A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link

Smoke. Bake. Yell.

Maxime Carter

35 lat piekarka zrzęda

Zgorzkniała kobieta, szorstka w obyciu niczym papier ścierny pomylony z toaletowym. Gdyby miała porównać do czegoś swoje życie, to pomyślałaby o czarnej, zimnej kawie. Cierpka, zostawia po sobie kwaśny posmak i wykręca usta w nieprzyjemnym grymasie. Nikt takiej nie pija, a jej przyszło opróżnić bezdenne wiadro i wydaje się, jakby cała ta ostygnięta kawa przesiąkała do jej wnętrza, wypełniając każdy zakamarek. Nie tworzy przyjemnego towarzystwa, a ciągnący się za nią smród papierosów odsuwa od niej większość ludzi. Wgryza się w poplątane włosy, w kołnierz swetra, w zachrypnięty głos. Kaszel stara się zasygnalizować potencjalny problem, ale ona ma już dość problemów i odpowiada niewyrafinowanym przekleństwem. Pozbawiona kobiecości doszczętnie przez byłego męża wtórna choleryczka. Drażliwa, niechętna, wygaszona przeszłością. Niezgrabnie porusza się po własnym domu, obijając się zawsze o te same meble, nie licząc już siniaków na biodrach. Wiecznie niewyspana, marudząca na wszystko dookoła. Kobieta, której się nawet nie chce stwarzać pozorów klasy. Stojąca przed czarniejącym lustrem, w spranej bieliźnie, rozczochranych włosach. Nie ma siły z nimi walczyć, przeklina dzień, w którym zaczęły się kręcić jak opętane. Ubrudzona mąką, oblana wrzątkiem, narzeka na bolące ramiona, na ciasto pod paznokciami. Swoje życie rzuciła w kąt, nie chce do niego wracać, chociaż cały czas dostaje listy i spogląda na znienawidzoną twarz w ramce. Brak jej jednak jakiejś motywacji, jakby wszystko straciło sens dawno temu i jedyne, co pozostało, to tkwić w Mount Cartier, tkwić w piekarni i kłótniach z ojcem, w starym pick-upie z wiecznie zimną kawą w ręku. Wrzeszczeć na siebie, wypowiadając słowa, które nijak mają odzwierciedlenie w myślach. Wyrzucać sobie winy sprzed dziesięciu lat, a gdy któreś zamilknie, uświadomić sobie o przekroczeniu pewnej granicy.
Bowiem nagła cisza z ust Maxime to znak, że czas brak nogi za pas.


Witam ponownie, mam nadzieję, że tym razem jednak na dłużej. Znów Maxime, znów piekarka. Nie gryzie tak bardzo, jakby się mogło wydawać, także zapraszam!

20 komentarzy:

  1. [Z pewnością na dłużej <3]

    Octavian & spółka

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ojej, Maxine! <3 Widzę, że zrobiła się jeszcze bardziej zrzędliwa, niż była, kiedy ratowała z Mysie biedne zwierzęta przed złymi kłusownikam. :D
    Dobrze widzieć starych autorów wracających w nasze skromne progi. Oby i tym razem zabawa się udała. Nie wiem, czy będziesz miała ochotę odgrzebywać stare relacje, ale w razie czego zapraszam do Ayers!]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Zrzędy, zrzędy, zrzędy! :D No proszę, oryginalna postać, zdecydowanie! Prawdę mówiąc moja Ri jest raczej przeciwieństwem Maxime, do tego między nimi jest spora różnica wieku, więc nie wiem czy dałoby radę stworzyć im ciekawy wątek, ale zapewne jak przyjdzie mi coś do głowy to się zgłoszę, a Tobie proponuję to samo heh. Tak poza tym to życzę ciekawych relacji oraz długiej gry wśród nas! ^^ ]

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  4. [No i stało się. The bitch is back :D. Scott wciąż jeszcze ma w głowie ten pamiętny dzień, kiedy to poprztykali się przed autem o w zasadzie nie wiadomo co. Max to chyba jedyna osoba z którą serio byłby się w stanie pokłócić. Tak czy inaczej witam panienkę Carter, witam też to urocze zdjęcie, które idealnie odzwierciedla jej charakter. No a na koniec witam też Twoją wenę, bo mam nadzieję, że da się ona oswoić i będzie tutaj przemykać śmiało między autorami, rozsiewając magię wątków :).]

