A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Kwiecień • -5°C

Ufff, to chyba już koniec, co? Dzień staje się powoli coraz dłuższy (koniec arktycznych nocy, moi drodzy!), a słońce jakby częściej zagląda przez te brudne okna do sąsiadów i sprawdza czy rozpoczęli już wiosenne porządki. Ujemne temperatury co prawda nie ustępują, ale jest już cieplej o prawie dwadzieścia stopni! Jeszcze chwila i znowu będzie można porzucić kurtki na rzecz podkoszulków z krótkim rękawem. Ah, wy też czujecie powiew tego ciepła na skórze..? Tylko nie chowajcie jeszcze traperów do szaf, bo ten czterdziestocentymetrowy śnieg tak szybko się nie roztopi.

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link

Mylisz niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu

Vanillie Ilvesh
Pierwsze co widzisz na nią patrzysz to delikatność i kruchość. Nie wiesz jak to możliwe, że fasada tak drobnego ciałka, którą mógłby zmieść mocniejszy powiew wiatru może nosić w sobie tyle wewnętrznej siły, tyle samozaparcia i uporu. Jak tak mała dziecina może mieć w sobie tyle waleczności i determinacji? Nigdy nie miałaś łatwo, nie miałaś wszystkiego wyłożonego na tacy i wszystko co masz, musiałaś zdobyć ciężką pracą. Zapracowałaś na swój własny, mały sukces i jesteś całkowicie zadowolona z życia, które masz. Czasami jednak dopada cię pewnego rodzaju tęsknota i myślami wracasz do przeszłości, wciąż rozmyślając o jednej nocy, która zaważyła na wszystkim. O jednej nocy przez którą wylałaś morze łez i która zostawiła po sobie zbyt mocny ślad. Łzy postanowiła zastąpić uśmiechem; i tak każdego kolejnego dnia jej uśmiech czarował każdego przechodnia. Była wesoła i beztroska, zupełnie jakby nigdy nie dotknęła jej tragedia. Nikt nie wiedział jakim cudem to dziecko się pozbierało, tym bardziej nikt nie wiedział że ból cały czas chowa głęboko w sobie i nie pozwala mu się wydostać na zewnątrz. Cokolwiek by się nie działo, ona parła do przodu jeszcze mocniej i jeszcze pewniej. Nie poddała się. Chociaż upadła nieskończoną ilość razy, zawsze później się podnosiła. Nieważne czy sama, czy przy pomocy bliskich jej osób. Odnalazła w sobie siłę. Z czasem ból zastąpiło szczęście; przyszło powoli wkradając się do jej życia. Znalazła je w sobie i w innych, znalazła je w czynieniu dobra i pomagania ludziom. Znalazła szczęście, a właściwie, to szczęście odnalazło ją.
Vanillie Yssenthia Ilvesh. Urodzona 3 maja 1994 r, w Mount Cartier. W miasteczku mieszka od dnia narodzin i nic nie wskazuje na to by miała je kiedykolwiek opuścić. Ona całym swoim sercem je kocha. Kocha tych ludzi, kocha ten klimat; absolutnie kocha każdy centymetr tego miasta. Z uśmiechem wita każdy kolejny dzień i każdego mieszkańca. Jej tak jasne, że wręcz białe włosy wirują na wietrze zasłaniając filigranową, słodką buźkę a malinowe usta śmieją się; lazurowe tęczówki błyszczą, kiedy patrzy na wszystko co ją otacza. Jak mogłaby się tego wyrzec? Nie potrafiłaby zostawić ani tego miejsca ani tych ludzi. Chociaż Mount Cartier nie kojarzy jej się tylko z beztroską i szczęściem. To tutaj, kiedy miała zaledwie dziesięć lat śnieżna lawina zasypała jej rodziców. Nikt inny, jak ukochana babcia - indiańska znachorka; pomogła jej znieść ból który całkowicie nią zawładnął. To właśnie ona nauczyła ją jak zaleczyć to cierpienie uśmiechem. Tak też dziewczyna powoli odzyskała radość życia, choć wciąż gdzieś głęboko niej kłębi się ten palący, ostry ból. Zupełnie jakby płonęła od środka; jakby straciła tą część siebie, której już nigdy nie odzyska. Szczęście odzyskała w dniu, w którym przyjęli ją do pracy w przychodni jaką pielęgniarkę. Całkowicie spełnia się w tej pracy a pomaganie innym daje jej ogrom satysfakcji i spełnienia. Jednocześnie, jest tak delikatna w pobieraniu krwi czy innych badaniach, że dzieci nie uciekają od niej z płaczem, a przychodzą z uśmiechem. Vanillie ma w sobie coś, co przyciąga do niej ludzi. Ona cała promienieje, a swoim optymizmem i uśmiechem zaraża każdego wokół. W tytule Sapkowski, na zdjęciu Dove Cameron. Miałam kilka podejść do tej karty i choć może ostatnie nie jest najlepszym, to witam się z Wami serdecznie. <3
nyaeleboe@gmail.com

17 komentarzy:

  1. [Dzień dobry wieczór!]

