Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
Październik • -4°C
Tydzień temu jeszcze ostatnie kolorowe liście były odgarniane z chodników, a dzisiaj? Jeśli ktoś wyszedł z domu przed siódmą rano, to na pewno widział ten biały puszek zalegający na trawnikach, samochodach czy stromych dachach naszych domków. Pierwsze opady śniegu mogły zaskoczyć turystów, ale dla prawdziwych mountcartierowców to już chleb powszedni. A więc dla tych, którzy zabłądzili lub są u nas tylko przejazdem: drodzy państwo, oto oficjalne otwarcie zimowego sezonu! Na wygrzewanie się w promieniach słońca zapraszamy ponownie w czerwcu, a teraz proszę kupować wełniane szaliki i czapki, bo noce są już coraz chłodniejsze. Oszczędźcie naszego biednego lekarza i nie wystawajcie zakatarzeni pod drzwiami jego gabinetu, bo na pewno nie narzeka on już na brak pacjentów!

08.05.2017

Jedyną rzeczą gorszą od tego, że o nas mówią, jest to, że o nas nie mówią

Mattie Sherwood

27 lat Stażystka w gabinecie psychologa w Churchill FC: Katherine McNamara

Około ośmiu lat temu wyjechała z uroczego miasteczka wprost do damskiego zakonu prawosławnego. Minęło trochę ponad rok, odkąd dowiedziała się o wypadku samochodowym, w którym zginęli jej rodzice. Jej świat się zawalił, bo nagle spadła na nią ogromna odpowiedzialność. Musiała zmienić swoje całe dotychczasowe życie i powrócić do Mount Cartier, z którego przed laty uciekła. Swoim powrotem zszokowała chyba wszystkich mieszkańców. Miała wrócić jako zakonnica, tymczasem wróciła, jako pani psycholog. Ma pod swoją opieką, teraz już ośmioletniego, brata Maxa, który czasami daje jej w kość. Wciąż starają się nawiązać jakąś silniejszą nić porozumienia, co nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. 
Wraz z Maxem mieszka w domu po swoich rodzicach. Wciąż nie potrafi wejść do ich sypialni i posprzątać ich rzeczy. Wciąż się wścieka, że nie może znaleźć rzeczy w kuchni, lecz nie potrafi poustawiać ich po swojemu. Wieczorami przesiaduje przy kominku z książką w ręku. Codziennie ma problem z zaśnięciem, a jeszcze gorszy ze wstaniem. Nie raz i nie dwa spóźniła się przez to do pracy, a Max do szkoły. Wciąż ma spory problem z przystosowaniem się do specyficznej atmosfery i klimatu miasteczka. 
Chętnie zaadoptowałaby kota, lecz ma ogromną trudność ze znalezieniem tego odpowiedniego i idealnego. Co do niego ma tylko jeden wymóg - musi być rudy.

01. Family secrets 
Hej! :) Cytat autorstwa Oscara Wilde`a z książki Portret Doriana Graya. Mam nadzieję, że będziemy się razem świetnie bawić. Zapraszam do wątków i powiązań. :)
czarny.jezdziec69@gmail.com | GG: 34885343

( 127 )

  1. [Cześć, witaj w MC. Co prawda sama jeszcze się porządnie nie zadomowiłam tutaj, ale idzie mi chyba całkiem dobrze i mam nadzieję, że Tobie również spodoba Ci się tak jak mi i będziesz się czuła dobrze, weny Ci nie będzie brakło no i ogólnie, witam ciepło i przesyłam wirtualne uściski.
    Wydaje mi się, że wspólnie możemy napisać coś ciekawego i oczywiście zapraszam do siebie :) chociaż nie jestem pewna jak wygląda w Kanadzie edukacja odnośnie psychologii i czy dziewczyna nie powinna pierw jakiegoś stażu czy praktyki zrobić (nie żebym się czepiała, tak mi się tylko wydaje) :)]

    Declan

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cześć :D Witam się ciepło, mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić w tym gronie :D
    Karta bardzo przyjemnie napisana, bardzo szybko się ją czyta. Mogę powiedzieć, że twoja pani jest taka...prawdziwa. Nie jest w żadnym stopniu przerysowana, ani nic.
    Weny, weny i wielu wątków. W razie chęci zapraszam do siebie :) Może coś się wymyśli ciekawego?]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  3. [Fajnie. Podoba mi się wzmianka o zakonie, to coś nowego jak dla mnie. Wprawdzie, kota do adopcji nie mam, ale mogę oddać Ferrana, bo przyda mu się psycholog (a może bardziej psychiatra). Ale, wracając już do panienki - wierzę, że z naszą pomocą szybko przystosuje się do klimatu tej cudownej wioski, także niech zapnie lepiej pasy :) Bawcie się dobrze, długo i najlepiej jak potraficie! A w razie chęci, to zapraszam do siebie :)]

    Ferran, Cesar & Tilia

    OdpowiedzUsuń
  4. [Tak zwróciłam tylko na to uwagę, bo sama szukałam więcej informacji na temat studiów medycznych, bo miałam mętlik w głowie pisząc w pewnym momencie kartę Declana, ale jeżeli faktycznie gdzieś wyczytałaś to pewnie to się pokrywa :) Dziękuję za miłe słowa! Od razu robi się człowiekowi przyjemniej. Jeżeli chodzi o wątek, to bardzo podoba mi się Twój pomysł. Co prawda Marshall nie jest jeszcze gotowy na żadne odważne kroki jeżeli chodzi o relację, ale gdyby w jego drzwiach pojawił się ośmiolatek mówiący o prawdopodobnie w jakiś sposób chorej opiekunce, Declan nie zwęszyłby pułapki, poza tym poczułby się potrzebny, a możliwość wykorzystania nabytych podczas studiów umiejętności z pewnością troszkę by go pobudziła, przynajmniej do czasu, gdyby się to nie okazało małym spiskiem Maksa. W każdym razie wchodzę do z ogromną przyjemnością! ;)]

    Declan

    OdpowiedzUsuń
  5. [Zobaczymy po prostu co z tego wyjdzie, ja ani Declan bronić się nie będziemy, jeżeli będzie nam się przyjemnie wspólnie pisać, a pomiędzy postaciami wytworzy się jakaś chemia ;) Skoro wymyśliłaś pomysł to ja zacznę, ale pewnie dopiero za jakieś dwie, trzy godzinki jak ogarnę się po powrocie do domu ;)]

    Declan

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj, ta aktorka ma fenomenalny kolor włosów i trzeba przyznać, że dosłownie w każdy miejscu, a już szczególnie w tak małej mieścinie!, będzie się ona wyróżniać z tłumu. ;D Obstawiam jednak, że Mattie troszkę nie wierzy w mieszkańców, bo oni pewnie nie byli ani trochę zaskoczeni jej powrotem. Im na pewno cisnęło się niejednokrotnie na usta "a nie mówiłem, że ona też wróci? Wszystkie przecież wracają!" :D
    Z kwestii administracyjnych to witam oczywiście na blogu i życzę masy wątków, ale pod względem technicznym będę miała niestety kilka uwag. Ktoś już zdaję wypowiadał się wyżej na temat wieku postaci, który ja niestety też muszę poruszyć. Na blogu pod względem niektórych zawodów obowiązuje cenzus wieku dostępny w zakładce "Praca" i według niego postać wykonująca medyczne zawody (lekarz/weterynarz/również psycholog w tym przypadku) powinna mieć minimum 30 lat, by pełnić samodzielnie taką funkcję. Jeśli dodatkowo ma własny gabinet psychologiczny w Churchill, to w tym wypadku podchodzi pod cenzus wieku właściciela lokalu i tutaj wynosi on minimum 35 lat. Mattie nie załapuję się więc pod żadną z tych opcji, dlatego mam tylko dwa rozwiązania: albo postarzenie jej o te 3 lata i uznanie, że faktycznie jest samodzielnym psychologiem, albo zmienienie zawodu na stażystkę psychologa urzędującego w Churchill i wtedy można by wpisać ją też na to stanowisko do zakładki. ;)

    Solane & Vivian

    OdpowiedzUsuń
  7. Kłopot to na szczęście niezbyt duży, dopóki autor z nami współpracuje i nie złości się na narzucone zasady gry ;) Nie twierdzę co prawda, że nie da się tego jakoś połączyć, ale skoro już mamy na blogu cenzus, to nie robimy żadnych wyjątków, co by nie było później żadnych problemów wynikających z ulegania jednej czy drugiej postaci.
    Cieszę się, że to polubowne rozwiązanie obu nam odpowiada i idę w takim razie dodać Mattie tam, gdzie powinna być ;)

    Vivian

    OdpowiedzUsuń
  8. [Kogo to moje oczy widzą?:D Cześć i czołem, powiem Ci, że bardzo ciekawa panna wyszła. Możemy pomóc ze znalezieniem kota. ;>]

    Hemingway

    OdpowiedzUsuń
  9. [Ej. Uprzedziłaś mnie. :< Nie fair. Odezwę się zaraz po wątek! Nie uciekniesz mi tu. :p]

    Chris

    OdpowiedzUsuń
  10. [ :DDDDD
    Witam.
    Dobra, bez zbędnych ceregieli - zaczynamy wątunio, nie? :D ]

    Melody Wild

    OdpowiedzUsuń
  11. [Słabość do imienia Martin dzięki książce, nie spodziewałem się, aż chciałbym zapytać co to za książka jest :D

    Odnośnie pomysłu to faktycznie, mamy jakieś bardzo małe pole manewru. Znikome bym powiedział nawet... Jedyne co mi przychodzi do głowy to może tylko to, że wtedy dał jej jakiś autograf, ale to chyba ten autograf to taki dodatek byłby.

    Pomyślałem nieco nad tym wszystkim i wymyśliłem coś, byle jakiego, ale chyba jednak wydaje mi się, że można z tym zrobić nieco więcej. Otóż piszesz, że poprzez zaspanie nie raz nie dwa razy spóźniła się do pracy a jej brat do szkoły. To może wykorzystajmy to jakoś? Może znowu zaspała, braciszek nie zdążył do szkoły a ona ma powiedzmy jakieś ważne spotkanie (or cokolwiek w tym stylu), możemy przyjąć, że Max trochę lubi pewnego przyjezdnego (czytaj Martina) i wpada na pomysł, że może on by ich podwiózł. Jako, że akurat miał wybierać się do Churchill to podwiezie ich bez problemu :D
    Później się zobaczy, może jakoś wykorzystamy małego Maxa? Może chłopiec stwierdzi, że Martin powinien ich odwiedzić, albo coś?]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Wydaje mi się, że mogłybyśmy zacząć od tego, jak Melody, pod przymusem, przychodzi do przychodni, tam widzi swoją starą znajomą (która ją ciągnęła za warkoczyki <3 ) i się okaże, że ma u niej mieć wizytę, czy coś.
    I zaczzynasz ty xd ]

    Melody

    OdpowiedzUsuń
  13. [To się cieszę, że ci się podoba :D Byłbym bardzo wdzięczny za zaczęcie :)]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  14. Z ledwością udało mu się uśpić małą Madeline. Siedział jeszcze przez chwilę na dużym fotelu, trzymając ją w swoich ramionach, uważnie wpatrując się w spokojną minę na buźce sześciomiesięcznego noworodka. Za każdym razem, gdy przyglądał się córeczce znajdywał w niej kolejne to podobieństwo do jej matki, za którą tak cholernie mocno tęsknił i z której śmiercią nie był w stanie się pogodzić, chociaż wypowiadając już sakramentalne tak dobrze wiedział, jakie czeka na nich zakończenie. Wierzył, chciał wierzyć, że wykorzystają całkowicie czas jaki dało im życie, że nie będą niczego żałować, że zrobią wszystko to co chcieli zrobić. Był też pewien, że przyzwyczai się do myśli, że któregoś dnia jej nie będzie, że zniknie. Nie spodziewał się jednak, że to wszystko nastąpi tak szybko, zabrakło im sporo czasu, nie zdążyli osiągnąć wszystkich swoich celów i marzeń, które obiecali sobie wzajemnie. Dostał jednak w zamian nową, żywą istotę, którą trzymał w swoich ramionach i która była całym jego światem. Nawet, gdy w te gorsze dni nie był w stanie na nią patrzeć, gdy chciałby znaleźć przycisk wyłączenia jej płaczu, a najlepiej zastosować w życiu klawisz cofnij.
    Dzisiejszy dzień należał do tych dobrych, spokojnych. Tych, w które trzymał się całkiem dobrze i nie bał się spojrzeć w lustro, uśmiech na jego twarzy był nawet względnie szczery i prawdziwy, chociaż w głębi serca wciąż wspominał ukochaną Katie, upierając się przy myśli, że powinni być tu teraz razem, wszyscy, całą trójką.
    Zmarszczył brwi, gdy nagle po pomieszczeniu rozniósł się dźwięk dzwonka, a mało tego po chwili dało się usłyszeć pukanie do drzwi. Ledwo co udało mu się uśpić małą, a już coś miało zakłócić jej sen. Oczywiście nie miał pretensji do człowieka znajdującego się po drugiej stronie budynku, jednak jego natarczywość wprawiła Declana w odrobinę negatywny humor. Większość wiedziała, że od trzech miesięcy zamieszkuje te mieszkanie półroczne dziecko i mieli to na uwadze. Wstał z fotela z małą w swoich rękach i otworzył drzwi, marszcząc brwi jeszcze mocniej, gdy ujrzał młodego chłopca, Maksa, którego kojarzył z sąsiedztwa. Chłopiec wyglądał na zdenerwowanego, a jego oczy szkliły się. Słowa, które padały z jego ust były chaotyczne, a Marshall nie był w stanie wyłapać o co dokładnie chodzi, w momencie, w którym usłyszał jednak słowa takie jak: opiekunka, coś się stało, leży na ziemi i się nie rusza, momentalnie w głowie zapaliła mu się czerwona lampka. Musiał pomóc. Koniecznie, od razu. Zerknął jednak na Madeline w swoich rękach. Na szczęście jego matka była tego dnia w domu, co prawda zajęta pracą, ale wiedział, że w takiej sytuacji nie będzie miała do niego żadnych pretensji. Poszedł prędko na piętro, pospiesznie tłumacząc z grubsza matce o co chodzi, a następnie prędko wrócił do Maksa, chcąc jak najszybciej pomóc kobiecie.

    Declan

    OdpowiedzUsuń
  15. Jeśli miał być szczery to spało mu się całkiem dobre i z cała pewnością nie była to zasługa w połowie opróżnionego kieliszka wina oraz zażycia dwóch tabletek nasennych. A przynajmniej zamierzał sobie właśnie tak wmawiać. Nie był ani alkoholikiem ani lekomanem, czasami po prostu musiał się jakoś odstresować, a już w szczególności kiedy planował wybierać się do Churchill. Zawsze wtedy obawiał się że spotka się tam z E.
    A tego jeszcze nie chciał. Nie był gotowy na to spotkanie. Spotkanie, które odwlekał w czasie do granic możliwości. Zawsze kiedy myślał, że jest gotowy, tak równie często jego pewność siebie go opuszczała. To było nawet całkiem śmieszne, że pisząc scenariusze, czy nadzorując produkcję filmu wielokrotnie pouczał aktorów jak mają coś zagrać, albo próbował się postawić w sytuacji głównych bohaterów. Niekiedy czytając książki bawiły go opisy tego jak główny bohater boi się czegoś. Jak boi się zagadać do kogoś. Teraz sam wiedział co to znaczy. Wcześniej to chyba nawet nie zwracał na to wszystko większej uwagi, ot teraz jakoś to zaczęło mieć jakiś większy sens.
    Stwierdził, że czuje się trochę jak w jakiejś kiczowatej komedii romantycznej, gdzie główny bohater wyrusza za swoją miłością do jakiejś pipidówki. Zastanawiał się tylko, czy na pewno sytuację jego i E. można podpiąć pod kanon komedii romantycznej, albo jakiegokolwiek innego filmu romantycznego. To nawet na swój sposób było zabawne, że pomyślał o komedii romantycznej, gatunku którego szczerze nie lubił.
    Poszedł otworzyć drzwi, zastanawiał się kogo właśnie niesie. Planował może za jakieś pięć minut jechać do Churchill, był niemalże gotowy. Uśmiechnął się widząc małego Maxa.
    — Cześć młody – powiedział uśmiechając się do dzieciaka. Spojrzał na jego towarzyszkę i uśmiechnął się do niej szczerze. – Nie skądże. Właśnie miałem wychodzić – odpowiedział.
    Na szczęście wiedział, że jedynie gdzie może jechać do szkoły to tylko do Churchill.
    — Dwie minuty – powiedział. Zostawił drzwi otwarte, sam szybko włożył buty założył na siebie kurtkę ze skóry, to wystarczyło, w razie czegoś to miał jeszcze bluzę w bagażniku. Zabrał kluczyki i portfel, do ręki wziął torbę z laptopem. Chyba nawet to wszystko nie trwało dwóch minut.
    Wyszedł z domu, drzwi zamknął na klucz i zaprowadził dwójkę do jego samochodu. Otworzył drzwi, kątem oka zobaczył jak Max wsiada do środka. Włożył jeszcze tylko torbę z laptopem do bagażnika, który zamknął i sam zajął miejsce za kółkiem.
    — To dokąd konkretnie? – zapytał zapinając pasy. – Max, pasy zapnij – powiedział. Był przeczulony na tym punkcie. Powoli ruszył swoim samochodem. Po miasteczku poruszał się zgodnie z przepisami, no dobrze czasami je nieco nagiął. Po może pięciu minutach czarny Nissan partol mknął po drodze prowadzącej do Churchill.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  16. [Dzień dobry! Kate na tym gifie wygląda trochę jak Ariana Grande, tylko włosy inne :D Niemniej witam serdecznie i życzę dobrej zabawy na blogu!]

    HOLLY

    OdpowiedzUsuń
  17. Uśmiechnął się delikatnie. Czasami go to wszystko bawiło. Bezpośredniość dzieci, to zażenowanie opiekunek, rodziców, babć i dziadków. Czasami chciałby mieć taką bezpośredniość dziecka, może wtedy jego życie byłoby nieco prostsze? Może kilka spraw ułożyłoby się w przyjemny sposób? Nie musiałby się zastanawiać jak ująć kilka prostych słów, po prostu powiedziałby je bez wahania.
    — Jasne – odpowiedział krótko.
    Obserwował drogę. Był skupiony na tym wszystkim, chociaż miał jakąś tam podzielną uwagę tak teraz chyba wolał nie ryzykować, że wpadnie w poślizg, albo że łoś wybiegnie na drogę i z maski samochodu zrobi krwawy taran. Chciał oszczędzić dziecku takich drastycznych widoków. Chociaż przypuszczał, że być może Max widział nie jedno w telewizji na filmach. Albo…przeczytał. No ogólnie… że widział gorsze sceny, chociażby w grach komputerowych.
    — Nie. I tak miałem jechać do Churchill – odpowiedział. – I naprawdę nie trzeba dziękować. Ja pomogę teraz później w odpowiednim czasie pani pomoże mnie. Jakoś to wszystko się wyrówna – powiedział pół żartem pół serio. Wychodził z takiego założenia, że właściwie to nic takiego. Ot podwózka do miasta, pewnie większość by pomogła.
    Spojrzał we wsteczne lusterko na tylną kanapę. Uśmiechnął się pod nosem widząc Maxa, który obserwował wszystko przez szybę. Dzieci dosyć często go na swój sposób rozczulały, ale sam chyba nie chciałby mieć dzieci. O tak na odległość to były fajne. Martin raczej nie wytrzymałby za długo w towarzystwie rozgadanych dzieci. A już z całą pewnością nie wytrzymałby podczas pisania scenariusza, albo ogólnie podczas pracy. To wszystko by go rozpraszało. Niby nie musiał mieć jakiejś ciszy idealnej, ale jakoś nie potrafiłby się skupić gdyby z sąsiedniego pokoju dobiegałyby krzyki, albo zbyt głośne śmiechy.
    — Co taki milczący jesteś Max? – zapytał. Chłopiec zawsze gadał, a teraz to jakoś tak dziwnie się czuł. – Źle ci poszło na kartkówce, albo na sprawdzianie? – przygryzł lekko wargę, wbił kolejny bieg. Uwielbiał pod tym względem skrzynie manualne. Mógł wbijać biegi kiedy chciał, a automaty były też zdecydowanie częściej zawodne. – A pani to dokąd? To od razu zawiozę – spojrzał dosłownie na chwilę na Mattie. Musiał przyznać że było w tej kobiecie coś co przykuwało uwagę.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  18. Wbiegł wraz z chłopcem do mieszkania oddalonego o dwa domy dalej. Przed oczyma miał fragmenty z książek i wykładów, na których pilnie słuchał. Nie musiał się skupiać i zastanawiać co takiego powinien zrobić. Wiedział. W końcu był lekarzem… prawie, był lekarzem. Zabrakło mu dwóch lat i kolejnych kilku na skończenie specjalizacji. Miał być lekarzem, zamiast tego został rejestratorem w miejscowej przychodni, w wiosce, o której technologia zapomniała.
    Widząc kobietę siedzącą i okrytą kocem, podszedł do niej pospiesznie i delikatnie ułożył dłoń na jej ramieniu, mając w zamiarze sprawdzenie zachowanych funkcji życiowych. Wiedział, że nie może nią potrząsać. Spoglądał na nią, uważnie jej się przyglądając. Chłopca kojarzył ze sąsiedztwa, nie był pewnym kim dokładnie jest i gdzie mieszka. Po prostu widział go kilka razy. Teraz jednak spoglądając na kobietę, wiedział, że gdzieś wcześniej już ją widział. Z drugiej strony… Ta mieścina była przecież tak mała, tutaj prawie każdy znał każdego.
    — Jestem lekarzem, proszę się uspokoić. — Powiedział automatycznie, puszczając jej ramię i robiąc krok do tyłu. Kłamstwo, przecież nie był lekarzem. — To znaczy… mieszkam obok. Ten chłopiec przyszedł po pomoc, mówił, że jego opiekunka się nie rusza i konieczna jest pomoc. — Powiedział, zerkając na chłopca, który teraz stał na boku i uważnie obserwował dwójkę dorosłych ludzi. Był genialnym aktorem. Declan uwierzył w jego zapewnienia o potrzebie pomocy o problemie, o kryzysowej sytuacji. Teraz wyraźnie widział, że z kobietą wszystko było w porządku i była równie zdziwiona co on sam. — To… przepraszam za najście. — Dodał jeszcze, czując jak jeszcze chwilę temu zbierająca się w nim euforia i możliwość niesienia komuś pomocy ulatnia się gdzieś z niego, pozostawiając nieprzyjemną pustkę, której w żaden sposób nie umiał sobie wypełnić. Bo niby co miał zrobić? Spojrzał na rudowłosą kobietę i uniósł powoli kąciki ust, wyraźnie wymuszenie. — Musiała zajść jakaś pomyłka, chłopcze… może wyjaśnisz o co chodzi? Może gdzieś jest ktoś, kto potrzebuje pomocy? — Odwrócił się w jego stronę, chociaż dobrze już podejrzewał, że to jakiś głupi żart znudzonego dziecka. W sumie to mu się nie dziwił. Też się zawsze nudził w Mount Cartier, jako dzieciak, ale nigdy nie wzbudzał strachu i fałszywych alarmów wśród sąsiadów.

    Declan

    OdpowiedzUsuń
  19. — Naprawdę to nic takiego. Nie mówmy już o tym bo czuję się głupio. To tylko podwózka – wzruszył ramionami. Nieco przymrużył oczy, gdyż słońce za bardzo przyświeciło. Teoretycznie mógł założyć okulary przeciwsłoneczne, ale nie było aż tak wielkiego słońca, żeby z tego korzystać. Mógłby tylko poszpanować okularami, co nie miało jakiegoś większego sensu.
    Uwagę o pomaganiu przemilczał. Wiedział, że nie musiał pomagać, ale jednak mimo wszystko chyba wolał pomóc. Poza tym jeszcze później sąsiedzi krzywo by się spoglądali, a co jak co ale wyprowadzać się za szybko nie chciał. Nie po to zjawiał się na takim zadupiu aby wyprowadzać się tak szybko. Nie po to leciał ileś setek, czy może i nawet tysięcy kilometrów, aby poddać się, tylko dlatego że nie pomógł sąsiadom i zlinczowali go za to. Poza tym naprawdę nie widział żadnej przeszkody żeby pomóc. No i wyznawał zasadę, że karma wraca. No i życie jest przewrotne o czym przekonał się nie raz nie dwa. Mógłby wyliczać przez godzinę co się stało i jak to wszystko się zakończyło. Ale po co zanudzać?
    Martin zaśmiał się słysząc uwagę chłopca. To było miłe.
    — A tam, nie przesadzaj. Czasami trzeba się wcinać w rozmowę – powiedział. Może nie była to żadna filozoficzna zagrywka, ale chłopak będzie wiedział kilka rzeczy. No i może zapamięta, że czasami trzeba dobre maniery oraz wychowanie schować głęboko do kieszeni.
    Pokiwał głową. Nie pytał o nic więcej. Nie musiał wiedzieć więcej niż to konieczne. Rozumiał, że ludzie chcieli wiedzieć wszystko o wszystkich i w takiej małej mieścinie tworzyły się plotki. Sam nawet słyszał jakąś jedną plotkę na jego temat, ale nie potrafił sobie jej przypomnieć. Nie interesowało go to, poznał się na tym w show biznesie. Gwiazdy niekiedy same wymyślały plotki o sobie byleby było o nich głośno. Niektóre akcje były po prostu ustawione. Taka trochę brutalna prawda z życia gwiazd i tabloidów.
    — Nie jestem taki stary – powiedział śmiejąc się. – Czy kiedykolwiek powiedziałem ci „za moich czasów to młodzież się tak nie zachowywała”? Albo coś w stylu „kiedy byłem młody to telefony na korbkę były, a internety to burmistrz wiadrami nosił z pobliskiego sklepu” – zażartował. Mimo wszystko był człowiekiem o wesołym usposobieniu, chociaż życie go trochę doświadczyło oraz ogólnie sprawiał wrażenie wiecznego smutasa.
    — Tak w ogóle to Martin – powiedział uśmiechając się i wyciągnął rękę do kobiety. – Przepraszam, że w takich warunkach, ale chyba nie chcę słyszeć od chłopaka, że jestem stary – nie był jakoś przewrażliwiony na punkcie swojego wieku, ani nic. Tak po prostu powiedział, żeby jakoś rozładować to wszystko. Może też chciał pokazać, że jest zwykłym człowiekiem i nie zadziera nosa.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  20. Słuchał uważnie kłótni, pomiędzy… na pewno nie pomiędzy opiekunką, a jej podopiecznym. Marszczył delikatnie brwi, trzymając cały czas zaciśnięte usta, przysłuchując się kolejnym to słowom padającym z ust, jak zdołał już się zorientować Maxa. Słysząc kolejne słowo, jakim było klasztor, gdyby znajdowali się w animowanym filmie, nad jego głową właśnie pojawiłaby się żarówka, która włącza się rozpraszając światło i oznaczając pomysł. Coś mu zawitało do głowy.
    — Może masz rację, chłopczyku, ale dorośli czasami… potrzebują trochę czasu, aby odważyć się sięgnąć po tę pomoc. — Powiedział ze spokojem, nie skupiając się jednak ani na chłopcu, ani na kobiecie. Rozglądał się dookoła, jakby próbując odnaleźć się w miejscu, w którym właśnie się znajdował. Wydawał mu się tak podobny do czegoś, a zarazem tak bardzo odległy od wspomnień. Kiedy dziewczyna zaczęła ponownie do niego mówić, przygryzł wargę i uważnie przypatrywał się jej, próbując wkleić gdzieś jej twarz. Znał ją. I na pewno nie z Montrealu, gdzie studiował. Stąd. Znał ją z tego miejsca, z tego miasteczka, z tego domu.
    — Mattie Sherwood. — Powiedział nagle, stając naprzeciwko dziewczyny. Jak mógł jej nie rozpoznać od razu? Z drugiej strony… minęło przecież tak wiele czasu od ich ostatniego spotkania. Nienawidził jednak takich momentów. Co miał jej właśnie powiedzieć? Że minęło całkiem sporo lat odkąd się widzieli poprzednio? Że w między czasie zdążył wziąć ślub, zdążyła urodzić mu się córka, a żona zdążyła przejść na ten drugi świat? Że nie osiągnął wszystkich tych planów, o których tak głośno mówił przed swoim wyjazdem? Że nadal brakowało mu dwóch lat do zakończenia programu studenckiego? — Witaj w Mount Cartier ponownie. — Wydusił tylko z siebie, sięgając dłonią do swoich ciemnych włosów, które pospiesznie przeczesał, targając je sobie jedynie w ten sposób mocniej. Mogła zauważyć zdenerwowanie, które zaczęło się w nim kumulować. Takie spotkania nie były łatwe, były cholernie trudne i były dokładnie tym, czego tak bardzo obawiał się po powrocie do tego miejsca, a którym musiał sprostać czy tego chciał czy nie. W końcu w tym momencie najważniejsza była Madeline, a tymczasowo właśnie te małe miasteczko było najlepszym, co mogło ich spotkać. — Chyba jednak… Max miał nosa co do sąsiadów i kolegów. — Powiedział lekko zachrypniętym głosem, wskazując dłonią na chłopca. Gestykulował za każdym razem, gdy próbował odwrócić uwagę od swojej buzi, która mówiła znacznie więcej niż słowa, których ostatnio ciągle mu brakowało. — Powiedz chłopcze do czyjego domu poszedłeś. — Nie kojarzył, aby dziewczyna miała młodszego brata, więc nawet nie brał tego pod uwagę. Prawdopodobnie zdążył wyjechać z miasteczka, nim wesoła nowina rozprzestrzeniła się po sąsiadach, a Declan zaraz po wyjeździe ograniczył kontakty z rodzicami do niezbędnego minimum.

