Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
Wrzesień • 14°C
Jeśli ktoś myślał, że koniec wakacji przyniesie nam gwałtowne ochłodzenie, to czeka go spore rozczarowanie! Na horyzoncie ciągle widać częściej słońce niż deszcz, co w sumie jest trochę nietypowe jak na nasze miasteczko, prawda? Ale jeszcze nie panikujmy, zimnolubni na pewno niedługo będę mogli się cieszyć z gwałtownego spadku temperatury i ciężkich opadów białego puchu... tak, tak, moi drodzy, już za chwilę powróci do nas zimowa aura, która jak zawsze będzie nam towarzyszyć przez kolejnych osiem miesięcy. Zdążycie jeszcze zatęsknić za tymi zielonymi trawnikami! Jako Wasza ulubiona pogodynka jestem tego stuprocentowo pewna.

31.12.2015

Home, sweet home


Scott Finlay

38 lat pracownik poczty stary kawaler

Pewnego dnia po prostu wstał. Minął tę dębową ławę. Wiesz, tę starą... co strugał przed laty w garażu. Tę, co stoi koło paleniska, gdzie języki ognia, przeplatane w warkocz, ocieplają kwadrat swojskich, grubych ścian. Minął filiżankę, zimną na blacie, już wpół pustą. Z wieczora po kawie. Minął. I nie zauważył. Przed lustrem — wyciskając miligramy granulatu — zasypał pory ostrą miętą, otulił lico pod puchem biało-perlistego kremu do golenia, długo jeszcze pachnącego świeżością. Patrząc w odbicie. W przelocie ujmując przystojną twarz. W ślad za śladem krocząc ostrożnie za ciętym ostrzem brzytwy, bo to tradycyjnie. Oczy? Z precyzją zwieszając na podbródek, dłonią ciepłą wolno i wprawnie naciągając skórę. Cierpliwie. W łazience dla ciszy. Dla skupienia — w samotności.

Pewnego dnia wstał. I zauważył. Przed lustrem. Oczy samotności.

( 91 )

  1. [Pomijając te przeurocze bokserki, to karta... Cóż, często przez ten Twój niecodzienny styl nie wiedziałam czy dam radę poprowadzić wątek z Twoją postacią. Teraz nie jest inaczej, Solane daleko w tyle za Scottem jest, ale trudno.
    Co prawda czekam na ten obiecany wątek z Declanem, ale muszę powiedzieć, że to co tam napisałaś jest świetne. Smutne, ale świetne w swojej prostocie słów i niebanalnym dobraniu ich do siebie.
    Tyle z tych pochwał, a teraz... przyznaj się, że to zdjęcie Cię skusiło na drugą postać. xD]

    nie wie co tu robi, ale Sol

    OdpowiedzUsuń
  2. [On i Mike to koledzy z pracy, wiec możemy pokombinować z wątkiem. Chwalę kartę, bo fajna, a witać nie będę, bo nie wypada :D]

    Mike Havoc

    OdpowiedzUsuń
  3. < i> Och, och bo się zawsty­dzam! Cie­sze się, że spo­strze­gasz ją tak, a nie ina­czej. Zale­żało mi na takiej opi­nii. Co do zacze­pie­nia, to jak naj­bar­dziej zapra­szam z otwar­tymi ramio­nami. Powiedz mi tylko, czy Jess mogłaby być osobą, która swo­jego czasu namie­szała w jego prze­szło­ści?< /i>

    OdpowiedzUsuń
  4. [Precyzyjność (z reguły odbijająca się potem na długości), o której piszesz, kosztowała mnie dwa dni ślęczenia nad tak krótkim tekstem, morderczej walki z każdym słowem i w efekcie niemalże zdołałam nauczyć się tej karty na pamięć. A i tak publikując nie byłam pewna, czy inni autorzy odczytają Mysie tak, jakbym chciała (co niestety po części się potwierdziło). W zamyśle tym, co definiuje Ayers miała być ciekawość świata i odwaga na sięganie po to, czego pragnie. Figlarność wyszła trochę przypadkiem, trochę z konieczności i trzymała się jej głównie w czasach dzieciństwa. Teraz nieco spokorniała, nie bez powodu z taką lubością zaszywa się w lesie/górach, choć to wciąż ta sama dziewczyna, która nie dała sobie w kaszę dmuchać. W każdym razie mam nadzieję, że jej kreacją nie rozczaruję nikogo.
    Do Scotta obiecałam sobie przydreptać zaraz po publikacji, tylko o trochę normalniejszej porze, bo o pierwszej kiepsko mi się myśli, a nie lubię przychodzić zupełnie bez niczego, więc strasznie mi się mordka ucieszyła, jak zobaczyłam Twój komentarz. Przyznam, że mnie zaskoczyłaś nie licho, bo przywykłam raczej do mocniejszych charakterów w Twoim wydaniu. Z tej karty wyziera straszny spokój i smutek (rezygnacja?). W pewnym momencie nawet odniosłam wrażenie, że ten stary kawaler jest już niejako pogodzony ze swoim losem i samotnością, co jest w gruncie rzeczy przykre. Nie wiem, co to za kobity w MC, że mu żadna jeszcze obrączki na palec nie wcisnęła i nie wypełniła sobą nadmiaru jego samotności. Z największą przyjemnością przyjmiemy go w poczet rodziny, może jednak nie ucieknie od Mysie tak szybko i to jej udzieli się jego opanowanie? Ona naprawdę nie jest taka zła... Jest tylko jedno ale i nie wiem, jak Scott będzie podchodził do tej kwestii. Dziewczyna nie jest krwią z krwi Ayersów i nie wszystkim się to pewnie podobało. Jeszcze jako niemowlę została znaleziona w opuszczonym obozowisku w lesie gdzieś pod górą, z racji braku rodziców strażak, który ją wtedy znalazł, razem z żoną postanowił ją zaadoptować i dać ciepły, kochający kąt. Nie będę się teraz nad tym rozwodzić, bo mam zamiar w niedługim czasie publikować notkę, w której wyjaśnię tę sprawę, chodzi o to, czy Tobie ten szczegół nie będzie przeszkadzał w realizacji pomysłu z kuzynostwem. Finlayowi wcale podobać się nie musi, ważne, czy Ty nie masz nic przeciwko. Bo jeśli nie, to muszę ostrzec, że nawet Scott nie wykręciłby się od rodzinnych uroczystości, a już na pewno nie od dorocznego grilla, na który zawsze spraszani się wszyscy członkowie rodziny, grupa najbliższych przyjaciół i obowiązkowo cała strażacka remiza. Na nieszczęście bruneta w mojej głowie Ayersowie to wybitnie zżyte grono ludzi i ich niesamowicie troskliwa szyja, Edith nie pozwoliłaby mu na zbyt długie cieszenie się samotnością. Tak więc jeśli przyjmujesz tę rodzinę z całym pakietem przyjemności, jakie się z nią wiążą, to pozostanie nam tylko pomyśleć nad jakimś wątkiem. Być może trochę banalnie, ale póki co do głowy wpadły mi trzy opcje:
    A). Edith ma już swoje lata, więc na pewno nie dałaby rady brnąć przez śniegi i zawieruchę na drugi koniec miasta do Scotta, więc o ile kiedyś pewnie robiła to sama, teraz wysyła do niego z jagodowym plackiem którąś ze swoich pociech. Z Royem, najstarszym z rodzeństwa, to by się pewnie Twój kawaler świetnie dogadał, bo on też samotny i na pewno nie zapomniałby zabrać ze sobą coś do popicia tego ciasta. Ale na potrzeby wątku załóżmy, że tym razem nie mógł tego zrobić i matka wysłała Mysie, zapewne absolutnie przeszczęśliwą.
    B). Właśnie rodzinny obiad w domu Ayersów. Scott nie mógł się wykręcić, więc zaszył się w jakiejś sypialni na piętrze, tak samo jak Mysie, szukająca oddechu od wścibskich ciotek i kuchennego zamieszania, w który jakimś cudem została wciągnięta, choć chyba nietrudno się domyślić, że raczej mistrzem chochli nie jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. C). Wracającej wieczorem z Churchill Mysie nagle wyskakuje na drogę wystraszona łania czy jakiekolwiek inne zwierzę, które dziewczyna stara się ominąć, co skutkuje spotkaniem z przydrożnym słupem czy drzewem. Raczej mało groźnym, bo nie chce jej przecież n dzień dobry dobijać, ale samochód nie chce odpalić, ona z rozciętym czołem zostaje sama pośrodku niczego, a ja po cichu liczę, że Finlay nie zostawiłby kuzynki w takiej sytuacji. O ile w ogóle miałby powód, żeby znajdować się wtedy na drodze do miasta.
      Nie wiem, czy coś z powyższych pomysłów się nada, w razie czego jestem otwarta na wszelkie inne pomysły czy modyfikacje.]

      Mysie

      Usuń
  5. [ Żyję, żyję :) Pomysł mi się podoba. Masz jakiś pomysł, żeby rozpocząć wątek? Chętnie zacznę, chyba że myślimy razem. ]

    Madison Ashton

    OdpowiedzUsuń



  6. Błędy. Popełnia je każdy z nas. Większe, mniejsze, nieważne jakie. Nawet ten najbardziej błahy ma swoje znaczenie i wpływ na naszą przyszłość. Każda zła decyzja powinna być lekcją z której będziemy potrafili wyciągnąć wnioski. Jedno jest pewne. Każde nasze potknięcie, każda porażka kształtuje nasz charakter. Może właśnie dzięki nim zauważamy rzeczy, które ulegały ciągłemu przeoczeniu? Może właśnie dzięki temu jesteśmy w stanie docenić to, co mamy?
    Gdyby cztery lata temu ktoś powiedział, że wróci do rodzinnych stron z podkulonym ogonem nie uwierzyłaby. Ba, wręcz wyśmiałaby tego kogoś uparcie utrzymując, że złapała Pana Boga za nogi. Przecież była tak wielce zakochana, a mężczyzna którego spotkała na swojej drodze przypominał wręcz wyśniony ideał niejednej kobiety. Przystojny, inteligenty, bogaty, posiadający własną firmę, przepiękne auto i duże mieszkanie w Bostonie. Czego chcieć więcej? No właśnie.
    To właśnie przy nim zapomniała o tym kim naprawdę jest i jakie wartości posiada. Luksus przyćmił wszystko. Przede wszystkim chłopaka w którym była zakochana na zabój. Chęć życia w dostatku, jak i wyrwania się z dziury zwanej Mount Cartier była silniejsza od wszystkiego. Taka szansa nie zdarzała się co chwilę, a ona miała to właśnie na wyciągnięcie ręki. Skorzystała? Oczywiście. Materializm zwyciężył. Bez względu na wszystko.
    Szybka przeprowadzka, zaręczyny na biegu i ślub. Ślub, który z biegiem czasu okazał się ogromną pomyłką. Kevin Archer nie był już chodzącym ideałem, a tyranem który traktował ją niczym służącą. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Kłótnie, łzy, czasem między nimi dochodziło nawet do rękoczynów. Jak długo tak mogła żyć? Rok, dwa, trzy? Wytrzymała cztery. Cztery lata upokorzeń, nieprzespanych nocy, szlochania w poduszkę. Na własne życzenie.
    Dostając tak porządnego kopa od życia, zrozumiała że pieniądze to nie wszystko. Nimi nie da się kupić człowieka. Ona niestety się sprzedała. Niczym niejedna tania dziwka.
    Stojąc przed lustrem ostatni raz przeciągnęła krwistoczerwoną szminką po swoich wydatnych, lekko spierzchniętych ustach. Odstawiając szminkę westchnęła cicho zerkając na swoje odbicie. Nie miała ochoty nigdzie wychodzić. Żaden babski wieczór był jej teraz w głowie. Najchętniej zaszyłaby się w swoich czterech ścianach, owinęła kocem i wzięła za cholerny artykuł, którego od dwóch dni nie mogła skończyć. Niestety przyjaciółki nie dawały za wygraną. Jak widać przyjazdu w rodzinne strony nie mogła utrzymać długo w tajemnicy. Tym właśnie charakteryzowało się życie w małym miasteczku. Prędzej, czy później wszystko wychodziło na jaw. Dosłownie wszystko. Z drugiej strony wiedziała, że tego potrzebuje. W końcu trochę rozrywki nikomu w życiu jeszcze nie zaszkodziło. Zasługiwała na to. By chociaż na chwilę odciąć się od sprawy rozwodowej i innych nieprzyjemnych spraw związanych z jej małżeństwem. Na szczęście już niedługo byłym.
    Bar jak co weekend był wypełniony po brzegi. Brzdęk szkła, głośne rozmowy i muzyka. Muzyka, która wręcz wszystkich porywała do tańca. Popijając kolejnego drinka w towarzystwie swoich najbliższych przyjaciółek po raz pierwszy od dawna poczuła się dobrze. Wina alkoholu? Wszystko jedno. Nie dbała o to ile wypije. Nawet, jeżeli nazajutrz miała umierać i być cały dzień przyklejona do butelki wody.
    Ostawiając pustą szklankę na stolik pozwoliła oddać się dźwiękom muzyki dobiegającym z głośników. Idąc w stronę parkietu nawet nie zwróciła uwagi na to, że po drodze kogoś potrąciła. Rzucając krótkie przepraszam z uśmiechem na ustach zerknęła w stronę jej ofiary. Zatrzymując swój wzrok na twarzy mężczyzny zamarła. W owej chwili wszystkie wspomnienia związane z tym człowiekiem uderzyły w nią z podwojoną siłą.
    - Scott.- Wargi dziewczyny powoli zaczęły składać owe imię. Był. Stał przed nią najwyraźniej równie zdezorientowany, co ona. Jej Scott. Po tylu latach w końcu mogła go spotkać.


    Nie bij ;< Dawno nie prowadziłam wątków. Poprawię się, obiecuję!

    OdpowiedzUsuń
  7. [Kiedyś musiałam Cię przecież zaskoczyć ♥]/Harvey

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Odpowiada mi każda opcja chociaż najbliżej mi do pierwszej propozycji. Boję się jednak, że taki wątek szybko by się skończył, bo przecież nie będą naprawiać drzwi w nieskończoność. Chyba że przyjmiemy naprawianie drzwi jako punkt wyjścia, a potem pozwolimy sobie na dowolność? Chętnie zacznę, jak tylko uporam się z odpisami :) ]

    Madison Ashton

    OdpowiedzUsuń
  9. [Mike to już w ogóle ma dwie lewę ręce do taki rzeczy, więc pewnie przy jego zdolnościach artystycznych to i połowa instalizacji może pójść do gruntownego remontu, gdy zacznie wkładać swoje łapy tam gdzie nie powinien i skończy się na potrzebie ewakuacji, bo oczywiście na końcu okaże się, że przez ch*** pogodę hydraulik nie ma szans dotrzeć szybko do urzędu pocztowego.]