    Timothy, Scott & Andrew

    OdpowiedzUsuń
  5. [...szorstka w obyciu niczym papier ścierny pomylony z toaletowym. Tym oto zdaniem kupiłaś mnie już na samym początku. Tak (mam nadzieję, że z pozoru c:) nieprzyjemnej, ale i nietuzinkowej zarazem postaci nie miałam okazji oglądać już od bardzo dawna, dlatego chylę przed Tobą czoła i gratuluję kreacji!
    Dziękuję ślicznie na powitanie, a że z naszego wątku mogą posypać się wszelkie zgrzyty i jęki bólu - bo Julien to jednak potulniejsze stworzenie, niemal przeciwieństwo Twojej Max - za nic w świecie go sobie nie odmówię. Chodzi Ci już może po głowie jakiś pomysł, czy urządzamy burzę mózgów? c:]

    Julien

    OdpowiedzUsuń
  6. [Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać postaci o takim usposobieniu, ale mogę sobie wyobrazić, że prowadzenie Maxime nie należy do najłatwiejszych zadań :)
    Obok Pani Carter nie da się przejść obojętnie, koniecznie musimy coś razem napisać!]

    Jack Higgins

    OdpowiedzUsuń
  7. [Hym... Może wobec tego wykorzystamy wątek z cotygodniowymi wyjazdami do Churchill? Julien mógł zabrać się z Max, mając coś do załatwienia w mieście (jeszcze nie wiem, co konkretnie miałoby to być, choć z drugiej strony nie jest to teraz takie ważne) i w drodze powrotnej, późnym wieczorem, w ciemnościach i śniegu, samochód odmówi im posłuszeństwa. Nie mają za bardzo możliwości wezwania pomocy, od Churchill dzieli ich mniej więcej taka sama odległość, jak od Mount Cartier i muszą jakoś sobie z tym fantem poradzić. Co o tym myślisz? c:]

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  8. [Oh, mam ochotę poturbować go społecznie, zdecydowanie :) Lubie wszelkiego rodzaju dramy, zawiłe relacje i wymyślne wątki, chociaż słabo idą mi kłótnie. Ale nad pomysłem to chyba jutro pomyślę, bo właśnie odpisałam na wszystkie wątki i czuję, że już mi się oczy kleją :)

