Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
Wrzesień • 14°C
Jeśli ktoś myślał, że koniec wakacji przyniesie nam gwałtowne ochłodzenie, to czeka go spore rozczarowanie! Na horyzoncie ciągle widać częściej słońce niż deszcz, co w sumie jest trochę nietypowe jak na nasze miasteczko, prawda? Ale jeszcze nie panikujmy, zimnolubni na pewno niedługo będę mogli się cieszyć z gwałtownego spadku temperatury i ciężkich opadów białego puchu... tak, tak, moi drodzy, już za chwilę powróci do nas zimowa aura, która jak zawsze będzie nam towarzyszyć przez kolejnych osiem miesięcy. Zdążycie jeszcze zatęsknić za tymi zielonymi trawnikami! Jako Wasza ulubiona pogodynka jestem tego stuprocentowo pewna.

03.01.2017

every time I see you, I die a little more

Vivian Amondhall
10.07.1986, Mount Cartier • młodsza CEO współtworząca Emint Jewellery — obecnie na niechcianym urlopie

Nic się nie zmieniło... przebiegło jej przez myśl w chwili, gdy tylko wjechała do Mount Cartier sportowym Audi wypożyczonym na lotnisku w Churchill. Przechylona, doskonale znana jej tabliczka z nazwą miasteczka oraz obecną, nieprzekraczającą nigdy tysiąca osób, liczbą populacji na pierwszy rzut oka przypominała o ciągłym zacofaniu panującym w zatoce Hudsona. Sklep był w tym samym miejscu, co dziesięć lat temu, nadal brakowało dla niego konkurencji tak typowej dla przedsiębiorstw w większych mieścinach. Podobnie było z jednym, jedynym barem, który mogła się założyć, że nie zmienił się w środku nawet w jednym calu. Przy odrobinie szczęścia mieli tam już kogoś innego niż ten starszy o kilka lat dupek z irlandzkim akcentem, z którym nigdy nie potrafiła się dogadać, ale na to nieszczególnie liczyła. Sam widok tych znajomych miejsc wyglądających tak samo, jak w dniu, gdy ostatni raz je widziała sprawiał, że poczuła nieprzyjemny uścisk w żołądku. Zupełnie jakby cofnęła się o te dziesięć lat z tą różnicą, że teraz wracała zamiast uciekać.
— Nie zostawaj — słabe, ale jednak słyszalne skrzeczenie dało się usłyszeć z siedzenia pasażera, kiedy mijały gabinet miejscowego doktora.
Nie zwracając uwagi na narzekania ponad pięćdziesięcioletniej kobiety, włączyła kierunkowskaz i skręciła z głównej drogi. Nieodśnieżone ulice jak zawsze zmuszały do ściągnięcia nogi z gazu i częstszego manewrowania kierownicą niż byłoby to wskazane w normalnych warunkach. W Vancouver nie miewała takich problemów nawet przy okazji większych opadów śniegu.
Rozjuszony pies wyskoczył na chwilę na jezdnię, ale wystarczył lekki pisk opon, by uciekł pod najbliższą dziurę w płocie. Tylko rozbicia sie na pustej drodze im brakowało.
— Lekarz powiedział...
— Nie obchodzi mnie, co mówił t-t-ten konował! Najlepiej poradzę sobie sa...sa... sama, do cholery!
Margaret Amondhall zacięła się w najmniej odpowiednim momencie, a język na kilka sekund odmówił jej posłuszeństwa. Drętwota w prawej dłoni nie pomagała przezwyciężyć wstydu ani poirytowania spowodowanego nowymi dolegliwościami, z którymi walczyła odkąd tylko się obudziła. Nigdy nie pozwalała sobie na chwilę słabości w obecności jedynej córki i teraz także nie zamierzała tego zmieniać, choćby miało ją to kosztować resztki zdrowia jakie jej pozostały.
Vivian prychnęła pod nosem, ale pozostawiła bez komentarza upór matki. Ugryzła się w język i mocniej zacisnęła palce na kierownicy, chcąc w ten sposób pozbyć się rosnącej frustracji na upierdliwą rodzicielkę, z którą nigdy nie umiała się dogadać. Pod tym względem Mount Cartier także się dla niej nie zmieniło.
Napięta atmosfera nie zniknęła nawet w chwili, gdy wjechały już na podwórko, a silnik przestał przyjemnie szumieć, czym chociaż odrobinę zajmował myśli trzydziestoletniej dyrektorki własnego sklepu z biżuterią. Osiągnięty sukces przyćmiony został przez wydarzenia ostatnich kilku tygodni.
Ruch z prawej strony sprawił, że po minucie przyglądania się znajomej fasadzie domu, Vivian przeniosła spojrzenie na swoją uciążliwą pasażerkę i skrzywiła się z irytacji.
— Poczekaj, przecież... — Ci otworzę dokończyła w myślach, ponownie gryząc się w język, żeby przypadkiem nie dokończyć tego zdania. Wściekłe spojrzenie Margaret wystarczyło, by zrezygnowała z awantury i pozwoliła matce samej wysiąść z auta, nie komentując jak idiotycznie przy tym wyglądała, gdy walczyła ze sparaliżowaną prawą ręką oraz nogą, która po wylewie była w nawet gorszym stanie niż górna kończyna. Poczekała więc aż matka stanęła na podjeździe, a dopiero później sama opuściła samochód prosto w śnieg, w którym od razu zatopiły się jej krótkie botki na szpilce. Usłyszała prychnięcie Margaret, ale zignorowała je, podobnie jak siłowanie się matki z wyciąganiem kuli z tylnego siedzenia. Tym razem nie zaproponowała pomocy w dojściu do domu. Obserwowała jedynie wszystko, nadal stojąc przy drzwiach samochodu, gdy matka z trudem wchodziła po kilku schodkach na ganek i ostatecznie do zimnego domu, w którym na pewno trzeba było napalić.
— Przeklęte miasto — mruknęła Vivian pod nosem, przytrzymując się ręką za dach pojazdu, gdy próbowała stanąć stabilnie na zapadającym się podłożu. Już miała go po dziurki w nosie, a nawet jeszcze nie rozpakowała walizek.


Zdjęcia się zmieniają.

( 77 )

  1. Szczerze powiedziwszy miałam nadzieję, że to kreacja postaci obroni się w karcie, a nie przecudowny Jensen, haha. ;) Co po polowania na niedźwiedzie - po tym czego doświadczył na froncie nabrał przekonania, że nic gorszego nie może go spotkać. Nie docenia sił matki natury i choć zdaje sobie sprawę, że nie powinien tak ryzykować ze względu na Lily, nie potrafiłby się ustatkować. Przyzwyczaił się do życia w nieustającym poczuciu zagrożenia i raczej nie potrafi już żyć inaczej. Jakąś zadrę musi mieć, co by wypaść ludzko. :D O samej Vivian niewiele mogę jeszcze powiedzieć, a że jestem ciekawska, zapytam krótko: Piszemy?

    Jack Rogers

    OdpowiedzUsuń
  2. Spokojna głowa! Lubię rozwijać postacie w wątkach, więc Jack sobie powoli do tego wszystkiego dojrzeje i przerzuci na ciesielstwo. Ale dajmy mu jeszcze trochę pobłądzić, to świetna podstawa do wątków. ;) A co do szczegółów to masz rację, zastanowimy się o jakiejś zwyklejszej porze.

    Jack Rogers

    OdpowiedzUsuń
  3. [A jednak Viv wyprzedziła Jasona :) Dlaczego czekać, stwórzmy coś teraz. Zacznę od tego, że karta jest wow. Czytało się ją bardzo płynnie. Dobrze, że masz u mnie dług i poprowadzimy razem wątek, bo bardzo lubię, jak piszesz.
    Masz jakiś pomysł? Powiedziałabym, że można by połączyć ich matki, ale Diana ma 57 lat, więc nie wiem, czy to by przypadkiem nie kolidowało.
    Team Kat, doskonale haha.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  4. [Teraz to dopiero będziemy mieć prawdziwe kuzynki ;)) Zróbmy z ich matek siostry, powiększmy ich rodzinkę. Vivian i Kat mogłyby być dla siebie prawie jak siostry, przyjaciółki, które musiały się rozstać.
    Możemy zrobić tak, że Kat naprawdę będzie wracać z poczty (Ty diable haha), zobaczy, że przed dom jej ciotki, może nawet chrzestnej, podjechał jakiś samochód i podejdzie zobaczyć, kto to taki. Jakie zaskoczenie ją czeka, kiedy okaże się, że to Viv i Margaret. Rzuciłaby, że Diana pewnie bardzo się ucieszy z powodu ich powrotu i, że powinny spotkać się wszystkie razem na kolacji (jeszcze z Bernym, bo w końcu on też jest w rodzinie).]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  5. [Czeeeeść <3 przenosimy nasz spóźniony wątek tutaj? <3]

    TOM PRESTON

    OdpowiedzUsuń
  6. [Ostrzegałam,że wątki na mailach mi niezbyt wychodzą, ale dzięki za wcześniejsze powitanie na MC i miłej zabawy ;)]

    TOM PRESTON

    OdpowiedzUsuń
  7. [Bardzo się cieszę, że Ces przypadł Ci do gustu, bo na tym mi głównie zależało. W końcu to były partner Viv, więc musiał być choć odrobinę w jej guście! :D Myślę, że mimo wyjazdu kobiety, Cesar nadal utrzymał kontakty z Margaret, skoro zdążyli się polubić (ciężko powiedzieć, że poznać w tak małej mieścinie, bo tu chyba wszyscy się znają) :D Musimy wymyślić dla nich coś ciekawego, a pole do popisu mamy!]

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  8. Trudno przyznać, ażeby w Mount Cartier mogło się cokolwiek zmieniać, skoro technologia z wielkich miast nie jest się wstanie przebić przez fałdy śniegu, zawalające jedyną, garbatą dróżkę prowadzącą do tutejszej mieściny. Jednak w oczach mieszkańców bieg czasu jest zauważalny, a zmiany namacalne – stare pokolenie ustępuje miejsca młodym latoroślom, jedni wyjeżdżają, inni wracają, a na miejscu ściętych niegdyś drzew wyrastają już nowe siewki. Świat się zmienia, i choć chciałoby się zatrzymać pewne rzeczy i sprawy w miejscu, to jeszcze nikt nie posiadał tak skutecznej mocy, by potrafić zatrzymać człowieka. Żadnego. Nawet przy pomocy uczuć. Nawet Cesara Calderona, który decyzję o wyjeździe podjął szalenie pochopnie, choć kilkakrotnie ją planował.
    Służba miała być odcięciem się od przeszłości, poniechaniem związanych z nią marzeń i potężnym wysiłkiem, który miał zaboleć bardziej, niż rozstanie z Vivian Amondhall. Miała być odbiciem się od dna i zapomnieniem, ale nie przyniosła nawet minimalnej ulgi, bo ilekroć wojskowy kalendarz odsyłał go na przepustkę, to do Mount Cartier wracał z nadzieją... A na miejscu nadziewał się na kolec wspomnień, który niczym zadra gorliwie przypominał o bujnych blond włosach, gładkiej cerze i rajskiej zieleni tęczówek, głębszych niż jezioro Roederk. Nie było miejsca, do którego nie mógłby przypisać obecności kobiety; skrawka ziemi, czy lasu, w którym nie zapisałoby się jej istnienie. Nie musiał więc długo czekać, by poznać gorzki smak straty, ani by zrozumieć, że Mount Cartier nie ma bez niej sensu. Ale potrzebował czasu, by nauczyć się bez niej żyć.
    Początki w prowincji Quebec były niebywale trudne, i gdyby nie pochodzenie matki, mogłyby być jeszcze gorsze, jednak nim wyjechał, kobieta przekazała mu kilka odpowiednich zwrotów we francuskim języku. Pomocna okazała się także dyscyplina, którą Cesar wypracował w młodzieńczych latach, gdy wraz z ojcem i dziadkiem zajmował się gospodarstwem domowym. Ona pozwoliła mu na szybkie zadomowienie się w progach jednostki, i na zyskanie aprobaty w oczach bezpardonowych przełożonych, dla których zawodowa tyrania była chlebem powszednim. Zawsze z uśmiechem na twarzy wydawali rozkazy, a każdemu, kto ośmielił się odmówić, wyznaczali tak cierniste zadania, że energia dostarczona w porcji obiadu nie była w stanie pokryć zapotrzebowania na siły. Wielu odeszło, ale Calderon pozostał, bowiem miał zamiar zjednać się z armią na zawsze. I nie ważne, że gdy będąc zwykłym szeregowym marynarzem, czyścił pokład statku, żołnierze wyżsi stopniem traktowali go jak jeńca wojennego, który znalazł się pod ich pieczą dla odkupienia win. Nie ważne, że po każdorazowym wodnym poligonie wracał tak wycieńczony, jakby wyrąbał pół lasu i przeniósł konary na własnych plecach z Mount Cartier do Churchill. Wtedy nic nie było ważne. Ani podbite oko po samoobronie, ani odciski na palcach od targania amunicji, ani pisk w uszach, zrodzony przy testowaniu salw ostrzegawczych, których poziom natężenia dźwięku przekraczał wszelkie normy. Wojna to nie rurki z kremem. Dopiero stypendium na Akademii dało mu odrobinę ukojenia, aczkolwiek nie szedł tam jako ten Cesar Calderon, którego znali wszyscy – matka, ojciec, Vincent, czy Vivian. Szedł tam, jako niewzruszony facet, całkowicie oddany swoim postanowieniom, bowiem jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać jak one.
    Kiedy na dłonie Cesara złożono order kapitana, a z jego ust popłynęły słowa Pledge of Allegiance, już wiedział, że będzie wracał do Mount Cartier. Miesiąc przed przysięgą, gdy skontaktował się z rodzicami, matka wyznała mu, że John odczuwa skutki reumatyzmu i nie będzie w stanie wyruszać na dłuższe rejsy. Oznaczało to tyle, co musisz przejąć jego obowiązki, i choć matka nie powiedziała tego wprost, Cesar doskonale rozumiał, że właśnie przyszedł czas na podjęcie bardzo ważnych decyzji. Jeszcze tego samego dnia po przysiędze, ubrany w granatowy uniform, wylądował na lotnisku w Churchill. Stamtąd, podczas letniego wakacyjnego popołudnia udał się do miasteczka, by przekazać ojcu, że jest gotów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciał tego. Rodzinny biznes od zawsze przekazywany był z pokolenia na pokolenie, a Cesar był jedynym, który mógł pociągnąć tę tradycję, i prawda jest taka, ze nie chciał zawieść ojca. John Calderon jest dla niego ogromnym autorytetem, bo pomimo surowego trybu życia, nigdy nie skrzywdził żadnego człowieka. Starał się nawet nie kłócić z Amandą, chociaż mieli inne zdanie odnośnie studiów Vincenta, które John uważał za bezużyteczne. Bynajmniej nie robił tego, by zamknąć go siłą w drewnianej chacie – on po prostu bał się tęsknoty. Wiedział, że jeśli Vin wyjedzie, będzie odwiedzał ich niebywale rzadko, a przecież cała rodzina jest do siebie solidnie przywiązana. Ale czas zagoił już rany.
      Teraz nie byłby w stanie zliczyć ilości zrealizowanych połowów. Rybołówstwo stało się dla Calderona czymś tak codziennym, jak śnieg w niewielkiej mieścinie, którą w porównaniu zresztą Kanady mógłby nazwać rajem. Ta cisza, spokój i rzadko spotykany urok dodawały tyle energii, że Cesar nie musiał nawet sięgać po filiżankę kawy – w Mount Cartier czuł się całkowicie wolny, i wiedział, że nie potrzebuje do życia niczego więcej, niż łodzi i przestrzeni, którą oferowały mu tutejsze krajobrazy. Za żadne skarby świata nie oddałby tej prawdziwej zimy, za którą cholernie tęsknił w progach przeklętej prowincji Quebec, i po raz kolejny przekonał się, że wyjazd z Mount Cartier to ostatni ratunek, którego by się chwycił w sytuacji kryzysowej. Tutaj nikt nie narzucał mu określonego trybu życia, a karty swojej egzystencji mógł ułożyć według własnego widzimisię... Przynajmniej do momentu, w którym Amanda nie dorzuci własnych pięciu groszy, i nie wspomni o osobistych marzeniach dotyczących wnuków. Kobieta wciąż żyła z nadzieją, że Cesar sprawi jej na stare lata tą niemożliwą do opisania radość, ale na litość boską! Vincentowi znacznie bliżej do osiągnięcia statusu ojca, niżeli Cesarowi.
      Kiedy załoga wyciągnęła kolejną rybacką mieroże, Cesar rozpiął do połowy polarową kurtkę, pozwalając by chłód otarł się o jego szyję. Ważące ponad czterdzieści kilogramów sieci, działały na rzeźbę, niczym dobra sztanga w luksusowej siłowni, jednak należało uporać się z nimi szybko, nim ściekająca woda przeobrazi się w lód i utrudni przenoszenie zdobyczy. Wprawdzie, praca rybaków biegła już ku końcowi, bowiem po rozładunku wystarczyło sprzątnąć pokład statku, by przy następnym rejsie nie uraczyć na jego lakierowanej powierzchni idealnej ślizgawki, i przycumować porządnie kuter. Ale, jak to w tradycji rybaków w Mount Cartier bywa – przed rozejściem się we własne strony, wszyscy zasiadają z butelką nalewki z czarnych jagód, by zwieńczyć udany rejs. Amanda zawsze powtarzała, że nalewka z czarnych jagód jest najlepsza na poprawę humoru, dlatego gdy bosman przyniósł odpowiednią ilość kieliszków, Cesar napełnił je ostrożnie, a następnie wszyscy zebrani przybili dźwięczny toast, będąc gotów do sprzątania pokładu.
      Aczkolwiek nie zdążyli nawet odstawić kieliszków, gdy kobiecy pisk rozniósł się echem wśród stojących nieopodal świerków. Załoganci spojrzeli po sobie pytająco, a Cesar odwrócił się w kierunku jeziora, z którego doszedł odgłos charakterystycznego chlupnięcia. Był przekonany, że wpadło do niego coś większego, niż Sieja Kanadyjska.
      — Turystka — rzucił jeden z załogantów, choć Cesar zbagatelizował uwagę i przebiegł uważnie po drewnianym molo, by pomóc kobiecie wydostać się z objęć lodowatej wody, której w tamtym odcinku było zaledwie po kolana. Dobrze, że miał na nogach kalosze, bo dzięki temu mógł zamoczyć się powyżej kostek bez kiwnięcia palcem.
      — Jeśli chciała nauczyć się pani morsowania, to nie w taki sposób — powiedział z nutą żartu, nim w ogóle zdążył przyjrzeć się jasnowłosej, i tak naprawdę to dopiero gdy wyciągnął ku niej dłonie, pozwolił sobie na kontakt wzrokowy.... Co omal nie spowodowało, że sam wywrócił się do tyłu.

      Usuń
    2. Początkowo nie był pewien, czy to przypadkiem nie wina buchającej z ust pary, albo jego zmęczenia po wyprawie, bo w twarzy kobiety widział charakterystyczne rysy Vivian, która przecież nie mieszkała w Mount Cartier od lat. I nic dziwnego, że patrzył się na nią jak ciele na malowane wrota, próbując rozszyfrować tę niebywała podobiznę, która sprawiła że w mgnieniu oka połknął język, zapominając o podstawowych funkcjach, takich jak oddychanie, chociażby.
      Znał te oczy. Tylko jedna kobieta w Mount Cartier posiadała tak piękne tęczówki, jak ta stojąca przed nim.
      — Vivian?

      Usuń
  9. [Przemiłe, dziękuję! Wilki i niedźwiedzie niech lepiej uważają, Lucas ma ostre zęby, jeszcze by wygrał ;) Gorąco kibicuję Vivian, oby wszystko się jakoś ułożyło - z mamą i nie do końca byłym ukochanym. Chętnie będę zaglądać, żeby dowiedzieć się co u niej słychać. Ślę uściski, na ten zimowy wieczór!]