    Mike Havoc

    OdpowiedzUsuń
  10. Spokojnie, nie ginę! Najwyżej za uszy powyciągam za takie zwlekanie z odpisem i tyle będzie!
    A tak na poważnie, nie martw się. Sama mam ostatnio dość pracowity okres, więc.. ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nigdy nie potrzebowała specjalnej zachęty, ani odkładanych od kilku dni, rosnących nieznośnie pokładów zmęczenia, aby przespać kilkanaście godzin i być dalej niewyspaną. Ostatnio dość rzadko mogła oglądać z okna światło dnia. Ona nie była tylko śpiochem, który tak po prostu lubi sobie pospać do dwunastej. Była tym drugim gatunkiem, gatunkiem leżącym w łóżku tak długo, jak tylko się dało. Pracować mogła przecież w nocy. Kilka minionych tygodni tak właśnie wyglądało. W jej porządek dnia wstąpił chaos i gdzieś jej się przestawiły godziny spania i aktywnego spędzania dnia. Za oknem czekał ją tylko ten trzaskający mróz, przemoczone buty i zmarznięte kończyny. Kto więc opuszczał swoje ciepłe gniazdko, gdy nie musiał tego robić? Stała się ostatnio prawdziwym domatorem, a liczba wypijanych dziennie herbat już dawno przestała być jednocyfrowa. Miała całkiem spory zapas drewna, a z każdych zakupów wracała obładowana siatami. I tym sposobem bez większych przeszkód mogła chować się w domku i w pobliżu pulsującego ciepłem kominka tworzyć swoje zabawki.
    Obiecała sobie ostatnio, że wyjdzie trochę do ludzi, odnowi dawne znajomości, ale ostatecznie nic z tym nie zrobiła. Gdzieś w środku towarzyszyło jej kapryśne uczucie, że oni nie chcą, aby ona z nimi rozmawiała. Tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, jaki chaos w jej głowie powstawał powolutku w ciągu ostatnich kilku lat. Skupiona była więc na swoim zajęciu i tak naprawdę siedziała sama. Od czasu do czasu ktoś wpadał, albo ona w końcu wychodziła, aby dostarczyć zabawki, albo odebrać paczki z materiałami, które… no właśnie, których miało do niej w niedługim czasie dotrzeć całkiem sporo. Po świętach bożonarodzeniowych jej zapas gdzieś zniknął, a szuflady zaczynały tęsknić za mięciutkimi, pluszowymi kolorowymi skrawkami. Jednak niektóre przesyłki potrafiły wędrować miesiącami, a więc spodziewała się, że jeszcze trochę poczeka.
    Zdawało jej się, że pukanie to tylko jakieś złudzenie. Nikt normalny przecież nie wybrałby się w odwiedziny przy takich opadach – nie wspominając nawet o przeszywającym mrozie. Wstała jednak i podeszła do drzwi, owijając się wcześniej szczelniej swetrem. Niemal natychmiast zimny powiew sprowadził nieprzyjemny dreszcz. Jeszcze bardziej dotkliwie okazało się jednak jej zdziwienie. W pierwszej chwili nie poznała tego śniegowego przybysza i dopiero paczuszka przy jej stopach i cała masa innych, zbieranych z werandy lub chowających się w dłoniach mężczyzny naprowadziły ją na to trop. To przecież Scott. Wyglądał koszmarnie, jakby wracał właśnie z Antarktydy. Czerwony nos, białe, wilgotne włosy i rumiane policzki, a do tego wszystkiego to spojrzenie, które wręcz wołało wpuść mnie!. Zebrała z podłogi samotna paczkę i pociągnęła go do środka. Gdy drzwi się zamknęły, śnieg przestał nieproszony wkradać się do jej ciepłego domku.
    - Czy ty się na pewno dobrze czujesz? – zapytała, przyglądając się mu dokładnie. Jeszcze trochę, a skończyłby jako bałwan, którego nawet teraz mocno przypominał. – Nie musiałeś przecież przynosić mi tego wszystkiego, a już na pewno nie w taką pogodę – powiedziała, zbierając śnieg z jego fascynującej fryzury. Pokazała mu zaraz zawartość dłoni , po czym otrzepała ją. Nie mogła się spodziewać, że ktokolwiek w taką pogodę postanowi złożyć jej wizytę, ale nie wyobrażała sobie, aby tak po prostu pozostawić go samego na mrozie. W końcu dostarczył jej pocztę, choć wcale nie musiał. – Rozgość się, a ja pójdę zrobić herbatę – Uśmiechnęła się jeszcze, bo tak naprawdę nie była ani trochę zła. Nie do końca rozumiała, dlaczego zdecydował się do niej przyjść, ale to było naprawdę miłe.
    Poszła do kuchni i wstawiła wodę. Biedak potrzebował teraz ciepłego legowiska przed kominkiem.


    Maya

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Nie ignoruje ludzi, zwłaszcza kiedy są ciekawi i mają fajne pomysły :) Powiem szczerze, że ten trzeci pomysł, chyba najbardziej do Dantego pasuje :) Jeśli ci to również odpowiada, to mogę zacząć ;) ]

    Dante Riddle

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie znosił zimna. Mimo, że padający powoli śnieg wyglądał pięknie i majestatycznie, kołysząc się na wietrze, przyprawiał go o drżenie. Mimo to, często wpatrywał się w jeden punkt, gdzieś daleko przed sobą, pozwalając swojemu ciału marznąć. Chłód potrafił wyciskać z oczu łzy, kiedy tak na poważnie zaatakował znienacka. Zatarł dłonie, starając się myśleć o czymś ciepłym i pozytywnym. Idąc w kierunku blżej sobie nie znanym, mijał ciekawych ludzi. Tubylców łatwo było poznać po butach na mocnej, gumowej i grubej podeszwie, ciepłych kurtkach i czapkach. Ci, którzy byli tu na wycieczce albo od niedawna, wciąż jeszcze mieli skrupuły by wyglądać modnie, gustownie. Jemu przeszło dwa dni wcześniej, kiedy uznał że piękny wełniany płaszcz, nie nadaje się na taką pogodę, przez co przemarzł do samych wnętrzności. Na zewnątrz nie pokazywał, że go to bawi. Jak on współczuł tym ofiarom mody, tuptającym w rajstopkach i butkach, rodem z paryskich wybiegów. Parsknął, widząc na ławce obściskującą się parę. Przez chwilę zastanawiał się nawet czy przypadkiem do siebie nie przymarzli. Chociaż mogło być gorzej. Mogli sobie przymarznąć do innych części ciała, a wtedy byłby wielki wstyd w szpitalu. Zachichotał pod nosem. Na prawdę, szczerze obawiał sie swojej wyobraźni. Zacisnął palce na obudowie aparatu. Zwykle nosił go przy sobie, zwłaszcza w takie dni jak te, kiedy majestat tego miasta wychodził na wierzch. Krążył po tej mieścinie raczej bez celu. Czasem udawało mu się znaleźć to czego chciał, ale zwykle wracał z niczym. To było najbardziej frustrujące. Wtedy miał prawdziwą ochotę by się spakować i wrócić tam gdzie jest ciepło. Śnieg padał coraz mocniej. Nie widział już nic przed sobą. Opatulił się bardziej szalikiem. Miał nadzieje, że idzie w dobrym kierunku. Zgubił poczucie kierunku, bo wszystko dookoła wyglądało tak samo, nieprzyjemnie, niedostępnie i złowrogo. Gdzieś z mgły, stworzonej przez miliony płatków śniegu, wyłoniło się auto. Wyraźnie widział światła, które zatrzymało się niedaleko. Właściwie dlaczego nie miałby skorzystać z okazji? Zbliżył się do samochodu, zajrzał do środka, ale nie dostrzegł kierowcy. Rozejrzał się, ale w tych warunkach i tak nic nie widział. Wzruszył ramionami i wsiadł na siedzenie pasażera. Nic nie tracił. W końcu chciał zapytać tylko o drogę, a przy okazji trochę się ogrzać i osłonić od wiatru ze śniegiem.

    Dante Riddle

    OdpowiedzUsuń
  14. [Ja sama jestem strasznym żółwim, mam w sobie tyle cierpliwości, ile trzeba do mnie (czyli czasami naprawdę duuużo), więc nie ma potrzeby się tak przejmować. Najważniejsze, że ostatecznie nie zginęłam w natłoku wątków. ;)
    Cieszę się, że całość przypadła do gustu i oczywiście jeśli chcesz zacząć, to ja się nie będę buntować... :D Ale nie czuj się do tego zobowiązana dlatego, że rzuciłam luźnym pomysłem. Mogę to zrobić (co zresztą byłoby chyba logiczniejsze, skoro inicjatywa spotkania wychodzi niejako od Mysie), będziesz musiała tylko trochę poczekać, bo zapewne pojawiłby się razem z innymi już po zakończonym urlopie. Także jak wolisz, nic na siłę. A bałagan dla Mysie to nie nowość, nie ma się co martwić, że ucieknie z krzykiem (i plackiem).
    Ciężko jest mi powiedzieć, czy ze sobą pisałyśmy, pamięć już nie ta co kiedyś, ale na paru blogach gdzieś razem siedziałyśmy. Ostatnio bodajże na HK, choć tam wątku na pewno nie miałyśmy. Ale możesz mnie kojarzyć z poprzedniego MC, nick miałam co prawda inny, ale mail ten sam, ponoć dość charakterystyczny. Autorka starej Madeline Mercer się z tej strony kłania. Zdaje mi się, że coś tam między Madi a Twoim Timem chyba nawet kombinowałyśmy, ale wątek nie doszedł do skutku.]

    Mysie

    OdpowiedzUsuń
  15. [No, właśnie i tu jest szkopuł. Muszę to napisać raz jeszcze, bo jego rodzina została zamordowana, gdy był na polowaniu. Bang. Z sąsiadowaniem z nim to na razie musi być ciekawie, bo najbliższy sąsiad pewnie trochę do niego ma.
    Twardy facet. Heh Tom Hardy w końcu, nieprawdaż? :D Jeszcze nie przeczytałam obu kart, więc na razie wstrzymuję się w wybieraniu. Niedługo się odezwę :) Dziękuję za powitanie!]

    Max

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Nie że nie zrozumiałaś. Ja źle napisałam, ale już poprawiłam :) No, przystojniacha z niego. Oooj, ale Max nie weźmie Scotta w góry, bo to jest JEGO samotnia xD Tak właśnie podejrzewałam, że o tą samotność chodziło. Myślę, że mogłybyśmy zrobić coś w ten deseń - Max zejdzie do miasta, by uzupełnić prowiant/posiedzieć przy whiskaczu/napełnić bak etc. i zwyczajnie Scott go zagada. Jeśli rodzice Scotta są z MC to nasze typki mogły się znać od małego. Urwał im się kontakt, ale jak Rockatansky zagląda do miasta, to Scottie zawsze go znajdzie. Pogadają, popiją, powspominają, może Scott pomarudzi. Coś jeszcze myśleć?]

      Usuń
    2. [Max może go potrącić jeszcze i dopiero wtedy się skuma, że to on XD Kurde. Nie chcę, żeby to było banalne, bo nie lubię takich rzeczy :/
      Spoko. Sama mam sesję. I to jeszcze 4 egzaminy zostały. W sumie 5 -_-]

      Usuń
  16. [Chciałam pójść do Twojego drugiego pana, ale go w linkach nie widzę, więc chyba się spóźniłam. Trudno. :)
    Bardzo się cieszę, że ktoś Dinę pamięta, tym bardziej, że sama się za nią stęskniłam i jak tylko zobaczyłam, że blog znowu działa, wiedziałam że muszę z nią wrócić. Na wątek jestem bardzo chętna, nawet może coś podrzucę, rozumiem że ze Scottem coś kombinować, tak?]

    Dina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Stop, cofam to. Tak, jestem taka genialna że nie ogarnęłam, że przez listę spis postaci się przesunął -.- No, w każdym razie, chciałam przyjść do Declana, ale już przyszłam do Scotta, więc jak Tobie pasuje, a ja coś wymyślę, o. Przepraszam za moje nieogarnięcie :D]

      Usuń
  17. Wyciskała cytrynę, przyglądając się niemal hipnotycznie, jak sok ścieka powoli do kubka z gorącą herbatą. Zwykle jej herbaty okazywały się potem naprawdę kwaśne, ale przyzwyczaiła się do takiego smaku (zdążyła go nawet pokochać), choć w przypadku gości bywało różnie. Scott będzie musiał polubić ten smak, albo chociaż spróbować udawać, że Majka parzy wyśmienitą herbatę. Rzadko kiedy ktoś udawał.
    Słyszała, jak wołał ją, ale najwyraźniej schowana w swoim ciepłym gniazdku dawno już przestawiła się na niedźwiedzi tryb i reagowała wolniej. Dopiero gdy wyrzucała wyciśnięte połówki cytryny i miała dodawać miodu, zjawił się w kuchni, a tym samym słyszała go jeszcze wyraźniej. Jakby korytarz mógł wcześniej kamuflować sprytnie wszystko to, co próbował przekazać.
    Popatrzyła na niego nieco zdziwionym wzorkiem. Był taki mokry, choć pozbył się już kurtki i butów. Zdawało jej się jednak, że woda wciąż z niego ścieka, choć zdecydowanie nie przypominał już bałwana. Zupełnie nie rozumiała, dlaczego się tak przejmował, to tylko trochę błota. I tak powinna w końcu umyć podłogi w całym domu, podczas gdy siedziała tylko z książką przed kominkiem albo plotła warkocze swoim lalkom. Dał jej dodatkowy powód, aby porzucić codzienne rutynowe przyjemnostki i zabrać się za wprowadzanie świeżości do domu.
    - Nie sprzątaj, powinieneś najpierw wypić herbatkę, potem pomyślimy, co zrobić dalej – odezwała się wreszcie, nie mając pojęcia, że mogło to zabrzmieć nieco podejrzanie. Nie miała nawet pod ręką mopa. No dobra, był w składziku pod schodami, ale naprawdę czułaby się dziwnie, gdyby przemarznięty facet, który w akcie dobrej woli przyniósł jej paczki prosto do domu, teraz mył jej podłogę. To nie był zbyt przyjazny obraz.
    I tak, po pierwszej herbatce przyjdzie kolej na kolejną. A może i gdzieś się znajdą ciasteczka? Chyba była trochę jak jej mali klienci. Żyła zwyczajami rodem z bajek. A może zatrzymała się gdzieś na etapie zabawek? Może dlatego wygoniło ją życie dorosłych, wolnych i wielkomiejskich studentów? Tu było dobrze, znajomo i bezpiecznie. Szkoda tylko, że nie dopuszczała do swojej świadomości tego, że tak naprawdę dni płyną wciąż w tym samym rytmie, a coś istotnego bardzo jej umyka.
    Nie umyka jej jednak ten upierdliwy wyraz twarzy, który niemalże bezgłośnie mówi jej, że Scott tak łatwo nie odpuści.
    - Mój mop postanowił mnie opuścić, więc nie patrz tak na mnie. – Podała mu ostrożnie gorący kubek. Tak, to był naprawdę bardzo pojemny kubek. – Chodźmy się ogrzać – rzuciła jeszcze, po czym przeszła do cieplutkiego salonu.
    Nic takiego, kominek, kanapa, stara lampa i mnóstwo porozrzucanych na dywanie materiałów, rozpoczętych zabawek, pośród których spostrzegawczy osobnik na pewno odnalazły okruszki. Cała Maja.
    - Więc… Scott, musiało Ci się naprawdę nudzić, że wylądowałeś u mnie z tymi paczkami. – Tak naprawdę wciąż jeszcze była zdziwiona tym wszystkim. Ludzie w Mount Cartier niejednokrotnie zaskakiwali ją życzliwością, ale za oknami była prawdziwa śnieżyca. Kto normalny postanawia udać się na wycieczkę?
    - Mam nadzieję, że szybko wyschniesz – palnęła jeszcze, naprawdę nie chcąc, aby ten przez to wszystko nabawił się jakiejś choroby. Nie oszukujmy się, Maja nie była okazem spontanicznego i rozgadanego rozmówcy.

