
| I | II |
Rozdział I: Szczęście
Budzi się. Ściąga wzrok błękitem zamglonych oczu – płacze. Łzy z lśniących w porannym brzasku tęczówek spływają na gładkie, pełne policzki. Wkradają się pomiędzy rumiane usta, które drżą. Echo wspomnień minionej zimy nadchodzi od razu z nastającym dniem. W pokoju pojawia się On. Oblewa rumieńcem jej smutną twarz. Owija drobne ramiona pierzyną. Zakopana w pościeli, wysnuwa z pod niej dłoń, smaga palcami jego twarz. Wizja się rozmywa. Przesuwa się, dotykając mokrym licem jego poduszki. Chowa w niej twarz. Wdycha dawno zwietrzałą woń. Kocha. Cierpi. Budzi się tylko po to by zmyć smutek z czyjejś twarzy. Jej własna zbrukana jest złamanym sercem i samotnością. Chce wierzyć, że są tacy, ktorym pisane jest szczęście. Może kiedyś i jej?
Rozdział II: Marzenia
Nie ma już marzeń. Ma złudzenia. W brzasku, zaślepiona, wyciąga ręce pomiędzy czystą biel – pustą. Chce chwycić ferie żywych barw. Ściga je i przepuszcza przez palce. Nie potrafi sięgnąć dłońmi weselszego horyzontu, na którym znikają One – jej pragnienia. Z niegasnącym zapałem i nadzieją, goni małe cele, do których podąża i te większe – sylwetki osób bliskich jej sercu. Widzi je – za mgłą – w niezmiennej pozycji. Zawsze odwrócone plecami. Odprowadza je spojrzeniem i nieśmiałym drgnieniem kącika ust Śledzi błękitem łagodnych oczu przestrzeń. Wierzy, że kiedyś wrócą. Nigdy nie wracają. W rześkim powietrzu, w przewiewnej sukience, nad wodą, z wiatrem otulającym jej twarz. W mrozie, z kaskadą oszronionych rzęs, otoczona ciepłym, wełnianym płaszczem, czeka. Zawsze sama.
I.
Od lat obserwuje śmierć – od lat nie potrafi się z nią oswoić i pogodzić. Boli ją każda strata pacjenta, a smutek na twarzy rodziny zmarłych, wywołuje cienie na delikatnych rysach twarzy. Swoje uczucia od zawsze lokuje w nieodpowiednich osobach. Małych kotkach-przybłędach, które dokarmia regularnie każdego dnia i żegna w pierwszych dniach zimy, wierząc – mocno – że znalazły dom. Wydaje jej się, że wszystkim pisane jest szczęście, a tym, którym ono nie dopisuje, należy pomóc. O tych dba bardziej niż o siebie. Chciałaby zbawić świat od żalu, bezsilności i smutku. Naprawia innych, zapominając czasem o zreparowaniu siebie. W jej oczach kryje się strach i przygnębienie, w gestach i słowach zaś nadzieja i pocieszenie.
II.
Od miesięcy uczy się jak żyć, bo jak nie umierać, to już potrafi. Zmaga się z bólem po stracie męża, bo z tym po śmierci pacjentów już dawno przestała sobie radzić. Wieczorem zamyka się w pokoju, chociaż mogłaby po prostu w pustym domu i płacze. Nad ostatnim zdjęciem z chorym i pożegnaniem, które się nigdy nie odbyło. Nie rozumie uczucia zazdrości, dlatego tą, która ją ogarnia, przeinacza w smutek. Już nie wierzy, że czeka ją szczęście, ale dalej łudzi się, że chociaż bólem ma się z kim podzielić. Ludzi traktuje jak przyjaciół, a oni ją jak koleżankę z pracy, pielęgniarkę lub zwykłą znajomą. Dlatego nie wie już czym jest przyjaźń i nauczyła się, że jej ona nie przysługuje. Nie przeszkadza jej to w przywiązywaniu się do ludzi i zwierząt. Wydaje jej się, że zawsze robi coś źle i nie zasługuje na ciepło, czy zwykłą uprzejmość. Tylko czasem jest jej przykro, że niezależnie od starań zawsze była i jest z dojmującym odrzuceniem oswojona.