    Declan

    OdpowiedzUsuń
  21. Zaśmiał się. Tylko tak potrafił zareagować na to wszystko. Najzwyklejszym śmiechem, który bardzo często okazywał się zbawienny. Poza tym to co chłopak mówił było na swój sposób zabawne. Takie dzieci to naprawdę potrafiły człowiekowi humor poprawić.
    Prawdę powiedziawszy to Martin nie zamierzał ingerować w metody wychowawcze dziewczyny, ani też nie planował prawić morałów, czy też dawać poras wychowawczych. Nie znał się na tym, nie chciał się wypowiadać na tematy dotyczące wychowywania. Nie czuł się osobą powołaną. Poza tym co będzie mówić komuś jak ma wychowywać skoro on z dziećmi to styczność ma raz na ruski rok?! Byłoby to nie na miejscu, co najmniej.
    Uśmiechnął się i uścisnął jej rękę. Nawet chyba w tym samym momencie pomyślał żeby puścić dłoń Mattie. Nie chciał za długo trzymać jej w uścisku. Po pierwsze prowadził samochód, po drugie...czuł się po prostu dziwnie ściskając komukolwiek dłoś w samochodzie.
    - Naprawdę? To ja nie chcę wiedzieć co takiego robi, czy też mówi w domu - żartował. Wiedział że dzieci muszą się wyszaleć, poza tym brał jakąś poprawkę na chłopca. W końcu stracił rodziców, każdy w takich sytuacjach radził sobie jak mógł. Ilu ludzi tyle technik. - Skąd znam? A jakoś mieliśmy okazję porozmawiać kilka razy. Na takie różne sprawy. No i chłopak jako pierwszy przyszedł w odwiedziny - zaśmiał się cicho pod nosem. - Pamiętasz Max? Zamiast "Dzień dobry" to powiedziałeś "Fajny samochód. Drogi?" - musiał przyznać, że było to najciekawsze powitanie jakie kiedykolwiek słyszał. Max wtedy poprawił mu humor. Trochę porozmawiał z dzieckiem tego dnia, później za jakiś czas znowu porozmawiali. Trochę zdążył go poznać. Nawet polubił dzieciaka.
    - Dlaczego pytasz? Ciekawość, czy strach o brata? - zapytał być może zbyt bezpośrednio. - Czy może mam aparycję jakiegoś kryminalisty? Złodzieja takiego? I obawiasz się o to, że Max powiedział mi gdzie trzymacie pieniądze? - ciągle żartował. Musiał jakoś się odprężyć tym wszystkim.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  22. - Przepraszam - powiedział do Maxa. Cóż mogło tak się zdarzyć. Chociaż zrobił to nie do końca świadomie. No ale mówi się trudno i żyje się dalej. Poza tym co się stało to się nie odstanie.
    Podrapał się po głowie i przygryzł delikatnie wargę w zamyśleniu. No właśnie to było dobre pytanie, kiedy tak właściwie to tutaj przyjechał? Marzec? Nie za późno. Grudzień? Nie, bo święta oraz Nowy Rok spędził w górach na nartach, no i na planie filmowym. Kończył właśnie zdjęcia do najnowszej produkcji. Później po tym wyjechał do Mount Cartier.
    - Jakoś w styczniu - powiedział. - Tego roku - dodał. Nie zamierzał kłamać, bo w końcu nie miał w tym żadnego interesu. Poza tym pewnie dowiedziałaby się od sąsiadów ile już tutaj jest oraz co jadł dzisiaj na śniadanie. Takie uroki małych miasteczek.
    - Polański...nigdy za nim nie przepadałem - przyznał. Mówił to tak obojętnym tonem głosu, zupełnie jakby wypowiadał się o pogodzie. Szczerze powiedziawszy to dzieła Polańskiego średnio mu się podobały. No może z wyjątkiem "Pianisty". Martin czerpał głównie z dzieł Scorcese, Wajdy, Spielberga, Tarantino oraz pewnego Rosjanina o podobnym nazwisku. Wiedział że ci reżyserzy to są zupełnie inne szkoły filmowe, inne lata, ale jednak chciał czerpać od lepszych od siebie.
    - Nie no spoko. Rozumiem. Pewnie gdybym sam wychowywał dziecko to też byłbym przewrażliwiony na tym punkcie. Poza tym lepiej dmuchać na zimne - podsumował to wszystko. Nie miał stuprocentowej pewności odnośnie tego wszystkiego, ale przypuszczał że gdyby był rodzicem to naprawdę chciałby jak najlepiej dla swojej pociechy.
    Minęli znak, który zwiastował, że są już w Churchill. Podróż powoli dobiegała końca. Skręcił w jedną z ulic. Przejechał kilkaset metrów, na skrzyżowaniu w prawo. Kilkaset metrów spokojnej jazdy i zatrzymał się pod szkołą.
    - Proszę. Jesteśmy na miejscu - powiedział wyłączając silnik.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  23. [Z opóźnieniem witam. Nie potrafił bym się chyba skupić przy takiej Pani doktor :D.
    Smutna ta psycholożka. I jak to jest, że szewc bez butów chodzi, a ona sama nie potrafi sobie pomóc po stracie?
    Jakby było Ci nudno, zapraszam do Erica.
    Dużo wątków i zabawy życzę :D]

    Eric

    OdpowiedzUsuń
  24. Spojrzał przez lusterko wsteczne na Maxa. Chłopiec nie był zadowolony z tego wszystkiego. Mógł nie kłamać w taki sposób. Chociaż mimo wszystko rozumiał go. Może gdyby miał te same lata co on to też by kłamał? Może nie byłby tak ufny jak dzieciak, ale prawdopodobnie też lgnąłby do ludzi. Pewnie jednak nie do każdego obcego.
    Nie skomentował jej słów. Wolał to wszystko przemilczeć. Nie miał zamiaru mówić chłopakowi żeby tak nie robił. Nie był jego rodzicem ani opiekunem, sam też nie znał się na wychowywaniu dzieci. Chociaż czasem żartował że sam się wychował bo rodzice ciągle w pracy byli. Niańki żadnej nie miał, czasami chodził tylko do sąsiadki obok, na jakiś obiad, albo kiedy kluczy zapomniał. Tak to wszystko wyglądało.
    - Za paliwo nic. Naprawdę i tak pojechałbym do miasta, przynajmniej nie woziłem powietrza - zażartował. Nie chciał brać pieniędzy. Może gdyby byłoby mu nie po drodze to wtedy powiedziałby, ale z całą pewnością i tak zaniżyłby faktyczne koszty. Takim już był człowiekiem.
    Spojrzał na Maxa, kiedy tamten zasugerował żeby go odebrał. O nie! W takie rzeczy to chyba wolał się nie bawić. Wolał nie odbierać cudzych dzieci, chyba że na wyraźną prośbę opiekuna. Wtedy zrobiłby wyjątek dla sprawy.
    - Właśnie. Poza tym są dwie opcje. Albo wracam zbyt wcześnie, albo zbyt późno. Zobaczę jak będzie to wszystko wyglądać - uśmiechnął się do chłopca. - Poza tym świetlica nie jest zła. Odrobisz lekcje, nie będziesz się jakoś nudzić - powiedział, żeby jakoś dzieciaka przekonać. Widział jak chciał coś powiedzieć, wolał uniknąć jakiś pytań, albo skarg czy też zażaleń. Może też nie chciał żeby zaczął kłócić się z Mattie. Kobieta zdecydowanie na to nie zasługiwała.
    - Gdybyście kiedyś jeszcze potrzebowali pomocy, to można śmiało pytać. Jeśli dam radę to pomogę - powiedział z uśmiechem.
    Poczekał aż wyjdą, po czym odjechał. Miał kilka spraw do załatwienia. Chociaż chyba nie przypuszczał żeby to wszystko zajęło mu tyle godzin. Przypuszczał, że ogarnianie wszystkich spraw może zająć mu najwyżej trzy godziny. Nie mniej ale chyba też nie więcej. Bo w końcu kwadrans w tą czy też tamtą nie robi różnicy.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  25. [pomysł mi się bardzo podoba i obiecuję najpóźniej do jutra zacząć, tylko proszę się na mnie nie zloscic za nieregularne odpisy, ale robię na dwa etaty :-P.
    Czy początek może być po powrocie Mattie, Vert jako dobry sąsiad pomagał by jej w przeprowadzce.]

    Eric

    OdpowiedzUsuń
  26. Słysząc dzwonek do drzwi niespiesznie wstał od laptopa. W pewnej chwili chciał nawet wrócić się i zapisać postępy w korekcie scenariusza. Ale przypomniało mu się, że przecież kota nie ma i nie musi się obawiać o to, że Mruczek, Puszek czy inny stwór przyjdzie i rozgości się na jego klawiaturze od laptopa. Czyniąc przy tym ogromne szkody w postaci różnych dziwnych słów oraz ciągu liter. Że o klawiaturze w kociej sierści nie wspomni.
    Otworzył drzwi i spojrzał na Maxa, który wybrał sobie dosyć ciekawą porę na odwiedziny. Nie żeby było jakoś bardzo późno, czy też wcześnie. Po prostu nie spodziewał się chłopca w piątkowe popołudnie. Nie myślał, że ktokolwiek przyjdzie go odwiedzić.
    - Cześć Max - powiedział uśmiechając się. - Co tutaj robisz? Coś się stało? - zapytał pełen obaw. Nie wiedział co mogło się dzieciakowi stać, albo też jego siostrze. Tutaj mogło wydarzyć się absolutnie wszystko.
    - Nie. Znaczy tak. Mattie kazała mi przekazać, że zaprasza ciebie na kolację do nas. Jutro - Max uśmiechnął się niewinnie. Martin nie do końca dzieciakowi wierzył. Ale w sumie...może tak chciała się odwdzięczyć za podwózkę?
    To było prawdopodobne. Chociaż...on chyba nigdy nie zrozumie kobiet. Mają jak dla niego zbyt skąplikowaną psychikę. Nie ogarniał toku ich rozumowania.
    - Co mam jej przekazać? - zapytał lekko zniecierpliwiony Max. Tarkowsky spojrzał na niego uważnie. Przygryzł wargę w zamyśleniu. Właściwie to tylko kolacja, taka forma podziękowań. Chyba nie miał się czego obawiać.
    - Przyjdę - powiedział. - O której dokładnie? - zapytał kiedy chłopiec zaczął wracać w kierunku swojego domu.
    - O osiemnastej! - krzyknął i pobiegł ulicą. Tyle go widział.
    Zamknął drzwi i westchnął cicho. Chyba taka kolacja całkiem dobrze mu zrobi. W końcu zje z kimś a nie samotnie. No i może nieco się poznają a to będzie dobre dla niego. W końcu należałoby mieć kogoś w tej mieścinie z kim możnaby spokojnie porozmawiać. A Mattie wydawała się mu taką właśnie osobą.
    W sobotni wieczór zapukał do domu Mattie i Maxa. Był pełen obaw co do dzisiejszego spotkania. Miał jakąś nadzieję, że to wszystko nie okaże się totalną klapą i znajdą z Mattie jakiś wspólny język.

    [Takie zaczęcie z mojej strony się pojawiło. Mam nadzieję, że nie jest źle]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  27. Może nie ubrał się jak na galę rozdania Oscarów. Jego strój zdecydowanie odbiegał od przyjętych norm "stroju wieczorowego". Zwykłe czarne jeansy, niebieska koszula, pewnie jakiś znawca powiedziałby że to kolor bardziej błękitny, jednak Martin może nie tyle że był daltonistom, co ciężko mu było rozróżnić kilka podobnych kolorów. Jedyne rzeczy jakie wyznawał to "jasny" i "ciemny", tak więc funkcjonował " jasny niebieski", "ciemny zielony" i tym podobne. Z całą pewnością nie byłby w stanie powiedzieć jaki to kolor "ceglasty".
    Zabrał ze sobą butelkę wina. Może nie było ono z najwyższej półki, ale z całą pewnością nie należało też do tych najtańszych. Miał nadzieję, że jakoś to wygląda. No i miał nadzieję, że Mattie lubi białe wino. A przynajmniej nie będzie wzbraniać się rękami i nogami przed jedną lampką do kolacji.
    - Cześć - odpowiedział. Po tych słowach wszedł do środka i uśmiechnął się lekko do kobiety. Wręczył jej butelkę wina. - Mam nadzieję, że nie przegiąłem z tym winem, ale jakoś tak nie chciałem z pustymi rękami przychodzić - wyjaśnił.
    Ściągnął buty oraz kurtkę. Rozejrzał się po mieszkaniu, może nie był to jakiś szczyt mody. Ale musiał przyznać, że było dosyć przyjemnie urządzone. Podobało mu się tutaj, był w tym miejscu jakiś taki niepowtarzalny klimat. A może tylko jemu się tak wydawało? Tego chyba nikt jednoznacznie nie potrafi określić.
    - Przyjemnie tutaj - powiedział przechodząc dalej. Może nie był to komplement najwyższych lotów, ale jednak był. Poza tym mówił to co myślał oraz czuł.
    Spojrzał na Mattie. Uśmiechnął się do niej. Przyjrzał się jej dzisiejszej kreacji. Musiał przyznać, że chyba nie do końca tego się spodziewał. Ale ładnie wyglądała, podobała mu się...wizualnie. Może kiedyś wykorzysta taką kreację do jakiegoś filmu?
    - Ładnie wyglądasz - oznajmił. Chciałoby się powiedzieć... - Jak dziewczyna z obrazka - uśmiechnął się pod nosem. Chyba taka już była jego natura, że komplementował. Taki chyba jakiś syndrom sobie wyrobił. Czasami nawet łapał się na tym, że ocenia zwykłe gesty ludzkie, tylko po to żeby w razie czegoś powiedzieć aktorom, że sztucznie grają.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  28. [Cześć, mam nieodparte wrażenie, że skądś kojarzę Twój nick :) Zanim to rozszyfrujemy - zapraszam do wątku. ]

    Jack Higgins

    OdpowiedzUsuń
  29. [Prowadziłaś może kiedyś Susan Zetterstrom/Schroglas (nie jestem pewna nazwisk ale miały podobne brzmienie)? ]

    OdpowiedzUsuń
  30. [Świat jest jednak mały :) Pamiętasz miłość Suzie z Bradley HS?

    Co do wątku i powiązania, to myślę, że znają się na pewno, bo nie dzieli ich zbyt duża różnica wieku. Mogli nawet przyjaźnić się kiedyś, razem wagarować i marzyć o wielkim świecie aż w końcu Jack do niego wyjechał (bo jego nie było 10 lat) i mogli nawet na początku utrzymywać ze sobą kontakt ale kiedy i Mattie wyjechała podbijać wielki świat to on się urwał.
    Jack na pewno wie o tragedii jej rodziców i o tym, że dziewczyna jest w miasteczku, ona może nie wiedzieć, że wrócił, bo jest tu właściwie od kilku dni dopiero. Może ją odwiedzić niespodziankowo.
    Co Ty na to? Czy może wolisz jakieś bardziej pokrętne powiązanie z przeszłości? :)

    OdpowiedzUsuń
  31. [Dałaś mu kosza :D

    W sumie to nie mam jeszcze takiego powiązania więc... jestem za. A tak właściwie, zanim zacznę, to dlaczego chciała do tego zakonu wstąpić? ]

    OdpowiedzUsuń
  32. [Witam serdecznie w Mount Cartier! Co prawda powitanie już pod tyloma komentarzami, ale lepiej późno niż wcale. My się chyba jeszcze znamy z onetowskich czasów, stare dzieje :D W każdym razie dużo weny i miłej zabawy na blogu życzę ;)]

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  33. Już na pierwszy rzut oka widać było, że wielkimi krokami zbliża się lato. Mróz odpuścił i termometr coraz częściej wskazywał dodatnie temperatury, choć wieczorami i nocami wciąż należało się ciepło ubrać. Góry nigdy nie nagrzewały się na tyle, aby utrzymać ciepłą temperaturę po zmroku i powietrze szybko ochładzało się po zachodzie słońca. W ciągu roku przeważały tu dni chłodne. Nawet latem temperatura rzadko przekraczała próg 20 stopni.
    Jack lubił tę mieścinę i nie chciał wyrwać się stąd za wszelką cenę, ale Mount Cartier nie dawało zbyt wielu możliwości zatrudnienia czy rozwoju. Co sprytniejsi, radzili sobie z deficytem miejsc pracy, zajmując się robótkami ręcznymi w domowym zaciszu. Do tego trzeba jednak było mieć talent a takowego młody Higgins niestety po swoich przodkach nie odziedziczył. Decyzję o wstąpieniu do wojska podjął zupełnie niespodziewanie. Być może byłby kolejną osobą, która uciekła szczęśliwie przed monotonią Mount Cartier gdyby nie pechowy splot wydarzeń, który zrujnował mu plany i kilka lat ciężkiej pracy. Wyrok skazujący zmusił go do powrotu na stare śmieci, ponieważ nie było innego miejsca, do którego mógłby się udać. Przez te wszystkie lata był tu tylko gościem a teraz musiał znów wdrożyć się w rytm miasteczka. Nie było to łatwe. Wieść o tym, że złamał zasady użycia broni i był współwinny śmierci cywilów rozniósł się po miasteczku w zastraszającym tempie. Niektórzy chętnie odwiesiliby mu wyrok i wsadzili do więzienia na długie lata. Wydarzenie to urosło do wysokiej rangi, tak samo jak z dnia na dzień wzrastała ilość ofiar do których śmierci się przyczynił i liczba lat w zawieszeniu. Przynajmniej przez chwilę wzbudzał większe zainteresowanie niż jego dziadek, który coraz częściej zachowywał się tak, jakby był w zupełnie innym świecie.
    O tym, że Mattie wróciła do miasteczka i o tym co ją spotkało dowiedział się zupełnie przypadkiem, kilka dni po swoim przyjeździe do Mount Cartier. Bardzo dobrze wspominał ich znajomość sprzed lat, choć nie wszystko ułożyło się tak jakby tego chcieli a po wszystkim zostało mu jedynie kilka fotografii i listów. Miał nadzieję, że nie ma do niego żalu o to co się kiedyś stało, od ich ostatniego spotkania minęło jakieś dziewięć lat. Nie spodziewał się niczego szczególnego, kiedy stanął pod drzwiami jej domu w piątkowy wieczór. Chciał wiedzieć jak sobie radzi, co u niej, czy nie potrzebuje pomocy, którą gotów był zaoferować w każdej chwili. Zastanawiał się, czy się zmieniła, jak potoczyło się jej życie i co się z nią działo przez te wszystkie lata. Wziął głęboki oddech a chłodne, wieczorne powietrze wypełniło jego płuca. Zadzwonił dzwonkiem i czekał przez chwilę przed drzwiami aż w końcu się w nich pojawiła. Wydawała się zaskoczona jego widokiem. Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa, jakby myślała, że zaraz zniknie albo jakby zastanawiała się czy przypadkiem nie śni.
    -Cześć Mała.- powiedział patrząc na nią z lekkim uśmiechem i przez moment miał wrażenie, że znów ma 18 lat.

    OdpowiedzUsuń
  34. Przeszedł do jadalni, zajął miejsce przy stole. Uśmiechnął się do Maxa. Wydawać by się mogło, że ten uśmiech to wyuczony jest, albo po prostu przyklejony do jego twarzy. Chyba widząc go uśmiechniętego nikt nigdy by nie przypuszczał że jest to człowiek nieszczęśliwy i na swój sposób zagubiony w życiu. Bo przecież ktoś kto się uśmiecha nie może mieć w życiu źle!
    - Nie, nie jestem uczulony - odpowiedział. Właściwie to mógł jeść wszystko. Ale nie za wszystkim przepadał. Niekiedy wolał skłamać, że jest na coś uczulony. Tylko po to żeby nie robić przykrości, tak to była niby ta "siła wyższa". Musiał przyznać że ten trik działał zawsze.
    Przez chwilę rozglądał się po pomieszczeniu. Max dosyć tajemniczo się uśmiechał.
    Co ten Max wymyślił?-zapytał sam siebie. Coraz bardziej zaczęło mu to wszystko śmierdzieć. I to wcale nie była ryba. Ta akurat nie wydzielała jakichś odpychających zapachów...znaczy się pewnie ktoś kto nie lubił ryby mógł polemizować z tym.
    - Jasne - odpowiedział biorąc wino i korkociąg. Miał niejaką wprawę w otwieraniu win. Podczas kolacji z E...to raczej Martin otwierał wina. Z wybieraniem trunków to było różnie...jednak gotowanie to była zdecydowanie działka E. Tarkowsky nawet nie zaglądał zbyt często do kuchni. Czasem żartował, że on nie potrzebuje lodówki oraz kuchni. Że w tamtym miejscu mógłby postawić coś innego, co bardziej będzie mu potrzebne do szczęścia.
    Od razu po otworzeniu nalał do kieliszków wina. Może kelner byłby z niego średni, jednak na domowe warunki całkiem znośnie sobie poradził. Może nie było to przepełnione gracją, ani stylem godnym najlepszego kelnera wśród kelnerów. Jednak uszło...
    - Wygląda apetycznie - powiedział patrząc na rybę. Spojrzał na Maxa - Mam się bać? - zapytał cicho chłopaka. Mówił to oczywiście w żartach, chciał jakoś dzieciaka zająć. Poza tym...chyba podświadomie nie chciał ciszy. Nie teraz. Może później, kiedy cisza nie będzie ich krępować. Teraz to pewnie czułby się trochę dziwnie.
    Niewiedzieć czemu ale patrząc na to wszystko przypomniała mu się jakaś słaba komedia romantyczna, gdzie to dziecko umawia swoją matkę z jakimś facetem, bo ma nadzieję że się zejdą. Ale Max nie wyglądał na geniusza "zbrodni", no i chyba nie oglądał żadnej komedii romantycznej.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  35. Przychodząc tutaj nie spodziewał się tego, że z radości rzuci mu się na szyję. Z drugiej strony nie spodziewał się też takiej obojętnej a nawet chłodnej reakcji. To szybko otrzeźwiło jego umysł a początkowy i tak niepewny uśmiech na jego twarzy gdzieś umknął. Kiedyś dobrze się dogadywali. Spędzali razem dużo czasu choć różnili się od siebie diametralnie. Był nawet taki moment, w którym byli bardzo blisko, ale kiedy Jack opuścił Mount Cartier ich drogi rozeszły się naturalnie, bo każde z nich podążało w inną stronę. Początkowo pisywali do siebie, z czasem coraz mniej. Higgins oddawał się pracy i stopniowo palił za sobą wszystkie mosty łączące go z miejscem w którym się wychował. Układał sobie życie w wielkim świecie, po kilku latasz szaleństw ustatkował się i poprosił o rękę miłość swojego życia. A potem wszystko posypało się jak domek z kart.
    Wzruszył nieznacznie ramionami. Nie było konkretnego celu w jakim tu przyszedł. Nie oczekiwał od niej niczego, nie liczył na to, że ich relacje wrócą choć w małej części do takich, jakie łączyły ich dawniej. A jednak pojawił się pod jej drzwiami.
    -Dowiedziałem się, że wróciłaś.- powiedział po chwili zastanowienia – Chciałem Cię zobaczyć. – dodał. Czasami docierały go słuchy o tym co dzieje się z Mattie. Słyszał, że wstąpiła do zakonu i w gruncie rzeczy po pierwszym zaskoczeniu uznał, że jest to wielce prawdopodobne. On sam nigdy nie był religijny i nie do końca rozumiał jej wiarę. To była ostatnia wiadomość, którą usłyszał, być może również dlatego, że nie dociekał i nie pytał o więcej. Chyba nawet do końca nie zdawał sobie sprawy z tego, że mógł ją wtedy, dziesięć lat temu zranić i dotknąć swoim zachowaniem.

    OdpowiedzUsuń
  36. [Wybacz, że dopiero teraz, ale musiałam wygrzebać się ze wszystkich odpisów. Na pomysł mogłabym przystać, tylko pytanie ile Max ma lat? Bo Ferran wrócił do MC rok temu, a nie było go we wiosce 12 lat, więc nie wiem, czy "za życia jej rodziców" mogli się z Maxem poznać :) Poza tym, Ferran w obecnym wydaniu jest niechętny do zawierania znajomości, ale jeśli Max to jeszcze dzieciak, to mogłoby przejść :)]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Ślepa ja. Doczytałam że ma 8 lat. Także przed wyjazdem na pewno Maxa nie poznał, mógł zrobić to dopiero w minionym roku. I tak też proponuję, żeby ewentualnie teraz Max obrał go sobie jako jakiś autorytet, i żeby stale przychodził do Ferrana mimo wszelkich jego uwag wraz z wyganianiem go do domu. Nie wiem, czy Kayser zgodziłby się pójść do Mattie, ale może to ona przyszłaby po brata do leśniczówki? Zaczęłoby się ściemniać, a Max by się uparł że nie wraca do "wrednej opiekunki" :)]

      Usuń
  37. [Aaaa, no to wszystko wyjaśnia! Myślałam, że rodzice dużo zginęli wcześniej. Oki, to w sumie obojętne, czy Mattie znajdzie Maxa w leśniczówce, czy to Ferran odprowadzi chłopaka do domu, bo obie opcje są w sumie fajne :D]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  38. Naprawdę nie przeszkadzało mu, że zje rybę. To przecież nic takiego, mięso jak mięso, może nieco bardziej śmierdzące, może inne w smaku niż wołowina, albo wieprzowina. Ale najważniejsze, że mięso, bo w końcu to już jakaś połowa sukcesu.
    Zaśmiał się szczerze słysząc Maxa. Skąd on to znał? Chociaż kuchnia E była dobra, z mięsem, to jednak czasami też zdarzało się że pojawiały się „wegańskie” dania, bez mięsa. Ale na szczęście była to rzadkość. Martin wyznawał zasadę, ze każde mięso jest dobre, bo jest mięsem, a człowiek nie powinien jeść trawy.
    — Czasami trzeba zjeść jakieś liście – odpowiedział. Wiedział, że nie każdemu coś takiego się podoba, ale jednak. Było to w końcu jakieś urozmaicenie w kuchni. Nie przeczył, no i naprawdę czasami należało zjeść coś co mięsem nie było.
    Wziął kieliszek i idąc śladem Mattie uniósł go lekko do góry.— Za spotkanie – odpowiedział uśmiechając się. Podobał mu się jej uśmiech, ale chyba jednak tego konkretnego uśmiechu E nic i nikt nie zastąpi. Nie wyobrażał sobie tego, żeby ktokolwiek był w stanie zastąpić mu E i wejść w to miejsce. Chociaż może i tak się zdarzyć, nie wykluczał tego.
    — Chciałem trochę wenę podreperować – powiedział. Nie musiała od razu wiedzieć, ze przyjechał za kimś konkretnym. Chociaż i tak w mieście o tym pewnie plotkowali. – Przyjeżdżałem tutaj kiedyś, spodobało mi się, no i klimat wpływa zbawiennie na moją wenę oraz twórczość – zaśmiał się ze swoich słów. W życiu nie spodziewał się, że tak kiedykolwiek powie.
    Pewnie normalnie to nie zjawiałby się tutaj na tyle czasu. Jednak, czego nie robi się dla miłości? Tarkowsky chyba nie przypuszczał, że kiedykolwiek w swoim życiu będzie zdolny do czegoś takiego. Do przeprowadzki niemalże z dnia na dzień. Zawsze starał się planować różne rzeczy, jednak nie zawsze była taka możliwość. Nie zawsze mógł.
    — A ty? – zapytał. – Jesteś od urodzenia tutaj? Czy może też przyjechałaś? – uśmiechnął się delikatnie i upił nieco wina. – Jeśli można wiedzieć, nie chciałbym być nachalny, albo kimś w tym stylu – dodał niemalże natychmiast. W wielkim mieście takie pytanie typu „A ty? Tutejszy, czy przyjezdny?” nikogo nie dziwiło. Tutaj to jednak nauczył się, że większość to miejscowi. Niewielu jest przyjezdnych, może to i dobrze. Być może dlatego jest tutaj taki niepowtarzalny klimat.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  39. - No to chyba zostaniemy królikami - powiedział żartobliwym tonem. Jemu to naprawdę nie przeszkadzało, a chyba nawet jakoś podświadomie chciał żeby chłopiec zjadł trochę "liści".
    Spojrzał nieco zaskoczony. Czyżby chłopiec obawiał się marchewki czy, może tego, że nie będzie dostawał mięsa na obiad tylko same sałatki. Szczerze powiedziawszy to on może by i narzekał na takie rzeczy, ale jeśli jedzenie byłoby zjadliwe a jemu nie chciałoby się gotować (co było częstym zjawiskiem), to pewnie zjadałby wszystko bez marudzenia. Może po jakimś czasie to zrezygnowałby z tych wszystkich sałatek i powiedziałby, że ma ochotę na coś normalnego.
    - Naprawdę. To miejsce działa na mnie na swój sposób uspokajająco, a także nabieram weny. Zimą i latem jest tutaj pięknie - powiedział z delikatnym uśmiechem. Miał też bardzo przyjemne wspomnienia związane z ttm miejscem. O ile się nie mylił to właśnie pierwsze wakacje związane z naprawieniem weny spędził tutaj w towarzystwie E. Zatrzymali się w jakimś zajeździe, zostali na kilkanaście dni...miesiąc prawie. Ale nie narzekali na to wszystko. Przyjechali też za rok jakoś tak na jesień oraz zimę. Boże Narodzenie spędzili zasypani, w miasteczku odciętym od świata. Po dwóch latach od pierwszej wizyty padła wspólna decyzja, że kupią dom w tej okolicy. Dom, który obecnie zajmuje Martin. Tarkowsky dziwił się temu, że kiedy przyjechał nie było w nim E.
    - O tak. Ich bezpośredniość jest...krępująca niekiedy - przyznał. No cóż...różni ludzie tutaj byli. To z całą pewnością tak było. Każdy chciał wiedzieć wszystko o wszystkich. Martin nie potrzebował takiej wiedzy. Uważał że dobrze jest mieć w sobie cząstkę tajemniczości, że to dobrze wpływa na każdego. Jakaś tajemnica, nawet niewielka.
    Pojął szybko o kogo chodziło. Oraz o co. Podziwiał ją.
    - A odnośnie tego psychologa...pracujesz w gabinecie? - zapytał. - Kiedyś chciałem być psychologiem, ale rozmyśliłem się dosyć szybko. Stwierdziłem, że to jest chyba za trudne jak dla mnie. Chyba nie potrafiłbym pracować jako psycholog. Nie potrafiłbym nakierować ludzi na właściwe tory... - wyznał. - Napisanie scenariusza jest łatwiejsze. Nawet niekiedy nie trzeba użerać się z aktorami - zaśmiał się cicho.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  40. [W porządku! ;)]

    Życie w Mount Cartier miało dużo zalet, ale tylko dla tych, którzy mieszkali w progach wioski od zawsze. Ludzie z miasta mogli za to na wiele rzeczy ponarzekać, bo ani tu zasięgu, ani internetu, ani niczego, dzięki czemu funkcjonowały wielkie miasta. Tam w przeludnionych metropoliach na chodniku mijało się mnóstwo różnych twarzy, poznawało się mnóstwo różnych osobowości, zaś tutaj stale spotykało się tych samych ludzi, z których każdy nosił już łatkę sąsiada, bo mieszkał niemalże przez płot. Ferran wychował się w Mount Cartier i darzył tę wioskę szczególnym sentymentem. Nic więc dziwnego, że postanowił wrócić właśnie tu, gdy jego życie zboczyło ze stabilnych torów.
    Przez pierwsze kilka miesięcy siedział w leśniczówce, tworząc swoją samotnię, którą od czasu do czasu psuł mu ośmioletni dzieciak, którego ani trochę nie kojarzył z tutejszych progów. Nikogo mu nie przypominał nawet z twarzy, jednak, choć chłopak przychodził co kilka dni, zazwyczaj starał się nie przeszkadzać mężczyźnie w życiu. Po prostu siadał na pniu, służącym do rąbania drewna, i obserwował Kaysera, jak ten zajmuje się drobnymi, domowymi robótkami. Czasami o coś podpytał, zagaił, chcąc nawiązać kontakt, a choć Ferran spławiał go szybko, młodzieniec wytrwale dążył do rozwinięcia tej znajomości. I, poniekąd mu się udało, choć przyjaźnią nazwać tego nie można, ale Ferran kilkakrotnie zechciał mu opowiedzieć o sobie nieco więcej, bowiem Max pytał głównie o jego przeszłość. Musiał usłyszeć gdzie te wszystkie plotki krążące na temat leśniczego, skoro był szalenie ciekaw tego, czym Ferran zajmował się kilka lat temu. Relacja tej dwójki była dziwna ale żadne z nich tak właściwie nie narzekało.
    — Posłuchaj, smarkaczu — wycelował palcem w młodego chłopaka, popijającego herbatę na stołku w kuchni — Nie powinno cię tu być od trzydziestu minut. Kończysz więc herbatę i spadasz do domu, jasne?
    Brzmiał stanowczo, acz Max pokiwał tylko głową i wzruszył ramionami.
    — Nie obchodzi mnie to, tak czy siak wylądujesz za drzwiami. Zaraz przyjdzie ta twoja wredna opiekunka i... — Wtem rozległ się odgłos pukania do drzwi. Niech to szlag.
    Posłał młodemu złowrogie spojrzenie, bo skoro z jakiegoś powodu nazywał ją wredną opiekunką, to może faktycznie taka była. Nie wiedział, bo jej nie znał, ale z tego co słyszał, to dzieciaki często mówią prawdę w takich sytuacjach.
    Podszedł więc do drzwi i otworzył nie niemalże na oścież.
    — Zapraszam — rzekł od razu, lustrując kobietę krótkim spojrzeniem, bo nie musiał pytać skąd te odwiedziny. Kayser nie przyjmuje gości, toteż nie trudno było się domyślić, że przyszła po Maxa.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  41. Uśmiechnął się delikatnie. Czuł się nieco zawstydzony tym wszystkim. W życiu nie przypuszczał, że pochawaleniem takej miescowości zyska w czyichś oczach. Poza miasteczkiem, kiedy był na świeczniku to wystarczyło dać na akcje charytatywne i ludzie byli zadowoleni. Mówili że przykład i tak dalej. Że takie coś to im imponuje.
    - Jesień ogólnie jest ładna. Ale ja nie przepadam za nią. Wtedy popadam w stany melanchonii i ciężko mi się skupić na czymkolwiek - powiedział zgodnie z prawdą. Nie kłamał, na jesień zawsze dopadał go taki stan. No i bardzo często też taki...bezwen. Przy nawet największym zapale nie potrafił niczego sensownego stworzyć. Wtedy zazwyczaj też czytał i oglądał filmy. Ewentualnie był na planie zdjęciowym.
    - Ludzie w ogóle lubią plotkować. To nie tylko cecha tubylców - zauważył. Może w takich małych miasteczkach było to bardziej widocznie niż gdzie indziej. Ale może... Przecież internet, tabloidy to wszystko plotkowało. Zależało na rozgłosie. Tylko że tam to sławy były na świeczniku. Tutaj każdy ze względu na to, że mała mieścina. Tarkowsky często łapał się na tym, że tutaj to każdy przyjezdny zyskiwał status takiej "gwiazdy". Ale to przecież normalne. Wszystko co nowe wzbudza sensację, później ta ekstaza mija i wszystko wraca do normy.
    - Staż - pokiwał głową z uznaniem. Podziwiał każdego kto chce jakoś zmienić swój los. Każdego kto działał a nie narzekał, na to jak źle i okrutnie. - Z zakonu? Miałaś być zakonnicą? - zapytał zdziwiony. Nie wierzył w to co słyszał. Musił kiedyś wykorzystać taki motyw. Może w jakiś filmie albo serialu? Jeszcze zobaczy co bardziej mu przypadnie do gustu.
    - Film od kuchni? - zastanoeił się. Upił łyk wina. - Zaczyna się od scenariusza. Niektórzy piszą role pod konkretnych aktorów. Ja nie praktykuję tego. Ja zaczynam pisanie trochę od końca. Wiem jak chce żeby się film skończył i do tego końca tworzę historię. Później po korekcie, wyrzuceniu niektórych scen, dodaniu czegoś...zamienieniu kolejności scenarusz idzie do producenta. Producent daje kase albo i nie daje...to już zależy od humoru. Robi się listę aktorów, wysyła się im scenariusze. Oczywiście też mówi się do jakiej roli ich się bierze. - westchnął cicho.- Tragedia to jest na planie zdjęciowym dopiero. Człowiek użera się z nimi. Musi pilnować wszystkiego, patrzy czy ujęcie jest dobre, czy może trzeba powtórzyć. Trzeba niekiedy z aktorem się pokłócić i powiedzieć, że gra jak drewno - wzruszył ramionami. Nie wiedział za bardzo co ma opowidzieć.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  42. (Piękna pani, doprawdy piękna :) I w dodatku ma zapewne złote serce, skoro opiekuje się młodszym bratem. Ja na wątek jestem bardzo chętna, a spotkać przelotnie mogłyśmy się na BHS, choć dziś nawet nie powiem ci z kim tam byłam wtedy :/ Przenosimy się na maila żeby pomyśleć?)