    Lucas

    OdpowiedzUsuń
  10. Często łapał się na zastanawianiu się nad tym, co by było gdyby zamiast kłótni przed rozstaniem, udało się im normalnie porozmawiać. Co by było, gdyby owa rozmowa pozwoliła ustalić aspekty, które nie dopuściłyby do rozłąki. Jak ułożyłaby się ta obecna już przyszłość? Może pogodziliby marzenie Vivian z twardym postanowieniem Calderona, może przetrwaliby ten okres, podczas którego kariera kobiety pięła się ku górze. Może Cesar nigdy nie odwiedziłby Quebec i nie zmierzył się z zawodową tyranią tamtejszych oficjeli... Niebywale trudno było dać założenie temu, jak potoczyłaby się ich przyszłość, acz istnieje duże prawdopodobieństwo, że zupełnie inaczej.
    Pomimo, że czas nie leczy ran, z pewnością pozwala się do nich przyzwyczaić. Od ich ostatniego pożegnania minęło już sporo czasu, który pozwolił Cesarowi przestawić się z postrzegania życia przez pryzmat słowa „my” na słowo „ja”. Ale, choć żal i boleść wyparowały, prawda jest taka, że Vivian zabrała do Vancouver jedną z najważniejszych jego cząstek – serce. Wszak, Cesar nawet nie próbował szukać innej kobiety na miejsce panny Amondhall, bowiem to serce biło tylko dla niej. Był tego tak cholernie świadom, że nie śmiał próbować stworzyć kolejnego „my” z zupełnie obcą osobą. Nie miał tyle sił, by obdarzyć tym szczególnym uczuciem kogoś innego, niżeli jasnowłosą Vivain, dlatego przyzwyczaił się do egzystencji w samotności, bo nie istniało nic gorszego, niż patrzenie w oczy innej kobiecie i równoczesne przywoływanie do wspomnień tej jedynej, którą rzeczywiście pokochał. A Amadna, która wielokrotnie wróżyła swemu synowi posępną starość dopóty ten nie znajdzie wybranki, nigdy też nie próbowała na siłę pchać go do ślubnego kobierca z inną kobietą – wciąż wierzyła w powrót Vivian, zresztą dobrze wiedziała, że Amondhall zda się najlepiej w roli bratniej duszy Cesara. Nie miała jej za złe wyjazdu, ba! Gdyby nie święte słowa Amandy i udobruchanie go odpowiednimi zapewnieniami, Cesar znosiłby to rozstanie dużo gorzej.
    Ale kiedy życie w małej mieścinie toczyło się dalej, z biegiem czasu i Calderon przystosowywał się do obecnego stanu rzeczy – wspomnienia zacierał kurz, a podczas gdy głowę zawalała sterta obowiązków, kotłujące się w głowie myśli po cichu wygasały. Nieobecność Vivian stała się czymś codziennym, nawet nadzieja przestała być tak uciążliwa, kiedy jej ziarno schło zakopane pod fałdami innych problemów, z którymi wielokrotnie przyszło mu się zmierzyć. Cesar przestał wyczekiwać powrotu jasnowłosej, a wiara w dopełnienie się zapewnień matki, odchodziła z każdą mroźną zimą w sposób naturalny. Jedynie kiedy zaglądał do Margaret, by naciąć drewna, czy zreperować cieknący kran, pojawiały się przebłyski echa minionych dni, które na ułamek sekundy skradały z ust przyjazny wyraz. Matka Vivian nigdy nie stanęła po tej wrogiej stronie, i po powrocie Cesara z Marynarki często udowadniała, że wyjazd jej córki nie wpłynął jakkolwiek na relację z rodziną Calderonów – po dziś dzień pomagają sobie ze wzajemnością.
    Przyjrzawszy się kobiecie zanurzonej niemalże po szyję w wodzie, nie miał wątpliwości. Ostatnie wydarzenia, związane z pobytem Margaret w szpitalu, tylko potwierdziły metrykę jasnowłosej, a jej rysy twarzy, oczy i głos... Wszystko było oczywiste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szybko otrząsnął się z dywagacji, ażeby razem z załogantem wyciągnąć Vivian z lodowatej wody i koniecznie ją ogrzać. Ciało kobiety nie było przystosowane do tak zimnych kąpieli, toteż przez tak błahe wpadnięcie do zbiornika, mogła skończyć z, nie daj Bóg, migotaniem przedsionków i atakiem serca. Calderon miał tę świadomość, jako że od dawien dawna hartował organizm przez zimowe kąpiele i kilkakrotnie doświadczał hiperwentylacji, skłaniającej do przyśpieszonych oddechów – te, jako pierwsze, są w stanie doprowadzić nas na granicę ze śmiercią w mgnieniu oka.
      — Jak najszybciej do środka — zwrócił się do kolegi, który skinął głową w potwierdzeniu i razem z Cesarem poprowadził Vivian do pomieszczenia. Należało stopniowo ogrzać kobietę, bo w efekcie nagłego ciepła mogła się, co gorsza, nabawić szoku termicznego. A wtedy byłoby o wiele gorzej. — Skocz na kuter po moje rzeczy i koc, są w kokpicie, tam gdzie zawsze. Masz dziesięć sekund — poleciwszy, wprowadził Vivian do środka, kiedy bosman otworzył przed nimi drzwi do sklepu, przez który należało przejść, by dotrzeć do pokoiku dla personelu.
      Był niewielki; pod ścianą stała jednoosobowa kanapa, obok niej stolik z małym telewizorem, który odbierał może ze dwa kanały, krzesło i kominek, w którym tlił się płomień. Bosman prawdopodobnie przesiadywał tu wtedy, kiedy oczekiwał przybycia rybaków.
      Posadził Vivian uprzednio na krześle i przykucnąwszy przed kobietą, podniósł spojrzenie na jej lekko pobladłą twarz — Musisz wszystko z siebie zdjąć, co do skrawka materiału — nie było to pytanie o pozwolenie, ani prośba, tylko stanowcze polecenie. Jeśli go nie posłucha, będzie musiał zrobić to siłą.
      Ujął dłonie jasnowłosej, z których ściągnął wpół zmrożone rękawiczki, a później wyprostował się, by zdjąć z szyi Amodhall szal. Załogant wkroczył do pokoju, krótko oznajmiając przybycie, i zostawiwszy koc wraz z torbą, wyszedł zamykając drzwi. Vivian musiała się rozebrać, by założyć całkowicie suchą odzież, a na tę chwile czy tego chciała czy nie, musiały to być rzeczy Cesara, które ten wyciągał właśnie z torby. Miał tam ciepły sweter, sięgający kobiecie gdzieś za uda, i wojskowy polar, który nosił na statku w Quebec. Dodatkowo trzymał w niej śpiwór, a ten w tym momencie przyda się, by okryć nogi Vivian – cała owinie się jeszcze dodatkowo kocem, bowiem należało, przede wszystkim, zadbać o temperaturę szyi, pleców, głowy i ud.
      — Załóż, zaraz wrócę z ciepłą herbatą — wskazawszy ręka ubrania, spojrzał na Viv, by sprawdzić, czy to co mówi wydaje się zrozumiałe. Być może, gdzieś w kącikach jego ust pojawił się nawet mikroskopijny uśmiech.

      Usuń
  11. Zakładał, że Vivian już od kilku dobrych lat trwała w udanym związku małżeńskim, w którym ani razu nie przyszło jej wspominać starych śmieci i Calderona. Sądził, że w Vancouver nie odczuwała samotności, mając dookoła wielki świat, setki restauracji, klubów i mnóstwo ludzi, z którymi można nawiązać kontakt. Zawsze była cudownej urody niewiastą, a z wiekiem niesamowicie wypiękniała, toteż kiedy zdejmował z jej chłodnych dłoni przemoczone rękawiczki, był przekonany, że na palcu serdecznym ujrzy błyszczącą, złotą obrączkę. Nie obawiał się tego widoku, bo zdążył sobie wmówić, że to co było kiedyś już nigdy nie powróci, ale szczerze mówiąc, odczuł coś na kształt ulgi, gdy materiał zsunął się z jej smukłych placów. Niemniej, brak obrączki nie wykluczał związku.
    W sklepie wstawił wodę na herbatę, po czym wyszedł za zewnątrz, by sprawdzić, czy załoganci zabrali się za sprzątanie kutra, przycumowanego do drewnianego pomostu. Oznajmił im krótko, że tego dnia będą musieli poradzić sobie sami z oporządzeniem pokładu, a gdy panowie kazali mu z uśmiechem na twarzach wracać do kobiety, Cesar kiwnął im tylko ręką na pożegnanie. Możliwe, że udało im się rozpoznać Vivian, szczególnie starszemu bosmanowi, który pamiętał ich jeszcze jako nastoletnią parę. Był jednym z tych, który wróżył byłej parze ślub, aczkolwiek, kiedy wszystko posypało się jak domek z kart, nigdy nie poruszał z Calderonem tematu rozstania. Mało kto potrafił zrozumieć te rozłąkę, czy tez przyjąć do wiadomości, wszyscy podejrzewali, że to tylko chwilowy kryzys, z którego za chwilę oboje będą się śmiać. Niestety, na twarzy Calderona uśmiech nigdy więcej się nie pojawił.
    Do dwóch kubków z herbatą wlał odrobinę syropu klonowego, który w Mount Cartier rozpowszechniała także Amanda. Rodzeństwo pani Calderon często wysyłało kobiecie paczki ze słodkim syropem, bowiem matka Cesara dorastała na farmie, gdzie ów syrop pozyskiwano. Była więc do niego niesłychanie przyzwyczajona, i przekonała nawet upartego Johna, który początkowo sprzeciwiał się jakimkolwiek słodzikom – do drugiej rocznicy ślubu pijał tylko gorzkie napary.
    Wróciwszy do pokoiku, spojrzał na postępy Vivian, która od pasa w dół wciąż tkwiła w przemoczonej odzieży. Postawił dwa kubki na stoliku, gdy oznajmiła, że sama nie da rady ściągnąć reszty ciuchów – powinien jej pomóc i chciał, tylko że nie do końca wiedział jak się za to zabrać. Owszem, te kilka- kilkanaście lat temu zdjąłby z Vivian każdą część garderoby i to bez zastanowienia, bowiem wtedy nie musiał trzymać się na żadnej uwięzi – teraz wiedział, że między nimi pojawiła się bariera chroniąca granice przestrzeni osobistej, której przekroczenie, być może, mogło poskutkować jakimś strzałem z liścia, czy innym ruchem obronnym. Ale Cesar nie byłby sobą, zważając na jakieś tam granice.
    — Pomogę ci — oznajmiwszy, kucnął przed Viv. Rozsunął ostrożnie suwaki butów, a następnie zsunął z jej stóp obuwie, stawiając je przed kominkiem, by przeschły. Z pewnością trochę to potrwa, nim przemoczone do ostatniej nitki buty wyschną, jednak w obecności kominka była szansa na to, że za kilka godzin będzie można je założyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po zdjęciu reszty ciuchów, panna Amondhall od razu będzie musiała wskoczyć w miły materiał ciepłego śpiwora, a później nakryć się kocem, by zupełnie odizolować od siebie zimno. Kominek był tak blisko kanapy, że z ogrzanie się pod tabunem narzut nie powinno sprawić żadnych trudności. — Przytrzymaj się mojego ramienia, musimy pozbyć się reszty — rzekłszy, ujął jej dłonie, by mogła wstać. Czuł się w duchu odrobinę rozbawiony, dyrygując kobiecie, która w przeszłości nie potrzebowała żadnych wskazówek w poruszaniu się dłońmi po jego ciele. Zdawał sobie sprawę, że wiedziała co robić, przecież nie byli sobie obcy – w pewnym sensie – ale uznał, że tym skromnym zdaniem w rodzaju przyzwolenia niczego nie zepsuje.
      Kiedy udało się Vivian utrzymać równowagę, Cesar rozpiął suwak u jej spodni, po czym przykucnął pomału, by chwycić za nogawki i ostrożnie, do połowy ud, ściągnąć z kobiety mokry materiał. Reszty pozbyli się już wtedy, gdy Vivian ponownie usiadła na krześle. Spodnie wylądowały na oparciu krzesła, a Calderon chwycił po śpiwór, by rozłożyć go na szerokość ramion i docelowo owinąć kobietę. Przy okazji zasłonił sobie widok Vivian od pasa w dół, by mogła poczuć się w tej sytuacji choć trochę bardziej komfortowo.
      — Jeszcze tylko rajstopy i transport na kanapę — dopowiedział, przenosząc wzrok na palące się w kominku drewno, by skupić uwagę na czymś innym, niż ruchy Viv.

      troszkę niepewny w swych ruchach Ces

      Usuń
  12. [Hejka tym razem tutaj! Zacznę od tego, że Isska chyba będzie miała przyjaciółkę! W końcu ktoś z "wielkiego świata" he he. Chociaż żeby nie było tak łatwo, to proponuję, żeby na początku miały ze sobą na pieńku. Co Ty na to?
    A teraz tak apropos karty. Uwielbiam takie wprowadzenie do postaci, jako opowiadanie. Przemiło się to czyta, a przede wszystkim pozostaje straszna ciekawość i chęć na więcej. Taki przyjemny smaczek na Vivi i jej historię, którą mam nadzieję dokładnie poznać :D
    Więc, jako rehabilitująca się autorka, życzę dużo, dużo weny, samych wspaniałych wątków i wytrwałości z nową postacią. No i liczę na ten wątek baaaaardzo!
    Swoją drogą, to mój pierwszy komentarz pisany po powrocie, czuj się wyróżniona :D]

    Clarissa

    OdpowiedzUsuń
  13. Informacja dotycząca przyjazdu Vivian, zapewne, krążyła już po okolicy, jednak do uszu Cesara nie miała okazji jeszcze dotrzeć. Wcale nie zdziwiłby się, gdyby nawet sama Amanda znała termin przyjazdu panny Amondhall, a w gruncie rzeczy, gdyby tak prześledzić zachowanie kobiety, można by doszukać się w jej oczach płomyka rozpalonego informacją, którą nie zamierzała się z Cesarem na razie podzielić. Wszak, Amanda odwiedziła kilkakrotnie Margaret w szpitalu, a ostatnim razem zjawiła się w progach kobiety na kilka dni przed jej powrotem do miasteczka – wtedy nie wyczuł niczego podejrzanego, aczkolwiek teraz, przeszukując zakamarki swojego umysłu i analizując pewne kwestie, zaczynał domniemywać, że Amanda zataiła tę zdumiewającą nowinę, którą Cesar poznał jakiś kwadrans temu. Odczuwał irytację z powodu bycia, możliwe, jedynym niewiedzącym, jednak nie mógł być zły ani na Margaret, ani na Amandę... Ani na Kat, która także milczała w tej kwestii, i z którą z pewnością porozmawia nazajutrz. Okoliczni wiedzieli, że Cesar źle znosił temat Vivian, toteż nikt go nie poruszał w towarzystwie mężczyzny. I nic dziwnego, że teraz również nie było nikogo odważnego, kto zechciałby napomknąć o przybyciu jasnowłosej w rodzinne strony.
    Kobiety potrafiły knuć plany i Cesar nie zamierzał tego kwestionować, szczególnie w tym momencie, kiedy wizyta Vivian w porcie zgrała się idealnie z godziną przybycia kutra, wiozącego świeżą dostawę ryb. Nie było więc podstaw, by obarczać winą jedynie poczciwy los, bowiem udział w całym przedstawieniu miały także dwie, starsze kobiety. Calderon mógł im w myślach tylko pogratulować tej babskiej przebiegłości, choć raczej żadna nie zakładała, że jasnowłosa wyląduje w jeziorze – prędzej w objęciach mężczyzny.
    Gdy Vivian zaczęła dukać wyraźniejsze słowa, Cesar poczuł się tak, jakby odnalazł brakujący element układanki. Jakby w tej całej, rutynowej egzystencji, brakowało mu właśnie tego konkretnego głosu, którego przypisał najlepszym wspomnieniom z przeszłości, i do których, z drugiej strony, nie chciał wracać, obawiając się powrotu wewnętrznego bólu. Dosłownie, ni stąd, ni zowąd doznał nagłego uczucia oczywistości. I dopiero po chwili, wróciwszy na ziemię, odchrząknął nieznacznie, po czym sięgnął po koc, by okryć dygoczącą Vivian. Widział wyraz zażenowania na jej twarzy. Pomimo, że minęło dziesięć lat od ich ostatniego spotkania, pewne gesty w ludzkiej naturze się nie zmieniały, a mowa ciała jasnowłosej należała właśnie do tych niezmiennych. I gdyby mógł, nawet by się nie zawahał przed rzuceniem zaklęcia rozgrzewającego, aby jej pomóc.
    — Mogło być gorzej — odezwał się, podając kobiecie kubek z ciepłą herbatą. Rzeczywiście, jeśli zjawiłaby się godzinę później, wyłowienie z wody mogło trwać znacznie dłużej, a wtedy stan jej zdrowia pozostawiałby wiele do życzenia.
    Przysiadł obok Vivian, chwytając swój kubek w obie dłonie.
    — Powinnaś spędzić resztę dnia w ciepłym łóżku i nawadniać organizm ciepłymi napojami — zaznaczył, spoglądając w kierunku tęczówek jasnowłosej. Mówił odrobinę bez wyrazu, bowiem nie zakładał, że kobieta zapomniała o srogich zimach, w towarzystwie których nietrudno wyziębić organizm. Znała te zasady, a Cesar jedynie je przypomniał.
    Rozejrzał się krótko po pomieszczeniu. Najbliższą godzinę będzie musiała spędzić niewątpliwie tutaj, poza tym, jej buty kompletnie na nadawały się do jakichkolwiek spacerów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście, Cesar miał zapasowe obuwie, więc powinni sobie poradzić, jeśli mowa o przejściu do chatki państwa Amondhall. I o tyle dobrze, że pogoda na najbliższe dni zwiastowała słońce i lekkie ocieplenie, które mieszkańcy na pewno odczują na własnej skórze.
      — Powiedz, jeśli będziesz czegoś potrzebować. — Upił łyk herbaty, która dostrzegalnie przebrnęła przez przełyk, pozostawiając uczucie ciepła. Zdążył się przyzwyczaić do obcowania z dotkliwym mrozem, aczkolwiek zetknięcie się chłodnego organizmu z ciepłym płynem było wyczuwalne nawet pomimo porządnego przystosowania się do panującej wokół lodowni.
      Na usta cisnęło mu się dużo innych pytań, bowiem chciał się dowiedzieć, czy Vivian planuje dłuższy pobyt, jednak nie był skłonny zapytać. Po prostu nie uznał tego momentu za wystarczająco dobry do pogawędek, i sam nie wiedział, jak Vivian odbiera jego towarzystwo. Wciąż mogła mieć do Cesara żal o zdarzenia z przeszłości, które choć zdarzyły się dekadę temu, nadal dyndały wisiały w powietrzu. I będą dyndać tak długo, aż oboje ich nie wyjaśnią.

      Usuń
  14. Przebywając teraz w towarzystwie Vivian, nie czuł już ani grama rozżalenia z powodu tego, co stało się dziesięć lat temu – czas, najwidoczniej, zdążył zgasić rozdrażnienie i każdą inną cząstkę frustracji, którą przyniosły tej dwójce kłótnie sprzed lat. Wiadomo, że czuł się dziwnie siedząc w jednym, i to niewielkim, pomieszczeniu z kobietą, którą najpierw szalenie kochał, a później identyfikował z drogą cierniową, aczkolwiek ta dziwność była podyktowana cholernie nietypowym zjawiskiem, jakim jest obecność Vivian w Mount Cartier. Z jednej strony czuł się tak, jakby siedział obok dalekiej znajomej, z którą łączy go minimalistyczny kontakt, w postaci rozmów raz na kilka lat, ale z drugiej... Kiedy pomyśli, że to przecież ta Vivian, która skradła mu pocałunek podczas ogniska, ziarna nostalgii zaczynają kiełkować z prędkością światła. Zmieniła się, szczególnie w aspekcie wizualnym, a Vancouver z pewnością miało wpływ także na jej charakter. I dało się to odczuć – identycznie, jak wibracje, które nie drgały między nimi w taki sam sposób, jak dekadę temu, gdy nie widzieli poza sobą świata. Calderon na ten czas nie próbował dumać, czy ich relacja mogłaby wrócić na uprzednie tory, bowiem ta odległość i krater wyżłobiony między nimi z biegiem czasu, były po prostu ogromne. Na razie, to już samo wyobrażanie sobie, iż mogliby się zjednać, zakrawało o iluzję.
    Wycofanie Cesara także miało związek z próbą odnalezienia się w zaistniałej sytuacji – niczym speszony dzieciak, którego przedstawiono przed nową klasą. Wprawdzie, na jego twarzy, poza codziennym, wyrazem nie można było odnaleźć ani rąbka zakłopotania, jednak gdzieś w środku wcale nie czuł się tak pewny, jak miał w zwyczaju. Był świadom kim jest osoba siedząca jakieś pół metra dalej, jednak nie wiedział, czy de facto ją zna. A to był wystarczający powód do zrodzenia czegoś na kształt blokady, bo gdyby była mu zupełnie obca, prawdopodobnie nie pozwoliłby na wkroczenie kłopotliwej ciszy, starając się rozruszać rozmowę nawet zwykłym żartem, by rozgromić ślady niezręczności. Ale Vivian nie była mu obca, nawet pomimo tych dziesięciu lat absolutnej rozłąki, a żarty nie przeszłyby Cesarowi przez gardło. I pomyśleć, że wcześniej nie potrafił przy niej milczeć.
    Ściągnął brwi, gdy z ust kobiety padło wręcz zapomniane przez Calderona pytanie. Częściej słyszał „dlaczego cię tu nie ma”, jeżeli chodzi o okupowany, niekiedy kilka razy w tygodniu, port. Odkąd wrócił z Marynarki Wojennej, wziął obowiązek rybołówstwa na własne barki i każdy mieszkaniec Mount Cartier był przyzwyczajony do poganiającego załogantów, wysokiego blondyna, który zastąpił na stanowisku Johna Calderona. Ci i tak mieli z Cesarem lżej, mimo że dyscyplina nie uległa zmianie, bo John rzadko akceptował wymówki, podczas gdy Cesar przymykał oko na weekendowego kaca swoich podwładnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To co zawsze... — odpowiedział z lekkim zdziwieniem. Ale wystarczył moment by się skapnął, że informacja o zmianach mogła nie dotrzeć do Vivian — Znaczy, dostarczyliśmy dziś świeżą dostawę ryb, jak w każdy piątek o tej godzinie. Akurat je rozładowywaliśmy — wyjaśnił powierzchownie, mocząc następnie usta w ciepłej herbacie. — Załoganci czyszczą właśnie pokład — dorzucił, choć nie sądził, aby miało to jakieś znaczenie dla kobiety.
      Natomiast dla Cesara wielkie znaczenie miała obecność Vivian w miasteczku, bo choć domyślał się, że było to spowodowane wylewem Margaret, to wciąż nie do końca wierzył, że pani Amondhall osobiście poprosiła córkę o przyjazd. Przecież ona zawsze zakładała, że poradzi sobie ze wszystkim sama – Cesar często bagatelizował to założenie i, tak czy siak, rąbał drewno na opał dla Margaret, bądź naprawiał usterki. Męska dłoń przydawała się często i pewnego razu kobieta nawet sama mu to przyznała.
      — A co Ty tutaj robisz? — To pytanie cisnęło mu się na usta od momentu, gdy chwycił dłoń Vivian, podczas wyciągania z jeziora. Nic dziwnego, że w głosie mężczyzny dało się usłyszeć zdumienie, bo było to zjawisko, którego nikt by się nie spodziewał. Za żadne skarby.