    Jack Higgins

    OdpowiedzUsuń
  9. Wszystko tutaj wydawało mu się dziwne. Inne od tego, do czego był przyzwyczajony, a przy tym niezwykłe, pozwalające nieco inaczej uporządkować swoje myśli. Zaskakiwała go miejscowa kuchnia, przyroda, zimno, przed którym nie umiał się dostatecznie chronić i zakatarzony, bez przerwy uzupełniał po kieszeniach opakowania chusteczek higienicznych. Dziwił go spokój, może nawet oderwanie od rzeczywistości i świata, w którym spędził całe swoje dotychczasowe życie. A ponad wszystko – ludzie. Z jednej strony próbował ich zrozumieć, z drugiej natomiast pozwalał im być sobą i jedynie ich obserwował; nieco z boku, nienachalnie, zdając sobie sprawę, że z ich niezwykle pogodnym usposobieniem i prostolinijnością łączy go więcej, niż się spodziewał. Nie byli mu obcy, podobnie jak ośnieżone lasy wokół miasteczka i gwieździste niebo, które obserwował teraz przez szybę sunącego spokojnie samochodu. Bywał tu w dzieciństwie zawsze wracał w te okolice z tym samym entuzjazmem, z tą samą chęcią oderwania się i ucieczki od wszystkiego, co zostawiał wtedy za sobą. Było to jednak wiele lat temu i teraz musiał uczyć się tego miejsca na nowo. Na nowo przyzwyczajać się do wieczorów spędzonych w ciszy przy trzaskającym na kominku ogniu i do poranków, gdy nie musiał wyskakiwać z łóżka jak poparzony i jeszcze szybciej wybiegać z domu. Zdał sobie sprawę, że potrzebował tego od bardzo dawna.
    Powrót z Churchill mijał nawet szybciej, niż droga w przeciwną stronę, mimo że kobieta zasiadająca za kierownicą nie spieszyła się i jechała ostrożnie. Lavoie był pewien, że mógł wyliczyć na palcach jednej ręki wszystkie słowa, jakimi wymienili się w czasie wspólnej podróży, choć nie poczytywał tego jako przeszkodę. Wręcz przeciwnie. Wsłuchiwał się w spokojną melodię płynącą z przyciszonego radia, a gdy jego uszu dobiegły nieco żywsze, energiczne dźwięki, bębnił palcami o swoje udo do ich rytmu. Odpoczywał, a jednostajny warkot silnika był dla niego dziwnie relaksujący. Churchill oferowało o wiele więcej, niż Mount Cartier i gdy przemierzał jego zasypane śniegiem i oblodzone uliczki, starał się zapamiętać każdy sklep, zakład i punkt usługowy, jaki mógłby być mu potrzebny w niedalekiej przyszłości. Miasteczko zmieniło się bowiem nieco od jego ostatniej w nim wizyty, a skoro miał pozostać w tych okolicach przez pewien czas, wolał mieć pewność, jakie ma możliwości i jak szerokie pole manewru. Niczego więcej po tej wycieczce nie oczekiwał.
    — Co to było? — zapytał, jakby wyrwany z głębokiego zamyślenia podrywając się w swoim fotelu. Coś strzeliło nagle i załomotało w silniku samochodu, a zaraz po tym pojazd zaczął sukcesywnie wytracać prędkość. Toczył się powoli i coraz wolniej, aż wreszcie zatrzymał się zupełnie i wszystko w jego wnętrzu zamilkło na dobre. Julien spojrzał najpierw na kierowcę, zupełnie jakby rozwiązanie problemu mógł wyczytać z jej twarzy, a potem uchyliwszy drzwi zerknął na zewnątrz sprawdzając, czy po wyjściu z samochodu nie natknie się na zdradziecki lód — Sprawdźmy to — dodał, choć wygramolił się ze swojego fotela raczej niechętnie. Owiany zimnym wiatrem, oplątując szal wokół swojej szyi nieco ciaśniej, podszedł do maski pojazdu i powoli ją otworzył. Strzelające w powietrze kłęby ciemnego dymu i pyłów nie zwiastowały usterki, z którą mogli poradzić sobie samodzielnie.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  10. [Zakochałam się! Co prawda nie byłam tu na tyle długo, by pamiętać Maxine, aczkolwiek cieszę się, że wróciłaś, bo jest bardzo ciekawa :D Co ty na to, żeby posprzeczała się nieco Benem?
    Życzę mnóstwa wątków, weny i abyś została z nami jak najdłużej! ]