    Nadine Ross

    OdpowiedzUsuń
  43. Powrót do Mount Cartier i ponowne zmierzenie się z szarą rzeczywistością miasteczka, stanowi dla Higginsa dużym wyzwaniem, nie dlatego, że nie lubi tego miejsca, ale przede wszystkim dlatego, że ma tutaj stanowczo za dużo czasu na myślenie. Jest przyzwyczajony do bycia w centrum wydarzeń, do adrenaliny. Dawno już zapomniał czym jest spokój i lenistwo. Górski posterunek w niczym nie przypomina żadnej, nawet najbardziej oddalonej od cywilizacji bazy wojskowej. Zamiast kumpli przesiaduje tam z Holy i przeklina w duchu za każdym razem, kiedy dziewczyna proponuje grę w szachy czy karty. Jego życie stało się ostatnimi czasy splotem nieprzewidzianych wydarzeń i sam nie wiedział, gdzie go to wszystko zaprowadzi. Pewien był tylko tego, że droga nie będzie lekka i przyjemna.
    -Szybko zważywszy na to, że jestem tu dopiero od tygodnia.- dawała mu do zrozumienia, że nie jest zachwycona jego widokiem i prawdę mówiąc, mało kto w Mount Cartier był. Nie dziwił się temu. Sam w końcu na własne życzenie spalił za sobą wszystkie mosty i zerwał wszystkie kontakty będąc przekonanym, że już tu nie wróci. Nie chciał spędzić reszty życia w wiecznie zimnym i mokrym miejscu, nie chciał mieć żadnego powodu do tego by tu wracać. Podczas tych kilku lat był w miasteczku zaledwie trzy razy i były to dość krótkie wizyty. Być może miał z tego powodu wyrzuty sumienia, najbardziej z powodu dziadka, który już nie przypominał dziarskiego mężczyzny jakim był przed dziesięcioma laty. Stał się za to bardzo schorowany i wymagał stałej opieki. Było to dla Jask’a dużym wyzwaniem i choć na początku myślał, że sobie poradzi to po pewnym czasie przekonał się, że to nie przelewki. Kiedy pewnego dnia dziadek wyszedł z domu i zwyczajnie do niego nie wrócił, Jack postawił na nogi całe miasteczko. Wszyscy szukali starego Higginsa, jakby nagle spory i waśnie przestały istnieć. Od tamtej pory staruszek przebywał w szpitalu i nie wiadomo było czy wyjdzie z tego cało. W takim wieku nawet zapalenie płuc może stwarzać śmiertelne zagrożenie.
    -Czy to niewystarczający powód? – prawdę mówiąc, nie spodziewał się tak szorstkiego powitania. Oboje popełniali w młodości błędy i nie mogli się winić o całe zło tego świata. Ich kontakt z czasem się rozluźnił aż w końcu zamarł, bo każde z nich poszło w swoją stronę obierając własną ścieżkę i prawdopodobnie nie udałoby im się tych dróg poza Mount Cartier spleść.
    -Minęło prawie dziesięć lat, odkąd ostatnio się widzieliśmy.- powiedział trochę jakby do siebie i uśmiechnął się lekko.
    -To głupie, masz rację. Chciałem tylko żebyś wiedziała, że jeśli będziesz czegoś potrzebować, to możesz na mnie liczyć. – dodał robiąc dwa kroki w tył. Zszedł tym samym ze schodów prowadzących na przydomowy taras.
    -Tak, to tyle. Tylko tyle.- dodał

    OdpowiedzUsuń
  44. Gdyby Jack był na miejscu Mattie, na pewno zrobiłby to samo i poświęcił się tak jak ona, w imię ratowania rodziny a raczej tego, co z jej rodziny zostało. Tak jak i ona nie był człowiekiem bez serca a przynajmniej tak o sobie myślał, chociaż w gruncie rzeczy prawda mogła zupełnie od tego wyobrażenia odbiegać, bo w ocenie własnej osoby trudno o obiektywizm. Być może byłoby zupełnie odwrotnie. W końcu nie wrócił do Mount Cartier po to, by zająć się chorującym dziadkiem, tylko dlatego, że życie mu się wywróciło do góry nogami i gdyby tak się nie stało, na pewno nie stałby teraz pod jej drzwiami czując się jak idiota.
    -Nasze drogi się rozeszły, nie możesz mieć mi tego za złe. Nie było nam ze sobą po drodze. Mattie, wstąpiłaś do zakonu. - nie podobało mu się to, w jaki sposób go atakowała i przez chwilę miał wrażenie, że rozmawia z nastolatką, choć to może on zrobił się za bardzo gruboskórny i niewzruszony. Przejścia ostatnich tygodni odbijały mu się mocną czkawką, gdyby nie potrafił zdusić w sobie tych emocji, byłby chodzącym wrakiem człowieka. Trzymał się mocno dlatego, że nie rozczulał się nad sobą ani tym bardziej nad przeszłością, nad tym co się stało i czego nie mógł cofnąć czy naprawić.
    Zdecydowanie daleko było mu do ideału. W przeszłości nie traktował ludzi tak jak należy, myśląc tylko o sobie. Kiedy wyrwał się z tego grajdołu odżył i chciał, by cokolwiek go tam jeszcze trzymało. Taki też był jego charakter. Cenił sobie wolność, swobodę, chodził własnymi ścieżkami. Nawet kiedy był w stałym i poważnym związku nie potrafił poświęcić Nadine pełni swojego czasu.
    -Dzięki temu uniknęłaś wielu rozczarowań Mattie. – powiedział w końcu.

    OdpowiedzUsuń
  45. Jack nie próbował się wybielić. Przedstawiał swój punkt widzenia, swoje odczucia. Mówił to co miał na myśli bez zbędnych ceregieli. Jeśli to był moment, w który mieli wyjaśnić sobie sprawy sprzed lat, chciał to zrobić.
    -Nie zostawiłem Cię, bo nigdy nie byliśmy razem Mattie. Nigdy Ci niczego nie obiecywałem. Wiedziałaś o moich planach. - powiedział w odpowiedzi na jej słowa. Nie zamierzał pozostawać jej dłużny kiedy powiedziała wszystko to co miała na myśli. Nie winił jej bo nie miał za co. To była szczeniacka relacja, a takie mają to do siebie, że nie trwają wiecznie. Jeśli chciała aby był bezpośredni, to w tej chwili zademonstrował swoje oblicze z możliwie najgorszej strony. Miał już dość brania winy na siebie. Nie zamierzał z żalem bić się w pierś i przepraszać. Ostatnimi czasu musiał to robić stanowczo za często. Było w nim przez to zbyt dużo goryczy i zbyt mało empatii. Nadine także próbowała przekonywać, że to on jest winny rozpadowi ich związku. Zapomniała tylko, że Jack nie pchał jej w ramiona Richarda. Nie zapraszał go na swoje miejsce w łóżku, kiedy wyjeżdżał. Nie przekazywał mu kluczy do mieszkania i nie prosił, by się nią opiekował. Długo jeszcze będzie pamiętał moment, w którym zobaczył ich idących w objęciach obok ich domu. Jak miał nie stracić panowania nad sobą w takiej sytuacji? Widział swoją narzeczoną z jego kumplem i bynajmniej nie zachowywali się po przyjacielsku. Ale mimo wszystko to Jack był winny.
    -Nie możesz mnie oceniać przez pryzmat przeszłości, bo już w niej nie żyję.- dodał. Wtedy jego życie nabierało rozpędu. Łapał wiatr w żagle. Był młody i nie myślał o konsekwencjach, o innych osobach. Chciał brać z życia garściami i korzystać z tego, czego nie zaznał w Mount Cartier. Prowadził hulaszczy tryb życia i nie sposób było go poskromić. Poza tym Mattie też nigdy nie dała mu jasno do zrozumienia, że chce czegoś więcej poza przyjaźnią. A przynajmniej wtedy nie myślał o ich nocy w ten właśnie sposób.
    -Jak widzisz, dzisiaj moja postawa też jest dla Ciebie rozczarowaniem, więc przynajmniej miałaś te dziesięć lat spokoju.

    OdpowiedzUsuń
  46. Spojrzał na chłopaka i zmarszczył delikatnie brwi, słysząc jego słowa. Zastanawiał się czy będzie miał takie same problemy z Madeline. Tak naprawdę wszystko było dopiero przed nim, nie miał pojęcia czego ma się spodziewać, jako samotny ojciec. Nigdy nie myślał, że czeka go właśnie taki los. Życie… nie było dla niego łaskawe, ale miał dla kogo walczyć, a to było w tym momencie najważniejsze. Najprawdopodobniej gdyby nie Maddie, już dawno by się załamał i skończył jako pijaczyna na bruku. Nie mógł jednak tego zrobić swojej córeczce, dlatego próbował wziąć się w garść.
    Rozchylił delikatnie usta, słysząc, że jest jego siostrą i prawną opiekunką. To oznaczało tylko jedno… Skinął nieznacznie głową, nie chciał jej współczuć, nie chciał składać kondolencji, nie chciał mówić słów, które jeszcze sam niedawno słyszał z każdej strony. Nie znosił ich dobrze i zdawał sobie sprawę, że i Mattie może nie chcieć ich słyszeć i z pewnością również może mieć ich dosyć. Nie miał pojęcia, nie słyszał nic… Matka nawet mu nie wspomniała.
    — Dokładnie tak. — Uśmiechnął się delikatnie, chociaż nie było to łatwe. Miał nadzieję, że chociaż u innych ludzi układa się dobrze, a szczególnie tych, które kiedyś były mu bliskie. Takie nowiny nie były jednak pozytywne, a jego już jakże słaby humor tylko się delikatnie pogarszał. — Cóż… wydawać by się mogło, że razem z nim przetrwasz wszystko. — Powiedział ze spokojem, przyglądając się jej cały czas, z nutą ciekawości w spojrzeniu, jakby mimo wszystko chciał się upewnić, że na pewno nic jej nie jest. Słysząc propozycję dziewczyny, automatycznie spojrzał na zegarek. Maddie była ze swoją babcią, więc herbatę mógł by wypić. Bał się tylko cholernie mocno rozmowy. Nie chciał zadawać pytań i nie chciał udzielać odpowiedzi na te skierowane do niego.
    — Co prawda mam ograniczony czas, ale herbatę powinienem zdążyć wypić. — Skinął głową na znak zgody, że zostanie, chociaż nadal nie był pewny czy aby na pewno tego chce. Matka mu jednak wciąż powtarzała, że musi wyjść w końcu do ludzi, otworzyć się przed kimś, spróbować porozmawiać, spróbować zacząć żyć raz jeszcze, co oczywiście dla Declana nie było łatwe, ani tak bardzo oczywiste. Wciąż żył w swoim świecie, a wpuszczenie do niego kogoś ponownie, było… ciężkie.
    — To co… nie jestem już chyba takim nieznajomym, co? — Spojrzał na dziecko i uśmiechnął się słabo. — Miałeś nosa Max, co do których drzwi zapukać, cześć, jestem Declan. — Wyciągnął dłoń w stronę chłopca.

    Declan

    OdpowiedzUsuń
  47. — Nie… mam dziś wolne, ale zostawiłem z mamą córkę. — Nie był pewien czy chce już jej odpowiadać o całej swojej przeszłości, ale dobrze wiedział, że prędzej czy później nadejdzie ten moment. Ukrywanie prawdy nie miało najmniejszego sensu, poza tym dlaczego miałby ukrywać cały swój świat? Tym właśnie była dla niego Maddie, największym skarbem, całym światem i jedyną osobą dla której i dzięki której wciąż się trzymał. Była jeszcze za mała, aby zrozumieć co się stało. Declanowi było smutno, że nie będzie nawet pamiętała swojej mamy, że nie miała szansy tak naprawdę jej poznać, ale… Życie potrafi być naprawdę okrutne. Dlatego się starał. Wiedział, że nigdy nie uda mu się stworzyć tak silnej więzi, jaka była pomiędzy matką i córką, ale chciał być i musiał być dla niej. — Nie chcę jej wykorzystywać… tak, nie przesłyszałaś się, mam córkę, ale… to zdecydowanie długa historia. — Powiedział, delikatnie zerkając na Maxa, dając tym samym do zrozumienia, że nie chce o wszystkim opowiadać przy chłopcu. W tym momencie brat Mattie był dla niego ratunkiem, za co był cholernie wdzięczny.
    — Rozumiem… — Powiedział do Maxa, chociaż odrobinę go zaniepokoiły słowa chłopca. Co miał jednak zrobić? Był tylko sąsiadem, w dodatku takim, który dopiero co poznaje dzieciaka. Nie zamierzał się wtrącać ani narzucać. Być może spotkają się jeszcze kiedyś, ale kiedy i jak często? Spojrzał na rudowłosą dziewczynę i ruszył powoli za nią.
    — Herbata jest w porządku, zwykła i bez cukru. — Zawsze taką pił, kawę również pijał bez cukru, chociaż zdarzały się dni, kiedy zwyczajnie potrzebował białych kryształków. — Skoro tak, koniecznie muszę ich spróbować. Jestem pewien, że pieczesz teraz znacznie lepiej niż te kilka lat temu. — Uśmiechnął się na wspomnienie dnia sprzed prawie dziesięciu lat, kiedy zadowolona i dumna ze swoich wypieków dziewczyna stanęła przed nim częstując go jednym z nich. Musiał się powstrzymywać jedząc je, aby nie powiedzieć ani jednego złego słowa na ich temat, chociaż do najsmaczniejszych nie należały. Wierzył, że teraz będzie zupełnie inaczej.
    — Pomóc ci jakoś? — Zapytał, gdy znaleźli się w kuchni. Pomieszczeniu, które było sercem każdego domu. Rozglądając się dookoła uśmiechał się delikatnie. Każde miejsce w Mount Cartier było pełne wspomnień… Nawet kuchnia sąsiadki. Gdziekolwiek się nie pojawiał, wspomnienia wręcz atakowały go, a on sam nie miał pewności, jak ma sobie z nimi wszystkimi radzić. — Cholera, minęło tak dużo czasu od ostatniego naszego spotkania. — Odezwał się w końcu, zastanawiając się nad doborem odpowiednich słów.

    Declan

    OdpowiedzUsuń
  48. Zawsze uważał, że radzi sobie świetnie, egzystując wśród drzew lasu Quicame – jeszcze rok temu mógłby się zastanowić nad sobą, jednak teraz, kiedy sam powstrzymywał ogromne napady agresji i chęć sięgania po kolejną butelkę rumu w barze u Iana, był przekonany, że nie potrzebuje żadnych, dodatkowych rad. Nie tłukł już talerzy, zaczynał całkiem normalnie spać, a ilość alkoholu z jednej butelki ograniczył do kilku szklanek dziennie. Według niego wszystko było w porządku – według osób trzecich, Kayser powinien uczęszczać na jakieś porządne terapie, nim oszaleje sam ze sobą. Być może nadal nie był tym Ferranem, co dekadę temu. Wciąż trzymał się na uboczu, ordynarnie reagując na każdorazowe naruszenie prywatności – wystarczyło, żeby ktoś trącił go przypadkowo ramieniem, by stracił panowanie nad każdą częścią swojego ciała, włącznie z mózgiem. A nie daj Boże, aby na salony wkroczył temat jego przeszłości! Oj nie – o niej kompletnie nie potrafił rozmawiać. Każdorazowe wspomnienie dotyczące afgańskiej wojny sprawiało, że tonął w hektolitrach alkoholu i gotującej się gdzieś w duszy złości. Po powrocie z misji, każdy powtarzał mu, że w żadnym calu nie przypomina dawnego siebie – wszyscy mieli absolutną rację, bo po dawnym Ferranie pozostało tylko to samo imię. Miał zostać odesłany na kozetkę do psychiatry, jednak negocjacje spoczęły na wyjeździe do Mount Cartier, dlatego znalazł się ponownie w rodzinnych strona, by zaznać spokoju, którego wtedy szczególnie potrzebował. Zresztą, tak samo jak przyrody, będącej najlepszym antidotum, pozwalającym na nowo przystosować się do normalnej egzystencji – bez ciągłej walki o życie, bez głośnych wybuchów, krzyków, strzałów i fruwających dookoła łusek. Musiał się nauczyć żyć od nowa, w świecie gdzie jedyne zagrożenie stanowi dzika zwierzyna gór Cartiera i przewracające się od czasu do czasu drzewa – w świecie, w którym nie musi walczyć o siebie i o innych.
    Niemniej jednak, w roli leśniczego sprawował się świetnie, bowiem mieszkańcy na bieżąco byli informowani o błąkających się w okolicy zwierzętach, którym przy okazji także nie brakowało pożywienia i wody, bo Ferran regularnie uzupełniał rozstawione wśród wysokich świerków paśniki. Poświęcał się tej pracy tak, jak poświęcał się niegdyś wojnie, i to dlatego wracał małymi krokami do normalności. Tylko zajęcie się czymś innym mogło sprawić, że uwolni się od echa minionych dni... Albo zajęcie się kimś, jak zwykła powtarzać Valeria.
    Początki znajomości z ośmioletnim Maxem były bardzo nieprzyjemne, jednak chłopak, o dziwo, nie dawał za wygraną i stale przychodził w okolice leśniczówki, obserwując jak Kayser rąbie drewno, czy zajmuje się każdą inną, równie męską kwestią. Aż w końcu pan leśniczy postanowił zagaić do młodego, który szybko i chętnie podjął się rozmowy. Teraz, ilekroć przychodził, Ferran pokazywał mu podstawowe czynności domowe, należące głównie do mężczyzn. Pod przysięgą, że młodzieniec nigdy nie przekaże informacji dalej, opowiadał także o swojej przeszłości, jeśli chłopak nieśmiało zadawał dotyczące jej pytanie.
    Ferran splótł ręce na wysokości klatki piersiowej i pokiwał głową, gdy Max wspomniał po raz kolejny, że kobieta, która po niego przyszła jest marudna. Jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu. Jednak, gdy usłyszał słowo kolegi ściągnął brwi, nieco zdziwiony.
    — Kolegi? — Podpytał delikatnie zdziwionym tonem — Nie mieliśmy okazji się wspólnie bawić — zauważył, przenosząc błękit tęczówek na twarz rudowłosej kobiety. Postąpił kilka kroków w kierunku drzwi, by oprzeć się ramieniem o framugę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A kto miałby tu jeszcze być? Mieszkam sam, nikt inny się tu nie kręci — wyjaśnił, zerkając na chłopaka — Oprócz Maxa — kiwnął głową w jego stronę — Który chyba wkracza w okres buntu, bo nie da się nie zauważyć, że potrzebuje męskiej ręki. A to dobry okres, bo w nim człowiek najbardziej błądzi, a nic nie uczy lepiej, niż błędy.
      Swój okres buntu pamiętał doskonale i prawda jest taka, że to na błędach nauczył się najwięcej. Babka powtarzała, by nie trzymał rąk za blisko ognia bo się sparzy i dopóki, dopóty nie wcisnął dłoni w płomienie, nie nauczył się by na ogień rzeczywiście uważać.

      Ferran Kayser

      Usuń
  49. — Pewnie, jeżeli tylko Mattie nie będzie miała nic przeciwko, mogę wpadać czasem na herbatę. — Posłał chłopcu wesoły uśmiech. — W twoim wieku też miałem mnóstwo komiksów, jak znajdę na strychu u rodziców jakieś to ci przyniosę, ok.? — Spojrzał, jak Max biegnie na korytarz zdjąć buty i odłożyć kurtkę, a sam w tym czasie podszedł do szafki o której wspominała dziewczyna i wyjął z niej trzy talerze po czym ułożył je na stole, obserwując jak Max biegnie na swoje, prawdopodobnie ulubione krzesło. Inaczej pewnie by tak nie pędził.
    — Dokładnie sześć miesięcy i piętnaście dni. — Sprecyzował. Robiła się coraz starsza, a odliczanie jej wieku tylko uświadamiało młodego tatę, jak ten czas szybko mija. Zresztą, wystarczyło spojrzeć tylko na nich. Miał dziewiętnaście lat gdy wyjeżdżał z Mount Cartier i rozpoczął swoją wielką przygodę w wielkim świecie. Montreal brzmiał tak cudownie, a wiadomość o dostaniu się na najlepszy uniwersytet w Kanadzie uczący medycyny… Spełnienie marzeń. Mając te swoje dziewiętnaście lat, stojąc z walizkami, żegnając się z rodzicami nigdy nie pomyślałby, że wróci tu jeszcze kiedyś na stałe, że wróci tutaj z dzieckiem mi pochowaną żoną. Intensywne skupienie myśli na zmarłej Katie sprawiło, że mina Declana zrzedła, chociaż starał się to zamaskować. Nie chciał być ciągnięty za język, a tym bardziej nie miał zamiaru się rozklejać przy Mattie i jeszcze przy Maxie.
    — Nie wiem dlaczego je jadłem. Pamiętam ich smak… — Kiedy przypomniała mu o zapiekanym serem makaronie, wykrzywił usta. I w tym przypadku, dokładnie tak samo jak przy ciasteczkach pamiętał ten smak, chociaż chętnie wymazałby to ze swojej pamięci. Bardzo lubił Mattie i nie chciał sprawiać jej przykrości, dlatego zawsze jadł wszystko co tylko dziewczyna przyniosła. Próbował ją wspierać i motywować do dalszych prób, ale jej rodzice po przygodzie z tą zapiekanką postanowili się wtrącić, może i tak było lepiej? Był więc bardzo ciekawy, jak wyszły jej te ciasteczka. Patrząc na Maxa i jego uśmiechniętą buzię, był pewien, że są dużo bardziej smaczne niż te, które jadł kilka lat temu.
    — Dziewięć lat. — Potwierdził, siadając na krześle i chwytając w dłoń kubek. — Strasznie dużo czasu… Kto by pomyślał, że spotkamy się jeszcze raz w Mount Cartier, co? — Zagadnął, przypominając sobie swoje wielkie plany i marzenia, ale również te Mattie. — Pamiętasz jak jeździliśmy nad jezioro Roedeark? — Uśmiechnął się wesoło na samo wspomnienie ich wspólnych wycieczek. Nie był jednak pewien, czy przy jej młodszym bracie może wspominać wszystkie ich wspólne przygody. Niektóre z pewnością nie były przeznaczone dla dziecięcych uszu. — A ty Max… opowiedz co teraz dzieciaki robią w miasteczku. — Spojrzał na chłopca, który właśnie chwytał swój kubek chcąc upić z niego kilka łyków.

    Declan

    OdpowiedzUsuń
  50. Rozmowa okazała się znacznie trudniejsza, niż się spodziewał, ale z drugiej strony chyba cieszył się, że zdobył się na ten krok i stanął pod jej drzwiami. Dowiedział się przynajmniej co ona o tym wszystkim i przede wszystkim o nim myśli. Nie mniej jednak, nadal nie uważał, żeby ich rozstanie było tylko i wyłącznie jego winą. To nie było przecież tak, że nagle przestał do niej pisać. Cały proces był stopniowy, bardziej złożony i oboje brali w tym udział. Nie odpowiadał przecież jednym listem na jej trzy. Oboje pisywali do siebie coraz mniej i oboje tego kontaktu w końcu zaniechali. Nie można było tutaj wybrać konkretnego winnego.
    -Jak możesz tak mówić? Uważasz, że zaciągnąłem Cię do łóżka? – zrobił dwa kroki w przód aby spojrzeć jej w oczy. To oskarżenie było już stanowczą przesadą tak jak sugestia, że tylko o to mu chodziło. Gdyby tak było, nie przyjaźniłby się z nią przez tyle długich lat, podczas których nic między nimi nie zaszło. –Bo ja myślałem, że oboje tego wtedy chcieliśmy tak samo.- ich sprawa nie była łatwą do osądzenia. Gdyby przyjrzeć się ich relacji bliżej, oboje musieliby zasiąść na ławie oskarżonych i zapewne oboje zostaliby uznani za współwinnych.
    -Kluczem do porozumienia jest teraźniejszość Mattie. Bo w przeciwieństwie do przeszłości, na nią, mamy wpływ. – była do niego bardzo negatywnie nastawiona i dawała mu to dosadnie do zrozumienia. Nie zamierzał w niczyim życiu pełnić roli intruza. Nie zamierzał też na siłę udowadniać jej jak bardzo się zmienił, podczas gdy od początku skazywała go na porażkę. Jeśli chciała żyć przeszłością, to była tylko i wyłącznie jej sprawa. Czasem jest tak, że pomimo starań, dobrych relacji nie da się odbudować. Jack przeszedł w życiu wystarczająco by o tym wiedzieć.
    -Spokojnie, nie przyszedłem tutaj w nadziei, że znowu uda mi się ‘zaciągnąć Cię do łóżka’.- skomentował jej słowa, w których jasno określiła, że obraca się tylko w relacjach koleżeńskich i sąsiedzkich. Życie nie było tylko czarne i białe, jak próbowała to przyporządkować.

    OdpowiedzUsuń
  51. Zastanawiała się, czy praca to byłby dobry wybór. Przecież chciała się oderwać od dotychczasowego życia, zacząć od nowa, a przynajmniej spróbować. Nie wiedziała, co dokładnie powinna począć - po prostu siedzieć, grać i malować, czasem fotografować, czy wręcz przeciwnie… Może znaleźć jakieś źródło utrzymania? Póki co nie było mowy, aby Melody miała się usamodzielnić. Rodzice tak bardzo martwili się o nią, że dzwonili tak często, jak tylko się dało, by dowiedzieć się, co u ich kochanej córeczki. Bo darzyli Melody naprawdę szczególnymi uczuciami, z których panienka Wild nie do końca zdawała sobie sprawę. Przecież… Jak można kochać kogoś takiego?
    W pewnych momentach poczucie rozbicia niemiłosiernie gryzło brunetkę od środka, przez co nie zachowywała się normalnie. Chodziła po domu jak opętana, machała rękami nie wiedząc, jak dać upust swoim nerwom. Nie lubiła ćwiczeń, czasem biegała. Dobrze jej to wychodziło. Ale teraz, po tylu wydarzeniach z misiami w roli głównej, niezbyt paliła się do buszowania sprawnościowego w lesie. Bo przecież w cywilizacji by się wstydziła.
    Musisz iść do lekarza. To już konieczne, Mel - mruknęła ciotka, mieszając zawartość parującego gara. Miał być rosół. Jakiś zapożyczony przepis od starej przyjaciółki Polki. Melody go nienawidziła.
    Nie muszę - powiedziała oschle, siedząc przy stole i podrzucając jabłkiem do góry, a potem je łapiąc. Annie podparła się jedną ręką o bok i pokręciła głową.
    I co, będziesz takim kłębkiem nerwów? Zresztą, już jesteś umówiona - dodała.
    Co? - Spytała Melody, nie łapiąc jabłka. To zaś walnęło ją mocno w głowę, gdy spadło, a potem poturlało się po podłodze. Zaraz zaatakował je Ombre.
    No tak… Nie rób takiej rozdziawionej miny, bo zmarszczek dostaniesz - zachichotała. Panience Wild kopara opadła.
    Ciotka sięgnęła po talerz, następnie chochelką nabrała zupę i przelała ją do naczynia, podając bratanicy. - A teraz jedz, póki wystygnie. Same pyszności…
    Ombre powąchał. I zwrócił wczorajszą myszę.

    ***
    Nie chciała tam iść. Zaciągnęła ją na siłę! Coś tam tylko ciotka mówiła, że to swoja, sprawdzona osoba, że się znały, lubiły… Nie wspomniała, iż Melody miała być królikiem doświadczalnym Mattie. Może Annie sama o tym nie wiedziała?
    Niemalże siłą wepchnięta do gabinetu dziewczyna aż kipiała ze złości. No, ale nie tak, jak rosół.
    Rozciągnęła usta w wąską kreskę i trzymała zaciśnięte dłonie na plecaku. Miała zamiar jak najszybciej się stamtąd urwać i iść malować w jakieś ustronne miejsce. A teraz…. Co miała mówić?
    Przez moment milczała, jak zwykle zresztą. Nie lubiła być wylewna.
    Ja… Chyba byłam umówiona… - zaczęła niepewnie. Palce aż poczerwieniały. - Ciocia mi mówiła… Podobno się znamy - wypluła z siebie wreszcie, otwierając szerzej oczy. Wyglądała zdecydowanie nienaturalnie. Jakby kot ją… Cóż.

    Melody

    OdpowiedzUsuń
  52. Gdyby o tym nie myślała, to takie słowa w ogóle by nie padły, zwłaszcza teraz. Ale najwyraźniej to było coś, co paliło ją od środka i z czym przez te wszystkie lata nie potrafiła sobie poradzić. To było oczywiste, że Jack nie zaciągnął jej do łóżka, nie użył zadnego podstępu, nie był dla niej miły tylko dlatego, że chciał ją przelecieć. Gdyby tak właśnie było, Mattie na pewno by o tym wiedziała, ale ich relacja nie przypominała jednej z tych krótkich, przelotnych.
    -A ja nie powiedziałem, że chciałem zerwać z Tobą kontakt. – odpowiedział w końcu przyparty do muru. Ich rozmowa od początku nie toczyła się po odpowiednich torach i chyba oboje zupełnie inaczej to sobie wyobrażali. Jack przede wszystkim nie spodziewał się tak negatywnego podejścia. Gdyby wiedział, że tak ją rozzłości swoją obecnością, nie przychodziłby tutaj tego wieczoru.
    -O tym nie pomyślałaś, prawda? – zapytał kiedy zamilkła na chwilę patrząc na niego pytająco a raczej wyczekująco. Zanim poznała całą historię, zanim dowiedziała się o nim czegokolwiek, przystąpiła do ataku. Oboje pokryli się przez to niewidocznymi zbrojami, uniemożliwiającymi zawarcie porozumienia.
    -Nie przyszło Ci do głowy to, że nie odzywałem się, bo nie mogłem? Bo nie byłem na wakacjach? Bo czasami wywozili nas na choler*ny koniec świata skąd wysłanie głupiego listu graniczyło z cudem? – zapytał w końcu i było w tym dużo prawdy. Jack stacjonował w różnych miejscach na świecie. Niektóre były bardziej inne mniej bezpieczne. Kiedy jeszcze był zwykłym szeregowym żołnierzem nie miał takich problemów. Ale on nigdy nie chciał być średniakiem. Zawsze mierzył wyżej pomimo konsekwencji z jakim się to wiązało i pomimo wielu wyrzeczeń. Włożył niezwykle dużo sił i uporu w to, by dostać się do jednostek specjalnych. Absorbowało to cały jego czas. Wszystko co robił do tych czas, musiał robić bardziej, lepiej, szybciej. Dopiero potem poznał z czym to się naprawdę wiąże. Do czego tak naprawdę się przygotowywał i jakie plany będzie musiał realizować. Często do jednej misji przygotowywali się miesiącami. Czasami tygodniami czekali na znak, by po chwili został odwołany.
    -Próbowałam się potem z Tobą skontaktować. Ale byłaś już nieosiągalna. A teraz dorobiłaś sobie do tego całą historię, bo tak Ci jest wygodniej. Nie dałaś mi nawet szansy na normalną rozmowę, zanim zaczęłaś zachowywać się jak prokurator na przesłuchaniu.
    -I tak, przyszedłem tutaj po to, by Cię zobaczyć ale również po to, żeby Cię przeprosić za to, że już więcej nie próbowałem, bo uznałem to za naturalną kolej rzeczy. I że nie było mnie tutaj wtedy, kiedy potrzebowałaś wsparcia i pomocy. – powiedział na jednym wydechu wyraźnie poruszony.
    -Ale do tej części niestety nie doszliśmy. – dodał i wzruszył bezradnie ramionami bo właściwie w tej właśnie chwili było mu już wszystko jedno.

