Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
Czerwiec • 12°C
I stało się! Z południa przychodzi do nas coraz cieplejsze powietrze, dzięki czemu resztki śniegu zalegającego na trawnikach stopnieją pewnie nim nadejdzie połowa miesiąca. Jeśli już tęsknicie za białą aurą, to niestety musicie przenieść się jeszcze bliżej koła biegunowego, bo do września nie mamy co liczyć na chociaż jedną śnieżynkę spadającą z nieba. Zamiast nich za to będzie słońce i odrobina deszczu, ale głównie w nocy, więc zabierajcie kalosze na nocne schadzki jeśli nie chcecie, by ktoś w niedzielę dopytywał się skąd błoto na tych nowych pantofelkach prosto z Chruchill! Dzieciaki mogą się za to cieszyć, bo pogoda na lato znowu nam dopisze i pewnie już za kilka tygodni niejednego raka będziemy ściągać z plaży nad jeziorem. Rodzice, cieszcie się ostatnimi chwilami wolności, bo jak tylko skończy się szkoła… nie będzie lekko!

06.09.2016

Better than you

Andrew "Drew" Walker

33 lata nowojorczyk autor bestsellerowych kryminałów

Gdyby Bóg nie stworzył go mężczyzną, zostałby quasi-człowiekiem. Ludzie wciąż mu powtarzają, że ma wybrakowaną duszę — dokładnie jak golem z Hagady — i choć on jest całkiem pewien, że nigdy nie sprzedawał jej w kawałkach, a w całości nawet diabeł nie chciał, potrafi wyobrazić sobie psyche w tej niepełnej formie. Co prawda wolałby widzieć siebie jako abiekt1, bo to więcej niż glina, a mniej niż istota rozumna, ale to nie jego wina, że bezkształtna masa nie wpisuje się szczególnie w kanon współczesnego piękna. Dla uproszczenia mówi więc o sobie jak o kolejnym wcieleniu Adama Kadmona2, a kiedy spytasz, gdzie jego nieśmiertelność, powie Ci, że schowała się za urodą i wspaniałością, bo przecież w trójkę w drzwiach się nie zmieściły.

Niektórzy utrzymują, że Narcyz i Kaprys to jego imiona wrodzone, a dalsze przydomki to tylko przywara kultury, ale mimo to zawsze cieszy się społeczną estymą. Być może na dezaprobatę otoczenia zabrakło miejsca, albo zwyczajnie cenią go za bezlitosną szczerość. W dużej jednak mierze sympatię zaskarbia pewnością siebie i modnym teraz lumberseksualizmem, bo nieświadomy trendów zdarza się, że szerzy go od wewnątrz, jak rzetelny jego reprezentant. Panie to kochają. Zapominają, że aksjomat chłodu czasem idzie u niego w parze z prawdziwą męskością i że alienacja przejęła każdy inny ekwiwalent tego słowa. Że ten angielskojęzyczny leksem jest przy Drew zbyt skromny, by wypisać inne, poboczne znaczenia i że Walker już się nie zmieni, bo za stary jest na nowe wychowanie. Zbyt apodyktyczny i wulgarny w łóżku, by uczyć go pokory. Prędzej szacunku, choć tego nigdy nie dał obcym w niedoborze. Wie dokładnie, czym jest poważanie i nieważne jak często za dnia nazwiesz go niereformowalnym chujem, on i tak na wieczór udowodni Ci, że nie wymaga więcej, niż jest w stanie dać. Bo krytyczny bywa najbardziej względem siebie. Ale względem innych także.

Od niemal dekady nie sposób zignorować jak doprowadza głos do ostatecznej granicy szorstkości, a choć broni dojrzałości jak własnej ręki, czasem nie daje rady przejść obok idioty w pełni obojętnie. Skrajna głupota kaleczy jego drażliwą neszamę3 i wybudza TEN właśnie kuszący ton. Wolałby nie, ale niezmiennie od lat prowadzi to do głośnych „achów” i „ochów”, a ludzie wciąż mu nie wierzą, że to niespecjalnie. Tylko skomlą o więcej i krzyczą nachalnie: że ta głęboka chrypka, że seks i że bomba. Kiedyś powiedziałby: „Pieprz się, desperacie!”, ale dziwnym trafem sugerują, że mogą tylko z nim. No więc dzisiaj milczy, chorych wielbicieli łapie na dystans.

1 opozycja do obiektu, istota na granicy bytu i nie-bytu; niesie zagrożenie, bo wychodzi poza wewnętrzne lub zewnętrzne ramy społeczne, w tym: ludzkie pojmowanie, tolerancję, możliwości
2 według przekazów z kabały i Hagady pierwszy człowiek, którego łączyły przymioty z Bogiem: nieśmiertelność, mądrość, wspaniałość
3 obszar intelektualny człowieka, który rządzi intelektem i do pewnego stopnia duchowością

( 46 )

  1. [Ach! Przemiło nam z Clarissą powitać Andrew! Sama nie podejrzewałam, że będzie pan pisarz taki fajny. Jak już wiesz, przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, a myślę, że w wątkach to będzie jeszcze fajniej <3 Oczywiście niebawem z Clarissą coś Wam rozpoczniemy. Mam taką propozycję, aby i tym razem napisać pełen przygód wątek, a mianowicie, zgubić naszą dwójkę w lesie, ale tak trochę poważniej, niż godzina, czy dwie. Issce z pewnością nerwy puszczą, a co za tym idzie, powie za dużo i znów będzie przerażona wizją rychłej śmierci (jak widać taki jej żywot w MC). A jeśli ta opcja Ci nie pasuje, to możemy zacząć od najzwyczajniejszej na świecie sytuacji życia codziennego, katastrofy pt. nie ma prądu, albo głupiej sceny zazdrości, kiedy to nieustannie sfrustrowana Issa nie może przeżyć tego, że Andrew wzbudza takie zainteresowanie wśród mieszkanek. Do wyboru, do koloru, czego dusza zapragnie. Wybieraj, a ja szybciej niż możesz się spodziewać, przybędę :D
    No i jeszcze raz muszę pochwalić samą formę karty, a także wyrazić swoje oburzenie, ponieważ teraz jestem zwyczajnie zbulwersowana, że Twoje pozostałe karty są tak krótkie, kiedy to mogłyby być kolejnymi arcydziełami hyhy.
    I dziękuję za szopa, strasznie się na niego czaiłam :D]

    zachwycona Clarissa

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ja j e b e . Nie rozumiem, czemu ktoś taki super jak Andrew pojawia się dopiero teraz i jakim cudem nigdy nie widziałam takiej fajnej karty na oczy - bo hej, ja bym była z nim bestie w nienawiści do tępych ludzi. Do tego pana ze zdjęcia musiałam wygooglować, bo buzi nie znałam i tu na dodatek taki sexi pan, OH MY!. Serce mi się więc łamie, bo z Clarissą mam wątek i nasze dziewczyny miały być bestie, no i z Tobą miałam nawracać Eli'ego, także zły timing. A palce oaz mnie świerzbią z ciekawości, co by było gdyby takiemu niedobremu panu pisarzowi rzucić taką bardzo obojętną, z negatywnym spojrzeniem na świat i przyszłość, kokietkę Lily. Jestem bardzo ciekawa czy pożarłby ją w całości x)
    Zatem życzę wam z Clarissą mnóóóóstwa super ciekawych wątków <3]

