastroju lepszym niż kiedykolwiek w ciągu minionych miesięcy. Heidi spała w najlepsze, przytulając do policzka swojego ulubionego pluszowego zająca, a on nie miał sumienia skłaniać jej do tak wczesnej pobudki. Zeszłego wieczoru bowiem do późna przeglądała komiksy o superbohaterach, chowając się pod kołdrą, z małą latarką przytrzymywaną ustami. Wyśliznął się z pokoju najciszej, jak potrafił i już po chwili przemierzał powoli jedną z główniejszych ulic miasteczka; otulony szczelnie płaszczem i z grubym szalem zawiązanym ciasno pod szyją, lecz nadal czerpiąc dziwną przyjemność z zimnego wiatru targającego jego włosami i wdzierającego się pazernie pod ubranie.
    Śnieg sypał obficie przez całą minioną noc i o poranku nie zdążono jeszcze oczyścić z niego chodników. Poza drogą rozjeżdżoną kołami samochodów, wszystko wokół było perliście białe i skrzyło się przyjemnie w promieniach zawieszonego nisko nad horyzontem słońca. Mróz, który chwycił silnie nad ranem, utrzymywał się nadal i zamieniał oddechy mijających Juliena ludzi w obłoki srebrzystej pary. Niektórych z nich rozpoznawał, inni zastanawiali się, dlaczego jego spojrzenie i uśmiech, charakterystyczne z resztą i nie do podrobienia, wydają im się tak bardzo znajome. Choć stali mieszkańcy nigdzie się stąd nie wybierali, miasto stało się silniejsze o rzeszę przyjezdnych, z których każdy szukał w tym miejscu czegoś innego, czegoś tylko dla siebie. Nieszczęśliwie zakochani, niespełnieni artyści, może po prostu samotni lub szukający osamotnienia. A pośród nich wszystkich Lavoie, który zastanawiał się, do której kategorii powinien zakwalifikować samego siebie.
    Minął sklep i niewielki warsztat samochodowy, w którym mechanik dłubał coś przy otwartej masce samochodu, a potem bar przyciągający stałych klientów już od samego rana. Przystanął na dłużej dopiero przy witrynie czegoś, co wyglądało na piekarnię, może cukiernię, uświadomiwszy sobie, że nie znalazł przed wyjściem z zajazdu kilku minut, by zjeść chociaż jabłko i wypić kubek gorącej kawy. Podszedł więc do szyby bliżej i przykładając do niej obie swoje dłonie, zajrzał z zaciekawieniem do środka. Niewiele widział, bowiem szybko chłodna powierzchnia zaparowała jego oddechem, jednak gdzieś z tego niewyraźnego obrazu wyłaniała się postać młodej kobiety, krzątającej się ze spokojem po wnętrzu. Gdy udało mu się zwrócić na siebie uwagę, pomachał do niej z uśmiechem i palcem wskazując na drzwi wejściowe, posłał nieme pytanie o pozwolenie na wejście do środka. Nie był pewien, czy lokal w ogóle rozpoczął swoją działalność, ale istniał tylko jeden sposób na to, by się przekonać.

    [Pozwoliliśmy sobie na małą zuchwałość i zaczęcie, żeby już nie przedłużać i nie bałaganić pod kartą ^^ Gdyby było coś nie tak, krzycz i szturchaj nas śmiało, a na pewno się poprawimy!]