    OdpowiedzUsuń
  53. Pokiwał głową. Fakt taka złota jesień była piękna. Chociaż sam cierpiał na jakąś bliżej niezidentyfikowaną chandrę jesienną. Jakoś sam nie potrafił tego wyjaśnić, dla niektórych w końcu jesień była takim bodźcem, który działał kojąco i w jakiś sposób pomagał przy procesie twórczym. On zdecydowanie wolał wiosnę. Wtedy naprawdę mógł tworzyć, działać, robić wszystko. W lato oraz zimę było podobnie, mógł tworzyć, nagrywać, spełniać się twórczo, na jesień była natomiast jakaś taka blokada twórczo-życiowa.
    Na wieść o tym, że uciekła z zakonu uśmiechnął się delikatnie. Spojrzał na nią i stwierdził, że naprawdę nie wyobrażałby sobie jej w habicie. Chyba by nie przeżył widząc taką kobietę w jednolitym stroju. Mattie była dla niego, takim kimś…kto z całą pewnością potrafił sprowadzić na ziemię. Strasznie podobał mu się kolor jej włosów, oraz twarz, w której było coś czego nie potrafił jednoznacznie nazwać. Sam nie wiedział co powodowało, że patrząc na jej rysy popadał w stany zamyślenia, oraz dlaczego wtedy też uśmiech sam wpełzał mu na twarz. Było to dziwne zjawisko. Sam jednak przed sobą przyznawał, że kobieta podobała mu się, była naturalna i chyba właśnie to mu się w niej podobało. Ta naturalność.
    Zaśmiał się sam z siebie.
    — Naprawdę? Powiedziałem to jakbym udzielał wywiadu? – zapytał jakby niedowierzając temu wszystkiemu – To chyba nieomylna oznaka, że naprawdę taki urlop jest mi potrzebny. Skoro odpowiadam tak jakbym udzielał wywiadu – zaśmiał się i spojrzał na Mattie. Naprawdę ciężko mu było w to uwierzyć, ale no chyba musiał.
    — Filmy akcji na to się składają. Na tym polega ich idea, mają mieć niezbyt skomplikowaną fabułę, ma się dziać i widzowie muszą chcieć kibicować głównemu bohaterowi, który najczęściej jest herosem i ratuje wiele istnień. Owszem, schemat utarty, ale jednak ludzie wbrew pozorom tego chcą…a przynajmniej chodzą na to do kina z przyjemnością – wyjaśnił. Widział to z obserwacji. Sam tworzył różne filmy…a właściwie to scenariusze do różnych filmów. Naprawdę stworzył nawet jedno romansidło oraz napisał scenariusz do horroru. Były to głównie filmy klasy B, gdzie chciał zerwać ze stereotypami, oraz odejść od utartych schematów. Filmy nie odniosły jakiegoś wielkiego sukcesu, może nie tyle za sprawą scenariusza, ale nieco zawinił reżyser, oraz aktorzy.
    Na całe szczęście Martin tylko napisał scenariusze, a nie reżyserował. Chociaż może gdyby spróbował, to filmy odniosłyby jakiś sukces? Tylko że wtedy potrzebował pieniędzy, zaczynał swoją przygodę z wielkim światem show-biznesu. A sprzedanie scenariuszy było całkiem dobrą opcją, no i dzięki temu mógł niczym Quentin Tarantino nagrać swój własny film, który może nie odniósł jakiegoś ogromnego sukcesu, nie zdobył Oscara, ani żadnego jakiegoś wysokiego wyróżnienia, ale pozwolił mu chociaż trochę zaistnieć w tej branży.
    Na całe szczęście później było zdecydowanie lepiej. Może dlatego, że dzięki E poznał kilku ważniejszych ludzi? Chyba tak. Chyba właśnie dzięki E, się wybił w tym świecie.
    — Nie musisz się ograniczać tylko do filmów i scenariuszy – powiedział z niejakim rozbawieniem. – Naprawdę. Przyznam szczerze, że owszem starałem się tworzyć nieszablonowe rzeczy. Na samym początku, kiedy zaczynałem. Jednak cóż, nie odniosło to wszystko jakiegoś większego sukcesu, może gdybym uparcie dążył i robił wszystko w tym kierunku, to pewno coś by się udało. Albo teraz… Ale zobaczymy. Na razie piszę scenariusz do kilku odcinków jakiegoś serialu. Prawie kończę, może jak pojawi się w mojej głowie jakiś pomysł to stworzę jakiś scenariusz filmowy – wzruszył delikatnie ramionami. Spojrzał na talerz, który był prawie pusty. Musiał przyznać, że był tak pochłonięty rozmową, że nawet nie zarejestrował tego ile już zjadł. A to znaczyło też, że musiało być dobre.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  54. -To nie jest takie proste Mattie. – skomentował krótko jej słowa. Może dla niej wszystko było czarne albo białe, ale ta sprawa miała dużo akcentów w różnych odcieniach. I to właśnie one miały wpływ na większość z jego decyzji. Dodając do tego fakt, że był wtedy młodym człowiekiem, któremu dopiero co udało się wyrwać z miejsca bardziej przypominającego więzienie niż rodzinny dom, obraz stawał się już bardzo złożony.
    -Nie wiem kto i jakie zdjęcia ci pokazał. – dodał odnosząc się do jej wcześniejszych słów.
    -Ale też nie mam niczego do ukrycia. – z ich dwójki to ona wstąpiła do zakonu przyrzekając celibat. On żył tak jak każdy inny młody mężczyzna i nie wstydził się tego. Kiedy miał urlop z przyjaciółmi odwiedzał różne zakątki świata. Kto mając do wyboru dwa tygodnie na Florydzie wybrałby zimne miasteczko na północy Kanady? Wakacyjny czas sprzyjał imprezom i romansom a młodzi żołnierze nie miewali problemów z powodzeniem u płci przeciwnej.
    -Twoja matka przekazała mi informację o tym, że jesteś w zakonie i jednocześnie dała mi do zrozumienia, że nie powinienem zabiegać o kontakt. – to, że Mattie wstąpiła do zakonu nie wydawało mu się wcale nieprawdopodobne, wręcz przeciwnie. Nigdy nie ukrywała swojej wiary, czego on osobiście nie rozumiał. Jack wrócił akurat wtedy z kilkumiesięcznej, trudnej misji i miał chwilę urlopu i odpoczynku przed kolejnymi zadaniami.

    OdpowiedzUsuń
  55. [ Cześć! Dziękuję bardzo za miłe powitanie :) Zdjęcie w karcie śliczne, marzy mi się taki kolor włosów...Interesująca historia- od zakonnicy do pani psycholog. Na wątek jestem jak najbardziej chętna ( w końcu po to tutaj wszyscy jesteśmy!) tylko na chwilę obecną pomysłów bak, a jak tak nie lubię przychodzić z pustymi rękami :/ Cóż, myślę, że mogłyby się poznać dopiero w MC np. Sophie załamana swoją nieporadnością w tym jakże odmiennym dla niej świecie poszłaby do Mattie wyrzucając z siebie całą złość, a ponieważ nie ma w mieście znajomych/przyjaciół to pani psycholog wydaje się odpowiednia do rozmowy. Więcej pomysłów niestety na chwilę obecną nie posiadam :( ]

    Sophie

    OdpowiedzUsuń
  56. — Tak jest to nudne. Nudne do bólu, jest przewidywalne do granic możliwości, ale jednak właśnie to wszystko działa na publikę – powiedział. Zastanawiał się jak bardzo dziwnie musi wyglądać taka rozmowa z kimś, kto mówi jak podczas udzielania wywiadu. Po tej uwadze czuł się naprawdę dziwnie, tak nieswojo. Zaczęło go zastanawiać to, czy zawsze tak mówi, czy może teraz tak przez przypadek to zabrzmiało.
    — Nie. Jeszcze nie oglądałem, ale nie wiem czy obejrzę w najbliższym czasie – odpowiedział zgodnie z prawdą. Chciał obejrzeć i może naprawdę zobaczy sobie ten film, pytanie brzmi tylko kiedy konkretnie. Na razie męczył stare filmy, oraz czytał książki byleby zająć się czymś. Nawet pisał jakieś scenariusze do seriali, byleby zarobić chociażby trochę pieniędzy i żeby nie „zniknąć” tak z dnia na dzień. Nie po to wspinał się po drabinie show-biznesu aby w tak szybki sposób to porzucić.
    — O tym mówię. Chociaż to też nie jest tak do końca to wszystko. W teatrze, powinno się szokować oraz wymyślić cokolwiek innego, oryginalnego. Coś co ma szokować ludzi – powiedział. Teatry też mu się podobały, ale niestety nie te w Ameryce. Te Europejskie do niego przemawiały. Te które są na wschodzie Europy. Może nie byłby to jakiś szczyt wszystkiego, jednak chyba tamtejsza kultura mu się podobała bardziej. Tam ludzie przychodzili do teatru ładnie ubrani, a nie tak jak w Anglii, w jeansach, T-shircie i marynarce narzuconej na to wszystko.
    Chociaż i tak były odstępstwa od reguły i doskonale o tym wiedział.
    — Nie – zaśmiał się szczerze. Nawet gdyby się najadł, to nie odmówiłby sobie takiego deseru. No chybam, że byłoby coś czego nie lubił, albo cos na co był „uczulony”. Tak to naprawdę mógł zjadać większość rzeczy, które były słodkie. Wszystkie ciasta, ciastka oraz cukierki.
    — Praca na planie serialu, oraz filmu jest inna – powiedział. – Co prawda to i to jest podobne, ale nie dla scenarzysty. W filmie opowiada się jedną historię i ma się załóżmy na to jakieś… sto może sto czterdzieści minut. Musi to wszystko doprowadzić od początku do końca i zmieścić się w tym czasie. W serialu/serialach najczęściej mamy kilku głównych bohaterów. Każdemu trzeba stworzyć historię i ciągnąć ja niekiedy przez kilka sezonów. Nie można wszystkiego widzom od razu zdradzić, trzeba wszystko dawkować – upił trochę wina. – Osobiście, jako scenarzysta to przy filmie. Jakoś nie muszę myśleć o tym dawkowaniu tajemnicy, no i po prostu piszę scenariusz na film trwający dwie godziny i tyle. Jako reżyser…jako reżyser chyba też. Krócej się jest na planie zdjęciowym. No bo jednak jeśli cały serial ma mieć powiedzmy trzynaście odcinków po pięćdziesiąt minut, to czas się wydłuża. A przy filmach, to nieco krócej się jest. Później czasami siedzi się z montażystami i ogląda duble, które się bierze… Współczuje tym ludziom. Najwięcej pracy wkładają w to wszystko, reżyser jest takim mózgiem, aktorzy są kończynami, ale jednak całe wnętrze stanowią dźwiękowcy, oświetleniowcy, montażyści… Bez tych ludzi to film nie może powstać. Bez jakiegoś aktora da się radę, bo można wziąć kogoś innego, albo po prostu wykreślić jego rolę – nie było to tak proste jak mówił, ale jednak mimo wszystko czasami praktykował to, że wykreślał czyjąś rolę. Wtedy też zmieniał w dużej mierze scenariusz.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  57. Akurat Ferran wiecznie potrzebował chwili dla siebie, bowiem towarzystwo osób trzecich go nie interesowało. Odkąd zjawił się w Mount Cartier i stworzył sobie tę samotnię w progach leśniczówki, w której kiedyś mieszkali jego dziadkowie, nie miał chęci do jednania się żadnym towarzystwem. A zresztą, kto o zdrowych zmysłach chciałby mu towarzyszyć? Plotki były wszędzie i dotyczyły każdego, a ich źródło znajdowało się przy jednym z najbardziej obleganych miejsc przez bezbronne dewotki – przy koście; przed mszą, albo i po, gdzie moherowe berety zatrzymywały się na moment, by w ramach rozrywki wypuścić na wieś świeżą pocztę pantoflową, i dołożyć mieszkańcom kolejnego rąbka historii, której nie byli nawet świadomi. Kayser dobrze wiedział, że na jego temat krąży milion opowieści; niektóre nawet ciekawe, inne nader przekoloryzowane, absolutnie nie trzymające się kupy. To zadziwiające, że sąsiadki potrafiły tyle nadawać na jego temat, a żadna nie pojawiła się u progu drzwi na zapoznawczą filiżankę herbaty. Choć to naprawdę dobrze, bo dzięki takiej, a nie innej reputacji, Ferran nie musiał się obawiać, że za moment jedna z drugą wparują do leśniczówki z garnkiem obiadu i zaczną pieczołowicie go niańczyć, że jaki to on biedy bohater, skrzywdzony przez okrutny los. Oszalałby, spakował manatki i wyjechał na drugi koniec świata. Ale to fakt, że w każdej z wymyślonych fantazji kryło się ziarno prawdy. Do mężczyzny przylgnęła łatka agresywnego nie bez przyczyny, bowiem wielokrotnie zdążył już udowodnić, że potrafi być nieobliczalnym stworzeniem, odpowiednio trudnym do ujarzmienia. Czy to w barze u Iana, kiedy złapał za fraki jednego z mieszkańców, gdy ten nacisnął na jego odcisk, czy w każdej sytuacji, kiedy gwałtownie unosił ton, plując wściekle na rozmówcę z tymi rozpalonymi ognikami w oczach. Było kilku świadków, którzy mogli to potwierdzić, choć nie przez to nie zaprzeczał, a dlatego, że słowa osób trzecich nie miały dla niego żadnego znaczenia. Mogli opisać go tysiącem epitetów, dorabiać sobie bujne historie, besztać, śmiać się – to go nie ruszało. Ruszały go natomiast wspomnienia, będące niczym tykająca bomba i kontakt fizyczny w złych zamiarach. Jedno nieuzasadnione szturchnięcie i detonator rozsadzał w nim pocisk obłędu na tyle, że mógłby się zamachnąć i zdzielić w twarz nie patrząc nawet kogo. Pogwałcanie przestrzeni osobistej działało na Ferrana, jak płachta na byka, a tym bardziej, jeśli wcześniej miał w ustach alkohol. Dlatego siedział w tej leśniczówce, bowiem tam mógł być spokojny, a w razie ewentualnych problemów zrobić krzywdę tylko i wyłącznie sobie.
    Nie miał wpływu na Maxa, który odwiedzał go niekiedy dwa razy w tygodniu. Nie zawsze mógł go zastać, bo Kayser wychodził czasami o szóstej rano i wracał popołudniami, jednak zjawiał się zdecydowanie często. Było to, poniekąd, zadziwiające, że Max wolał odstąpić od towarzystwa rówieśników, na rzecz wlepiania oczu w poczynania leśniczego, który często bagatelizował obecność młodego chłopaka. Już od samego początku Ferran podejrzewał, że kogoś mu w życiu brakuje, mimo że nie znał historii Maxa, Dopiero z czasem nieco mu o sobie opowiedział.
    Prychnął, gdy kobieta zadała mu to niemające żadnego sensu pytanie.
    — Może dlatego, że mam prawo tu przesiadywać, bo to mój dom? — Odrzekł cierpko, prostując plecy, i dając kilka kroków w kierunku Maxa i kobiety. Ręce wciąż miał skrzyżowane na wysokości klatki piersiowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Niech lepiej pani mi powie, jakim cudem Max łazi po lesie sam, bez żadnej opieki — Zauważył równie bezpośrednio — I dlaczego, do cholery, przychodzi właśnie tu, przyglądając się każdej, wykonywanej przeze mnie czynności? Nie sadzi pani, że powinien uczyć się życia u boku męskiego członka własnej rodziny, a nie obcego leśniczego?
      Pokiwał głową z dezaprobatą, rozkładając na moment ręce. Czuł lekką irytację w związku z zaistniała sytuacją, bowiem absolutnie nie poczuwał się winny do tego, że Max odwiedzał go nie informując dokładnie o tym swojej opiekunki. Nie w jego interesie leżały wyjaśnienia, i nie zamierzał niczego wyjaśniać.

      Ferran Kayser

      Usuń
  58. — Każdy film ma absurdalne sceny. I to chyba w tym wszystkim jest świetne, byleby nie przesadzić z absurdem, co nie? – zapytał i spojrzał na nią. – Chyba najważniejsze jest żeby nie przesadzić z absurdem, jeśli chce się robić „poważne” kino. Bo jeśli chcemy robić komedię to można dodawać tyle absurdu ile się chce i ludzie będą przymykać na to oko, bo chcą się po prostu pośmiać – stwierdził niemalże obojętnie. Jednak gdzieś tam po jego twarzy przeszedł lekki uśmiech. On sam osobiście twierdził, że nie potrafił robić komedii, co innego jest robić jakąś śmieszną scenę w filmie, a co innego cały film, żeby bawił ludzi. Może podjąłby się reżyserowaniu, ale w życiu nie napisałby scenariusza. Zawsze sądził, że jego poczucie humoru to jest taka jakaś osobna planeta, o której istnieniu niby wiedzą wszyscy, ale tylko niektórzy rozumieją życie panujące na tej planecie.
    — Może nie trafiłaś do dobrego teatru? – zapytał. – Miałem przyjemność bycia w kilku europejskich teatrach. Podobało mi się tam, zdecydowanie lepiej niż tutaj w Kanadzie, albo w Stanach. A z tych Europejskich to te zza dawnej żelaznej kurtyny. Chociaz może mówię tak tylko dlatego, że pochodzę z tamtejszych rejonów – uśmiechnął się delikatnie. Niby każdy wiedział, że jego rodzice sa imigrantami z Europy, ale jakoś dziwnie się czuł mówiąc o tym. Nie wstydził się ich pochodzenia, ani nic w tym stylu. Wręcz przeciwnie! Był dumny z tego wszystkiego. Był dumny ze swojego pochodzenia. Tylko, że no cóż, ludzie różnie reagowali na takie wieści. Nie mówił…starał się nie mówić zbyt wiele o sobie, nawet udawało mu się w świecie show-biznesu utrzymać swój związek w tajemnicy. A przynajmniej tak mu się wydawało, no bo w końcu nie widział aby jakiekolwiek tabloidy wrzeszczały na lewo i prawo o jego związku z E.
    Spróbował ciasta. Było dobre. Może trochę za mało słodkie, ale teraz, było naprawdę idealne. Martin po rybie wolał nie jadać zbyt słodkich rzeczy. Po prostu nie potrafiły mu przejść przez gardło, może tylko on tak miał.
    — Bardzo dobre jest – stwierdził.- Nie zbyt słodkie, ale to dobrze – dodał.
    Zaśmiał się. Fakt, tak to zabrzmiało. Może nie było tak w stu procentach, może jakiś reżyser powie, że bez aktorów nic nie da się zrobić…
    — Tak. Faktycznie, tak to zabrzmiało. Bez nich naprawdę ciężko jest cokolwiek zrobić, bo jak to kiedyś powiedziałem…. „Każdy może zostać aktorem, ale nie każdy może zostać takim dźwiękowcem” – wzruszył ramionami. – Czy ja wiem. Chyba aż takim cudownym reżyserem to nie jestem – zażartował. – Przynajmniej ja tak myślę. Popraw mnie jeśli się mylę – zaśmiał się cicho. Miał jakiś tam dystans do siebie i dobrze. Bo bez tego to byłoby źle.
    — Szczerze…zależy od sytuacji – powiedział. – Krzyczałem, kiedy naprawdę aktor nie słucha, nie stosuje się do uwag. Wtedy krzyczałem, darłem gardło. Czasami też rzucałem rzeczami o podłogę. Nawet kilku aktorów oberwało ode mnie plastikowym kubkiem, albo i śnieżką – przyznał szczerze. – Ale nie jestem jakimś takim furiatem, przynajmniej tak myślę. Ktoś może mieć na ten temat inne zdanie – wzruszył ramionami i uśmiechnął się do Mattie. - Autografy? Nie wiem. Znaczy się owszem to jest na swój sposób przyjemne, tylko męczące, ręka później boli. Osobiście sam dziwnie się czuję rozdając autografy. Nigdy nie wiem czy ludzie chcą ten autograf bo jestem sławny, czy może dlatego że podoba im się to co zrobię.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  59. Nie minął nawet tydzień, a u Ciebie już dawno temu granica 50 komentarzy została przekroczona! Ogromne gratulacje od adminów za tak aktywne uczestnictwo w naszej grze i w życiu miasteczka, które chyba nie jest dla Mattie takie złe i jakoś udaje jej się do niego przystosować ;) Mieszkańcy na pewno dzielnie jej w tym pomagają i mam nadzieję, że będą pomagać dalej w zdobywaniu tym razem samego pucharu, a nie tylko naszej symbolicznej flagi!

    OdpowiedzUsuń
  60. Kayser nie miał wpływu na to, co Max mówił kobiecie, ilekroć wybierał się w jego progi. Ferran nie określiłby tej relacji słowem koledzy, bo różnica wieku zdecydowanie wykluczała jakąkolwiek, koleżeńskość między tą dwójką. Max po prostu był – przychodził, jeśli miał taką potrzebę, a gdy faktycznie zależało mu na rozmowie, to Ferran ostatecznie dawał się przekonać i coś tam do młodego chłopaka bełkotał. Nie były to jednak tematy, o których mógłby rozmawiać z kolegami przy szklance rumu, bo Max był za młody na zrozumienie pewnych aspektów życia. Debatowali więc o rzeczach stricte bezpiecznych, które nie mogły mieć żadnego wpływu na wychowanie chłopaka... Poza uczeniem go podstawowych czynności, wszak kilka razy Kayser pozwolił Maxowi przyciąć drzewka, które miały być posadzone następnego dnia w młodym zagajniku, i chłopak na pewno zapamiętał w jaki sposób należy to robić.
    Maxa znał jako tako, natomiast rudowłosej kobiety już absolutnie nie. Nie wiedział, czy jest ona jego matką, ciotką, siostrą, czy w ich rodzinie ktoś umarł, czy wszyscy mają się dobrze. Kilkakrotnie widywał ją w miasteczku, jeśli szedł po zakupy do sklepu, ale na widzeniu znajomość rudowłosej się kończyła.
    — Nie przyszło. Nie jestem jasnowidzem — rzekł — Jedni nie mają tylko męskiego członka w rodzinie, a inni nie mają jej wcale — dodał, podnosząc rękę w górę — Ale stop, nie mam zamiaru się kłócić.
    Poruszanie śmierci nie było dobre dla nikogo z tej trójki, dlatego należało urwać ten temat i puścić bokiem. Poza tym, cała ta mała awantura dotyczyła Maxa, a nie ludzi, którzy dawno odeszli z tego świata, więc rozgrzebywanie ran nie miało żadnego sensu. Kayser nie miał zresztą czasu na jakieś słowne potyczki.
    — Nie znam pani, nie czuję się zobowiązany, by kogoś informować, skoro Max posiada usta i sam może powiedzieć, gdzie chodzi i po co — ponownie splótł ręce na klatce piersiowej. To, że chłopak kłamał nie było już problemem Ferrana; skąd miał wiedzieć, że Max nie powie jej prawdy. — A z odsyłaniem go do domu dałem sobie w końcu spokój, ileż można próbować — spojrzał na chłopaka znacząco, po czym powrócił spojrzeniem w stronę kobiety. Nie mógł przecież użyć siły, bo zaraz trafiłby za kratki, a tego mu do szczęścia nie było potrzeba.
    — Jednak, jak pani widzi, jest cały i zdrowy, dodatkowo pije herbatę i czuje się, z tego co widzę, dobrze. Krzywda mu się tu nie dzieje.
    Nie pytał go tak właściwie, dlaczego przychodził właśnie do niego. Wiele wskazywało na to, że miał taką potrzebę, jednak nigdy nie próbował zastanawiać się, co konkretnie wypływa na takie zachowanie. Kayser po prostu bagatelizował takie kwestie, dopóki poznanie ich nie stawało się konieczne. Teraz miał już świadomość, że chłopak nie ma ojca, jednak nie wzbudziło to w Ferranie zbyt dużej ilości żalu, bo dawno zapomniał jak to jest współczuć, kiedy sam odbierał życie w progach Afganistanu.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  61. -Nie winię Cię za to. – odparł zgodnie z prawdą, bo miał wrażenie, że nie do końca go zrozumiała. Miała prawo do dokonywania własnych, życiowych wyborów tak, jak każdy inny człowiek. Nie zamierzał tego oceniać, nie mówiąc już o krytykowaniu. Nie znał powodów dla których to zrobiła, ale uznał, że tego właśnie chciała. Tak samo jak on chciał wstąpić do wojska. Bo czuli takie powołanie.
    -Nie wiem czy jest tu coś jeszcze do tłumaczenia. Podchodzisz do tego zbyt emocjonalnie i osobiście.- skomentował w końcu. Miał czasami wrażenie, że trochę przesadza i jej zachowanie nie jest proporcjonalne do tego co stało się w przeszłości. Zastanawiał się nawet przez chwilę, czy Mattie była w nim wtedy zakochana, bo nie widział innego powodu dla którego tak bardzo miałaby przeżywać ich rozłąkę. W końcu przez te wszystkie lata nie tylko im urwał się kontakt. Czy zatem tak samo reaguje na innych przyjaciół, którzy wracają do Mount Cartier po latach nieobecności i milczenia?
    -Owszem, sądziłem, że po „tym wszystkim” może być inaczej. Chyba, że jest coś, o czy nie wiem?- spojrzał na nią w końcu zniecierpliwiony tą sprzeczką. To było co najmniej dziwne. Tak to w życiu bywa, że przyjaciele czasem tracą ze sobą kontakt na długie lata a mimo to wciąż potrafią się potem ze sobą całkiem nieźle dogadać. Nie dzieje się tak tylko w jednym przypadku, kiedy ta przyjaźń z jednej strony jest czymś więcej. W innym wypadku emocje nie grają tak wielkiej roli.

    OdpowiedzUsuń
  62. Uśmiechnął się pod nosem. Zupełnie inaczej się rozmawiało z osobą, która była takim zwykłym zjadaczem chleba, a inaczej z kimś z branży. Było to coś nie do porównania. Chyba nawet mimo wszystko wolał najzwyklejszą rozmowę z takim właśnie przeciętnym zjadaczem chleba. Paradoksalnie więcej mógł się nauczyć niż od kolegi po fachu. Od kolegów mógł zdobyć jakieś doświadczenia, podchwycić jakieś triki, ale z cała pewnością nie dowiedziałby się co ludzi odpycha od filmów… znaczy się może i by się dowiedział, ale to raczej z technicznego punktu widzenia. Krytyków filmowych nie trawił, zawsze śmiał się, że oni to zostali krytykami bo nie dostali się na aktorstwo albo na reżyserię.
    — Tak. Moi rodzice…Ojciec Rosjanin, matka Polka. Poznali się w Budapeszcie – powiedział. Uchylił niejakiego rąbka tajemnicy. On sam osobiście czuł się jako obywatel świata, był taki trochę bezpaństwowy, chociaż najsilniej związany był z Rosją oraz Polską. Sam nie potrafił tego wyjaśnić, ale tak było. Dzięki swoim rodzicom zna na całkiem przyzwoitym poziomie te dwa języki.
    — Szczerze powiedziawszy to ciężko jest mi powiedzieć, co konkretnie. Może po prostu inna mentalność ludzka? Inna mentalność ichniejszych aktorów…inne wychowanie? – zapytał ni to jej ni to siebie. Prawdę powiedziawszy to nie zastanawiał się nigdy nad tym wszystkim od takiej strony. Tłumaczył sobie to wszystko tym, że chyba to przez te jego słowiańskie korzenie.
    — Było wesoło…dla innych, ale nie dla mnie i nie dla tego kto oberwał – przyznał szczerze. Czasami z rozbawieniem sobie to przypominał, ale wtedy to naprawdę nie było mu do śmiechu. Byli w plecy z kilkoma rzeczami, musieli powoli to wszystko już kończyć, terminy nagliły, a jakiś aktor (już nawet nie pamiętał, który konkretnie) mówi, że on nie będzie teraz grać, bo źle wygląda, bo wory pod oczami i make-up nawet mu nie pomaga. Na te słowa to chyba każdy by się wściekł.
    — Naprawdę? – zapytał szczerze zdziwiony. Jakoś miał taki zestaw, że nie dowierzał we własne zdolności, ale jednak uparcie brnął w to wszystko. Śmiał się, że jest takim autorem, który sam siebie nie potrafi docenić. – No dobrze, nie jest to jedyny minus. Drugi minus jest taki, że później ma się ubrudzone dłonie od markerów, no i trzeba…znaczy wypadałoby się przez większość czasu uśmiechać. Później boli jeszcze twarz dodatkowo – zaśmiał się cicho. – Ale poza tym to jest to całkiem spoko. Ale jak sama pewnie wiesz, nie wszyscy lubią rozdawać autografy, nie wszyscy je rozdają. Ilu ludzi tyle różnych zdań – stwierdził. Miał mimo wszystko sporo racji w tym wszystkim.
    — A ja się natomiast zastanawiałem nad jedną rzeczą. Mianowicie nad psychologami, oraz psychologią. Jakoś przez sporą część swojego życia unikałem ludzi parających się tym – powiedział i delikatnie się uśmiechnął. – Prawdopodobnie unikałem ze względu na to, że obawiałem się tego, że jakieś tabloidy zwęszą to wszystko i zrobią sensację z tego. Ale mniejsza z tym… ciekawiło mnie to jak osoby po psychologii, psychologowie postrzegają innych ludzi. Czy tak od razu potrafią wymienić kilka cech danego człowieka? Czy może dopiero po kilku rozmowach są w stanie wymienić kilka cech.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  63. Pokręcił głową zrezygnowany. Mattie traktowała jego intencje na opak, po swojemu, zupełnie tak jakby w głowie miała już pewien scenariusz i sztywno się go trzymała.
    -Nie mam do Ciebie o nic żalu.- powtórzył raz jeszcze, jakby chciał upewnić się, że na pewno to do niej dotarło. Być może dlatego, że był mężczyzną, nie traktował tego wszystkiego tak emocjonalnie. Nie rozumiał jej nawet w małym stopniu. Zachowywała się nad wyraz dziwnie i nie chciał wchodzić w dalszą dyskusję na ten temat. Każde z nich myślało po swojemu i miało swoje racje a Mattie według Jack’a mocno przesadzała. Nie spodziewał się też tego, że wiele lat temu coś do niego czuła. Nigdy nie odbierał jej w taki sposób i sądził, że ich relacji daleko jest do miłości.
    -I niczego od Ciebie nie oczekuję, dziewczyno, opanuj się na Boga. - powiedział podnosząc do góry obie ręce w obronnym geście. Nie mógł już dłużej tego wszystkiego słuchać. Nie interesowały go takie dramaty, zwłaszcza, że niedawno przeżył swój własny.
    - O czym masz niby ot tak zapominać? O tym, że przestaliśmy do siebie pisać? O tym, że układałem sobie życie? Zastanów się nad tym, co mówisz. Jak to sobie inaczej wyobrażałaś? Nie rozumiem jak w ogóle możesz mieć do mnie o to pretensje. – wybuchł w końcu. Wysłuchał wszystkich jej zarzutów i wydawało by się, że nie wyprowadzi go z równowagi, stało się jednak inaczej.
    -Jasne, masz rację, może nie zachowałem się w porządku, zapewne powinienem był przyjechać do zakonu, powiedzieć, że żyję i przedstawić Ci narzeczoną. To byłoby satysfakcjonujące? I możesz się za to całe życie na mnie gniewać Mattie, droga wolna. Przyszedlem tu jako stary znajomy, ale nic na siłę, jeśli masz z tym problem, to nie będę Cię więcej niepokoił.- wymownie zakończył swój monolog i uznał, że właściwie nie ma już nic więcej do powiedzenia dlatego zszedł ze schodków prowadzących na werandę.
    -Trzymaj się Mattie. – powiedział tylko na pożegnanie wychodząc za furtkę.