    Lily

    OdpowiedzUsuń
  3. [Wow. Wiem, bardzo to prymitywne, ale takie jest moje pierwsze odczucie po przeczytaniu karty. Wyśmienicie, naprawdę, wyśmienicie napisałaś tę kartę.
    Walker wydaje się być snobistyczny, ale nie wiem, czy na pewno dobrze go odczytałam. Z drugiej strony tacy dranie przyciągają.
    Nie wiem, czy proponować Ci jakiś wątek, bo jeden wspólny już mamy, no i wiem, że u Ciebie z czasem jest krucho, a wątków i tak masz już dużo. Co ważniejsze, nie jestem pewna, czy chciałabyś pisać ze mną podwójnie. No i z samym pomysłem jest mizernie, bo nic mi do głowy nie wpada, ale ostatnio mam taki okres, bez polotu i błyskotliwości.]

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  4. [Chyba wszystkie komplementy jakie chciałam tu zostawić, zostały już napisane powyżej. Od siebie jedynie mogę dodać, że Amelia będzie go raczej mocno nie lubić, gdyż jest pisarzem, w dodatku autorem kryminałów - niczym jej były, niezbyt fajny mąż.
    Chylę czoła przed taką kartą i pozdrawiam cieplutko :)]

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dziękuję za te miłe słowa na powitanie! Odpowiedź wysyłam tutaj, bo widzę, że Andrew również uciekł z Nowego Jorku. Nie napisałam tego w karcie, ale Buchananowie urzędowali na Manhattanie, zanim doszło do wielkiego rozłamu w ich związku. Byłoby całkiem zabawnie, gdyby panowie znali się wcześniej i natrafiliby na siebie w tej małej mieścinie. Albo nie! Daniel skądś się dowiedział, że Reese ukryła się w MC. Może Drew mógłby być dobrym znajomym / przyjacielem Dana i dałby mu cynk, że jego żona od jakiegoś czasu snuje się po mieście? Jeśli masz ochotę na wątek, jakoś to zgramy w całość. Tymczasem jeszcze raz dziękuję i życzę wytrwałości z nową postacią! :)]

    DANIEL

    OdpowiedzUsuń
  6. W ramach rewanżu za miłe powitanie wpadam powitać nową postać. Wspaniale napisana KP, aż sama bym chciała się kiedyś rozkręcić i tworzyć takie karty. Postać również bardzo mi się podoba, więc życzę masy ciekawych wątków, no i wyrobienia się z aż trzema postaciami. :)

    Chris

    OdpowiedzUsuń
  7. [Łałałiła, nie spodziewałam się tak nagłego rozpoczęcia! Dziękujemy z Isską najmocniej! <3]

    Clarissa Chambers była przykładem najbardziej typowego mieszczucha, który każdego dnia korzystał z uroków życia w wielkim mieście. Była wręcz przerysowaną karykaturą dziewczęcej dziewczyny, uzależnioną od nawilżania twarzy, kupowania kolejnych, zbędnych ubrań, jedzenia bezglutenowego śniadania na mieście i zamawiania tłustej pizzy w samym środku nocy, kiedy za dużo wypiła. Była kimś, kto nigdy nie zamieniłby cudownego Nowego Jorku z całą masą bliższych i dalszych znajomych na zapyziałą wieś, a jednak pod wpływem trudnego do zrozumienia impulsu, podyktowanego przez zmaltretowane serce, podjęła najbardziej absurdalną decyzję. Postanowiła przenieść się do Mount Cartier. Czerpiąc wiedzę z wszelkiej maści komedii romantycznych, które oglądała podczas popalania trawki ze współlokatorem, wierzyła, że idealna sceneria pomoże jej przekonać Andrew Walkera, że już od dawna jest w niej śmiertelnie zakochany. Zupełnie tak samo, jak ona w nim. Prawdopodobnie nie do końca świadoma tego na co powinna się szykować, spakowała do walizek całą masę filmowych swetrów, seksownej bielizny i jedwabnych szortów do spania, gotowa na to, aby leżeć przed kominkiem z mężczyzną swojego życia. Gdyby chociaż podejrzewała, że coś pójdzie nie tak z pewnością zastanowiłaby się chociaż dwukrotnie zanim zdecydowałaby się na taką zmianę. Zamiast jednak ochłonąć, na fali ekscytacji anulowała umowę wynajmu pokoju na Brooklynie, swoje rzeczy powierzając w opiece swoim dotychczasowym współlokatorom, Eve i Bennettowi. Spakowała wszelkiej maści plannery i terminarze, które prowadziła z dokładnością dziecka, co pomagało jej zapanować nad chaosem swoim oraz Andrew i ubezpieczona we wszelkie media społecznościowe, coby wiedzieć co dzieje się w życiu, wyruszyła na przygodę.
    Teraz, kiedy purpurowe, lakierowane kalosze pokryte były w błotnej brei, a wełniane zakolanówki podobnie jak płaszcz zaczynały chłonąć wilgoć z jesiennego powietrza miała szansę przekonać się po raz kolejny, jak bardzo pochopna była podjęta przez nią decyzja. W takiej sytuacji nawet obecność pana pisarza nie rekompensowała jej zmagań z niesprzyjającą naturą, choć trzeba było przyznać, iż fakt, że nie zgubiła się sama, dodawał jej otuchy. Andrew nie pozwoli sobie na to, aby zginąć, więc i dla niej była szansa.
    — Nie mam siły już dalej przedzierać się przez to błoto. — Mruknęła, kiedy tylko ją pociągnął, sprawiając, że musiała przyspieszyć kroku. Chodzenie w takich warunkach zdecydowanie wymagało użycia podwójnej siły, a oni przemierzali las już dobre kilka godzin. Przynajmniej tak wydawało się Clarissie. — A jeśli kręcimy się w kółko i wcale nie jesteśmy bliżej wyjścia? — Zapytała, jak zawsze w takich sytuacjach dostrzegając potencjalne zagrożenie. O ile w mieście nie bała się zupełnie niczego, o tyle w Mount Cartier zdawała się panikować na każdym kroku. — Równie dobrze możemy nigdy już nie wyjść z tego lasu, szczególnie kiedy jeszcze po drodze spotkamy niedźwiedzia. — Dodała bo i rzeczywiście niedźwiedzi obawiała się z tego wszystkiego najbardziej. I chociaż udało jej się nawet zakupić przez internet dostępny w sklepie, gaz pieprzowy na niedźwiedzie, tak teraz oczywiście nie miała go przy sobie. Pewnie na jej szczęście. — Moim zdaniem powinniśmy iść w zupełnie inną stronę.