      Usuń
  15. Oczywiście wybaczone. Co do profesji – on w głębi duszy zawsze był, jest i będzie grabarzem, choć jak potrzeba, to drewna też narąbie, bo przecież to chłop, który żadnej pracy się nie boi! :)
    Od razu może zaproponuję wątek, a to czy się skusisz już zależy od Ciebie. Czy oni mogą być sąsiadami? Dzięki temu Theo miałby w dzieciństwie dość bliską towarzyszkę zabaw, którą traktowałby nieco z góry (starszy przecież jest!) i przez lata nic by się nie zmieniło. Nawet teraz mógłby jej zrzędzić, żeby założyła czapkę czy nabijać się z jej prób, no powiedzmy, naprawienia kranu zanim jej w końcu z tym pomoże. Taka przyjaźnie kąśliwa znajomość. Co Ty na to?

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  16. Z pewną trudnością, ale wygrała randkę z Cesarem i za to należą jej się szczególne gratulacje! Niech szczęście jej nie opuszcza, niech trwa przez całą randkę, a nawet i dłużej. A jak jej się zrobi smutno lub niepewnie, to niech wróci myślami do tego pamiętnego dnia, kiedy to w tak pięknym stylu wykupiła sobie Księcia z Bajki.

    OdpowiedzUsuń
  17. [Jest trochę bez sensu, ale coś jakoś weny nie mam, a nie chcę więcej przedłużać.]

    Kiedy Vivian wyjechała z miasteczka, zabrała ze sobą także pewną cząstkę Kat, której ta nie potrafiła odzyskać. Straciła swój uśmiech, którym tak często obdarzała niezwykle bliską jej kuzynkę, poczucie humoru, swoją lepszą, cieplejszą stronę. Pogodziła się ze wszystkim dopiero po kilku latach, kiedy przestała w ciężkich sytuacjach sięgać po telefon komórkowy, z chęcią rozmowy z Viv. Przełknęła ból i stratę, i ruszyła dalej, jak robi to większość ludzi.
    Osobą, która tak naprawdę wyciągnęła ją z emocjonalnego dołu był Scott, mężczyzna o złotym sercu i silnych, nie bojących się pracy dłoniach. To właśnie w nim znalazła ukojenie i choć spotykali się stosunkowo krótki okres czasu, Finlay wiele zdążył zmienić w jej życiu - i to na lepsze. Czasami bywały dni, że do zakładu pogrzebowego nie zawitała żadna (żywa) duszyczka, wtedy Kat zostawiała go pod opieką rodziców, gdzie notabene jedno z nich było współwłaścicielem i wędrowała przez prawie pół miasta na pocztę, gdzie pracował Scott. Czasami jadała z nim lunche i piła herbatę, patrzyła, jak skrupulatnie zajmuje się wszystkimi listami - tymi wysłanymi i tymi, które dopiero z Mount Cartier mają wyjechać. Dzisiejszego dnia było podobnie. Kat zawitała u Scotta i spędziła z nim większość popołudnia, gadając i rozwiązując bezsensowne krzyżówki. Wychodząc z budynki, opatuliła się szczelnie płaszczem i grubym szalikiem, ponieważ pogoda w miasteczku nie była ostatnimi tygodniami łaskawa i wcale nie zapowiadało się na jakiekolwiek ocieplenie.
    Z dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie i ze spuszczoną głową, Paris powoli przemierzała ulice Mount Cartier. Wyprostowała się dopiero w momencie, kiedy sportowy, nieznany jej samochód przejechał niezgrabnie przez zaśnieżoną ulicę i wjechał na podjazd przed dom rodziny Amondhall. Kat przystanęła i zmrużyła powieki, przyglądając się pojazdowi i osobom, które po chwili z niego wyszły.
    - Nie wierzę - rzuciła cicho, ściągając z głowy czapkę i przechodząc na drugą stronę jezdni. Przez pewien czas stała z boku, obserwując dialog między Vivian a Margaret. Zauważyła, że jej ciotka ma pewne problemy z poruszaniem się i doszła do szybkiego wniosku, że właśnie z tego powodu Viv wróciła do rodzinnego domu. Kat podeszła kilka centymetrów bliżej, aby upewnić się na sto procent, że nie myli ich z kimś innym i właśnie w tym momencie spostrzegła ją jej kuzynka.
    - Jasna cholera - Tylko to potrafiła z siebie wydusić. Wciągnęła głęboko powietrze do płuc i stała jak słup soli, nie wiedząc, co zrobić. Miała przeogromną ochotę podbiec do Vivi i mocno ją uściskać, jednak wewnętrzna bariera nie pozwalała jej na żaden ruch. - Patrzcie, kogo przywiało na stare śmieci. Co Ty tutaj robisz? - spytała, odchrząkując.

    [Nie byłam pewna, czy Kat w ogóle wiedziała o wylewie Margaret, więc uznałam, że nie. Nie wiem, czy one mówiły o tym komukolwiek (wliczając w to siostrę Maggie).]
    Kat

    OdpowiedzUsuń
  18. [Nie ma z tym problemu, a jakbyś była pod kartą Cesara, to możesz zerknąć na to jak wygląda pomysł na to wszystko, żeby niepotrzebnie nie powielać tego samego. Ja będę cierpliwie czekać, więc jak znajdziesz czas to zapraszamy z Theo do nas :)]

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  19. Niezaprzeczalnie, po rozstaniu Vivian i Cesara, to Kathryn wcieliła się w informatora, od którego oboje mogli uzyskać jakiekolwiek informacje na swój temat. Calderon, krótko po wyjeździe panny Amondhall, pojawiał się w progach przyjaciółki bardzo często, i właśnie po to, by usłyszeć konkretne informacje na temat życia Vivian w wielkim mieście. Właściwie, to sam się ranił, przecież na własne życzenie nie pozwalał myślom skupić się na niczym innym, niż na poczynaniach byłej już dziewczyny. Jednak ta chęć była tak silna, że nie szło jej poskromić żadnym istniejącym środkiem, o czym Cesar się przekonał, kiedy wyjechał – to też nie przyniosło żadnej ulgi, bo i stamtąd kontaktował się listownie z Kat, by ta przekazała mu wieści, a ilekroć wracał na przepustkę, to zaglądał w progi panny Paris, by skubnąć informacji. I, co najciekawsze, gdyby zapytano go po co to robił, to cóż... z pewnością by zaniemówił. Ale to tylko z jednego powodu – wiedział, że wciąż ją kochał, i że uczucie, które ich niegdyś łączyło, niezmiennie dekorowało zakamarki jego serca. Ale dlaczego nigdy nie spróbował nawiązać z Vivian kontaktu? Może dlatego, że szczęście kobiety zawsze stanowiło dla Cesara wartość priorytetową – chciał, by spełniła marzenia, a w pewnym momencie czuł się winny temu, że jego obecność w dużym stopniu utrudniała Vivian samorealizację. Uparcie wierzył, że to rozstanie będzie dla kobiety mostem do lepszego świata. Po za tym, miał nadzieję, że ich rozłąka nie potrwa długo... aż zrozumiał, że nigdy jej nie odzyska.
    Gdy usłyszał pytanie, pokiwał twierdząco głową. Po chwili ściągnął brwi.
    — Nic nie popsułaś — zapewnił, podnosząc kącik ust w lekkim uśmiechu. — Ja zajmuje się tylko połowem ryb i utrzymaniem całego statku w ryzach... Bosman zawsze skupuje od nas ryby, bo i tak nikt inny ich tu nie dostarcza.
    Fakt faktem, biznes w Mount Cartier był bardzo dogadany. Do portu zawsze trafiało tyle ryb, ile trzeba, i nigdy się nie zdarzyło, by Calderon pozostał z pełnym kutrem, bowiem zdobycze były odsyłane również do Churchill i innych, większych miast. A tam zapotrzebowanie było wielkie, tym bardziej, gdy miastowi nie mieli czasu by zajmować się połowem, a ryby, które wyławiał Calderon wraz z ekipą załogantów, nie miały wygórowanych cen. Schodziły zawsze, choć te najlepsze sztuki trafiały, oczywiście, do mieszkańców Mount Cartier.
    O wylewie słyszał – ba! Cała wioska słyszała, wszak informacje rozchodzą się tu z prędkością światła! Ale podejrzewał, że dla obu kobiet będzie to sytuacja dość niewygodna, szczególnie gdy dominujące cechy Margaret, i jej jakaś tam niesnaska do córki, wezmą górę. Bo prawda jest taka, że powinny były cieszyć się wspólnym spotkaniem, nawet, jeśli rozłąka miała wpływ również na relację pań.
    Pokiwał głową w zrozumieniu. W duchu nawet się rozpromienił słysząc, że Margaret będzie otoczona opieką... dopiero po sekundzie zdał sobie sprawę, co to oznacza – Vivian zostanie tu na dłużej. Można powiedzieć, że rozpromienienie przeobraziło się w pokład zdumienia, zdziwienia i niedowierzania zarazem. Owszem, Cesar zdawał sobie sprawę, że będzie spotykał Viv w okolicy, bo jak tu na siebie nie wpaść, gdy najważniejsze punkty miasteczka dzieli tylko kilka kroków, ale zrozumiał też, że jej praca musiała nie być na tyle wymagająca, by stawiała się w niej co ranek. A to mogło oznaczać, że kobieta ma dużo czasu, by spożytkować go na życie w miasteczku.
    Siedział chwilę w milczeniu, szufladkując rozbiegane myśli. Nawet nie zdążył się zorientować, kiedy Vivian oddała się w objęcia snu, jednak nie zamierzał jej budzić – potrzebowała odpoczynku, a tym bardziej jej wyziębiony organizm, który skosztował na dzień dobry lodowatej kąpieli w tutejszych wodach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również dopił swoją herbatę, po czym odstawiwszy kubek na stolik, podszedł do rozwieszonej odzieży, by sprawdzić, które miejsca jeszcze nie wyschły. Kominek dostarczał ogromne ilości ciepła, już nawet buty przeschły, gdy Calderon wsunął dłoń do wewnątrz, by zbadać ich obecny stan. Jeszcze trochę i powinny sprawdzić się przy szybkim transporcie do domu.
      Zerknąwszy na Vivian, wyszedł na palcach wyszedł z pokoiku bosmana, uchylając drzwi tak, by nie skrzypiały zbyt głośno, po czym udał się w kierunku kutra, którym wciąż zajmowali się załoganci. Pomógł mężczyznom sprzątnąć pokład, zdążyli ustalić co i jak z kolejnym rejsem, a gdy wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, Cesar przechował w lodówce bosmana rybę dla Vivian, bo jak sądził, właśnie po nią odwiedziła tutejszy port.
      Zegar zbliżał się do godziny piętnastej – niebo dopieszczały już oznaki nadchodzącego zmroku, a okolica nieco opustoszała, bowiem mieszkańcy przybywali po świeże ryby zaraz po tym, jak ekipa zdążyła wynieść je na suchy ląd. Teraz większość rozkoszowała się spokojnym, piątkowym popołudniem, a mężczyźni, cóż... być może szykowali już koszyki na nadchodzącą, walentynkową atrakcję. Możliwe, niemniej jednak Cesar miał inne plany – musiał naciąć trochę szczapy, by mieć czym rozpalić nazajutrz w kominku.
      Nim zdążył wejść do pokoju bosmana, usłyszał, że Vivian już nie śpi. Zajrzał więc niepewnie, uchylając lekko drzwi. — Jak się spało? — Zapytał na początek, widząc kobietę owiniętą jeszcze kocem i śpiworem. Wychodziło na to, że obudziła się chwilę temu.
      — Powinny już być suche. — Wskazał na rozwieszony na oparciu krzesła płaszcz i resztę ciuchów, które Viv niechcący wyprała w Roederk. — Zostawiłem dla Ciebie rybę, bo uznałem, że właśnie po nią się tu zjawiłaś.
      A nawet jeśli nie, to jutro weźmie ją jakiś inny zainteresowany. Choć, szczerze mówiąc, nie znał innego powodu, który zmusiłby kobietę do odwiedzenia portu w takich godzinach.

      Usuń
  20. [Bo to taka słodko-gorzka historia, samo życie przecież! Cieszę się, że kartę dobrze się czyta, bo jak na mnie, trochę się rozpisałam i się tego obawiałam. Więc ogromna ulga! Dni robocze sama mam trochę pracowite, ale skoro tak zalecasz, to około weekendu przysiądę i przejrzę karty innych mieszkańców Mount Cartier. ;) Dziękuję za powitanie!]

    Maeve

    OdpowiedzUsuń
  21. [Dziękuję ślicznie za powitanie :)
    Na początku pochwalę Twoją kartę i rzadko spotykany na dzisiejszych grupowcach styl opowiadania. I to w dodatku nie tylko sensownego, ale i ciekawego! ;)
    Przyznam bez bicia, moje postaci ogólnie nie były rozpieszczane przez życie. Harry aczkolwiek nie miał najgorzej, wbrew pozorom, a może po prostu jest silniejszy psychicznie, niż śmie o sobie sądzić. Niemniej nie da się zaprzeczyć, że w miłości - platonicznej i romantycznej - ma parszywe szczęście.
    Sądzę, że powrót do korzeni był bardzo rozsądnym posunięciem ze strony Prestona, nawet jeśli jeszcze do końca to nie rozumie.
    Dziękujemy za życzenia; pewnego dnia, miejmy nadzieję, dojdzie do siebie na tyle, by na nowo otworzyć się na ludzi i szczęście. Póki co, musi w sobie odnaleźć niewinność; tego upartego, dumnego dzieciaka, który gdzieś po drodze się zatracił.
    Raz jeszcze dziękuję za powitanie, a w razie chęci, zapraszam do wspólnego pisania :)]

    Harry Preston

    OdpowiedzUsuń
  22. Z upartością maniaka powtarzał sobie, że będzie w stanie przejść obok Vivian zupełnie obojętnie, że widok jasnowłosej nie wzbudzi w nim zaskorupiałych emocji, a jej głos i spojrzenie będą takie, jak każde inne, na które wpadał chociażby każdego ranka w sklepie u Marchandów. Był przekonany, że miłość jest uczuciem z ograniczonym terminem ważności, przy okazji porównując ją do wiatru halnego, przy którym świerki padają jak zapałki i którego intensywność pozostawia po sobie jedynie ogołocone z drzew stoki i wiatrołomy. I jakże się mylił! Przecież pierwsze co zrobił, to okazał kobiecie bezinteresowną pomoc – razem z załogą mogli uprać się ze sprzątaniem kutra na jednej nodze i dawno siedzieć w czterech kątach ciepłego domostwa, a tak się składa, że wskazówka zegara zdążyła przekroczyć już piętnastą, a Cesar wciąż tu był. I nie dlatego, że musiał, a dlatego że chciał, bowiem nie potrafił ot tak pozostawić panny Amondhall samej sobie, mimo że wychowała się w takich warunkach i tkwiła w nich paręnaście dobrych lat. Nie potrafił, choć z natury nie raczył nadwyrężać swego poświęcenia wobec innych – ten wypadek dotyczył Vivian, dla której, najwidoczniej, wciąż byłby w stanie przenosić góry. Ale Cesar nie był w stanie przyznać się do tego przed samym sobą. Pomimo skrzących się iskierek zastygłych uczuć, Calderon nadal wypierał się, jakoby mógł cokolwiek do Vivian czuć, przecież usilnie wmawiał receptorom swojego mózgu, że żadnych emocji już nie ma. Zatem, jakim prawem poczuł to charakterystyczne ukłucie pod żebrem, gdy zdał sobie sprawę, że Vivian zaraz zniknie? Skąd pojawiły się myśli, że może wyjdzie za kilka godzin i miną kolejne lata, nim będzie miał okazję ją ujrzeć? Na pewno nie z tej obojętności, którą sobie ubzdurał.
    W zależności od sezonu, rybacy przywozili różne rodzaje ryb. Sezon zimowy opiewał w nadmiar palii i lipieni, toteż właśnie te gatunki najczęściej dekorowały sklepowe półki, i po którąś z nich zawsze zjawiała się Margaret. Jako, że kobieta często wybierała mniej tłuste ryby, Cesar pakował kobiecie palię, bowiem te posiadały największą ilość witamin z grupy B, na których Margaret szczególnie zależało. Dlatego i tym razem nie miał wątpliwości, że jeśli pani Amondhall zjawi się po świeżą rybę, to będzie nią palia, toteż jedną z nich przechował w razie czego w lodówce.
    — Nie masz mi za co dziękować, Vivian — dał kilka kroków, sięgając po kubki, które miał zamiar umyć w zlewie, by nie zostawić bosmanowi dodatkowej roboty — Każdy zachowałby się identycznie, będąc na moim miejscu. — Zerknął chwilowo na kobietę, będąc przekonanym, że w miał absolutną rację. Nie sądził, aby ktokolwiek w Mount Cartier poskąpił pomocy, widząc pławiąca się w jeziorze kobietę. Chociaż, kto wie – nie wszyscy mieszkańcy darzyli sympatią przyjezdnych, a przez tę dekadę Vivian zdążyła się z wyglądu zmienić.
    — Jak spoglądałem na zegarek, było po piętnastej — oznajmił — Zaczyna się ściemniać.
    Podczas zimy zmrok przychodził niebywale szybko, a spacerowanie wieczorem w samotności po ośnieżonej mieścinie jest o tyle niebezpieczne, że bez trudu można wpakować się w jedną z wysokich zasp i, co gorsza, zostać w niej do białego rana. Cesar znał to z autopsji, bo wielokrotnie w towarzystwie Theodora, i nalewki, w takowe zaspy wpadał. Na szczęście, razem z Theo wzajemnie pomagali sobie w przedzieraniu się przez drogę usłaną kaskadą większych i mniejszych białych pagórków, jednak nie życzył organizmowi Vivian kolejnej dawki zimna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgarnąwszy kubki, podszedł do drzwi — Gdyby któraś z Twoich rzeczy nie wyschła, weź moją — zasugerował nie chcąc, by kobieta zmarzła po drodze — W torbie jest zapasowa kurtka. Resztę moich rzeczy zostaw po prostu na kanapie, później się nimi zajmę.
      Calderon miał do swojej chaty zaledwie kilka kroków, więc nie potrzebował kolejnej warstwy ubrań, a prawda jest taka, że odzież Vivian mogła być jeszcze wilgotna – szczególnie płaszcz.
      — Będę czekał za drzwiami — dorzucił, a gdy jasnowłosa przytaknęła, wyszedł.
      Ciekawe czy Margaret się ucieszyła, że Vivian nie wróciła z portu lada moment – jeśli miała to w planach, to, być może nawet bardzo.

      Usuń
  23. [Oczywiście, że mam ochotę :) Z chęcią połączyłabym dwa pomysły. Co Ty na to, że w drodze do Theodora jakiś mały psiak zacząłby ujadać i gonić za Viv, która trochę spanikuje (mogła się głęboko zamyślić i zostać wyrwana z takiego stanu przez futrzaka próbującego podgryźć jej kostki) i wskoczy na jakąś skrzynkę przed domem Blacka. No i tu wkroczy nasz bohater, a my zobaczymy jak to się dalej potoczy :) A jak się nie podoba taka mieszanka, to możemy rozdzielić te dwa pomysły, jak było w pierwotnym założeniu.]

