A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link

Żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy. W.Szyborska

Elizabeth Wood

25 lat biblioteka publiczna w Churchill FC: Candice King Powiązania

Kochana Córko,
przepraszam, że jestem tchórzem.
Zostawiłem Cię, bo byłem przekonany, że będzie lepiej jeśli zawiodę Cię raz, zamiast kilkanaście razy, co na pewno by się stało. Żałuję całym sercem i chciałbym cofnąć czas, żeby móc być z Tobą zawsze, od pierwszego dnia Twoich narodzin. Chciałem być Twoim najlepszym przyjacielem, ale bałem się, że nie potrafię. Obserwowałem Cię, kiedy dorastałaś, jak sobie radzisz, jaka jesteś piękna. Szukałem każdej wzmianki o twoim osiągnięciu. Z każdym kolejnym dniem zasługiwałem na piekło coraz bardziej. Teraz wiem, że powinienem być i chronić Cię przed światem, przed tym bandytą. Nie proszę Cię o wybaczenie. Proszę, abym mógł wrócić i przeprosić Cię za to, co zrobiłem. Prosić Cię, żebym mógł stać się ojcem, z którego byłabyś w końcu dumna, jak ja jestem dumny z ciebie. Już nigdy Cię nie opuszczę. Tata

- Mam ci podziękować za uratowanie życia? Nie zrobię tego. Ponieważ obiecałeś, że już nigdy mnie nie zostawisz. Dlatego wyjeżdżam. Daleko. Nie wierzę ci, że ludziom można ufać.

Sfatygowany list i stare zdjęcie ciągle w kieszeni. Wbrew pozorom nadal ma nadzieję, że może być szczęśliwa i znajdzie ludzi, którzy nie krzywdzą a rozdają ciepło i radość. Znalazła ukojenie wśród książek. Uwielbia się śmiać, ale nie potrafi znaleźć powodów by to robić. Szuka dachu nad głową w Mount Cartier. Dla siebie i Brego.

_____________________________
W powiązaniach postaci do przejęcia

34 komentarze:

  1. (Candice jest prześliczna, a zdjęcia z tej sesji są moimi ulubionymi. Zdecydowanie. *,* Cześć i czołem. Trzymamy mocno kciuki, aby znalazła tutaj jakiś przytulny domek, co na pewno się jej uda. ^^ Dobrej zabawy życzę i długiego pobytu!^^)

    Christian

    OdpowiedzUsuń
  2. [Szuka dachu nad głową? No to zaraz jej jakiś znajdziemy, a o ludzi niech się nie martwi - ci w Mount Cartier dają tyle ciepła, że aż zima nie daje sobie z nim rady! :D Witam serdecznie miłą panią. Bardzo ciekawa karta, z pewnością ukrylaś w niej wiele smaczków, które można odkryć w wątkach. Bo nie powiem - chętnie bym się dowiedziała, co to za bandyta. Mam nadzieję, że zakochacie się w Mount Cartier i zostaniecie z nami długo. Bawcie się dobrze, a ja w razie chęci zapraszam do swoich potworków :)]

    Ferran, Tilia & Cesar

    OdpowiedzUsuń
  3. A gdzie Felka? ;c Będę za nią tęsknić, choć nie ukrywam, że Elizabeth też budzi moją sympatię. Mam nadzieję, że ludzie z miasteczka będą myśleć podobnie, bo szkoda by było, żeby znów się na kimś zawiodła. A tak poza tym to gratuluję umiejętności połączenia zwięzłości i prostoty w karcie. Jest ona przejrzysta, przyjemnie się ją czyta i ma się co do bohaterki dobre przeczucia. Owocnych wątków życzę! :)

    Scott, Andrew & Timothy

    OdpowiedzUsuń
  4. [Wątku damsko-damskiego nie pisałam od bodajże sześciu lat, więc ciężko mi powiedzieć, czy będę robić to dobrze, jako że płeć żeńska jest mi obca :D Ale jak człowiek nie spróbuje, to się nie dowie. Natomiast Brego na pewno lubiłby się kręcić w okolicy portu i na pewno nie raz zostałby poczęstowany skrawkiem smacznej rybki. :)]

    Cesar & Tilia

    OdpowiedzUsuń
  5. Z Andrew czy z którymkolwiek z Panów? :P

    Andrew, Scott & Timothy

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobra, to w pierwszej kolejności proponuję wątek w bibliotece. Mój może pójść tam po jakąś dobrą książkę kryminalistyczną i:

    a) Panna Wood zaproponuje mu jego własną książkę do czytania, z czego nie będzie zdawała sobie sprawy.

    b) Andrew nieprzywykły do tak małych bibliotek narobi tam bałaganu, rozwalając książki, bo przypadkiem zachaczyłby o jakiś stosik łokciem.

    Który z wariantów wolisz?