    Clarissa

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Szkoda, bo byłam ciekawa jak Tate to rozegra. ;) Hm... Myślę, że z trzech panów to właśnie Andrew byłby najlepszym wyborem. Zbieżność nazwisk to jedno, ale w końcu jest też autorem kryminałów, a Aurora siłą rzeczy wplątana jest w zbrodnie (albo nawet kilka - zależy jak na to spojrzeć XD) i chociaż Twój pan o tym nie wie, może zacząć ją obserwować. Bo kto na jego miejscu odpuściłby sobie taką historię? Nie wiem tylko co mogłoby wzbudzić to jego początkowe zaciekawienie. Masz może jakiś pomysł? ]

    Aurora

    OdpowiedzUsuń
  9. Clarissa zdecydowanie nie była typem romantycznej kobiety. Nie planowała ślubu, nie miała wybranej ślubnej sukni, nie dostrzegała romantycznych momentów, a randki traktowała, jako spotkanie dwójki znajomych, wielce się dziwiąc, kiedy nagle okazywało się, że ma inne oczekiwania niż jej towarzysz co do wspólnie spędzanego czasu. Zakochiwała się średnio dwa razy na jednej imprezie, zaskakując wybranków swoją śmiałością i bezpośredniością, a później równie szybko o nich zapominała, w momencie, kiedy tylko zaczynała trzeźwieć. Tłumaczyła znajomym, że najważniejsza jest miłość do siebie samej i była święcie przekonana o tym, że wszelkie miłosne uniesienia zwyczajnie jej nie dotyczą. Nigdy nie obejrzała w całości Titanica, mimo odwiecznej miłości do Leo i Kate, komedie romantyczne traktowała, jako świetny materiał do kontemplacji nad współczesną kulturą, a także wzbudzenia w sobie niechęci do swojej, rzekomo piękniejszej płci. Mimo tego, że sens życia widziała w ładnych ubraniach, była fanką kampowej estetyki mieszanej z klasyczną elegancją i jak nikt inny ceniła sobie wodoodporny tusz, który jednocześnie odpowiednio wydłużał rzęsy, swoim podejściem do miłości przypominała raczej nieczułego faceta, który oczekiwał, że będzie mu dobrze w tym konkretnym momencie, który aktualnie trwał. Wszystko zmieniło się z czasem, nie zakochała się z dnia na dzień, choć od samego początku Andrew jej się zwyczajnie spodobał. W pełni świadoma tego, że gdyby tylko nie została polecona, Walker w życiu nie zdecydowałby się, aby ktoś pokroju Clarissy odpowiedzialny był za organizację swojego życia i pracy, była gotowa udowodnić mu, że jest w stanie sprostać jego wymaganiom i okazać się być niezastąpiona. Karmiąc się jego urokiem osobistym, przestało jej przeszkadzać pełne podporządkowanie. Jego zadowolenie rekompensowało jej przerwany sen, a poczucie niezawodności przerwane spotkania towarzyskie; po niemalże półtorarocznej współpracy, czuła całą sobą, że w końcu na tyle wsiąkła w życie Walkera, że zwyczajnie nie umiałby sobie bez niej poradzić. Przynajmniej na początku. Przestało jej to jednak wystarczać w momencie, kiedy przyłapała się na tym, że kiedy stał odwrócony do niej tyłem, miękły jej kolana od samego wpatrywania się w jego plecy, przed zaśnięciem powracała do ich dyskusji i nagle, kiedy znajdowała się przed nim, niczego nie pragnęła tak bardzo, jak tego, aby porwał ją w idealne ramiona. Tym sposobem ziściły się podejrzenia rozbawionych znajomych, a Clarissa w końcu okazała się być kobietą z krwi i kości. Zakochała się do szaleństwa. Co gorsze, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak okropna i bezwartościowa była ta lokata, a jednak jak na złość, nie umiała się od tego uwolnić, od tej chwili niemalże każdą wolną chwilę poświęcając na rozmyślenia o Walkerze.
    — Przecież znasz mnie, nawet, jak będę konać, to ze słowem na ustach. — Stwierdziła z nutą rozbawienia, minimalnie zahaczając o ironię, choć przecież była to szczera prawda. Mało było takich momentów, kiedy buzia jej się zamykała. Sama do końca nie była pewna czego potrzebowała na ten moment. Gdyby Drew zapewnił ją co do tego, że już niebawem wrócą bezpiecznie do domu, najpewniej wyśmiałaby go i wpadła w histerię; brak zapewnienia o tym, że uda im się wydostać z lasu Quicame również nie spełniał jej oczekiwań. Ciężko było stwierdzić, czy przeważał w niej strach, złość, czy frustracja. Parsknęła, a później pociągnęła energicznie ręką, aby wykaraskać nadgarstek z jego uścisku, jakby już sam ten gest miał mu zobrazować jej stanowisko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Odpowiedzialność za tę podróż? — Powtórzyła po nim z niedowierzaniem. — Tylko przez ciebie tu jesteśmy. Przez ciebie wylądowaliśmy w głupim Mount Cartier i przez ciebie zgubiliśmy się w głupim lesie. — Była bliska tupnięcia nogą, choć skutecznie powstrzymywało ją przed tym błoto. — Tylko dlatego, że nie masz pojęcia, w którą stronę powinniśmy iść, postanowiłeś dopuścić mnie do głosu, po to, aby za chwilę móc zacząć krytykować i obarczyć winą za wszystko co może nam się przytrafić. — Jej głos wzbierał na sile, przecinając głuchą ciszę. Patrzyła na niego wyzywająco, niemalże gotowa w tym momencie rozdzielić się, choć zapewne już po trzech minutach samotnej wędrówki okazałoby się, że była to najgorsza z możliwych decyzji. — Umówmy się, że za wszystko jesteś odpowiedzialny tylko i wyłącznie ty. — Tym razem to ona go złapała za rękaw płaszcz, a później obróciła się o jakieś czterdzieści pięć stopni w lewo i ruszyła, wykorzystując wszelką siłę, aby pociągnąć mężczyznę za sobą.

      Usuń
  10. [Dziękuję bardzo! Taki mniej więcej był mój zamysł na tę postać, cieszę się więc, że udało mi się to wszystko przekazać.
    Wszyscy trzej Twoi panowie niezwykle czarujący; zdecydowałam się odpisać pod tym najświeższym. Dziękuję za miłe przywitanie, a gdyby któryś z Twoich panów miał jakieś wątki do rozdania - jesteśmy z Lulą chętne.]