    Benjamin Fawley

    OdpowiedzUsuń
  11. A czy Octavian lubił swoją pracę? Nie – on po prostu nią żył; zawód lekarza był jego częścią, i bynajmniej nie dlatego, że dzięki niemu saldo konta bankowego prezentowało miłą dla oka sumkę. Pieniądze nie grały tu bowiem żadnej roli – Tavey zawsze wyróżniał się na tle rodziny, bo zawsze chciał pomagać i robił to już jako dzieciak, oddając potrzebującym swoje zabawki, których miał multum, albo oddając mniej zamożnemu rówieśnikowi swoje drugie śniadanie, które gosposia przygotowywała w domu ze szczególną dokładnością. Oczywiście, młody Carnegie nie uczył się wśród biedaków – do publicznej szkoły chodził tuż po swoich zajęciach, jako że miał tam dobrego przyjaciela, któremu los poskąpił dobrobytu w postaci modnych gadżetów, czy nowych butów. Allan Windy był bowiem sierotą, wychowującym się pod pieczą matki chrzestnej, której nie było stać na pięć posiłków dziennie, nie wspominając już o deserze. Jednak Octavian miał inne priorytety, a mimo, że o przyjaźni tej dwójki nie wiedzieli nawet rodzice, relacja ta przetrwała długo... aczkolwiek nie tyle ile powinna. Kto by pomyślał, że powiedzenie: biednemu zawsze wiatr w oczy, odnajdzie swoje znaczenie w rzeczywistości. Allan odszedł, z uśmiechem na ustach i nadzieją w ludzi dobrej woli, a Octavian utwierdził się w przekonaniu, że zawód lekarza jest tym, do którego lgnie jego serce oraz dusza. I choć ostatecznie niewiele ma wspólnego z leczeniem nowotworów, to również ratuje ludzkie istnienia z niebywałą pieczołowitością, której od zawsze mu brakowało.
    Jeśli mowa o misji – wyjazd był czymś, do czego zmierzał od dawna, aczkolwiek decyzja o wyprawie w nieznane zapadła nieoczekiwanie i dużo szybciej, niż ówcześnie przewidywał. Trudno ukryć, że zmusiła go do tego sytuacja rodzinna – po śmierci matki wiele się zmieniło, szczególnie w zachowaniu jego ojca, który lubieżnie obnosił się z uczuciami do kobiety, którą wybrał swemu synowi za żonę. Jakkolwiek źle to brzmi – chciało mu się rzygać już na samą myśl, że jego ojciec sypia z jego narzeczoną zaledwie miesiąc po śmierci matki. Dochodziło już do tego, że Octavian nie potrafił nawet patrzeć na swoje odbicie lustrzane, bo ilekroć stawał przed gładkim zwierciadłem, widział w nim gburowatą mordę ojca, do którego jest wyjątkowo podobny. Siedzenie przy wspólnym obiedzie i udawanie, że nic się nie dzieje, doprowadzało go do tak wielkiej frustracji, że wielokrotnie tłukły się kieliszki do wina i zdobione talerze, a czerwonych plam na miękkim dywanie prawdopodobnie nikt się nie doliczy, bo wytrawny alkohol dekorował jego materiał niejednokrotnie. Dodatkowo Tavey ledwo co, z cholernie wielkim trudem, trawił ten każdy sztuczny uśmiech, przylepiony do twarzy starszego Carnegie, i pojawiający się zawsze wtedy, gdy sytuacja stawała się napięta. Ponad to, zaczął częściej sięgać po alkohol, czego nie powinien był robić, zważywszy na nawiedzającą go niekiedy tachykardię. Wjazd do Mount Cartier był więc ucieczką od problemów, którym nie da się stawić czoła w pojedynkę, ucieczką po wytchnienie i wymarzoną wolność.