    Andrew

    OdpowiedzUsuń
  7. Super, tak też może być. I będę wdzięczna za zaczęcie! Chociaż ostrzegam, że ja odpisywać będę dopiero w nocy, święta są szalone! :P

    Andrew Walker

    OdpowiedzUsuń
  8. [Jest w porządku, dziękuję :)]

    Jak każdego, piątkowego popołudnia, w okolicach godziny czternastej, kuter parkował w porcie ze świeżą dostawą ryb. Załoganci znosili z pokładu wielkie włoki, wypchane po brzegi konkretnym gatunkiem ryb, które miały następnie trafić do tutejszego sklepu, i uradować podniebienia mieszkańców za niewielką sumę dolarów. Ryby, w przeciwieństwie do sklepów w innych miastach, do których wielokrotnie stąd trafiały, nie były tu drogie. Zaledwie dwa dolary za kilogram siei kanadyjskiej, i pięć za dorsza – w tutejszych wodach zamieszkiwały naprawdę wielkimi stadami. Jednak, mimo że kuter dawno cumował przy starym pomoście, o tej godzinie nie było tu jeszcze ludzi. Samo znoszenie ładunku trwało około ponad godzinę, więc mieszkańcy zlatywali się dopiero w po piętnastej, tworząc kolejkę na kilkanaście metrów, by wybrać najlepsze sztuki. Na szczęście, Cesar nie zajmował się sprzedażą, bowiem do jego obowiązków należał udany rejs, dlatego po skończonej pracy mógł zabrać się za własne widzimisię. I tak właśnie było – gdy tylko dotarł ze swoją załogą do przystani, zdał raport z połowu, wplątując przy okazji bosmana w dość długą debatę. Przechadzał się przed drewnianą budą, by dopatrywać pracy załogantów i, kiedy wymagała tego sytuacja, skutecznie im pomóc.
    Dechy pomostu skrzeczały pod ciężkimi krokami, jakie stawiał. Delikatny wiaterek targał kosmykami jego blond włosów, a z ust ulatywała prawie przeźroczysta para. Schował dłonie do kieszeni rozpinanego polaru, czując, jak niski, acz jednak wyczuwalny, mróz szczypie go w palce. W gruncie rzeczy nie było mu zimno, dlatego też przechadzał się jedynie w samym polarze, jednak mokre od wody dłonie intensywniej chłonęły panującą w okolicy temperaturę. Zaszedł z drugiej strony budynku, gdzie załoganci zawsze wrzucali do skrzyń te ryby, które nie były przeznaczone do sprzedaży, i nagle jego oczom ukazała się jasnowłosa niewiasta, wciskająca w szelki czarnego futrzaka. Ściągnął brwi, zatrzymawszy się w bezruchu – nie znał jej; widział, że była nietutejsza. Gdy przeprosiła, mężczyzna przechylił głowę lekko w bok, przenosząc spojrzenie na skrzynię, przy której stała kobieta.
    — David? — Zawołał niskim głosem w kierunku stojących po drugiej stronie budynku kolegów, raczących się nalewką, tak jak zwykle po udanym rejsie. Słychać, że ich śmiech przycichł, kiedy imię jedno z nich poszybowało z wiatrem, dotarłszy do odpowiedniej pary uszu. Gdy ciemnowłosy mężczyzna przytruchtał, Cesar kiwnął głową w kierunku skrzyni. — Zapomnieliście zabrać. I zabierzcie się powoli za sprzątanie kutra.
    Na odchodne odprowadził kolegę wzrokiem, kiedy ten zabierał skrzynię, i wrócił spojrzeniem do jasnowłosej kobiety. Wizja zrobienia z kota koktajlu odrobinę go rozbawiła, jednak tylko nieznacznie uniósł kącik ust.
    — Nie musi pani za nic płacić — odparł, zauważywszy jej zakłopotanie. — Nie są na sprzedaż.
    Pewna partia ryb była przeznaczana na różnej maści nawozy, które przydawały się tutejszym mieszkańcom, jeśli chcieli zbierać latem dobre plony z drzewek owocowych. Tak, czy siak, będą zmieszane zresztą kompostu, więc to, czy kot skubnął odrobinę zdobyczy, czy nie, nie miało żadnego znaczenia.