    Octavian Carnegie

    OdpowiedzUsuń
  2. Popołudnie wciąż było chłodne. Termometr ani drgnął, stale pokazując te trzydzieści kresek poniżej zera – a może on po prostu zamarzł w spotkaniu ze srogą zimą tutejszych rejonów? Przecież już na sam widok przemieszczającego się wskutek wiatru, drobnego, białego puchu, człowiek miewał dreszcze, a co dopiero w zetknięciu z tą mroźną zawieruchą. Niestety – to dopiero początek, końca bowiem nie widać.
    Tego dnia przychodnia była praktycznie pusta; ludzie w Mount Cartier byli zahartowani i zimy nie były im tak straszne, jak mieszkańcom słonecznych państw. Pojawiło się zaledwie kilkoro pacjentów, którzy przybyli na wizytę kontrolną, a to z nadwyrężonym barkiem, a to z pokiereszowaną parę tygodni temu ręką. Octavian więcej czasu spędził w dokumentacji, niżeli na przeprowadzaniu badań, czy samej rozmowie z pacjentem, bo ilekroć przybywali, zawsze mieli dużo pytań, a tego dnia mógł policzyć odwiedzających na palcach jednej dłoni. Każdy był przecież ciekaw, cóż to za doktorek im się tu sprowadził.
    A czy Octavian lubił swoją pracę? On po prostu nią żył; zawód lekarza był jego częścią, i bynajmniej nie dlatego, że dzięki niemu saldo konta bankowego prezentowało miłą dla oka sumkę. Pieniądze nie grały tu bowiem żadnej roli – Tavey zawsze wyróżniał się na tle rodziny, bo zawsze chciał pomagać i pomagał już jako dzieciak, oddając potrzebującym swoje zabawki, których miał multum, albo oddając mniej zamożnemu rówieśnikowi swoje drugie śniadanie, które gosposia przygotowywała w domu ze szczególną dokładnością. Oczywiście, młody Carnegie nie uczył się wśród biedaków, bo na to nie pozwoliłby mu ojciec – do publicznej szkoły chodził tuż po swoich zajęciach, jako że miał tam dobrego przyjaciela, któremu los poskąpił dobrobytu w postaci modnych gadżetów, czy nowych butów. Allan Windy był bowiem sierotą, wychowującym się pod pieczą matki chrzestnej, której nie było stać na pięć posiłków dziennie, nie wspominając już o deserze. Jednak Octavian miał inne priorytety, a mimo, że o przyjaźni tej dwójki nie wiedzieli nawet rodzice, relacja ta przetrwała długo... aczkolwiek nie tyle ile powinna była przetrwać. Kto by pomyślał, że powiedzenie: biednemu zawsze wiatr w oczy, znajdzie swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości? Kiedy Allan przygotowany odchodził, na jego ustach widniał uśmiech, a w oczach tliła się iskierka nadziei w ludzi dobrej woli – to wtedy Octavian utwierdził się w przekonaniu, że zawód lekarza jest tym, do czego lgnie jego serce oraz dusza, i choć ostatecznie niewiele ma wspólnego z leczeniem nowotworów, to również ratuje ludzkie istnienia z niebywałą pieczołowitością, której od zawsze brakowało mu w rodzinnym gnieździe.
    Wyjazd na misję był czymś, do czego zmierzał od dawna, aczkolwiek decyzja o wyprawie w nieznane zapadła nieoczekiwanie i dużo szybciej, niż ówcześnie przewidywał. Trudno ukryć, że zmusiła go do tego sytuacja rodzinna – po śmierci matki wiele się zmieniło, szczególnie w zachowaniu jego ojca, który lubieżnie obnosił się z uczuciami do kobiety, którą wybrał swemu synowi za żonę. Jakkolwiek źle to brzmi – chciało mu się rzygać już na samą myśl, że jego ojciec sypia z jego narzeczoną zaledwie miesiąc po śmierci matki. Dochodziło już do tego, że Octavian nie potrafił nawet patrzeć na swoje odbicie lustrzane, bo ilekroć stawał przed gładkim zwierciadłem, widział w nim gburowatą mordę ojca, do którego z wyglądu jest wyjątkowo podobny. Siedzenie przy wspólnym obiedzie i udawanie, że nic się nie dzieje, doprowadzało go do tak wielkiej frustracji, że wielokrotnie tłukły się kieliszki do wina i zdobione talerze, a czerwonych plam na miękkim dywanie prawdopodobnie nikt się nie doliczy, bo wytrawny alkohol dekorował jego materiał niejednokrotnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodatkowo Tavey ledwo co, z cholernie wielkim trudem, trawił ten każdy sztuczny uśmiech, przylepiony do twarzy starszego Carnegie, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy sytuacja stawała się szczególnie napięta. Ponad to, Octavian zaczął częściej sięgać po alkohol, czego nie powinien był robić, zważywszy na nawiedzającą go niekiedy tachykardię i na sam fakt, że nigdy nie miał potrzeby wypijać tony alkoholu. Wyjazd do Mount Cartier był więc ucieczką od problemów, którym nie da się stawić czoła w pojedynkę; ucieczką po wytchnienie i wymarzoną wolność, ukróconą podczas dorastania pod skrzydłem radykalnego ojca. Przyjeżdżając nie oczekiwał niczego, a ta pewnego rodzaju anonimowość dodawała mu otuchy w samotności, jaka miała mu w Mount Cartier towarzyszyć – dzięki niej czuł, że zaczynał stawiać cegiełki od nowa, a właśnie tego ostatnimi czasy pragnął: czystej karty i nowego życia, bez odgórnie dolepionych łatek. Bez ciągłego obracania się wokół tych osób, które były bliskie tylko wtedy, jeśli czegoś potrzebowały. Teraz był sam, a przynajmniej w jakiejś części, wszak wciąż otaczali go ludzie.
      — Czyżby na dziś koniec? — Podpytał, wyszedłszy z gabinetu, przerwyając tym samym rozmowę Vanillie z recepcjonistką. Przystanął tuż przy biurku recepcji, na blacie którego ułożył wygodnie przedramiona, splatając jeszcze palce. Jego ustom towarzyszył przyjemny uśmiech, uwydatniający drobną zmarszczkę w ich kąciku. Spojrzenie Octaviana zatrzymało się na jasnej cerze panny Ilvesh.
      — Bo u mnie nie ma już żadnej karty, drogie panie.