    OdpowiedzUsuń
  18. Próbując przedrzeć się przez zasypane śniegiem ulice, utrzymać kaptur na głowie i jednocześnie nie wypuścić z rąk zakrytej czystą ściereczką aluminiowej tacki z jagodowym plackiem, Mysie klęła, na czym świat stoi. Śnieg zacinał jak opętany, wiatr gwizdał między budynkami, wokół ani żywej duszy, a ona brnęła uparcie w śniegu po kostki, choć jedyne, o czym marzyła, to ciepło jej własnego kominka i zapach przemoczonej psiej sierści roznoszący się po domu. Wbrew sobie i pogodzie mozolnie kroczyła w kierunku zupełnie przeciwnym niż jej rozum podpowiadał. A w imię czego to wszystko?
    ― … i weź jeszcze to, dla Scotta.
    ― Ale ja nie wybieram się do Scotta, mamo...

    Aha, akurat! Edith chciała, by ktoś z jej rodziny odwiedził kuzyna, skoro sama nie mogła tego zrobić. Nie miało najmniejszego znaczenia, czy ten ktoś miał to w planach, czy też nie. Celowo upiekła nadprogramowy placek i nie myślała ustąpić, choć chętnych na smakołyk na pewno nie zabrakłoby i w jej domu. Młodszy z jej synów, od trzydziestu lat zajmujący ten sam pokój na piętrze, pochłonąłby ciasto w mgnieniu oka, gdy tylko wróciłby z pracy, ale siwowłosa kobieta ani śniła mu na to pozwolić! Ten placek był dla Scotta. I ktoś musiał mu go zanieść. Wychowana w poczuciu szacunku i niewyobrażalnej wdzięczności dla rodziców Mysie nie umiała długo opierać się ciepłemu, pobłażliwemu uśmiechowi matki, z góry przekonanej o własnym zwycięstwie. Wystarczyło kilka jej słów i rozbawione, lekko drwiące, ale wciąż kochające spojrzenie ojca, żeby młoda kobieta porzuciła wszelką myśl o sprzeciwie i potulnie przyjęła ciasto przeznaczone dla kuzyna, z wymuszonym uśmiechem obiecując dostarczyć je niezwłocznie pod drzwi adresata. Choć żałowała tej chwili słabości jak mało czego w swoim życiu, rozumiała Edith. Była złotą kobietą, cudowną matką i niezastąpioną pomocną dłonią, o czym najdobitniej świadczył fakt, że nie zawahała się nawet sekundy, gdy jej mąż po raz pierwszy zaczął przebąkiwać o chęci adopcji niemowlaka porzuconego w leśnym obozowisku. Starała się otoczyć skrzydłami swojej dobroci i pamięci wszystkich potrzebujących. O bliższych i dalszych krewnych troszczyła się jak tylko mogła, nieustannie pielęgnując rodzinne więzi. Nie powinno więc nikogo dziwić, że i Scotta ― pozornie dorosłego i w pełni samodzielnego mężczyznę ― postanowiła otoczyć swoją opieką. Dla niej był dwa lata starszym od jej pierworodnego syna chłopcem, któremu nie raz przemywała zdarte kolana, a który teraz w jej odczuciu potrzebował zrozumienia i odrobiny obecności drugiego człowieka. Zupełnie bezinteresownie zamierzała mu to ofiarować, a jeśli nawet nie mogła tego zrobić osobiście, posyłała kogoś w zastępstwie. A pech chciał, że dziś pod ręką była akurat najmłodsza pociecha i zarazem jedyna córka Ayersów.
    Mysie nie kłopotała się pukaniem, kiedy wreszcie udało jej się przedostać przez śnieżycę i zaspy pod właściwe drzwi. Nie czuła najmniejszej potrzeby wyczekiwania na zewnątrz, aż ulubiony kuzyn wreszcie zwlecze się z kanapy i łaskawie postanowi jej otworzyć. Zawsze istniała przecież szansa, że nie zechce tego uczynić nawet mimo jedzeniowej łapówki, jaką ze sobą zabrała... tak więc wkroczenie do domu Scotta bez zaproszenia i ewentualne mierzenie się z jego niezadowoloną pogwałconą prywatnością w ostatecznym rozrachunku prezentowało się o niebo lepiej niż wizja odmrożenia sobie kilku palców. Ayers czuła, że jeśli postoi na tym mrozie jeszcze choćby kilka minut, to właśnie czeka jej kończyny, dlatego ignorując wszelkie wpajane jej w dzieciństwie zasady dobrego wychowania, skostniałą dłonią sięgnęła do klamki i przekroczyła próg, zatrzaskując za sobą drzwi. Może odrobinę zbyt energicznie, ale przecież lepsze takie poinformowanie o jej obecności niż żadne, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ― Powinieneś znaleźć sobie wreszcie jakąś kobietę ― rzuciła zamiast powitania, gdy na horyzoncie dostrzegła sylwetkę kuzyna. Odwijając gruby, wydziergany przez Edith szalik dołożyła wszelkich starań, by nie strzepać całego śniegu, jaki ze sobą przyprowadziła, na podłogę. Co po prawdzie było całkowicie zbędne, skoro mnóstwo białego puchu przyklejonego do jej butów i nogawek już za chwilę zacznie odpadać. ― Może wtedy mama odpuściłaby mi choć trochę. To dla ciebie ― mruknęła, przekazując mężczyźnie placek. Była zmarznięta, zła i przemoczona, ale ani myślała przechodzić z powrotem przez frontowe dni, dopóki nie odtaje, a śnieg za oknem nie przestanie sypać tak natarczywie. Chciał, nie chciał, Finlay był na nią skazany przynajmniej przez najbliższe pół godziny, bo Mysie nie zamierzała dać się wyprosić. Bądź co bądź do tego właśnie dążyła Edith ― zapewnić Scottowi towarzystwo, a w córce obudzić przykładną krewną i godną szyję rodziny. No i proszę, sytuacja może nie idealna, ale dobry choć taki początek.

      [Przy sprawdzaniu komentarza uzmysłowiłam sobie, że nie mam pojęcia, jak bliskim są kuzynostwem... Daj znać, jak Ty to widzisz, bo nie wiem, czy moje założenie o ściągającej z domku na drzewie Roya i Scotta przy pomocy pachnących domowych obiadów jest słuszne. ;)]

      Mysie

      Usuń
  19. [ Myślę, że nie obraziłaby się, gdyby ktoś ją uważał za atrakcyjną. ;D Więc, chociaż najprawdopodobniej wygląda całkowicie zwyczajnie, masz moje błogosławieństwo.

    Za niedosyt musisz winić osobę, która pisała regulamin. (Czyli siebie? :D)
    4.Treść: mile widziane krótkie, kilkozdaniowe karty.
    Bardzo to wzięłam do siebie! Poza tym June jest przyjezdną, pojawiła się tu niedawno, więc i pewnie mieszkańcy nie wiedzą o niej wiele więcej niż to, co jest w karcie. A nawet mniej, bo zwykle nie mówi ludziom, że czuje się jak pajac. ;D

    Scott... bardzo ładnie wiesza to pranie, podziwiam. ]

    June Crabtree

    OdpowiedzUsuń
  20. [Nie jestem pewna czy bardziej zauroczyły mnie pieski w karcie Declana czy może jednak bokserki w karcie Scotta. Ot, zagwozdka! Pewnie jej szybko nie rozwikłam, dlatego przejdę dalej: bardzo się cieszę, że udało Ci się mimo wszystko przebrnąć przez moją kartę (dobrze, że nie oberwało mi się za to, że nie jest mile widziana pod kątem regulaminu :D) i że swoim komentarzem dałaś mi właściwie dowód na to, że zawarłam w niej to, co trzeba. Masz rację: nadal się po tym próbuje pozbierać, trzyma się czysto na papierze i dzięki whisky oraz pracy, a do żony nie pała uczuciem innym niż szacunek (o ile możemy to w tej kategorii rozpatrywać). Nie spodziewałam się tylko, że współczucie wzbudzi u kogoś Gabby czy Bedelia! :D Myślę, że faktycznie, każdy jakoś sobie radzi ze stratą, ale to od niego zależy czy w swojej żałobie stanie się okropną osobą nie do zniesienia, czy postara się nadać swojemu życiu sens. Niemniej, podsumowałaś to słusznie: smutny bywa los i mam wrażenie, że do Scotta to też pasuje, hm? Właściwie, obydwaj Twoi panowie zdają się być przykładem pasującym do tego stwierdzenia.
    Dziękuję jeszcze raz za powitanie i z tego, co gdzieś tam wyczytałam, jesteś trochę zawalona wątkami, więc nie będę niczego proponować, ale... jakby ktoś, gdzieś, kiedyś potrzebował budowlańca, to zapraszamy: jeden chwilowo dostępny w „Kukułczym Gnieździe”. :D]

    Zahn Reevis

    OdpowiedzUsuń
  21. - Dzieki. Zwykle ładuje się do samochodów przystojniaków z domkiem. Bo masz domek, nie? Wyglądasz tak ... drwalowato. Każdy drwal powinien mieć domek. A ja zawsze lubiłem przystojnych drwali, z samochodami i domkami. - wyszczerzył się. Jak zawsze musiał coś palnąć na sam początek. To był pewien rodzaj testu. Jeśli go wyśmieje i wyrzuci, to znaczy że nie jest wart zainteresowania.
    Spojrzał na niedużą, ale jednak, ilość śniegu a siedzeniu.
    - No trochę prószy na zewnątrz, nie wiem czy zauważyłeś... - jakby na potwierdzenie tych słów, wiatr potrząsnął lekko samochodem. - Ale ja i tak tylko o drogę chciałem zapytać. W taką pogodę to wszystko tu wygląda tak samo. - wzruszył ramionami, zrzucając w ten sposób jeszcze trochę śniegu na siedzenie.
    - No, chyba że chcesz mnie zaprosić do swojego domku. - wyszczerzył się. Jak on strasznie lubił rozmawiać z drwalami od domków. Właściwie to miał nadzieję, ze spotka tu wielu drwali z domkami, ale okazało się że domki posiadały albo kobiety albo mężczyźni, których nie można było zdecydowanie uznać za ciekawych. Dante miał swój, może trochę spaczony, pogląd na świat. Nigdy nie przejmował się swoim wiekiem i starzeniem się, bo uznawał że jego rozwój zatrzymał sie na wieku 22 lat, kiedy tak na prawdę jego kariera zaczęła się ruszać. Teraz zaczął odczuwać coś co można było nazwać kryzysem wieku dojrzałego, kiedy poszukiwał spokoju z drwalem w domku. Nie znał się na "dzikim życiu". Nie potrafił rąbać drewna, polować, robić większych napraw i wilu innych czynności niezbędnych do życia w domku. był za to uzależniony od Internetu, który bł jego łącznikiem ze światem, a w domkach nie zawsze zasięg był.
    Uśmiechnął się szerzej do swojego nowego kolegi.
    - Jestem Dante. A tobie proponuje stąd jechać bo cie zasypie.

    OdpowiedzUsuń
  22. [Dziękuję za miłe słowa. Łechtanie ego zawsze jest przyjemne, przecież nie powiem, że nie... Zawsze podziwiałam ludzi, którzy są w stanie wykrzesać z siebie taką ilość tekstu o cudzej karcie, bo ja kończę na tym, że mi się podoba, nie wiedząc co dalej. Brzydka prawda boli. Liczę na tę wątkową zamieć, a gdyby u Ciebie pojawiły się jakieś pomysły to zapraszam, chętnie przygarniemy któregoś z Twoich panów.]

    Finn Rowe

    OdpowiedzUsuń
  23. [Czy to oznacza, że trzeba Cię porządnie zmotywować czy może kopnąć do roboty?
    Będę czekać na tego geja, bo jest gejem i przyjezdnym. To wszystko wyjaśnia.]

    Finn Rowe

    OdpowiedzUsuń
  24. Tak naprawdę nigdy jakoś szczególnie nie zachwycała się plotkami. Była typem „przykładnego chowacza”, jeśli tylko można było to tak ująć. Od powrotu do miasteczka, mimo palącej tęsknoty za uliczkami i mieszkańcami, i tak większość czasu spędzała w domu, bo właśnie tam czuła się najbezpieczniej. Sklep, piekarnia, czasami samotny spacer na pocztę, o ile poczta nie przespacerowała się do niej. Nie wiedziała więc, co się dzieje dookoła, choć pewne rzeczy docierały do niej, nawet gdy w ogóle się nimi nie interesowała. Jednak nie mieszkała tu od dziś. Faktycznie, podejrzanie zerkano na Scotta jako tego starego kawalera dziwaka, ale wolała się nad tym nie rozwodzić, ponieważ sama nie była lepsza. Gdy tylko znikały sympatyczne spojrzenia, zaczynali się zastanawiać, co też straszliwego musiało się wydarzyć w jej życiu, że wróciła i w dodatku niezbyt chętnie wplątuje się w towarzyskie życie miasteczka. Czasami miała ochotę podejść i wyjawić, że tak właściwie to nie wydarzyło się nic. A może właśnie nic? Tymczasem wciąż pozostawiała ich w nieznośnej niepewności. Wiedziała, że ludzie i tak nie przestaną poszukiwać tajemnicy.
    Kiedy zaczął pić herbatę, zastanawiała się, czy przypadkiem nie poczuł się w jakiś sposób źle przez śmieszną sprawę z mopem. Tak, to było zabawne, ale tak właściwie to się nie znali, nie byli oswojeni z obcym poczuciem humoru. Nie mogła być więc pewna, co myślał naprawdę. A niestety potrafiła przejmować się równie mocno jak on, choć najwyraźniej nieco innymi rzeczami.
    - Hej, Scott, popatrz – zaczęła najwyraźniej trochę rozbawiona jego stwierdzeniem odnośnie zaproponowania swetra. – Jest ogień, koc i herbata, a ja mam na sobie… -Tu po prostu musiała podnieść nogi tak, by mógł się przyjrzeć wielkim, puchatym skarpetkom. – Ale i tak zawsze potrzebuję ciepła. – Wzruszyła lekko ramionami. Podejrzewała nawet, że gdyby tylko zdjęła teraz te skarpetki, to i tak miałaby stopy w najlepszym wypadku letnie. Zdążyła się z tym pogodzić. Jednak przyjemne, promieniujące prosto z kominka ciepło zawsze wpędzało ją w stan ukojenia, a z tego naprawdę ciężko było zrezygnować.
    Powinna się wstydzić. Nie miała pojęcia, że jego sweter jest aż tak mokry. Wydawało jej się, że to tylko kilka kropel, które zaraz znikną. Nie mogła mu jednak zaoferować już chyba niczego więcej. Była kobietą, nie miała tych wielkich, męskich koszulek, które potem można by podarować nieszczęśnikowi, aby mógł się przebrać w coś suchego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Też się nudzę, czasami nawet okropnie – zauważyła, podążając w jego ślady i również siadając na podłodze, opierając plecy o kanapę. Nie wyobrażała sobie rozmawiania z jego plecami. A może jednak powinna? W każdym razie, słuchając jego krótkiej opowiastki o byciu singlem uświadomiła sobie, że gdyby nie miała tych swoich zabawek, to właściwie mogłaby nic nie robić całymi dniami i nawet nie miałaby nikogo, z kim mogłaby porozmawiać. Nie, nie rozmawiała z lalkami, ale to one pochłaniały jej myśli, pobudzały wyobraźnię i wypełniały większość czasu, bo przecież każdy musi jakoś zarabiać. – To miła propozycja, ale po paczki pewnie będę biegać jednak sama, ale mogę zostać czasem trochę dłużej i z tobą porozmawiać. – Mimo wszystko czułaby się dziwnie, mając osobistego listonosza, który marznie, próbując donieść jej pakunki.
      Prawdziwe uczucie dziwności dopadło ją jednak, kiedy zdjął swoje górne ubranie. To ją rozproszyło i zdezorientowało, ale właściwie powinna zrozumieć. I rozumiała, choć ciężko jej było przywyknąć do tego obrazu, który zdołał wprawić ją w zakłopotanie. Popatrzyła na kominek, powtarzając w duchu jego kwestię. Majka to jednak Majka – raczej nikłe są jej kontakty z półnagimi facetami. Wzór na dywanie jest zdecydowanie dużo ciekawszy od… ognia.
      - Cieszę się, że już ci cieplej – powiedziała wreszcie. Siedziała na podłodze, ale wciąż jakby za nim. Niestety to raczej marne pocieszenie. Chyba mogła jednak zostać na kanapie. Ale nie, dość, przecież wcale jej nie zawstydził. Podciągnęła kolana pod brodę i chowała się za kubkiem. Czyżby za chwilę miała się skończyć herbatka?
      Jeśli tak zaczynał swoje wysychanie, to co będzie dalej? Dobrze, że nie miała pojęcia o tym, że nie nosił bielizny. I miała nadzieję, że żadna sąsiadka nie wpadnie nagle pożyczyć trochę cukru. Pewnie miałaby niezły ubaw widząc półnagiego Scotta na jej dywanie.