I.
Zakochała się raz, tak naprawdę. Oszukiwała się, że nie powinna, ale potrzebowała oddać serce mężczyźnie, któremu od początku pisana była śmierć. Nigdy jej nie oszukał, ona okłamała go tylko raz. Obiecała mu, że kiedy on umrze, będzie szczęśliwa bez niego. Trwali ze sobą jego gwarantowany, ostatni rok życia – jako małżeństwo. Myślała, że jeśli tylko spędzą te dni razem… wszystko będzie prostsze. Nie będzie tęsknić tak bardzo, a tęskni, nawet bardziej, jak gdyby nigdy wcześniej nie zaznała prawdziwej samotności. Pragnęłaby móc spędzić z nim więcej czasu. Lekarze obiecywali mu cztery do sześciu lat w cierpieniu (leczeniu?), on wybrał rok we względnym szczęściu. Ona marzyła aby odzyskać te pięć straconych lat. Do Mount Cartier przeprowadziła się rok temu, dla niego. W mniejszym mieście mieli zaznać cudów natury, a doznali cudu boskiego uzdrowienia. Czasami wierzy, że umarł. Idealizuje go, nie dopuszczając myśli, że przeżył i zostawił ją, kiedy już nie była mu potrzebna. Innym razem wypatruje go na drodze, sądząc, że wrócił. Czeka aż kiedyś kolejne szczere „kocham” spłynie z jej ust. Nigdzie nie ucieka, żeby wiedział, gdzie jej szukać. Nie przestaje wierzyć. W śmiechu i przez płacz – marzy. O skradzionej jej przez los miłości.
II.
W pracy składa sygnatury i kreśli zapomniane nazwisko. Próbuje się przyzwyczaić do bycia Nielsen, bo do Delaney już nie może wrócić. W miasteczku poznała już kilku ludzi i z dokładnie tymi kilkoma się już pożegnała. Poznaje nowych, bo zdążyła zapomnieć twarze tych, których zwała przyjaciółmi. Późnym popołudniem przechadza się po lesie, cichym głosem wołając zagadkową Winnie. Czasem ruda, inna, wyjątkowa wiewiórka przystanie na gałęzi drzewa, pokręci noskiem i pobiegnie dalej, zostawiając za sobą słaby uśmiech na matyldowej buzi. W domu, po cichu, uczy się do egzaminów wstępnych z praktyki lekarskiej. Chciałaby ratować ludzkie życia, zamiast je podtrzymywać. Pięć śmierci w tygodniu zamienić chociaż w cztery. Tak aby mogła znów uwierzyć w szczęście.
Martin Delaneybyły maż miłość
Do nieba już nie chodzą,
bo jest im nie po drodze
Był pacjentem, przyjacielem, największą miłością, mężem, największą radością, bo oszukał śmierć. Był też największym zawodem i największym bólem, bo uciekł. Wszystko dokładnie w tej kolejności. Przez okres dwóch, trzech lat, cierpiał, razem z nią. Umierał na przewlekłą chorobę. Zakochała się w nim szybko, z wzajemnością, a przynajmniej on naprawdę wierzył w to, że również ją kochał. Śmierć zbliżyła ich do siebie, a życie ich od siebie oddaliło. Nie przyjmował chemii, zadziałały ziołowe specyfiki, zdrowa dieta – cudowne uzdrowienie. Zostawił ją bez pożegnania, w pustym domu zakupionym w Mount Cartier. Szukał siebie, na nowo, z dala od wspomnień towarzyszącego mu bólu i cierpienia. Z dala od niej, bo siedziała z nim w tym najgłębiej. Za namową przyjaciela, po roku egzystencjonalnych poszukiwań, zakończyć ten związek rozwodem. W próbie wyciszenia wyrzutów sumienia, chciał oddać jej dom, który sam kupił, ale ona nie przyjęła tak drogiego daru. Nie byli sobie przeznaczeni, ale wierzył, ze jej dane było szczęście. Nie miał tylko pomysłu, jak nim ją obdarować, skoro sam nie mógł jej go dać. Na szczęście nie musiał. Jego najlepszy przyjaciel miał na to lepszy plan.