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  9. Wypływanie wiązało się z ryzykiem i każdy, kto pracował na statku, zdawał sobie sprawę z tego, że rejs, na który się wybiera, może być jego ostatnim. Że może nie wrócić, nie zobaczyć bliskich i nawet nie zdążyć się z nimi pożegnać. Wprawdzie, nie zdarzyło się jeszcze, by ktokolwiek z Mount Cartier zginął w objęciach wody, jednak taka możliwość zawsze brana była pod uwagę, a załoga nie składała się z pierwszych, lepszych rybaków. Musieli oni znać budowę statku, mieć silną osobowość, niepodatną na panikę, bowiem ta była potrzebna podczas sztormu, jak dziura w moście. Jeszcze za nim Cesar zasiedlił miejsce kapitana, stanowiskiem tym chlubił się jego ojciec – człowiek o stokroć bardziej surowy i przynajmniej dwa razy bardziej nieugięty, niż on sam. To John wprowadził na statek zasady, które po dziś dzień wyznawała cała załoga, mimo że Cesar przymykał oko na usłyszane nie chce mi się od jednego z kolegów, który przebalował wcześniejszą noc. Młodszy Calderon był przyjemniejszy, ale jeśli wymagała tego sytuacja, potrafił uderzyć ręką w stół i poustawiać wszystkich do pionu w przeciągu sekundy. Tego wymagał ten zawód, i tego nauczył się w progach Marynarki Wojennej, której mundur z naramiennikami stale przechowywał w szafie. Prawdopodobnie na wypadek, gdyby nagle został wezwany do służby.
    A port nie był ósmym cudem świata – poskładany z kilku drewnianych pomostów i z postawioną na czele budą, w której urzędował bosman, i gdzie można było kupić ryby, istniał tak od wieków. Jeszcze dziadek Cesara po nim biegał, kiedy sam pobierał lekcje rybołówstwa. Niemniej, miejsce miało swój urok, szczególnie o zachodzie słońca, gdy kutry kołysały się z wolna, a smugi światła dekorowały laminowane kadłuby, dodając ich kolorom głębi. Dla Cesara był drugim, a właściwie to trzecim, domem.
    — Zostaną zmielone, zmieszane z piachem i wciśnięte w ziemię — odpowiedział wydatnie, dając kilka kroków do krawędzi pomostu, przy której się zatrzymał. Przesunął spojrzeniem po linii lustra wody, graniczącej z lądem, by sprawdzić, czy jej poziom nie uległ zmianie od zeszłego tygodnia. Ten miał znaczenie dla zacumowanych łodzi, toteż mężczyźni karnie się nim interesowali.
    — Zgubiła się pani, czy tylko zwiedza? — Zagaił, zerkając na moment w stronę jasnowłosej, przy okazji także zahaczając spojrzeniem o czarnej maści kota, machającego ogonem w niezadowoleniu. Już nie raz się zdarzyło, że któryś z tutejszych futrzaków zwinął nie tę rybę, co trzeba. Nie było jednak z tego powodu wielkich awantur, bo ludzie w tej wiosce charakteryzowali się wyrozumiałością. Albo przynajmniej ich większość, bo do niektórych faktycznie nie należało podchodzić bez kija.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  10. Dla tutejszych obywateli zimy były zupełnie normalne. Utrzymujące się w okolicy minus trzydziestu stopni temperatury były codziennością, i nierzadko zdarzało się, że mieszkańcy potrafili w takiej lodowni spokojnie spacerować – nawet ci starsi! – czy urządzać ogniska. Calderonowie, chociażby, wybierali się na brzeg Roedeark, by zamoczyć się do pasa w kilku-kilkunastu minutowej kąpieli, uodparniając tym samym organizm na ataki nagłego zimna. Za to nikt, kto wychował się w tej mieścinie, nie był przyzwyczajony do wysokich temperatur, jakie panowały, na przykład, w słonecznej Kalifornii, czy egzotycznych Hawajach. Nie – tutaj można było zobaczyć prawdziwe lato jedynie na obrazku pocztówki, przysłanej z drugiego końca kontynentu. I prawda jest taka, że w Mount Cartier grube skarpety należy mieć pod ręką całym rokiem, bo pogoda bywa szalenie nieprzewidywalna.
    Powiódł wzrokiem za jej dłonią i zmarszczył na chwile brwi, zastanawiając się, co kobieta mogła robić w Górach Cartiera. Założył jednak, że po prostu pomyliła kierunki, bo obuwie, które miała na nogach, nie wskazywało na to, by skończyła właśnie wspinaczkę po stromych, wciąż ośnieżonych szczytach.
    — Mhm, to gratuluję — rzekł, nieco uszczypliwie, acz z wyczuwalnym żartem — Nie każdy przebrnął przez tutejsze góry. Nawet ja.
    Nie zamierzał jej dogryzać, mimo że momentami brzmiał mało kurtuazyjnie, jeśli chodzi o witanie nowych osób. Ale i tak należał do grupy tych mieszkańców, którzy patrzą na przyjezdnych z mniejszym obrzydzeniem, więc może miała szczęście, że jej przyjaciel zawędrował właśnie tu, a nie do... leśniczówki, chociażby. Niemniej, w dość prosty sposób przekazywał swoje myśli, bez względu na to, czy brzmiały bardziej, czy mniej przyjemnie – zawsze był szczery, zarówno w momencie komplementowania, jak i obrażania.