    OdpowiedzUsuń
  64. — Nie znam typowych kanadyjskich rodziców – zaśmiał się. – Ciężko jest mi powiedzieć coś na ten temat. Byli normalni, nie byli jakoś bardzo surowi, jedyne co średnio mi się podobało w ich wychowaniu to chyba tylko to, że kładli silny nacisk na moją naukę polskiego i rosyjskiego – uśmiechnął się lekko. – Ale przynajmniej mogę oglądać polskie filmy oraz rosyjskie bez napisów, albo bez lektora. Jest jakiś plus w tym wszystkim.
    Może okropnie mówił w tych językach, miał zły akcent, ale jednak pisać potrafił, czytać też, jeśli ktokolwiek powiedziałby coś po rosyjsku albo polsku to istniało naprawdę wysokie prawdopodobieństwo, że zrozumiałby o co chodzi. W końcu nie po to ogląda tyle „rodzimych” produkcji, żeby nie znać języka. Często też sięga po książki napisane w tych językach i kiedy jest sam w domu (co jest od jakiegoś czasu dosyć częstym zjawiskiem) to czyta na głos, tylko po to aby nie wypaść z wprawy posługiwania się językiem.
    — Może nie różni się aż tak bardzo, ale jednak są jakieś różnice, czy to w wystroju, czy w mentalności – zastanowił się na chwilę. – Przyznam szczerze, że o ile Szekspira grają wszędzie i każdy rozumie o co chodzi w „Romeo i Julii”, czy też w „Makbecie”, tak wydaje mi się, że raczej przeciętny Amerykanin, albo Kanadyjczyk…że oni nie będą wiedzieć, dlaczego „Wesele” Wyspiańskiego jest takie a nie inne, czy też dlaczego ludzie zachwycają się „Dziadami” Mickiewicza. Owszem są to zupełnie inne epoki literackie, pomiędzy nimi jest dosyć spora różnica twórcza… - westchnął. Tarkowsky nie potrafił tego wyjaśnić, dla niego niektóre rzeczy były oczywiste, naturalne niemalże, ale to za sprawą wychowania. W końcu rodzice uczyli go też historii ich krajów, sam się interesował i nawet swego czasu chciał wrócić do Polski, albo do Rosji. Póki co skończyło się tylko na wycieczce krajoznawczej.
    — Miło słyszeć – powiedział. To było naprawdę przyjemnie słyszeć, że ktoś chwali jego twórczość i do tego podczas normalnej rozmowy, a nie na czerwonym dywanie, gdzie ktoś dostaje jakiś spazmów i mówi, że super, ładnie pięknie cudownie, że najlepszy reżyser na świecie. – Znając życie to pewnie gdybym nie był sławny, a dostałbym jakiś autograf od kogoś sławnego, to też bym przehandlował – zaśmiał się zupełnie szczerze.
    — Chyba większość ludzi tak się patrzy. Ja też, obserwuję jak ludzie się zachowują, a później mówię aktorom „Zrób bardziej naturalny zamach, bo na razie to drewno lepiej gra” – powiedział pół żartem pół serio. Nie mówił może aż tak bardzo często, ale jednak zdarzało się niektórym, że grali sztucznie. Od tego był, żeby poprawić, podpowiedzieć. Taka jego rola na planie filmowym.
    Zmarszczył brwi słysząc ją.
    — Ale ja nikogo do niczego nie wykorzystywałem. Tobie mógłbym to zarzucić. Bo nie wyglądasz mi na osobę, która potrzebuje pomocy młodszego brata, żeby zaprosić sąsiada na kolację – stwierdził. Naprawdę, normalnie to nie wprosiłby się na kolację, ledwo ją znał…no teraz to może trochę lepiej, ale jednak mimo wszystko… - Czy myślisz o tym samym co ja? – zapytał. – Mam na myli, że Max jakoś…ukartował to całe spotkanie, chociaż „ukartował”, brzmi dosyć dziwnie – uśmiechnął się pod nosem. Ale to było wysoce prawdopodobne, że chłopak miał w tym wszystkim jakiś większy cel.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  65. — Mieszkaliśmy przez jakiś czas na Węgrzech, później po wszystkich przemianach ustrojowych przenieśliśmy się do Stanów, moi rodzice zostali w USA, a ja wyjechałem do Kanady kilka lat temu – wzruszył ramionami. Ot taka historyjka z życia wzięta. Nie miała jakiś żadnych sensacyjnych zwrotów akcji, nie była pełna jakichkolwiek ckliwości, nie wyciskała łez na siłę. Była na swój sposób normalna, prawdopodobnie podobna do historii innych emigrantów, którzy wyjechali za lepszym bytem. Nic nadzwyczajnego.
    — Tak. Sapkowski oraz jego słynna saga o Wiedźminie. Sławny dzięki grom, których tak nienawidzi – powiedział z lekkim uśmiechem. To wydawało mu się na swój sposób śmieszne, nienawidzić czegoś, co pomogło mu się wybić i podbić Amerykański rynek, bo taka była prawda, że dzięki grom Sapkowski wybił się za oceanem.
    Cierpienia Młodego Wertera to dobra książka. I chyba naprawdę zdecydowanie bardziej życiowa….prawdziwsza niż Romeo i Julia. Jednak nie mówię, że samobójstwa z miłości do osoby nieżyjącej się nie zdarzają, bo owszem zdarzają się. Tylko że chyba teraz młodzi to woleliby po prostu uciec z domu – zaśmiał się. – Zabrzmiało to co najmniej jakbym był już starym człowiekiem – uśmiechnął się pod nosem. Naprawdę tak to w jego mniemaniu brzmiało, chociaż co mógł powiedzieć ponad trzydziestoletni mężczyzna o miłości Romea i Julii? Mieli przecież chyba 17 i 14 lat. Był pewny że oboje byli młodzi, no i że Julia była prawdopodobnie młodsza od Romea.
    — A no tak wyprzedaże – zachichotał cicho. W sumie to nawet cieszył się, że nie okłamała go jakąś ckliwą historyjką, że jej życie to ciężkie było, na lekarstwa potrzebowała, czy może ktoś z rodziny. Znaczy się, nie żeby nie uwierzył w taką ewentualną opowieść, tylko niektórzy przesadzali z czymś takim. A to było naprawdę niesmaczne.
    — Kłamią. Każdy w mniejszym lub większym stopniu zwraca na to uwagę – zachichotał cicho. To była rzecz ludzka, że ktoś patrzy na to co inny robi, jak się zachowuje. Nie wszyscy chcieli się jednak do tego przyznać, w końcu było to dosyć dziwnie postrzegane przez niektórych.
    — Brzmi to jak z jakiejś słabej komedii romantycznej – zażartował. W końcu chyba pojawiał się kilkukrotnie taki motyw, że dzieciaki umawiają swoich rodziców, albo że dziecko namawia ojca/matkę na kolację z kimś tam, kogo lubi. Tarkowsky o filmie gdzie to siostra jest umawiana przez młodszego brata nie słyszał. Ale można to łatwo nadrobić i coś stworzyć. – Jeśli będziesz chcieć, to pomogę ci ukryć zwłoki – powiedział żartobliwie. – Ale faktycznie, przebiegły ośmiolatek. Co mi powiedział? Powiedział, że zapraszasz mnie na kolację – odpowiedział. Zaśmiał się z tego wszystkiego, w końcu jakby na to nie patrzeć stali się ofiarami intrygi ośmiolatka. – Czyżby Max chciał nas bliżej zapoznać ze sobą? A może ma w tym wszystkim jakiś zupełnie inny interes? – zastanowił się na głos. – Może zrobimy jakąś „zemstę”? Chociaż nie wiem czy moglibyśmy się mścić na chłopaczku za cokolwiek, w końcu chyba wieczór jakoś nie minął nam bardzo źle, prawda?

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  66. Ferran nie znał Maxa na tyle dobrze, by przeczuwać, że chłopak może okłamywać swoją opiekunkę nawet w jego kwestii. Co prawda, żadne z nich nie było za dzieciaka święte, bo każdy kłamał i robił coś za plecami rodziców, wiedząc że rodzice nie zgadzają się na wszystko. Max zapewne wiedział, że kobieta nie pozwoli mu przychodzić do leśniczówki, więc dlatego postanowił odmłodzić Kaysera i nadać mu miano kolegi, by rudowłosa nie miała żadnych podejrzeń i nie próbowała za bardzo interesować się osobą Ferrana. On natomiast nigdy nie interesował się opiekunką Maxa, bo nie miał takiej potrzeby. Skoro chłopak przychodził, to oznaczało, że kobieta wyrażała na to zgodę, albo że młody ewentualnie uciekał po kryjomu.
    A nie było go w tej mieścinie dwanaście lat i początkowo Ferran nie miał bladego pojęcia, skąd Max wziął się w Mount Cartier. Dopiero nazwisko dało mu odrobinę do myślenia, bo coś tam kiedyś słyszał o śmierci państwa Sherwood, z ust babki, która mu o tym wspomniała. Rudowłosej również nie kojarzył. Prawdopodobnie, kiedy on pakował manatki i wyjeżdżał do Cold Lake, kobieta była jeszcze dziewczynką. Wiedział więc z kim chłopak był spokrewniony. Nigdy nie opowiadał jednak o rodzicach, natomiast mężczyzna nigdy nie rozmawiał z nim na ten temat.
    — To nie moja wina, że Max kłamie — spojrzał na chłopaka z niego gniewnym wyrazem. Przez moment pomyślał, że mógł także skłamać na temat swej „wrednej” opiekunki. — Może zapyta się go pani, dlaczego kłamie? — Wskazał ręką w stronę chłopaka — Bo to nie mój problem. I tak, próbowałem się go pozbyć, ale wracał. Wprawdzie, nie zawracał mi mocno głowy.... Ale chyba nie sądzi pani, że powinienem był użyć wtedy siły?
    Splótł dłonie na wysokości klatki piersiowej. Tak naprawdę, to Max powinien im wyjaśnić to wszystko, skoro za pomocą kłamstw narobił takiego zamieszania.
    — O co tu chodzi, Max? — Skierował słowa w kierunku ośmioletniego chłopaka, który siedział na stołku, przysłuchując się dyskusji starszych. Ponieważ to z jego przyczyny powstało nieporozumienia, Kayser nie zamierzał odpuścić mu wyjaśnień.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  67. — Mnie natomiast nigdy polowanie na wyprzedaże nie rajcowało. Owszem czasami podczas zakupów natrafiłem na jakieś okazje, ale to nie było nic takiego wartego wspominania – zaśmiał się. Czego jak czego ale chodzenia po sklepach to nie trawił. Po prostu nie trawił za cholerę. Czas przeznaczony na ganianie po sklepach i szał zakupów wolał przeznaczyć na coś innego. Na coś, co pozwoli mu odpocząć, odprężyć się i zapomnieć o wszelkich trudach. Na zakupach nie potrafił się tak „zresetować”.
    — Możliwe – pokiwał głową. Może faktycznie Mattie miała rację w tej kwestii? Przecież w końcu to ona znała się lepiej na ludziach i ich zachowaniach niż Tarkowsky. Ona studiowała psychologię, a nie on. Ona miała częstszy kontakt z ludźmi niż on…reżyser, który uciekł od tłumów. Zwiał na jakieś totalne zadupie Kanady, może nawet i świata…chociaż przypuszczał, że może w Rosji byłoby prościej o takie „światowe” zadupie. Bo w końcu w Mount Cartier to jest jakaś cywilizacja. No i czterdzieści, czy tam trzydzieści kilometrów do najbliższego miasta to nie jest znowuż aż tak daleko.
    — Skoro tak uważasz to nie będę się kłócił – powiedział śmiejąc się. Ale faktycznie musiał przyznać, ze to chyba nawet nie było aż tak bardzo tragiczne. Nawet zabawne na swój sposób. Jednak chyba nie powie tego na głos, w końcu chyba nie wypada tak do końca mówić teraz zupełnie czego innego. Poza tym chyba już chciał powoli zejść z tematu słabych komedii romantycznych.
    Zawtórował jej ze śmiechem. To naprawdę było zabawne, ale czego się spodziewał? Chyba jednak tego, ze z kolegami obmyślił taki plan. Że to jego przyjaciele z podwórka podpowiedzieli mu, bo ich starsza siostra, czy też i starszy brat, kiedy jest zakochany, albo ma kogoś, to poświęca się całkowicie temu komuś. Ale opcja ze starszą sąsiadką też była dobra. Nawet czyniła cała sytuację zabawniejszą, przynajmniej w mniemaniu Martina. Bo że chłopiec w to wszystko uwierzył, to nie wątpił, w końcu dzieci wieżą w wiele rzeczy.
    — Nie, naprawdę nie masz za co przepraszać – odpowiedział ze spokojem. Nawet ten wieczór mu się podobał, przynajmniej na chwilę zapomniał o E. I cieszył się z tego niemiłosiernie, że mógł odgonić myśli od jednej osoby. W końcu ile można było myśleć o jednej i tej samej osobie? – Wiesz co, z wielką przyjemnością – odpowiedział odnośnie propozycji przejścia na taras. Świeże powietrze z całą pewnością dobrze im zrobi.
    Wziął swój kieliszek wina i przeszedł za Mattie na taras. Może nie było jakoś bardzo ciepło na dworze, ale jednak jakoś dało się wytrzymać. Przynajmniej w jego mniemaniu. Ojciec to zawsze się śmiał z niego, że on to chyba na Syberii się wychował skoro dla Martina to nigdy nie jest wystarczająco zimno. No cóż, taki już był ten reżyser…zimnolubny. Ale i ciepłem nie pogardził.
    — Ładny widok – powiedział z nieukrywanym zachwytem. – Wielu takich typowych mieszczuchów z cała pewnością mogłoby pozazdrościć. Sam tak miałem, niby wychowałem się w dużych miastach, ale jednak to ciągnie mnie do przyrody. Chociaż momentami, przeraża…czy może też raczej przytłacza mnie jej bliskość. A w szczególności, kiedy skunks, czy szop spaceruje po twojej werandzie, a jakiś misiek idzie sobie spokojnie kilka metrów od twojego domu. To potrafi nieco przerazić – przyznał z niejakim rozbawieniem. Chociaż kiedy pierwszy raz przyszło mu zobaczyć niedźwiedzia stojącego ledwo pięć metrów od niego to wystraszył się. Niby miał świadomość, że jest w samochodzie, ale jednak misiek to dzikie zwierzę.
    — Swoją drogą ciekawie jest wychowywać się w takiej małej mieścinie – powiedział i upił trochę wina. – Tak blisko lasu, natury. Zawsze mi się to podobało – westchnął cicho.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  68. [Cóż, zawsze miałam wesołe panienki, wiec jest to dla mnie wyzwanie, sama nie wiem, czy wytrzymam ;)
    A my się znamy chyba! Z NYCka :) nie prowadziłas Martiny??
    Mina]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [taaaak, to ta sama ja ! :D myślałam, że nie znajdę nikogo znajomego już w blogosferze :D
      ps. ja mam rudego kociaka! <3 serio, są najlepsziejsze! ]

      Usuń
  69. [taki się napatoczył, ale to diabeł wcielony, taka menda natrętna i temperamentna, że nawet weterynarza sterroryzowała xD
    ale ja zawsze chętna na watek, choć ta postać będzie trudna... izoluje się, unika kontaktu i boję się, że wątki będę kończyć po dwóch wymianach tekstu... ale spróbujemy! :D
    podeślij maila, a jutro/pojutrze postaram się coś zaproponować ;D ]

    OdpowiedzUsuń
  70. Ogromnie się cieszę, że karta Ci się spodobała. Miejmy nadzieję, że Sid faktycznie okaże się ciekawy, bo teraz, jeszcze przed rozpoczęciem pisania, wydaje mi się mało skomplikowany. Dam mu szansę rozkręcić się w wątkach.
    Dzięki za miłe powitanie. :D


    Sid (and Lou Dog)

    OdpowiedzUsuń
  71. Zaśmiał się. No to była poniekąd racja. Kiedyś przez zupełny przypadek trafił na jakiś filmik z polski, gdzie to ludzie biją się o crocksy w jakimś sklepie. Ale nie żeby tylko tak w Polsce było. Był też filmik z Anglii oraz ze Stanów, też ktoś mu to nadesłał. Nie rozumiał jakiegoś takiego wielkiego bum, na wszystkie promocje. Na przeceny. Owszem, było go stać na wiele rzeczy, a zapłacenie za zakupy w sieciówce bez przecen nie było dla niego problemem. Nie bolało to aż tak bardzo jego portfela. Ale paradoksalnie zauważył, że ludzie, kiedy jest przecena to kupują więcej. Nawet to co nie jest im potrzebne. W efekcie czego wydają więcej.
    Zaśmiał się. Fakt, w końcu Max to tylko dziecko. Przebiegłe dziecko, które zdołało oszukać kilku dorosłych, ale jednak wciąż dziecko. Tarkowsky kiedyś myślał o dziecku, ale chyba nie byłby w stanie wychować go. Może miał jakieś podejście do dzieci, może dzieciaki jakoś go lubiły, ale to mimo wszystko nie wystarczało. Mógł być z powodzeniem, jakimś takim „wujkiem”, ale nikim więcej. Poza tym sam raczej nie byłby w stanie wychowywać. Do wychowania jest potrzebna też i matka. Niby były małżeństwa jednopłciowe, ale pod tym względem to Martin był konserwatywny. Nie żeby nie wierzył w to, ze dwóch mężczyzn będzie w stanie wychować dziecko, czy też że dwie kobiety…po prostu wydawało mu się to na swój sposób dziwne…co mogło trochę zajeżdżać jakąś hipokryzją. W końcu on sam…był…
    — Czy ja wiem? Dla mnie jest ciepło – powiedział z lekkim uśmiechem. – Przynajmmniej na razie – dodał śmiejąc się pod nosem. Później to może zmarznąć, chociaż może te słowiańskie geny będą przydatne i jakoś nie zmarznie tak bardzo? Poza tym i tak już mieszkał jakiś czas w Kanadzie, więc powinien być przyzwyczajony do tego zimna.
    — Jak by to powiedziała moja matka „Trawa wydaje się bardziej zielona, tam gdzie nas nie ma” – powiedział po polsku, z takim dosyć specyficznym akcentem. Zaraz jednak przetłumaczył dosłownie co powiedział. Świadomie nie szukał odpowiednika w kanadyjskich przysłowiach. Ogólnie w anglosaskich związkach frazeologicznych. Zaraz też wytłumaczył o co mu chodziło. Nie było to tak, że jakoś bardzo koniecznie chciał się pochwalić znajomością języka polskiego. Ot po prostu jakoś przypomniały mu się te słowa i chyba zanim pomyślał jak to będzie brzmieć po angielsku, powiedział najpierw po polsku.
    — O takie donoszenie to nic przyjemnego – przyznał. – Ja może nie byłem jakimś super grzecznym ułożonym dzieckiem, ale chyba rodzice nie mieli jakiś większych problemów ze mną. No i wychodzili z założenia, że sąsiad czasami w czymś się pomyli. A to przez taką dosyć zabawną historyjkę. Znaczy się zabawną dla mnie z perspektywy czasu, no i dzięki jakiemuś głupiemu szczęściu – uśmiechnął się pod nosem przypominając sobie minę sąsiada. No ale cóż, niekiedy tak było. Ale za to dzięki tej historyjce rodzice nie wierzyli w stu procentach sąsiadom. Tak więc, kiedy rodzice wyjeżdżali w delegację to była wolna droga do imprezowania. Oczywiście nie były to jakieś dzikie imprezy, gdzie alkohol lał się litrami, a goście po kątach palili maryśkę, czy też wciągali kokainę. Takie zwykłe imprezy, gdzie muzyka była momentami zbyt głośna, oraz popijało się jakieś piwo, które kupił jakiś starszy znajomy. Albo taki, który miał podrobiony dowód i wyglądał dosyć staro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Czy ja wiem czy martwo? – zapytał. – Jeśli miało się kiedykolwiek możliwość bycia w jakimś opuszczonym mieście…gdzie załóżmy jeszcze jakieś pięć może dziesięć lat temu tętniło życie, ale nagle przedsiębiorstwa, cały przemysł padł. Kiedy przyjeżdża po latach, mając w pamięci obraz żywego miasta…to jest dopiero zdziwienie; kiedy nikogo nie ma – powiedział i pokiwał głową. – Ja jakoś nie byłem specjalnie wierzący. W sumie to chyba nawet nie zostałem nigdy ochrzczony. Mój ojciec to wychowany był w wierze prawosławnej, a matka w rzymsko katolickiej. Jednak żadne z nich nie wciskało mi na siłę swojej wiary. Ojciec nie próbował…matka owszem próbowała, ale ja chyba byłem zbyt odporny na wiedzę – zażartował z samego siebie. W wieku nastu lat poznał syna pastora, który był strasznie zatwardziały w swoich przekonaniach. Martin nie ingerował w to jak kolega postrzega Boga, nie obchodziło go że się modli. Lubił go jako człowieka, ale cóż…kiedy znajomy dowiedział się, że Tarkowsky to ateista, to niemalże z dnia na dzień zerwał znajomość. Szczerze to Martina zastanawiało, no bo przecież nic takiego złego nie zrobił, a jego ojciec nie był jakimś bardzo konserwatywnym pastorem, który wyruszyłby na krucjatę gdyby mógł.
      — Wściekła wiewiórka zapamiętam – zachichotał cicho. – Chociaż chyba nie wyobrażam sobie jakiejś dzikiej wściekłej wiewiórki, one chyba z natury są raczej płochliwe. No chyba, że ta ma jakieś korzenie mitycznych wiewiórczych wojowników – zażartował. – Mogę prosić o jeszcze jakieś rady odnośnie życia tutaj? Bo być może to z tymi wściekłymi wiewiórkami uratuje mi kiedyś życie – upił trochę wina z kieliszka. Nie spodziewał się, że kiedyś będzie rozmawiać o wściekłych wiewiórkach.

      Martin

      Usuń
  72. Pokiwał głową. Owszem, nie było mu zimno. Był tak właściwie istotą zimnolubną. Ale nie do jakiejś przesady, bo w życiu nie wyszedłby na dwór w samym podkoszulku, gdyby na zewnątrz byłoby -40 stopni. Aż takim szaleńcem to nie był. Chociaż gdyby było -15 i musiałby na chwilę gdzieś pójść to pewnie założyłby tylko jakąś bluzę na ręce i wyszedłby z domu. Naprawdę niektórzy ludzie strasznie się dziwili temu wszystkiemu. Nawet nie do końca wierzyli kiedy opowiadał im, że nie czuje aż tak bardzo zimna. Dopiero kiedy wybierali się razem na narty zaczynali wierzyć w słowa Martina.
    Zastanowił się przez chwilę, co teraz by tak właściwie robił o tej porze, gdyby nie był tutaj. To w sumie zależałoby jak to wszystko się by potoczyło. Bo jeśli ucieczka E nie miałaby miejsca, to wtedy pewnie siedziałby w domu i żartowałby sobie z kolegów i koleżanek po fachu. Znaczy się nie tak jakoś złośliwie, tylko jakieś takie zabawniejsze spostrzeżenia odnośnie całości. Nie żeby obgadywał, bo on nie z takich. No ewentualnie byłby na jakimś przyjęciu, albo miałby nocne zdjęcia i cały wieczór oraz pół nocy spędziłby na planie. Było zbyt wiele możliwości, żeby mógł jednoznacznie określić, co by było gdyby?. Nie był jakimś jasnowidzem, mógł tylko przypuszczać.
    Ale nie lubił przypuszczać. Zważywszy na to, że teraz też mu było dobrze. Nigdzie się nie spieszył, nie gonił się z nikim i niczym. Tutaj jakoś wszystko paradoksalnie wydawało się łatwiejsze. Niby wyjazdy do Churchill były na swój sposób męczące, ale jakoś dawał radę. Poza tym pisał, ciągle działał więc jego nazwisko tak nagle nie powinno zgasnąć. A przynajmniej tak mu się to wszystko wydawało. Mimo wszystko nie chciał tak nagle z dnia na dzień tracić tej sławy, tej renomy jaką zdobył. W końcu starał się, doszedł (prawie)własnymi siłami na szczyt. Chociaż chyba swojej pozycji „szczytem” by nie nazwał. Powiedziałby, że jest na jednej z wyższych półek, ale nie że jest na szczycie, to byłaby zdecydowana przesada.
    — Tak…takie patrzenie na ręce jest denerwujące – przyznał doskonale to wszystko rozumiał. Wypił do końca swoje wino. Nie było sensu się z tym dłużej pieścić. – Mogę opowiedzieć. Ale uprzedzam, że nie potrafię opowiadać. Chyba lepiej wychodzi mi pisanie, oraz pokazywanie przy pomocy taśmy filmowej – zachichotał cicho. – No ale dobrze. Opowiem. Byłem wtedy małym dzieciakiem. Może miałem z jakieś dziesięć lat, kolega zaproponował mi wycieczkę do wesołego miasteczka z jego rodzicami. Oczywiście jakoś tam swoich ubłagałem, kolega swoich no i pojechaliśmy. Prawdopodobnie około południa dnia kiedy się wybraliśmy do wesołego miasteczka przyszedł sąsiad i oznajmia moim rodzicom, że stłukłem przed chwilą szybę w jego samochodzie. Rodzice zdziwieni, przekonani, że jestem z kolegą i jego rodzicami w wesołym miasteczku. Pytają się czy to na pewno ja…chyba sami byli zdziwieni, nie do końca się zorientowali gdzie jestem, ale ja ich nie winię. Bo mieli sporo na głowie i mogli zapomnieć. No ale dzwonią do rodziców kolegi i pytają się czy z nimi jestem proszą mnie do telefonu na chwilę. A ja wesoły, nie wiem co się dzieje, co chcą. Pamiętam to jak dziś, co powiedziałem „Cześć mamo, jestem z Billym. Coś się stało?” W sumie to chyba żałuję, ze nie widziałem wtedy miny sąsiada, który prawdopodobni jeszcze szybciej się zmył. Później już ani słowa złego na mnie nie było, a wszyscy sąsiedzi w około nic na mnie nie mówili, bo nie wiedzieli, czy to na pewno byłem ja – skończył. Trochę zagmatwał dosyć prostą opowieść. Naprawdę nie był w tym dobry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wiewiórka po narkotykach, tego to jeszcze nie grali – zaśmiał się szczerze. Nawet wyobraził sobie naćpaną wiewiórkę. Był to widok na swój sposób zabawny. – Masz dosyć oryginalne szczęście do dzikich zwierząt – podsumował to wszystko, z rozbawieniem.
      Spojrzał na nią i delikatnie uniósł brwi. Czy jemu się tylko wydawało, czy ona go podrywała. Przyjrzał jej się na moment. Chyba naprawdę mu się wydawało.
      — A jaką cenę ma ta odpowiedź? – zapytał z czystej ciekawości i spojrzał na gwiazdy. Uśmiechnął się pod nosem. - Kiedyś kiedy miałem przyjemność egzystować na Alasce, lubiłem sobie wieczorami patrzeć na gwiazdy, albo na zorzę polarną. Bardzo ładne zjawisko…tutaj też lubiłem spoglądać w niebo. W sumie do tej pory lubię – wzruszył ramionami. – Zimą tutaj jest ładnie. Przynajmniej ja sobie ukochałem zimę w tym miejscu. No i może późną wiosnę, wczesne lato też – uśmiechnął się pod nosem.

      Martin

      Usuń
  73. [Chętnie zrobię z Mattie i Holly dobre przyjaciółki :D Holly nawet mogłaby czasami zajmować się Maxem, gdyby Mattie była zajęta :) Powiedzmy jednak, że tym razem zaopiekowała się nim sąsiadka, a nasze kobitki postanowiły gdzieś na jeden dzień pojechać :D]

    HOLLY

    OdpowiedzUsuń
  74. Nie miał zamiaru dłużej się z nią kłócić i sprzeczać, bo to nie prowadziło do niczego dobrego. Temat był już z góry przegrany i ani on ani Mattie nie mogli nic na to poradzić. Ona żywiła do niego wielki żal i oczekiwała przeprosin. On nie widział w sobie żadnej winy i swoje nie do końca właściwie zachowanie zrzucał na młody wiek. Nie myślał wtedy bowiem o tym, czy kogoś rani czy krzywdzi. Nie wiedział też o tym, że była w nim zakochana, bo nie odbierał tak jej zachowania. Był mężczyzną, dla niego to, że się przespali nie znaczyło tak wiele. Był przekonany, że wpłynęła na nich zbyt duża ilość alkoholu i fakt, że być może nie spotkają się przez kilka najbliższych lat ze względu na jego wyjazd. Mattie przytaknęła mu wtedy, uznała to za przygodę, za przyjacielski wyskok.
    -Trzeba mi to było powiedzieć dziesięć lat temu. – powiedział w końcu kiedy wysłuchał tego, co miała do powiedzenia. Jeśli była w nim zakochana, ale go o tym nie poinformowała, mogła mieć pretensje tylko i wyłącznie do siebie. Zachowała to w tajemnicy przed nim i miała żal o to, że nie zareagował. Nie mógł tego zrozumieć. Zaskoczyła go tym wyznaniem, ale był zbyt zdenerwowany, by podejść do tego wyznania w inny sposób. Cóż, wybrała nienajlepszy moment na to, by wyznać mu swoje uczucia sprzed kilku lat. Poza tym wciąż czuł się przez nią atakowany i uważał, że to niewspółmierne do tego co zrobił.
    -Przykro mi Mattie, że nie spełniłem twoich oczekiwań i że znowu Cię rozczarowałem.- powiedział już spokojniej kiedy zobaczył, że w jej oczach pojawiły się łzy. Uznał, że trochę przesadził, ale nie mógł dusić tego w sobie dłużej podczas gdy ona wylewała na niego swój żal.
    -To nie był dobry pomysł… - dodał mając na myśli to, że przyszedł ją dzisiaj odwiedzić. Zignorował całkowicie Maxa, który próbował wtrącić się do ich rozmowy.
    -Trzymaj się Mattie. Nie będę Cię już więcej niepokoił. – powiedział patrząc na nią jeszcze przez chwilę a potem odwrócił się i zszedł ze schodków prowadzących na werandę, przeszedł przez krótki odcinek podwórka, wyszedł za furtkę i po kilkunastu krokach zniknął w mroku.

    OdpowiedzUsuń
  75. [No kurcze, pranie mu w końcu wyschło, a przecież to niemały wyczyn przy takich warunkach atmosferycznych, mam rację? :D Nie no, tak sobie tylko żartuję, a Wesley po prostu bardzo dobrze udaje, że wszystko jest w porządku. Twoja Mattie też nie ma łatwego życia, jak widzę. Opieka nad młodszym bratem to dopiero niemała odpowiedzialność!
    Skoro zaprosiłaś, to przychodzę i chyba możemy myśleć nad jakimś wątkiem, nie? Twoja Pani mieszka w MC, tak? Bo udało mi się wyczytać, że też cierpi na bezsenność, a to mógłby być jakiś punkt zaczepienia! :)]

    Wesley

    OdpowiedzUsuń
  76. [Prawda? :D
    Oooo, no i to mi się podoba! Bez tych kart faktycznie mogłoby być nudno, no bo ile można rozmawiać o pogodzie?
    Czuję się zobowiązana zacząć, ale to pewnie dopiero jutro, bo aktualnie moje własne oczy odmawiają mi posłuszeństwa, a powieki niekontrolowanie lecą w dół.]

    Wesley

    OdpowiedzUsuń
  77. Bardzo dziękuję :) Pomysł na nagranie spadł na mnie jak grom z jasnego nieba, więc to chyba coś na wzór przeznaczenia :D Chętnie zapoznam Geralda z Mattie - wydaje mi się, że jest postacią, z którą mógłby odnaleźć nić porozumienia. Od razu pomyślałam, że ich powiązaniem może być... kot :D Nie wiem, na ile taki wątek by się rozwinął, ale rodzice Mattie mogli mieć kiedyś kota, a gdy podobny zaczął kręcić się po podwórku Geralda ten postanowił oddać niechcianego lokatora do rzekomych właścicieli. Okaże się jednak, że ich już od dłuższego czasu nie ma, a mu uleciało to z pamięci i pewnie niezłym szokiem będzie dla niego ujrzenie ich córki - zakonnicy. Jeśli masz jakiś pomysł to dawaj :)

    OdpowiedzUsuń
  78. Tak, od urodzenia mieszka w MC. W dodatku dzielą ich tylko trzy lata, więc motyw wspólnego dzieciństwa jest jak najbardziej ok, zwłaszcza, że Gerald w dzieciństwie był o wiele bardziej towarzyski niż teraz :D zaczniesz? :)

    Gerald

    OdpowiedzUsuń
  79. Ze zdziwieniem, ale również z pewną ulgą stwierdził, że dzisiejszego wieczoru palce nie marzły mu tak bardzo, jak ostatnio, a przy wypuszczaniu powietrza z płuc, z jego ust nie wydobywała się żadna para. Temperatura pozytywnie zaskoczyła mężczyznę, który już od paru dobrych minut siedział na drewnianym stoliku, opierając nogi na podniszczonej, pobliskiej ławeczce, od czasu do czasu wstając z miejsca, by przejść się wzdłuż wydeptanej przez ludzi ścieżki, prowadzącej do tylnego wejścia lokalnego baru.
    Znów nie mógł zasnąć, a silne tabletki nasenne, które udało mu się zdobyć po paru miesiącach starań, nie spełniły swojej roli. Zaczął się nawet zastanawiać, czy jego organizm w jakiś sposób nie uodpornił się na ich działanie, ale odrzucił tę myśl tak szybko, jak tylko się pojawiła. Nie znajdując odpowiedniego wytłumaczenia, pogodził się z gorzką rzeczywistością, powracając do starych, wypróbowanych już metod – mimo tego, że to ciągłe siedzenie na mrozie pomagało mu oczyścić umysł ze wszystkich uciążliwych myśli i dzięki temu udawało mu się zasnąć, wizja cotygodniowego kataru i doskwierającego bólu gardła nie brzmiała zachęcająco. A przecież nie mógł pozwolić sobie na opuszczenie chociaż jednego dnia pracy, o wzięciu urlopu nie wspominając! Nie potrafiąc znaleźć żadnego innego rozwiązania, tkwił na zewnątrz, kolejny raz dziękując w duchu za temperaturę, nie spadającą poniżej siedmiu stopni Celsjusza, niecierpliwie wyczekując swojej towarzyszki, która powinna zjawić się na miejscu lada chwila. Gdyby przesiadywał tutaj sam, na pewno po jakimś czasie zacząłby wariować, koniec końców decydując się na pozostanie w domu i bezcelowe gapienie się w sufit.
    Zsunął się ze stolika, może nieco zbyt energicznie, o mało co nie trącając talii kart, którą samodzielnie chwilę wcześniej ułożył. Karciana wieża zadrżała niespokojnie, nie spadając jednak na ziemię ani nie rozsypując się na stole, pozwalając Wesleyowi odetchnąć z ulgą. Nie uśmiechało mu się nurkowanie pod stołem jedynie po to, by wyzbierać wszystkie karty – lubił usprawiedliwiać swoje lenistwo wiekiem, twierdząc, że gdyby się schylił, trudno byłoby mu się wyprostować, ze względu na paraliżujący ból pleców. Wszystko to było oczywiście niczym innym, jak wymówką – Carter spokojnie mógł uznać swoją kondycję za lepszą od kondycji niejednego dwudziestolatka.
    Rozejrzał się jeszcze dookoła, z nadzieją na ujrzenie w oddali rudej czupryny swojej znajomej, jednak nie dostrzegając jej w pobliżu, chwycił talię kart w dłonie, z zamiarem ich potasowania.