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  24. [O, dziękuję za tak miłe słowa! Chociaż czasem chyba lepiej nie wiedzieć, skąd ktoś wziął się akurat w takim, a nie innym miejscu... :D Jeśli czas i wena dopisze, być może pojawi się opowiadanie, a jeśli nie, pozostaje mi liczyć, że ktoś przejmie Mężczyznę o Fałszywym Imieniu, wówczas da się sporo wywnioskować z wątków. C:
    Czyli źle jest? Ja właśnie jestem pod niektórymi względami fanką kontrastów i wydawało mi się, że tak będzie okej, ale wobec tego poszukam jakiegoś innego tła. Macie może sugestię co do kolorystyki? Kremowy, ecru, szarawy? :D]

    Enid A.

    OdpowiedzUsuń
  25. Cesar faktycznie nie wiedział, jak potoczyła się kariera panny Amondhall. Pamiętał, że ich ostatnia awantura dotyczyła jej talentu, związanego z tworzeniem biżuterii, i podejrzewał, że wyjechała właśnie po to, by dane marzenie spełnić. Ale czy spełniła? O tym nikt go nie poinformował. Nawet Kat, która skutecznie trzymała język za zębami w kwestii kariery Vivian, a mniej w kwestii jej stanu cywilnego, bowiem o ewentualnych partnerach informowała go zawsze, ilekroć coś wiedziała. Margaret także nie pisnęła słówkiem, mimo że Cesar bywał u niej dość często, kiedy potrzebowała pomocy, ale z drugiej strony, poruszanie tematu córki przy jej byłym facecie nie przyniosłoby niczego dobrego – kobieta na pewno zdawała sobie z tego sprawę, bo za każdym razem, gdy przyszło im się spotkać, Calderon robił wszystko by temat Vivian nie wkroczył na salony, czy to w pozytywnym, czy negatywnym kontekście. Po prostu nie chciał o niej mówić i nie chciał o niej słuchać. Nawet negatywnie.
    Przynajmniej początkowo, bo jeszcze krótko przed wyjazdem zdał sobie sprawę, że życie w tej niewiedzy o losie Vivian zaczynało go niszczyć. Potrzebował chociaż krótkiego „u niej wszystko dobrze”, by przestać odczuwać ten cholerny, wewnętrzny niepokój, który nie pozwalał mu się skupić na niczym innym. Dlatego też zaczął chodzić do Kathryn, by z jej ust pozyskać to słowne lekarstwo na głębokie rozterki, i dlatego też podjął decyzję o wyjeździe, gdzie miał się absolutnie zresetować. I co? I zawiódł się jak diabli, bo co to za reset, gdy kiedy mija się blondwłosą kobietę, to z nadzieją, że jest nią ta Amondhall. Albo, gdy wracając na przepustkę do rodzinnej mieściny, to z nadzieją, że ta Amonhall będzie szła właśnie ze sklepu, z siatką pełną zakupów i tym samym, pięknym uśmiechem na ustach. Dopiero czas pozwolił mu odetchnąć, w nędzny sposób posklejać rozłupane serce, i żyć... A w życiu skupiać się tylko na wodnych wyprawach, których zresztą mu przybyło, gdy ojciec zaniemógł. Bo kiedyś skakałby do samych chmur, gdyby Vivian wróciła, a teraz? Ponieważ nadzieja umarła kilka dobrych lat temu, czuł się jedynie dziwnie, wciąż trochę nie dowierzając, że kobieta pojawiła się w Mount Cartier. I prawdopodobnie dlatego nie zadawał zbyt wielu pytań, kiedy odprowadzał kobietę pod dom – nie był pewien czy przypadkiem nie śni. A z drugiej strony obawiał się, że wspomnienia znów zaczną go uwierać, a co mu po tych wspomnieniach, skoro Vivian dawno ułożyła sobie życie? Nie pytał też o nią, bo gdyby usłyszał, że jej życie jest tak kolorowe jak sama tęcza, wróciłby na tyle przygnębiony, że byłby w stanie wlać w swoje gardło całą butelkę nalewki i zjeść pływające w niej owoce. Nawet z pestkami.
    Na szczęście, obyło się bez alkoholu i pestek, bowiem oboje pożegnali się bezzwłocznie, w sposób tak zwyczajny, w jaki nigdy nie mieli okazji się jeszcze żegnać. Niemniej, Cesar podejrzewał, że spotka Vivian, zważywszy na powierzchnię wioski, w której prawie każdy na siebie wpada... Nie sądził jednak, że zdarzy się to na licytacji. I niech to jasny szlag trafi – na walentynkowej licytacji! Jeszcze tego brakowało, by Calderon był świadkiem, jak ta kobieta wychodzi z koszyczkiem kogoś zupełnie innego, kto właśnie szczerzy zęby z nadzieją na idealny wieczór pod gwieździstym niebem. Siedząc tak na tej bzdurnej scenie, obok reszty facetów, po prostu modlił się o to, aby instynkt doprowadził pannę Amondhall właśnie do nalewki i wikliny w kolorze umbry. Nawet się odezwał, by ukrócić ten szalony bieg, którego zawodnikiem okazała się również Leah, i ku szczęściu wszystkich – podziałało. Dodatkowo, tak jak planował, udało mu się wcześniej wyjść.
    Co prawda, na początku zaplanował to sobie zupełnie inaczej, bowiem kobiecie, która miała zgarnąć koszyk, miał ofiarować jedynie krótki, niezobowiązujący wieczór na pomoście. Jednak, kiedy zwyciężczynią okazała się Vivian, Cesar w tempie ekspresowym postanowił zmienić plany i pogrzebać podchody, które w tym przypadku nie były już do niczego potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy tylko udało mu się wyrwać z panującego w Domu Kultury zgiełku, prężnie pognał do własnej chaty, skąd pochopnie zabrał pęk kluczy, pasujących jedynie do dziurek w rybackim kutrze. Zamknąwszy za sobą drzwi, wziął jeszcze głęboki oddech i skierował się drogą w kierunku straży, gdzie powinien był spotkać się z Vivian, jeśli kobieta nie zlekceważyła dołączonej do nagrody instrukcji. Stawiał większe, a zarazem szybsze kroki, nasłuchując tylko skrzypiącego pod podeszwą butów śniegu, i myśli, chaotycznie krążących w zakamarkach własnego umysłu. Układał w nich wszystkie pytania, jakie chciałby kobiecie zadać i wszystkie odpowiedzi, których być może będzie musiał udzielić, o ile Vivian zechce w ogóle rozmawiać o tematach dotyczących tylko i wyłącznie ich. Mimo panującego na dworze mrozu czuł, że schowane w kieszeni ciepłej kurtki dłonie są mokre. Zresztą, jedynym miejscem, które odczuwało jakikolwiek chłód, były odsłonięte policzki i nos – cała reszta wręcz parowała od nadmiaru emocji, jakie zaczęły się kotłować, gdy jego wzrok w końcu napotkał kobieca figurę.
      Mimowolnie zwolnił chód, prostując plecy, jakby miał stoczyć bitwę z samym huraganem. Teraz, albo nigdy.
      — Ciesze się, że przyszłaś — zatrzymawszy się, zsunął z ust szalik i rzekł, gdy Vivian była w odległości, z której spokojnie była w stanie go usłyszeć. — Instrukcja nie jest Ci już potrzebna — dodał, przenosząc na moment wzrok w kierunku kartki, naznaczonej jego lekko koślawym pismem. — Zakładam, że Twoja obecność jest zgodną na wspólny wieczór?
      Co, jak co, ale wolał się upewnić. Przecież zawsze mogła przyjść, by oznajmić, że żaden wieczór nie wchodzi w grę – nie był do końca pewien, czy Vivian świadomie wybrała koszyk, i nie znał się też na kobiecych charakterach, a z doświadczenia wiedział, że bywa z nimi różnie. Czasami „nie” oznacza „tak”, a czasami... Dużo by wymieniać.

      Usuń
  26. [Dziękuję już za same chęci niesienia pomocy. :D Za miłe słowa również!
    Cieszę się bardzo, że udało mi się stworzyć postać, jakiej jeszcze tu, przynajmniej pod względem zawodu, nie mieliście. Vivian również nietuzinkowa, aż mi jej szkoda, że wylądowała w tym mieście! Biedactwo.
    W każdym razie, również liczę, że zostanę jak najdłużej i jeszcze raz dziękuję za powitanie. :)]

    Colin

    OdpowiedzUsuń
  27. Nie zastanawiał się nad tym, dlaczego zgodził się przyjść i skąd pojawiła się w nim ta potrzeba spędzenia kolejnej chwili w towarzystwie Vivian. Być może dlatego, że było między nimi kilka niedopowiedzianych kwestii; może chciał się dowiedzieć, w jaki sposób potoczyło się życie kobiety, czy ułożyła je w zgodzie ze szczęściem... A może po prostu wciąż za tym tęsknił? Za ich wspólnymi wieczorami, i wszystkimi miejscami, które do Vivian przypisał, a których unikał, by nie dopuścić do wzbudzenia w sobie iskier nostalgii. Nawet nie potrafił zrozumieć, że od ich ostatniego spotkania i szczerej rozmowy, minęło niemalże dziesięć lat – nigdy tego nie zrozumiał, a jedynie przywykł wraz z biegiem czasu, który pędził jak szalony, nie bacząc na rozstanie dwóch kochających się niegdyś dusz. I kiedy był już pewien, że za żadną cenę nie ujrzy tej kobiety, która skradła mu pocałunek po radosnym ognisku – wpadła do jeziora Roedeark znikąd. A teraz stała przed nim, trzymając w dłoni koszyk, który jakby faktycznie Amanda przygotowała specjalnie dla niej w ramach walentynkowego wieczoru. Czy to nie dziwne? Dla Calderona była to szansa, aby dojść po nitce do kłębka i uzupełnić luki, które wyżłobiły się przed wyjazdem do Quebec. Nawet jej nie zapytał, czy kiedykolwiek tu wróci, a to pytanie mogło mieć wtedy ogromny wpływ na obecną już przyszłość. Czuł się także winny, bo gdyby nie jego zaborcze postanowienia i brak pomocy Vivian w spełnianiu marzeń, prawdopodobnie nie staliby tu teraz i nie czuli unoszącej się niezręczności, przed próbą porozmawiania tak, jak na ludzi przystało. Los, z jakiegoś powodu, dał im szansę – nie mógł jej zepsuć.
    Pokiwał głową, gdy Vivian wspomniała o staniu na mrozie — Obiecuje, że będzie ciepło — zapewnił, przejmując od Vivian wiklinowy koszyk, by kobieta mogła schować dłoń w kieszeni i odrobinę ją ogrzać.
    Kutry rybackie posiadały ogrzewanie powietrzne, napędzane przez spalinowy silnik, dlatego nie będą musieli narzekać na ujemną temperaturę – przynajmniej w laminatowym kokpicie, bowiem podczas rejsu, na otwartym pokładzie jest jeszcze zimniej, niżeli tu, gdzie obecnie się znajdowali. Cesar miał tam zresztą także odpowiedni koc i śpiwór, by w razie awarii silnika na głębokich wodach, nie zamienić się w sopel lodu, więc jeśli tylko panna Amondhall będzie potrzebowała więcej ciepła, to z pewnością je otrzyma.
    — Nie miałem żadnych planów — rzekł w drodze do portu — Nie miałem zresztą zamiaru pojawiać się dziś w Domu Kultury, ale matka wciąż ma na mnie wpływ, jak widać — zerknął na Vivian, bardziej ciekaw, w jakim celu to ona zjawiła się na licytacji.
    Ale bardzo dobrze się złożyło – pomyślał chwilę później, zrozumiawszy, że gdyby nie jego koszyk, być może Vivian wyszłaby z konkursu z zupełnie innym, należącym do innego równie samotnego mężczyzny. A przecież panna Amondhal wyrosła na bardzo zjawiskową kobietę – nie jeden facet próbowałby zaskarbić sobie jej sympatię, a tego to Calderon by nie zniósł. Jeszcze tego brakowało, aby jego była kobieta chodziła w towarzystwie kogoś z Mount Cartier, kto nie był nim.
    Wiatr i szczypiący mróz odrobinę utrudniał komunikowanie się w chodzie, dlatego Claderon nie podejmował żadnych szerszych tematów, czekając aż znajdą się w miejscu, gdzie informacje będą docierały do uszu płynnie. Zapytał jednak o ostatnią kąpiel w jeziorze, a dokładniej o to, czy jasnowłosa się nie przeziębiła, gdy wróciła wieczorem do domu. Straszliwie wtedy przemarzła, a i temperatura pozostawiała wiele do życzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy lampy naftowe, dekorujące kapitanat portu, oświetliły im wyraźniej drogę, Cesar wyciągnął z kieszeni pęk kluczy, szukając tego od kłódki, która szczelnie dbała o to, by zacumowany kuter nie odpłynął w siną dal przy drgającym jeziorze. Postawiwszy koszyk, nachylił się do stalowych lin i przekręcił kluczyk, wcisnąwszy go uprzednio w kłódkę.
      — Mam nadzieję, ze nie masz nic przeciwko — wyprostowawszy plecy, spojrzał na Vivian by się upewnić, po czym zabrał koszyk i podszedł do stalowych schodów, delikatnie oszronionych przez panującą na zewnątrz lodownię. Wszedł, uważnie stawiając kroki na tych kilku stopniach, a gdy znalazł się na pokładzie, chwycił się zimnej poręczy, wyciągając rękę do kobiety. — Ostrożnie. Są śliskie.
      Cały pokład zapewne pokrył się cienką warstwą lodu, dlatego do kokpitu musieli przedostać się bardzo ostrożnie, i najlepiej pomagając sobie poręczą na burcie, która mogła uchronić przed ewentualnym upadkiem. W środku powinno być już neutralnie.

      Usuń
  28. Niespokojny wiatr z pewnością nie ułatwiał tej sytuacji. Kuter kołysał się z wolna, a przy silniejszych podmuchach wiatru nawet bardziej, niż tego chcieli. Zimą wyprawy były trudniejsze, między innymi przez warunki pogodowe, które nieczęsto w tej porze roku sprzyjały rybakom. Jednak Cesar znał ten pokład jak własną kieszeń, toteż, w tych wielokrotnych wyprawach, nauczył się po nim chodzić o każdej porze dnia, nocy, miesiąca i roku. Był dla niego niemalże drugim domem. I radził sobie nawet wtedy, kiedy sytuacja była fatalna, a parokrotnie zdarzyło się załodze utknąć na wodach kilka dni dłużej, niż przewidywały plany.
    Podejrzewał więc, że pokład będzie śliski, jednak się sądził, że aż tak. Choć to może dlatego, że Calderon był już przyzwyczajony do sprawnej załogi, dla której to mini lodowisko nie było przeszkodą, gdy stale, w okresie zimowym, zmuszeni byli się z nim mierzyć. Wprawdzie, teraz był tu z Vivian, jednak zupełnie zapomniał, że kobiecie nie było dane spędzić tu tak wiele czasu, jak reszcie. Wciąż pamiętał, jak przychodziła gdy wracał z połowu, i jak żegnała go czule, gdy musiał spędzić bez suchego lądu kilka dni, ale przez tyle lat braku tych bodźców, statki stały się dla niego nieco monotonną pracą. Już nie był im w stanie przypisać jakichś szczególnych wydarzeń, mimo że po dziś dzień wzbudzały w nim zachwyt.
    Gdy kobieta straciła na moment równowagę, Cesar instynktownie złapał ją ponad talią, starając się przenieść ciężar ciała na kolana, by utrzymać ich obu. I to – w przeciwieństwie do powstrzymania krótkiego śmiechu na słowa, które padły sekundę później – się udało.
    — Nie rozśmieszaj mnie, bo jeszcze nie próbowałem przechodzić przez oblodzony podkład rozbawiony — przyznał, cofnąwszy dłonie, kiedy i Vivian odsunęła się nieco w tył. Poniósłszy koszyk, złapał się na nowo barierki, przytwierdzonej do burty.
    I znów poczuł to charakterystyczne coś. Vivian zawsze potrafiła go rozbawić, i zawsze w jej towarzystwie dzień mężczyzny nabierał o ton jaśniejszych barw. Przy tym czymś pojawiło się również ziarenko czegoś w rodzaju tęsknoty i żalu, jednak odgonił je szybko, przesuwając się stopniowo w kierunku kapitanki.
    — A kuter? Tak – jest mój — rzekł, zerkając czy kobieta daje sobie radę ze spacerem po gładkim jak lustro lodzie — Jak cały ten biznes. Ojciec pływa już tylko rekreacyjnie — nieznacznie podniósł kącik ust ku górze na wspomnienie dnia, w którym to wszystko zostało mu powierzone. Był to udany wieczór. Amanda, jak zwykle, postanowiła zrobić z tego tytułu przyjęcie, na które przyszło naprawdę sporo bliskich przyjaciół. Była również Margaret, nie było natomiast Vivian i to dlatego nie ciągnął dalej tematu, bo oprócz tego, że upił się wtedy po uszy (razem z Theodorem), nie był jednak w stu procentach szczęśliwy. Brakowało mu właśnie jej.
    O tyle dobrze, że kuter mierzył sobie około szesnastu metrów, bowiem w innym wypadku, byli by zdani na dłuższy spacer. Dotarłszy do środka mostku kapitańskiego, przekręcił kilkakrotnie klucz i od razu podszedł do sterów, gdzie uruchomił pracę akumulatora, który sprezentował im światło. Wewnątrz nie było tyle miejsca, co w salonie, aczkolwiek panowie mieli do swojej dyspozycji stół, kanapę, skrzynię, w której Calderon trzymał wszelkiej maści koce, a nawet i niewielką przenośną lodówkę, na dotarcie której czekali ponad dwa miesiące. Stopniowo zaczynało się również załączać ogrzewanie, więc z kilku kratek ulatywało coraz to cieplejsze powietrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W milczeniu przesunął wajchę na pozycję „cała na przód”, by rozpędzić statek do pięćdziesięciu węzłów, a w międzyczasie zerknął na żyrokompas, by upewnić się co do kierunku w jakim płyną i na echosondę, bez której mogliby skończyć jak ci na Titanicu.
      — Mamy w koszyku kilka przekąsek — odezwał się, zerkając na moment przez ramię. Statek powoli się rozpędzał. Calderon nie zamierzać odpływać daleko, a jedynie gdzieś w głąb Roedeark, gdzie woda nie zdążyła przymarznąć na tyle, by do rozbicia skorupy lodu znów trzeba było użyć czegoś mocniejszego, niż dziób kutra. A ponieważ statek był żwawy, już po tych kilku minutach mógł pozostawić wajchę na pozycji „bardzo wolno naprzód”, aż sam zacznie dryfować z niewielką, wręcz niezauważalną prędkością. — Jeśli masz ochotę.
      Stanąwszy naprzeciwko kanapy, skrzyżował nogi w kolanach i oparł się plecami o ściankę mostku kapitańskiego, zawieszając spojrzenie na jasnowłosej.

      Usuń
  29. [Z opóźnieniem, ale zawsze ♥]

    Kat ostrożnie układała na stole porcelanowe talerze, za każdym razem sprawdzając podwójnie, czy aby na pewno wszystkie leżą prosto i nie wystają za wyznaczoną przez nią samą, niewidzialną linię. To samo robiła ze sztućcami i filiżankami w pastelowo-różowe, pionowe paski. Diana chciała, aby jej pięćdziesiąte dziewiąte urodziny były czymś w rodzaju rodzinnego zjazdu. "Wreszcie znowu będziemy wszyscy razem, jak za dawnych czasów", powtarzała od tygodnia. Kat jednak nie miała jej tego za złe. Sama cieszyła się, że znów spędzi wieczór w gronie najbliższych jej osób - nie wliczając w to Scotta, który akurat dzisiaj musiał odebrać świeżo przywiezioną z Churchill pocztę i całą posortować do jutrzejszego dnia.
    Spotkanie z Vivian po tylu latach było szokujące, ale przyjemność z ponownej możliwości rozmowy z kuzynką przyćmiła wszystkie inne, negatywne uczucia. Wystarczyło, że znów były razem, zjednoczone.
    - Kochanie, czy mogę to podać w tej misce? - Głos ojca dochodzący z kuchni wyrwał ją z letargu.
    - Weź tę białą, jest ładniejsza - odpowiedziała Diana, dokańczając wszystkie już posiłki. Sprawną ręką wieloletniej pani domu nakładała mięso na talerze, przekładała sałatki do miseczek, przykrywała wszystko folią i kładła na bok, aby nic nie wystygło do przyjścia Vivian i Margaret. Bernard zaniósł dwa rodzaje ciasta na stół, całując najpierw żonę w tył głowy. Kiedy nikt nie patrzył, jej ojciec był niezwykle uczuciowym i wrażliwym mężczyzną. Często widziała, jak delikatnie przejeżdżał palcami po jasnych policzkach jej mamy, jak całował ją w szyję, muskał jej dłoń, czasem nawet odważył się chwycić ją za udo, choć takie intymne czynności zachowywał zwykle do wieczora, kiedy zamykali się w swojej sypialni na piętrze. Jeżeli jednak wokół było więcej ludzi, Bernard robił się jakby nieśmiały, było mu głupio okazywać swoją miłość i zostawiał Dianę z innymi kobietami, a sam szedł do grupki mężczyzn, niezależnie od tego, jak bardzo miał ochotę dotknąć swoją żonę. Kathryn uśmiechnęła się na myśl o swoich rodzicach, wciąż zakochanych w sobie po uszy i pomogła ojcu w noszeniu dzbanka z herbatą oraz kawą.
    - Och, idą - usłyszała nagle podekscytowany głos matki, która szybko zdjęła z siebie fartuch, obejrzała się raz jeszcze w lustrze i podeszła do drzwi, od razu je otwierając, zanim kobiety zdążyły do nich zadzwonić.
    - Witajcie, wchodźcie, prędziutko. - Pośpieszała je, ściskając mocno i całując w oba policzki. Bernard odebrał od nich płaszcze, a Kat stała oparta o framugę kuchennych drzwi, przyglądając się gościom z daleka i uśmiechając się półgębkiem. Diana ujęła twarz Viv w obie dłonie, a w jej oczach zaczęły pojawiać się łzy. Jęknęła cichutko i ponownie przytuliła do siebie chrześnicę.
    - Nie ma to jak w domu, prawda? - wyszeptała wprost do jej ucha, po chwili wypuszczając ją z objęć i kierując ręką w stronę jadalni.
    Kathryn odepchnęła się od futryny i bokiem zderzyła się z kuzynką, uśmiechając się do niej zawadiacko.
    - Mam nadzieję, że jesteś głodna, bo matka nagotowała w cholerę jedzenia.