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  46. Ciepło panujące we wnętrzu było przyjemną odmianą po rześkim, ścinającym oddech powietrzu, które dawało się we znaki na dworze. Minęła dłuższa chwila, nim Julien odważył się poluzować nieco szalik pod szyją i rozpiąć dwa pierwsze guziki płaszcza; wydawało mu się bowiem, że razem ze sobą wprowadził do lokalu i śnieg, i zimne podmuchy wiatru, które uczepiły się go niczym rzep i za nic nie chciały zostawić go w spokoju. Rozgrzewał dłonie, pocierając nimi najpierw o swoje uda, potem jedna o drugą i rozglądał się zaciekawiony wokół siebie, mając okazję odwiedzić coś, czego nie było w miasteczku kilkanaście lat temu. I chyba nadal nie można było mówić o jego funkcjonowaniu; wyglądało na to, że nie tyle Lavoie pospieszył się przed dzisiejszym otwarciem cukierni, co przed otwarciem cukierni jako takim, co wywołało na jego twarzy szeroki, choć odrobinę skrępowany uśmiech. Zwrócił się do młodej dziewczyny, przekręcając się energicznie na pięcie i zawiesił w pół słowa zarówno delikatnie rozchylone usta, jak i palec zawieszony w powietrzu tuż przed nimi; z jednej strony pomagało mu to zebrać myśli, a z drugiej odwlec jeszcze przez kilka sekund moment, w którym rzeczywiście wypadałoby się odezwać.
    — Wygląda na to, że pozostali są jednak trochę bardziej cierpliwi ode mnie — stwierdził wreszcie i razem z głębokim oddechem uniósł nieco swoje ramiona ku górze. Zapach świeżych wypieków nie był mu obcy, jednak ten konkretny kojarzył mu się z długimi wieczorami spędzonymi u dziadków; przy szklance gorącego kompotu ze śliwek i kominku, w którym ogień zdawał się nigdy nie wygasać. Napawało go to pewnym wzruszeniem, może tęsknotą i tym bardziej utwierdzało go w przekonaniu, że choć szybko i bezboleśnie udało mu się tu dostać, to jednak wyjście nie będzie wcale takie łatwe. Przesunął palcami po krawędzi stolika, po ciemnym, jakby podpalanym drewnie, z którego był wykonany i spojrzał ponownie na dziewczynę, tym razem śmielej i pewniej, niż jeszcze przed chwilą — A skoro już tutaj przyszedłem... Daję słowo, to nie było zamierzone! — roześmiał się i przyłożył rozpostartą dłoń do swojej piersi, składając uroczystą przysięgę prawdomówności — Może jest coś, w czym mógłbym ci pomóc przed otwarciem, dostać za to drożdżówkę z jagodami i obiecać potem, że zaczekam cierpliwie razem z resztą mieszkańców, nie nachodząc cię tu nigdy więcej?
    Odsunął na bok jedno z krzesełek, bynajmniej nie po to, aby na nim usiąść; zrobił sobie nieco więcej miejsca obok stolika, którego gładką powierzchnię poznał uprzednio swoją dłonią i przysiadł na jego krawędzi z rękami ukrytymi na samym dnie kieszeni płaszcza. Poruszył znacząco brwiami, jakby to miało przekonać dziewczynę o doskonałości jego planu, mimo iż w istocie do doskonałych nie należał. Doskonałym byłoby przeproszenie za najście i ruszenie spokojnie w dalszą drogę, ku pozostałym budynkom zasypanym śniegiem i nadal uśpionym po długiej i mroźnej nocy.
    — Choć może łatwiej byłoby zacząć od twojego imienia — uznał w końcu i pokiwał z przekonaniem głową. Podobnie jak nieznajoma wcześniej, przez moment sam silił się na powagę, nie wytrzymując jednak w tym teatrze tak długo, jak zamierzał. Uśmiechnął się ciepło, wyciągając ku dziewczynie swoją dłoń; odrobinę już sprawniejszą i nie tak zmęczoną zimnym powietrzem — Lavoie. Julien Lavoie — przedstawił się, modelując swój głos w sposób charakterystyczny dla filmów o przygodach Jamesa Bonda.

    Żarłok Julek

    OdpowiedzUsuń
  47. [Dziękuję bardzo za miłe słowa C: I przepraszam za zwłokę z odpisem, ale sporo się podziało z moim komputerem. Zatem jeśli nadal masz ochotę napisać coś z nami, to serdecznie zapraszam, będziemy główkować!]