    Wzruszył ramionami, gdy zadała pytanie.
    — Nikt chyba nie będzie miał nic przeciwko — odrzekł — Radziłbym tylko patrzeć pod nogi i wyrobić się w czasie, bo jak przyjdą ludzie, to się pani już nigdzie nie przeciśnie.
    Nie wiele turystów zaglądało do portu, bo wszyscy gnali w kierunku Gór Cartiera, ewentualnie na mini plaże nad Roedeark, bądź do lasu, gdzie mogli nacieszyć się pięknem nieskazitelnie czystej przyrody. W pocie mogli zobaczyć jedynie kutry, o ile panowie nie wypłynęli nimi w rejs.
    Zerknął na zdobiący lewy nadgarstek zegarek i splótł ręce na wysokości klatki piersiowej.
    — Została pani godzina.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  11. Rodzina Claderonów nie korzystała z zimnych kąpieli tylko dlatego, że było ono świetnym doświadczeniem. Dzięki morsowaniu hartował się ich układ odpornościowy, nie musieli narzekać więc na srogą zimę, nawiedzającą tutejsze rejony. Jednak głównym powodem, który zmusił ich do leczenia się tą niekonwencjonalną metodą, były problemy sercowo-naczyniowe, z którymi często borykała się ich rodzina, i których teraz, dzięki temu, niemalże już nie było. Właściwie, rzadko spotykały ich jakiekolwiek choroby, a jeśli się zdarzyły – nie trwały już tydzień, a zaledwie dwa dni. A to zdecydowanie przydawało się Cesarowi, którego organizm, podczas rejsów, często bywał poddawany różnym, niekoniecznie dobrym, warunkom atmosferycznym.
    — To świetnie, bo gdyby złapała pani na tej trasie zadyszkę, zacząłbym wątpić w istnienie prawdziwych turystów — odparł niekonfliktowo, jakby wzmianka o jego kondycji zupełnie do niego nie trafiła. Chociaż absolutnie nie narzekał na swoją kondycję, stale katowaną długimi wyprawami nie tylko w celach zawodowych, ale także rekreacyjnych. Cesar bardzo dużo czasu spędzał na żeglarstwie, które wymagało potężnej krzepkości, by utrzymać jacht. Szoty i fały, zlepione z włókien manilowych, wielokrotnie pościerały naskórek jego dłoni, gdy wiatr silnie targał żaglem, a jezioro drgało niemiłosiernie. Po za tym, odkąd wrócił z wojska, stale oddawał się wyczerpującym treningom.
    Jednak jasnowłosa miała rację – rozmawiał z nią z grzeczności. Nie należał do tych osób, które mogły uśmiechać się do nieznajomych, czy wchodzić z nimi w bezpośredni kontakt. Chyba, że chodziło o awanturę, wtedy faktycznie Calderon nie szczędziłby w kontakcie z nieznajomym bezpośredniości, pod warunkiem, że ewentualny zgrzyt dotyczyłby jego – sam nie pakował się w bijatyki, czy inne, podobne ambarasy. Unikał tego dla dobra swojego i innych. Ale, jeśli chodzi o szczerzenie się do każdej przypadkowej osoby, to Cesar zrobiłby to jedynie po pijaku. By złapać z kimś kontakt, musiał uprzednio wyczuć choć gram zaufania – na ogół emanował dość niekoleżeńską aurą, i tak było również w tym momencie. Nie miał jednak zamiaru jej zaszkodzić, bo aż tak szyderczy w swej naturze nie był.
    — Nie zamierzam — przyznał krótko, dając kilka kroków po pomoście i oddalając się tym samym od jego krawędzi — Po za mokrym pomostem, nic tu pani nie grozi.
    O tak. Wystarczyła chwila nieuwagi by pośliznąć się na niewielkiej kałuży i nabić sobie siniaka, albo, co gorsza, wylądować w zimnym jeziorze. A Cesar jakiś miesiąc temu zdążył wyłowić z niego żywą istotę, i tamtym razem nie była to ryba.
    — Ale, jeśli chciałaby pani poznać tutejsze obyczaje, polecałbym odwiedzenie domu kultury dziś wieczorem. Burmistrz organizuje licytację rękodzieł na cele charytatywne, a znając życie, zrobi się z tego całkiem wesoły bankiet.
    Jak za każdym razem, gdy co miesiąc organizowano tu wydarzenia. Wprawdzie, nic nie przebije walentynkowej licytacji, albo wyścigu psich zaprzęgów, jednak tego typu spendy skutecznie jednoczyły tutejszych mieszkańców. A większość była dla siebie niczym rodzina.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  12. [Pewnie, że jest. :) Co prawda wybuchowego pomysłu nie mam, ale Chris mógłby zajrzeć do biblioteki, gdzie pracuje Elizabeth w poszukiwaniu jakiejś nowej lektury. :) ]