    Lula Mae

    OdpowiedzUsuń
  11. [Szczerze mówiąc, ona taka po prostu jest, nie wydaje mi się, aby to była fasada :D Ale faktycznie, głupio byłoby nie być posłusznym wobec osób, które dały ci dom, aczkolwiek takie dzieciaki niestety się zdarzają, zapewne nawet sporo takich jest. W każdym razie, dziękuję za miłe słowa i, co prawda, widzę, że masz urlop, ale jak z niego wrócisz to serdecznie zapraszam do siebie na wątek :)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  12. [Jeszcze przed trzydziestką, ale kryzys wieku średniego już ma, taki urok. Chyba za bardzo stara się zostać starym kawalerem i mu się na mózg rzuca. Popracuję nad nim. ;P
    Skoro już zdradzasz, że coś się szykuje, to, dobra, zrobię co w mojej mocy, żeby zostać. :D]

    Haf

    OdpowiedzUsuń
  13. Dziękuję serdecznie, bo strasznie mi zależało na wpasowaniu się w klimaty tego cudownego miejsca, i po prostu świetnie, że się udało! Szczerze mówiąc, musiałam sprawdzić kilka informacji, szczególnie tych historycznych, bo już od plemion bytujących na ziemiach prowincji Manitoba chciałam pociągnąć historię postaci; nadać zwyczaje charakterystyczne dla Kanadyjczyków, więc tutaj poczytałam głównie o ich tradycjach, i choć te zostały spotęgowane przez imigrantów, jednak można je jeszcze znaleźć. Poza tym, blog jest tak dobrze opracowany, że w samo miasteczko można wczuć się szybko.
    Cesar faktycznie ma w sobie kilka trudnych cech – chyba nigdy nie uwolnię się od takich charakterków – ale nikomu sam z siebie krzywdy nie zrobi, a jeśli trzeba będzie to i ramię do wypłakani nadstawi, bo jest altruistą mimo wszystko. A wpływ na kształt jego osobowości miała między innymi służba i to feralne rozstanie, które będzie dotyczyło Vivian, chyba że latessa się po przeczytaniu karty przerazi, ale to nie zmieni faktu, że będzie na mnie skazana, tak czy siak :D Także postać odbierasz bardzo dobrze, dlatego też się cieszę, że ktoś zrozumiał kreację, której jeszcze kilka smaczków dorzucę, ale w dzień, bo teraz mózg pracuje słabo.
    Dziękuję raz jeszcze za słowa uznania i zapraszam oczywiście w swoje progi! Biorąc pod uwagę Scotta i Drew, to aż kusi, by zdecydować się wreszcie, w całej karierze blogowej, na płeć piękną.


    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  14. And the winner is… Kości wyjątkowo sprzyjały Ci podczas ostatniego rozdania, nic więc dziwnego, że stałeś się jednodniowym mistrzem prowadzenia psich zaprzęgów! Wszystko wskazuje na to, że odkryłeś swoje nowe umiejętności i kto wie, może jeszcze porzucisz pisarstwo na rzecz zawodowego ścigania się? Nawet jeśli nie, to inspiracji do książki Ci nie zabraknie! Na pamiątkę łap ikonkę przypominającą o tym niezwykłym wydarzeniu!

    OdpowiedzUsuń
  15. Co by nikt pokrzywdzony nie był... Monty z ochotą w najbliższym czasie przyjmie Twoje hasło reklamujące miasteczko. Cieszy się? Oby tak, bo jemu tak ono posmakowało, że aż chętnie przybył dostawić swoją ikonkę do Twojej powoli rozrastającej się kolekcji! Gratulacje i oby tylko tak dalej! ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Serdecznie dziękuję za powitanie, a w imieniu Mickey za cudowne życzenia! Mamy nadzieję, że żadna z nas nie będzie musiała (lub chciała) uciekać z Mount Cartier, nawet do Winnipeg. :D

    Mickey

    OdpowiedzUsuń
  17. [Myślę, że Scarlett byłaby niezmiernie ucieszona, gdyby mogła posłuchać o historiach prosto z Nowego Jorku! Z pewnością byłaby nim oczarowana. Jeśli chodzi o drugą Twoją postać, to z pewnością by marudziła na temat tego, jak wygląda i starała się go zaciągnąć do zakładu. Lubię jak postacie są ze sobą w pewien sposób połączone, lub będą w bliższej przyszłości. Ułatwia mi to prowadzenie akcji w wątku :) Jeśli tylko przypadnie Ci do gustu, któryś z pomysłów, chętnie zaczekamy aż wrócisz i będziemy wyczekiwać z niecierpliwością :D]

    Scarlett

    OdpowiedzUsuń
  18. [No to skoro jedno i drugie jest mieszczuchem, można to jakoś powiązać. Ba! Mogli się nawet znać, mieć jakąś specyficzną, dość niezrozumiałą relację kiedyś. Jak wiadomo, świat jest mały. :P]

    Lydia

    OdpowiedzUsuń
  19. [Muahahaha, niestnieko nie rozumiem w czym problem by przywrócić Timothy'ego do życia i zawojować Mount Cartier #dwaczorty #piekłonaziemi :D Tak mnie rozochociłaś taką wizą, że ojacieniemogę!
    Czy dużo mnie ominęło? :(
    A i oczywiście dziękuję za te wszystkie miłe słowa!!! <3]

    Lily Harding

    OdpowiedzUsuń
  20. [Bardzo dziękuję za tak miłe słowa. Przeczytałam wszystkie karty Twoich panów i jestem zachwycona, nie tylko stylem! Każdy z Twoich bohaterów jest zupełnie inny, tym bardziej podziwiam za kreatywność, a decyzja, do którego przyjść, nie była łatwa. Padło na Andrew, a chociaż nie sądzę, abyśmy miały szansę na powiązanie, to z przyjemnością napisałabym jakiś wątek! Aktualnie jestem poza domem, ale po powrocie obiecuję pomyśleć o konkretach. :)]

    Colin

    OdpowiedzUsuń
  21. [ Wydaje mi się, że po drobnych zmianach równie dobrze mógłby dotyczyć jakiejkolwiek zapadłej dziury. Chociaż, nie ukrywam, robiłam research odnośnie do ptastwa tych rejonów Kanady.
    To przemieszanie kulturowo-religijne bardzo pasuje do Nowego Jorku, ciekawe, jak człowiek przywykły do tak dużego miasta radzi sobie w Mount Cartier. Chyba niezgorzej, skoro tyle tu wytrwał. Czy Sovay powtórzy ten wynik, nie wiem, mam nadzieję. Wcześniejsze moje próby nie okazały się pomyślne. ;) ]

    Sovay Biville

    OdpowiedzUsuń
  22. [ Tego nie możemy być pewne, niewykluczone, że kiedyś natknęłaś się na jakąś moją kartę i skrzywiłaś się, kiedy ją przeczytałaś – ostatecznie to konto nie jest moim jedynym... Ale bardzo mi miło!
    Po wątki tutaj przyszłam, więc jeśli jeszcze nie masz ich zbyt wielu, to szepnij, którą swoją postać wysłałabyś na spotkanie z moją, a wtedy postaram się coś wymyślić.
    Swoją drogą, czy to Twoja ankieta wisiała wcale nie tak dawno temu na spisowniku? ]

    Sovay Biville

    OdpowiedzUsuń
  23. [ W porządku, wybieram bibliotekę, bo na razie nie chcę mieć na sumieniu niewinnego auta. Oczekuj rozpoczęcia. :D ]