      doktorek Carnegie

      Usuń
  3. [Cześć! Tak pogodna i silna dziewczyna to miód na zmarznięte serce Mount Cartierowskich mieszkańców! :3 skoro jest stąd i nigdzie się nie rusza, to nie ma innej opcji, jak znać Sol! ;) obydwie w uśmiechu kryją smutek i żal i z niego czerpią siłę :) mam nadzieję, że przyda się Twojej pani przyjaciółka, które równie często się uśmiecha! I poratuje ją, gdy ta poparzy sobie ręce od starego piekarnika xd
    Baw się tu dobrze! Nie daj się wystraszyć pogodą i zostań jak najdłużej! ]

    OdpowiedzUsuń
  4. Octavian nie należał do grona gaduł. Owszem – zawsze był kontaktowy i miły dla swoich rozmówców, jednak nigdy nie nadawał jak katarynka, bo nie miał tego w zwyczaju. Wychowywany był w dość regulaminowej rodzinie, która cechowała się pewnymi zasadami. Odzywanie się nieproszonym, w jego dzieciństwie, niosło ze sobą naprawdę różne, nie zawsze miłe skutki, dlatego nauczył się mówić tylko wtedy, kiedy mówić należało. Ale na tle reszty rodziny tak, czy siak zaliczał się do krasomówców, bo nie straszne były mu żadne tematy. Do ludzi, którzy dużo mówią, był już jednak przyzwyczajony, bo w swej karierze trafiał na różnej maści charaktery – zarówno na milczków, jak i dyskutantów. Niektórzy pacjenci byli mu w stanie opowiedzieć pół swego życia, był bowiem tak dobrym słuchaczem, że niektórzy brali go za prowizoryczny konfesjonał, któremu można zdradzić to i owo. Zawsze zachowywał jednak kulturę i nigdy nie powielał tych sekretów poza swoim gabinetem.
    W Mount Cartier ludzie byli różni. Jedni witali go tak serdecznie, że momentami robił wielkie oczy, ale niektórzy – zwykle tutejsi, rdzenni mężczyźni – łypali w jego kierunku srogim spojrzeniem. Bo to, że miastowi nie są tu mile widziani zdążył się dowiedzieć już jakiś czas temu. W każdym razie, z każdym dniem mieszkańcy wioski przyzwyczajali się do nowego doktora – on zaś nawiązywał coraz więcej naprawdę ciekawych znajomości.
    Vanillie poznał praktycznie jako pierwszą – towarzyszyła mu podczas pierwszego dnia pracy, uprzednio witając z wyjątkową gracją. Gdy tylko zdał sobie sprawę, że pod ręką będzie miał tak sympatyczną pielęgniarkę, odeszła mu połowa zmartwień, związanych z adaptacją w nowym miejscu, a każdy nowy dzień był prostszy. Teraz już niemalże nie pamiętał o obawach, towarzyszących mu w drodze do Mount Cartier.
    Octavian posłał recepcjonistce przyjazny uśmiech, gdy ta postanowiła z impetem wtargnąć w zdanie Vanillie, by móc na głos się pożegnać. Zbliżał się weekend, każdy miał przygotowane już pewne plany, a Lilly szybciutko chciała opuścić mury przychodni, by się w końcu nimi nacieszyć.
    — Do zobaczenia — odpowiedział krótko, prostując plecy przy blacie okienka w recepcji. Gdy zniknęła za drzwiami, przeniósł spojrzenie na jasną twarz Vanillie i mimowolnie podniósł usta do pewniejszego uśmiechu.
    Blondynka rzeczywiście potrafiła zarażać dobrym nastrojem. W jej towarzystwie uśmiech sam wkradał się na usta – może dlatego pacjencji tak bardzo lubili odwiedzać przychodnię, bo wiedza, że wewnątrz spotka ich ktoś taki, dodawała im po prostu otuchy.
    Gdy zostawi we dwójkę, wewnątrz zrobiło się jakby ciszej. Tylko wiatr hulał gdzieś za oknem, od czasu do czasu niemrawo wyjąc. Zmrok zapadł już na dobre.
    — Daj spokój, Vani! — Machnął ręką na dosadną uwagę koleżanki z recepcji. Ale Lilly taka już była; prostolinijna i otwarta. — Akurat ja nie mam żadnych planów — przyznał po chwili, zerkając na zegarek, zdobiący jego lewą rękę. To cud, że jeszcze nie zamarzł w tych rejonach. — Ale też nie chciałbym wychodzić ostatni, dlatego idę zebrać manatki — dodał i posyłając jej poweselały uśmiech, dał kilka kroków stronę gabinetu. Za moment zatrzymał się jednak niespodziewanie, a zaraz później odwrócił na pięcie z powrotem w stronę panny Ilvesh.
    — Vanillie? — Zagaił, nim oddaliła się w kierunku szatni. — A ty masz na dziś jakieś plany?