      Usuń
  25. - Nie poprawiaj mnie. Ja się nie znam na śniegu w ogóle, choć znam jego postawowe cechy, jak to że jest biały i zimny.
    Ne zewnątrz nie było już prawie nic widać. Więc jednak śnieżyca. Mieszkał tu wystarczająco długo by wiedzieć czym się taka śnieżyca często kończy. Miał dzisiaj w ogóle nie wychodzić. Ale w końcu ciekawość i nuda wypędziły go z domu. Zupełnie tak samo było kiedy zaliczył dwie zaspy, wpadnięcie do rzeczki, zjechanie na tyłku z górki i kiedy duża śniegowa czapa, zdecydowała się spaść z gałęzi jakiegoś iglastego drzewiszcza, akurat wtedy kiedy pod nim przechodził. Tak, śnieg za nim nie przepadał.
    Poczuł jego zapach, kiedy się ku niemu nachylił, tak bezczelnie zapinając mu pas. Pachniał lasem i gorskim powietrzem. Przez chwilę wydaje mu się, że mężczyzna jest tylko złudzeniem, bo jest zbyt prawdziwy by istnieć.
    - Jesteś chyba dość wrażliwy na punkcie bezpieczeństwa... a zapraszasz do domu obcego, który ci się władował do samochodu? Chyba mógłbym cie bliżej poznać. Prowadź więc, panie niedrwalu.

    Dante Riddle

    OdpowiedzUsuń
  26. [Och, Misha. Uwaga, bo będę piszczeć!]

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  27. [A nie wiem, jaki to na Scotta wpływ miało. Max jest trochę zgaszona przez samo życie i przez to zrzędzi. No i cynizm w niej to zasiało :p Poza tym to równy gość z niej.
    Chcesz coś wącić? Mogliby mieć swój klub złamanych serc, o którego istnieniu nie wiedzą sami. Jakieś ploty starszych pań i inne takie. Mogą się drażnić, nie lubić. Do wyboru do koloru!]

    Max Carter

    OdpowiedzUsuń
  28. [A bo odpisałaś, ale na czacie :D Miałam sobie cierpliwie poczekać, aż Ci się wakat na wątki zwolni, więc spokojnie!
    Dobra, czyli mamy klub złamanych serc i ja stawiam na jazdę do Churchill. Proponuję jeszcze, żeby oni sobie żyli trochę jak pies z kotem, czego może nie chce zauważyć lokalna społeczność, temu ich zestawili jako oddział poszukiwawczy. Max by się uparła, że ma prowadzić, auto gdzieś im siądzie, to się będą mogli trochę pogryźć czy coś :D Jak Ci pasuje, to mogę nawet zacząć!]

    Max Carter

    OdpowiedzUsuń
  29. [Do sygnału to się nie zgodzę, że biedni - przynajmniej spokój mają i mniej głupio nagabujących telefonów jest haha :D
    Haha kocham takie powitania, są superos! Ślicznie dziękuję za nie i cieszę się, że Duncan przypadł ci do gustu, serio. Starałam się z niego zrobić "prawdziwego mężczyznę" i cieszę się, że się udało.
    Co do kafelek to na własne oczy widziałam ból ich nakładania, gdy nie ma fachowca, dlatego powiedziałam sobie "A co tam! Duncan musi to umieć!" :D

    Hej to co powiesz na to, żeby mój Duncan nagabywał twoje Scotta i z uporem maniaka namawiał go, by pojechał z nim nad jezioro na ryby. Jak za dawnych czasów? :D]

    Duncan

    OdpowiedzUsuń
  30. [Haha znam takie rozwiązania, znam! Ale wiesz skoro działa to znaczy, że dobre nie? :D
    Ok to superos, myślę że coś ugrają. To co ja może zacznę? :D]

    Duncan

    OdpowiedzUsuń
  31. To nie tak, że Max była feministką i koniecznie chciała podkreślać swoją niezależność na każdym poziomie życia. Właściwie uważała, że to namiętne poszukiwanie równości przez wspomnianą grupę kobiet jest jedynie sposobem na rozładowanie swoich frustracji, które znalazły ujście w takiej, a nie innej rzeczy. Nic więcej. I upieranie się przy tym, że to ona ma prowadzić też nie było niczym szczególnym. Po prostu nie lubiła jeździć jako pasażer, a w tym przypadku nie miała najmniejszego zamiaru ustępować. Może gdyby miała jechać do Churchill z kimś innym, nie stała by tak przy swoim.
    Dlatego spokojnie stała te dziesięć minut przy samochodzie, patrząc na czubki swoich butów i mając zamiaru wejść do środka. Nie, jeśli miała siedzieć na miejscu pasażera. Była cierpliwa, miała jeszcze trzy papierosy w paczce, więc mogła jeszcze tak stać i stać. Co prawda było jej wtedy trochę zimno, ale ostatecznie mogła zawsze wrócić do siebie i mieć to wszystko gdzieś. W końcu i tak wciśnięto ją do całej organizacji na siłę, bo podobno znała się na mąkach. Większej bzdury w życiu nie słyszała, jednak starszym paniom nie wypada tego powiedzieć, więc zrezygnowała ze swoich codziennych planów, nie chcąc użerać się ze starszyzną.
    Po dziesięciu minutach Scott chyba zrezygnował. Niespecjalnie zwracała uwagę na wyraz jego twarzy, gdy wysiadał, ustępując jej miejsca przy kierownicy. Bez słowa je zajęła, jakby wiedziała, że to było tylko kwestią czasu i po chwili ruszyli jakby nigdy nic. Tutaj należałoby wspomnieć, że Max nie była złym kierowcą, jeśli akurat się nie denerwowała. Prowadziła bardzo dobrze, jeżdżąc do Churchill raz na dwa tygodnie, by uzupełnić zapasy piekarni. Także trasę też znała.
    I w żadnym wypadku to nie była jej wina, gdy samochód zaczął wydawać niepokojące, charczące dźwięki i zwolnił bez udziału hamulca, by ostatecznie stanąć. Na środku drogi, w połowie trasy. W zimno. No dobra, Scott mruczał coś cały czas pod nosem, że niby to nie tak, a tak byłoby lepiej, no ale do kurki wodnej - wiedziała, jak prowadzić!
    - Twój rzęch się zepsuł - mruknęła brunetka, patrząc przed siebie na pustą drogę.
    Była tym trochę zirytowana i zapewne to uczucie jeszcze się nasili, gdy dotrze do niej pewna oczywistość. Mianowicie to nigdy nie była zbyt często uczęszczana droga. No i już czuła pod skórą, co się szykuje.

    [Zaczęte! W razie czego to mnie gdzieś popraw, dodaj, pozmieniaj wedle uznania w tym początku :D]

    Max Carter

    OdpowiedzUsuń
  32. [Nie, nie, ze mną jesteś na czysto, to ja brzydko zalegam... (przepraszam!) chociaż właściwie już niedługo. :D Kwestia korekty o normalniejszej porze, więc dziś/jutro najpóźniej odpis będzie już na 100%!]

    Mysie

    OdpowiedzUsuń
  33. ― Nie tak ostro, kuzynie, bo pomyślę, że ty też próbujesz zarzucać mi staropanieństwo ― odparła szczerze rozbawiona, wpychając szalik i ciepłą czapkę z wielkim pomponem (również dzieło Edith) do rękawa kurtki, którą następnie odwiesiła na wieszak. Nie raz słyszała już, jak starszyzna Mount Cartier przebąkuje za jej plecami o rzekomym staropanieństwie zbliżającym się do niej wielkimi krokami, acz każdą podobną sugestię zbywała jedynie beznamiętnym wzruszeniem ramion. Nie czuła się stara, samotna ani tym bardziej gotowa na wchodzenie w rolę statecznej, dorosłej kobiety, żony i matki. Dziś było jej dobrze tak, jak było, a o jutro nie zwykła się martwić. Jeśli pewnego dnia obudzi się z ręką w nocniku, mając czterdzieści lat i dom wypełniony jedynie psim chrapaniem... będzie wiedziała, do kogo w takiej sytuacji zwrócić się o radę. ― Caleb jest zbyt zajęty uganianiem się za spódniczkami, więc nawet wtedy skazany byłbyś na mnie.
    Mysie kochała swoją rodzinę całym sercem i chyba każdy zakorzeniony w Mount Cartier mieszkaniec doskonale o tym wiedział. Nigdy nie bała się okazywać swojego przywiązania do Ayersów, a każdy, kto próbował to komentować w nieprzychylny sposób, prędko przekonywał się, jak wielki był to błąd. Jak każda normalna rodzina, tak i oni mieli swoje wzloty i upadki, momenty lepsze i gorsze, nie zawsze było cukierkowo, ale cieszyła się, że mogło być jakkolwiek. Dobrze rozumiała, że niewiele brakowało, a nie byłoby wcale, dlatego doceniała to, co miała i nie prosiła o więcej, odwdzięczając się tak, jak potrafiła. Od przytulenia matki i odebrania od niej zakupów zaraz po wyjściu ze sklepu Candoverów przecież nie odpadną jej ręce, a od całowania ojcowskiej skroni przy innych nie straci wszystkich włosów. (Nachalne ciotki należały do odrębnej kategorii, na samą myśl o ich mokrych, zasysających policzki pocałunkach Mysie bolała głowa.) Jasne, w dzieciństwie każdy z tych drobnych gestów był hańbą większą niż nieumiejętność puszczania kaczek po wodzie, ale z upływem czasu i do niej przyszło zrozumienie. Dużo łatwiej było pokazać niż powiedzieć, szczególnie komuś, komu precyzyjne przekładanie własnych odczuć na zdania przychodziło z trudem i było czynione niechętnie. Dlatego mimo zaskoczenia tym nagłym ograniczeniem jej przestrzeni, Mysie nie potrafiła się nie uśmiechnąć, gdy nagle wylądowała w ramionach kuzyna. Nie przyznałaby tego głośno, choćby ją torturowali, ale była to całkiem przyjemna odmiana od witających ją zazwyczaj marudnych poburkiwań Roya czy też wiecznych przepychanek Caleba. Przez braci przyzwyczajona raczej do niekończącego się przerzucania kąśliwymi uwagami, nie spodziewała się podobnego obrotu sprawy, jednak tylko głupi by narzekał.
    ― Była dobra, dopóki nie zaczęło tak wiać i sypać. A ty nie zachowuj się jak stary wyga i przestań mnie umoralniać ― mruknęła, dźgając Scotta między żebra. Zaraz jednak oplotła go w pasie, niemal tak samo, jak dwadzieścia lat temu, kiedy przerażona sennym koszmarem zbiegała do salonu, gdzie czasem zdarzało się chłopakom zasiedzieć, i myliła kuzyna ze starszym z braci. Przez dłuższą chwilę śmiało korzystała z usług ludzkiego grzejniczka, łapczywie chłonąc jego ciepło, a gdy wreszcie poczuła, że krążenie wraca do jej przemarzniętego ciała, śmiało przeniosła jedną z wiecznie zimnych dłoni na kark Finlaya. Zgrabnie wyślizgnąwszy się z objęć mężczyzny parsknęła śmiechem, obserwując jego reakcję na tę nagłą zmianę temperatury. ― Co za dużo to nie zdrowo, jeszcze uwierzę, że to za mną, a nie za jedzeniem się stęskniłeś. Napijesz się czegoś? ― spytała z figlarnym błyskiem w oczach, jakby częstowanie go jego zapasami w jego własnym domu było czymś zupełnie naturalnym. Cóż, niewiele istniało sytuacji i miejsc, w których Mysie Ayers czuła się zakłopotana, a kto jak kto, ale Scott akurat powinien zdawać sobie z tego sprawę doskonale. Widok brunetki żwawo krzątającej się po kuchni w świątecznych skarpetkach z głupio wyszczerzonymi reniferami nie powinien go dziwić ani trochę. Bywała tu za często, żeby mieć opory przed czuciem się jak u siebie.

    kuzynka

    OdpowiedzUsuń
  34. (Zaczynamy inny wątek, czy zostajemy przy tym?)