    Christian

    OdpowiedzUsuń
  13. Jedynym sposobem na to, by przekonać do siebie mieszkańców, było zjednoczenie się z ich kulturą, albo chociaż próbowanie się zjednoczyć. W tej mieścinie powiedzenie jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać jak one niekiedy faktycznie miało rację bytu, być może nie w całości, ale jakimś procencie z pewnością. Kobieta nie jest jedyną przyjezdną w Mount Cartier, dlatego tutejsi obywatele zaczęli powoli akceptować zjeżdżających się tu ludzi. Jednak, by zaskarbić ich zaufanie, należało wykazać się otwartością i spróbować tego, co mają do zaoferowania. Czasami wystarczyło po prostu kupić jakiś produkt i go ocenić, a czasami pójść na wydarzenie i pokazać, że wiejskie klimaty nie są przyjezdnemu obce. Najgorsze, co można było zrobić, to uświadomić miejscowym, że jest się zadufanym, mieszczańskim ćwokiem, bowiem taka łatka przylegała już na zawsze, i choćby wykonało się tysiąc prób ukazania swej uprzejmości – nic nie było w stanie tej łatki usunąć. Wprawdzie, przyjezdny zawsze zostanie przyjezdnym, choćby zamieszkał w szałasie, utworzonym z pogniłych patyków, ale mieszkańcy zaakceptują go wreszcie jako swojego, o ile da im szansę.
    I Cesar nie sądził, by kobieta miała z tym problem, bowiem dotychczas nie zauważył w niej nic podejrzanego. Niewiele różniło ją od rdzennych mieszkańców... Po za kotem w szelkach, bo tego zwyczaju nikt tu nie praktykował. Ale pomimo to, był zdania, że jeśli przybyła tu na stale, z akceptacją ludzi nie będzie miała pod górkę. Stwarzała obraz sympatycznej istoty, a dodatkowo nawiązywała kontakt – główny aspekt, dający możliwość ułożenia sobie w Mount Cartier prawdziwie udanego życia. O ile nie chciało się zostać znanym adwokatem, chirurgiem plastycznym, czy sługą w FBI.
    Nie zamierzał też jej stąd wyganiać, bo miejsce było otwarte dla każdego, i owszem – stał tu, bo nie miał nic innego do roboty, ale także dlatego, by wyczuć nowo przybyłą. Bo sam fakt, że ktoś tu przyjeżdżał, wciąż był na tyle nadzwyczajny, aby się nim zainteresować. Chciał więc poznać ją zewnętrznie dla samego siebie i po to, aby na przyszłość wiedzieć, czy warto udzielić jej pomocy. Nierzadko nowi jej tu potrzebowali, bo żeby odnaleźć się w miejscu odgrodzonego od świata, nie wystarczyła tylko pewność siebie, ale również odpowiednie narzędzia i pomoc drugiego człowieka. To dlatego wszyscy byli tu dla siebie niczym rodzina, bowiem każdy każdego wspierał w potrzebie – inaczej, życie tu nigdy by się nie rozwinęło.
    Przeniósł wzrok na futrzaka i skinął tylko głową. Nigdy nie miał zwierzaka, ale potrafił zrozumieć, że opieka nad nimi wymaga poświęcenia. Zresztą, wystarczyło tylko spojrzeć, jak czarnej maści kot szarpie się w objęciach jej ręki, w tylko sobie znanym celu. Kącik ust mężczyzny podniósł się ku górze, ale znikł tak szybko, jak szybko kobieta znikła z linii jego oczu. To były dosłownie sekundy – głuchy krzyk i charakterystycznie chlupnięcie wody, które ani trochę nie przypominało tego, które pozostawia po siebie wyskakująca na moment ryba. Jednak czujność, którą wypracował w sobie na przestrzeni całego życia, w tempie błyskawicznym pozwoliła mu zrozumieć sytuację, dlatego chwycił suwak i rozpiąwszy polar, rzucił go na dechy pomostu. Po kilku sekundach był już w wodzie, zanurzony po szyję. Chłódł przeszył każdą komórkę jego ciała, ale dzięki silnej woli starał się nie dopuścić go do mózgu, który bez uprzedniej rozgrzewki mógł się zbuntować na to spotkanie z lodowatą cieczą. Silnym ramieniem objął kobietę, unikając wymachów jej rąk. Chciał uspokoić ją za pomocą słów, jednak klatka piersiowa ścisnęła się na tyle skutecznie, by nie pozwolić na zmarnowanie powietrza na zbędne słowa, które prawdopodobnie i tak by do kobiety nie dotarły. Prężnie dopłynął z nią do takiego miejsca, w którym dostanie się na pomost nie sprawiało trudu, i w którym dało się wyczuć pod stopami grunt. Zacisnął kurczowo dłoń na desce pomostu, by unieść kobietę ku górze i wydostać na zlepek drewna, z którego jeszcze chwilę temu się ześliznęła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczłapał się zaraz za nią.
      — Musisz się ogrzać. Jak najszybciej.
      Słowa mężczyzny z trudem przebijały się przez jego głęboki oddech. Czuł przyspieszoną akcję serca, bowiem to waliło niczym młot, jednak podniósł się na kolana i chwycił lezący nieopodal polar. Okrył nim mokrą odzież kobiety i stanął na nogi, pomagając jej wstać.
      Odkaszlnął kilkakrotnie, łapiąc kobietę obiema rękami, by stabilnie utrzymać jej równowagę. Objęcie mężczyzny było silne, jakby niewzruszone wydarzeniem sprzed chwili. Jakby zimno do nich nie dotarło.
      — Do środka. Tam jest kominek i koce.
      Ruszył w kierunku drzwi. Miał świadomość, że kąpiel w takiej wodzie może doprowadzić do obniżenia temperatury ciała i hipotermii. Szczególnie dla kogoś, kto nie był przyzwyczajony do takich temperatur.