    OdpowiedzUsuń
  30. Jeśli mowa o wypiekach i potrawach matki, Cesar był już nimi przesycony. Ilekroć spotykali się na wspólnym obiedzie, czy ilekroć nadarzała się jakaś okazja do świętowania, stół zawsze promieniował blaskiem różnych dań, począwszy od tych tutejszych, a skończywszy na tych, które jada się głównie w Quebec. Amanda zawsze gotowała jak dla armii wojska i uparcie chciała uszczęśliwić wszystkich gości, podając im to, co lubią. Cesar nie mógł więc nacieszyć się nimi tak, jak Vivian, bo stale miał jej podkładane pod nos, a co za tym szło – zdążył się przyzwyczaić do ich smaku i zapachu. Niemniej, wciąż lubił się zajadać, szczególnie słodkimi sucre à la crème, które błyskawicznie znikały z miski, gdy tylko pani Calderon zdążyła wystawić je na stół. Po za tym, Amanda wiedziała, że i Vivian za nimi przepada, być może dlatego postanowiła wsunąć owe słodkości do koszyka. Zupełnie, jakby przewidziała przyszłość, acz Cesar już wiedział, że kobieca intuicja jest nadzwyczajnie dobra, tym bardziej, jeśli mowa o relacjach międzyludzkich.
    Dlatego przyglądał się z lekkim uśmiechem, jak kobieta częstuje się słodkim, mlecznym kwadracikiem. Był ciekaw, czy wciąż pamiętała wyroby jego matki, i czy smaków z dzieciństwa nie zastąpiły te z Vancouver. W końcu, ten ostatni raz, kiedy miała okazję się nimi cieszyć, był dziesięć lat temu.
    — Mam wrażenie, że jeszcze nigdy nie wyszły Amandzie źle... — zastanowił się chwilę — Chyba, że jak wyszły źle, to od razu robiła nowe — rzekł z nuta żartu i wzruszył do tego ramionami. Ale znał matkę i wiedział, że byłaby skłonna zrobić daną rzecz raz jeszcze, by wyszła idealnie. Te cechę przejęła prawdopodobnie od ojca, bowiem John był szczególnie upierdliwy, jeśli chodzi o dokładność i zawsze zapinał wszystko na ostatni guzik. I czasami bywało to nieznośne.
    Ściągnął szal i rozpiął zamek kurtki. Pomieszczenie zaczynało się stopniowo nagrzewać, choć dla Cesara było już w sam raz, jako że zdążył zahartować organizm w kierunku chłodu, nie tylko zimnymi kąpielami, ale także ciągłym przebywaniem na statku, gdzie wiatr targał wszystkim niemiłosiernie, a w połączeniu z lodowata wodą, znacząco obniżał temperaturę wokół łodzi i na pokładzie.
    Dał kilka kroków w kierunku stolika, by sięgnąc po słodką przekąskę, i wsunąwszy ją do ust, przysiadł na kanapie.
    — Zależy u kogo — zaczął krótko, zerkając na Vivian. — Bar Iana wciąż stoi i całkiem dobrze prosperuje; burmistrz organizuje spektakularne wydarzenia ; państwo Marchand przejęli sklep po Candoverach ; dużo osób wyjechało w siną dal, ale dużo także wróciło... Solane na przykład, albo Ferran Kayser i Gina Reed, której chyba nie wyszło w wielkim mieście. Pojawiły się też zupełnie nowe twarze. — Mógł wymieniać tak jeszcze dobre paręnaście minut, bo pojawiło się w mieścinie kilka zmian. Może nie jakoś szczególnie drastycznych, ale z pewnością miały one wpływ na atmosferę wioski, jak i całe jej życie.
    Podejrzewał jednak, że powinien był powiedzieć coś o sobie, jeśli między innymi spotkali się tutaj po to, aby co nieco wyjaśnić, czy też sprostować. Ale nie do końca wiedział od czego zacząć, bo choć czas się dłużył, przez te dziesięć lat miało miejsce całkiem dużo wydarzeń. Nie zawsze miłych, ale i nie zawsze złych.
    — A u mnie ? Sam nie wiem — wstał na moment, by wyciągnąć dwa kieliszki i nalewkę. Chwilę później rozlał ją w odpowiednich ilościach do szkła i wręczył jeden z kieliszków kobiecie, zajmując to samo miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie było mnie tu cztery lata, a jak wróciłem, ojciec postanowił odejść na emeryturę i od tamtej pory ciągle tylko pływam po zatoce. No, może czasami ruszymy gdzieś z Theodorem, albo do mnie, albo do niego, albo gdziekolwiek indziej. W każdym razie, u mnie nie wiele się zmieniło, a przynajmniej tak sądzę.
      Może odrobinę poprzestawiało się w charakterze mężczyzny, jak i w wyglądzie, bo wyrósł z sylwetki dwudziestolatka przez to ciągłe mierzenie się z ciężkimi sieciami rybackimi, ale po za tym nic nie uległo radykalnej zmianie. Mieszkał sam, stale wysłuchiwał biadolenia starszych kobiet, że czas stanąć na ślubnym kobiercu, a matka po dziś dzień potrafiła martwić się, gdy wypływał na kilkudniowe rejsy. Wszystko było więc po staremu. Albo jakaś część tego wszystkiego, bowiem nie dało się nie zauważyć Vivian, która przez te dziesięć lat szczególnie wypiękniała. Z nastoletniej dziewczyny stała się śliczną panną, przyozdobioną w delikatny, miejski akcent, który na tle Mount Cartier wcale nie wyglądał źle.
      — Za to Ty wyglądasz naprawdę dobrze — przyznał, unosząc kącik ust ku górze — Podejrzewam, że udało Ci się dosięgnąć marzeń, hm?
      Gdyby nie rozstanie, może nigdy nie miałaby takiej możliwości. Bądź z siebie dumny, Calderon.. Albo nie, bądź dumny z niej, bo Ty dziesięć lat temu zachowałeś się jak świnia.

      Usuń
  31. Matka Cesara wkładała najwięcej ciepła w rodzinną atmosferę i gdyby nie ona, prawdopodobnie nie byliby tak lubiani w Mount Cartier, skoro John miał w sobie naturę typowego samotniko-introwertyka, i nie paliło mu się do żadnych schadzek. To Amanda stale organizowała wszelkiej maści przyjęcia i to dzięki niej pan Calderon dorobił się charakterystycznych zmarszczek w okolicy ust, bowiem częściej się uśmiechał. Odkąd skończył z długimi rejsami stał się także spokojniejszy, mniej kwestii go irytowało, i po prostu wrzucał na luz, ciesząc się tym, czego kiedyś nie zauważał. Amanda odgrywała więc w ich domu rodzinnym rolę promyka, dla którego nie istniały żadne przeszkody w relacjach międzyludzkich – to dzięki niej John nauczył się słodzić herbatę syropem klonowym i to ona zaraziła go sympatią do pysznych deserów, które piekła bez względu na okazję. Miała także wpływ na samego Cesara, bo kiedy zaczynał podłapywać cechy od ojca, wiedziała w jakim momencie trzepnąć go w łeb i nawciskać swoich zasad. Wprawdzie, wciąż przypominał ojca, jednak wszystko to, co znajdowało się w głębi jego duszy, zostało tam wepchane przez matkę.
    Natomiast Margaret od zawsze była specyficzna, choć Cesar, niewątpliwie, darzył kobietę sporą dawką sympatii. W niektórych momentach przypominała mu ojca, bo wobec Vivian bywała równie szorstka, jak John wobec synów. Ale nigdy się nie zdarzyło, by Cesar został przez nią w jakikolwiek sposób urażony – dziękowała, ilekroć pomagał jej w domowych obowiązkach, proponując przy tym filiżankę herbaty i krótką rozmowę, w której nie naciskała na tematy, mogące go zirytować. Pod tą skorupą stanowczości zawsze znajdowały się także pokłady dobroci, okazywanej w nieco inny sposób, niż ta, którą emanowała na wszystkie strony Amanda.
    Jednak nie na rodzinie chciał się skupić, a na Vivian. Z opowieści Kat zdążył się dowiedzieć mniej więcej, jak wyglądało jej obecne życie; wspominała, że panna Amondhall wstrzeliła się w rynek ze swoimi zdolnościami, a to zaowocowało stworzeniem nowej marki. Jednak w ustach Viv brzmiało to inaczej, jakby dumniej. Słyszał, że była zadowolona ze swoich osiągnięć i automatycznie również on poczuł się zadowolony, mimo że skazy przeszłości wiecznie go uwierały. Zawsze jednak chciał, by jasnowłosa ułożyła sobie życie, i żeby była szczęśliwa – na taką poniekąd teraz wyglądała, dlatego zrobiło mu się na duszy lepiej, gdy wywnioskował, że jej marzenia zaczęły się spełniać.
    Również upił łyk nalewki, jednak w przeciwieństwie do niej – on zamierzał ciągnąć ją za język, ot co! Był ciekaw, w końcu nie widzieli się dekadę, a nie miał pojęcia, czy jeszcze kiedykolwiek będzie dane im ze sobą porozmawiać. Wprawdzie, o pewnych kwestiach wolał nie słuchać, bo wiedza o jej ewentualnym partnerze zepsułaby mu tylko nastrój. Wydawałoby się, że przez ten szmat czasu zdążył się wyleczyć, ale kiedy Vivian znów pojawiła się u jego boku, automatycznie powracały wszystkie te emocje, związane z kiełkującą zazdrością. Już sama myśl, że jakiś inny facet, gdzieś z Vivian... Nie, nie, nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Gratuluję — rzekł, i to zupełnie szczerze — Miałaś do tego talent, więc w pełni zasługujesz na nagrodę.
      Te słowa w jego ustach brzmiały całkowicie naturalnie, mimo że głupio było mu to przyznać, skoro wciąż wisiało nad nim widmo tamtejszej awantury, kiedy był na Vivian zły, że chce podjąć taką decyzję i tak po prostu zostawić całą resztę.
      Przeniósł więc spojrzenie na kieliszek, który obracał w palcach.
      — Ale co dalej? — ciągnął — Jak Ci się mieszka w Vancouver? Jak ludzie... ci z branży i nie z branży?
      Nie byłby sobą, gdyby się jednak o ludzi nie z branży nie zapytał. Jej nowych przyjaźni także był ciekaw, w końcu Vancouver można spotkać wielu ludzi, a co za tym idzie, wiele różnych problemów. On nie mógł pochwalić się nowymi znajomościami, bo mieszkańców Mount Cartier znał od lat, pomijając tylko tych przyjezdnych, z którymi, tak czy siak, nie utrzymywał bliższego kontaktu.

      Usuń
  32. Prawdopodobnie, gdyby mieli jednoznacznie stwierdzić, które z nich było powodem rozpadu ich związku, musieliby stoczyć niemałą kłótnie. Calderon czuł się winny, a za ten zły owoc ich ostatniej rozmowy, który skutkował rozłąką, karcił tylko siebie, bo gdyby nie był aż tak głupim ślepcem, być może oboje wiedliby całkiem sensowne życie w murach wielkiego miasta. Ale Cesar, jak zwykle, dekadę temu wolał postawić na swoim i nie ruszać tyłka z wioski, w której po dziś dzień zajmował się połowem, a następnie skubaniem ryb. Non stop, dzień w dzień. Wprawdzie lubił tę pracę; lubił długie wyprawy, zaś zainteresowanie statkami wciąż pochłaniało mnóstwo jego wolnego czasu, ale utknął w Mount Cartier już na dobre. Dwa razy miał okazję sięgnąć marzeń, raz z kobietą u boku, jednak on, niczym bumerang, z powrotem wleciał do maleńkiej mieściny, chowając głowę w piasek. Vivian, zapewne, czuła się winna w związku z tym, że wyjechała i porzuciła wszystko tak, jakby nigdy nie istniało, jednak gdyby nie Calderon i jego ośla upartość, mogliby dojść do całkiem korzystnego porozumienia i nigdy nie zniszczyć tego, co razem wspólnie wypracowali. Nie było jednak sensu płakać nad rozlanym mlekiem, skoro oboje ułożyli sobie w jakiś sposób życie. Cesar rządził załogą na statku, a Amonhall miała własną firmę, w której mogła dyktować swoje widzimisię – powinni być więc szczęśliwi, wszak tego chcieli, kiedy ich drogi się rozeszły.
    Słuchając opowieści o Vancouver, zupełnie pozbawił się odzieży wierzchniej, wieszając ją na haczyk, przytwierdzony do ściany. Domyślał się, że życie w Vancouver nie było usłane różami, gdy tylko wkroczyła w miejskie progi, musiała bowiem zapracować na siebie, by wieść sensowną egzystencję. Cesar przechodził przez to samo, gdy wyjechał do Quebec. W jednostce miał trochę prościej, bo sypiał w koszarach, a obiady jadał w kantynie i za to nie musiał ponosić żadnych opłat, więc największe wydatki mu właściwie odeszły. Ale życie w koszarach miało także swoje minusy, gdzie najgorszym z nich był brak prywatności, jako że pokoje były kilkuosobowe. Zdarzało się, że sypiał w hotelu, jak kilkakrotnie zabalował z kolegami z marynarki, ale później łapał się za portfel nie mogąc uwierzyć w paragon, który w nim zastał – zawierał zatrważająco wysoką sumę, jak na jego kieszeń, bo zarobki w wojsku na samym początku były niewielkie. Dopiero z czasem wystarczały na wszystko, czego potrzebował, choć za pieniądze nie mógł kupić tego, za czym tęsknił. Dlatego wrócił... z nadzieją.
    Jego usta unosiły się wraz z jej kącikami. Zawsze lubił obserwować jej uśmiech i to, najwidoczniej, nie uległo zmianie nawet pomimo wydarzeń jakie miały miejsce. Zaraz jednak, gdy tylko zapytała o jego wyjazd, uciekł wzrokiem gdzieś w kierunku sterów, po czym dopił kieliszek nalewki i odstawiwszy puste szkło na stolik, podniósł się, ruszając w kierunku stołu z mnóstwem urządzeń.
    — Zawsze radziłem sobie dobrze — stwierdził, co było akurat prawda, bo dla Calderona nie było przeszkód — I nadal radzę sobie dobrze.
    Sam nie wiedział, co powinien był tak właściwie jeszcze dodać. Że wyjechał, bo nie mógł znieść samotności? Na to chyba jeszcze za wcześnie, ale musiał cokolwiek wyjaśnić.
    Podparł dłonie o blat; przełączył palcem jeden z, tylko sobie znanych, przełączników, który wydał charakterystyczny dźwięk, wypełniający ciszę, jaka nastała po jego ostatniej wypowiedzi. Po chwili rozmył ją doszczętnie, kontynuując:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ale tak, Kat mówiła prawdę... wyjechałem. — Jak powinien był ubrać to w słowa, skoro najpierw był zły na Vivian, że chce wyjechać, a po jakimś czasie sam wyruszył w siną dal. Dało się wyczuć w tonie jego głosu, że wcale nie jest mu dobrze, gdy o tym opowiada, choć powinien być dumny, że osiągnął aż tyle. — Do jednostki Marynarki Wojennej w Quecbec, na cztery lata. Ale wróciłem bo: z branży jedni zazdrośni, drudzy chciwi, a trzeci, szczerze lub też nie, pomocni. Trzeba na każdym kroku uważać komu się ufa — zacytował jej słowa, odwracając się przodem do jasnowłosej. W kąciku jego ust zjawił się krótki uśmiech, bo miała absolutną rację, co do ludzi w wielkich miastach. Nie chciał zresztą wprowadzać posępnej atmosfery w ich spotkanie.
      — Na jak długo przyjechałaś?
      Kluczowe pytanie, na które potrzebował odpowiedzi, by móc przeliczyć ile czasu mu zostało, by wyjaśnić sobie wszelkie kwestie z jasnowłosą. Nie zakładał, że zdążą porozmawiać przez jeden wieczór, dlatego chciał tez wiedzieć, czy Vivan nie wyjeżdża przypadkiem za dwa dni. Inaczej musiałby się streszczać i przejść do rzeczy już teraz, choć to wcale nie musiało być dobrym pomysłem.

      Usuń
  33. [Dziękuję za powitanie, od razu przyjemniej się wchodzi na bloga :)
    Bardziej chodziło o to, że wróciła ale nie jako zakonnica :D
    I dziękuję za wskazanie błędu - co prawda czytałam, że można połączyć staż i studia i to skróci ten etap edukacji, ale no trudno. Mattie jeszcze nie musi być psychologiem i sobie na to poczeka :). Postarzenie jej nie wchodzi w grę, więc zostanie stażystką psychologa. Dziękuję za zwrócenie uwagi i przepraszam za kłopot, a informację w karcie już poprawiam :)]
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  34. [Rozumiem, że są reguły i zasady, których trzeba przestrzegać,aby wszystkim lepiej się żyło. RównIeż się cieszę, że wszystko wyjaśnione :)]
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  35. [ Witam i dziękuję za tak miłe powitanie :D Od razu przyszłam pod kartę Vivian, gdyż, jak się domyślasz, byłam niezmiernie ciekawa karty postaci. Masz bardzo lekki styl, czytałam jak fragment dobrej książki, uśmiechnęłam się w trakcie i z przyjemnością czytałabym dalej!
    Tak, Sophie odziedziczyła firmę po śmierci ojca ( za młoda jest, by sama dojść tak wysoko na szczeblach kariery), ale ze względu na to, że była jedyną córką, ojciec od najmłodszych lat starał się w nią wpoić zamiłowanie do prowadzenia całej korporacji. Oczywistym więc było, że po jego śmierci ona przejęła całość, a nie żona, która zajmowała się tylko domowym ogniskiem i nie interesowały ją sprawy firmy, poza wydawaniem pieniędzy.
    Moje karty zawsze są pisane w powiedzmy "inny" sposób, który w najprostszy sposób opisywałby postać. Ta forma dla Sophie wydała mi się najciekawsze szczególnie zaczęcie z tak mocnym akcentem " wyjdziesz za mnie?" :D Sama postać też może być dla mnie samej wyzwaniem, ale mam nadzieję, że ten eksperyment się uda.
    Na wątek jestem chętna i mam wrażenie, że z Vivian dogadałyby się ze względu na to, że obie prowadzą interes w dużych miastach. Jeszcze nie mam pomysłu na okoliczności poznania, ale jak dasz mi chwilę to sądzę, że na coś wpadnę :) ]

    Sophie

    OdpowiedzUsuń
  36. [ Jestem za tym, by się znały. Zawsze to łatwiej nawiązać kontakt, z kimś kogo chociaż się kojarzy. Poza tym panna Brown będzie w niebo wzięta, gdy zobaczy choć jedną znajomą twarz. Jak najbardziej może to być konferencja w Vancouver ( nie ma twojej winy, nie zanotowałam w karcie w jakim mieście jest rodzinny biznes, ale na potrzeby wątków padło na Montreal). Spotkać mogą się u Iana, piwko, winko usiądą obok siebie przypadkiem, a po chwili rozpoznają w sobie na wzajem znajome. Taki miszmasz obu pomysłów. Osobiście uważam, że wątki damsko damskie są ciekawe tylko trzeba je umiejętnie poprowadzić, by rzeczywiście takowe były, a ja jestem na to jak najbardziej chętna. Sophie też z przyjemnością posłucha o miłosnych czy też nie perypetiach Vivian popijając wino przy kominku :) Jeśli się zgadzasz to z przyjemnością zacznę wątek. ]