    OdpowiedzUsuń
  35. Awersja wobec niego brała z tajemniczych, skomplikowanych mechanizmów, które pojawiły się wraz z pierwszą irytacją spowodowaną tym idiotycznym pomysłem, który zrodził się w głowach pewnej grupy mieszkańców Mount Cartier. Nie miała pojęcia, dlaczego i po co ktoś uznał, że znowu ma zmieniać nazwisko i to akurat na Finlay. Komu nie podobało się Maxime Carter, córka starego Bernarda piekarza? Czemu na siłę ktoś próbował wcisnąć do jej społecznej metryki jakieś niepotrzebne zmiany? Ludziom musiało się nudzić albo odczuwali jakąś ogromną potrzebę udowodnienia jej, że każdy błąd można naprawić i nie trzeba tkwić cały czas pod panieńskim nazwiskiem, nawet jeśli raz się to nie udało. Gdy to do niej dotarło, automatycznie wystawiła kolce z każdej możliwej strony. Bo po prostu miała dosyć, że najpierw robili z niej wyrodną córkę, która zostawiła ojca, a teraz jakąś desperatkę, której trzeba koniecznie znaleźć faceta. Właściwie to nie była wina Scotta, że stał się jedną ze składowych planu starszych pań z Mount Cartier, ale jako że już do niego należał, z rozpędu trafiał również na jej czarną listę osób, wobec których można być bardziej opryskliwym niż dla całej reszty świata.
    To, czy uważała go za dobrego kierowcę, tancerza, partnera i ostatecznie mężczyznę, w ogóle nie miało znaczenia. Mógł być pierwszym na świecie rajdowcem i ostatnim facetem na świecie, nie obchodziłoby ją to kompletnie. Carter widziała w nim narzędzie w rękach wścibskich ludzi, którzy próbowali ingerować w jej życie, zestawiając ich ze sobą, kiedy tylko było to możliwe. Trzeba pójść do piekarni po zamówione pieczywo do kościoła? Wyślijcie Scotta! Mamy dwa wakaty na rozwieszanie jakiś ogłoszeń? Dajmy to jemu i Max. No przecież szlag człowieka mógł trafić, a jako, że była kobietą dosyć impulsywną, trafiał ją dwa razy mocniej, co odbijało się na najbliższym otoczeniu. Tak się składało, że akurat wtedy Finlay do tego otoczenia często należał i dostawał rykoszetem, nie mogąc chociażby spokojnie poprowadzić swojego auta. W żadnym wypadku nie była to też kwestia zaufania. Prędzej jego pecha i jej widzimisię.
    Ostentacyjnie odpięła pas i wysiadła, nie zamykając za sobą drzwi. Niech marznie razem z nią, skoro nie chciał ruszyć tyłka, a co! Obeszła auto i szarpnięciem otworzyła maskę.
    Na samochodach od strony technicznej znała się w tylko w jednym przypadku, który obejmował jej osobiste auto. Z tym umiała się obchodzić, zorientować się, co nie tak pod blachą i nawet wymienić koło! Inne pojazdy służyły tylko do jeżdżenia, a znajomość ich wnętrz była zbyteczna, niepotrzebna i całkowicie niechciana. W końcu nie była żadnym mechanikiem i ta wiedza nie była Max do niczego potrzebna, skoro resztę życia miała spędzić na pieczeniu bułek i paleniu papierosów. Jednak w tej chwili cała znajomość pieczywa mogłaby się przydać tylko po to, by jakimś rzucić w Scotta. Była wręcz pewna, że nie pierwszy raz samochód mu tak stawał i musiał wiedzieć, co mogło być nie tak.
    No i co miała zrobić? Za cholerę nie wiedziała, co się zepsuło ani tym bardziej jak to naprawić. Silnik mógł nawet dymić, a ona za nic nie mogłaby nawet zgadnąć, że to przez to. Piekła przecież głupie bułki, które sam u niej kupował, a nie grzebała w autach! Zamknęła więc gwałtownie maskę, oparła się o nią i spuściła na chwilę głowę, by następnie spojrzeć na Scotta, siedzącego za szybą.
    - Sam go napraw i siedź za tą głupią kierownicą, jak takiś mądry - powiedziała tonem, który w ogóle nie zdradzał tego, że właśnie przyznała się do tej drobnej porażki.
    Ustępowanie nie leżało w naturze Maxime. Kiedyś w ogóle była bardziej ugodowa, ale już od lat uważała, że w końcowym bilansie jest w ogóle nieopłacalne. Jednak teraz mogła się chmurzyć i odmrażać poszczególne części ciała albo oddać insygnia władzy w postaci kluczyków do samochodu i kierownicy. Wierzyła, że Scott postawiony pod ścianą mógłby być równie uparty, co ona sama, więc skończyłoby się to mało korzystnie dla nich obojga.

    Max

    OdpowiedzUsuń
  36. [Dziękuje :)) Cieszę się, że spodobała Ci się moja uboga karta. Starałam się w niej ująć choć odrobinę osobowość Kat.
    Przechodząc do Ciebie - Eli jest słodki, Declan ma kochane psy, a Scott jest przystojny (w końcu to Misha Collins, prawda?). Szkoda, że nie masz już wolnych miejsc, bo chętnie poprowadziłabym wątek ze Scottem. Nie ukrywam, że widziałabym go jako potencjalnego kandydata dla swojej pani.]

    Kat Paris

    OdpowiedzUsuń
  37. [Znam ten ból. Ja jestem chora regularnie co kilka tygodni :/
    O, świetnie, że godzisz się na mój plan. No więc jak to robimy? Zaczynamy od jakiegoś pierwszego spotkania, które dopiero poprowadzi ich do związku, czy piszemy od momentu, gdy już są razem (jedna z początkowych randek lub już dłuższy staż - dwa miesiące albo ponad.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  38. [Kat też dawno na randce nie była, bo uznała, że skoro wszystkie kończą się fiaskiem, to nie ma po co się ładnie ubierać i z domu wychodzić. Ustalmy może jeszcze w jakich okolicznościach się spotkali i jak doszło do tego, że umówili się na pierwszą randkę. Myślę, że reszta wyjdzie później w wątku.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  39. [Dobry pomysł :) Wydaje mi się, że nie musimy ustalać już nic więcej. Właściwie to nawet im więcej tajemnicy wokół nich, tym lepiej. Podstawowe pytanie: kto zaczyna?]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  40. [Bardzo, bardzo dziękuję za te miłe słowa! Ogromnie się cieszę, że udało mi się osiągnąć to, co sobie zamierzyłam przed napisaniem tej karty.
    Wiem, że dziewczyna jest za młoda na własny lokal, stąd też informacja o życzliwości właściciela domu, w którym Sally pokój wynajmuje. Człowiek miał zwyczajnie dość hałasów jej pracy - więc lokal może być jego, a Sally po prostu chodzi tam sobie pobawić się w drewnie. Czy taka opcja może być? Jeśli nie, mogę napisać, że pracuje w garażu tego człowieka. ;D
    Ode mnie - Scott to stworzątko przeurocze. Do tego Misha Collins! Będę chrupać.]

    Sally

    OdpowiedzUsuń
  41. [Spokojnie :)) Jak dla mnie jest naprawdę dobrze. Ja też odpisuję teraz w pośpiechu, bo myślałam, że weekend będę mieć wolniejszy, a okazało się, że jednak nie. Niby mam urlop, ale postaram się odpisywać regularnie.]

    Randki w filmach wyglądają zazwyczaj inaczej, niż w normalnym życiu. Zakochani spowici są jakąś dziwną łuną, światłem, które emanuje z boków i naświetla dwie piękne, zarumienione twarze. Wokół nich znajdują się różne kwiaty, łańcuchy, świece, a w tle gra piękna, spokojna, melodyjna piosenka. Miłość czuć w powietrzu, w oczach pary widać skaczące z podniecenia świetliki.
    Kathryn, stojąc przed dużym lustrem w swoim mieszkaniu, długo zastanawiała się, czy aby na pewno należy do ludzkiej rasy. Jej włosy były poplątane, znalazła w nich nawet kilka małych kuleczek kurzu. Twarz, zszarzała i dziwnie zestarzała, nie dodawała jej żadnego uroku, a wręcz go odbierała. Jedynym żywszym kolorem wydały się jej ciemne, kasztanowe oczy, które nieruchomo wpatrywały się w wąską sylwetkę swojej właścicielki. Paris przypominała trupy, które codziennie balsamowała w chłodnej, niedostępnej dla światła kostnicy. Jej charakter był równie wypłowiały, jak cera. Westchnęła i powolnym krokiem ruszyła w stronę łazienki, przekraczając śpiącego na puchatym dywanie Vadera.
    Pod prysznicem stała dobre pół godziny, starając się przyprowadzić do porządku. Z powodu wysokiej temperatury wody, jaka tryskała pod wysokim ciśnieniem z rączki, jej ciało lekko się zaróżowiło, a po krótkiej chwili zmarznięte palce u dłoni i stóp przestały szczypać. Wycierając już później mokre włosy nowym, białym ręcznikiem, lekko się zmartwiła. Wczorajsza rozmowa ze Scottem wcale nie wyglądała dla niej jak zaproszenie na randkę, jednak słysząc prowokujące szepty w sklepie, których tematem byli właśnie oni, Kat doszła do wniosku, że skoro starsze panie jakoś wywnioskowały, że to randka, to tak prawdopodobnie musi być. Paris nie miała prawie w ogóle doświadczenia w sprawach miłosnych i akurat w takich sytuacjach polegała na innych.
    Wychodząc z mieszkania, nakarmiła jeszcze psa, który wciąż leżał na ziemi, podnosząc tylko co chwila pysk, aby zorientować się, co robi jego pani. Wszyscy, którzy mówią, że psy odzwierciedlają swojego właściciela, mają doskonałą racją. Nigdzie na świecie nie ma dwóch równie leniwych, jak i kochających się stworzeń.
    Kat szła spokojnie przez miasteczko, czując, jak mróz powoli dostaje się do każdej komórki jej ciała. Przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy, okryła się tylko szczelniej długim płaszczem. Scotta zauważyła przy zakładzie pogrzebowym, stał, jakby lekko zestresowany, trzymając w dłoni jakieś pudełko. Brunetka podeszła do niego, nie oznajmiając wcześniej swojego przybycia.
    Plastikowe pudełeczko, które okazało się być później pełne czekoladek, wyślizgnęło się nagle z rąk mężczyzny i wpadło wprost pod nogi Paris. Kathryn zorientowała się o tym dopiero w momencie, gdy Scott podbiegł do niej i chwycił czekoladki. Kat mimowolnie się uśmiechnęła, widząc zakłopotanego, dorosłego mężczyznę, który klęczał przed nią i najprawdopodobniej nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Przejęła równie ostrożnie pudełeczko z jego rąk i włożyła je do średniej wielkości, czarnej torebki, która wisiała spokojnie na jej prawym ramieniu.
    Do baru szli w ciszy, wymieniając tylko jakieś małe spostrzeżenia i krótkie zdania, ledwo się na siebie patrząc. W barze był tłok, jednak znalazło się miejsce w rogu specjalnie dla dwóch osób. Kathryn zdjęła długi płaszcz i przewiesiła go przez oparcie krzesła, odsłaniając tym samym krótką sukienkę przed kolana w morskim kolorze, która idealnie przylegała do jej szczupłego ciała. Kilka kosmyków ciemnych włosów spięła z tyłu jej głowy, aby podczas jedzenia czegokolwiek nie musiała cały czas odgarniać ich z twarzy. Lekki makijaż sprawił, że Kat nie wyglądała już tak ponuro jak zwykle.
    - Nie do końca byłam pewna, jak będzie wyglądać dzisiejszy wieczór. Dalej nie wiem - zaczęła, siadając przy stole i spoglądając badawczo na Scotta.

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  42. Oho, jeśli kiedykolwiek uważał, że spokojem i gałązką oliwną coś osiągnie, tocząc boje z Maxime Carter, od samego początku szedł złą drogą. W jej domu wszystko rozwiązywało się zawsze temperamentnymi kłótniami, bezpodstawnymi argumentami wymyślanymi pod wpływem chwili oraz chrapliwym krzykiem, by potem przez kilka dni każdy mógł na każdego po cichu gderać pod nosem, powoli zbliżając się do czegoś, co można było nazwać stanem pokoju. Albo raczej zawieszenia broni. Rozwiązywanie problemów nie było jej mocną stroną między innymi ze względu na tę dosyć nieprzyjemną cechę. Jedynie były mąż miał okazję spotkać się z cichą, spokojną Max, która obdarzała go pełnym wyrzutów spojrzeniem, gdy poraz kolejny wracał do domu koło pierwszej w nocy. W praktyce nie najlepsza alternatywa w dalszych skutkach.
    - Chcesz gadać o szacunku do pieniądza? – Uniosła zaczepnie brwi, zabierając ręce z maski, ale tylko dlatego, że wymagała tego zbliżająca się butna poza każdej zdenerwownej kobiety: ostentacyjnie oparcie dłoni na biodrach. – Powiedz ile kromek chleba pleśnieje u ciebie w domu, bo zapomniałeś o nich, gdy wysychały na kamień, co?
    Doskonale wiedziała, że ludzie zawsze brali więcej, niż potrzebowali, bo myśleli, że oszczędzi im to kłopotu z powtórnym przyjściem do piekarni. I tak większość miasteczka robiła to codziennie, bo świeży chleb to zawsze lepszy chleb niż trochę suchy. A potem to schłoi i schło, i zachodziło wilgocią. Jako piekarz wiedziała, co robić ze starym pieczywem i chociaż tarcie twardych bułek było żmudną robotą, to nigdy nie pozwoliła, by jakaś u niej spleśniała. Ewentualnie wynosiła do leśniczówki, żeby kompetenta osoba mogła gdzieś to zostawić dla zwierząt. Jednak niewiele ludzi pamiętało o takich rozwiązaniach.
    Mogła się nad tym rozdrabniać jeszcze mocniej, niż Scott teraz nad swoim gratem. Normalnie swoją pracę traktowała z widocznym przymrużeniem oka, nie uznając tego właściwie za pracę, ale gdy tylko ktoś próbował robić to za nią, zaraz włączała się u niej jedna z kontrolek, że ktoś sobie na za dużo pozwala. A że teraz nie miała niczego innego, czym mogłaby rzucić na teren wroga, mogła sama zaciągnąć takiego na swoje pole minowe.
    - Że też w lepszym miejscu nie mógł się zepsuć – mruknęła pod nosem, chwilowo poświęcając swoją uwagę na wyciągnięciu papierosa.
    Wzdrgynęła się lekko, czując pierwszy silniejszy dreszcz chłodu i zaciągnęła się mocno, jakby to mogło jej jakoś teraz pomóc. Odruchowo spojrzała na poczynania Scotta, gotowa w każdej chwili poczęstować go jakąś niezawodną, ale jednocześnie kompletnie nieprzydatną radą, którą ludzie doprawiają ogromnymi ilościami ironii i sarkazmu, gdy nie mają nic sensownego do powiedzenia, ale muszą mieć ostatnie zdanie.