    Wesley

    OdpowiedzUsuń
  80. [No cześć :) Odezwałam się na Hangouts w sprawie wątku, ale coś mi tam nie potwierdziłaś :) Co z tym pomysłem? ]

    Ryan Lewis

    OdpowiedzUsuń
  81. [Bardzo dziękuję za powitanie i życzę tego samego :)]

    Adrianna/Scarlett

    OdpowiedzUsuń

  82. Okrył się szczelniej kurtką. Torbę podróżną wrzucił na tylne siedzenie wynajętego przy lotnisku samochodu. Właściciel zacierał ręce licząc pieniądze wypłacone z góry za cały, dwutygodniowy okres umowy. Z radości w prezencie wręczył mu mapę, wytłumaczył szczegółowo drogę i przestrzegł przed największymi zagrożeniami jakie mogą na niego czyhać po drodze i w miasteczku. Podał mu także adres zajazdu, w którym mógł się na kilka dni zatrzymać. Bogatszy o wiedzę na temat podstawowych zasad bezpieczeństwa i przetrwania na północy Kanady wyjechał za granicę Churchill, kierując się w jeszcze bardziej oddalone od cywilizacji miejsce.
    Od czasu kiedy ostatni raz gościł w Mount Cartier, minęło już wiele lat. Był przekonany, że miasteczko poszło z duchem czasu, zmieniło się, rozwinęło. Nie spodziewał się problemów z zasięgiem czy dostępem do Internetu. Nie spodziewał się tego, że stary bar do którego zaglądał jako nastolatek nadal jest jedynym takim miejscem w okolicy. Wyobrażał sobie wszystko zupełnie inaczej, bo przyzwyczajony do życia w wielkim świecie zapomniał już, że istnieje coś poza. Z każdym kilometrem był coraz bardziej zaniepokojony. Droga najpierw z asfaltowej stała się żwirowa a potem powoli zacznała tonąć w błocie. Wokół nie było żywej duszy, otaczały go tylko drzewa i bóg mu świadkiem, gdyby tu zabłądził, byłby to jego rychły koniec. Śnieg zdążył już stopnieć ale na zewnątrz nadal panował chłód. Ryan podkręcił temperaturę w aucie, pomajstrował przy wycieraczkach, bo deszcz padał coraz intensywniej. Obserwował otoczenie bo miał wrażenie, że ten piekielny wicher zaraz zmiecie go z powierzchni albo przyłoży wielkim konarem. To była największa wada tego miejsca. Wokół stale panował chłód. Nawet kiedy przyjeżdżał tu w samym środku lata, pamiętał to dobrze, nigdy nie było dość ciepło. Był przekonany, że gdyby nie to, miasteczko cieszyłoby się co roku obecnością wielu turystów, bo krajobrazy były wyjątkowe. Cóż jednak po jeziorach, skoro nie można w nich pływać, bo woda jest tak chole*rnie zimna?
    Budującego tamę z gałęzi i piasku chłopca w zielonym płaszczyku przeciwdeszczowym i czerwonych kaloszach zobaczył w ostatniej chwili. Przestraszony skręcił gwałtownie kierownicą, w jedną a potem w drugą stronę. Niestety, samochód zdążył już wpaść w poślizg i posunął po błotnistej drodze zatrzymując się dopiero na pokaźnym pniu. Ryan poczuł lekki wstrząs, ale samochód poruszał się w tym wszystkim na tyle wolno, że nie doznał większych szkód. Mężczyzna wyskoczył z samochodu. Zimny deszcz spadł na jego plecy, ramiona i głowę. Dreszcz wstrząsnął jego ciałem.
    -Hej! Dlaczego bawisz się na środku drogi? – krzyknął na malucha, który podbiegł bliżej, aby przyjrzeć się przybyszowi. Deszcz utrudniał komunikację. W oddali słychać było przeciągłe, złowrogie grzmoty. Nie czekając na odpowiedź spojrzał na samochód i szybko ocenił swoją sytuację, która nie była zbyt korzystna. Tylne koła samochodu były do połowy zatopione w brązowym błocie. Zaklął pod nosem i wyciągnął z kieszeni kurtki telefon.
    -Nie ma zasięgu? – w jego głosie słychać było zaskoczenie pomieszane z oburzeniem. W ciągu ostatnich kilku lat nie zdarzyło mu się być w miejscu, w którym nie miał zasięgu. Żałośnie wyciągnął ręce z telefonem do góry, jakby miało mu to pomóc złapać jakąkolwiek, choćby słabą falę i zadzwonić po pomoc. Poruszał się przez chwilę wokół samochodu.
    -Nie ma zaciągu powtórzył. – opuszczając bezradnie ręce i znów spojrzał na chłopca, wyraźnie rozbawionego jego zachowaniem.
    -Co Cię tak bawi? – zapytał robiąc kolejnych kilka kroków z telefonem nad głową a potem potknął się o wystający z ziemi konar i runął na morką, żwirową drogę. Podczas upadku wypuścił z dłoni swój telefon, który upadł na ziemię kilkadziesiąt centymetrów dalej, prosto w błoto. Podniósł się szybko z ziemi otrzepując dłonie, na których natychmiast pojawiły się ślady krwi od ostrych kamieni, na które upadł.
    -Kur*wa. – mruknął pod nosem

    OdpowiedzUsuń
  83. [ Wiem, ten jęzor mnie rozwala ^^ ]

    Strasznie tęskniła za siostrami. Za starszą, która dawała Melody zawsze wsparcie, była prawdziwą ostoją… Stawała za nią murem, gdy inni odsuwali się w najgorszej na świecie chwili. Bea nawet sprzeciwiła się własnemu ojcu, broniąc młodszej siostry, co doprowadziło do tego, że właściwie nikt, poza babcią ze strony matki, nie wiedział, gdzie ona się teraz znajduje. Uciekła, wyrywając się z uścisku Thomasa Wilda, dokładnie tak, jak to zrobiła Annie - ich ciotka, a siostra ojca. Nie mogła już dłużej znieść oskarżeń sypiących się z każdej możliwej strony; chciała żyć w spokoju, by mieć siłę wychowywać własną pociechę, z dala od tego całego emocjonalnego bałaganu i fałszu. W tej rodziny było tyle tajemnic, że gdyby ktoś chciał napisać dramat z sączącymi się momentami zaskoczenia, wystarczyło stworzyć ich biografię, zupełnie szczerą i bez żadnej obłudy ani koloryzowania. Melody załamywała ręce patrząc na obraz rozpadającego się domu… Z młodszą siostrą, Alice, też nie było najlepiej. Mel zastanawiała się, czy dociera do niej cokolwiek z tego, co mówią inni… Czy w śpiączce człowiek może odbierać informacje? Na pewno. Lecz brunetka nie była pewna, czy Alice chce je słyszeć. Po tym wszystkim…
    Patrzyła na nią już nieco mniej niepewnie, może nawet się uspokoiła. Wzięła głęboki wdech, a potem uśmiechnęła się krzywo, choć chciała, by wyszło to trochę bardziej pozytywnie…
    Tak, to ja - przyznała, unosząc ku górze obie brwi. Przestąpiła z nogę na nogę, drapiąc się po głowie. - Ciotka, Annie Wild, przysłała mnie tu, bo… Chyba… - zacięła się. Zaczęła wzrokiem obejmować całe pomieszczenie wokół, próbując tym samym omijać Mattie. - No… Ja… - dukała dalej, tym razem robiąc niezbyt długą pauzę. - Mam problem, ciotka nie daje sobie ze mną rady, a nawet kazała mi jeść rosół. Na siłę. To już bardzo źle… - mruknęła z niezadowoleniem. Kolejny raz westchnęła, wreszcie spoglądając na koleżankę z dzieciństwa.
    Pamiętała, jak przyjeżdżała do Mount Cartier najpierw do dziadków, którzy przeprowadzili się tutaj z Los Angeles. Annie mieszkała wtedy z ukochanym, a niedawno wróciła do domu rodziców, kiedy ci wyemigrowali z powrotem do Miasta Aniołów. Dali jej “wolność”, za którą przepłaciła wysoką cenę....
    Melody wtedy niezbyt lubiła Mattie. Bo jak można żywić do kogoś pozytywne uczucia, kiedy ta osoba robi ci na złość i CIĄGNIE ZA WARKOCZE?

    Melody

    OdpowiedzUsuń
  84. [Max wygląda na niezłego ancymona. Biedna Mattie, mam nadzieję, że brat nie daje jej aż tak bardzo w kość. :D
    Dziękuję pięknie za powitanie i od razu rozwiewam wątpliwości: Sam zdecydowanie jest wesołym typkiem, ale ma też swoje małe lęki i wątpliwości, których miało dotyczyć właśnie ostatnie zdanie w karcie. :)]

    Sam Rowley

    OdpowiedzUsuń
  85. Zaśmiał się szczerze. No cóż, może kiedyś byłby to dobry pomysł, ale to jeszcze zobaczy się. W końcu chłopak ma potencjał żeby zostać aktorem, albo politykiem…zależy jaki kierunek zechce obrać. Chyba jednak podświadomie to wolałby żeby chłopiec (mając do wyboru obie ścieżki kariery) zdecydował się na aktorstwo. Bo politycy to bardzo źle się ludziom kojarzą.
    — No, faktycznie miałem szczęście – przytaknął z lekkim uśmiechem. Oczywiście później to szczęście wykorzystywał na rozmaite sposoby, przecież mógł i miał ku temu pełne prawo!
    Uśmiechnął się pod nosem, no cóż. On dopiero „na starość” zaczął się zmieniać na swój sposób, który był dosyć pokręcony. Dopiero po przekroczeniu magicznej bariery lat osiemnastu zaczął imprezować, tak, że wracał nad ranem, a na studiach, to też było podobnie. Jednak mimo wszystko to miał więcej obecności, co większość osób dziwiło jak on to robi. Jak to się działo że po jakiejś mocno zakrapianej imprezie on był w stanie następnego dnia zjawić się na zajęciach i jeszcze być (w miarę) przytomnym? Większość tłumaczyła to mieszanką polsko-rosyjskich genów. Może było w tym nieco prawdy?
    Uśmiechnął się szeroko słysząc o tym, że to „najgorszy typ” wiewiórki. Nie wątpił w to, chociaż mimo wszystko gdzieś tam nie dowierzał temu wszystkiemu. Wiedział, ze wiewiórka to dzikie zwierzę, ale no jednak nie dawał wiary temu wszystkiemu, chociaż pewnie gdyby on sam padł ofiarą takiej wściekłej wiewióry, to chyba nie byłoby mu do śmiechu i miałby żal do kogoś, kto by się z niego naigrywał…chociaż nie był takim typem człowieka, który od razu się o coś obraża.
    — Tego nie wiedziałem. Chyba kiedyś będę musiał się wybrać podczas pełni nad jezioro – przyznał. To musiało wyglądać niesamowicie, a skoro był jeszcze taki specyficzny klimat, to dlaczego by nie pójść? Mógłby kiedyś to wszystko wykorzystać w jakimś filmie, choćby i w jednej scenie. Ale być może byłoby to warte tego wszystkiego. Może nawet z jedną scenę zostałby jakoś nagrodzony?
    — Hmmm… - zastanowił się przez chwilę, było to na swój sposób podchwytliwe pytanie, no i odpowiedź nie była jakoś specjalnie jasna. – Chyba jedyne co mogę zaoferować, to pieniądze, albo jakiś alkohol…no chyba, że chciałabyś zdjęcie Brada Pitta z jego autografem, to może mógłbym jakoś ci to załatwić – uśmiechnął się i wypił trochę wina. Na zewnątrz to samo wino smakowało inaczej, ogólnie w mniemaniu Martina każdy alkohol smakował na świeżym powietrzu na swój jedyny i niepowtarzalny sposób. No i też zależało od temperatury panującej. Bo z pewnością wino inaczej smakowałoby we Włoszech nad brzegiem morza, a inaczej we Francji w Paryżu…oczywiście to samo wino.
    — Tak. Zdecydowanie jest w niej coś takiego…specyficznego. Jeszcze kiedy jest się na otwartej przestrzeni, albo w niewielkim domku, pośrodku niczego… Wokoło śnieg, sosny, czy świerki są przykryte śniegiem i tylko miejscami widać zielone igły. Tylko ty i zorza…no może gdzieś tam dalej jeszcze jest jakiś misiek, albo wilk. Ale wtedy, kiedy przyjdą pooglądać z tobą zorzę, to już nie jest tak wesoło – usiłował obrócić to jakoś w żart, ale chyba słabo mu to wyszło. – Jeśli kiedyś będziesz chciała się gdzieś wybrać, na przykład na taką Alaskę, to polecam się jako towarzysz, chociaż niby na dłuższą metę jestem męczący – zaśmiał się cicho i wypił nieco wina. Nie pił może jakoś tak zachłannie, ani nic, powoli, tak jakby był na jakimś bankiecie.
    Poza tym mimo wszystko bardzo chciał pozostać trzeźwy i w takim też stanie powrócić do domu. Poza tym co by pomyślała o nim Mattie, kiedy na pierwszym spotkaniu się upija do nieprzytomności? Albo gdyby po prostu się upił…
    — Ogólnie jeśli będziesz chciała gdziekolwiek pojechać, to zawsze możesz mi powiedzieć, to może doradzę, albo coś polecę – może nie zabrzmiało to jakoś bardzo źle. Ale naprawdę, sporo w swoim krótkim życiu zwiedził. Chyba miał jakąś taką żyłkę podróżnika.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  86. [No cześć. Dobrze Cię widzieć po tylu latach, Jeźdźce :D Dziękuję za miłe powitanie i Tobie również życzę świetnej zabawy <3]

    Ashmee

    OdpowiedzUsuń
  87. Mina wiedziała, że jeśli chce się przełamać i wyjść do ludzi, czy też wyjść z własnej skorupy, musi kontynuować terapię. Wątpiła, by w Mount Cartier znalazła psychologa, ale zawsze mogła szukać wsparcia w Churchill, skoro już i tak zaczepiła się tam na etat i bywała przynajmniej raz w tygodniu. Na razie jednak nie spieszyła się wcale z poszukiwaniami, bo sam klimat okolicy sprawiał, że czuła się spokojna i wolna. Skończyły się przede wszystkim wszelkiego rodzaju oczekiwania, rozczarowane spojrzenia niby-przyjaciół i rosnące roszczenia. Nie była osobą, za którą ją wszyscy wokół brali i nie mogła wrócić do życia, którego nie pamiętała. Próbowała raz i uciekła szybciej, niż zdecydowała się spróbować. Potrzebowała czegoś nowego, bo i ona sama była nowa. Była kimś innym teraz.
    Po wizycie w redakcji, gdzie zostawiła próbki zdjęć do artykułu- swojego pierwszego zadania, wyszła na ulicę. Churchill było dużo większe od Mount Cartier, ale i tak nie wydawało się tak głośne, aż przytłaczające. W LA to dopiero się działo. I od tego właśnie uciekła, więc tu bardzo jej się podobało. Nie zmieniało to jednak faktu, że coś należało z swoim życiem jednak robić, by nie utknąć w miejscu, gdzie nie można się ruszyć ani w lewo, ani prawo.
    Mijając kolejne budynki, zatrzymała się przed wejściem do bramy z szyldem poradni psychologicznej. Wpatrywała się w ozdobny grawer, niepewna czy na pewno chce wejść. Wiedziała, że coś takiego to opatrzność, zrządzenie losu, szczęście,czy jakkolwiek to nazwać, ale nie była pewna, czy już jest odpowiedni czas. Może to zawieszenie nie jest takie złe?
    Minęła bramę i poszła dalej.
    Wróciła po godzinie. Skończyło się na tym, że stała przed wejściem, nie wiedząc co zrobić.
    [ta dam! jakoś takie o coś wyszło ;/ ]

    OdpowiedzUsuń
  88. Najwidoczniej jego pytania okazały się zbyt trudne, skoro na żadne nie uzyskał odpowiedzi, jednak dał sobie spokój z dociekaniem. A przynajmniej do momentu, w którym miałby być w coś zaangażowany. Parsknął sarkastycznie usłyszawszy to stwierdzenie, kiwając przy okazji głową z lekkim niedowierzaniem, bowiem miał przez moment wrażenie, że się przesłyszał. Nie bardzo rozumiał, skąd kobieta wywnioskowała, że był w coś zaangażowany, skoro otrzymywała od Maxa błędne informacje, i nie mogła tego niczym poświadczyć. Żadnych zaproszeń mężczyzna mu nie wysyłał, również się z nim nie umawiał na spotkania, więc albo coś było nie tak z jego uszami, albo ludziom faktycznie zaczęło przewracać się głowach.
    — Nie, proszę pani, to w żadnym wypadku nie jest mój problem — powtórzył, dokładnie wymawiając wyrazy, by tym razem dotarły do odpowiednich organów — To pani jest w to zaangażowana, i jeśli szuka pani winy, to proszę przyjrzeć się własnym metodom wychowania, bo prawdopodobnie to tam ją pani znajdzie, a nie tu.
    Przeniósł spojrzenie na chłopaka, gdy ten zaczął mówić. Poziom irytacji Ferrana znacznie wzrósł i chyba tylko obecność młodego trzymała go przed otworzeniem drzwi i wyproszeniem ich z leśniczówki, nim całkowicie zniszczą jego całkiem dobry humor. Nie interesowały go ich problemy. Już raz wytłumaczył, że Max przychodzi w jego skromne progi z własnego widzimisię i nie robi tu niczego innego, prócz siedzenia i obserwowania. Nie zamierzał powtarzać tych zdań po raz setny, z racji tego, że już wyjaśnił tę kwestię dość łopatologicznie.
    — Następnym razem nie kłam, Max. Wszyscy unikniemy takich sytuacji — rzekł, nieco łagodniejszym tonem. Być może faktycznie nie pozwoliła by mu tu przychodzić, a może rozegraliby tę sprawę w dużo przyjaźniejszej atmosferze, gdyby tylko Max poprosił opiekunkę o zgodę i zechciał przedstawić jej pana leśniczego. Ona by się nie martwiła, zaś Kayser nie musiałby się denerwować niezapowiedzianymi gośćmi, stawiającymi mu zarzuty.
    Westchnął nieznacznie.
    — I pytaj o zgodę.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  89. Nie było przesadą stwierdzenie, że Ryan Lewis żył w swojej własnej rzeczywistości. Jego troski odbiegały znacznie od zmartwień przeciętnych ludzi a on w pewnym czasie przestał to nawet zauważać. Nie zastanawiał się nad tym, co będzie jutro, za rok, za pięć lat. Żył chwilą bo miał taką możliwość. Nie przywiązywał się, używał życia wszelkimi sposobami. Podróżował, upijał się, brał narkotyki. Miał wokół siebie wielu przyjaciół. Ludzie łaknęli jego towarzystwa. Właściwie nie bywał sam. Wszyscy śmiali się z jego żartów, podawali mu drinki. Dziewczyny uśmiechały się zachęcająco i same proponowały wcześniejsze wyjście z klubu. Umawiał się z młodymi modelkami, spędzał wakacje na jachtach w najpiękniejszych zakątkach świata.
    Nie można było odmówić mu talentu. Miał doskonały słuch muzyczny. Potrafił grać na gitarze, pianinie i perkusji. Jego głos porywał. Kiedy wychodził na scenę tłum wiwatował. Oklaski i krzyki niosły się po arenach przez kilka minut. Potem światła gasły. Tłum w ciszy oczekiwał na pierwsze słowa, dźwięki. Patrzył czasem przez chwilę, stojąc przy głównym mikrofonie i zastanawiał się, czy to przypadkiem nie sen. Czy zaraz nie obudzi się na jakimś pustkowiu bez gorsza przy duszy. To był ten moment, jedyny, kiedy naprawdę był szczęśliwy. Kiedy duma rozpierała go od środka i rosła niepohamowanie. Pozwalał sobie na tą krótką chwilę zadumy a potem dawał z siebie wszystko.
    Matka od najmłodszych lat wlewała w niego swoje niespełnione ambicje. Wmawiała mu, że jest lepszy, że osiągnie więcej. Wciąż posyłała go na castingi do nowych ról, do dziecięcych talent show. Wymarzyła sobie, że będzie sławnym aktorem, że podbije Hollywood i cały świat. Posyłała go na dodatkowe zajęcia teatralne, muzyczne, wokalne. Od dziecka zaprogramowany był na sukces, który w końcu nastąpił. Zamiast uczyć się miłości czy empatii, uczył się tego, że sława i pieniądze dadzą mu szczęście i wolność. Że to jest cel najwyższy. A teraz stał w miejscu gdzie wychowała się jego matka. W miejscu skąd tak bardzo chciała uciec. W miejscu, do którego nigdy nie chciała wracać. Stał w strugach deszczu i czuł się bezradny w obliczu samochodu, który utknął w błocie.
    -Może i to nie przypomina drogi, ale nią jest. A ty bawisz się tu w błocie. Siostra nie przekazała Ci, ze to niebezpieczne?- spojrzał na niego pytająco. Co jak co, ale zabawa na drodze nie była dla dziecka najbezpieczniejszą z możliwych nawet jeśli ruch w tej okolicy był na poziomie zerowym.
    -No nie ma.- mruknął pod nosem zaraz przed tym, jak wystający z ziemi korzeń zrobił zamach na jego życie. Podniósł się równie szybko jak upadł i otrzepał szybko kolana i dłonie co na zbyt wiele się nie zdało. Mokre błoto wsiąkło w ułamku sekundy w jego ubranie.
    -I telefonu też nie ma.- dodał spoglądając na leżący w błocie smarton z pękniętą szybką, z którego już raczej nie będzie miał pożytku. Nie mniej jednak podniósł go i otrzepał w powietrzu, jakby miało to w czymkolwiek pomóc.
    -Nie interesuj się.- rzucił w końcu, kiedy dzieciak zaczął wypytywać o cel jego podróży i o to, skąd w ogóle wziął się w miasteczku. Trafił na kogoś, kto naprawdę i szczerze nie przepada za dziećmi oraz za ich wścibskimi pytaniami.
    -Może w końcu powinieneś zacząć jej słuchać, bo zdaje się, że to bardzo mądra osoba. – rzucił tylko.


    Ryan Lewis

    OdpowiedzUsuń
  90. W sumie jeśli miał być szczery to on sam nie potrafił dobrze tańczyć. Nie przepadał w ogóle za tańcem, traktował to jako zło konieczne. Co w istocie złem koniecznym było. Nie potrafił śpiewać, kiedyś próbował brzdąkać na gitarze, ale chyba zabrakło mu samozaparcia. Aktorem teatralnym byłby słabym, zawsze miał tremę na szkolnych przedstawieniach, zdecydowanie pewniej czuł się pisząc scenariusz. Jeśli chodzi o rysowanie, to do da Vinciego mu daleko, ale jakoś sobie radzi, ale nie rysuje z pasji. Czasami naszkicuje coś prostego, ale robi to niezmiernie rzadko.
    Lepiej przychodzi mu pisanie, oraz manipulowanie kamerą. Prawdopodobnie dlatego związał się z reżyserką filmową. Czasami śmiał się że chyba tylko to mu w życiu wychodzi. Tylko filmy i scenariusze… Bo przecież w życiu osobistym był zagubionym człowiekiem. Niekiedy czuł się jak pijane dziecko we mgle. Nie widział nic, nie wiedział co mógłby ze sobą zrobić. Może wydawał się być obeznanym i życiowym człowiekiem, jednak czuł się strasznie zagubionym. Po prostu tak to jakoś było.
    — Zapamiętam sobie – uśmiechnął się delikatnie do niej. – Przed pełnią…to wtedy chyba naprawdę musi być pięknie. Do tego pewnie towarzyszy taki…nastrój po części tajemniczy i straszny, ale z drugiej strony magiczny oraz piękny – może używał zbyt wyszukanych słów i wystarczyło powiedzieć tylko, że wtedy to musi być czadowo, albo po prostu zajebiście. Jednak wydawało mu się to w tej chwili takie…oklepane na wszystkie strony.
    Zaśmiał się słysząc jej słowa. Cóż, chyba nigdy nie spodziewałby się, że zainteresuje kogoś wycieczką na Alaskę. A już z pewnością nie kogoś, kto mieszka w równie zimnych rejonach. Ale widocznie każdy człowiek miał swoje zapatrywania i marzenia. Może ona po prostu uwielbiała marznąć? Chociaż ten koc zarzucony na ramiona zdawał się temu wszystkiemu przeczyć.
    Wypił jeszcze trochę wina. Nie za dużo ale i nie za mało, nie zależało mu przecież na upiciu się. Nie ścigał się też z Mattie w piciu wina.
    — Hmm… To chyba rozsądna wymiana – zaśmiał się szczerze i pokiwał głową na znak, że się zgadza. To było na swój sposób zabawne. – Dobrze zabiorę cię na Alaskę, powiedz tylko kiedy….bo tak się składa, że przez jakiś czas…dosyć długi należy sprecyzować, będę w tej małej mieścinie siedział i wenę zbierał – uśmiechnął się. Ktoś mu kiedyś powiedział, że ma dosyć uroczy uśmiech. A bardzo często słyszał od E, że uroczo wygląda kiedy dopiero co wstanie.
    — Powiedz mi tak szczerze…bo zastanawiałem się nad jedną kwestią. Kiedy oglądasz filmy to jak patrzysz na aktorów? – spojrzał na nią. – Czy patrzysz na nich przez pryzmat ich dotychczasowych ról, czy może kiedy widzisz jakiegoś znanego aktora filmów akcji w komedii to nie oglądasz bo twierdzisz, że facet w zupełności nie pasuje do roli…fajtłapowatego męża, albo kochanka? – zapytał. Ciekawiło go to, on osobiście lubił niekiedy eksperymentować, mieszać style. Dawać aktorom wyzwania, bo przecież o to chodziło w kinie. Żeby aktor miał wyzwanie, żeby dobrze i wiarygodnie zagrał daną rolę, żeby widz uwierzył w to, że aktor jest tą postacią.
    — Wiesz… Może to głupie co planuję, ale zobaczymy. Jeśli będziesz chciała to możesz się śmiać ze mnie, ale no cóż z kimś muszę o tym pomówić – upił łyk wina. Przez chwile zastanawiał się jak to wszystko zgrabnie ująć w słowa. – Planuję napisać książkę, może taka książka to nie jest jakiś najlepszy pomysł pod słońcem, ale dlaczego by nie? W końcu na co dzień piszę…scenariusze, ale jednak piszę – uśmiechnął się pod nosem. Ciekawiła go jej opinia.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  91. [Jak możesz mnie nie pamiętać, Susanno Schneider? :D
    Strzelaj.]

    Ashmee

    OdpowiedzUsuń
  92. Spojrzał na nią z lekkim zaciekawieniem. No cóż, kobiety widocznie mają jakiś taki wewnętrzny dar do nagłej zmiany tematu. Tak też przecież bywało, prawda? Nic nie mógł na to poradzić. Czasami chciałby móc tak nagle zmieniać temat; tak gładko i łatwo.
    — Nie, nie grałem – przyznał. W niewiele gier komputerowych zagrał. Nie miał na to czasu…znaczy się może i miał czas, ale wtedy starał się robić coś innego. Zająć się czymś co uchodziłoby za coś „pożytecznego”. Jednak zdarzało mu się zagrać w jakieś gry, nie było zbyt wiele pozycji, ale jednak to w co grał to nie były jakieś niszowe gry. Raczej takie znane pokroju Battlefielda, czy Call of Duty. Pozycje raczej powszechnie znane wśród graczy. Gry niemalże kultowe, które doczekały się gromady fanów.
    Zaśmiał się szczerze słysząc ją. No cóż, mogą pojechać nawet jutro, o ile dostaną bilety na samolot na Alaskę. Chociaż osobiście Martin wolałby kilka rzeczy zaplanować, choćby wyżej wspomniane bilety, albo nocleg. Bo jednak mimo wszystko to były rzeczy ważne. No i też zorza polarna najczęściej pojawia się od września do marca. Mają jeszcze trochę czasu, bo trochę byłoby słabo wybrać się na tydzień, czy też i na dwa tygodnie i nie mieć tego szczęścia.
    — Johnny Depp – pokiwał głową. Zgadza się z nią w wielu kwestiach, było w tym aktorze coś takiego co skupiało ludzką uwagę na nim. Rozpoznawalny, wyrazisty, potrafiący wczuć się całym sobą w rolę. Żałował, że jeszcze nie miał możliwości współpracy z nim. Ale może kiedyś…za jakiś czas uda mu się? – No tak… Ja niestety raczej nie patrzę na aktorów poprzez pryzmat atrakcyjności – chociaż mimo wszystko było kilka takich sytuacji że wybrał aktora, czy też i aktorkę tylko dlatego że mu się podobał/podobała optycznie. Sam starał się nie szufladkować, ale niekiedy nie dało się, czasami po prostu niektóry aktorzy pozostawali jedną postacią.
    — Mnie to kiedyś powiedzieli, że z moją aparycją to mogę zagrać jakiegoś kochanka-artystę, ewentualnie geja – zażartował. Chociaż były takie sytuacje. Mógłby zagrać w końcu to tylko gra i tylko film, nic niezobowiązującego. Mógłby, gdyby nie fakt, że denerwuje się kiedy musi zagrać jakąś bardziej wymagającą rolę. Bo jakaś taka drugoplanowa, czy tło…to nie było problemu. Mógł to zrobić i nie było to nic ponad jego możliwości.
    Poszedł za nią bez słowa. No cóż, trochę dziwił się, że tak go olała, ale może to tylko jemu się tak wydawało? Może za chwilę poruszy temat.
    — Powieść. Nie wiem co mógłbym napisać w poradniku, a moją biografią to zajmie się pewnie ktoś inny, poza tym moje życie nie jest, ani nie było ciekawe – odpowiedział ze spokojem. – Powieść…chciałem napisać może coś w stylu kryminał i romans…ale romans w tle – zaznaczył. Nie miał jeszcze w stu procentach przemyślanej całej akcji i nie przemyślał całkowicie kreacji bohaterów. Pojawiła się na razie taka myśl i zalążek pomysłu.
    Z cała pewnością jeszcze koncepcja pozmienia mu się w trakcie tworzenia. Ale to nie ważne…
    — Nie mam jeszcze jakiejś całkowitej koncepcji odnośnie postaci, jak i samej akcji…ale mam w głowie jakiś szkic tego wszystkiego – uśmiechnął się pod nosem. – Ale może powiem ci o wszystkim kiedy nieco wytrzeźwieję – zaśmiał się. Wcale nie był jakoś bardzo pijany ani nic z tych rzeczy. Wolał jednak pomówić o tym wszystkim następnego dnia, albo przy najbliższej okazji, teraz to chyba wolałby pomówić o czymś niezobowiązującym. O jakiś pierdołach.
    — Tutaj wydaje się być tak pięknie – mruknął, odchylił głowę i spojrzał w niebo. – Niebo wydaje się być takie czyste, a gwiazdy chyba tutaj świecą mocniej niż w takim Londynie… - uśmiechnął się pod nosem. Bardzo mu się to wszystko podobało.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  93. Dni wolne, a raczej te luźniejsze, których szczególnie dużo nie miał, spędzał głównie z matką. Starał się robić wszystko, aby jak najdłużej go zapamiętała. Jego, Felixa i ojca, których chociaż nie było, to mimo wszystko powinna wiedzieć, że nie tylko Ethan był obecny w jej życiu. Momentami było lepiej, a innym razem gorzej i tak naprawdę, nigdy nie wiedział na jaki humor matki trafi. Czasami zachowywała się tak jak kiedyś, zupełnie jakby choroba nie miała na nią żadnego wpływu, a innym razem była mu po prostu obca. Twarz znajoma, a jednak zachowanie, sposób mówienia... To wszystko było nieznane.
    Dzisiejszy dzień był dobry, a przynajmniej z początku był dobry. Spędzili godzinę na rozmowach, przy herbacie i ciasteczkach z czekoladą, które towarzyszyły im prawie od zawsze. A potem, tak nagle i po prostu, humor się zmienił. Trochę go rozpoznawała, z trochę nie. Ethan, woląc nie denerwować jej bardziej swoją obecnością, a to się czasem działo, wycofał się powoli i zostawił ją w rękach specjalistów.
    Ethan wrócił do domu niedługo później. Pokręcił się potem jeszcze po miasteczku, zatankował do pełna swojego zmarnowanego już forda, który mimo upływu czasu wciąż dobrze mu służył, a następnie zrobił drobne zakupy do domu. Nie potrzebował dużo. Zwłaszcza, że mieszkał sam i w zasadzie jadał rzadko u siebie. Częściej zaglądał do baru, gdzie mógł coś dostać. Łatwiej było zapłacić komuś za przygotowanie posiłku, niż zrobienie go sobie samemu. Teraz jednak nie wiedział kompletnie co robić z wolnym czasem, więc postanowił dla siebie coś zrobić. Stawiał na coś szybkiego i lekkiego.
    Podczas przygotowania obiadu myślami był daleko. A dokładniej w ośrodku razem z matką, a chwilę później, gdzieś w świecie z Felixem. Prawdę mówiąc nie wiedział, gdzie jego brat jego. Skontaktować też się nie mieli jak, a ostatni raz, kiedy Scott próbował do niego zadzwonić numer okazał się być dawno nieaktywny. To samo z ojcem, który zniknął i nie pojawił się w Mount Cartier już od kilku lat. Nawet w najmroczniejszych snach nie spodziewał się tego, że zostanie w takiej sytuacji sam. Musiał jednak ją przyjąć i zająć się tą kobietą najlepiej jak potrafił. Skupiał się na niej i reszcie, a na świat dookoła siebie nie zwracał większej uwagi. A może powinien. Zwłaszcza patrząc na to, jaką wykonywał pracę. Każdego dnia ryzykował, każdego dnia się poświęcał i byłoby głupio, gdyby tak nagle coś mu się stało w bezpiecznym względnie domu. I właśnie te rozmyślania doprowadziły do tego, że niedługo później z jego ust wyrwało się głośne, soczyste przekleństwo.
    Spojrzał z wyrzutem na gorący garnek, przez który się poparzył. I nie, to wcale nie było lekkie dotkniecie. Jakby tak było nic by się nie stało. Jakimś cudem dotknął garnka całą dłonią, pytanie tylko po co?
    - Jak zawsze – wymamrotał pod nosem podchodząc do kranu i odkręcił zimną wodę. Jak tylko chodna woda dotknęła skóry pojawiła się ulga, chociaż Ethan doskonale wiedział, ze ta ulga pojawi się tylko na chwilę, a potem będzie tylko gorzej do czasu, aż oparzenie całkiem nie zejdzie.