Thomas Cadburryprzyjaciel męża ukojenie
Prawdziwych przyjaciół
poznaje się w niebie
W każdym nieszczęściu znaleźć można iskierkę radości. Ona swoją przez chwilę posiadała w nim. Był jej podporą i ostoją w najtrudniejszych chwilach, a co dla niej ważniejsze – był tym samym, albo kimś lepszym dla Martina. Jego najlepszym przyjacielem. Razem zaś — ona z nim – byli Martinowi jedyną rodziną. Mimo to on czuł do niej więcej niż mógł, w trakcie kiedy ona całą swoją bezinteresowną miłość oddała nie temu, który mógłby ją tak samo silnie odwzajemnić. On zawsze ją obserwował. Nie w ten obsesyjno-perwersyjny sposób, a czysto, bez wybujałych wyobrażeń, bo twardo stąpał po ziemi, na którą rzeczywistość brutalnie go ściągała. Obiecał sobie kiedyś, że jeśli Martin umrze, on sam da sobie szczerym wyznaniem szansę na szczęście. Za to samo myślenie się nienawidził, rozdarty pomiędzy wizją śmierci, a kruszeniem swojego serca. Zawsze nad nią czuwał. Nawet jeśli nie było go obok. Dbał o nią, podpowiadając Martinowi jak i on mógł to zrobić. Zawdzięczała mu więcej niż wiedziała, a teraz zawdzięcza mu również dach nad głową i nadzieję... że jutro będzie lepsze. Z jej przyjacielem obok.
Miranda Minnie Nielsenkuzynka iskierka
Minnie zesłał Bóg,
raz mu wyszedł taki cud
Dorastały obok siebie. Różne. Ona była mocnym żywiołem. Ogniem, gorącym i zapalczywym. Wiatrem, pełnym wigoru, porywistym. Była wodą, wzburzoną, która jednak potrafiła łagodnie opłynąć skórę, ukoić ciało chłodem. Była ziemią, zatrzęsieniem konkretnie. Wielu emocji i zamierzeń. Tilly była inna. Spokojniejsza, mniej wyrazista, przy niej bardzo przeźroczysta. Nie były bliską rodzina, raczej odległą, ale spędzały ze sobą mnóstwo czasu. Gdyby Mathilde miała podać definicję siostry. Przyrównałaby ją do ognia, wiatru, wody, ziemi. Do Minnie. W końcu to ona była jednym z powodów, dla których Tilly wybrała Mount Cartier, jako bezpieczną przystań.
Ferran Kayserprzyjaciel bez granic nadzieja
Co ma być to będzie,
niebo znajdzie się wszędzie
Serią niefortunnych wypadków poznała jego - był całkiem normalnym, zdrowym mężczyzną, dopóki nie ugryzł go kot, i pierwszy raz nie spojrzał pochmurnym spojrzeniem w jej oczy. Od tej pory zdaje jej się głębszy, niż pokazuje, bardziej potrzebujący, tym bardziej z każdym następnym wypowiedzianym przez niego: "ja nie potrzebuję pomocy". Ona zdaje się mu wierzyć, bo nie miałaby powodów, żeby nie, ale ciało samo lgnie do okazania mu dobroduszności, a rozum obrzuca niewyjaśnione poczucie winy kiedy jej się to nie udaje. I już nie uda, odkąd nie rozmawiają już jak kiedyś.
Leopold Howlettsyn pacjentki uzdrowienie
Skrzydła porozrywał wiatr,
serce pękło na pół
Czasem widziała go, jak łkał nad łóżkiem matki i udawała, że nie patrzyła. Zdarzało jej się słyszeć, jak klnie oraz traktuje ludzi i sprawiała wrażenie, że nic nie słyszała. Czasami siadała obok niego, w milczeniu. Czuła jego cierpienie i ból, choć on o nim nie mówił. Leczyła jego matkę, a chciała jego. Ale wyjechał i już nie mogła.