    Octavian Carnegie

    OdpowiedzUsuń
  5. [Obydwie są pogodne, wygadane, więc aż żal byłoby nie zrobić takiego powiązania! :3 jeśli nie masz dość wątków, w których Twoja śliczna panienka ratuje innych i spieszy w pielęgniarskim fachu z pomocą, to chętnie zacznę wątek na dniach :) nie żartowałam z tym piekarnikiem i poparzeniami xD ]

    OdpowiedzUsuń
  6. [Haha, co za zabawna kreacja! :D]

    Tak się składa, że te szkockie dziewczyny niekoniecznie wpasowywały się w jego gusta. Ostatnimi czasy wolał je wręcz omijać, ale to głównie dlatego, że jego przyszła – nie z własnego, wolnego wyboru – żona należała do grona podłych suk, a swoim charakterem sprawiła, że Tavy musiał po prostu odpocząć od deszczowej krainy i tamtejszego społeczeństwa. Oczywiście, nie był chamem i nie wrzucał wszystkich kobiet do jednego wora – absolutnie! Ale na razie Szkocję zostawił z tyłu i nie zamierzał wracać do niej myślami. Postanowił skupić się na Mount Cartier, poznać nowe tradycje i tutejszych obywateli, a przy okazji również topografię wsi, bo na razie się wciąż trochę się w niej gubił.
    Przechylił lekko głowę, wsłuchując, jak i przyglądając się zabawnej reakcji Vanillie. Możliwe, że nie spodziewała się już żadnego pytania, ale tak czy siak ciężko było się nie uśmiechnąć, gdy napomknęła dość obszernie o swej śpiącej już babci, a następnie przeszła do pianek. Jasnowłosa naprawdę miała do powiedzenia wyjątkowo dużo – ba! Była zapewne bardzo dobrą partnerką do rozmów, skoro nie miała oporów przed produkcją tylu barwnych zdań! Dla przykładu: Octavian nigdy nie próbował pianek w gorącej czekoladzie, nawet nie wiedział, ze można je tak zjadać, bo tam skąd pochodzi nie są one popularne w takiej formie – zapewne tak samo, jak tutaj nie jest popularna herbata z mlekiem, którą w Szkocji pije się bez przerwy.
    — Przyznam, że nie próbowałem pianek w gorącej czekoladzie, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że z czystej ciekawości kiedyś się na nie skuszę — powiedział, wsuwając dłonie do szerokich kieszeni dopasowanego kitla.
    — Wiesz co, Vanila? — Zastanowił się chwilę nad tym, co chciał za moment przekazać. — Zamierzałem wybrać się dziś do baru u Iana na jakiegoś tutejszego drinka. Skoro poza książką nie masz poważniejszych planów, może masz ochotę mi potowarzyszyć? — Zaproponował, unosząc usta w cieplejszym uśmiechu. Nie był nawet pewien, czy sam tam trafi, bo zaspy były tak wysokie, że przysłaniały trzy czwarte widoku. A poza tym, siedzenie samemu przy szklance alkoholu nie wróżyło absolutnie niczego dobrego.
    Nie planował urzędować tam do rana. Po prostu potrzebował gdzieś wyjść, bo non stop siedział w czterech ścianach swojej chatki, a to była najbezpieczniejsza forma, skoro Carnegie nie orientował się jeszcze w tutejszym terenie. A to by dopiero było, gdyby się zgubił w jakimś zagajniku! Zima na pewno dałaby mu ostro popalić.