    Poparzony Ethan z marnym zaczęciem

    OdpowiedzUsuń
  94. [Ale rudzielec! I marzy jej się rudy kot? :P Niezbyt wesołą ma przeszłość i pierwszy raz widzę na blogach niedoszłą zakonnicę :D Dziękuję za powitanie i miłe słowa. No mam nadzieję, że będziemy się tu wszyscy bardzo dobrze bawić.]

    Harriet

    OdpowiedzUsuń
  95. Owszem, kłamstwo Maxa w jakimś stopniu go dotyczyło, ale wciąż nie było jego problem i na tym chciał ten temat zakończyć. Właściwie, dla Kaysera cała ta szopka, spowodowana oszustwem ośmioletniego chłopca mogła się już zakończyć, bo nie widział sensu by dany temat drążyć, skoro wszyscy znali już powód nieporozumienia. Jeśli kobieta zechce pozwolić swemu podopiecznemu na przyjście w progi leśniczówki – dobrze. Jeśli nie zechce – to nie. Ferran nie przywiązywał się do ludzi w żaden sposób i czy Max go odwiedzał, czy nie odwiedzał, nie było kluczowym punktem jego życia. Mógł przychodzić, dopóki mu nie przeszkadzał w pracach codziennych, ale jeśli zrezygnowałby z własnej, bądź nie, woli, to Kayser nie będzie z tego powodu cierpiał. Taki już jest – niewiele rzeczy i ludzi ma dla niego jakiekolwiek znaczenie.
    — Nie jestem zły. Jeśli będziesz chciał, przychodź — odpowiedział, zerkając na moment w stronę rudowłosej kobiety. — Ale najpierw będziesz musiał mieć zgodę, żeby nikt się więcej nie denerwował, ok?
    Jednak nie pomoże mu w zdobyciu tej zgody. Nie miał w zwyczaju prosić, a brak tego zwyczaju bardzo mu odpowiadał, toteż nie zamierzał go zmieniać, w związku z czym Max musiał zadbać o dane przyzwolenie na własną rękę. A jeśli potrafił kłamać, powinien mieć również odwagę, by o coś poprosić bez zmyślania cudacznych historii.
    Wprawdzie, w kwestii Kaysera naciągnął tylko kilka faktów, ale i tak były to spore nadużycia. O tyle dobrze, że nie naopowiadał jakiś niestworzonych bajek, z których później ciężko byłoby mu się wyplątać! Różne opowieści krążyły po miasteczku, ale w jakiejś części dotykały one prawdy, a gdyby na wieś wyszła nowa plotka, absolutnie nie trzymająca się sensu, to temat leśniczego znów byłby na salonach, co Ferranowi wcale by się nie spodobało. Jedyne czego potrzebował, to świętego spokoju. Towarzystwo Maxa mu nie przeszkadzało, dlatego nie miał nic przeciwko temu, by chłopiec go odwiedzał, jeśli się w leśniczówce nie nudzi – Kayser nie mógł zagwarantować chłopakowi niczego innego, prócz obserwacji, lub nauki, podstawowych domowych czynności.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  96. Chyba łatwiej jest zauważyć cudze błędy, niźli swoje. Wtedy można dostrzec różne drobiazgi, nie jest się tak subiektywnym. Siebie samego człowiek albo wybielał, albo miał tendencję do skazywania na wiecznie niesprzyjający los. Cóż, może i poniekąd tak było z Melody? W końcu to nie jej wina, że była świadkiem cudzych błędów…
    Nigdy nie zależało jej na pieniądzach. Pochodziła z majętnego domu, lecz nie było ani jednej sytuacji, w której obnosiłaby się z bogactwem. Owszem, nosiła droższe ubrania, czesała się u renomowanych i znanych fryzjerów, ale robiła to raczej ze względu na rodziców. Ci też nie lubili się chwalić tym, co mają, jednak zdecydowanie dbali o dobre imię i wygląd. Melody to aż tak nie przeszkadzało, choć teraz, gdy mieszkała w Mount Cartier, nosiła się raczej luźno. I, o dziwo, dopiero tutaj zaczęła wkurzać ją ciotka i jej punkt widzenia na temat mody. Annie zawsze musiała zachwycać wyglądem, fryzura nie mogła być krzywo ścięta. Ot, takie jej natręctwo.
    Więzi z siostrami? Miały ze sobą dobry kontakt… Jeśli tak można to nazwać. Starsza wyjechała i słuch po niej zaginął, już jakieś dwa lata temu. Młodsza leżała w śpiączce… Wcześniej spędzały wszystkie razem dużo czasu wspólnego, ale ich drogi się rozeszły. Nie w taki sposób, w jaki powinno się to stać. Ale takie rzeczy już nie były od nich zależne.
    Machnęła ręką na pytanie o rosole. Przecież musiałaby tyle tłumaczyć..! Zaraz. Przecież po to tu przyszła.
    -To skomplikowanie - odparła, w tym momencie zdając sobie sprawę, jak kretyńsko musiało to brzmieć. Czy ona przyszła, naprawdę, tak zupełnie serio, gadać tu o znienawidzonej zupie? Jeszcze w dodatku przysmaku jakichś Polaków, a nie Amerykanów! Co ona sobie myślała?
    A mogła zacząć pozytywnie. Na przykład o syropie klonowym.
    -Po prostu moja ciotka się o mnie martwi… A ostatnio wypróbowuje na mnie swoje kulinarne… Niewypały - odparła, siadając na kanapie. Pokręciła przecząco głową na znak, że nie potrzebuje niczego do picia. Ten rosół… Nie ważne. - W pewnym sensie kazała mi wybierać między rosołem, a przyjściem tu. Więc wybrałam drugą opcję - mruknęła otwarcie. Wydęła usta, siedziała całkowicie prosto, może nawet trochę nazbyt karykaturalnie. Ale nie wiedziała, jak miała się tu zachować. O dziwo język się jej mocno rozplątał, co było do tej pory rzadkością. Mattie powinna się więc tylko cieszyć.
    Objęła wzrokiem gabinet.
    -Dodatkowo Annie pomyślała, że skoro się znamy, to będzie mi łatwiej. Cóż, może coś w tym jest - dodała, zatrzymując wzrok na Sherwood. Zmrużyła lekko oczy. - Kiedy ostatnio się widziałyśmy?

    OdpowiedzUsuń
  97. [ trafiony zatopiony (kliknij mnie) ♥
    Tak, to ja i witaj. Miło Cię widzieć po tylu latach, chociaż moje postacie ewoluowały i nie są już tak tośkowate. Jeśli nadal masz ochotę na wątek z Tośkiem marnotrawnym to chętnie nam coś zacznę/wymyślę :D]

    Ash

    OdpowiedzUsuń
  98. [aaaa jaaa? się chyba zgubiłam w tym tłumie :( ]

    OdpowiedzUsuń
  99. Christian nie należał do ludzi, którzy szybko tracą cierpliwość. Dlatego, kiedy do kliniki zaczął przychodzić chłopak z chęcią wprowadzał go w świat zwierząt. Jednak z czasem przychodził coraz częściej i czasami zwyczajnie mu przeszkadzał, a Hemingway miał zbyt dobre serce, aby go wygonić. Oczywiście nie zawsze mógł chłopaka wpuścić, prowadzić z nim rozmowy i pokazywać wszystko. Tego dnia nie był szczególnie zajęty, co go aż dziwiło, bo nawet na takie małe miasteczko jakim było Mount Cartier dużo było do roboty przy zwierzakach. Często pojawiali się tu też ludzie z Churchill ze swoimi zwierzakami lub to on musiał tam jeździć, o ile nie dało się przywieźć zwierzaka. Dziś na szczęście było spokojnie, więc mógł też i sobie pozwolić na więcej luzu, a i na więcej opowieści dla Maxa o swoim zawodzie. Podczas takich opowieści zeszli na temat zwierząt, Chris po raz pierwszy mu pokazał swoją gromadkę, a na widok Lynx, przypomniał sobie, że jego siostra poszukuje kota. Chłopak całkiem rozgadał się na temat siostry. Po części trochę mu zazdrościł, on wychował się sam bez rodzeństwa. Nigdy nie poznał czym jest taka typowa braterska czy siostrzana miłość. Zawsze zazdrościł tym, którzy mieli rodzeństwo, chociaż pewnie, gdyby już je miał narzekałby, że jest i wolałby, aby go nie było.
    Od słowa do słowa przeszli do tego, że Christian koniecznie musi zobaczyć jego siostrę, bo jeśli jej nie zobaczy to nie będzie mógł pomóc w poszukiwaniach kota. A kot musiał być rudy, ale nie zwyczajny rudy przemieszany z białym, ale po prostu rudy. Nie wiedział czy spotkał wcześniej bardziej rudego kota, niż jasny rudy, ale no cóż, ludzie mieli różne wymagania co do zwierząt. Cieszył się, że będzie mógł pomóc przy znalezieniu tego jedynego kota. Zawsze go cieszyło, kiedy zwierzaki znajdowały nowy dom.
    Jakoś się tak złożyło, że niedługo później był już w drodze do domu chłopaka, aby poznać jego siostrę. Najlepiej będzie jak się z nią dogada, a potem będzie się rozglądał za kotem, którego szuka dziewczyna. Tak chyba będzie najprościej. Kiedy sama mu powie jakiego zwierzaka szuka, bo jednak Max bardzo chaotycznie to opisał. Dopiero jak zajechali pod jego dom, Chris zdał sobie sprawę z tego, że nie zapytał się go o imię siostry. Nie spytał się o to jednak teraz, kiedy szli za dom, aby się z nią przywitać.
    Spodziewał się każdego, od kobiety w jego wieku, po starszą od niego czy młodszą, ale wystarczająco dorosłą, aby zajmowała się swoim bratem. Widok płomiennorudych włosów, które były tak dobrze znajome sprawił, że coś w nim drgnęło. Był w podobnym, a może większym, szoku jak dziewczyna.
    - Nie wierzę – zaczął kręcąc głową na boki – to jest twoja siostra? - zapytał spoglądając na Maxa, a potem przenosząc wzrok na Mattie. Nie sądził, że jeszcze kiedyś się spotkają, a jak widać wszystko było możliwe.
    - Czy to możliwe, że jesteś bardziej ruda, niż ostatnim razem? - zadał kolejne pytanie i zaśmiał się. Podszedł bliżej i przywitał się z dziewczyną. Objął ją i musnął ustami policzek, a następnie zrobił krok w tył, dłonie schował w kieszenie kurtki.
    - Powinnaś dostać medal za brak odzywania się przez tak długi czas – rzucił.
    Jemu też się w zasadzie należał.

    Christian, który jest cudownie spóźniony

    OdpowiedzUsuń
  100. Uśmiechnął się nieznacznie. Może i faktycznie tak było. Chyba najpierw wybierze się nad to jezioro a później może zagra w grę? Albo kiedy będzie w Churchill i będzie oczekiwać na kogoś, albo na coś, to sobie na YouTube obejrzy filmik i sam się przekona czy aby na pewno jest to podobny klimat.
    Teoretycznie mogli gdzieś pojechać. W sumie to może wybraliby się gdzieś na weekend? Chociażby do Toronto, albo gdzieś indziej? W Churchill było przecież lotnisko, mogli kupić bilet, czy też raczej i bilety i mogli polecieć gdzie zechcą…albo tam gdzie wylądują. Może Mattie tak spontanicznie do tego podchodziła, ale on mimo wszystko chyba by tak nie potrafił w stu procentach. A już na pewno nie na miejscu kobiety. Miała przecież młodszego brata, którym należało się zająć. Miał przecież szkołę…a mimo wszystko nie ustalili czy mały Max też jedzie, czy może byłoby lepiej żeby został tutaj w Mount Cartier.
    — Ja tym zdradzającym? – zapytał szczerze rozbawiony. Coraz bardziej mu się to podobało! Może było w tym sporo racji, chociaż…chociaż gdyby był aktorem, to pewnie mimo wszystko brałby takie różne role, nie chciałby być kojarzonym tylko jako kochanek, czy jakiś typowy macho (którego wizualnie wcale nie przypominał). Chciałby aby w jego karierze była możliwie największa różnorodność. Począwszy od nieśmiałego zamkniętego w sobie malarza, skończywszy na psychopatycznym mordercy, który o dziwo jest duszą towarzystwa. Stojąc za kamerą, oraz pisząc scenariusze mógł tylko tworzyć postacie, tworzyć filmy, które będą się od siebie diametralnie różnić.
    — Ty? – zamyślił się. – Nie wiem dlaczego, ale widząc cię na ekranie pomyślałbym, że jesteś studentką, która uprzykrza życie rodzinie, oraz sąsiadom. Albo gdyby zrobić ci nieco mocniejszy makijaż, ubrać w kurtkę ze skóry to pasowałabyś do takiej buntowniczki z motocyklem – odpowiedział po chwili namysłu. Nawet oczami wyobraźni widział ją na motorze, albo jak na planie filmowym „jest w spelunie” i gra w bilard z rosłymi facetami. To był widok, co najmniej niecodzienny, ale z pewnością przykuwający uwagę, oraz nie komiczny…
    — W sumie…kryminałów mam kilka. Pewnie jakieś z wątkiem romantycznym w tle przeczytałem – powiedział. – Ale z wielką przyjemnością, przeczytałbym to co mi polecasz. W końcu jako kobieta pewnie znasz więcej pozycji typu „romans”, niż ja – oczywiście żartował. Nie był stereotypowym facetem, który romansu to w życiu by nie tknął. Jakieś tam tknął…przeczytał nawet jakieś tego typu książki, niekiedy nawet w takich oklepanych romansach, mogło kryć się coś ciekawego, jakaś historia, która wciągnie, albo zaintryguje.
    — Miśka? – zdziwił się i spojrzał na nią. – Ja tam widzę jednorożca – podchwycił. Przyjrzał się gwiazdom, w myślach połączył kilkanaście mocniej świecących ciał niebieskich i uśmiechnął się do siebie. – Popatrz… jak połączysz te gwiazdy – wskazał kolejno gwiazdy i zakreślił odpowiedni kształt – to wygląda jak żółw, a jak odwrócisz to o sto osiemdziesiąt stopni, to trochę wygląda jak jakaś miska z chrupkami… - zaśmiał się. Wcześniej raczej nie spoglądał w gwiazdy właśnie w taki sposób, przedtem po prostu patrzył na nie i podziwiał. Nie łączył pojedynczych punktów w całość, pozostawiał je jako małe nic nie znaczące punkciki na nieboskłonie. Punkciki, które są niekiedy nawet i setki lat świetlnych od ziemi.
    — Często tak łączysz gwiazdy? – zapytał. Niby mała rzecz, ale jednak potrafi zaintrygować. Może nawet jakoś to wykorzysta? W swoim filmie, albo w książce? Przecież mógł, prawda? Nikt mu tego nie zabroni przecież. – Lubię kiedy ludzie robią coś…niespotykanego. To takie wyjątkowe i na swój sposób ciekawe. Może dziwnie to zabrzmi, ale często wykorzystuję takie różne…zboczenia. O ile coś takiego można nazwać zboczeniem - westchnął cicho.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  101. W pewnym sensie to dobrze, że Maxowi zależało na odwiedzaniu leśniczówki. Oznaczało to, że chciał się uczyć domowych czynności, zarezerwowanych dla płci brzydszej, bo reperowania kranu, rąbania drewna, czy naprawiania zawiasów w drzwiach, kobieta zapewne nauczyć by go nie mogła, choć nie chciał wysuwać błędnych wniosków. Znał swego czasu kobiety, które z męskimi czynnościami radziły sobie o niebo lepiej, niż co niektórzy faceci. Niemniej, Ferran mógł pomóc kobiecie w opiece nad Maxem w taki sposób, że mógł mieć na niego oko przez te kilka godzin, które spędzałby w leśniczówce w ramach rozrywki i zarazem nauki. I tak przesiadywał je tutaj, więc Kayser nie widział problemu w tego typu opiece.
    — Nie szkodzi — rzekł krótko, odnośnie przeprosin. — Tak, jak wspomniałem, jeśli Max będzie chciał tu przychodzić, to nie mam nic przeciwko.
    Musiał tylko poznać reguły, o których kobieta wspomniała, bo nie zamierzał wkopać się w żadne bagno i czuwać nad chłopcem dwadzieścia cztery godziny na dobę, jako niańka. Ponieważ młodzieniec nie miał ojca, Ferran mógł jedynie pomóc kobiecie w pokazywaniu mu męskiej części świata, oczywiście ze zdrowym rozsądkiem. Alkoholu dawać mu nie zamierzał, chodziło tylko o umiejętność posługiwania się kluczami, czy odpowiednie trzymanie siekiery, co by podczas uderzeń nie został mu w dłoniach sam trzonek.
    — A jakie reguły ma pani na myśli? — Uniósł lekko brew, skupiając spojrzenie na kobiecie. — Zaznaczam, że nie błagam o odwiedziny Maxa, a jedynie zgadzam się na jego przebywanie tutaj, także nie ma za wiele kwestii do negocjacji.
    Bo to, że chłopak odwiedzał leśniczówkę nie oznaczało, że Ferran dałby się pochlastać za jego obecność. Mógł przychodzić, jeśli miał ochotę, ale na specjalne zaproszenie nie mógł liczyć z racji tego, że Kayser nie miał nic wspólnego z gościnnością, czy zabieganiem o czyjeś towarzystwo. W końcu to z samym sobą czuł się najlepiej, choć – jak było zresztą chwilę temu widać – herbatą poczęstować wciąż potrafił.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  102. Odsunęła się natychmiast, unikając zderzenia. Zagapiła się na sam szyld wiszący nad wejściem i nie zauważyła ruchu z środka , a nawet otwieranych drzwi. Gapa.
    W odpowiedzi jedynie wzruszyła ramionami i dopiero po sekundzie uświadomiła sobie, że tamta może nawet na nią nie patrzeć i nie zrozumie. Cóż, tak na prawdę Mina samej siebie nie rozumiała, w związku z czym trudniej jej było nadążyć za innymi i vice versa.
    - Nie, nie - zapewniła i odsunęła się na bok. Zaraz też obróciła na pięcie i poszła dalej chodnikiem. Po prostu uciekła, sądząc, że nie jest jeszcze gotowa wrócić do gabinetu i na kozetkę.
    Ale chyba jednak potrzebowała tego bardziej, niż sama sądziła, bo po dwudziestu minutach, nogi same zaprowadziły ja pod tą samą bramę. Spacerowała dalej i nieświadomie zatoczyła kółko, raz drugi i trzeci skręcając w tę samą stronę. A w momencie, gdy znów stanęła pod drzwiami z zawieszonym u góry szyldem, zadarła głowę do góry, mrucząc pod nosem. Nie było rady, musiała wejść, by przekonać się, czy warto zawracać sobie tym głowę. Jeśli nie spróbuje i nie przekona się, ile warta jest ta gra, wątpliwości i domysły tylko ją zeżrą. Poza tym nawet jesli nie jest to ten czas, to się o tym dowie i będzie pewna.
    Nacisnęła klamkę i weszła do środka. Wnętrze było ciemniejsze, niż światło słoneczne na ulicy, miała nawet wrażenie, że oslepła na moment, więc o mały włos nie weszła w stojak na płaszcze. Gdy ten jednak zachwiał się, złapała go szybko, by nie spadł i nie rozbił się, lub narobił hałasu a już po chwili siedziała na jednym z kilku kszeseł ustawionych pod ścianą. Nikogo tu nie było, a ona nie wiedziała, czy może zapukać do drzwi na końcu pomieszczenia.

    OdpowiedzUsuń
  103. Jakby nie patrzeć sytuacja była zabawna. Strażak, a się poparzył. Czy oni przypadkiem nie byli od tego, aby takie sytuacje nie miały miejsca? Chyba to, że osoby, którym to się nie powinno zdarzyć, były pierwsze jeśli chodzi o tego typu wypadki. Zimna woda przynosiła ukojenie, którego potrzebował. Ręka nieco mu drżała od bólu. Zaczynał się zastanawiać czy nie ma przypadkiem w domu jakiejś maści, która załagodzi ból potem, aby nie musiał chodzić z ręką w misce. Nie uśmiechało mu się ciągle trzymanie jej w zimnej wodzie, a wolał czymś posmarować, aby trochę popiekło i przeszło w końcu, niż tak bez końca trzymać pod wodą. Z tego co pamiętał to raczej nic takiego w swojej domowej apteczce nie miał. Jak nic nie znajdzie będzie musiał się przejechać o kupić, albo ewentualnie popytać kogoś z sąsiedztwa czy nie mają czegoś co mogłoby mu pomóc. Ostatecznie był też gotowy na to, aby zagryźć zęby i jakoś przetrwać to pieczenie i sobie darować bieganie po ludziach. No trudno, zobaczy się z czasem czy będzie musiał czegoś szukać czy jednak nie.
    W pierwszej chwili nawet nie usłyszał, że ktoś wchodzi mu do domu. To nauczka, aby zamykać drzwi. Może i to było Mount Cartier w którym niewiele się działo, ale mimo to dobrze było zamykać drzwi. Tak w razie czego. Tym razem na szczęście miał do czynienia tylko z Mattie, która w zasadzie co tutaj robiła? Nie przypominał sobie, aby się z nią umawiał na wspólne spędzanie czasu. A może? Cholera, już nie pamiętał.
    Znali się w zasadzie od zawsze. Jego pierwsze wspomnienia zaczynały się z dziewczyną. Z tą samą dziewczyną, która go rzuciła w przedszkolu i od tamtej pory była wołana jako okrutna, zła i podła. Jak widać nie tylko kobiety utrzymują urazy przez długi czas. Faceci też to potrafią. Oczywiście to wszystko to były tylko i wyłącznie niewinne żarty, które za każdym razem go bawiły. Ale kogo by nie rozbawił fakt, że dziewczyna, która była pierwszą rzuciła go w przedszkolu dla jakiegoś innego chłopczyka? Nie dość, że sama odeszła to jeszcze zabrała potencjalnego kolegę do układania klocków! Ale żeby na nie zarzucać jej tylko złych rzeczy była naprawdę dobrą przyjaciółką. Pamiętał jak się razem bawili, kiedy ich rodzice spędzali wspólnie czas. Przynajmniej do czasu, aż ojciec Ethana nie zabrał swoich rzeczy i nie uciekł z Kanady. Zostawiając na głowie najmłodszego syna chorą matkę.
    - Ha ha ha – wycedził mrużąc nieco oczy – bardzo zabawne. Nie słyszałaś o tym, że włamywanie się co cudzych domów jest karalne? - zapytał wyciągając rękę spod wody. Sięgnął po ściereczkę do wycierania rąk i ostrożnie osuszył dłoń. Była wyraźnie zaczerwieniona i trochę piekła, ale do jutra powinno przejść.
    - Co tutaj robisz? - zapytał, wcześniej jeszcze witając się z dziewczyną.

    Ethan Camber

    OdpowiedzUsuń
  104. [Wybacz, że tak późno odpisuję, dopiero zwrócili mi laptopa, wróciłam z Węgier itp, itd...
    Ja wróciłam do blogów tak w styczniu i obecnie urzęduje na 4 blogach xD (z czego na 2 adminuję, tym razem nie upadną XD)
    A co do tej znajomości z przeszłości, to widzę to bardzo pozytywnie. Ash pewnie robiłby  chwilami za takiego jej małego strażnika, który pomagałaby jej wejść na drzewo, czy asekurował przy wysokich drabinkach. Mogłaby być dla niego taką małą siostrzyczką, której nigdy nie miał. Więc mieliby taką bardzo słodką relację super przyjaciół i w ogóle.
    I wtedy właśnie urwałby im się kontakt.  I faktycznie mogliby się przypadkowo na tym świecie spotkać! A co do elementu wątku, to coś tam mi bije.
    Ash jest tym spokojnym typem, czyli de facto twardo stąpającym po ziemi i trzeźwo myślącym. A sam fakt, że (przypadkowo) wpakował się w związek z Giną, która jest w sumie największą złośnicą w mieście pewnie jest czymś pokroju samobójstwa XD.
    Mattie mogłaby nie wierzyć, że ktoś taki jak on dał się wciągnąć w coś takiego i nie potrafiłaby pojąć umysłem czemu z tym nie skończy, skoro był to czysty przypadek, a Gina nie należy do osób, które są dla niego miłe. :D Wiesz, chodzi mi o takie siostrzane zamartwianie, że jej się braciszek wykończy z Tym swoim pacyfizmem i faktem, że ktoś taki z nim mieszka i poniekąd rządzi. A że Mattie jest stażystką u psychologa, to tym bardziej, czułaby pewnie swego rodzaju potrzebę pomagania, zwłaszcza osobie, którą zna. I podczas tej ich prywatnej sesji o treści: Ashmee, debilu, co ty do cholery robisz?, proponuję zerwać burzę z piorunami, czy coś w ten deseń, może podpalić jakieś drzewo... zniszczmy sielankę. I zwalmy wszystko na Ginę. XD]

    Ashmee

    OdpowiedzUsuń
  105. Spotkanie Mattie było ostatnią rzeczą jakiej się spodziewał w tym życiu. Sądził, że drogi jego i tej właśnie kobiety rozeszły się dawno temu, a tymczasem spotkali się po raz kolejny. I to w jakich okolicznościach! Ta dziewczyna naprawdę go zadziwiała. Nie sądził, że Max to brat Mattie. Kobiety z którą kiedyś łączyła go relacja, której do tej pory nie rozumiał. Ale to nie było ważne. Naprawdę nie spodziewał się jej tu zobaczyć. Po tych wszystkich latach. Dawno nie myślał o tej dziewczynie, aż do teraz. Naprawdę sądził, że ich drogi rozeszły się już dawno temu, a teraz proszę – ponownie się spotykali i to jeszcze w takich okolicznościach!
    - Spokojnie, twój brat niczego nie zrobił – zapewnił i zaśmiał się. Chociaż momentami za bardzo się wszystkim interesował to naprawdę nie miał mu za złe tego, że do niego przychodził. Gdyby nie on może nawet nie wiedziałby, że dziewczyna jest w Mount Cartier! Tak naprawdę mógł się tylko cieszyć, że chłopiec go odwiedził i zaczął mówić o siostrze, która szuka kota. Rudego kota, który będzie pasował jej do koloru włosów. Chris się teraz zaczął zastanawiać czy w ogóle uda się takiego kota znaleźć, bo jakby nie patrzeć dziewczyna miała naprawdę oryginalny kolor włosów, a nie wydawało mu się, aby kiedykolwiek widział kociaka z futerkiem podobnym do jej włosów.
    - A skąd miałem wiedzieć czy dawać znać? Nie miałem się jak do ciebie odezwać – powiedział i przewrócił oczami. Jakoś tak zwyczajnie wyszło, że zapomnieli o sobie. Dobrze było jednak odnawiać stare kontakty, a teraz miał nadzieję, że Mattie zostanie w jego życiu na dłużej, niż w tamtym czasie.
    - Poznaliśmy się jakiś czas temu. Stare dzieje, prawda? - rzucił w stronę kobiety wchodząc za nią do środka. W przedpokoju ściągnął buty. Był pewien, że na podeszwach ma trochę błota i coś jeszcze się przykleiło, a nie chciał tego roznieść dalej. - Dawno wróciłaś do Mount Cartier? Myślałem, że twój wyjazd był taki... Na stałe.
    Rozejrzał się po wnętrzu, a następnie przeszedł dalej za dziewczyną.

    Christian

    OdpowiedzUsuń
  106. Cześć, Mattie! Nie wiem czy wiesz, ale za taki ładne opowiadanie jak Twoje należy się nagroda w postaci ikonki, dlatego też od tej chwili przysługuje Ci miano bajkopisarza, a obrazek z maszyną do pisania już do Ciebie leci. Wciąż też liczę na inne historie spod Twoich palców :).