    [Po pierwsze - wybacz spory poślizg. Będę się tłumaczyć maturą oraz smakiem chwilowej wolności :D
    Po drugie, to czuję ogromną satysfakcję razem z Max, że jesteśmy w stanie wydusić ze Scotta tak niecodzienną dla niego wredność :D]

    Max Carter

    OdpowiedzUsuń
  43. Cały czas miała mu przypominać, że pracowała w piekarni? Tam się nie dało, by było zimno, jeśli człowiek od rana włączał piece i siedział z nimi do popołudnia. Ciepło należało ubierać się w niedzielę, gdy wychodziło się z domu na dłużej i trzeba było przejść się kawałek do kościoła z ojcem. W swoim samochodzie miała jakieś ogrzewanie i nie musiała chodzić w aż takiej grubej kurtce. Poza tym nie była też jakimś zmarzluchem. Po prostu nie spodziewała się, że będzie musiała stać na środku drogi i czekać, aż samochód łaskawie się naprawi.
    Chciała właśnie coś o tym wspomnieć, jeszcze tylko nie wiedziała, czy lepiej byłoby sięgnąć po sarkazm, czy dezaprobatę wobec postawionego pytania. Odruchowo jednak mózg zamienił opryskliwy komentarz w zdziwienie, które też nie zdążyło wyjść z ust Max, ale za to na pomoc przyszedł znowu charakter. Mimo to przez chwilę na jej twarzy widniał wyraz osłupienia i pewnej dezorientacji, bowiem ostatnie, czego się spodziewała, to żeby w ogóle zwrócił uwagę na to, że zrobiło jej się chłodniej.
    - Nie zrobiłeś tego – mruknęła pod nosem, jakby rzeczywistość nie do końca chciała do niej dotrzeć.
    A jednak to zrobił. Dał też Maxime kurtkę, ale jednak chwilę później zabrał papierosa, czyli coś z czego czerpała przyjemność i do czego rościła sobie stałe prawa. W dodatku był to jeden z trzech ostatnich, które miała przy sobie. Otrząsnęła się, ostatecznie godząc się z tym, że papieros został brutalnie wtarty w jezdnię i że dokonał tego facet, któremu przez mniej niż sekundę była gotowa powiedzieć dziękuję. I to takie pozbawione jakiejś ironii czy zgryźliwości.
    - Co to miało znaczyć, Finlay? – spytała, nadzwyczaj spokojnie jak na nią, ale mimo wszystko z wyczuwalną pretensją. – Czy ja chodzę i zwalam tobie doniczki z parapetów albo każę wychodzić, jak z błotem na butach przyjdziesz? Nie, bo, do cholery, są pewne granice! – dodała, podniesionym głosem, poprawiając na ramionach kurtkę od niego, której nie miała zamiaru oddawać, skoro już chciał się nią dzielić.
    Carter bez wahania sięgnęła po drugi papieros, ostentacyjnie go odpalając swoją zapalniczką. Kim on był, żeby zabraniać jej palić? Jeszcze czego! Powinien się skupić na tym, by doprowadzić samochód do użytku, a nie próbować odzwyczajać ją od nałogu, który był jedną z nielicznych przyjemności, które zostały w jej w życiu. Max miała jednak na tyle powściągliwości, by nie wypuścić dymu prosto w twarz Scotta, chociaż dzielący ich dystans, który trochę zredukował przez swoją uprzejmość, był po prostu idealny.
    - Jak ci przeszkadza, że palę, to się może odsuń – powiedziała zamiast tego, nie ustępując spojrzeniem i nawet gdy odwróciła głowę lekko w bok, by wypuścić z płuc dym, patrzyła kątem oka na Scotta.

    Max Carter

    OdpowiedzUsuń

  44. [Nie umiem się trzymać określonych terminów, eh.]

    Uśmiechnęła się jakby od niechcenia i przybliżyła wraz z krzesłem do stołu. Już wcześniej zdążyła zdać sobie sprawę z tego, że oboje - Scott i ona - nie są zupełnie ludźmi towarzyskimi oraz dobrze radzącymi sobie w takich lub podobnych sytuacjach, nie mówiąc już o odnajdywaniu się w obcym sobie środowisku.
    - Pewnie, mi to pasuje - oznajmiła, ponownie się uśmiechając, tym razem cieplej i szczerzej. - Lubię spacerować wieczorami, tylko szkoda, że teraz robi się tak okropnie zimno. Jakby nie było, to mieszkam tutaj całe życie i powinnam się już przyzwyczaić do mrozu, ale moje ciało wciąż tego odmawia. - Nie wiedziała, skąd tak nagle wezbrała się w niej ochota na powiedzenie mu tego wszystkiego, poczuła się jednak jakoś lżej, gdy opowiedziała mu o sobie chociaż jedną rzecz. Skoro zabrał ją na kolację, miał prawo coś o niej wiedzieć, prawda?
    Nie przyzwyczajona do jakichkolwiek komplementów, otworzyła szeroko oczy, gdy usłyszała słowa Scotta. Jej policzki momentalnie zalały się różem, jakby ktoś prysnął na nią brudnym pędzlem. Poprawiła włosy z lekkim zakłopotaniem i odpowiedziała niekłamane "dziękuje", zdecydowanie pochodzące z głębi jej serca. Paris szybko przejechała wzrokiem po Scottcie, jednak obawiała się, że w pewnym momencie może nagle zapomnieć się, że mężczyzna w ogóle przed nią siedzi i zacznie się mu przyglądać zbyt dokładnie, dlatego tylko rzuciła okiem, spojrzała prosto w jego oczy i szybko spuściła głowę, również lekko chrząkając.
    - Zgodzę się na wszystko, co zaproponujesz. Miejsce pełne szopów wydaje się równie przyjemne - dodała, po chwili siadając prościej.
    Wzięła do ręki kartę, jednak w ogóle jej nie otwarła - doskonale wiedziała, co się w niej znajduje.
    - Wezmę stek i surówkę - powiedziała, odkładając menu na krawędź stołu. - Nie popijam jedzenia, więc na tym oszczędzisz - dodała żartobliwie, choć nie do końca wiedziała, czy Scott tak to właśnie odebrał.

    - Więc... - zaczęła, gdy kelnerka odeszła od ich stołu z zamówieniem, choć nie była tak naprawdę pewna, co chciała powiedzieć. - Co robisz poza pracą?

    [Czy nadal prowadzimy wątek podczas zimy?]
    Kat

    OdpowiedzUsuń
  45. [Jestem w zupełności za. Pozwolę sobie już nawet zacząć ich następnie spotkanie, żeby wszystkiego zbytnio nie przeciągać.]

    Uśmiechnęła się lekko.
    - A skąd wiesz, że to nie ja wpuszczę Cię w maliny? - rzuciła, spoglądając na niego z ukosa. Od dawna lubiła jego poczucie humoru i te ich szybkie pogawędki, z nutką żartobliwości i sarkazmu. Można powiedzieć, że przy Scott'e czuła się w pewien sposób wolna, bo wiedziała, że ten nie będzie jej jakoś szczególnie osądzać.
    - Bransoleta z drewna brzmi super zarąbiście - powiedziała, uśmiechając się jeszcze szerzej i rozsiadając się wygodniej na krześle.
    Długo rozmawiali o najpospolitszych pierdołach, rzeczach mało istotnych i tych ważniejszych. Po kolacji ruszyli na spacer, który okazał się o wiele krótszy niż ten, który miał mieć miejsce. Chłód, który owinął się wokół nich jak koc, nie pozwolił im na dłuższą schadzkę. Rozeszli się przed ulicą prowadzącą do domu Paris, uśmiechając się szczerze i żegnając więcej, niż raz. Kathryn wchodząc do domu, wciąż miała przed oczami twarz Scotta, a w uszach słyszała jego niski, męski głos. Śmiała się sama z siebie, nie podejrzewając, że tak bardzo spodoba się jej ten wieczór.

    Ich następna randka odbyła się dopiero po dwóch miesiącach. Wciąż się mijali, nie potrafiąc na siebie wpaść i porozmawiać dłużej, niż pięć minut. Kat bała się, że może w jakimś momencie ich pierwszego spotkania odstraszyła od siebie mężczyznę, ale jak się później okazało, nic podobnego nie miało zajścia.
    Gdy wreszcie udało im się ustalić na szybko datę kolejnej randki, Kathryn była bardziej, niż zadowolona. Przez cały tydzień czekała na piątkowy wieczór, na spotkanie ze Scottem. Tym razem umówili się przy jeziorze Roedeark, aby podziwiać widoki i cieszyć się wychodzącym zza chmur słońcem. Paris czekała na Finlaya na jednej, jedynej ławeczce przy wodzie, z koszykiem pełnym jedzenia i dwiema butelkami wina.

    [No, wyszło jak wyszło.]
    Kat

    OdpowiedzUsuń
  46. [Świetnie, podoba mi się to. Oni oboje nie wydają się ludźmi, którzy w ogóle nadają się do takich słodkich romansów, więc takie problemy, niepewność idealnie pasują do ich aktualnej sytuacji. Ach, no i wybacz za ten odpis, ale dawno nie pisałam Kat i muszę się ponownie w nią wdrążyć.
    P.S: A cóż to za nowy pan na zdjęciu?]

    Słońce delikatnie ogrzewało jej bladą twarz. Kat przymknęła powieki, rozkoszując się ciepłem rzadko spotykanych promieni. Nie była pewna, czy do określenia swojego aktualnego stanu mogła użyć wyrazu "szczęśliwa", ale na pewno była zadowolona. Nie tylko z powodu udanej pogody, ale także z faktu, że ponownie spotyka się ze Scottem. Lubiła z nim rozmawiać, ostatnim razem spędziła z nim naprawdę miło czas. Coś jednak wciąż nie dawało jej spokoju. Czy Finlay był dla niej dobrym kumplem, przyjacielem czy może kimś więcej? Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Pewna niewidoczna gołym okiem siła ciągnęła ją do niego, ale dla Paris to wcale nie był jakikolwiek, nawet najmniejszy znak. Jeszcze żaden związek, w którym była, nie wytrwał dłużej, niż pół roku. Po tym wszystkim Kathryn doszła do wniosku, że po prostu nie nadaje się do tego, co większość ludzi nazywa miłością. Nie powiedziała, że tego nie chce, ale nigdy nie znalazła nikogo, z kim mogłaby dzielić jakieś cieplejsze uczucie. Tak naprawdę nie znała zamiarów Scotta i nie chciała się wychylać. Wolała poczekać na jego ruch.
    Czekając tak, wyciągnęła z koszyka słodką bułeczkę i zaczęła mielić ją w dłoniach, urywając małe kawałeczki i wkładając je powoli do ust. Po chwili zobaczyła Finlaya, zmierzającego dość sztywno i szybko w jej kierunku. Usiadła prościej, wciąż stykając się plecami z oparciem. Nie zdążyła się nawet przywitać, ponieważ Scott wyparował z czymś, czego nie znosiła bardziej niż miętowych cukierków i irytujących ludzi.
    Musimy porozmawiać.
    - Pewnie, siadaj - rzuciła niezwykle luzacko, ściągając z ławki koszyk pełen jedzenia. Ze ściskiem w żołądku czekała na to, co mężczyzna miał do powiedzenia.

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  47. [Jest przystojny, podoba mi się.]

    Przyglądała mu się z uwagą, kiedy złapał swój podbródek i z dziwnym zakłopotaniem przesunął dłonią po zadbanym zaroście. Zmrużyła lekko powieki i ściągnęła brwi, zastanawiając się, co chodzi po jego głowie. Gdzieś w głębi przeczuwała, co mężczyzna ma zamiar jej powiedzieć, nie wiedziała jednak, czy chce to usłyszeć.
    Odsunęła się trochę w bok, dając Scottowi więcej wolnej przestrzeni i obróciła się lekko w jego stronę. Założyła nogę na nogę i przygryzła wewnętrzną stronę dolnej wargi.
    Słuchała go z pełną powagą, ani na chwilę nie przerywając jego wywodu. Widziała, jak trudne to dla niego było. Nie chciała odrzucić go jakimś nieprzyjemnym komentarzem czy nawet przewróceniem oczami. Zgarnęła z twarzy ciemne kosmyki włosów i założyła je za ucho.
    - Nie jesteś jedynym, który nie wie, co robi - powiedziała w końcu, wzdychając cicho. Nigdy nie potrafiła wbić się w żaden stereotyp, nie przeczytała regulaminu życia i czasami naprawdę kiepsko jej szło. Większość rzeczy robiła inaczej niż zwyczajni, normalni ludzie. Nawet podczas robienia zakupów wydawało jej się, że coś robi nie tak, a miłość czy zakochanie odchodziły bardzo daleko od jej skali umiejętności.
    Zaśmiała się krótko.
    - Nie wiem, czy w to uwierzysz, ale właśnie o tym myślałam - powiedziała, drapiąc się po czole. - Tak, miałam takie uczucie - dodała po chwili, odwracając się od Scotta i siadając prosto. Rozmowa o uczuciach, chociaż ważna w każdym związku i w każdej relacji, przychodziła Kathryn z wielkim trudem.

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  48. [Moje postaci zwykle mają namieszane w życiu, więc James nie jet wyjątkiem mimo tego fajny z niego chłop :D Trauma myślę nie do końca go opuściła, jednak myśli o kolejnym, nowym związku z pewnością pojawiają się w jego głowie. O nie! Nie dopuścimy do tego, aby mu się coś stało :D Dziękuję bardzo za powitanie! :)]

    James

    OdpowiedzUsuń
  49. [Oh, jak mi się smutno zrobiło po przeczytaniu karty Scotta. Naprawdę smutno. Miło mi, że mój Billy się podoba, choć fakt faktem nie jest jeszcze do końca dopracowany i dopięty na ostatni guzik. Nie mogłam się zdecydować pod którą postacią Ci odpowiedzieć, bo obie są świetne. ]

    Billy

    OdpowiedzUsuń
  50. [Znalazłam świetne gify, które wykorzystam w powiązaniach, jak związek naszych postaci się rozwinie.
    https://67.media.tumblr.com/7104fce4ab940ad9cb4f103b8b58a40d/tumblr_nl0q4vWrkg1s3vdxvo1_500.gif
    https://67.media.tumblr.com/6247f2451284b2a1743482ed727cc465/tumblr_njr32fSf5A1s3vdxvo2_r1_500.gif
    Musiałam Ci to wysłać.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  51. [Wybacz, że tak mało. Mam nadzieję, że teraz żywiej pociągniemy akcję.]

    Wiedziała, że się zbliżał. Wyczuła obok siebie ciepło jego ciała, jego dłoń zakrywającą jej, o wiele drobniejszą, dłoń. Nie odwracając głowy w bok, spojrzała na niego kątem oka. Delikatne promienie słoneczne, które przebijały się przez chmury, oświetlały jego oczy oraz cerę. Kathryn zdała sobie nagle sprawę, że czuje w brzuchu przysłowiowe motylki, a na szyi i policzkach pojawiły się jej czerwone wypieki. Spuściła wzrok i odchrząknęła, jednak nie zabrała ręki. Dotyk, którym obdarzył ją Scott, niezwykle się jej podobał, chociaż był naprawdę delikatny i subtelny. Jak mało wystarczyło, aby zmiękczyć jej serce. Paris nie zdawała sobie wcześniej z tego sprawy. Chyba jednak miała coś po swojej matce.
    - Może zjemy? - rzuciła, uśmiechając się tylko łagodnie i sięgając po koszyk z żywnością, którą przyniosła z domu. Postawiła go między nimi, czując, że powinna powstać między nimi bariera. Z jednej strony wcale nie chciała się od niego odsuwać, z drugiej bała się bliskości, której przez tak wiele lat starała się wyrzec. Podniosła wzrok i zetknęła się z jego jasnymi oczami. Siedzieli tak przez chwilę, w zupełnej ciszy, nawet wiatr przestał na moment szaleć wśród konarów drzew. Kat czuła się tak, jakby na moment czas stanął w miejscu. Z niewiadomych dla niej przyczyn nie potrafiła ruszyć żadną kończyną ciała, jednak jej myśli wciąż kotłowały się w głowie.
    - Jedzmy - powiedziała nagle, może zbyt gwałtownie. Wyciągnęła z koszyka całą zawartość i rozdała każdemu z nich przygotowaną wcześniej porcję. Rozlała wina do małych, plastikowych kieliszków i zaczęła jeść, odciągając myśli od siedzącego obok niej mężczyzny. Czuła się niezwykle głupio, jednak nic nie potrafiła na to poradzić.