    Octavian Carnegie

    OdpowiedzUsuń
  7. [Różnią się, owszem, ale skoro Vanillie tak miło i bezboleśnie robi szczepionki i pobiera krew, to Daisy na pewno darzy ją ogromną sympatią za to, że takie wizyty są dla Teddy'ego przyjemnością. ;D]

    Daisy

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Jak na kilka podejść do KP to wyszła Ci ona naprawdę zgrabnie. Podoba mi się przede wszystkim klimat historii, wykorzystanie warunków atmosferycznych miasteczka do zbudowania rodzinnej tragedii, no i fakt, że Vanillie ma korzenie indiańskie/powiązanie ze znachorką. Wprawdzie nie za bardzo widać to w jej blond włosach, ale liczę na to, że pielęgniarstwo jest właśnie takim śladem ciut "znachorskich" zainteresowań.

    Swoją drogą pierwsza część opisu baaardzo przyjemna w lekturze. Jedyne, co wyrwało mnie z czytania to nagły przeskok w narracji - wymieszanie trzecioosobowej i drugoosobowej formy, ale tak jak mówię, w całokształcie treść jest przystępna i w mojej ocenie całkiem interesująca. Także oby wątki też takie były dla obu stron i żeby zabawa tutaj Ci się nie znudziła. Powodzenia! ]

    Andrew & Scott

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten dzień miał być jak każda inna sobota zimowej pory w mieścince. Sol miała w planach upiec kilka biszkoptów na zapas, by móc w nadchodzącym tygodniu rozpieszczac podniebienia mieszkańców Mount Cartier słodkimi ciachami. Mimo buntu i okresu sprzeciwu wobec kontynuowania rodzinnego biznesu, od kiedy wróciła do domu po wielomiesięcznych podróżach przez świat, musiała przyznać, że na prawdę lubi to, co robi. Nigdy nie czuła wielkiego powołania do wypieków i Kraina Czarów po prostu sobie była tak naturalną częścią jej domu, jak poddasze, na które obecnie dziewczyna nie zaglądała, albo jak trochę zaniedbana weranda przy głownym wejściu od ulicy. Sol nie przywiązywała się do mysli, że zostanie cukiernikiem, a w tym momencie nie widziała siebie nigdzie indziej.
    Chatka w jakiej obecnie mieszkała sama samiutka nieco straszyła wszędobylską ciszą. To nie pasowało ani do rudej, ani tym bardziej to samej chałupki, w której od zawsze panowały rozmowy i śmiechy. I z tym pogodzić się nie potrafiła, jednak nie zmieniła nawet ułożenia mebli w urządzeniu domu, jakby oczekiwała, że niebawem wszystko zmieni się na lepsze. Pochowała ojca dwa lata temu, ale z mamą nie miała zamiaru się żegnac, choć prognozy nie był najlepsze, a kobieta tkwiła w śpiączce bez nadziei na wybudzenie. Ale przecież żyła i tej myśli Sol się trzymała.
    Poddasze chatki wydawało z siebie od kilku już tygodni niepokojące odgłosy. Trzaski i szmeranie sprawiały, że Sol źle sypiała i była nieco roztargniona. Nie potrafiła się zdecydować, by samej wejść na górę, nawet z piętra chatki nie korzystała zbyt ostatnio, a na fachowca od remontów - te były na prawde konieczne, nie było jej stać. Tego dnia więc, gdy biszkopty od rana wzywały, miała nieco powolne ruchy i wydawałą się myślami być gdzie indziej. Nic więc dziwnego, że to pieczenie skończyło się nieszczęśliwie, bo po ósmej rano po mieścince rozległ się wrzask rudowłosej. Blacha omsknęła jej się z dłoni i dotknęła delikatną skórą rozgrzanego piekarnika, a schłodzenie ręki w chłodnej bierzącej wodzie objawiło się jedynie brzydkim zaczerwienieniem i pęcherzami na odcinku od nadgarstka po same palce u lewej dłoni. Tyle szczęścia, że reka jej nie odpadła, a prawa nienaruszona mogła wypisać karteczkę na drzwi lokalu, że niestety nieczynne będzie przez kilka następnych dni.
    Nie musiała być specem, by wiedzieć, że nabroiła i jest źle. Ubrała się więc pospiesznie w ocieplane kozaki po same kolano , grubą kurtkę i biegiem popędziłą do przychodni. Miała nadzieję, że zastanie Vanille i przyjaciółka uratuje ją od tego swędzącego uczucia, które sprawiało, że miała ochotę oderwać sobie skrawki poparzonej skóry. A że nie mogła niczym uciszyć tego pulsowania po poparzeniu, na dodatek rosnącego uczucia gorączki w ręce, chwyciła garść sniegu przed przychodnią i gdy wleciała do środka, trzymała już jedynie resztki białego puchu, który w postaci wody wpływał na posadzkę.
    - Vani, jesteś?! - zawołała. - Ratuj mi rękę! - poprosiła żałośnie, idąc w kierunku blond czupryny, która wyjrzała z gabinetu.