      Cesar Calderon

      Usuń
  14. Instynktownie rozejrzał się za jej czworonożnym przyjacielem, jednak był pewien, że nie wpadł do wody. Koty radziły sobie świetnie w skrajnych warunkach. Momentami wręcz latały w powietrzu, a szczególnie, jeśli gdzieś w pobliżu znajdowała się choćby maleńka kropelka wody, bowiem to jej widok dodawał im tej nagłej mocy. Miał tylko nadzieje, że w akcie szoku nie pobiegł za daleko, bo nie obawiał się o to, że zagubi się w gąszczu lasu, a o to, że na szukaniu go spędzą zatrważającą ilość czasu. Mógł być wszędzie – na drzewie, na dachu kapitanki, albo w każdym innym miejscu, które uznał za bezpieczne. Cesar był jednak przekonany, że nic mu nie jest.
    Wszedłszy do ciepłego pomieszczenia, praktycznie nie poczuł tej zmiany temperatury. Odczuwał, jak palce u rąk zaczynają mu drętwieć, jednak skutecznie wprowadził kobietę do portu. Bosman przyjrzał im się z niedowierzaniem, ale Cesar minął mężczyznę bez słowa, rzucając tylko spojrzenie, sygnalizujące, że kąpiel wcale nie była przyjemna i potrzebna jest im pomoc. Starszy, lekko zgarbiony mężczyzna podniósł się z krzesła, z wypisanym na twarzy zdumieniem, bo to druga kąpiel w tym sezonie, i jakby mechanicznie ustawił czajnik na żywym ogniu, by następnie sięgnąć do starej skrzyni po koce. W tym czasie Cesar poprowadził kobietę do niewielkiego pokoju, gdzie znajdował się przede wszystkim kominek, jak i kanapa wraz ze stolikiem. Na starej komodzie stał mały, czarno-biały telewizor, w tym momencie nie wyświetlający żadnego obrazu.
    Gdy bosman przyniósł koce i położył je na kanapie, Cesar kiwnął mu tylko głową w podzięce – starszy mężczyzna wiedział, że młody Calderon sobie poradzi, dlatego wyszedłszy, zamknął drzwi, zostawiając tę dwójkę samą. Po drugiej stronie ściany było już słychać wycie gwizdka, które ucichło po kilku sekundach.
    Za pierwszym razem jej słowa w ogóle do niego nie dotarły. Dopiero, gdy po raz drugi wspomniała imię kota, wyczuł wzbierającą się w niej panikę.
    — Znajdziemy go — zapewnił, blokując jej jakiekolwiek ruchy. Nie mógł pozwolić, by wyszła, bo jeszcze tego brakowało, by miał na sumieniu kobietę, której pozwolił wybiec w takim stanie. — Nic mu nie jest.
    Jego głos, mimo że stracił na swojej barwie, nadal był stanowczy, ale w tym momencie również i zapewniający. Jednak, gdy zauważył napływające jej do oczu łzy, zacisnął usta w niepogodnym wyrazie.
    Nachylił się, by podjąć spojrzenie jej tęczówek.
    — Obiecuję — dodał.
    Nie rzucał słów na wiatr, dlatego będzie szukał Brego tak długo, aż go znajdzie. Ale najpierw musieli się jak najszybciej ogrzać.
    — Musi pani zdjąć te przemoczone ciuchy i okryć się kocem — polecił, lekko dygoczącym głosem. Sam ściągnął w tym momencie mokry, wełniany sweter, pozostając tylko w blado-białej, równie mokrej koszulce. Oczywiście nie chciał nadzorować kobiety, gdy będzie ściągała z siebie odzież, i wprowadzać jej tym samym w zakłopotanie, dlatego zamierzał pójść po herbatę, która zapewne przygotował im bosman.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  15. Upewniwszy się, że kobieta zarejestrowała polecenie, wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Poruszał palcami u rąk, by nie pozwalać im na bezruch i wzbudzić w nich krążenie. Wciąż lekko dygotał, gdy stawiał kroki, idąc w kierunku bosmana, z którym wdał się z nim w krótką rozmowę, bowiem mężczyzna nie mógł uwierzyć, że tak po prostu jasnowłosa kobieta wleciała do wody – wspomniał również o czarnej maści futrzaku i poprosił, by dał mu znać, jeśli cokolwiek zobaczy. Do zaparzonej już herbaty dodał odpowiednią ilość syropu klonowego, po czym sięgnął ze skrzyni ostatni, ciepły koc i ściągnął z siebie mokre ciuchy, dopóki do środka nie wparowali jeszcze ludzie, by kupić świeże ryby. Chciał zobaczyć, jak idzie załodze w sprzątaniu kutra, i nakazać im rozejrzeć się po okolicy w poszukiwaniu kota, jednak odpuścił, gdy bosman pogroził mu palcem, zapewniając, że zaraz wszystko przekaże, i kiedy sam zdał sobie sprawę, że niektóre mięśnie nadal pozostają w delikatnym skurczu.
    Powrócił więc do pokoju, uprzednio zaglądając z dystansem, by nie wkroczyć do pomieszczenia w nieodpowiednim momencie. W dłoniach trzymał dwa kubki, które niepewnie kołysały się przy drganiach jego ciała. Spróbował zamknąć drzwi nogą i, na szczęście, udało się bez uronienia kropli.
    Bez słowa pozostawił je na stoliku, poprawiając tym samym otulający go koc, który uparcie zsuwał się z ramion, gdy wykonywał jakiś skuteczniejszy ruch. Siadł na kanapie obok kobiety, zerkając kątem oka na kominek, a raczej na ilość żarzących się w nim drewek, by upewnić się, że nie musi po raz kolejny wstać, po czym upił łyk owocowej herbaty. Był przekonany, że powinien poparzyć się w usta, jednak tak się nie stało, bowiem te wciąż były tak jakby zmrożone. Objął kubek obiema dłońmi, zawiesiwszy wzrok w unoszącej się nad płynem parze.