    Jane Grey

    OdpowiedzUsuń
  48. Gdy tylko skończył nadzorować zimową wycinkę drzew, wybrał się na pocztę, gdzie czekało na niego kilka zaległych listów, których nie odebrał od jakiś dwóch tygodni. Nie było to nic ważnego, jednak druki w kopertach oczekiwały jakiegokolwiek odzewu ze strony Kaysera i ruchu – nie mogły przecież gnić na poczcie do przyszłego lata, a każdy dobrze wiedział, że Ferran obecny w wiosce jest i odsyłanie listu do nadawcy nie ma sensu.
    Odebrawszy więc kilka kwitów, wsunął część z nich za poły kurtki i niezwłocznie obrał azymut z powrotem na leśniczówkę, gdzie zamierzał tak po prostu odpocząć z kubkiem mocnej kawy. Sporo się dziś nadźwigał, i nic w tym dziwnego, że powoli zaczynał odczuwać ból w okolicy lędźwi, którym podczas wycinki zgotował naprawdę mocny wycisk.
    Idąc przed siebie, wlepił spojrzenie w literki na kartce papieru, którą wyciągnął sekundę temu z koperty. Na jego twarzy nie malował się żaden poddenerwowany wyraz, zatem nie czytał nic, co miałoby wprowadzić go w nieprzyjemny nastrój.
    Dopiero, gdy skończył czytać i wsunął list do kieszeni, jego wzrok napotkał idącą z naprzeciwka Audrinę. Nie sądził, że zmierzała ku niemu, jednak w momencie, gdy przystanęła w niedalekiej odległości, zdał sobie sprawę, że mówiła właśnie do niego.
    — Nie mam wolnego czasu — odparł krótko, wsuwając dłonie do kieszeni wiatrowej kurtki. — Ale na pomoc mogę się zgodzić, pod warunkiem, że mowa o fizycznej pomocy, a nie psychicznej — dodał jeszcze, lustrując spojrzeniem niewiastę, a wraz z nią plamy po farbie, którymi udekorowały się jej ciuchy, oraz policzek. Podejrzewał, że Audrina pokusiła się o remont, ale wolał się upewnić, co do pomocy, bo do pocieszania i dodawania otuchy to on się za nic w świecie nie nadawał.
    — Do twarzy Ci w tym kolorze — powiedziawszy, podniósł na moment palec, którym wskazał skrawek jej policzka z plamką. Zaraz jednak schował dłoń z powrotem do kieszeni i dał kilka kroków przed siebie, bo bez względu na to, czy szedł do leśniczówki, czy do miejsca z którego przyszła Ri – droga była jedna i ta sama.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  49. Mina była raczej skromną osobą, wycofaną i cichą. Obecna Mina, bo było wiele osób, które mogły opisać ją zupełnie inaczej. Ona sama doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo zmieniły ją pewne wydarzenia i jak wiele osób tęskni za jej roześmianą twarzą, za gadulstwem i energią, jaką wokół siebie rozsiewała. Sama jednak nie tęskniła. Był moment, gdy nie chciała się z nikim widzieć i nawet odcięła się od rodziny. Bolał ją ten smutny wzrok, który otrzymywała, to współczucie, które później zmieniły swój charakter w żal i pretensje. Bo dla innych, Mina zbyt długo trwała przy tej zmianie, za długo była cieniem samej siebie. Po kilku tygodniach wszyscy zaczęli wręcz się domagać, by znów była tą samą dziewczyną, co przed napaścią, by wróciła do pracy, by znów imprezowała w klubach i po prostu żyła pełnią życia według standardów, które przestały jej odpowiadać. Stąd to zaszycie się w malutkim Mount Cartier. Stąd wziął się pomysł na spróbowanie swych sił w fotografii. Stąd ucieczka na koniec świata w strony, z których więcej ludzi chce uciec, nić przybyć.