    Sophie

    OdpowiedzUsuń
  37. Najwidoczniej Kathryn odwalała dla tej dwójki niemałą robotę. Raz, że przekazywała informacje dla Cesara, a dwa, że to samo robiła dla panny Amondhall, i co ciekawsze – ani jednemu, ani drugiemu nie pisnęła słówkiem, że oboje wzajemnie o siebie wypytują. Przynajmniej te kilka lat po rozstaniu, bo z czasem ta częstotliwość wyciągania informacji z panny Paris malała. Odkąd Calderon dowiedział się, że Vivian otworzyła firmę, która zaczęła prosperować, to zadawał Kat tylko jedno pytanie, brzmiące: co u Vivian? Na które najczęściej otrzymywał krótką, pozytywną odpowiedź. I to mu wystarczało, chciał bowiem, by kobieta była szczęśliwa i szczęśliwie ułożyła sobie życie. Zrozumiał, że jego wgląd w egzystencję Vivian nie miał żadnego sensu, bo szanse na jej powrót w rodzinne strony wręcz nie istniały. Nie miała przecież powodu, by porzucić świeżo utworzoną firmę, której z dnia na dzień szło coraz lepiej, i powrócić do wioski, gdzie co najwyżej mogłaby wszelkie swe marzenia zabić.
    Rodzice faktycznie brali udział w uroczystości nadawania odznaczeń. John stał wtedy z dumą wypisaną na twarzy, zaś Amanda, oprócz łez szczęścia, czuła również przerażenie, że jej syn nagle mógłby wyjechać na wojnę i już nigdy z niej nie wrócić. Tego dnia nie zabrakło również Vincenta i innych bliskich znajomych, którzy zechcieli na moment opuścić Mount Cartier i wyruszyć do Quebec, by zobaczyć Cesara w akcie pasowania na kapitana. Zabrakło jednak Vivian, która stanowiła ten konkretny element, nadający wszelkim wydarzeniom magię radości. Cesar był z siebie dumny, a na jego twarzy widniał wtedy uśmiech, jednak w głębi duszy odczuwał brak tego ostatniego puzzla, na jaki składała się panna Amondhall. I przy każdym, ważnym wydarzeniu, do apogeum szczęścia brakowało właśnie jej.
    Kiwnął więc w potwierdzeniu głową na jej słowa, a gdy zaczęła snuć odpowiedź na jego pytanie, podszedł na moment do stolika, by dolać im nalewki. Sięgnął po wypełniony słodkim alkoholem kieliszek i wrócił z powrotem do sterów, o które oparł się plecami. Stąd miał lepszy widok na Vivian, bo mógł objąć spojrzeniem całą jej sylwetkę, a uważał, że po tak długiej rozłące miał prawo, by odrobinę jej się poprzyglądać. Nie robił tego natarczywie, aczkolwiek analizował każdy jej ruch, rozważając ile z nich znał z przeszłości, a które dołączyły do Vivian w biegu życia.
    Ściągnął na moment brwi, gdy zrozumiał, że kobieta ma możliwość pracy zdalnej. Istniały zatem szanse, że jej pobyt może potrwać znacznie dłużej, bo choć Cesar nie życzył źle Margaret, a wręcz przeciwnie, to jednak w pewnym stopniu zależało mu na obecności Vivian. Nie byłby w stanie powiedzieć tego wprost, ale podświadomie chciał, by kobieta została w Mount Cartier jak najdłużej.
    — Mam nadzieję, że Margaret szybko wróci do zdrowia — przyznał, bo zależało mu na zdrowiu jej matki, mimo że wiązało się to z ewentualnym wyjazdem Vivian.
    Opierając się wygodnie o blat, upił łyk nalewki, a następnie wrócił do bawienia się pływającą w kieliszku cieczą, która zataczała nierówne półokręgi na ściankach szkła. Jego wzrok automatycznie spoczął na kobiecie, gdy tylko usłyszał to zdrobnienie, zarezerwowane, bodajże, tylko dla Vivian. Nieznacznie poruszył się nerwowo, a właściwie to postanowił usiąść jednak na kanapie obok kobiety, gdy z jej ust wypłynęło pierwsze przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedział, że z rozmową powoli wkracza na te tory, na które miała wkroczyć tego wieczora, by wyjaśnić raz, a dobrze, wszystkie, dotychczas nieporuszane kwestie, dotyczące ich.
      — Przestań, Vivian... — zaczął, zawieszając błękit tęczówek na jej twarzy — To ja powinienem dać ci szansę na rozwinięcie umiejętności. Wtedy nigdy nie musiałabyś przechodzić przez trudy wielkiego miasta beze mnie — uciekł wzrokiem na moment w bok, po czym złapał kieliszek, by wziąć łyk nalewki. Był na siebie zły i dało się to wyczuć w jego głosie — Powinienem był cię wpierać, kiedy potrzebowałaś wsparcia.
      Westchnął prawie niesłyszalnie. Wracali do przeszłości, której tak, czy siak, nie mogli już zmienić.
      — Ale mam jednak nadzieję, że ułożyłaś sobie życie, i że jesteś szczęśliwa, Viv — dodał, zawieszając wzrok w zieleni jej tęczówek. Widmo uśmiechu pojawiło się na moment w kąciku ust Cesara, jednak znikło tak szybko, jak tylko zdążył sięgnąć po kolejny łyk nalewki.

      Usuń
  38. Powinien i żałował tych wszystkich chwil, w których nie było mu dane by dzielić szczęścia z Vivian. Choćby wtedy, gdy przecinała czerwoną wstęgę razem z resztą współpracowników, a jej twarzy, zamiast szerokiego uśmiechu i radości wypisanej w oczach, towarzyszył wysoki poziom zdenerwowania, spowodowanego tą wielką niewiadomą, jaką miała przynieść kobiecie przyszłość.
    Nie było go obok, kiedy biznes Vivian sukcesywnie się rozrastał; nie widział jej satysfakcji, ani spełnienia, zrodzonych z marzeń, które udało się jej w końcu sięgnąć, mimo że nikt nie gwarantował jej sukcesu w wielkim mieście. Nie dzielił z kobietą tych marzeń, bo postanowił za wszelką cenę zaszyć się w progach niewielkiej wioski, z której po roku tak, czy siak wyjechał. Cesar być może nie odczuwał żadnych zmian na przestrzeni tej dekady, jednak prawda jest taka, że zmieniło się wiele, bo zmienił się bowiem on sam; jego usposobienie, wartości i poglądy, a choć z wiekiem faktycznie zaczął coraz bardziej przypominać ojca, wciąż nie dorównywał mu poziomem bezwzględności. Przeszedł jednak pewnego rodzaju metamorfozę dzięki czteroletniej służbie Marynarce Wojennej, do której przystąpił, by wyleczyć się z choroby, zwanej miłością, nawet jeśli kwarantanna skończyła się ogromnym fiaskiem. Przecież stale wracał do Mount Cartier z nadzieją, że i Vivian zadecyduje o swym powrocie, by mogli zacząć od nowa. Nic takiego się jednak nie wydarzyło i chcąc, czy też nie chcąc, Calderon musiał się do tego przyzwyczaić, toteż z upływem czasu wizja powrotu panny Amondhall malała. A choć zwykłemu obserwatorowi mogło się wydawać, że jedna sytuacja związana z obszarem miłosnym nie może mieć na człowieka wpływu, to w ich przypadku miała, bowiem uczucie żalu, i tęsknoty równocześnie, uwierało niczym kamień w bucie, którego nie można zdjąć bez pomocy drugiej połowy. Wszak, rozstali się w towarzystwie bonanzy, nie zamykając wspólnego rozdziału. Dopiero w pojedynkę chcieli go domknąć, lecz bezskutecznie, bo gdy tylko nadarzała się okazja, oboje szukali informacji u Kathryn. Vivian spotykała różnej maści facetów, zaś Calderon po powrocie z wojska, widywał wciąż te same panny, które prawdopodobnie pogodziły się z losem i świadomością, iż nie spotkają tu księcia na białym rumaku… No, może poza jedną, która jeszcze za nim Cesar zakochał się na zabój w Vivian, próbowała zająć jej miejsce. Rudowłosą Janet z tutejszego sklepu rybnego znał od zawsze, razem bowiem siedzieli w szkolnej ławce, a czasami ruda zaglądała nad Roedeark, gdy Cesar łowił tam ryby. Jednak nigdy nie przyszłoby mu do głowy, by uklęknąć przed Janet na kolana i zechcieć wcisnąć jej na palec pierścionek, bo kobieta była dla niego kimś w rodzaju kolegi-przyjaciela. I tak! W znaczeniu męskim, dlatego że wielokrotnie poruszali tematy zarezerwowane przez płeć brzydszą, a jak trzeba było, to jedno drugiego potrafiło porządnie trzepnąć w łeb, czy zrobić głupiego psikusa i zimą wylać wodę na ganek. W całej tej znajomości Cesar nie widział ani grama zauroczenia, w przeciwieństwie do Janet, która nieźle się wściekła, gdy doszły ją słuchy, jakoby Vivian i Cesar chodzili po wiosce za rękę. Po tym wszystkim znajomość ta wygasła, jednak gdy Cesar wrócił z wojska, rudowłosa postanowiła podjąć kolejną próbę zwrócenia uwagi na siebie, swoje piękno i charakter. Tylko szkoda, że kiedy Calderon obudził się nazajutrz ze świadomością, że film urwał mu się zdecydowanie za wcześnie, omal nie zwymiotował. Dodatkowo, cały aż zbladł, zdając sobie sprawę z tego, co odwalili po zakrapianej potańcówce u Iana, oraz że jedną ulotną chwilą mógł zasiać w Janet ziarenko nadziei; przecież nie mógł – co pomyślałaby Vivian, gdyby jednak wróciła? Szybko zebrał swoje manatki i znikł, po dziś dzień starając się unikać rudowłosej, z którą – na nieszczęście! – w pewnym stopniu dzielił port. Nawet, jeśli miał prawo układać sobie życie, zupełnie jak Vivian, nie miał tyle odwagi, by zacząć robić to bez zielonookiej miłości sprzed lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I w kwestii ich rozstania panna Amondhall miała absolutną rację – gdyby zatrzymał ją siłą, nigdy nie osiągnęłaby tak wiele. Wcześniej nie myślał w ten sposób, zawsze widział winę po swojej stronie, dlatego czuł się zły, smutny i rozżalony zarazem. Dopiero teraz, kiedy słyszał padające z ust Vivian słowa i widział biżuterię zdobiąca jej ciało, zaczynał w myślach potakiwać. Przez ułamek sekundy poczuł się lepiej, jakby część trosk spadła mu z ramion, ale gdy spojrzał na kobietę, której wzrok uciekł nagle gdzieś w kierunku okna, znów odczuł kucie w głębi duszy. Cholera jasna! Dlaczego w ogóle do tego dopuścił? Przecież miał przed sobą piękną kobietę o subtelnie uwydatnionych rysach twarzy, zielonych oczach, przywodzących na myśl rajską dolinę, i cudownej osobowości, której z wiekiem przybyło anielskich cech. Przyglądał się profilowi jej twarzy i utwierdzał w przekonaniu, że był totalnym głupkiem. Ale tamtego czasu nikt mu już nie zwróci.
      — Nie przepraszaj — rzekł od razu, bo to słowo w jej ustach miało o wiele większą moc, niż w ustach innych. Nie chciał, by przepraszała za coś, co oboje zostawili w tyle dziesięć lat temu — I nie prosisz o dużo.
      W łagodnym głosie mężczyzny pojawiły się iskierki czułości. Uniósł lekko kącik ust, by nadać zdaniu większej oczywistości, jako że w gruncie rzeczy Vivian nie prosiła o nic. Sam właśnie tego chciał.
      — Ja także chciałbym, żebyśmy mogli normalnie rozmawiać, jak teraz – powtórzył — A jeśli kiedykolwiek spróbujesz specjalnie nie zauważyć mnie na chodniku, obiecuję, że bardzo szybko zwrócę na siebie twoją uwagę — dodał jakby grożąc, choć w jego tonie chowała się wyraźna nuta żartu, którą starał się odrobinę rozluźnić atmosferę. Nie potrafił się chmurzyć w jej towarzystwie.
      — Vivian? — Zaczął, szukając w głowie odpowiednich słów i pozwalając sobie na kilka sekund ciszy — Czy… Spróbujemy zacząć w jakimś stopniu od nowa? Nie chciałbym widzieć nas przez pryzmat tamtego rozstania. Chciałbym, żebyś nadal uczestniczyła w moim życiu, jako znajoma, koleżanka, przyjaciółka... — Wzruszył ramionami — Żebyś była, po prostu.
      Zdefiniowanie kobiety w kategorii relacji nie było tak proste, jak wiedza o tym, że obecność Vivian jest dla niego ważna. Na razie nie czuł potrzeby przylepienia do jasnowłosej konkretnej latki – chciał tylko czuć jej obecność.

      ♥♥♥

      Usuń
  39. W jakimś stopniu wciąż ciężko było mu uwierzyć, że to spotkanie ma miejsce. Kiedy wydawało mu się, że dzień, w którym oboje się spotkają nigdy nie nadejdzie, tak teraz siedział obok Vivian, starając się przyswoić ich rozmowę jako realny stan rzeczy. Zakopanie tego, w gruncie rzeczy, dziwnego topora wojennego, z pewnością sprawi, że oboje poczują znaczącą ulgę we wszystkich trzech wariantach – przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, bo właśnie tego, walentynkowego wieczora, postanowili zacząć od nowa, z absolutnie czystą kartą, nienaznaczoną żadnymi brudami z życia. A mimo że gdzieś z tyłu głowy wciąż wisiał cień tamtejszych kłótni, był on jedynie dobrą nauczką, aby każdą decyzję dotyczącą ich, podejmowali w towarzystwie spokoju, i z dawką zdrowego rozsądku, by ewentualnego focha strzelić na jeden dzień, a nie na całe dziesięć lat. Choć trzeba wziąć pod uwagę, że to była ich pierwsza, poważniejsza kłótnia.
    — To dobry pomysł — przyznał — Co powiesz na tourtière i lampkę wina... czy też nalewki, która smakuje niemalże jak wino, u mnie? — Zaproponował, po czym podszedł do sterów, by obrać azymut na port. Nie mieli tutaj gdzie pójść zjeść, dlatego musieli zadowolić się tym, co mieli pod ręką. Amanda zawsze robiła wyśmienite tourtière, w końcu pochodziła z Quebec, gdzie danie to było pochłaniane w niezliczonych ilościach. Zawsze przygotowywała je dla Cesara na życzenie, a ponieważ John średnio przepadał za mięsnym plackiem, to cała blaszka wędrowała do niego, i tak było również wczoraj. Teraz wystarczyło tylko wsunąć danie do piekarnika i odpowiednio podgrzać, a później cieszyć się smakiem i umierać z przejedzenia.
    W drodze powrotnej do portu, rozmawiali; Cesar dopytywał Vivian o życie w Vancouver, był nawet ciekaw, ile trzeba mieć pieniędzy, by się samotnie utrzymać w dużym mieście. Wypytywał także o ceny i rodzaje biżuterii w Emint, bo przyszło mu do głowy, że na urodziny matki mógłby jej co nieco sprezentować, tym bardziej, że Amanda nosiła biżuterię, a ta którą miała na sobie Viv wpadła Calderonowi w oko. W tej luźnej pogawędce nawet nie zauważyli, że dotarli do brzegu – dopiero lekkie szarpnięcie zdało się przywrócić Cesara na ziemie, a przecież nigdy mu się nie zdarzyło stracić czujności za sterami. Niemniej, nikt nie ucierpiał, pomost był cały i kadłub statku również, a to oznaczało, że rejs można było zaliczyć do udanych.
    Później, gdy zdążyli się ubrać i ostrożnie opuścić pokład, ruszyli w kierunku chaty Cesara. Na zewnątrz panował ziąb, a po wyjściu z ciepłego pomieszczenia dało się go odczuć jeszcze bardziej. O tyle dobrze, że Calderon mieszka jakieś pięć minut drogi od portu, bo dzięki temu byli w stanie przytrzymać pochwycone wcześniej ciepło pod połami odzieży wierzchniej, nim staną na ganku, a w progu drzwi przywita ich przyjemny, kominkowi skwar. Jednak w tym pięciominutowym spacerze, Cesar kilkakrotnie zakrywał twarz wełnianym szalem, byleby uchronić skórę przed wiatrem, wbijającym igiełki mrozu w każdy, odkryty skrawek ciała. Nie odzywał się więc wcale; szli jedynie w akompaniamencie skrzypiącego pod butami śniegu i szumiących drzew. Dopiero, gdy zbliżyli się do domku, Cesar wyjął z kieszeni kurtki mini latarkę i klucze. Między drzewami było ciemno, a kontury chatki ledwie co rysowały się w gęstej czerni, panującej aktualnie nocy. Przesunął więc włącznik i wycelował smugą światła w ścieżkę, która podążali, by Vivian nie potknęła się przypadkiem o żaden korzeń, albo, by oboje nie wpadli w dziurę, zaślepioną białym puchem. Jeszcze tego brakowało, by uszkodzili sobie stawy! Wprawdzie, Cesar znał tę ścieżkę na wylot, jednak wolał być zabezpieczony, i dopiero, gdy doszli do ganku, przestał wlepiać spojrzenie w ziemię.
    Wokół chatki rosły wysokie drzewa, zaś naprzeciwko niej widniał skrawek jeziora Roedeark i pomost, do połowy zalany wodą. Poziom wód jeziora co roku się podnosił i drewniany mostek zawsze do połowy otulony był warstwą cieńszego lodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero ciepłą porą stała przy nim łódka, aktualnie spoczywająca w większym schowku, nieco podobnym do garażu, na której Cesar każdego ranka w ramach relaksu wiosłował. Sam ją zresztą zbił kilka lat temu.
      — Z tego co pamiętam, zostawiałem porządek — zerknął na moment w kierunku Vivian, trafiając kluczami w dziurkę. — Zapraszam.
      Po chwili przekręcił kilkakrotnie i pchnął drzwi, zza których uleciała fala ciepłego powietrza. Niewielki korytarz, kuchnia, połączona z salonem, łazienka i przejście do sypialni – kameralne mieszkanie, acz bardzo jasne i przyjemne. Ściany zdobiły zdjęcia i półki; na jednej z nich Calderon trzymał swoje pamiątki, a na drugiej stały różne tomy. Drewno w kominku wciąż strzelało zachęcająco. W salonie stała również kanapa i dwa fotele wraz ze stolikiem. Niemniej, najfajniejszą częścią domostwa, był pomost, na który można było dostać się z salonu; szczególnie latem.
      I rzeczywiście – wszędzie panował porządek.
      — Nie jest duże, ale bardzo je lubię.
      Rozpiął suwak kurtki i zdjąwszy ją wraz z szalem, odwiesił na wieszak. Pomógł także Vivian odwiesić jej rzeczy, i przeszedł do kuchni, by od razu wstawić wodę na herbatę.
      — Rozgość się, Viv — rzekł, podnosząc usta w sympatycznym uśmiechu.