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  52. Starała się na niego nie zerkać. Kiedy musiała, mocno zaciskała powieki i wgryzała się w kanapkę, długo mieląc ją w ustach. Później chwytała zgrabnie nóżkę kieliszka, wyuczoną już ręką, i upijała duże łyki półwytrawnego, czerwonego wina. Czuła lekko metaliczny posmak i nieprzyjemny osad na uzębieniu. Przejechała językiem po górnych zębach kilka razy i ponownie przechyliła kieliszek, opróżniając go do końca. Chwyciła do połowy pełną butelkę wina, z zamiarem napełnienia lampki, kiedy usłyszała, jakby gdzieś z oddali, głos Scotta. Drgnęła, nie tylko dlatego, że przestraszyła się jego głębokiego głosu wśród ciszy drzew, ale i dlatego, że słowa, które do niej doleciały, nie były tymi, które miała nadzieję usłyszeć. Podniosła głowę i zobaczyła, jak Scott wstał gwałtownie, obszedł koszyk i stanął wprost przed nią. Kathyn zrobiła zdziwioną minę, zmarszczyła brwi i przechyliła lekko głowę, czekając na jakikolwiek ruch z jego strony. To, co się stało, zupełnie zbiło ją z tropu, sprawiło, że poczuła rozlewające się ciepło w dole brzucha i dosłownie zakręciło jej się w głowie. Nie była pewna, czy to wina Scotta czy jednak alkoholu, ale nie miała zamiaru się nad tym teraz rozwodzić.
    Od razu oddała pocałunek. Delikatnie złączyli swoje wargi, by po chwili zagłębiać się w siebie coraz bardziej. W miejscach, gdzie Finlay dotykał jej skóry, przechodziły ją ciarki. Paris także wprawiła swoje ręce w ruch. Obiema dłońmi ujęła jego twarz, ściskając z każdą minutą coraz bardziej. Ich pocałunek, chociaż pierwszy, jaki razem dzielili, był niezwykle namiętny i pełen czaru. Wcale nie wyglądali jak świeżo upieczona para, a raczej jak młode małżeństwo, które szczęśliwe, bardzo skromnie obchodzi rocznicę ślubu.
    - Przez moment myślałam, że odejdziesz - wyszeptała, odrywając się od niego. Przyłożyła swój nos do jego nosa i oboje stali tak przez chwilę, w niewygodnej pozycji, wpatrując się sobie w oczy. - Chodźmy stąd - zadecydowała w końcu, prostując się i wstając. Powoli zaczęła pakować wszystko z powrotem do koszyka, zerkając kątem oka na Scotta. Nie wiedząc czemu, bała się, że mężczyzna nagle wyparuje i zniknie, zostawiając ją samą.

    Kat ♥

    OdpowiedzUsuń
  53. [Najnudniejsza para w miasteczku, ooo ^^ Już ich kocham.]

    Wychodząc ze Scottem po raz pierwszy na kolację, nie podejrzewała, nawet w najśmielszych snach, że ich relacja potoczy się w ten sposób. Skrępowanie, a później namiętny pocałunek i coraz częstsze spędzanie ze sobą czasu. Wspólne popołudnia, wieczory, długie spacery w mroźne dni i wyprowadzanie psa, który niezwykle szybko przyzwyczaił się do drugiego mężczyzny w stadzie i z łatwością się mu podporządkował. Ciekawski wzroki starszych jak i młodszych pan przestał ją już zupełnie obchodzić. Była szczęśliwa, mogła to przyznać z czystym sumieniem. Podobała jej się ta rutyna, w którą wpadli, ta zwyczajność, która pochłonęła ich życie. Kat nie potrzebowała nic więcej i z tego, co wyczuła, Scott również.
    Siedziała przy stoliku w małej kuchni Scotta, wpatrzona w jasną ścianę. Jedną ręką głaskała Vadera, który leżał wiernie przy niej, z łebkiem na jej udzie, drugą ręką grzebała zaś we włosach, palcami rozczesując jeden, niezwykle denerwujący ją kołtun. Melancholia i sztampa owładnęły nią całkowicie. Kiedy usłyszała głos Scotta, drgnęła lekko i odwróciła głowę w stronę salonu. Dopiero wtedy poczuła zapach tarty, która dogrzewała się w piekarniku.
    - Już! - odpowiedziała zmieszana, wstając szybko od stołu. Ostrożnie wyciągnęła tarte i ułożyła ją na dużym talerzu. W całej kuchni pachniało szpinakiem i pomidorami*, które idealnie przypiekły się na cieście. Zgrabnym ruchem chwyciła przygotowane wcześniej sztućce i talerze, objęła ręką tarte i ruszyła do salonu, czując między nogami ogon Vadera.
    - Smacznego, sama przygrzałam - powiedziała, kładąc wszystko na stół i uśmiechając się szeroko. Usiadła na ziemi, gdzie wygodniej się jej jadło i upiła łyk chłodnej już herbaty. - Mm, jakaś nowa - dodała, krojąc cienkie, parujące wciąż ciasto.

    szczęśliwa czarnula
    *Mam nadzieję, że Scott lubi tarte ze szpinakiem, fetą i pomidorami :) Tak kolacyjnie.

    OdpowiedzUsuń
  54. Szperam sobie po spisowniku i nagle zauważam, że jestem poszukiwana. W prawdzie było to kilka miesięcy temu, więc nie wiem czy nadal aktualne ;)
    Odezwij się do mnie w wolnej chwili na maila kryzysowa.zona@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  55. Cześć, czy mogę Cię zjeść? :D A tak na poważnie, to poproszę pomysł na wąciszka! <3

    OdpowiedzUsuń
  56. A może od jakieś dramy zaczniemy? Może... Jesica przyjdzie z informacją o śmierci swojej babci? Przy okazji zlustruje wzrokiem te kieliszki, pustą butelkę po winie? Mogę zacząć, już nawet mam kawałek xD

    OdpowiedzUsuń
  57. [Niestety filmu nie kojarzę, ale gdyby przypomniał Ci się tytuł - chętnie się dowiem ;) Praca strażaka wybrana nie przypadkowo - Lucas bowiem chciał zamienić wodę, która kojarzyła mu się przez długi czas jako symbol śmierci, na znak odnowy, życia, ukojenia.
    Za przywitanie pięknie dziękuję. Mogę od siebie dodać, że kocham Twoich panów, szkoda, że poprzednio z Amelią mi nie wyszło.. ach. Życzę zawsze ciepłych skarpetek z okazji mrozu na dworze ;)]

    Lucas

    OdpowiedzUsuń
  58. Tyle poświęcenia, tyle woli walki, tyle odkrytych części ciała! Ah, cóż to był za wyścig! Gdybyśmy transmitowali go na żywo na telebimach, to niejedna młoda dama mdlałaby na widok Twojego szybkiego pozbywania się ubrań! Na drugi raz dogadaj się lepiej z psami, to może nie będziesz tak bardzo zbaczał z toru… Póki co łap ikonkę za dzielne dotarcie na metę i nie pozwolenie sobie na odmrożenie żadnej części ciała. Ktoś na pewno będzie Ci za to wdzięczny <3

    OdpowiedzUsuń
  59. [To drugie zdjęcie jest super ^.^]

    Kilka plastrów ciasta ułożyła zgrabnie na talerzu Scotta, robiąc później to samo ze swoją porcją, tyle, że mniej porządnie. Zwykle starała się bardziej, jeżeli chodziło o pana Finlaya niż o samą siebie; sprzątała za każdym razem, kiedy mieli się spotkać, zaczęła dbać o swoje włosy, aby nie wyglądać jak upiór i o suche dłonie, żeby Scott mógł normalnie chwycić ją za rękę i nie przestraszyć się jej szorstkością, zaczęła gotować, a przynajmniej się starała, czasem robiła mu kanapki do pracy i wsadzała do woreczka krótkie notki, dokładnie tak, jak robiła to jej mama. A mówiła, że nigdy nie będzie taka, jak ona. Wiele się jednak zmieniło, odkąd zaczęła umawiać się ze Scottem i zwyczajnie być zakochana.
    - Na pewno nie zmarznę bardziej, niż Ty - rzuciła zaczepnie, ewidentnie nawiązując do dzisiejszego wyścigu i momentu, kiedy zobaczyła Scotta na wpół rozebranego. Uśmiechnęła się szeroko, kiedy Finlay okrył ją kocem i odgarnął jej włosy z karku. Kat lubiła, kiedy Scott wykonywał takie małe, czasem nieznaczące wiele czynności i ruchy. Czuła się wtedy niezwykle kochana, chociaż takie słowo jeszcze nigdy między nimi nie padło.
    Przyjemne ciarki przeszły po jej kręgosłupie, kiedy Scott zaczął powoli, delikatnie składać pocałunki na jej szyi. Paris wyciągnęła rękę spod koca i przekręciła ją do tyłu, chwytając jego kark i przyciągając go do siebie. Po chwili wstała gwałtownie, strasząc przy tym psa, który również poderwał się z ziemi i podleciał do sofy. Kathryn stanęła nad Scottem, pchając go lekko jednym palcem na oparcie. Uniosła jeden kącik ust ku górze, siadając na mężczyźnie rozkrokiem. Nachyliła się lekko, a jej ciemne włosy opadły na jego twarz i wtopiły się w całość. Narzuciła na nich koc, zatapiając ich w ciemnościach.
    - Nie zaczynaj - mruknęła, całując go delikatnie w ciepłe wargi. - Musimy zjeść kolację, żeby znowu jej nie przygrzewać, a jutro popołudniu idziemy na obiad do moich rodziców, więc musimy być wyspani - ciągnęła, wciąż nie przestając go cmokać.

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  60. [Ojej, ojej, ojej <3 Jakie milusie przywitanie mnie zastało! Ja nie ukrywam, że do Twoich postaci też mam ogromny sentyment, dlatego w wolnej chwili postaram się wymyślić coś dla Scotta lub Andrew (jeszcze się waham, którego Lydia może podenerwować!). ]

    Lydia

    OdpowiedzUsuń
  61. [Cześć :)
    Trochę się wahałam, ostatecznie jednak odpisuję u Scotta. Andrew jest na swój sposób fascynujący, a przynajmniej sposób, w jaki go ujęłaś szczerze do mnie przemówił. I nie chodzi bynajmniej o to, jak niełatwym jest człowiekiem, a te wszystkie dodatkowe i istotne zarazem wzmianki, które tak umiejętnie wplotłaś w kartę postaci. Pozazdrościć, niewielu tak by potrafiło i jeszcze mniej osób umie mnie dzisiaj na grupowcach pozytywnie zaskoczyć.
    No ale, co nieco o Scotcie; on z kolei ujął mnie swoją normalnością, pomijając przepiękne oczy Niko, który tak rzadko jest przez kogokolwiek, jakkolwiek używany na grupowcach. Dodatkowo, Finlay jest pracownikiem poczty, w razie ochoty na wątek, zawsze można byłoby to uznać za punkt zaczepienia ;)
    Nawiązując jednak do tego, co napisałaś - zapewniam, niewielu jestem na grupowcach znana na tyle, by pamiętali mój nick lub rozpoznawali mnie po stylu kart ;) Masz jednak rację, zetknęłyśmy się na blogu, gdzie piszesz, m.in., synem postaci, z dobrze znanego większości kanonu. I przyznam bez bicia, że kiedy Cię tam dwukrotnie witałam, nie zauważyłam, że masz dodatkowy kod z treścią, a nie chciałam Ci już później zaśmiecać pod kartami. Tak, bywam bystra jak woda w klozecie, cóż poradzić.
    Cieszę się bardzo, że kreacja Harry'ego przypadła Ci do gustu. Nie mylisz się mówiąc, że jest przemyślany; (nie)stety nie umiem tworzyć innych postaci. Jeśli we własnej głowie nie umiem ich sobie wyobrazić, z pewnością nie potrafiłabym nimi prowadzić wątków, czy pisać posty fabularne. Jak pójdzie mi w praktyce tym razem, pokaże czas. Mam jednak nadzieję, że nie najgorzej i chociaż w połowie tak, jak sobie wyobrażam.
    Dziękuję za powitanie i zapraszam do wspólnego pisania :)]

    Harry Preston

    OdpowiedzUsuń
  62. [Oj, dziękuję za tak miłe słowa! To fakt, Enid jest dosyć ciężka do odszyfrowania, ale jeżeli ktoś przełamie jej granice, potrafi być naprawdę dobrą towarzyszką. c:
    Jeju, jaka piękna karta. Jestem stuprocentowo zauroczona, dlatego jeżeli masz ochotę na wątek, to wiesz, zapraszam serdecznie. c:]

    Enid A.

    OdpowiedzUsuń
  63. [Dość długo mnie tu nie było, wybacz za brak odpisu przez ponad miesiąc - już powoli wracam do siebie. Czy może nie byłoby lepiej, gdybyśmy zrezygnowały z tego wątku, który teraz prowadzimy i zaczęły ten nowy, z walentynkowego wydarzenia?]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  64. Chyba można uznać, że zostałaś mistrzem Mount-ipedii! Nie dość, że rozwiązałaś ją jako pierwsza, to na dodatek wszystko było w niej perfekcyjne! To chyba pierwsze wydarzenie, w którego organizacji nie brałaś tak czynnego udziału, dlatego jest mi tym przyjemniej obdarować Cię kolejną ikonką <3 Gratuluję sukcesu i trzymam kciuki za dogonienie swojej panny w zbieraniu tych nagród, bo ucieka Ci ona, oj ucieka.. ;D

    OdpowiedzUsuń
  65. [Oczywiście, że możemy. Teraz chyba moja kolej, żeby zacząć, prawda? ♥ Bardzo, naprawdę bardzo się cieszę, że spodobała Ci się moja karta i, chyba przede wszystkim, powiązanie ^-^]

    najdroższa

    OdpowiedzUsuń
  66. [Postanowiłam, że zepnę się w sobie, bo my naprawdę idziemy żółwim tempem, a tak nie można ;P]

    Wstała powoli z krzesła, na którym siedziała już tak długo, że obie nogi zdążyły jej ścierpnąć i podeszła do sceny, na której wciąż znajdował się Scott ze swoim specjalnym koszyczkiem. Kat wsadziła obie dłonie do kieszeni kurtki i podniosła głowę, aby przyjrzeć się mężczyźnie, którego dosłownie sobie kupiła.
    - Sam go zrobiłeś, prawda? - rzuciła, choć doskonale znała odpowiedź. - Tylko mi nie mów, że ten placek jagodowy też sam upiekłeś - zaśmiała się, zerkając w stronę zbitych desek nazwanych koszykiem. Paris była ciekawa, co Scott wymyślił na ich dzisiejszy wieczór, ale postanowiła, że nie pokaże po sobie tego zainteresowania. Niech myśli, że nie tak łatwo ją czymś zaabsorbować.
    Poczekała, aż Finlay chwyci gruby sznur, podniesie drewniany koszyk i zejdzie ze sceny, a potem ostrożnie chwyciła go za rękę i przybliżyła się do niego, aby nie zostać staranowaną przez tłum, który właśnie wychodził hurtem z Domu Kultury. Kat nagle pociągnęła Scotta za rękę i wskazała brodą tylne wyjście, nad którym świeciła się tabliczka ewakuacyjna.
    - Tędy będzie szybciej - dodała tylko i ruszyła w stronę drzwi. Kiedy je otworzyła, chłód owionął jej twarz i odkrytą szyję. Właśnie w tym momencie zdała sobie sprawę, dlaczego Scott wsadził do koszyka szalik, czapkę i rękawiczki. Dbał o nią bardziej, niż ona sama.
    - Nie bałeś się chociaż przez chwilę, że nie wybiorę Twojego koszyczka? - spytała, ponownie chwytając go za rękę.