    Nie stresowało go nowe otoczenie, choć w drodze do północnych rejonów Kanady zastanawiał się nad tym, jak rdzenni mieszkańcy zdołają go przyjąć. Nie oczekiwał wiwatów i transparentów – pomimo znanego w Szkocji nazwiska, był przeciętnym człowiekiem, a leciał przecież w miejsce, którego nie da się znaleźć na niektórych mapach, więc szansa na to, że ktoś będzie go kojarzył wręcz nie istniała. I ta pewnego rodzaju anonimowość dodawała mu otuchy w samotności, jaka miała mu w Mount Cartier towarzyszyć – dzięki niej czuł, że zaczynał stawiać cegiełki od nowa, a właśnie tego ostatnimi czasy pragnął. Czystej karty i nowego życia, bez odgórnie dolepionych łatek.
    Wszedłszy do gabinetu, ściągnął wełniany, grafitowy płaszcz, który odwiesił na wieszak. Chwilę później, pozostając w jasnej koszuli na długi rękaw, siedział już przy biurku, uzupełniając dokumentację z wczorajszego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według godzinowej rozpiski, przychodnia była jeszcze nieczynna, nie było nawet rejestratorki, aczkolwiek Octavian zawsze przychodził wcześniej, będąc już w ewentualnej gotowości, coby przyjąć pierwszego pacjenta. Cisza mu nie dokuczała, a wręcz przeciwnie – była czymś tak wyjątkowym, że w danej chwili Tavey łaknął jej niemiłosiernie. Po pomieszczeniu rozlegał się cichutki szmer stalówki czarnego pióra, podążającej po materiale kartki, i cykanie wskazówek starego, nieco zużytego już zegara. Nic dziwnego, że gdy tylko cisza ta została naruszona przez dźwięki na poczekalni, mężczyzna mimowolnie przerwał pisanie, skupiając się na małym harmidrze, dobiegającym zza drzwi. Postanowiwszy sprawdzić kim był pierwszy odwiedzający, wstał od biurka i ruszył ku drzwiom, następnie śmiało je uchylając. Akurat w momencie otwierania drzwi, w odległości półtorej metra, ukazała mu się ciemnowłosa niewiasta, z lekko poplątanymi, ciemnymi włosami i strojem, wskazującym na nagłe urwanie się z pracy. Przechyliwszy głowę, zlustrował ją tylko kontrolnie, w celu szybkiego określenia stanu jej zdrowia – nie była połamana, nie krwawiła, i nie umierała, więc mógł przeprowadzić spokojny, standardowy wywiad.
      — Dzień dobry — przywitał się, lokując spojrzenie w twarzy kobiety. Do jego ust przylepił się jedynie symboliczny, typowo powitalny uśmiech, którym witał każdego, nowo-przybyłego do przychodni.
      Tęczówki mężczyzny od razu pochwyciły kilka charakterystycznych zmarszczek na twarzy kobiety, toteż bez wyciągania danych personalnych, dawał jej lekko ponad trzydzieści lat. Wyglądała na zmęczoną, jednak zdawał sobie sprawę, że powodem takiego wyrazu mogła być chociażby nieprzespana noc, z powodu bólu, czy innych dolegliwości. Ale, prawdę powiedziawszy, miał dziwaczne wrażenie, że nie chodzi tu tylko o problemy zdrowotne. — Pani pewnie do mnie? Zapraszam — rzekłszy, postąpił krok w bok, dłonią wskazując wnętrze niewielkiego gabinetu.