    — Nie jest pani pierwsza, nie jedyna i nie ostatnia — odrzekł zupełnie spokojnie. Na mokry pomost nie było jednak rady, bo choćby sypali go piachem, woda tak czy siak będzie zbierać się na jego dechach, ilekroć załoganci będą znosić sieci z rybami. Gdyby na jej miejscu był ktoś, kto znał ten pomost, jak własną kieszeń, Cesar pewnie nieźle by się wściekł, aczkolwiek w tym przypadku nie miał nawet powodu. Był to czysty wypadek.
    — Jak pani na imię? — Zapytał, spoglądając na moment w jej kierunku. Skoro przebywali w jednym pomieszczeniu, okryci tylko ciepłymi kocami, uważał, że powinien był to wiedzieć. Nawet, jeśli za dzień, dwa, czy tydzień ona wróci do siebie i nigdy więcej się tu nie pojawi. Bez względu na jej obecność, Cesar z pewnością długo zapamięta ten dzień, choć ciężko powiedzieć, czy będzie wspominał go miło. Może za jakiś czas będzie mu do śmiechu.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  16. Podniósł się z kanapy i przyciągnąwszy krzesło w kierunku kominka, nachylił się by zebrać ciuchy i rozwiesić je na jego oparciu. Podejrzewał, że trochę to potrwa nim wyschną i będą nadawały się do założenia, jednak buchające z kominka ciepło znacznie szybciej doprowadzi je do stanu sprzed kąpieli, niżeli leżenie w zwiniętym kłębku na podłodze. Zastanawiał się w myślach, czy nie przeżywa deja vu, ale przypomniał sobie, że ostatnim razem także rozwieszał przy kominku odzież.
    — Nie robię tego w ramach zawodu — sprostował, kucnąwszy naprzeciwko żarzącego się ognia. Dorzucił kilka drewek z niewielkiego stosu, ułożonego w starej skrzyni.
    Im bliżej kominka był, tym większą poprawę odczuwał. Jego skóra powoli nabierała kolorów, zaś z ust zmywał się blado-siny odcień. Prawie już nie dygotał, jednak odrętwienie w palcach puszczało powoli. Czuł to charakterystyczne mrowienie za każdym razem, kiedy je zginał, ale było to tylko oznaką polepszającej się przelotowości w żyłach, a co za tym idzie – faktu, że organizm wraca do normalności.
    Wyciągnął na moment dłonie w kierunku ognia, a gdy Elizabeth wspomniała o godzinie, zerknął na zegarek.
    Miała rację. Za moment zaczną zbierać się klienci, tak jak w każdy piątek, więc z poruszaniem się po deskach pomostu wcale nie będzie tak prosto, jak dotychczas. Istniała jednak szansa, że bosman rozpowie mieszkańcom nowinę dotyczącą czarnego kota imieniem Brego, i że mieszkańcy będą mieli to na uwadze podczas wracania w kierunku domów. Być może futrzak znajdzie się szybciej, niż im się wydaje.
    — Za godzinę znów się trochę przerzedzi — rzekł, siadając na kanapie i łapiąc w dłonie kubek z herbatą. — Nie wiem tylko, czy ubrania zdążą przez godzinę wyschnąć. Ale, jeśli nocujesz gdzieś w pobliżu, to tyle powinno wystarczyć, by przejść.
    Był realistą, dlatego wątpił, by ze swobodą mogła założyć ciuchy i wrócić do dłuższego spaceru. Co prawda, dla chcącego nic trudnego, jednak spacer w mokrych ciuchach, w niezbyt ciepłej temperaturze, nie wróżył niczego dobrego nie tylko dla komfortu, ale i dla jej zdrowia. Zresztą, samo kichanie już informowało, że wcale nie jest dobrze.
    A miasteczko na pewno będzie wiedziało o tym wypadku. Tutaj niewiele rzeczy było w stanie się ukryć, skoro plotki i informacje rozchodzą się z prędkością światła.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie zdradził swojego imienia, bo kobieta nie zapytała, toteż uznał, że wiedza ta jest jej zbędna. Nie przedstawiał się nikomu na siłę i to samo tyczyło się opowiadania na własny temat – zapytany, mógłby nieco opowiedzieć, ale na dużą wylewność ze strony mężczyzny liczyć z pewnością nie można.
    — Cesar — przedstawił się, po czym upił łyk herbaty.
    Jednak po chwili ściągnął brwi, analizując jej słowa. Nie był pewien, czy dobrze usłyszał, i czy w odpowiedni sposób zrozumiał jej słowa. Turyści nie nocują na zapleczu biblioteki, dlaczego więc Elizabeth spała właśnie tam? Niewątpliwie słowa te go odrobinę zaintrygowały, bo jeśli faktycznie pomieszkiwała w tamtejszej bibliotece, to oznaczało, że nie jest turystką, która przyjechała by nacieszyć oczy widokiem pięknych miejsc, a osobą próbującą ułożyć sobie życie. O ile dobrze wywnioskował, bo wciąż nie był przekonany, czy jego mózg dobrze rozumuje słowa, ze względu na nagłe zetknięcie z lodowatą wodą.
    — Ale zaczekaj... — podjął temat — Nocujesz w Churchill? — Zapytał, by się upewnić, choć na odpowiedź nie czekał. — Przecież to trzydzieści kilometrów stąd. Nie sądzę, by kursował tam jakikolwiek autobus, przynajmniej dziś.