      Usuń
  40. [Dzięki za kolejne powitanie :D no to zupełne przeciwieństwo Miny ta smoczyca Meredith, ale dużo bardziej lubię takim potworem pisać, bo jest ciekawiej ;) chociaż może inni inaczej to oceniają ...
    W takim małym sklepiku z biżuterią to Mer by mogła się na moment zrelaksować po wpakowaniu szpilki w jakąś błotnistą kałuże heh ;)]

    OdpowiedzUsuń
  41. Określenie czystą kartę Cesar także traktował z przymrużeniem oka, bo choćby stanął na rzęsach, nic nie będzie w stanie wyprać mu z głowy tamtejszych chwil, wspólnie dzielonych z Vivian. Zresztą, nie chciał się ich pozbywać z racji tego, że były one jednymi z najlepszych jakie posiadał w dorobku swojego życia. I pomimo nagłego, niekoniecznie przyjemnego, rozstania nie skreślił ani ich, ani kobiety, bowiem w głębi swej podświadomości chciał, by Vivian wróciła i stale trzymał dla niej uchyloną furtkę, o której wielokrotnie przypominała mu także nadzieja. Nie sądził, że ten dzień kiedyś nadejdzie, jednak dziesięć lat nie przeszkodziło w tej wierze i teraz, gdy panna Amondhall znów pojawiła się w Mount Cartier, postanowił jak najlepiej wykorzystać tę sytuację. Mianowicie chciał znów sprawić, by Viv pozostała w jego egzystencji, tak naprawdę w jakiejkolwiek postaci – jako koleżanka, znajoma, przyjaciółka. Szufladkowanie ich relacji nie miało teraz dla niego żadnego znaczenia, bo kluczową kwestią było zjednanie się i wyjaśnienie trapiących zadr, których oboje nie ruszali od momentu rozstania.
    Wiedział, że nigdy nie spojrzy na Vivian, jak na zwykłą koleżankę, bo była przecież niezwykłą miłością, w której zadurzył się po same uszy. Wiedział również, że z trudem będzie starał się odgrywać tylko dobrego kolegę, który w żadnym stopniu nie jest zainteresowany uwagą kobiety, bo wciąż darzył ją tym specyficznym uczuciem, zarezerwowanym dla kogoś bliższego, z kim łączyło go znacznie więcej aspektów, niż krótki dialog o pogodzie. Ona była po prostu częścią jego życia i co by się nie działo, pozostanie nią po kres świata.
    Nie przejął się więc, gdy przywróciła ze wspomnień jego pokój, w którym faktycznie częściej panował ład, niż chaos. Uśmiechnął się nawet przytakująco, bo gratulacje należały się tu Amandzie, jako że to ona zawsze goniła synów o czystość we własnych pokojach.
    Wstawiwszy wodę na herbatę, wyciągnął dwa kubki z szafki u góry i zdjął syrop klonowy z półki, stawiając go tuż obok. Dając kilka kroków w bok, sięgnął do szuflady, z której wyjął trzy pudełka z różnymi smakami herbaty. Zerknął przez ramię, gdy Vivian wspomniała o odznakach.
    — Przyjemnie się na nie patrzy, choć były zdobywane z dużym wysiłkiem — rzekł, podchodząc do kobiety z pudełkami. Spojrzał krótko na naramienniki, odznaczenie i miniaturową srebrną szablę, z wygrawerowanym napisem, którą otrzymał w ramach przysięgi. Dobrze wspominał tamte czasy, ale na kutrze rybackim czuł się dużo lepiej.
    Przeniósł błękitne tęczówki na Vivian, ulokowaną w fotelu.
    — Od jakiś czterech lat. Razem z ojcem stawialiśmy tę chatkę... I w wolnej chwili wpadał też stolarz, żeby nam nieco pomóc — wzruszył lekko ramionami i powrócił zaraz do tematu, z którym tutaj przyszedł — Jaki smak sobie życzysz?
    Wysunął trzy pudełka – jedno ze zwykłą herbatą, drugie z malinową, a trzecie z owocami leśnymi. To, że Cesar nie pił kawy wciąż nie uległo zmianie. Od zawsze wystarczała mu tylko herbata w różnej kombinacji. A to z nalewką, a to z rumem, a to z innymi ziołami, które całkiem dobrze pobudzały. Calderonowie wiele czerpali z natury, dlatego nie używali zamienników, jeśli mieli pod ręką rzecz naturalną, lub mówiąc w języku cywilizowanym rzecz „bio”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy Viv wybrała sobie herbatę, Cesar wrócił do kuchni, gdzie wrzucił do kubków łyżeczkę tych samych ziół i zalał je wodą. W czasie, gdy hebata się parzyła, uruchomił piekarnik, by zaczął się nagrzewać, a następnie dodał odpowiednią ilość syropu klonowego i przeniósł dwa kubki do salonu, gdzie zajął miejsce na kanapie.
      — Jeśli wpadniesz latem, to zapraszam na pomost i wyprawę moją kameralną łodzią — zasugerował, podnosząc usta ku górze. Byłoby naprawdę fajnie, gdyby Vivian zamierzała odwiedzać stare progi nieco częściej, niż co dekadę. Wiedział, że jej relacja z matką jest trudna, ale nie musiała się zatrzymywać koniecznie u niej... U Cesara z pewnością znalazłoby się miejsce, i nie bez przyczyny zaproponował jej wakacyjne odwiedziny.

      Usuń
  42. [Przepraszam z całego serca, że dopiero, po ponad miesiącu ugh!, się odzywam. :( Mam nadzieję, że mi to wybaczysz!
    To ja się cieszę, że mogłam to powiedzieć. Zwykle mam tak, że sobie coś pomyślę, ale to niekoniecznie oznacza, że komuś to powiedziałam czy napisałam. W przypadku chwalenia Twoich kart mogło być naprawdę tak samo. :D To ja mam tak z Chrisem, długo nim się nie bawiłam, ale bardzo się przywiązałam do tego staruszka i nie mogłabym go nie prowadzić. :D
    Obawiam się, że w przypadku brata wykształcenie Chrisa może średnio pomóc, ale kto wie... :D Jej zwierzakami na pewno się będzie mógł zajmować, a na pewno to robi, kiedy trzeba zrobić szczepienia czy jakiś nagły wypadek. :>
    Chris na stałe mieszka tu ok. czterech lat. Wcześniej zaglądał tutaj do ciotki po której ma dom, ale nie jakoś szczególnie często. Raczej dopiero po jej śmierci, zanim zadecydował, że dom, który początkowo miał być tylko domem urlopowym stanie się jego nowym.
    Na pewno się widywali w sklepie. :D Może zapoznali się za pierwszym razem, kiedy Chris zawitał w progi Mount Cartier? Sporo młodszy, może nawet nieco przerażony tym, że tu jest tak inaczej niż w Toronto, Vivian mogłaby być jego tu pierwszą znajomą. Razem wyskakiwali do baru porozmawiać, jakieś spacery bądź coś w tym stylu. Może była możliwość, że kiedy jeszcze Chris mieszkał w Toronto go tam odwiedziła? I jakby wyszło z Toronto to tam może urządziłoby im się jakieś życiowe przygody, które zacieśniły ich więzy? ;D ]

    Christian H.

    OdpowiedzUsuń
  43. Był świadom, że miał otwartych wiele mostów, które mogły zaprowadzić go pod drzwi wymarzonej kariery, ale nie czuł żadnej potrzeby, by opuszczać rodzinne Mount Cartier. Zapewne nie jeden miastowy obywatel popukałby się w głowe, gdyby usłyszał, że ktoś dobrowolnie chce pozostać w takiej dziurze, ale Cesar miał w niej wszystko i owa dziura była dla niego już teraz całym światem, któremu prawie niczego nie brakowało. Kochająca rodzina, praca którą nie dość, że lubi, to dodatkowo go interesuje, sąsiedzi na których można liczyć i piękno natury, okalające tutejsze tereny. Nie miał powodów, by cokolwiek zmieniać, choć nie ukrywał, że kazania matki, dotyczące wnuków i małżeństwa, momentami go irytowały. Ale czy dla szukania kobiety warto było stąd wyjechać? Absolutnie nie, poza tym, swoją kobietę już raz znalazł i wiedział, że żadna inna nie będzie w stanie jej zastąpić. Nie widział sensu w szukaniu kopii , czy zamiennika Vivian, zawsze bowiem wracałby myślami do tej autentycznej panny Amondhall, z którą przed laty łączyło go to bajkowe uczucie… I która teraz siedziała w jego salonie.
    W momencie, gdy Vivian wspomniała o utopieniu, zdał sobie sprawę, jak dużo papla o rejsach. Dopiero co zeszli z jednego statku, a on już zapraszał ją na kolejny. Może to nie jego zawziętość była powodem aktualnej samotności, tylko charakter… Choć prawda jest taka, że oba te aspekty mogły się składać na aktualny stan cywilny mężczyzny, bo Cesar nie szukał nowej miłości życia, a jego osobowość zapewne także pozostawiała wiele do życzenia. Kto by wytrzymał z facetem, który stale gada o wodnych wyprawach?
    Poprawił się nieco na kanapie, prostując tym samym nogi w kolanach. Upił niewielki łyk herbaty, by sprawdzić, czy nie wyszła za słodka.
    — Za to ja mam wrażenie, że jeśli mowa o ludziach, to trochę się tu zmienia — napomknął, przypominając sobie tych wszystkich przyjezdnych, którzy w ostatnich latach osiedlili się w Mount Cartier na stałe. — Na wiosce pojawiło się dużo nowych twarzy i niektórych ciężko wciąż nazywać turystami, skoro mieszkają tu rok czy dwa, choć dla mnie chyba na zawsze pozostaną tymi przyjezdnymi.
    Bo akurat Cesar zawsze patrzył nieco spod byka na nowych, którzy postanowili osiedlić się w mieścinie. Nie miał zbyt dobrego mniemania o ludziach z miasta, a to być może dlatego, że podczas czteroletniego pobytu w Quebec, kilkakrotnie zdarzyło mu się wejść z nimi w konfrontację. Wprawdzie, tamte czasy pozostawił tylko we wspomnieniach, ale wciąż brakowało mu zaufania do świeżo przyjezdnych i nie sądził, by w najbliższym czasie uległo to zmianie. Ale, co najciekawsze, pojawili się oni także na walentynkowej licytacji, choć w tej kwestii Calderon nie mógł narzekać, bo pieniądze szły na szczytny cel. Jednak zabawy z, chociażby, takim wyrachowanym panem pisarzem sobie nie wyobraża i całe szczęście, że nie była to tylko zwykła potańcówka z dużą ilością alkoholu, bo mogłaby skończyć się fatalnie. A dotychczas przebiegała bardzo przyjemnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Powody były nawet trzy — odpowiedział, posyłając kobiecie nieco zaczepny uśmiech, gdy tylko podjęła jego spojrzenie. — Pierwszy to nalewka ze świdośliwy od matki, drugi to sucre a la creme także od matki, a trzeci… — zamilkł na moment, jakby analizował w myślach, czy to co chce powiedzieć, nie zabrzmi źle — Byłem ciekaw, czy się pojawisz. Nie byłbym zadowolony, gdybyś stała się posiadaczką koszyka któregokolwiek z dżentelmenów scenie, ale chyba miałbym prawo pokręcić wtedy nosem? — Ponownie wygiął usta w nieco żartobliwym uśmiechu, bagatelizując fakt czystej karty, którą sobie dali. Odpowiedzi nie oczekiwał, bo oczywistym było, że miałby prawo być niezadowolonym, czy też zazdrosnym, skoro niegdyś łączyło ich tak wiele, i na pewno poczułby ukłucie zawiści do szczęściarza, który spędzałby z Vivian wieczór. — Tak w ogóle to nie sądziłem, że panie przygotują na licytację aż tyle oszczędności, włącznie z tobą.
      Jego koszyk sprzedał się za naprawdę dobrą cenę, mimo że Calderon nie spodziewał się, że Leah zechce podbijać stawkę. Sam nie wiedział, czy robiła to ze względu na Vivian, czy po prostu uznała ten koszyk za najciekawszy.

      Usuń
  44. Vivian zapewne była zaliczana aktualnie do przyjezdnych, a przynajmniej przez damską część otoczenia, które śmiało mogło rzec: „przyjechała, zaś zawróci mu w głowie i porzuci na pastwę losu”. Plotkary były w stanie snuć dziesiątki różnych opinii, nie znając nawet jednej setnej życia tej dwójki, ani tego, co tak naprawdę się między nimi wydarzyło i teraz dzieje. Na pewno znajdą się naburmuszeni mieszkańcy, którzy nie omieszkaliby wytknąć kobiecie tego i owego, ze względu na swój stereotypowy tok myślenia – głównie starsza część społeczeństwa: babcie, prababcie i gosposie domowe, które nigdy nie wystawiły stopy dalej, niż do lasu Quicame. Dla tych kobiet było bowiem już za późno na wyjaśnienia; dla nich Vivian mogłaby być spalona na stosie za porzucenie mężczyzny, za puszczanie się na prawo i lewo w Vancouver, nota bene widzianym co najwyżej na znaczku pocztowym bądź widokówce, i za brak ślubu po trzydziestce, bo przecież Vivian w tym wieku powinna była już dawno opiekować się gromadką dzieci. Co, jak co, ale Cesar, mimo że wychowywał się w Mount Cartier i przesiąkł tutejszymi tradycjami, miał inne zdanie, co do roli kobiety w związku – Amanda także, bo choć sprawowała rolę gospodyni, nie chciała by synowa kończyła życie najdalej w kuchni przy zlewie, garnkach i patelni. John, cóż… Jego radykalne poglądy były niezmienne, aczkolwiek dzięki Amandzie podłapał nieco innego spojrzenia na świat. Niemniej, rodzice Cesara bardzo lubili Vivian i nie uległo to zmianie. Zarówno dla Amandy, jak i dla Johna, kobieta była kimś, kto w ich domostwie zawsze będzie mile widziany i częstowany własnoręcznie przygotowanymi sucre a la creme, specjalnie na tę okazję.
    Był jednak zdumiony, że Lou postanowiła oddać Vivian swoje oszczędności, choć z tego co zauważył, kobieta w ogóle nie brała udziału w licytacji. Ale, jakby nie patrzeć, dzięki niej mogli sobie porozmawiać, bo nie wiadomo, czy gdyby nie los i wygrana przez Vivian licytacja, to oboje w ogóle pokwapiliby się do tej rozmowy. Możliwe, że mijając się kilkakrotnie w drodze, przeszliby obok siebie nadzwyczaj obojętnie, a co za tym idzie – szansa na zachowanie znajomości przepadłaby jak kamień w wodę. Tylko, był ciekaw, dlaczego Leah odpuściła, skoro miała więcej oszczędności, niż wynosiła suma jego koszyczka i mogła bić się cały czas. Może zdała sobie sprawę, że walczy o niego Vivian?
    — Pomyśleć, że gdzieś za górami, za lasami, ktoś organizuje walentynkową licytację, na której można wygrać... faceta — parsknął krótkim śmiechem, kiwając nieznacznie głową, bo wydawało się to wręcz nierealne, a było cholernie prawdziwe. Jeśli chodzi o urozmaicanie mieszkańcom życia, to burmistrz potrafił robić to najlepiej – Cesar nawet w progach Quebec, kiedy był w wojsku, nie natknął się na tak niesztampowe atrakcje, jakie dotychczas pojawiały się w Mount Cartier. Wesołe miasteczko to przy nich dosłownie pikuś.
    — Oho, tourtiere chyba jest już gotowe — zauważył, gdy poczuł intensywniejszy zapach, dochodzący z kuchni, po czym odstawił kubek na blat i ruszył do piekarnika. Zajrzawszy krótko przez szybę, by upewnić się, czy nie został z niego sam węgiel, sięgnął po dwie ścierki i wyciągnął okrągłą blaszkę, stawiając ją na kuchence. — Wybacz Vivian, ale został sam popiół... — powiedział głośniej, śmiejąc się po chwili — Nie no, żartowałem! Wygląda dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyciągnął z szafki dwa talerzyki, oraz sztućce, i nałożywszy na oba odpowiednią porcję, wrócił do salonu, stawiając kawałki mięsnego placka na stoliku. Matka Cesara potrafiła zrobić wyśmienite tourtiere, ale to dlatego, że wychowała się właśnie w Quebec, gdzie danie to jest popularne.
      Przysiadłszy tuż obok, ukroił widelcem skrawek placka i wsunął go do ust.
      — Swoją drogą, matka pewnie chciałby, żebyś ją odwiedziła — przyznał, spoglądając chwilowo na kobietę. Jednak Vivian musiała pamiętać, by zabrać ze sobą porządną reklamówkę – wyjście od Calderonów bez słoików graniczyło z cudem, dlatego, że Amanda rozdawała je każdemu, począwszy od powideł, a skończywszy na nalewkach. Wciskała je nawet Cesarowi, gdy ten zaglądał w rodzinne progi.

      Usuń
  45. Choć mogło się wydawać, że tourtiere będą mieć okazje zjeść tylko raz w swoim towarzystwie, okazało się, że los postanowił przyszykować im nieco więcej niespodzianek, bo już kilka tygodni po wieczorze walentynkowym, znów spotkali się na wspólnym obiedzie przy stole Calderonów. Amanda, jak zwykle, przygotowała się solidnie na tę okazję, robiąc coś na zasadzie... niespodzianki? Ani Cesar, ani Vivian, nie znali bowiem listy gości, a choć młody Calderon podejrzewał co się święci, ostatecznie i tak był nieco zdumiony tym, że Vivian po prostu zgodziła się przyjść. Właściwie, to był zdumiony całym jej pobytem w progach Mount Cartier, bo czas uciekał, niczym piasek przez palce, a Vivian wciąż tu była. Zupełnie tak, jak kiedyś, dekadę temu, gdy oboje cieszyli się każdym, spędzonym razem dniem. Teraz wprawdzie nie dzielili czasu, aczkolwiek świadomość, że kobieta jest tuż na wyciągniecie ręki sprawiała, że Cesar czuł się lepiej i lżej. Nawet krótka rozmowa pomiędzy rejsami wystarczyła, by opuszczał suchy ląd w dobrym nastroju – co zresztą zostało zauważone przez kolegów z branży, a choć teksty: „czy Ty znów się zakochałeś, bracie?” gasił skutecznie, to pod nosem skrycie się uśmiechał. Do nastoletniego zauroczenia powrócić nie mógł, ale był świadom, że rozmowa z Vivian zdjęła z niego ciężar winy i stale niedomkniętego rozdziału, a nieprzyjemny obraz rozstania, został zastąpiony przyjemnie spędzonymi walentynkami i każdą inną chwilą, w której było im dane zamienić kilka słów.
    Ale chyba nie był jedynym, który z każdym minionym tygodniem dostrzegał, że stan Margaret ulega poprawie... i że panna Amondhall nadal chodzi po zakupy do Marchandów, a nie do jednego z supermarketów w Vancouver, gdzie przecież mieszka. Z jakiegoś powodu została, a choć nikt nie mógł pochwalić się posiadaniem takich informacji, to temat Vivian i tak krążył w okolicy, niczym świeża plotka z popularnego tabloidu. Ludzie rozmawiali, snuli domysły, zastanawiali się, i dorabiali do tego tysiące co najmniej śmiesznych powodów. Dla Calderona nie miało to znaczenia, choć zdawał sobie sprawę, że ilekroć przebywał w towarzystwie kobiety, ciekawskie ślepia wyglądały zza firanek, łaknąc dalszego rozwoju sytuacji.
    Co prawda, temat Vivian najbardziej zawrzał wtedy, gdy po tygodniu wróciła z wielkiego miasta i znów postawiła stopę w rodzinnej miejscowości. Byli bowiem tacy, którzy zakładali, że wyjechała na stałe, bo „jak poczuje wielkie miasto, to znów zapomni o starych śmieciach”. Cesar czasami miał ochotę utopić ich wszystkich w Roedeark, a choć w jego towarzystwie stale nikt nie odważył się nawet wspomnieć jej imienia – za plecami powtarzano je zdecydowanie za często. Wiedział o tym, z trudem powstrzymując się od wygarnięcia jednemu i drugiemu tego, co myśli, ale momentami, szczególnie wtedy, gdy inicjator plotek pojawiał się w zasięgu jego ręki, dosłownie zagryzał wargi. Podejrzewał, że nie będzie w stanie długo nosić w sobie tej rosnącej do tubylców złości, ale nie chciał napędzać tej lawiny. Miał po prostu nadzieję, że ludzie z czasem zainteresują się kimś, czy też czymś innym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko Mount Cartier było wielkości Vancouver... Ale nie było i nie będzie, więc donośny jazgot starej Flicker można było usłyszeć już niemalże z drugiego końca wioski. Akurat Cesar wracał od stolarza, któremu zaniósł drzwiczki od szafki, by wyfrezował w nich nowe otwory, i przechodziwszy nieopodal wybiegu dla kur, usłyszał gwarne kazanie prosto z ust starej gospodyni. Nie potrzebował już niczego więcej. Obrał kurs prosto pod płot dumnej sąsiadki, gdzie z daleka zauważył jasne włosy Vivian i wymachującą rękami tęgą panią domu, która najwidoczniej postanowiła poskąpić paniom Amondhall mendla jaj. Na samą myśl pokiwał głową sam do siebie.
      — Jest na czym zawiesić oko — odparł stanowczo, gdy tylko znalazł się bliżej posesji pani Flicker. — Może mi pani powiedzieć w czym jest problem? — Stanąwszy obok Vivian, podparł dłonie wygodnie o sztachety płotu. Wyglądał na opanowanego, choć ton jego głosu wskazywał na wyraźne niezadowolenie. — Jeśli coś nie tak z jajkami, to zaraz przekażę reszcie... — urwał, wskazując ręką bliżej nieokreślony kierunek w stronę wioski. Zdawał sobie sprawę, że taka wieść mogła zniszczyć dorobek kobiety, dlatego wcale nie zdziwił go cień strachu w jej zmęczonych życiem oczach.