Finlay Watsonbyła przyjaciółka ucieczka
Jakiś ładny cytat,
i jego część druga
Poznała ją w Mount Cartier i od tamtej pory dziewczyna okazuje jej tylko samą dobroć. Jej widok rozświetlał zadowoleniem matyldową twarz, a czekoladowe babeczki stanowiły raj dla podbniebienia, chociaż zwykle Tilly nie jadała czekolady. Gdyby dziewczyna lekko używała słów, nazwałaby ją przyjaciółką, tymczasem określała ją mianem najbardziej poczciwej osoby jaką znała w Mount Cartier.
Sol Duvalprzyjaciółka promyk słońca
Jakiś ładny cytat,
i jego część druga
Znają się krótko, ale już teraz potrafi nazwać ją przyjaciółką. Sol niesie w sobie radość i zrozumienie, które Tilly z łatwością przyjmuje. Lubiąc jej towarzystwo i aromatyczną woń, jaką Sol za sobą roznosi, czeka na nią, wieczorami, licząc na to, że wpadnie z kolejnym plackiem do podzielenia i kolejnym szczerym uśmiechem. Podziwia ją za siłę. Za to, ze choć świat wali się Sol na głowę (opcjonalnie sufit jej domu), Duval pozostaje niezbita. Prawdziwa.
Octavian Carnegienauczyciel wiara
Jakiś ładny cytat,
i jego część druga
Daje jej coś, czego nie może dać nikt inny w Mount Cartier. Wiedzę. Dzieli się z nią tajnikami medycyny. Uczy, jak leczyć ludzi. Szkoda, że nie ją, bo to ona wymaga największego leczenia. Uzdrowienia zszarganej, zagubionej duszy. Mimo to, to on jest jej nadzieją w lepsze. Bo jeśli mogłaby naprawiać świat, lepiej niż teraz... wydaje jej się, że tyle jej do szczęścia starczy.
Latro Nayeliprzyjaciel korespondencyjny ośmielenie
Jakiś ładny cytat,
i jego część druga
Nie poznali się od razu. Pisali do siebie listy. Nazywała go swoim przyjacielem, bo mogła mu wszystko napisać, ale czy to samo potrafiłaby mu powiedzieć? Spotkali się tu, w Mount Cartier po wielu latach i nie od razu wiedzieli, kim dla siebie są. Tilly dalej nie wie, ale chciałaby móc nazywać go dalej kimś więcej niż tylko przelotnym znajomym. Choćby dobrym kolegą.
Adam Pairotpsycholog ratunek
Bezsennie idź
niech Anioł prowadzi Cię
Nie wie o nim nic, ale chciałaby wiedzieć wszystko. Od przenikliwego spojrzenie niewiadomych oczu, po rozmierzwione o poranku włosy, kiedy spóźniał się na ich pierwszą sesję. Chciałaby móc go o nie spytać, ale nie może. On zadaje pytania. Pytał jej, gdzie się wszystko zaczęło. Przynajmniej tak ona to pytanie zapamiętała. W rzeczywistości... on pytał tylko o kota. Bonifacego, który ma jego oczy.
Vanillie Ilveshpielęgniarka tarapaty
Bezsennie idź
niech Anioł prowadzi Cię
Nie wie o nim nic, ale chciałaby wiedzieć wszystko. Od przenikliwego spojrzenie niewiadomych oczu, po rozmierzwione o poranku włosy, kiedy spóźniał się na ich pierwszą sesję. Chciałaby móc go o nie spytać, ale nie może. On zadaje pytania. Pytał jej, gdzie się wszystko zaczęło. Przynajmniej tak ona to pytanie zapamiętała. W rzeczywistości... on pytał tylko o kota. Bonifacego, który ma jego oczy.
Duncan Harmonwłaściciel kota Jinglesa odwiedziny
Bezsennie idź
niech Anioł prowadzi Cię
Nie wie o nim nic, ale chciałaby wiedzieć wszystko. Od przenikliwego spojrzenie niewiadomych oczu, po rozmierzwione o poranku włosy, kiedy spóźniał się na ich pierwszą sesję. Chciałaby móc go o nie spytać, ale nie może. On zadaje pytania. Pytał jej, gdzie się wszystko zaczęło. Przynajmniej tak ona to pytanie zapamiętała. W rzeczywistości... on pytał tylko o kota. Bonifacego, który ma jego oczy.
| Rozdziały | Charakter | Historia | Relacje |

| Poszukiwania |