    Powitało ją tu zimno, wietrzysko i pustka na ulicach. Mieszkała tu tak mała liczba mieszkańców, że przez pierwsze tygodnie miała wrażenie, jakby zamieszkała w miejscu widmo. Dopiero z czasem nauczyła się dostrzegać te same twarzy w przybrzeżnej stacji paliw, samotnie wędrujące sylwetki na tle lasu i wychwytywać po prostu dźwięki życia codziennego wokół. Po prostu wszyscy tu żyli tak spokojnie, że nie było gwaru i nikt na siebie nie zwracał niepotrzebnej uwagi. Bardzo jej się to podobało, właśnie tego potrzebowała. Spokoju i ciszy, które pozwolą jej odzyskać równowagę.
    Pokoik w zajeździe był mały, w ogóle cały zajazd okazał się po prostu dużym domem, który zupełnie nie przypominał hoteli z wielkiego miasta, w którym mieszkała dotychczas. Było klimatycznie, w pewien sposób rodzinnie. Zaaklimatyzowanie zajeło jej dobry miesiąc z hakiem, ale obecnie czuła się już dość swobodnie tak i w swoich czterech wynajmowanych ściankach, jak i poza nimi.
    Tego wieczoru chodziła za nią przeogromna ochota na coś słodkiego. Ot, typowe dla kobiet - nie dość, że życiowo niezdecydowane, to dodatkowo w kwestii jedzenia biją same siebie na głowę. Batonik odpadał, czekolada... musiałaby wyjść z zajazdu do sklepu po drugiej stronie miasteczka, a było zimno! Nieważne, że tu zawsze było zimno, wieczorami bardziej. Staneło na tym, że zeszła po cichutku do kuchni i tam po kryjomu upichciła sobie czekoladowy budyń. Zrobiło się mnóstwo grudek, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało, bo miała i coś ciepłego i czekoladowego i na dodatek chyba znalazłaby w szafce jakiegoś ciastka, który by pasował doskonale. Gdy jednak równie po kryjomu i po cichutku próbowałą wycofać się znów na górę, zderzyła się z czymś zupełnie nieprzewidzianym! Nowy człowiek w zajeździe!!!
    - Przepraszam, bardzo przepraszam! - podskoczyła od razu do dziewczyny, którą tak bezczelnie stratowała i zaczęła zbierać ją z schodków jedną dłonią, drugą przeszukując kieszenie jeansów, by w końcu znaleźć chusteczki i podać je tamtej. - Przepraszam, przepraszam, nie wiedziałam, że ktoś tu moze być, nic nie słyszałam przez drzwi - zapewniała poruszona, chcąc pomóc zdjąć deser z kurtki kobiety, przez co tylko go rozmazała. - Ja to pani wypiorę, bardzo przepraszam! - mało co, a zaraz się jeszcze rozpłacze przerażona tym, co narobiła.

    [cześć :) przepraszam za zwłokę :) mam nadzieję, że tak możemy nasze Panie poznać :D myślę, że Twoja słodka Ri może Minę nieźle rozruszać :D ]

    OdpowiedzUsuń
  50. [Ty weź mnie nie zabijaj, że tyle to trwało XD Obiecuję, że teraz będę miała więcej czasu, bo już nie mam takiego nawału nauki]

    Ben zaśmiał się, myśląc o tej ironii losu.
    — Wiesz co? Masz cholerne szczęście — odparł, odkładając kubek na niedokończony blat, po czym przyklęknął obok leżącego na podłodze stosu drewna. — Cóż, większości nie warto nawet ruszać, nie nadają się do niczego. Z części może nawet udałoby mi się coś przerobić, ale będzie ciężko. Mogę załatwić nieco lepsze drewno, po znajomości. — Wstał i z powrotem wziął kubek z kawą. Audrina posłała mu pytające spojrzenie.
    — Jestem drwalem — Odparł, powoli sącząc, zimny już, napój. — Z blatem nie będzie problemu, będzie gotowy za parę dni.

    Beniek

    OdpowiedzUsuń