    OdpowiedzUsuń
  67. [Cześć i dziękuję bardzo :) Holly chętnie ugości go w swoim domu i równie chętnie sama będzie czasami do niego wpadać :D To co, chyba myślimy nad jakimś wątkiem, co?]

    HOLLY

    OdpowiedzUsuń
  68. [Jasne, rozumiem :) Postaram się nie uciec :D]

    HOLLY

    OdpowiedzUsuń
  69. [No popatrz, rzeczywiście, że podobni! Przysięgam, że to kompletny zbieg okoliczności, ale, z drugiej strony, pomyśl, ile by z tego mogło wyniknąć zabawnych sytuacji - dwóch takich w jednej małej mieścinie. ;)]

    Farley Darmond

    OdpowiedzUsuń
  70. [Spokojnie, haha, widzisz, jak mi wszystko opornie idzie.]

    - Naprawdę nie przeszkadzałoby Ci, gdyby ktoś inny chwytał mnie za rękę, przekładał włosy na drugą stronę i muskał delikatnie po policzku? - spytała, unosząc znacząco brwi i odsuwając się od niego na moment, aby objąć oczami całą jego postać. Cmoknęła cicho i ponownie do niego przylgnęła, uśmiechając się lekko pod nosem. Wiedziała, jak Scott rozumował i nie miała problemu z tym, co powiedział, ale gdzieś głęboko jednak chciała, aby zależało mu trochę bardziej, niż teraz. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie może oczekiwać od niego niewiadomo czego, przecież sama ideałem dziewczyny nie była, ale - na nieszczęście ich obojga - w Kathryn zaczynała budzić się od dawna uśpiona kobieta, która od czasu do czasu mąciła jej w głowie.
    - Gdzie mnie zabierasz? - spytała, przystając na moment na chodniku. Nie znała planów Scotta, a zawartość jego koszyczka świadczyła o tym, że ten wiedział już, gdzie spędzą swoją, oby, romantyczną randkę. Miała tylko nadzieję, że nie będą siedzieć cały wieczór na dworze - już czuła, jak marzną jej palce u stóp, a nie chciała być znów chora. Sama nie wie, po kim odziedziczyła tak słabą odporność, ale za wszystkie nieprzespane noce przez katar i wysokie gorączki zdecydowanie wini rodziców, a nie swój ubiór, w którym, notabene, Kat nie widzi problemu.

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  71. Zamknięte drzwi i zamknięta przestrzeń z początku dawały jej poczucie bezpieczeństwa. Gdy siedziała w domu, zamykała się w małym pokoju, a nawet zdarzało jej się przysuwać pod drzwi szeroki fotel. Gdy miała kontrolę nad tym, że nikt nie wejdzie i ona sama nie wyjdzie, jeśli nie zechce wyjść, czuła się w miarę swobodnie. W miarę, bo kroki lokatorki zza ściany i dzwoniący co godzinę telefon matki sprawiały, że pętla wokół szyi zacieśniała się coraz bardziej.
    Z czasem potrzebowała więcej miejsca, by móc swobodnie oddychać, ale ani zmiana lokum na większe, ani wyjazdy w słoneczne miejsca, gdzie spacerowała godzinami po plaży, nie dawały jej tego, czego szukała. Spokój, cisza i wolność to było coś, co wydawało się nieosiągalne, choć rozpaczliwie wyciągała po to ramiona. Schodziła ludziom z drogi, unikała rozmów, wycofała się z towarzystwa, które uważało, że zna ją lepiej, niż ona samą siebie. I powoli zaczęła szukać miejsc, gdzie można zniknąć bez śladu. W końcu już raz jej się to udało, choć wtedy wydarzyło się to wbrew jej woli. Potrzebowała pustki, która ją wciągnie.
    Ogłoszenie pracy na krańcu świata w Kanadzie to było... Nie wierzyła w Boga, więc nie chciała nikomu nic zawdzięczać. W przypadek też nie wierzyła. Ani w szczęście. Właściwie wierzyła tylko w to, co sama widzi i czuje, co może dotknąć, polizać i powąchać, więc trudno jej było nazwać ten moment, kiedy natrafiła w Internecie na artykuł o małym miasteczku i po nitce do kłębka znalazła ofertę. Miała wrażliwą duszę i zmysł estetyki, który ludzie doceniali. Ale nie była fotografem. Właściwie czuła się nikim, choć oglądając swoje zapiski, projekty i wyniki własnej pracy była dumna z tych osiągnięć. Miała też sławę, z której mogła skorzystać. Dzięki niej uciec. Oprzeć się na kłamstwu i zniknąć. Wbrew wszystkim i wszystkiemu. Nie trudno było podjąć decyzję, gdy na karku czuło się wieloosobowy przytłaczający wzrok i ponaglające dyszenie.
    Na miejscu było lepiej niż się spodziewała. Była to w porównaniu z miastami, gdzie podobno żyła wcześniej, istna czarna dziura, ale okazała się tak piękna, że gotowa była porzucić wszystkie kolory właśnie dla tej czerni. Ten spokój, cisza i widoki sprawiały, że nie czuła się jak wariat. Mogła zwolnić i iść własnym tempem, bez ponagleń, bez wymagań i oczekiwań. Nikt jej tu nie znał i czuła, że jest remis. Wiedziała tyle samo o innych, co inni o niej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mocna czarna kawa zdążyła ostygnąć, gdy siedząc od godziny na ławce przed pocztą, wpatrywała się w popękane brzegi ulicy. Asfalt od wielu lat najwidoczniej nie otrzymał pomocy z człowieczej ręki i prawdopodobnie nikt się tym nie zainteresuje przed następne kilka lat. Było w tym coś tak melancholijnego, że nie mogła oderwać wzroku od głębokich rys. Dla niej brak wspomnień nie był ujmą, choć nie wiedziała, czym był zamiast tego. I dla tej drogi zaniedbanie człowieka też nie wydawało się czymś, co sprawia że ulica maleje.
      Mocny trzask drzwi budynku za nią wybudził ją z myśli. Powoli podniosła się z ławki, wrzuciła kartonowy kubek z resztą zawartości do pobliskiego kosza i weszła do środka. Przyszła tu wcześnie, by przed kimkolwiek wrzucić do skrzynki grubą kopertę. Zamiast tego zasiedziała się... jak zwykle ostatnio. Nie podnosząc wzroku poprosiła o zważenie i oznakowanie paczki, chcąc jak najszybciej mieć to z głowy. Po tym, co było w kopercie albo skazana będzie wrócić, albo jakimś cudem zostanie.
      Nie skupiała się w ogóle nad osobą naprzeciwko niej. Planowała już trasę na dzisiejszy i kolejny dzień, bo przebywała w miasteczku od tygodnia, a wydawało jej się, że nic nie zobaczyła. Była przejęta, jakie emocje wywołuje u niej gęsty las, gdy gubi się na krętych ścieżkach i po powrocie z wielogodzinnego spaceru, nie może się doczekać kolejnego. Roztargniona zapłaciła za paczkę i wycofała się prędko, zostawiając połowę zawartości z torby na ladzie okienka. Przecież musiała się dokopać do portfela poprzez paczki chusteczek, mini zestaw do szycia w awaryjnych wypadkach, pudełko czekoladek, które stanowiły prowiant na całodniową wyprawę, grzebień, gumki do włosów i ćwierć tuzina długopisów. Tyle że zapomniała to wszystko z powrotem wrzucić do torby, nim uciekła. Ale to nic, przecież bałagan można sprzątnąć jednym ruchem ręki i nawet zgarnąć coś dla siebie z tego.

      Usuń
  72. Ahhh! Bez tej naszej Kat, to Scott już dawno zginąłby od tego smutku i rozpaczy! Dobrze, że ma się komu wygadać jak deszcz go trochę zdołuje, bo facet mógłby nam się rozpuścić niepotrzebnie na tym dworze i ciekawe kto wtedy roznosiłby te wszystkie zapomniane listy! :D Chyba wszyscy się zgodzą, że ten uroczy obrazek z Pojedynku Mistrzów na długo zostanie w naszej pamięci, a dla uhonorowania go do karty Scotta wpada właśnie specjalna ikoneczka! Goń tą Kathryn, goń!

    OdpowiedzUsuń
  73. [Narzeczony może narwany, a mieścina mała - ale on jest jej obrońcą, a miejsce pełne spokoju, którego Rachel potrzebuje. :) Dziękuję za słowa powitania i liczę na jakiś wątek - choć nie wiem, czy ze Scottem, czy z Andrew, czy z Timothym. Który najlepiej okaże przyjazność tutejszych?]

    Rachel Bonny

    OdpowiedzUsuń
  74. [Cześć, dziękuję, ojej, bardzo mi miło. W porównaniu z Twoją moja karta jest relatywnie długa, więc cieszę się, że czasu poświęconego na jej przeczytanie nie uznajesz za stracony.
    Jednak babka Josepha trochę racji miała i warto zaglądać w oczy ludziom, nawet (a może zwłaszcza) w swoje własne. Może wtedy Scott prędzej zmierzyłby się z samotnością opisaną w tej krótkiej, ale treściwej i ładnej karcie.]

    Joseph Stitt

    OdpowiedzUsuń
  75. [Dziękuję ogromnie za te miłe słowa na przywitanie! I nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Diana, jak się wydaje, wyszła mi dokładnie tak, jak zamierzałam. Mam nadzieję, że się tutaj zadomowię, a jeśli kiedyś ładnooki listonosz będzie miał ochotę na wątek z moim stworzeniem, to też chętnie nad czymś pomyślę.]

    Diana

    OdpowiedzUsuń
  76. [ Na wątek jestem chętna praktycznie zawsze, zwłaszcza z tak cudnym panem, którego bym wytulała za wszystkie czasu. Takie spaczenie, że uwielbiam wszystko co skrzywdzone, samotne i smutne. A Scott trafia w samo sedno, więc wątku nie odpuszczę! Mam nawet jeden pomysł, o ile Scott zna mniej więcej życie miasteczka, bo bez tego tak trochę ani rusz. Mianowicie. Grace po prostu ruszyłaby na pocztę coś wysłać, ale nie wiedząc o której się tu zamyka, przyjdzie długo po czasie, a On akurat siedziałby jeszcze w pracy? Jeśli nie, zawsze mogę wymyślić coś bardziej porywającego. ]

    Grace Molière

    OdpowiedzUsuń
  77. [Mam nadzieję, że Scott chociaż trochę stęsknił się za kuzynką, bo wróciła pouprzykrzać mu życie. ;) Cześć znów! <3]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  78. [Zanim wróciłam na MC przespacerowałam się trochę po kartach na blogu i rzuciły mi się w oczy powiązania Kat, więc coś-niecoś wiem (dobry wybór, Scotty!). Ale chwila, moment, jaka tam samotna, Mysie bardzo dobrze się czuje ze swoim staropanieństwem! No, w każdym razie z panieństwem, bo ze starością już nieco gorzej się trzyma. Niech się kochany kuzyn ma na baczności, bo pewnie nie raz będzie zmuszony wysłuchiwać jej marudzenia o kolejnej zmarszczce na czole. ;')
    Moja kreatywność trochę zardzewiała, więc nie spodziewaj się po mnie żadnej górnolotnej idei, ale z najprostszych pomysłów mam dwa:
    – Mysie wpadła na iście genialny pomysł wykąpania się w jeziorze, zostawiając rzeczy na brzegu bez opieki, do których dobierze się jakiś uczynny mały szkodnik i albo Scott akurat będzie tamtędy przechodził i się nad nią zlituje, albo zwyczajnie sama wprosi mu się swoim zwyczajem do mieszkania (lub co gorsza na pocztę), żądając ratunku;
    – wyślemy naszą dwójkę łódką na środek jeziora, nieszczęśliwie sprowadzając też do miasteczka ulewę/burzę, sprawiając im tym samym niemały kłopot dobiciem do brzegu.
    Nie wiem, czy coś z tego przypadnie Ci do gustu, jakby Tobie coś wpadło do głowy, wal śmiało, Mysie pisze się na prawie każde kłopoty. :3]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  79. [Bardzo dziękuję za potok miłych słów. To pierwsza napisana przeze mnie karta od jakiegoś roku, dlatego nie liczyłam na zbyt wiele. Ciężko się wraca do blogosfery po takim czasie nieobecności, ale mam nadzieję, że się wdrożę i wątki będą dużo łatwiejsze, niż tworzenie KP. Chęć na grę mam ogromną, zwłaszcza że podziwiam sposób, w jaki przedstawiłaś swojego bohatera - zwięźle, dosadnie, plastycznie. Nie ujawniasz, kim jest Scott, jaki jest, czego można się po nim spodziewać. Właśnie takie powinny być dobrze napisane karty. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego dziewczyny od niego uciekają, zwłaszcza jak patrzę na jego jasne oczyska, ale z wielką przyjemnością się tego dowiem. Wątek z mieszkaniem jest idealny, ustalmy tylko, czy znali się już wcześniej? Łatwiej byłoby, gdyby Scott był przyjacielem rodziny albo chociaż kimś, kto codziennie mówiłby im dzień dobry, mieszkając nieopodal. Obcemu mężczyźnie Wendy pewnie by nie zaufała na tyle, by się do niego wprowadzić. Może dobry znajomy ojca?]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  80. [Dziękuję bardzo. Zależało mi właśnie na tym, by zamiast postrzegać mnie przez to, co piszę, jako fankę dramatów i smutków (choć nie zaprzeczam, że nią jestem), uwagę ludzi przyciągnął sam tekst. Miło mi niezmiernie zatem czytać, że zabieg się udał. c:
    Co do przyjaciela, wszystko jest do ustalenia, więc w razie czego zapraszam. Jeśli jednak ów pan Ci nie leży, chętnie przybędę tutaj po wątek, gdyż jestem wprost zauroczona kartą i Scottem. Świta Ci jakaś relacja między nimi?]

    Effie Vinberg

    OdpowiedzUsuń
  81. [Dziękuję. Mam zamiar je uzupełnić, tylko nie do końca wiem, w jaki sposób to zrobię. Postaram się zbyt długo tego nie odkładać. Nie wiedziałam, pod którą kartą odpisać, wszystkie bardzo mi się podobają, ale chyba ta najbardziej przypadła mi do gustu. Podoba mi się sposób, w jaki została napisana karta, nagromadzenie szczegółów nie przeszkadza, lepiej odwzorowuje tę postać. Jeżeli zechcesz napisać ze mną wątek -tą lub inną postacią- to zapraszam.]

    Lilith Johnson

    OdpowiedzUsuń
  82. [To super. Nie ma problemu, nie musisz się spieszyć, ale jakby co, to będę się upominać :)]

    Lilith Johnson

    OdpowiedzUsuń
  83. [Nie ma problemu. Spokojnie czekam, aż będziesz miała więcej czasu.]
    Lilith

    OdpowiedzUsuń
  84. [No ja mam nadzieję! ^^
    Tak więc czekam sobie cierpliwie na zaczęcie i poudaję w międzyczasie, że się uczę.]

    <3

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.