    Sovay Biville

    OdpowiedzUsuń
  24. Och, tyle miłych słów na samym początku! Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, pod którą twoją kartę przywędrować. Wszystkie postacie mają bardzo zgrabne kreacje, więc to był naprawdę trudny wybór. Piszę tutaj, bo Andrew jest najbardziej zbliżony wiekiem do Martina. Na razie zbieram powiązania do wątków, dlatego pozwól, że zaproponuję pewną relację pomiędzy naszymi bohaterami. Martin potrzebuje przyjaciela – przyjaciela, z którym siadałby do kieliszka, chcąc porozmawiać o męskich sprawach, ale również takiego, który pomógłby mu w przygotowaniach do ''zdrowotnego'' wyjazdu bez względu na późniejsze nieprzyjemności ze strony wścibskiej rodziny. Nie wiem, jak się zapatrujesz na takie powiązanie, więc daj mi znać, abym wiedziała, czy główkować dalej, czy odpuścić i myśleć nad czymś innym. :)

    MARTIN

    OdpowiedzUsuń
  25. [Uprzejmie dziękuję! Wendy szczęścia nie miała, aczkolwiek głęboko wierzy, że porzucona nie została, choć podświadomie chyba wie, że były narzeczony żyje sobie gdzieś szczęśliwie. Cieszę się, że wyszła mi urocza i pocieszna, bo taka właśnie miała być. Pani doktor do rany przyłóż. :D Podziwiam bardzo pięknookiego autora kryminałów (cóż za połączenie!)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  26. [Czy tym razem mogę liczyć na wątek skoro Felka się nie załapała? :D]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  27. [Tyle wspaniałych postaci, że aż głupio wybierać :P Ale skoro już odezwałam się tutaj może niech zostanie Andrew, jeśli oczywiście masz ochotę :D]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  28. [A dlaczego by nie połączyć jednego z drugim... :D Najpierw może być bałagan, a potem panienka Wood strzeli porządną gafę, jak na idealną panią bibliotekarkę znającą wszystkie książki przystało ;) Rozumiem, że teraz zaczęcie leży po mojej stronie?]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  29. [Nie ma sprawy :) Ja za to postaram się zacząć jakoś wieczorem, bo babkę to każdy by jadł, ale robić nie ma komu! :D]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  30. [Jeszcze przy okazji poprosiłabym o kilka tytułów książek pana Walkera do dalszych części wątku i być może jakieś słowa klucze odnośnie fabuły ;)]

    Żadna praca nie hańbi. O tym Betty zdążyła się przekonać, bowiem nikt nigdy nie dał jej pieniędzy za nic i na wszystko musiała sobie zapracować. Sprzątała po domach w Teksasie, bawiła się nawet w farmerkę, nie obeszły ją wieczory z dziećmi a i noszenie tacy w jednej ręce opanowała do perfekcji. Zdarzyło się jej nawet kilka ambitniejszych posad, jednak mimo to trafiła do Mount Cartier. I nawet szczęśliwie od razu załapała się na wolne miejsce w bibliotece w Churchill, czego nie mogła powiedzieć staruszka, która pracowała tutaj przed nią... Elizabeth wolała jednak nie myśleć, że posadę objęła po nieboszczce – zdecydowanie bardziej skupiła się na odświeżeniu tego miejsca.
    Do pracy miała blisko (na zapleczu może nie było zbyt wygodnie, ale dopóki nie znajdzie stałego dachu nad głową wolała to niż pokoje w zajeździe), dlatego po zamknięciu biblioteki godzinka po godzince ścierała kurze, odkurzała książki, a nawet spróbowała umyć okna, z czego zrezygnowała, kiedy prawie odmroziła sobie dłonie. Przez chwilę zastanawiała się czy musi kupić płyn do szyb z odmrażaczem czy po prostu przyzwyczai się do panującego tutaj chłodu.
    Była z siebie naprawdę dumna, bowiem biblioteka z dnia na dzień wyglądała coraz lepiej i nawet człowiek z zaawansowaną astmą mógłby sobie tutaj trochę posiedzieć. Wszystko dzięki temu, że kobieta nie chciała mieć chwili dla siebie, bo to oznaczało pogrążanie się we wspomnieniach czy pozwalanie myślom na swobodne błądzenie. Tego starała się uniknąć, przynajmniej na razie. Wszystko szło chyba znakomicie, bowiem bez trudu uśmiechnęła się do pierwszego dzisiaj klienta. Cóż, tłumów w bibliotece jeszcze nie zauważyła, ale może wszystko zależało od danego tygodnia.
    - Dzień dobry – przywitała mężczyznę i nie narzucając się póki nie będzie potrzebna wróciła do przepisywania kartotek, w których atrament po wielu latach zbladł za bardzo. Chciała utrzymać porządek również w szufladach. Skoro to miejsce będzie jednym z niewielu, w którym będzie spędzać większość czasu, musiała je tak zorganizować, by jakoś tu nie zwariować.
    Jeśli jednak myślała, że w Teksasie zostawiła strach, obawy czy niepokój to była w błędzie. Mężczyzna nieświadomie jej to pokazał. Betty rozlała atrament z buteleczki na biurko i podskoczyła na krześle uderzając się plecami o stojący za nią regał z szufladkami tylko dlatego, że usłyszała nagle głośny huk. Potrzebowała kilku sekund, żeby zarejestrować gdzie była i co się stało.
    Książki. To były tylko książki i ewentualnie półka, która obluzowała się na regale.
    - Nic się panu nie stało? - zapytała głośno nie wiedząc, w którą stronę ma się skierować, żeby odnaleźć źródło hałasu w ciasnych labiryntach.

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  31. Wiele było w Mount Cartier miejsc, które przetrzymywały czas – i niewiele mniej tych, które czas kradły. Wyrosła między innymi budynkami miasteczkowa biblioteka szalbierstwo doprowadziła do rangi dzieła sztuki i splótłszy w sobie sekundy, minuty, godziny i lata sprawiała, że łyknięty na krótką tylko chwilę człowiek bywał wypluwany wtedy, kiedy niezliczona ilość ziarenek piasku przepłynęła przez klepsydry dnia. Każde zdjęcie z półki książki dorzucało kamyczek zdarzenia do historii, bo kiedy nie możesz być kimś w świecie, oznacz się przynajmniej we własnym mikrokosmosie – i dzięki temu Sovay mogła studiować dowody na istnienie, czytając wpisy na wyjętych spomiędzy stronic kartach.

    Wbrew pozorom nie bywała tutaj zbyt często. Kiedy się uczyła, przedkładała publiczną bibliotekę w Churchill i te szkolne nad miejscową, w latach studenckich z rzadka do niej zachodziła w czasie odwiedzin u rodziny. Nie było to jednak miejsce jej obce – już oswojone, lecz jeszcze niespenetrowane do cna. Czasem wzdychała z irytacją, gdy chciała szybko sprawdzić, czy dana pozycja jest na stanie, a analogowy katalog spowalniał efektywność operacji; uśmiechała się na poły ironicznie, na poły z rozrzewnieniem, kiedy okazywało się, że stara, uznana i popularna powieść do Mount Cartier nie dotarła nawet w jednym egzemplarzu, a przecież miała w pamięci dostępne w bibliotece pozycje tak rzadkie, że przy nich i białe kruki prezentowały się jak niemalże ordynarne w swej pospolitości czytadła. Ale nawet jeśli wolała większe, piękniejsze, obfitsze i skomputeryzowane biblioteki, wiedziała, że ta zawsze będzie tą najważniejszą – bo swoją, bo własną, bo przynależną miejscu, do którego przynależała i ona.