      Usuń
  46. O dziwo, Cesar po powrocie z czteroletniej nieobecności, uniknął wszelkiej maści docinek ze strony starych, wiejskich wyjadaczy, którym nigdy nie brakowało motywacji, by opuścić rodzinne włości. Być może usprawiedliwiał go fakt, iż wyjechał służyć dla kraju; fakt, że w jakiś stopniu postanowił poświęcić siebie i swoje życie dla innych. Było to poniekąd godne podziwu, tym bardziej dla kogoś, kto nigdy nie zaznał rąbka wielkiego świata pomijając ten widziany w gazecie, zatem gdy Calderon przekroczył granice Mount Cartier, odziany w granatowy mundur, w oczach mieszkańców zdobył niejakie poszanowanie. I nie tylko za to, że zechciał walczyć dla kraju, ale również dlatego, że wrócił i nie pozwolił by upadło to, co na tych ziemiach od wielu lat pielęgnowali Calderonowie. Kutry rybackie były bowiem ich życiem, wiedział o tym każdy, kto przyszedł na świat właśnie w tej części Manitoby, w czeluściach lasu Quicame. Poza tym, Cesar był na tyle podobny do ojca, że nie pozwalał wchodzić sobie na głowę – atakowany zawsze kontratakował, i nigdy nie odszedł bez walki o udowodnienie własnego zdania.
    Oczywiście, w tej sytuacji rozumiał, że Vivian nie mogła wparować za ogrodzenie i wyszarpnąć starej babce tych jajek z rąk, bo zostałaby przeklęta na całe życie, a kto wie, czy złe uroki tutejszych dewotek nie mają mocy sprawczej. O tyle dobrze, że mimo wypływających z ust pani Flicker epitetów, Vivian twardo stała za nieco pogniłym, drewnianym płotem i nie uciekła, usłyszawszy pierwszą niemiłą docinkę. Chociaż akurat w kwestii pani Flicker, to gorszy od obelg był tembr jej skrzeczącego głosu, momentami raniącego wręcz uszy, zaś samo zdanie mogło mało kogo obchodzić.
    Lekko podejrzliwym spojrzeniem łypnął w kierunku starszej kobiety, gdy ta wybroniła się kończącymi zapasami, i splótł ręce na wysokości klatki piersiowej. Nie brzmiało to wiarygodnie, jednak Cesar postanowił nie wtrącać swoich trzech groszy, skoro Vivian pokusiła się o dobitne zapewnienie kobiety, co do zakupów jajek w przyszłości. Zresztą, panna Amondhall pewnie nie byłaby do końca zadowolona, gdyby wioskę obiegła plotka, że w jej obronie musiał stanąć ktoś tutejszy – zwłaszcza Cesar Caderon – bo sama nie była w stanie dać sobie rady. Wiadomo, że ludzie przekręcą sytuację sprzed chwili na milion sposobów, co koniec końców doprowadzi do utworzenia historii, która absolutnie nie miała miejsca. Dlatego, kiedy poczuł jak Vivian układa dłoń na jego ramieniu, mimochodem zerknął w jej stronę, podnosząc symbolicznie kącik ust i w potwierdzeniu kiwając głową. Mogli iść, dyskusja nie miała tu żadnego sensu i nie zaowocowałaby bynajmniej niczym pożytecznym, a jedynie nadwyrężonymi nerwami. Już drgnął, obierając azymut w przeciwnym kierunku, gdy pani Flicker wspomniała o pakunkach i... Janet. Nie był głupi i wyczuł zamiary tęgiej gospodyni – znał również plany Janet, a chociaż nigdy nie dał jej nadziei na wspólną przyszłość, wiedział że tego właśnie chciała.
    — Coś wspominała, że Janet prosiła ją o napar ze skrzypu, mięty i lukrecji — odrzekł krótko, spoglądając w ułamku sekundy na zegarek, by zorientować się co do aktualnej godziny. — A zajrzy do pani po pakunki tak, jak zawsze, gdy będzie szła na pocztę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, słyszał że Janet jest chora, bo matka mimochodem mu o tym napomknęła, tak samo jak o Solane, która miała wykonać dla niej dzbanek, bo ten co miała to przypadkowo strąciła, czy o Ethanie, zmagającym się z chorobą matki. Zawsze raczyła go niewielką ilością świeżych, typowo kobiecych nowinek, ilekroć zaglądał w progi rodzinnego domostwa, więc po prostu wiedział to i owo. Choć w ustach pani Flicker wybrzmiało to tak, jakby Cesar miał co najmniej paść na kolana i prosić Boga o zdrowie dla rudowłosej niewiasty, będącej jego przyszłą żoną... W snach zarówno Janet jak i starej gospodyni.
      — Bo my — zerknął na moment na Viv, skrywając w ustach dyskretny uśmiech — i tak zmierzamy w zupełnie innym kierunku.
      Założył dłoń za plecy jasnowłosej, tworząc coś na kształt objęcia.
      — A, i proszę następnym razem pamiętać o jajkach dla pani Margaret i Vivian, a jeśli stanowi to problem, może po prostu odłożyć pani jeden mendel więcej dla nas. Do widzenia.
      Na odchodne skinął symbolicznie głową. Cóż więcej miałby dodać?

      Usuń
  47. Plotki były naturalną częścią tutejszej społeczności i żaden, nawet najskuteczniejszy w wielkim świecie sposób, nie był w stanie wyplenić tego brzydkiego nawyku tworzenia poczty pantoflowej, ilekroć nadarzy się ku temu pretekst. A nadarzał się co chwila, bo bajki za pomocą ust starszych babć, powstawały dosłownie z niczego. I Cesar nawet się nie łudził, że pani Flicker za chwile o tym zapomni, bo efekt będzie zupełnie odwrotny – ona dopiero da znać reszcie, jak to naprawdę było, gdy odwiedziła go wielka dama z Vancouver, Vivian Amondhall. I oczywiście, że będą tematem numer jeden, ale... Calderon, szczerze mówiąc, miał to w głębokim poważaniu; bo żeby to było czymś nowym. Akurat Vivian była idealnym tematem do tworzenia różnych historii, dlatego że w oczach tubylców jawiła się jako córka marnotrawna, choć nikt nie zauważał, że w tym wszystkim pomagała swej matce w potrzebie – wcześniej przecież wyjechała, a to wystarczyło, by siać w jej stronę bezwzględny lincz. Złe uczynki zawsze były bardziej zauważane, niż te dobre.
    Na słowa Vivian, Cesar roześmiał się wyraźnie. Może i był w tym jakiś ułamek prawdy, ale nie sądził, by całe miasteczko żywiło do niej uraz za opuszczenie starych śmieci. Przecież były tutaj też rodziny, których latorośle wyjechały w siną dal, więc doskonale rozumieli gonitwę za marzeniami i chęć wyrwania się.
    — No, embargo na ryby raczej Ci nie grozi — na moment skrzyżował spojrzenie z Vivian, po czym uniósł usta w wesołym uśmiechu. — Ale całej reszcie już tak — dopowiedział, odnośnie ewentualnych problemów, wynikających z towarzystwa Vivian.
    Calderonowie z pewnością odczuliby spadek sprzedaży ryb, ale Cesar nie sądził, że kiedykolwiek dojdzie do takich sytuacji, z jakimi na starych włościach musiała zmagać się po latach jasnowłosa. Ludzie się znali, każdy dbał o swoje interesy – Cesar korzystał z usług tutejszych fachowców na zasadzie handlu wymiennego, czy też opłaty, dlatego strata kluczowego klienta nie byłaby im na rękę. A przecież gdzieś musiał zaopatrzyć się w rzeczy do renowacji kutrów, dlatego robił to u tutejszego stolarza, u tutejszego elektryka i w tych rejonach. Zupełnie jak Amanda, która przez te wszystkie lata miała idealne układy na wciskanie mieszkańcom syropu klonowego, w zamian za ich dobrobyt.
    Gdy zeszli z ciekawskich par oczu, Cesar zsunął z pleców Vivian dłoń i wsunął ją wraz z drugą do kieszeni jeansów. Pytanie o Janet nieco go zaskoczyło, co zresztą można było przez ułamek sekundy dostrzec na jego twarzy. Mógł, ale nie spodziewał się go, bo Janet w jego życiu występowała okazyjnie – przynajmniej według niego, bo sama pewnie nazywała ich pogawędki w porcie randką, albo czymkolwiek innym. Zresztą, doszły go kiedyś słuchy, że rudowłosa pokusiła się pewnego razu o pochwalenie się spotkaniem... które w realnym świecie nawet się nie odbyło. Cesar doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Janet zabiegała o jego względy, dobrze wiedząc, że ich nie zdobędzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie liczyła na a niech już będzie i związek przez zasiedzenie, ale Calderon musiałby się porządnie uderzyć w głowę, by zgodzić się na taki układ. Jemu nie było to po prostu potrzebne, co także przekazał rudowłosej, gdy po miejskiej imprezie doszło między nimi do chwilowego zbliżenia.
      — Te kontakty są takie, jakie były wcześniej – parę lat temu, czy dekadę temu — wzruszył ramionami, nie wiedząc jak właściwie określić, czy zaszufladkować ich relację. Ona była taka, jak z każdym innym w tej wiosce. — Janet pracuje w sklepie rybnym w porcie, często więc... Zawraca mi głowę, za to ja nieczęsto mam czas. To chyba nic nowego.
      Zawracanie głowy to chyba najlepsze określenie na to, co ruda wyprawiała, ilekroć miała przerwę, a Cesar był gdzieś w pobliżu. Niemniej jednak, Calderon spojrzał na Vivian by sprawdzić, czy ta odpowiedź ją satysfakcjonuje.
      — Nie wiem, co u niej — dodał znacząco, wracając spojrzeniem na mijane konary liściastych drzew. W kącikach jego ust skrywał się nieco ubawiony uśmiech. Vivian była wyjątkowo urocza, próbując dyskretnie o coś podpytać.

      ♥♥♥

      Usuń
  48. Niechęć Janet do Vivian i Vivian do Janet była oddzielnym rozdziałem, który po dziś dzień nie doczekał się własnego zakończenia. W tych wszystkich niesnaskach głównym powodem był Cesar, który stał się obiektem pożądania jeszcze w czasach nastoletnich, dawno minionych z wiatrem. Zdawało się, że gdy dokona wyboru, to jedna ze stron odpuści, znajdując za jakiś czas odpowiednią drugą połówkę, jednak Janet zaczęła być stokroć bardziej zaborcza, niż przedtem. To wprawdzie nic dziwnego – widząc ich, trzymających się oficjalnie za rękę, zazdrość zżerała ją od środka. To uczucie było jednak tak wielkie, że utworzyło wokół rudej mur, skutecznie odgradzający ją od ewentualnych adoratorów. A ci się pojawiali, wszak Calderon nie był jedynym facetem we wiosce; wielokrotnie był natomiast świadkiem zalotów, których ofiarą była Janet, ale właśnie może dlatego, że Cesar zjawiał się niczym (według niej) obserwator, kobieta niezawodnie je od siebie odpychała. Szczególnie w tym okresie, gdy Vivian układała sobie życie w Vancouver, on zaś powrócił z wojska. Wtedy miała największe pole manewru, zważywszy na to, że Calderon był wolnym ptakiem, choć odrobinę trudnym do schwytania. Kobieta z pewnością liczyła na to, że Cesar sam wleci jej do klatki, aczkolwiek nigdy to nie nastąpiło, a odkąd Vivian pojawiła się z powrotem w Mount Cartier, wiadomym się stało, że już nie nastąpi. Prawdopodobnie dlatego pani Flicker pluła wobec panny Amondhall takim jadem – ta znów się pojawiła i znów zniszczy wszystkie plany, które w przyszłości miały przecież zaowocować.
    — Byłbym raczej w szoku, gdybyś zaczęła mówić o niej dobrze — przyznał, z uśmiechem zerkając na jasnowłosą. Przynajmniej od trzynastu lat nie słyszał niczego dobrego na temat Janet z ust Vivian (w tych dziesięciu nawet nie mógł), i w gruncie rzeczy wcale mu to nie przeszkadzało, bo rudowłosej brakowało niekiedy piątej klepki. Bywała na tyle męcząca, że sam zaczynał przeklinać jej obecność w porcie – początkowo szczególnie go irytowała, dlatego że to Vivian zawsze czekała na dechach pomostu, gdy załoga zbliżała się do mety, i do tego był nadzwyczaj przyzwyczajony, a nie do stojącej na nim rudowłosej panny. Ale na pewne rzeczy nie mógł mieć wpływu, nie zarządzał bowiem portem, by mógł zatrudnić w sklepie zupełnie inną osobę, jednak w końcu się do tego przyzwyczaił, nawet jeśli niekoniecznie mu się to podobało.
    Droga Cesara i Vivian nie trwała długo, jako że od chatki państwa Amodhall nie dzieliła ich duża odległość. To wolny – albo i ślimaczy – spacer pozwolił im wydłużyć odrobinę dotarcie pod same drzwi, gdzie znów przyszło im się pożegnać, choć nie na długo, zważywszy na mały metraż wioski i częste mijanie się w jej progach. Cesar poprosił jeszcze Vivian, by przekazała Margaret pozdrowienia od Calderonów i zaproszenie na kawę, z czego Amanda z pewnością się ucieszy, a później zniknął za ogrodzeniem ich włości, kierując się w tylko sobie znane strony. Chciał dokończyć swój mini remont, który rozpoczął w kuchni, dlatego to w niej zaszył się w końcówce tego dnia i w całym następnym. A przynajmniej do momentu, gdy nie odwiedził go Patrick.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ognisku zupełnie zapomniał, choć kiedyś odliczałby dni i minuty do spędzenia radosnych chwil w gronie przyjaciół i... właściwie całej wioski, bo była to impreza organizowana dla wszystkich. Gdyby dziś nie odwiedził go stary, dobry kumpel, prawdopodobnie nawet by nie wiedział, że kilkaset metrów dalej, ludzie zajadają się smacznymi piankami i szaszłykami, dobrze się przy tym bawiąc. Umówili się więc na konkretną godzinę, albowiem po dwudziestej, i kiedy Patrick zaszedł po niego ponownie, obaj ruszyli w kierunku skaczących iskierek, ciepłego żaru i ludzi, stojących tuż nad linią brzegową jeziora Roedeark, albo siedzących na niewysokich pieńkach wokół żywych płomieni. Na ich twarzach odbijał się blask ciepłego światła; ktoś brzdąkał na gitarze radosną melodię, a kilka osób próbowało się do tego kołysać. Panowała naprawdę przyjemna atmosfera, w której co rusz niósł się echem śmiech mieszkańców. Gwieździste niebo było tej nocy bardzo widoczne; srebrny księżyc w kształcie rogala, odbijał się w lustrze drgającego się zwiewnie jeziora. Jakaś para siedziała na pomoście, choć ciężko było dostrzec, któż to taki – możliwe, że dwie koleżanki, z tej odległości trudne do zidentyfikowania. Patrick zdążył jednak zmienić zdanie i pociągnąć Cesara najpierw w kierunku beczki z piwem – wciąż był niezdecydowanym dwudziestopięciolatkiem, który przyjechał na wakacje w rodzinne strony, szukając zapewne szczęścia w miłości. Tam panowie otrzymali kufel mocnego piwa z dekorującą go na szczycie, smaczną, piwną pianką.
      Rozejrzawszy się pokrótce, ruszyli na lekkie rozpoznanie terenu.


      Usuń
  49. [ W takim razie chyba dobrze dopasowałam zdjęcie, co z kolei bardzo mnie cieszy. Trochę zbierała w sobie tę siłę, ale w końcu się jej udało, zobaczymy jak poradzi sobie dalej.
    Co do imienia - jak dla niej zbyt dostojne, dodatkowo mąż tak się do niej zwracał (zabije mnie, że wyjawiam jej sekrety! :D)
    Dziękuję za miłe słowa i mam nadzieję, że Polly jakoś się tutaj odnajdzie :)
    Z kolei co do Twojej postaci - karty w takiej formie przypominają mi stare czasy (choć nie jestem pewna, czy faktycznie kiedyś się takie pisało). Vivian wdała się w mamuśkę? Udało się jej zadomowić w Mount Cartier, czy dalej je przeklina?
    Oczywiście, jeśli masz ochotę to zapraszam na jakiś wątek. Może uda nam się coś ciekawego wymyślić :) ]

    OdpowiedzUsuń
  50. [ To faktycznie warto by było wprowadzić jakieś nowe elementy, choćby po to żebym mogła się trochę zorientować co i jak ;)
    Ja też jestem jeszcze z czasów onetu. Jestem jeszcze z czasów pisania w gwiazdkach! I tego, gdy każdy pisał pierwszy post, coś właśnie w stylu Twojej karty... Ach, stare dobre czasy.
    No tak, nie zwróciłam uwagi na różnicę wieku. Ale jeszcze nie zdecydowałam, gdzie mieszkała Polly z mężem, więc może być i Vancouver (tyle, że niech to będą 3 lata). V. mogłaby być znajomą męża P., albo coś w tym stylu. I jeśli uważasz, że ich charaktery by do siebie pasowały, mogłyby się tak luźno przyjaźnić (raz spotkania co drugi dzień, później miesięczna przerwa). Nie wiedziałyby o swoich korzeniach w MC, ani zbyt wiele o swojej przeszłości. Spotkałyby się tutaj i na początku by się nie poznały bez tego miejskiego stylu (a już na pewno Polly się zmieniła - zero makijażu, jakieś luźne ciuchy, szeroki uśmiech, zamiast szminki, ładnej fryzury i obcisłej spódniczki). Oczywiście, Vivian jako jedyna w miasteczku wiedziałaby, że Polly ma męża. Możemy też iść w stronę nienawiści...
    Mam nadzieję, że coś zrozumiałaś z tego komentarza i nie jest zbyt chaotyczny, ale łóżko mnie już wzywa :D ]

    OdpowiedzUsuń
  51. Nie żałował, że zdecydował się wziąć udział w ognisku. Podczas rozpoznania terenu natrafili z Patrickiem na wielu znajomych – niektórzy już nieco podpici, a inni dopiero szukający zabawy, wśród tańczących na plaży ludzi. Na twarzach zgromadzonych gościł uśmiech, i właśnie w takich chwilach można było zauważyć, że pomimo braku udogodnień z wielkich miast; pomimo braku luksusowych apartamentów, basenu z ciepłą wodą, czy parkietu za milion dolarów i kuli dyskotekowej, tutejsi obywatele byli naprawdę szczęśliwi. Mieli bowiem naturę, spokój i siebie, a tego typu wydarzenia zwykły jednoczyć mieszkańców Mount Cartier.
    Dlatego piwo w zatrważająco szybkim tempie uciekało z kufli, a Patrick w zatrważająco szybkim tempie na nowo je uzupełniał. Gdy stali w kilkuosobowej grupie znajomych, Cesar wdał się w rozmowę z kolegą po fachu, natomiast jego przyjaciel usilnie starał się rozśmieszyć dziewczynę, która w pewnym momencie przeraziła się jego żartami i stanęła z drugiej strony dla zwiększenia własnego bezpieczeństwa. Moment później pojawiła się Janet, która uwiesiła się na ramieniu Calderona; zapach jej perfum uderzył w niego z wyjątkową siłą, odrobinę drażniąc nos – wcale by się nie zdziwił, gdyby wylała na siebie całą fiolkę jaśminowego pachnidła. Ruda przywitawszy się, oznajmiła, że skoczy tylko po coś do picia i zaraz wróci – Patrick poruszył charakterystycznie brwiami w stronę Cesara, a ten wywrócił wymownie oczyma na uwagę kolegi. Powiedział mu dyskretnie, że Janet jest wolna i szturchnął zachęcająco, a w odpowiedzi usłyszał: to przynieś mi jeszcze jedno, a spróbuję, i wcisnął w jego łapy kufel.
    Calderon początkowo myślał, że się przesłyszał, ale Patrick rzeczywiście wyglądał poważnie, dlatego nie czekając dłużej, ruszył w stronę prowizorycznego baru, by przynieść przyjacielowi płynną odwagę. Chciało mu się trochę śmiać, bo podejrzewał że Janet z impetem odrzuci jego zaloty, ale mimo wszystko starał się zachować powagę i nie parsknąć śmiechem.
    W drodze po alkohol dopił swoje piwo i sprawnie omijał ludzi, a przynajmniej do pewnego momentu, bo zderzenie z drobną sylwetką było tak nagłe, że przez moment nie wiedział co się dzieje. Gdyby miał pełny kufel, zapewne musiałby zmienić górną część garderoby.
    — Ze mną wszystko porządku! — Zapewnił szybko, upewniwszy się, że potrącona niewiasta jest cała, i dopiero kiedy wypowiedział słowa, zza jasnych kosmyków włosów ukazała mu się twarz panny Amondhall. Zerknął kontrolnie na jej towarzysza i uniósł kącik ust w krótkim, ale wyraźnym uśmiechu.
    — Równie dobrze, to ja Ci mogę go przynosić — zauważył z lekkim rozbawieniem i zerknął na moment w w dół, na łydkę Vivian, by upewnić się, że nic więcej poza nią nie uległo zmoczeniu.
    Po części spodziewał się jej na ognisku, nie sądził jednak że w towarzystwie kolegi. W każdym razie wyglądała na radosną i beztroską, tak jak reszta imprezowiczów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wsunął na moment jeden z kufli pod ramię i podał rękę Jasonowi w geście przywitania, jako że wcześniej nie miał okazji.
      — I jak się bawicie? — Zapytał, szczerze ciekaw ich odpowiedzi. Wiedział, że dobrze, był natomiast ciekawy jak dobrze, bo chyba każdy obecny na ognisku nie czuł się w tym momencie źle. W końcu atmosfera była naprawdę świetna; ludzie bawili się zupełnie tak, jakby uleciały im wszystkie troski, i prawdopodobnie każdy chciał wykorzystać wieczór co do każdej jego minuty. Tak było również – szczególnie – w przypadku Patricka, oraz Cesara, który choć niue zachowywał się już jak zbuntowany nastolatek, to bawił się naprawdę dobrze. Już dawno nie miał okazji uczestniczyć w masowej imprezie, a ta była udana.

      Usuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.