      Octavian Carnegie

      Usuń
  12. [Hah xD Wybacz, że dopiero odpisuję, ale miałam kilka zabieganych dni. Nie, osobiście w LOL'a nie gram, ale moja przyjaciółka, na której podobieństwo powstała postać Percy kocha tą grę, stąd wzmianka o niej w historii Ri :D]

    Audrine Nerey

    OdpowiedzUsuń
  13. [Biorąc pod uwagę liczbę prowadzonych przeze mnie wątków stwierdzam, że rzeczywiście nie ma co się pchać na siłę ^^ Mimo wszystko Ri nie straszne jędzowate osoby i zapewne zawitam tu znowu, jak tylko jakiś pomysł pojawi się w mojej głowie! :D ]

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  14. Rozejrzał się po okolicy; po ośnieżonych wzgórzach i drzewach uginających się pod ciężarem białego puchu. Strumieniu gdzieś na dnie doliny, który, skuty lodem, wyglądał jak dziwnie pomarszczona wstęga wijąca się pomiędzy ogromnymi połaciami lasu. Próbował zorientować się, jak daleko udało im się dojechać i jak wiele jeszcze drogi dzieli ich od dotarcia do celu. Do Mount Cartier, które wydawało się teraz nie na wpół uśpioną mieściną położoną gdzieś na krańcu świata, a ogromną metropolią, o której marzyło się i pragnęło jej po wariacku, jak największego skarbu. I nic nie udało mu się wywnioskować. Otaczał ich mrok, zimno i absolutna cisza, przerywana jedynie pohukiwaniem sowy i szmerem zarośli, gdy przemykał pomiędzy nimi mały zwierz. Wszystko wyglądało identycznie, na horyzoncie żaden punkt nie był na tyle charakterystyczny, aby można się było do niego odnieść, a z samochodu nawet dym przestał kopcić tak mocno, jak jeszcze przed chwilą.
    — To podobno zabija, nie słyszałaś? — zapytał, wyjmując spomiędzy palców kobiety nadpalonego papierosa. Nim jednak wyrzucił niedopałek w zaspę śniegu, sam zaciągnął się nim mocno dwa lub trzy razy. Choć był przekonany, że dzięki córce udało mu się zerwać z nałogiem jakiś czas temu, zapach tytoniowego dymu był dla niego tak samo kuszący, jak dawniej. A może nawet mocniej, co dawało szerokie pole do popisu jego woli; nie tak silnej jednak i dającej się złamać łatwo jak wola nastoletniego chłopaka. Nie umiał odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak naprawdę dawał mu ten nałóg i w jaki sposób nałogiem się stał. Nikotyna nie uspokajała go ani nie pomagała mu się skupić, zamiast tego organizując wokół siebie całe jego życie w bardzo niewygodny i jeszcze bardziej śmierdzący sposób. Przy kuflu zimnego piwa można było przynajmniej poprawić sobie humor, co jednak nie pociągało go tak mocno, jak wypuszczanie z ust obłoków gryzącego dymu — A z resztą, wszystko jedno — dodał i ze wzruszeniem ramion, pewną tęsknotą w spojrzeniu zerknął na porzucony na śniegu, tlący się nadal niedopałek — Jeśli nie to, niedługo znajdzie nas jakiś niedźwiedź.
    Wsparł się na samochodzie raz jeszcze i raz jeszcze spojrzał na zabrudzone smarem wnętrzności. Zabawa w mechanika nigdy nie była jego mocną stroną i to z prostej przyczyny – nigdy nawet nie pomyślał o tym, by zainteresować się motoryzacją. Pod tym względem nie różnił się od przeciętnej kobiety, rozróżniającej pojazdy po kolorze i ewentualnie symbolu marki na jego masce, nie zaś po osiągach czy wykorzystanej w nich technologii. Wytężył słuch, ale nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek jeszcze zdecydował się podróżować tą zapomnianą przez świat drogą o tak późnej porze.
    — Może powinniśmy spróbować go popchać? — pojazd wyglądał na solidną konstrukcję, posiadającą swój toporny ciężar, ale przynajmniej poruszaliby się powoli na przód. Lavoie nie sądził, by udało im się wezwać stosowną pomoc, co jednak w dziwny sposób nie napawało go anu strachem, ani złością. Nauczony doświadczeniem, że wszystkie sytuacje kryzysowe prędzej czy później rozwiązywały się magicznie same (a raczej coś niewytłumaczalnego przeważnie kierowało jego kroki we właściwym kierunku), postanowił zdać się na łaskę losu. Albo niedźwiedzi — Nikim ważnym — dodał po chwili, bo dopiero wtedy dotarło do niego pytanie kobiety. Odepchnął się od samochodu i zwrócił się ku nieznajomej, podając jej czekoladowy batonik, który wygrzebał z kieszeni płaszcza. Jeden został także dla niego — I nie wyglądasz mi na osobę, która szuka przyjaciół więc uznałem, że to nie ma znaczenia. Wystarczy ci wiedzieć, że nie jestem mordercą i psychopatą. Tak mi się wydaje — wyjaśnił i nieco rozbawiony dobrał się do znalezionej w kieszeni słodkości.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  15. [Tyle czasu spędza dziewczyna z marudami, że aż sama powoli uczy się jęczeć i narzekać, aż wstyd! (Tak naprawdę zawsze marudziła, ale przecież nikt nie musi o tym wiedzieć. :D) Plotka głosi, że Ayers w swoim arsenale ma całkiem niezłe nalewki, mimo że zrezygnowała z trucia całego miasteczka, więc jakby Maxime chciała trochę pojojczyć na ojca i poparzoną rękę, to próg Mysie stoi otworem. Wieczorne, babskie maruderstwo przy kieliszku czegoś mocniejszego jak najbardziej w cenie, zapraszamy. ;D]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  16. [Jędze nam ani trochę nie straszne! Wręcz przeciwnie, Anna pewnie uważa, że takie osoby są jej misją specjalną. Ona się nigdy nie denerwuje, cierpliwości ma nieskończone pokłady, więc dla Maxime ma zawsze uśmiech, miłe słowa i dużo zainteresowania. :D Nie wiem, czy to nie doprowadza Maxime do szału.]

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  17. [Hmm, w sumie to mam zalążek pomysłu :D Czy Max była od dzieciństwa w MC, czy się wprowadziła?]