    Kiedy to było możliwe, omawiane lektury szkolne, których nie miała na własność, wypożyczała właśnie stąd, nie chcąc uszczuplać zapasów licealnej biblioteki. Na kolejnych zajęciach z uczniami miała rozmawiać o Ślepym zabójcy Atwood, więc wieczorem, godzinę lub dwie przed zamknięciem, schwyciła powieść i porwała ją ze sobą. Zanim jednak podsunęła ją pod nos bibliotekarzowi, aby zalegalizować swój wybór, stwierdziła, że przy okazji warto by było zabrać jeszcze tomik poetycki (Wiersze zebrane. Wybór) tej samej autorki. Żeby mogła to zrobić, przydałaby się drabina do nieba – albo przynajmniej do najwyższej półki.

    Chociaż Sovay wcale nie należała do wyjątkowo niskich kobiet, nie imponowała wzrostem. Pięć stóp i cztery cale w skarpetkach zazwyczaj nie utrudniały życia, jednak zdarzały się sytuacji, w których pozostawało tylko marzyć o szybkim urośnięciu. Na przykład teraz, kiedy nawet stanięcie na czubkach palców nie pomogło. Rozejrzała się wokoło w poszukiwaniu czegoś, po czym mogłaby się wspiąć. Zanim natrafiła na coś takiego wzrokiem, obok zmaterializował się sporo wyższy mężczyzna, który bez żadnych kłopotów mógł sięgnąć po położoną na szczycie książkę, o czym Sovay przekonała się naocznie.

    – Czy mógłbyś podać... Och – zaczęła, ale umilkła z nagła, zorientowawszy się, który tomik ściągnął mężczyzna. Cóż, to nie jej pisane było wrócić do domu z wierszami Atwood.

    Sovay Biville
    [ Stwierdziłam, że lepiej nie rozbijać tego na kolejne odpisy i od razu założyłam, że Andrew wziął tę książkę. Jeśli martwi Cię to i boisz się, że mam skłonności do kierowania cudzymi postaciami, to niepotrzebnie, zwykłam bawić się tylko swoimi. :> ]

    OdpowiedzUsuń
  32. [Cześć, Drew!
    Lubimy zaskakiwać z Sol. Kto wie co jeszcze nam do głowy przyjdzie! :D]

    Sol

    OdpowiedzUsuń
  33. [Nic się przecież nie stało, prędzej czy później zaczęłabym krzyczeć (raczej później, chwilowo masz taryfę ulgową dzięki mojej maturze i nie chciałam wyjść z miejsca na nachalną, niecierpliwą wariatkę xD). Z Drew i Gi może wyjść całkiem zabawny wątek, jak tak będą z siebie nawzajem kpić i się podjudzać, zwłaszcza że oboje wydają się być przekonani o własnej wyższości nad innymi. Uroczy i rycerski dupek to chyba oksymoron, ale bardzo chętnie przekonamy się na własnej skórze, jak to wygląda w praktyce! W każdym bądź razie miałam niemałą zagwozdkę, bo tak naprawdę każda sytuacja mogłaby doprowadzić do ciekawego, a w ich wypadku też komicznego rozwinięcia, jednak już wyobraziłam sobie scenariusz, jak biedny Andrew kuśtyka sobie do domu, próbując robić dobrą minę do złej gry, a Gina idzie obok niego i bezlitośnie z niego drwi, pewnie jeszcze go poszturchując. Przy okazji nic nie stoi na przeszkodzie, by po jakimś czasie natrafili na zwalony pień, który zmusiłby ich do zmiany trasy, zaraz rozpętałaby się burza, która zagoniłaby ich do starej, opuszczonej chatki rodem z taniego horroru klasy B, co na pewno dostarczyłoby Drew mnóstwa inspiracji ;) Ale jak to na miastowego przystało, pewnie zaraz zacząłby zrzędzić...
    Zawsze mogłaby go też dopaść karma na drodze, gdyby postanowił porzucić Ginę wraz z jej zepsutym samochodem na poboczu, a jego własne auto zepsułoby się kilka metrów dalej i tak by ze sobą utknęli...
    Mówiłam już, że jestem najbardziej niezdecydowaną osobą na świecie? Trzeba było mi nie podsyłać aż trzech dobrych propozycji! Zrób wyliczankę i powiedz mi, co mam ewentualnie zacząć, bo nie chcę cię haniebnie wykorzystywać, o.]

    Gina, która obiecuje się wkrótce ogarnąć!

    OdpowiedzUsuń
  34. [Dzięki za powitanie :) Tak zdecydowanie kojarzysz mnie pewnie z Indywidualnych, albo z pewnie jakiegoś jeszcze innego bloga, na którym mogłem kiedyś grać (ostatnio to żartowałem, że chyba zacznę być takim blogowym Petru i będę wszędzie xD).
    Dzięki raz jeszcze za powitanie, jeśli będzie jakaś chęć na wątek to zapraszam do siebie. Wydaje mi się, że wątek pomiędzy Andrewem i Martinem może wyjść ciekawie. W końcu obaj z "wielkiego świata" i artyści :)]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  35. (Hej, cześć! Ja już ładnie dziękowałam za śliczny komentarz, więc teraz pozostaje mi podziękować za powitanie i przestać się w końcu rumienić! :) Nie do końca wiem, jak powinnam skomentować twoją kartę, bo normalnie słów brak. Może kiedyś nabiorę takiej ogłady w piśmie, bardzo bym chciała. Przychodzę do Andrew, bo widzę, że tutaj najmniej komentarzy i nieśmiało zapytam, czy nie skusiłabyś się na wątek? :))

    Nadine Ross

    OdpowiedzUsuń
  36. (Oczywiście! W pełni rozumiem i ani trochę się nie zrażam. Będę tu sobie grzecznie czekać, masz moje słowo. :D)

    Nadine Ross

    OdpowiedzUsuń
  37. [Wątek to ja bym nam dawno temu zaczęła, gdybym potrafiła się na jakiś zdecydować, dlatego grzecznie czekałam na twoją podpowiedź xD Nie umiem zaczynać i muszę się rozgrzać po maturalnej przerwie, na razie kiepsko mi to wychodzi, więc wraz z Gi prosimy o wyrozumiałość ;) ]