    OdpowiedzUsuń
  10. Na jej zdziwienie, odnośnie pianek w czekoladzie, pokiwał jeszcze twierdząco głową, bo taka była prawda – nie próbował ich ani z dodatkiem czekolady, ani z dodatkiem kawy, jako że w naturze rodowitych Szkotów leżało picie herbaty. I to nie zwykłej herbaty, bowiem z mlekiem, czego zaś nie praktykowano w tych rejonach Kanady. Rodowity Lallans potrafił nawet stronić od kawy, aczkolwiek, podczas gdy starsi ludzie przywiązani są do picia herbaty, młodsze pokolenie staje się już społeczeństwem kawoszy. Na ulicach Dunfermline i Edynburga królują więc sieciowe kawiarnie, typu Costa i Starbucks, a zamiast herbaciarni, dookoła widać jedynie papierowe kubki. Nie miał jednak żadnych uprzedzeń do piankowego deseru, i z ciekawością takowy wypróbuje.
    Podejrzewał, że Vani chętnie wybierze się do Iana, bo miał wrażenie, że odmowa towarzystwa nie przeszłaby jej przez gardło. Zawsze była uprzejma i, prawdopodobnie, nawet gdyby ktoś potraktował ją kąśliwą uwagą, kobieta nie skorzystałaby z możliwości kontrataku w podobnej formie. Ciężko było mu sobie wyobrazić Vanillę, ciskającą w drugiego człowieka mało przyjemnymi epitetami, bo dotychczas z jej ust wypływały tylko ciepłe słowa, którymi raczyła odbiorców. Octavian śmiało mógł przyznać, że w całym swoim życiu nie spotkał tak uprzejmiej osoby, jaką była Vanillie.
    Niemniej, gdy tylko znalazł się z powrotem w swoim gabinecie, zdjął z ramion biały fartuch i odwiesił go na stojący w rogu wieszak. Zamiast kitla, wsunął na siebie dopasowany do ciała, wełniany sweter o jednolitym, szarym kolorze, który ponad to dobrze współgrał z nieco ciemniejszą tonacją jeansów, a na nogi założył trapery, sięgające lekko ponad kostkę. Szyję szczelnie osłonił granatowym, miękkim szalem, a na wierzch założył pikowaną kurtkę z materiału windstopper w kolorze granitu. Uszy osłonił ciepłą czapką, bo zdążył doświadczyć, że jej brak przy takiej temperaturze jest jednoznaczny z brakiem rozumu.
    Chwile później zamykał już drzwi do gabinetu. Kluczyk zostawił na biurku w recepcji, i akurat w tym momencie z szatni wyszła także Vani.
    — Oj, na śnieżycę nie chciałbym trafić — przyznał, wsuwając na dłonie ciemne rękawiczki. Otworzył przed panną Ilvesh drzwi i puściwszy kobietę przodem, zamknął je kluczem. Skoro Lilly wyszła dziś wcześniej, obowiązek pilnowania kluczy spadł na jego barki; miał nadzieję, że nie uda mu się ich ostatecznie zgubić zgubić. — Zatem prowadź, moja droga.
    Nie sądził, że byłby dobrym nawigatorem w tej trasie, dlatego polegał na wiedzy Vanillie, bo tu nie będą przynajmniej bezsensownie błądzić i marznąć. Z tego, co się orientował, bar mieścił się blisko przychodni – wystarczyło pójść kawałek prosto i tylko raz skręcić w lewo, by dotrzeć do jego drzwi, ale wolał pozostawić ich los w rękach Vanillie. To było zdecydowanie bezpieczniejsze.