    Ben

    OdpowiedzUsuń
  18. Octavian nie oceniał przez pryzmat okładki. Owszem, kobieta, która właśnie wchodziła do jego gabinetu, na pierwszy rzut oka, przypominała mu raczej typową, wiejską gospodynię, której głównym celem było, jest i będzie oporządzanie domowego ogniska, niżeli zadbane dziewczę, wydające wszystkie oszczędności na markowe ciuchy i kosmetyczkę – tutaj nie było zresztą ani jednego, ani drugiego. Niezadowolenie wyrysowane na jej twarzy wcale nie zrodziło się ze względu na dokuczający jej problem zdrowotny – wyraz ten zdawał się po prostu być przyklejony do lica kobiety na stałe, a skręcone ciemne loki i unoszący się zapach dymu tytoniowego z pewnością go potęgowały. Nie spodziewał się więc, że nagle zostanie powitany szczerym, cudownym i anielskim uśmiechem, na widok którego miękną kolana, bo aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że z aniołem to on do czynienia na pewno nie ma, ale ze złem wcielonym również – minęło kilkadziesiąt sekund, a z jej ust nie padło nic, co mogłoby go urazić, poza ciężkim, zachrypniętym głosem i ironicznym brzmieniem zdań, do których nie przywiązywał wielkiej wagi.
    Uwagę od jej aparycji odciągnęły dopiero słowa odnośnie poparzenia – do nich nie potrzebował już żadnych wyjaśnień. Zamknąwszy za nimi drzwi, od razu przeszedł do rzeczy, jako że zbyt długie oczekiwanie mogło jedynie bardziej schrzanić sytuację.
    — Proszę pokazać — rzekłszy, prześledził spojrzeniem oparzenie pokrywające dłoń kobiety i zaraz udał się do szafki z różnymi medycznymi przedmiotami. Pojawiające się na jej skórze drobne pęcherzyki i obrzęk, świadczył o poparzeniu albo wrzątkiem, albo gorącą parą.
    — Niech włoży pani dłoń pod bieżącą wodę. — Wskazał ręką zlew. — Poparzenie trzeba dobrze schłodzić — dodał jeszcze, choć mówił to raczej automatycznie, jakby był po części zaprogramowany, niczym miejski autobus informujący o następnym przystanku. W tym czasie wyciągnął z szafki sól srebrową sulfatiazolu i w ciszy zaczął przygotowywanie opatrunku. Kobieta tak, czy siak, musiała trzymać rękę pod bieżącą wodą przez jakieś piętnaście minut, coby oparzenie skutecznie się schłodziło, toteż Carnegie mógł na spokojnie przygotować sobie wszystko to, co potrzebne do odpowiedniego gojenia się rany. A że panna ciemnowłosa nie wyglądała na osobę, której paliło się do rozmowy, to i on pogrążył się w milczeniu. Nie miał w zwyczaju wypytywać ludzi o dzieje z ich życia; za dużo się nasłuchał podczas swej kariery, a nie należał do grona ludzi dużo mówiących, dlatego nie paplał jęzorem o byle czym. Zresztą, nawet nie wiedział o czym mógłby w tej chwili porozmawiać. Nie miał zielonego pojęcia co dzieje się w miasteczku, a pogoda za oknem była tak klarowna, że nie trzeba było niczego już dopowiadać, wystarczyło tylko zerknąć przez framugę.
    Na rozłożoną gazę wycisnął odpowiednią ilość maści i sięgnął z szuflady aerozol, który miał posłużyć jako dodatkowe schłodzenie, ale głównie jako środek przeciwbólowy. Nie mógł podać znieczulenia, jako że oparzenie go nie wymagało – był przekonany, że środki będą wystarczające, a udział igły nie będzie konieczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabierając z półki czysty ręcznik, ułożył go na stoliku obok kozetki, tak by kobieta mogła osuszyć nim poszkodowaną rękę. Wprawdzie, minęło dużo mniej niż piętnaście minut, ale można było przejść już do tego skutecznego opatrywania rany.
      — Proszę usiąść i otrzeć delikatnie dłoń. Zaraz założę pani opatrunek — powiedziawszy, zerknął kontrolnie w jej zmęczone życiem tęczówki i przeniósł na stolik resztę medykamentów, które miały dać ulgę od doskwierającego jej bólu. Nie liczył, że ujrzy w jej twarzy iskierki szczęścia, dlatego był skłonny zadowolić się samą ulgą.

      Octavian Carnegie

      Usuń