    OdpowiedzUsuń
  107. Mógł się tego spodziewać. W końcu w jego domu czuła się jak u siebie i ze wzajemnością. W ich przypadku trudno było mówić o tym, że ktoś się komuś włamał. A w takich przypadkach, kiedy wyglądał żałośnie, klął pod nosem, a cała ręka była poparzona, wolał jednak, aby pamiętała o tym, że istnieje wciąż coś takiego jak pukanie. Chociaż zapewne darł się głośno i mogło to zaniepokoić dziewczynę. Musiał przyznać, że gdyby to on przechodził obok jej domu i słyszał jak krzyczy również wpadłby do środka bez zapowiedzi. I zapewne jego reakcja byłaby taka sama, gdyby dostrzegł co takiego w zasadzie się stało. Cóż, mógł mieć nadzieję, że to wydarzenie zatrzyma dla siebie. Byłoby głupio, gdyby się wydało, że taki duży strażak został pokonany przez głupi, gorący garnek. A jak wiadomo w takim mieście wiadomości rozchodziły się jak świeże bułeczki.
    Przy wspomnieniu o braciach jedynie skinął głową. Cóż, może i swojego miał, ale za to żadnej wiadomości do niego nie miał od czasu urodzin i świąt. A raczej świąt, bo zarówno kartka na urodziny jak i na święta przyszła niemalże w tym samym czasie. I jak zawsze bez adresu zwrotnego. Jedyne po czym poznawał, że to wciąż listy od Felixa to po tym niezgrabnym piśmie i po jego charakterystycznym „e”, które zawsze w dziwny i niezrozumiały dla Ethana sposób zawijał.
    - Mów mi jeszcze – mruknął. Niby minęło już kilka lat, a on nadal nie potrafił zrozumieć jak Felix tak po prostu mógł opuścić rodzinny dom i zostawić matkę. Wiedział, że im dłużej będzie o tym myślał tym bardziej zagłębi się w te czarne myśli, które zostawiał, kiedy miał paskudny humor. A teraz nie dość, że stał poparzony to jeszcze Mattie miała z niego polewkę i zwyczajnie się śmiała z jego niezdarności, która na co dzień się nie zdarzała.
    Pozwolił dziewczynie opatrzyć dłoń, która nie potrzebowała szpitalnej opieki, ale wiedział też, że jak zacznie się z nią wykłócać, że tego nie potrzebuje wyjdzie na marudę.
    - Jaka będzie moja nagroda? - zapytał zaciekawiony i z błyskiem w oku. Bo w końcu kto się oprze nagrodzie za bycie grzecznym, prawda? A skoro miał opcję do dostania czegoś ciekawego to tym bardziej musiał się postarać. Aczkolwiek coś mu podpowiadało, że nagroda będzie bardziej w postaci przytulenia się czy czegoś podobnego. - A nie widać? Robiłem obiad – mruknął w odpowiedzi i lekko wzruszył ramionami. Coś średnio mu wyszło, a on sam już stracił ochotę na to, aby jeść cokolwiek czy stać przy garach i mieć świadomość, że znowu może się poparzyć.
    Sam nie wiedział czego spodziewał się po dziewczynie, kiedy nagle przybrała zupełnie inny ton głosu. Z kpin przeszli do... Sam w zasadzie nie wiedział czego. Nigdy nie brało ich na wywody o tym jak co czują w stosunku do siebie. Wydawało mu się, że oboje to wiedzą. Powędrował na moment wzrokiem za jej dłonią, ale tylko na chwilę. Ponownie spojrzał jej w oczy, podobnie jak dziewczyna zagłębiając się w znajomych tęczówkach, które prześladowały go od wczesnego dzieciństwa.
    - To tylko poparzenie. Nie umieram – odparł na jej wyzwanie, prawdopodobnie trochę niszcząc nastrój między nimi. Zaraz jednak się nieco otrząsnął i jakby mógł zrobiłby krok w jej stronę, ale już zwyczajnie brakowało mu miejsca. - Ale tak na poważnie... Mi też na tobie zależy. Zawsze zależało.
    Ethan nie należał do wylewnych osób i pewnie, gdyby nie to, że Mattie zaczęła temat trzymałby to wszystko w sobie, a to co teraz powiedział nie ujrzałoby światła dziennego. Może w tym wyznaniu nie było niczego dziwnego, skoro znali się od dziecka i od zawsze relacje między nimi były dobre.
    - Więc nie narób głupot i trzymaj rudą główkę bezpieczną, okej? - poprosił nieco ciszej, jakby nie chciał, aby to usłyszała.

    Ethan, zawstydzony, Camber

    OdpowiedzUsuń
  108. [ Aż szok ile tu rudych pań XD <3 Dziękuje za wszystkie miłe słowa i chętnie wpadnę na wątek. Bo czemu nie? Choć aktualnie nie mam żadnego pomysłu... A ty? X3 ]

    martha jones

    OdpowiedzUsuń
  109. Czy oni w tej chwili naprawdę sobie mówili co do siebie czują? Ethan nigdy nie był wylewny. W zasadzie po chorobie matki jeszcze bardziej się w sobie zamknął. Został z nią tak naprawdę sam. Nie licząc znajomej matki, Agnes, która czasami ją odwiedzała, ale przecież nie mogła tego robić przez cały czas, prawda? Miała swoje życie, którym też się musiała zająć. A Camber był dorosły. Można powiedzieć, że był najdojrzalszym członkiem tej rodziny. Kiedy Bianca zachorowała nie sądził, że zostanie z tym sam, a potem spełniła się najgorsza wizja tego. Był skazany na siebie. Czy jej wyznanie mogło być spowodowane tym, że straciła rodziców? Ethan wiedział, że w każdej chwili czekało na niego niebezpieczeństwo. Zwłaszcza patrząc na to jaką pracę wykonywał. Przy każdym wyjeździe z remizy mogło się wydarzyć coś tragicznego. Komuś mogło się zawsze coś stać. Przy zwykłym ściąganiu kota z drzewa mogło pójść coś nie tak. Drabina się zachwieje, człowiek źle upadnie i nieszczęście gotowe.
    Ethan westchnął cicho i zgarnął kosmyk rudych włosów za ucho dziewczyny.
    - Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Jak tylko mnie potrzebujesz to będę obok – obiecał i uśmiechnął się lekko do kobiety. Zaskakiwała go zawsze. Nie spodziewał się po niej, aż tylu miłych słów. Zwłaszcza, że działo się też nic co mogłoby wskazywać na to, aby nagle coś mu się mogło stać. Co prawda istniała szansa na to, że może skończyć podobnie jak matka, ale dopóki nie było żadnych oznak tego, że może cokolwiek zapominać trzymał się tego, że będzie zdrowy i dożyje spokojnej starości. Z kimś u swojego boku. Z kobietą, która z nim wytrzyma tyle lat.
    Prawdę mówiąc nigdy nie sądził, że mogłoby połączyć ich coś więcej. Mattie była jego przyjaciółką. Kimś na wzór młodszej siostry, która mimo że irytowała to kochało się ją bez granic. Jednak patrząc na to, że połączyli się jako dzieci, kiedy ze sobą chodzili teraz nazywanie jej siostrą było zwyczajnie... Dziwne. Mattie była ważną osobą w jego życiu. Gdyby ktoś się go zapytał kim dokładnie jest nie potrafiłby odpowiedzieć od razu. Jego odpowiedź pewnie składałaby się z wielu zdań, ale żadne z nich tak naprawdę, nie dałoby jasnej odpowiedzi. Mattie... Mattie to po prostu Mattie. Mattie jest, Mattie była i będzie. To mu w zupełności wystarczało.
    - Nie stracisz mnie, rudziku - obiecał. Położył swoja dłoń na jej, jakby chciał, aby dłużej ją tam trzymała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuł – sam tak naprawdę nie wiedział co w tej chwili czuł. Był nieco skołowany tym całym wyznaniem, które chyba było najbardziej intymną rzeczą jaką w życiu przeżył. Był w przeszłości z kobietami, obnażał się przed nimi. Jednak to czego doświadczał w tej chwili nie mogło się równać z tamtym. Miał wrażenie jakby Mattie za pomocą tych kilku słów wyciągała jego duszę na wierz. Jakkolwiek głupio to brzmiało, tak chyba było. Nie wiedział jak mógłby opisać tą chwilę.
      Zupełnie jakby pod wpływem jej wzroku rozchylił nieco usta.
      Nie wiedział co zaskoczyło go bardziej. To, że dziewczyna go pocałowała czy to, że najpierw go ugryzła. I jeśli miał być szczery to z pewnością było to drugie. Przez kilka sekund stał z rozchylonymi ustami i otwartymi szeroko oczami, pewnie wyglądał jak ryba, którą dopiero co się wyjęło z wody. I kiedy zaskoczył co takiego się wydarzyło odwzajemnił pocałunek. Pocałunek, który chyba nie powinien się nigdy wydarzyć. Zresztą, to nie miało teraz znaczenia. To co działo się w jego dość niewielkiej kuchni było zupełnie inne od wspomnień z przedszkola. Zresztą, trudno o to, aby były te dwie chwile do siebie podobne. Chowające się trzylatki za zabawkami, aby skubnąć buzi w usta, które śmiesznie zawsze układali. Ręce, które do tej pory były opuszczone wzdłuż ciała, przeniósł na plecy dziewczyny i jednym ruchem ją do siebie przycisnął.
      Oderwał się od niej po dłuższej chwili, dając im oboje czas na to, aby zaczerpnęli trochę powietrza Wyrównali oddechy. Miał wrażenie, że serce mu zaraz wyskoczy z piersi. Oparł swoje czoło o jej i nieco poluzował uścisk, w razie gdyby chciała się jednak odsunąć.
      - To... to było niespodziane – szepnął i lekko się uśmiechnął, zupełnie nie dowierzając w to, że coś takiego się wydarzyło.

      Ethan z oposem<3

      Usuń
  110. Nigdy nie miał jej za złe tego, że wyjechała. Chciał, aby najbliższa mu osoba była szczęśliwa. A jeśli miało to oznaczać, że wyjedzie i zostawi za sobą Mount Cartier to nie mógł jej zatrzymywać. Chociaż na pewno byłoby mu łatwiej, gdyby Mattie była obok, kiedy wszyscy inni go opuścili. Ale Ethan był dorosły i musiał sobie z tym wszystkim poradzić sam. Nie mógł oczekiwać tego, że ciągle ktoś będzie przy nim i będzie prowadził za rączkę, był obok i wysłuchiwał tych wszystkich żali, które w sobie miał. Trzymał też wszystko w sobie, bo zwyczajnie nie chciał narzucać innym swoich problemów. Wydawało mu się, że jest dość skomplikowaną osobą. Biorąc pod uwagę to, że jednocześnie chciał i nie chciał, aby ktoś przy nim był, kiedy jego matka trafiła do domu opieki, a reszta rodziny się ulotniła.
    Po części liczył na to, że Mattie będzie tą, która przy nim zostanie. Jednak okazało się, że tak wcale nie będzie. Ale czy mógł mieć jej to za złe? Pewnie gdyby sytuacja była inna sam również wyjechałby z miasteczka. Mimo, że je naprawdę kochał to zwyczajnie czasem czuł potrzebę, aby zostawić je za sobą. Wyjechać w jakieś inne miejsce na ziemi. Tam zacząć nowe życie, ale nie mógł. Jakbym byłby synem, gdyby zostawił matkę, kiedy go najbardziej potrzebowała? Tutaj też było dobrze. Miał stąd najlepsze wspomnienia, każdy zakątek miasteczka przepełniony był wspomnieniami z dzieciństwa i nastoletnich lat. I po cichu chciałby też, aby jego dzieci – o ile jakieś w ogóle będą – się tutaj wychowały. Poznały miejsca, które poznał on jako dziecko. Ale o takich rzeczach będzie mógł zacząć myśleć za kilkanaście lat. Albo i kilkadziesiąt. Jak na razie wcale nie spieszyło mu się do tego, aby mieć dzieci. Dobrze było mu samemu. Zresztą teraz miał na głowie co innego. Wystarczyło mu to, że momentami jego matka była jak dziecko, którym się trzeba było zajmować.
    On również nie chciał, aby ta chwila się kończyła. Czuł się szczęśliwi, ale nie tak jak na co dzień. W inny sposób, którego jeszcze nie rozumiał, chociaż chciałby. Może to i lepiej, że go nie rozumie. Pewnie minie trochę czasu zanim faktycznie zrozumie co takiego się tu wydarzyło i w zasadzie dlaczego, ale teraz nie chciał nad tym myśleć. Teraz chciał się skupić na tym co się wydarzyło. Na tym jak dobrze się czuje, kiedy ta drobna istotka się do niego przytula. Nie raz się przecież do siebie tulili, nie potrafiłby zliczyć liczby uścisków, które między sobą wymienili, bo było ich zwyczajnie dużo, ale żaden z nich nie był taki jak ten.
    Inny. Wyjątkowy pod każdym względem.
    Na jej pytanie zaśmiał się cicho.
    - Chyba nie mam innego wyjścia – odparł. Prawdę mówiąc nawet nie pomyślał o tym, że teraz wypadałoby ją gdzieś zaprosić. Myślami wciąż był przy tej chwili sprzed kilku minut. I pomyśleć, że pewnie gdyby nie to, że się poparzył może wcale by do tego nie doszło.
    - Nie będę ryzykował i nie zaproszę cię na własnoręcznie robioną kolację – powiedział i spojrzał na garnek i produkty, które leżały na blacie. Gotowanie raczej sobie może na jakiś czas odpuścić. - Więc może dałabyś się zaprosić na kolację w restauracji? - zapytał. Nie mieli tu zbyt dużego wyboru, ale zawsze coś, a i przecież nie trzeba było im wiele.
    - W Churchill jest całkiem fajne miejsce, gdzie można dobrze zjeść – dodał jeszcze, kiedy przypomniał sobie o miejscu w którym kiedyś jadł po wizycie u matki. Ale teraz nie chciał o tym myśleć.
    Teraz chciał się skupić tylko na Mattie.

    Ethan

    OdpowiedzUsuń
  111. Przeanalizował w myślach godziny swojej pracy, dochodząc do wniosku, że nie ma sztywno ustalonego czasu, kiedy jest poza domem. Zawód leśnika charakteryzował się niereformowalnym czasem pracy, dlatego, że natura nie trzymała się żadnych ram czasowych, pozostając przy tym nieprzewidywalną. Nie dało się o jednej i tej samej porze wykonywać codziennych czynności, bo leśniczy pracował właściwie… cały czas. Czy to rano, czy wieczorem – obchody robił o różnej porze, wycinka drzew sięgała niekiedy późnych godzin nocnych, a sadzenie odbywało się w godzinach wczesno-rannych, choć nie zawsze. Dużo bowiem zależało od pogody.
    — Ciężko powiedzieć... — przyznał, ściągając brwi w konsternacji. Miał jednak przerwy na prace przy domu, w których tak jak dotychczas mógłby odwiedzać go Max. — Ale wtorek, bądź czwartek, jakoś od piętnastej jestem w stanie mieć na niego oko — powiedział, spoglądając krótko na zegarek i przeliczając w myślach czas — Odprowadzić go pod drzwi mogę koło osiemnastej, muszę jednak uprzedzić, że nie zawsze tak jest. Sytuacje w lesie zdarzają się różne, a ja nie zawsze mam wolny czas w tych dniach.
    Nie był wróżką, czy jasnowidzem, by przewidzieć to, co zdarzy się jutro. Może piorun strzeli w drzewo, które przewróci się na młode siewki? Niby mało realne, ale możliwe, dlatego Ferran nie brał swych godzin jako pewnik, bo były one ruchome i niestabilne. Najlepiej by było, gdyby miał do kobiety jakikolwiek kontakt, wtedy byliby w stanie kontrolować odwiedziny Maxa z lepszą dokładnością.
    — Nie ukrywam, że byłoby prościej, gdyby Max, lub pani kontaktowała się ze mną przed odwiedzinami.
    Uniknęliby nieporozumień – zbędnego chodzenia do leśniczówki, w przypadku kobiety, i zbędnego oczekiwania na Maxa, w przypadku Ferrana, gdyby chłopiec nieoczekiwanie zachorował. Kontakt był najlepszym rozwiązaniem i najwygodniejszym w tym przypadku.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  112. Ashmee, odkąd w jego życiu pojawiła się Gina, nie zmienił się nawet o jotę. Nadal był tak samo pełen pokory i cierpliwości jak kiedyś. Trudno było oczekiwać od niego wybuchu — po prostu gniew był uczuciem, które kiełkowało tylko w sytuacjach kryzysowych. A takich niewiele przewinęło się przez jego życie. Taki już był — trochę milczący, skupiony na obserwacji. Nie odzywał się niepytany, nie wtrącał i nie wchodził z butami w cudze życie. Istniało prawdopodobieństwo uznania go za odludka; więcej było w tym prawdy niźli kłamstwa, ale i tak chętnie wyciągał pomocną dłoń. Prawdopodobnie była to kwestia tylko i wyłącznie ogromnych pokładów dobra, jakie w sobie posiadał. Jak na chłopca  — w czasach maleńkości rzecz jasna  — pomimo całkiem wysokiego wzrostu i sporej siły, nie uchodził za autorytet. Był raczej tym cieniem, przemykającym między dziećmi; samotnym dzieciakiem z lizakiem, siedzącym na szczycie zjeżdżalni. Dlatego właśnie, bez większych problemów udawało mu się znosić wszelkie, bardziej żywiołowe od niego, dzieci. Potrafił tłumić ich zapał, odciągać od durnowatych pomysłów — lub im ulegać — a także rozmawiać z dorosłymi, co w przypadku dzieci stanowiło ogromną zaletę. To zawsze on tłumaczył, czemu piłka znalazła się na drzewie, czemu płot ma niebieski kolor, a pies Barvandów został ogolony na łyso. I tak płynęła dziecięca sielanka, a on patrzył na świat tymi swoimi różnobarwnymi ślepiami.
    Wszystko zmieniło się, gdy zapragnął przygody. Wyruszył daleko, poza rodzinne Mount Cartier, by znaleźć to, czego od zawsze pożądał. Chciał tylko szczęścia, nowych wrażeń, odrobiny niuansów, które tak trudno było dopaść w malutkiej kanadyjskiej mieścinie. I owszem, w większości mu się to udało; bo zasmakował życie, poszerzył swój bagaż doświadczeń, przyswoił nowe języki i wyrwał się wreszcie ze schematu małomiasteczkowego chłopaczka.
    I nie żałował. Nigdy nie żałował, że wyjechał, choć równolegle z wędrówką, powoli tracił rodziców. Nie żałował tych wszystkich nowych rzeczy, których się nauczył, widoków, które zarejestrował i więzi, jaki posiadł. Nie. Nie żałował.
    Ale w kwestii ślubu z Giną... sam nie wiedział co o tym myśleć. Nie wiedział, czy w ogóle ją kocha, czy coś czuje. Czy w ogóle jest przywiązany, a może to tylko jego wrodzony instynkt opiekuńczy, chęć objęcia każdego, kto tylko potrzebował jego pomocnej dłoni. W każdym razie, egzystowali sobie spokojnie, żyjąc pod jego dachem. Dom nie był już taki pusty; po korytarzach odbijały się już nie tylko odgłosy zwierzęcych łapek. Czasami na nowo pachniało jabłecznikiem, a światło nie świeciło się tylko w jednym pokoju. Być może po prostu nie czuł się już taki samotny. Stronił od towarzystwa, ale jeszcze bardziej stronił od jego braku; nie lubił być sam. Czuł się wtedy niepotrzebny. A on za wszelką cenę chciał być potrzebny, bo wierzył, że życie każdego ma jakiś większy, wyższy cel, do którego kiedyś chciał dojść. I miał nadzieję, że mu się to uda.
    Z Mattie nie widział się od dłuższego czasu, dlatego tym bardziej ucieszył się na zaproszenie. Gina tym razem nawet go nie wyzywała, choć była zajęta swoimi sprawami. Znając sąsiedzkie zwyczaje, przygotował ciasteczka żurawinowe, które wychodziły mu po mistrzowsku. Zawsze w końcu miał niezły dryg do gotowania i była to jedna z niewielu rzeczy, przez które Gina nie chciała go opuścić.
    Szybko więc, zmierzał pod odpowiedni adres, z koszyczkiem pełnym wspomnianych smakołyków; nie wyglądał jak czerwony kapturek. Zresztą, miał chyba za szerokie bary na czerwonego kapturka.
     Nie zdziwił się, że gdy tylko zbliżył się do bramki, Mattie wyjrzała przez drzwi i zadała to typowe, standardowe pytanie. Zawsze taka była, odkąd pamiętał. Nigdy nie zapomniałby tej małej rudej wiewiórki, w końcu spędził z nią połowę dzieciństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A powinienem cokolwiek? — zapytał spokojnie, uśmiechając się mimo woli. — Zawsze szykujesz tyle jedzenia, że całe sąsiedztwo nie może tego przejeść miesiącami — dodał zbliżając się w jej kierunku. Gdy dzieliła ich dostatecznie mała odległość, powoli podał jej koszyczek. — Ciasteczka żurawinowe. Nie zjedz wszystkiego od razu — pstryknął ją w nos i puścił oczko tym jaśniejszym, niebieskim okiem. — Nic się nie zmieniłaś... nadal jesteś taką samą wiewiórką jak kiedyś.

      Ashmee

      Usuń
  113. — Brzmi jak reklama jakiejś pasty do zębów – zaśmiał się. – Albo drogiego samochodu…ewentualnie okularów – niemalże machinalnie poprawił włosy, które były naprawdę w nienagannym stanie, ale to chyba był jakiś taki tik, nad którym nie panował. – Albo takie jedno wielkie lokowanie produktów. Samochód, okulary, linia odzieżowa, zegarek, buty i dodatkowo pasta – powiedział pół żartem pół serio.
    Przyjrzał się Mattie.
    — Czyli co? Chcesz mi powiedzieć że nieświadomie trafiłem w dziesiątkę i taka naprawdę jesteś? – zapytał nie do końca dowierzając jej słowom. – Chociaż…no w sumie. Jak na ciebie się spojrzy to człowiek może mieć takie wrażenie, ze buntowniczka. Ale naprawdę, z motocyklem to byłoby o wiele, wiele lepsze i ciekawsze wrażenie – puścił jej oczko.
    W głowie zanotował nazwisko autora oraz tytuły książek łącznie ze skrótowym opisem tego co się tam dzieje. Musiał to zapamiętać, chociażby pobieżnie. Kilka opisów zainteresowało go szczególnie. Sam był miłośnikiem kryminałów, jednak tych kryminałów w najczystszej postaci, gdzie najważniejsze było ujęcie sprawcy i postawienie przed trybunałem sprawiedliwości. Może przeczytał ledwie kilka książek gdzie zbrodnia mogłaby iść w parze z romansem. Musiał przyznać, że nie było to złe ale jak to stwierdził „on napisałby lepiej”, więc chce się sprawdzić i na tej płaszczyźnie. Uważał, że napisanie książki to jest naprawdę ciekawe doświadczenie, które może rzucić na jego życie oraz karierę nowe światło. W końcu nie jest to powieść autobiograficzna, ani żaden poradnik. Coś innego, coś co całkowicie odbiega od schematu tworzenia scenariuszy. Coś zupełnie innego niż tematyka filmowa. Chociaż może jeśli książka się przyjmie, to zekranizuje swoje własne dzieło? Byłoby to na swój sposób dziwne przedsięwzięcie, ale kto zrozumie artystyczne dusze, które chcą po prostu tworzyć?
    — No jednorożec…taki może trochę upośledzony jednorożec, ale to z cała pewnością jednorożec – powiedział po chwili namysłu. Mówił to zupełnie poważnym tonem głosu, zupełnie tak jakby mówił o jakiejś pracy profesorskiej, kogoś szanowanego, kto był autorytetem w danej dziedzinie. Pomimo powagi brzmiało to jednak na swój sposób komicznie, zapewne przez ten poważny ton głosu. Ale może chciał odnieść właśnie taki efekt? Kto wie? – Pierścionek zaręczynowy? Może… w sumie to tak, pierścionek – pokiwał głową. – A jak wywalimy ten kawałek żółwia i połączymy to w kółko to wyjdzie nam obrączka. A jak szerzej spojrzymy i połączymy gwiazdy w jakiś okrąg, ale na tyle duży, że nasz pierścionek/obrączka będzie w środku, to wyjdzie nam ogromny pączek z dziurką – oznajmił z uśmiechem. Spodobało mu się to. Łączenie tych punkcików na niebie było takie kreatywne oraz odprężające! A przy tym naprawdę zabawne.
    — Może – spojrzał na nią. – Ale nie wiem…nie jestem pewny, miałem jakiś zarys sceny z gwiazdami, ale szybko mi umknął, więc nie mógł być dobry skoro o nim tak szybko zapomniałem – wyjaśnił. – Ja kiedyś spoglądałem w gwiazdy, tylko po to żeby patrzeć…razem z moim…emmm…przyjacielem – powiedział po chwili cicho jakby w obawie, że ktoś może go usłyszeć. Mógł założyć się, że Mattie ledwo słyszała to co powiedział. Ale nie przejmował się tym jakoś bardzo szczególnie. Najwyżej jeśli sprawa przybierze nieprzyjemny kierunek, to po prostu wykręci się tym że jest już późno i musi wracać do domu. Doda też że będzie miał ważne spotkanie w Churchill i po prostu wyjdzie. Nie dość że najzwyczajniej w świecie się wykręci, to jeszcze zrobi to w taki sposób, który nikogo nie urazi.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  114. Prawdę mówiąc Ethan nie wiedział co powinien o tej sytuacji myśleć. Żadne z nich się nie spodziewało tego, że jej wizyta, niespodziewana zresztą, zmieni się nagle w tak intymne wyznania, a potem będą się całować i ostatecznie umówią na randkę. Czy to było możliwe, że wysyłała mu wcześniej jakieś znaki, a on ich nie dostrzegł? Średnio mu wychodziło odczytywanie tego co płeć piękna miała mu do powiedzenia. Lepiej radził sobie w akcji i robieniu, a nie zastanawianiu się nad tym czy aby przypadkiem któraś nie wysyła mu znaków, że czegoś chce. Dobra, te wyraźne potrafił odczytać, ale jak wiadomo niektóre miały do siebie to, że błądziły i szły dookoła, mieszając w głowach sobie i potencjalnemu, przyszłemu partnerowi. Ale on i Mattie zawsze byli przyjaciółmi. Teraz zaczął się zastanawiać czy to jedno się nie zmieni. Bo co... Co jeśli, ale tylko załóżmy, co jeśli się okaże, że tak naprawdę to nie jest to, a oni dali ponieść się chwili? Co jeśli przez to straci swoją przyjaciółkę? Nie chciał, aby do tego doszło. Wiedział, że mogą im się przez to relacje popsuć i muszą być ostrożni. Z drugiej strony chciał też zaryzykować i zobaczyć do z tego wyjdzie. Był zwyczajnie, po ludzku ciekaw tego jak ma wyglądać ich przyszłe, może wspólne życie.
    Miał przez to wszystko mętlik w głowie i nie był pewien tego wszystkiego, ale po części to nie miało teraz znaczenia. Czuł się po prostu szczęśliwy i jeśli miał być szczery to nie obchodziło go nic innego. Liczyło się to co było teraz. O wszystkie rzeczy mógł się martwić później. Teraz nie było na to czasu. Trzymał miał znacznie inne zadania.
    Po części też czuł, że powinni porozmawiać, ale to mogło przecież poczekać na swoją kolej.
    - Nie przejmuj się. Aż tak głodny nie jestem – powiedział z lekkim uśmiechem. Co prawda trochę był, ale nie na tyle, żeby zaraz paść z głodu. - Jesteś pewna, że chcesz iść teraz do ciebie?
    Nie wiedział czy Matt też z nimi mieszkał, ale chyba mimo wszystko czułby się dziwnie przesiadując teraz między jej braćmi. Z wiadomych powodów wolałby zostać z nią sam. Nawet jeśli mieliby teraz po prostu siedzieć i się na siebie patrzeć, albo stać w tej kuchni i przytulać. Wcale mu nie przeszkadzało to, że mieliby sobie tak stać. Było całkiem przyjemnie.

    Ethan

    OdpowiedzUsuń
  115. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz był na randce. Większość jego życia skupiała się na pracy, matce i dbaniu o dom. Co prawda nie był on zaniedbany, ale jednak mimo wszystko trzeba było się starać, aby źle nie skończył. Ethan czasu na randki zwyczajnie nie miał i nie było też odpowiedniej osoby, którą mógłby na taką randkę zaprosić. A Mattie… Do tej pory nie pomyślałby, że ta sama dziewczyna, która go rzuciła w przedszkolu może okazać się tą, którą zaprosi na randkę. Przed spotkaniem z kobietą trochę się denerwował, chociaż trochę to złe określenie. Dzień przed ich spotkaniem myślał długo nad tym jak przebiegnie to spotkanie i nie wymyślił nic sensownego. Pojadą, zjedzą kolację i co dalej? Odwiezie ją do domu, a potem sam wróci do siebie. Logiczne, nie?
    Wieczorem, a raczej późnym popołudniem, kiedy się szykował do wyjścia zaczynał się coraz bardziej denerwować. Zdecydował się na zwykłą czarną koszulę oraz ciemne spodnie. Czuł się w takich rzeczach najwygodniej i nie musiał zakładać garnituru, aby wyglądać porządnie i elegancko. Kiedy przeglądał się w lustrze uznał, że jest dobrze. Korzystając z tego, że ma jeszcze trochę czasu pomyślał o tym, aby trochę przetrzeć auto. Może i nie należało do najnowszego rocznika, ale bardzo je lubił. Czarny kolor nadal się dobrze trzymał, chociaż nie tak jak na samym początku, kiedy zakupił auto. A raczej odkupił od kolesia, który sprzedawał nówkę sztukę, bo znalazł lepsze. Czasem zazdrościł ludziom, którzy mogą sobie pozwolić na kupowanie aut kiedy im się podoba. Auto jak i on byli gotowi do drogi. Należało więc wsiąść do samochodu i podjechać po Mattie.
    Niedługo później był już na miejscu. Sądził, że odbędzie się to w nieco inny sposób, ale nie zamierzał narzekać.
    - Ciebie też miło widzieć – powiedział i zaśmiał się pod nosem – a co? Rodzeństwo nie chciało wypuścić? Powinienem się zapytać Matta o zgodę czy w ogóle mogę cię gdzieś zabrać? - zapytał kpiąc sobie w żartobliwy sposób. Ale zgodnie z jej poleceniem odjechał spod domu dziewczyny.
    I faktycznie nie chciał być pod ostrzałem pytań.

    Ethan

    OdpowiedzUsuń
  116. To wyjście będzie zdecydowanie jednym z przyjemniejszych. Dawno nie wychodził nigdzie dla siebie, więc to miła odmiana. Poza tym to wyjście różniło się pod każdym względem od innych. Było… wyjątkowe. Na swój sposób. Ethan nie wiedział czy to było dlatego, że wychodził z Mattie czy z jakiegoś innego powodu. Po ich, dość nagłym i nieoczekiwanym pocałunku, w jego kuchni sprawy zaczęły wyglądać zupełnie inaczej. Nie chciał wybiegać myślami zbytnio w przyszłość, bo takie rzeczy nie miały tak naprawdę sensu. Wszystko mogło się potoczyć w zupełnie inny sposób, niż sobie wymarzył, a potem człowiek jest tylko zawiedziony tym jak wygląda jego życie i jedyne co może zrobić to obserwować jak te plany się niszczą. Czasem, a w zasadzie bardzo często, zastanawiał się nad tym co się stanie jeśli podzieli los matki. I okaże się, że za kilkadziesiąt lat ta paskudna choroba dopadnie też jego? Nie chciał się nastawiać na to, że faktycznie tak będzie, ale nie mógł nic poradzić na to, że czuł się jakby to miało się wydarzyć.
    - A więc uruchomił się program opieki nad siostrą? Uroczo – odparł i zaśmiał się. Cóż najwyraźniej będzie musiał do siebie przekonać też Matta i jakoś udowodnić, że Mattie przy nim jest bezpieczna. Specjalnie przecież krzywdy by jej nie zrobił, a już na pewno nigdy nawet nie pomyślał o tym, aby w jakiś sposób dziewczynę skrzywdzić. I chyba oczywistym było to, że będzie musiał poznać Matta, a raczej Matt jego, co by miał pewność, że jego siostra jest w dobrych rękach.
    - Nie moja wina, że z tej strony są ciekawsze widoki, niż na drodze – odpowiedział i uśmiechnął się lekko. To już naprawdę nie jego wina, że dziewczyna się tak odstawiła i wyglądała naprawdę dobrze. Co nie znaczy, że innym razem było źle. Po prostu do tej pory patrzył na nią jak na koleżankę, jak na siostrę, a teraz nagle jadą na pierwszą w życiu randkę. To było trochę… Może dziwne, bo nie był przyzwyczajony do tego, że chodzi na randki z osobami, które są mu tak bliskie jak dziewczyna.
    - Hej, spokojnie – powiedział, zwalniając zgodnie z jej życzeniem. Ethan trochę nawet się przestraszył, kiedy zaczęła prawie krzyczeć i niemal natychmiast zjechał na pobocze, aby się zatrzymać i w razie czego nie blokować drogi. Nawet jeśli tędy mało kto jeździł to zawsze mogło się zdarzyć tak, że ktoś przejedzie.
    Przez chwilę nawet myślał, że coś się stało i szczerze mówiąc miał ochotę ją udusić za to, ale nie miał okazji, bo jego mordercze plany przerwały usta rudowłosej, które znalazły się szybko na jego. Nie zdążył tak naprawdę w żaden sposób zareagować, ani jej odpowiedzieć. Zostało mu tylko odwzajemnienie pocałunku, którego zresztą podobnie jak dziewczyna chciał. Nie mieli tu dużo miejsca do popisu, przyciągnął ją do siebie na tyle ile mógł.
    - Nie mogłaś po prostu powiedzieć, żebym się zatrzymał, tylko musiałaś mnie straszyć? - zapytał, kiedy odsunął się od niej na moment, aby oboje mogli zaczerpnąć trochę powietrza. - I ja też tęskniłem – przyznał, a w następnej chwili przyciągnął dziewczynę znowu do siebie i tym razem to on pocałował ją.

    Ethan<3

    OdpowiedzUsuń
  117. Cześć!
    Niestety, Ashmee okazał się postacią nie na moje barki i przez wgląd na jego delikatność, niestety musimy się rozstać. Dziękuję za wątek i bardzo przepraszam za jego przerwanie! <3

    Buziaki,

    Ashmee

    OdpowiedzUsuń

Październik stoi u dwora, wykop ziemniaki i pora.