    Octavian Carnegie

    OdpowiedzUsuń
  11. [W porządku :)]

    Na jej pierwsze pytanie pokiwał przecząco głową. Poza przychodnią nie odwiedził jeszcze żadnej, publicznej placówki w tej wiosce, bo uznał, że ruszanie się w taką śnieżycę bez znajomości topografii może skutkować jakąś katastrofą. Zresztą, dotychczas nie miał też żadnej dobrej okazji, aby wyjść i pozwiedzać – wieczory spędzał w zaciszu niewielkiego salonu, przy ciepłym świetle lampki nocnej i w towarzystwie jednej z ciekawych książek, które zabrał ze sobą. Jakieś słuchy go doszyły o tutejszym Bookmarks, ale jeszcze nie poruszał z nikim tematu obecnego w miasteczku antykwariatu i biblioteki... I chyba nie musiał, bo w drodze do baru oboje zdążyli minąć interesujący go lokal, dzięki czemu Carnegie poznał drogę do biblioteki szybciej, niż sobie to wcześniej wyobrażał. Idealnie.
    — Nie sądzę, że ktokolwiek przyjezdny będzie w stanie przywyknąć do tej krainy lodu — zażartował, zerknąwszy na Vani, jednak w słowach tych kryło się ziarenko prawdy. — A w Szkocji, cóż... Nie ma palm, jest za to deszcz — zauważył. — Panuje cisza i spokój, ludzie żyją tam wolnym tempem; właściwie to oni nigdy się nie śpieszą, i ten brak pośpiechu mają zakodowany w swej naturze. Ale u nas jest bardziej szaro, niż tu — rozejrzał się przy tych słowach kontrolnie. — Wy macie kolorowe, różnorodne domki, zaś my jako naród wszystko budujemy w tym samym schemacie.
    Potrafił przyznać się do tych miej pozytywnych aspektów, bo różnica w architekturze między Kanadą, a Szkocją jest ogromna. Tutaj zresztą słońce dużo częściej wygląda zza chmur, natomiast w północnej części Zjednoczonego Królestwa dzieje się to rzadko. Każdy Szkot, włącznie z Octavianem, był jednak przyzwyczajony do widoku szeregu tych samych budynków, czy podobnie rozplanowanych miast – zupełnie tak, jak tubylcy z Mount Cartier byli zbratani z ostrymi zimami.
    Gdy przekroczył próg baru, od razu poczuł buchające w twarz, ciepłe powietrze. Odwiązał więc z szyi szal, zdjął czapkę, rękawice, i rozpiął guziki płaszcza, pozwalając temu lekkiemu zaduchowi wręcz otulić swe ciało. Przyjrzał się również siedzącym wewnątrz ludziom – facetom z krzywymi minami, sączącymi złoty alkohol; rozweselonym osobom grającym w karty, a także barmanowi, prężnie rozdającemu trunki. Akurat klimat w lokalu nie różnił się wiele od tych miastowych zakątków.
    — Może usiądźmy przy barze? — Zaproponował, wyłapując spojrzeniem dwa wolne krzesełka obok jakiejś spokojnej pary, która dzierżyła w dłoniach butelki coli ze słomką. To miejsce wydawało się najmniej inwazyjne, by móc porozmawiać i nacieszyć się wolnym wieczorem.
    Postanowiwszy zdjąć z siebie płaszcz, zakasał rękawy swetra, bo różnica temperatur między wnętrzem, a śnieżycą za oknem była kolosalna, po czym udał się na miejsce, przysiadając na jednym z barowych stołków.

    Octavian Carnegie

    OdpowiedzUsuń
  12. // O, bardzo chętnie, a masz jakiś pomysł, czy może kombinujemy coś razem?

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  13. W sumie pomysly calkiem fajne, tylko, ze Tilly nie pracuje w przychodni w MC, tylko prywatnie jezdzi po niektorych pacjentach, a ogolnie ma dyzury w szpitalu w Churchill. Ale moze zagramy cos na jakiejs konferencji medycznej, zamknietej np z powodu wlasnie braku pradu, wiec ich zamknelo w budynku szpitala, moze akurat w jakims smiesznym pomieszczeniu z dala od innych, bo np mialy we dwie isc do archiwum po jakies dokumenty?

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  14. // Dzieki. Fajno, ze karta sie podoba, jest mi niezmiernie milo i dziekuje tez za powitanie obu moich postaci <3.