    Gina miała wyjątkowo paskudny dzień. Najpierw okazało się, że jej zapas zupek chińskich się wyczerpał, a było to jedyne danie, które potrafiła przygotować i to bez strachu, że puści z dymem cały dom; potem okazało się, że brakowało także kawy i czekolady, a akurat dostała okres, wszystko ją bolało i była w morderczym nastroju, którego w takiej sytuacji nie mogły ukoić ani kofeina, ani słodycze; w dodatku martwiła się o swojego ojczyma, który od dwóch tygodni nie dawał znaku życia ze swojej podróży dookoła świata i zapewne właśnie pokonywał amazońską dżunglę, walcząc o przetrwanie, a ona nie miała pojęcia, co się z nim działo. Jakby tego było mało, okazało się, że nieznośnie skrupulatni urzędnicy z Churchill potrzebowali uzupełnienia dokumentacji, którą Gina wysłała im tydzień temu, dlatego wkurzona do granic możliwości wsiadła do swojego samochodu, przeklinając pod nosem swój ciężki los. Ona sama nieskromnie (bo też nigdy specjalnie nieśmiała nie była) uważała się za największe dobrodziejstwo, jakie mogło się trafić burmistrzowi. Odkąd pojawiła się w ratuszu, wprowadziła do niego świeżą energię (czytaj: szybko i stanowczo porozstawiała wszystkich po kątach), ilość skarg na pracę urzędu zmalała do minimum (głównie dlatego, że wszystkie nudne, irytujące pisma wywalała do kosza), a po korytarzach nie kręcili się już dłużej znużeni mieszkańcy szukający zwady (jedna połowa za bardzo się jej bała dzięki wypracowanej reputacji nieznośnej złośnicy, druga połowa była za to na nią śmiertelnie obrażona, bo mało delikatnie wypraszała ich za drzwi). Dzięki niej cały ratusz pracował sprawniej, a przynajmniej przy tym się upierała, gdy czytała kolejne pisemne zażalenia pod jej adresem wysyłane do burmistrza Conelly'ego.
    Te staruszki były naprawdę naiwne, jeśli sądziły, że wścibska do granic możliwości Gi nie przeglądała całej poczty mężczyzny.
    Los jednak postanowił się dzisiaj na nią uprzeć i w połowie drogi między Mount Cartier a Churchill jej nieśmiertelny buick z '63 roku zaczął się dusić, by w końcu wydać z siebie ostatnie tchnienie na kamienistym poboczu. Spod maski unosiły się gęste kłęby szarawego dymu, kiedy Gina wysiadła z samochodu, trzaskając drzwiami i efektownie kopnęła przedni kołpak, pod wpływem furii wyrzucając z siebie kolejną wiązankę przekleństw.
    Miała przerąbane. Znajdowała się pośrodku niczego i będzie miała szczęście, jeśli do jutra przejedzie tędy choć jedno auto. Była głodna, zmęczona, tępe pulsowanie w skroniach zapowiadało migrenę, a ona miała ochotę kogoś zabić. Cóż za cudowny dzień! Jeśli Bóg istniał, musiał się teraz świetnie bawić.
    Zrezygnowana oparła się o nagrzaną blachę, zastanawiając się nad swoimi opcjami. Mogła wracać na piechotę, jednak zajęłoby to jej wiele godzin, a w lesie czaiły się dzikie zwierzęta, które z chęcią by ją pożarły. Nie miała jak się zwrócić do kogokolwiek o pomoc, w końcu znajdowała się na totalnym zadupiu. Cholerne urzędasy czekały na nią w Churchill, lecz mało prawdopodobne, że wyślą po nią ekipę poszukiwawczą, jeśli nie pojawi się na umówionym spotkaniu. Mogłaby spróbować...
    Jej myśli zakłócił odgłos to złudzenia przypominający silnik auta. I faktycznie, zza zakrętu wyłonił się samochód. Wyszła na sam środek jezdni, podskakując i wymachując dłońmi na wszystkie strony niczym ostatnia idiotka, byle tylko ktoś ją zauważył.
    — Hej! Hej, zatrzymaj się! — krzyknęła, poruszając ramionami w powietrzu, by zwrócić na siebie uwagę kierowcy. Czy jej się wydawało, czy zamiast zwolnić, pojazd dodatkowo przyspieszył? — No dalej, ty cholerny gburze! Zatrzymaj się! Przecież nie zostawisz mnie na środku pustkowia! — mruczała pod nosem Gina, zaklinając go w myślach, by jej pomógł.

    Gina

    OdpowiedzUsuń
  38. [No cześć, cześć! Dziękuję bardzo za powitanie c:
    Ostatnio mam jakąś tendencję do tworzenia postaci ze smutną przeszłością, może jeszcze mi to minie i przestanę je tak krzywdzić, kto wie.
    A komentarz nie wydaje mi się ani trochę dziwny, wręcz przeciwnie - poprawił mi nawet humor :D]

    Wesley

    OdpowiedzUsuń
  39. Trzeba przyznać, że Andrew nie zmęczył się zbytnio tamtego pamiętnego dnia. Niewiele napisał w swojej książce, ale na pewno jego stosunki z Clarissą nabrały nieoczekiwanych rumieńców. Szkoda, że kształtem przypominały odcisk dłoni tej młodej damy, ale... chyba Walker sam był sobie winny, co? :D Za piękny udział w Pojedynku leci do Ciebie spóźniona bardzo ikonka :D

    OdpowiedzUsuń
  40. [Dla Twoich panów to moje postacie mogą się i spedalić! :D I naprawdę nie rozumiem, co jest nie tak z moimi jeźdźcami apokalipsy. To przecież bardzo normalny pomysł! :D
    W każdym razie, bardzo dziękuję i na pewno będziemy się tu świetnie bawić, bo bloga to macie cudnego, o. I mimo że od 2014 zeszło mi z dołączeniem tu, to wreszcie się udało, więc szybko się mnie nie pozbędziecie! ♥ Twoich kart chyba nie muszę chwalić, bo dobrze wiesz, że już Cię bardzo uwielbiam... ale chwalę <3 Niech jeźdźcy apokalipsy będą z Tobą!]