    Tilly/WIlk

    OdpowiedzUsuń
  15. Wiedziała, że na pewno zastanie w przychodni Vanii, a dzięki temu jej zmartwienie i strach o utratę dłoni zelżał więc i powoli topniał, jak ten śnieg na dłoni. A gdy już była na miejscu i dostrzegła jasną czuprynę, tym bardziej się uspokoiła, pewna że wyjdzie stąd do domu jak nowa. Może nawet nowe wypiłowane w migdałki paznokcie otrzyma...?
    - No przecież szłam i łapałam śnieżek, dla ochłody - wyjaśniła z zmarszczonymi brwiami, w skupieniu obserwując poczynania koleżanki. - Jak możesz w ogóle miec o mnie tak złe zdanie...? - mruknęła niepocieszona.
    Żarty żartami, ale ona nawet gdyby chciała, nie mogłaby porzucić cukierni. To był dobytek jej rodziny, poza tym komu miałaby to zostawić? Samej sobie by nie wybaczyła, gdyby Kraina Czarów Trafiła w obce ręce. Co prawda tu na miejscu nikt tak do końca nie był obcy, ale przecież... mogło się róznie potoczyć życie. Zdecydowanie jednak za bardzo związana się czuła z tym miejscem, by wszystko zostawić. No i czym miałaby się zająć w zamian? Nie miała zadnego wyższego wykształcenia, była prostą dziewczyną z doskonałą intuicją jeśli chodzi o działania w kuchni... Tylko zbyt rozmarzoną i roztrzepaną, przez co czasami miewała nieprzyjemne wypadki o.
    - W cukierni w porządku... - mruknęła z grymasem bólu, bo mimo że już tak nie paliło jej skóry, to wciąż utrzymywało się dość nieprzyjemne uczucie gorąca i drażnienia skóry przy każdym ruchu na całej dłoni. - Przecież te piece to cały mój interes, nie mogę tego zamknąć - burknęła i opadła nizej na krzeslo z westchnieniem. - Ale dziś już chyba nic nie upiekę - stwierdziła i usmiechnęła się, powstrzymując w ostatniej chwili by nie klasnąć w przypływie entuzjazmu. - Poproszę kawy, oczywiście. U mnie nic się nie dzieje, lepiej ty poopowiadaj co u ciebie - poprosiła.

    OdpowiedzUsuń
  16. Roześmiał się, gdy usłyszał wzmiankę o kilcie w kratę i puzonie, bo owszem – kilt w kratę posiadał, ale Szkotom daleko do grania na puzonie. Instrument, który posiadali podczas wszystkich świąt narodowych, to dudy, choć te tak jak puzon, również zaliczały się do instrumentów dętych. Aczkolwiek nie każdy mógł na nich grać – zaszczyt ten przypadał zazwyczaj najstarszemu członkowi rodziny, który miał jeszcze siłę, by porządnie dmuchnąć w piszczałki, więc Octavian swoich dud jeszcze nie posiadał.
    Nim jednak pociągnął ten temat, skupił uwagę na Ianie, który pojawił się za ladą, oraz wsłuchał się w krótką wymianę zdań między tą dwójką. Wydawało się, że barman to naprawdę sympatyczny gość; wcześniej nie miał okazji go poznać, bo rzadko zapuszczał się gdzieś sam. Nie znał na tyle wioski, by pewnie spacerować jej drogami, a wolał nie ryzykować spotkania z łosiem czy niedźwiedziem, bo nie był na to przygotowany.
    Uśmiechnął się i skinął lekko głową w potwierdzeniu, kiedy Vani zechciała go przedstawić. A zaraz machnął też krótko ręką.
    — Podejrzewam, że nie będzie tu rzeczy, która mnie nie zachwyci — zażartował, acz kryło się w tym ziarenko prawdy, bo odkąd pojawił się w Mount Cartier, czuł się naprawdę zaabsorbowany tutejszymi zwyczajami. Wioska ta zaczęła go po prostu szczerze ciekawić i interesować, dlatego chętnie poznawał jej wszystkie tajemnice.
    Zgodnie z życzeniem, Ian zaserwował im więc pewien specjał, a mianowicie ratafię, czyli nalewkę wieloowocową. Zapach szkarłatnego płynu był wyjątkowo aromatyczny; poza wiśnią, przebijała się również woń aronii, maliny i porzeczki. Octavian chwyciwszy literatkę, przyłożył szkło do ust, by na spróbowanie upić niewielki łyk... a zaraz za nim pokusił się o większy haust, bo nalewka była naprawdę smaczna.
    — Idealne połączenie alkoholu z owocami — przyznał, posyłając zarówno barmanowi, jak i Vanille, zadowolony uśmiech. Z racji tego, że po alkohol sięgał z natury rzadko, nie mógł pozwolić sobie na opinie prawdziwego znawcy, ale woje gusta miał i ten wyrób z pewnością się do nich zaliczał.
    Gdy Ian zajął się innymi gośćmi lokalu, Octavian przeniósł spojrzenie na Vanille, bo zaciekawiła go jedna kwestia, którą chwilę temu poruszył barman.
    — Twoja mama też była pielęgniarką? — Podpytał, ściągając lekko brwi. Łokieć podparł dla wygody o blat baru.

    Octavin Carnegie

    OdpowiedzUsuń