    Ashmee

    OdpowiedzUsuń
  41. Meredith miała dość współpracy z Andrew już na początku podróży do zatęchłej dziury, w której próbował się przed nią ukryć. Próbował to dobre słowo, bo niewiele mogło ją zatrzymać, czy spowolnić przed znalezieniem tego drania. O ile na początku kontraktu, kiedy kontakt z nim był tylko nieco utrudniony, ale na maile odpisywał jeszcze dośc regularnie, nie irytowała jej jego osoba, o tyle na ten moment, miała ochotę rozwalić mu łeb. Kiedy przebywał w mieście, był pod reką i gdy opóźniał wysyłkę rozdziału, wsiadała w taksówkę i dobijała się do jego drzwi, wparowując bezceremonialnie do środka, gdy tylko usłyszała szczęk zamka. Nie interesowało jej w jakim jest stanie, czy po imprezie, czy po dziwkach, czy ubrany, pijany; sama szukała zapisanych kartek, gotowa porwać wszystko co było wydrukiem. Nie lubili się... chyba. Znaczy, wydawało jej się, ze on jej nie lubi, ale nigdy też nie widziała, by do kogokolwiek żywił sympatię. Wiedziała za to doskonale, że męczą go wzdychające fanki, które chyba bardziej kochały jego bohaterów, niż jego samego. I to ich łączyło, bo sama też tylko wywracała oczami na dźwiek tych "och'ów" i "ach'ów" kierowanych w stronę Walkera.
    Powinna przemysleć dwa razy decyzję samozwańczej misji sprowadzenia autora z powrotem do NY. Po pierwsze nie była jego niańką. Po drugie każdy odpowiada za siebie. Po trzecie... lepiej było znosić wrzaski naczelnego w ciepłym i suchym biurze, niż ciskający w oczy wiatr w jakiejś zatęchłej dziurze, gdzie nie ma zasięgu, a cywilizacja zatrzymała się na postepie z lat osiemdziesiątych, albo i wcześniej...
    Problem pojawił się już przy znalezieniu bezpośredniego lotu do Mount Cartier. Nie było opcji, by dotrzeć tam bez przesiadek. A Meredith ceniąca swój czas ponad wszystko w pracy, wiedziała, że kłopoty będą się tylko piętrzyć. Czuła to w kościach! Nie narzekała jednak, przynajmniej nie głośno, bo jak się okazało, w mieścinie, w której nawet zaraza się nie pojawia, mogła znaleźć jeszcze jedną osobę i to dużo cenniejszą nić autor, który wypiął się na nią i na kontrakt, za który odpowiadała.
    Po locie do Churchill klasą ekonomiczną, w której nie można było nawet wyprostować nóg, a także po jeździe rozklekotanym busem, który chyba dla kpiny miał na boku naklejony napis TAXI, wysiadła zielona na twarzy. Dziurawe drogi obudziły w niej prawdopodobnie uśpioną od dzieciństwa chorobę lokomocyjną. Nie mając pojęcia gdzie się znajduje, wyjęła telefon, chcąc wybrać numer do Andrew, by oznajmić, ze jest w Mount Cartier, a on ma kwadrans na przyjście po nią, zanim sama go znajdzie i powiesi na jego własnych jajach. Zamiast jednak rzucania gróźb, zazgrzytała zebami na widok w smartfonie oznajmiający brak zasięgu. Pozostawało jej czekać, czego nienawidziła. Mogła mieć tylko nadzieję, że jej autor będzie pamiętać o tym, że przyjeżdża, a on ma ruszyć tyłek, by ją zgarnąć... gdziekolwiek. Gdziekolwiek byleby było sucho i ciepło, bo czuła że przez cienki żakiet woda dostaje się pod ubranie, a z chwilą, gdy dudni zimny wiatr, trzęsie jej się nawet kręgosłup. Nie wspominając o tym, że walizka utknęła w kratce na spływ wody do kanalizacji a nowe czółenka wcale już nie przypominają tego, co prezentowały w butiku, gdy je kupowała dwa dni temu. Jakim cudem w maju może być tak zimno?!

    [uwielbiam! <3 ]

    OdpowiedzUsuń
  42. [Cześć. Na wstępie podziękuję za miłe powitanie i cieszę się, że Diego przypadł do gustu. Już od jakiegoś czasu marzyła mi się taka postać, a Mount Cartier wydało mi się wręcz idealnym miejscem na opublikowanie jej. Nie wiem nawet czemu, może to właśnie kwestia miasteczka. W każdym razie, chętnie dam się namówić na wątek. Myślałem nad tym, że może faktycznie Andrew by go kojarzył, chociażby z tej gazety albo z jakiegoś wydania wiadomości?]

    Diego Whitmore

    OdpowiedzUsuń
  43. [Nie przejmuj się czasem, nigdzie nie uciekam i najprawdopodobniej zabawię tu na dłużej. Proponuję zacząć od pierwszego spotkania, może być ciekawie.]

    Diego

    OdpowiedzUsuń
  44. [Nie pozostaje mi nic, jak tylko wyrazić swoją spóźnioną radość na fakt, że karta Marcela przypadła do gustu i podziękować za wszelkie życzenia. Littenhall jest o wiele bardziej dramatyczny, niż zostało to lekko wplecione w KP, lecz to już we własnych trochę schizowanym, mizofobicznym myślach. Otwarte przyznanie się do swojej słabości i tego, że spieprzył wszystko z tego względu, ależ to byłaby do dla niego niemała ujma na honorze. Ech, ubolewam, że nie ma tej trzeciej postaci, chciałam sprawdzić, na ile przemycasz tę „dumę” w kartach nawet mimochodem. Zapowiedzią zaoferowania mi czegoś w powitaniu, nie będę cię męczyć, gdyż masz i tak sporo do zrobienia, więc życzę jedynie powodzenia.

    PS Wybacz, odpowiedziałabym wcześniej, gdyby nie zaabsorbował mnie ten chowający się szop i nie wybił z rytmu, znowu. >D]

    Marcel Littenhall

    OdpowiedzUsuń
  45. [Niezłe ziółko z tego szopa. Heh, ależ to byłby podwójny standard z mojej strony, gdybym wymagała od kogokolwiek jakichś hiper szybkich odpisów, wiedząc, że ja czasem też zaliczam miesięczny poślizg ze względu na swój ruchomy grafik. Terminem odpisów kompletnie się nie przejmuj, w ogóle mi to nie przeszkadza, a co ważniejsze na pewno nie będę Cię upominać czy suszyć Ci o nie głowy — mi się nigdzie nie spieszy i nie uciekam. Tylko tak z przyzwoitości uprzedzam (co już zresztą trochę miałaś okazję zauważyć), że ja dla odmiany trochę lamię/zamulam przy szybkich odpowiedziach na powitania bądź ustalenia (u mnie na pierwszy ogień idą odpisy) + jeszcze skrobię sobie po trochu jedną kartę w ślimaczym tempie. Przechodząc jednak do rzeczy — skoro chciałaś mi coś oferować, domyślam się, że to ja będę zaczynać. W zasadzie do wątku z Marcelem da się dopasować zarówno Scotta, jak i Andrew, więc zostawiam Ci wolną rękę, którego z nich chcesz. Mi udałoby się dopasować obydwóch, ale patrząc na stosunek do jednego i drugiego z perspektywy konceptu Littenhalla i w zestawieniu z jego charakterem, pojawia się tutaj spora przepaść. O ile do pana-tradycji mógłby mieć on zadatki na neutral albo pozytyw, o tyle w sprawie niedoszłego quasi-człowieka widzę w tym miejscu na horyzoncie taką ogromną, ciemną chmurę burzową, ale takie mam pierwsza wrażenia. Szczerze powiedziawszy, korespondencja na SB rzuciła mi się w oczy, dopiero jak odpowiedziałam na wszystko na MC i wtedy tak profilaktycznie rzuciłam okiem na linki czy nie jestem czasem do tyłu. CB to takie ostatnie miejsce, gdzie zaglądam, także nie zdziwiłabym się, jakby mnie coś takiego ominęło. >D No, widzę, że podsuwasz mi pod sam nos materiał do stalkerstwa, świetnie.]

    M.

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.