    Był odrobinę zdumiony, bo nawet jemu nie uśmiechałoby się iść trzydzieści kilometrów, szczególnie w ramach swobodnego spaceru. Najczęściej przechodził dziesięć i była to odległość, która w stu procentach go satysfakcjonowała.
    — I zamierzasz tam dotrzeć na własnych nogach? — Spojrzał na Elizabeth pytająco, gdy przetrawił dosadnie tę informację.
    Nie planował wypytywać jej o jakieś szczegóły, dotyczące życia, jednak odrobinę nie dowierzał, że zdecydowała się na tak długi – albo i cholernie długi – spacer, podczas gdy temperatura na zewnątrz wciąż zmuszała co niektórych, a tym bardziej zmarzlaków, do siedzenia przy ciepłym kominku. Nie miał też pojęcia, jak ona sobie to wyobraża, by wrócić tam po takiej kąpieli, a dodatkowo w wilgotnych ciuchach. Aż na moment zerknął na rozwieszoną odzież, by upewnić się, że jej stan nie zmienił się znacząco przez te kilka-kilkanaście minut. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze pora dnia – za godzinę zacznie się już ściemniać, więc Elizabeth będzie zmuszona na wracanie po nocy. Nie brzmiało to dobrze.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  18. Przystanek był i tabliczka również, jednak autobus kursujący z Mount Cartier do Churchill, zabierał mieszkańców wcześnie rano, a przywoził wieczorem. Robił więc jeden kurs, o ile droga była przejezdna, głównie w takich godzinach, kiedy dzieciaki jechały do szkoły. Zatem, Elizabeth mogła albo wybrać się na spacer – co byłoby szaleństwem – albo przenocować we wiosce i rano, na spokojnie, udać się na autobus.
    Zdumiał się więc, gdy wypowiedziała zwykłe to nic, jednak nie chciał wściubiać nosa w jej sprawy na siłę. Była pierwszą osobą, jaką znał, która przyjęła to z taką lekkością. Chyba, że powaga sytuacji jeszcze do niej nie dotarła, co było bardziej prawdopodobne. Upił łyk herbaty, pozostając na chwilę w milczeniu. Próbował znaleźć jakieś rozwiązanie, jednak nie był pewien, czy w piątkowe popołudnie znajdzie się ktoś, kto będzie zmierzał do Churchill. Nie do końca orientował się również, jak sprawa wygląda z mini lotniskiem, choć o przelot w godzinach, kiedy miasteczko wypoczywa po tygodniu pracy, mógł wydawać się niemożliwy. Ludzie kupią ryby i pójdą relaksować się do baru Iana, jak zawsze.
    — Szansa na wynajęcie czegoś tutaj jest większa, niż na zjawienie się autobusu. Choć też nie jestem pewien, czy ktokolwiek wynajmie lokum na dłużej w ciągu jednego dnia.
    Być może nie było to pokrzepiające, jednak zgodne z prawdą. Zakładając, że miałby być to pobyt dłuższy, niż tygodniowe wakacje – pokoi na wiosce pewnie nie brakuje, jednak wynajęcie chatki wymagało już odrobinę więcej. Raz, że jakiegoś zaufania, bo nikt nie powierzy domu w dłonie zupełnie obcej osoby – nie w tej mieścinie – a dwa kilku formalności. Ale, zawsze mogła spróbować, wszak to nikomu nie zaszkodzi.
    — Na ile planujesz się tu zatrzymać? — Chciał podpytać. Może będzie umiał jakoś pomóc. A jeśli nie on, to możliwe, że jakiś znajomy, przecież tych miał tu całkiem sporo.
    Sam, zresztą, miał wolny pokój, więc jeśli będzie potrzeba, nie będzie miał przeszkód by zaproponować. Jednak musieli znaleźć jeszcze kota, szczególnie Elizabeth, która zapewne nie ruszy się z Mount Cartier, póki go nie odnajdzie.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  19. Na zawsze. W milczeniu przekalkulował, ile czasu zawiera w sobie wyrażenie na zawsze i doszedł do wniosku, że niebywale dużo jak na kogoś, kto trafiał w tutejsze progi. Najwidoczniej Elizabeth potrzebowała spokoju, w którym mogła rozpocząć nowy rozdział życia. Mount Cartier z pewnością jej go nie oszczędzi, bowiem jest to miejsce idealne do wyciszenia, pozbierania się w garść i do wymazania uwierających wspomnień.
    Zerknął na towarzyszkę, chcąc początkowo zapytać dlaczego, jednak wstrzymał się, zauważywszy jej bladą cerę. Nie wyglądała dobrze, a wręcz przeciwnie – co raz gorzej, odkąd zasiedli na kanapie przed kominkiem. Podejrzewał, że zmiana temperatury sprawiła jej solidne przeziębienie, dlatego dopił herbatę i podniósł się z siedziska.
    — Przyniosę ci coś rozgrzewającego — oznajmił, ruszając z dwoma kubkami w kierunki drzwi. Mieszkańcy radzili sobie najczęściej domowymi sposobami, które rzadko zawodziły, dlatego nie bez powodu panowie rybacy popijali po rejsie nalewkę. Jej działanie skutecznie rozgrzewało organizm, pomimo że trunek nie ma w sobie wiele mocy, jeśli mowa o procentach spirytusu.
    Zniknąwszy za drzwiami, natknął się, rzecz jasna, na klientów. Część z nich zbagatelizowała, że wyszedł owinięty jedynie kocem, a część tych ciekawskich postanowiła dowiedzieć się dlaczego, jednak Cesar odprawił ich z krótką wiadomością, że musiał się ogrzać po zimnym rejsie. Od razu też zmienił temat na ryby, wskazując klientom te, według niego, najlepsze, i tym samym skupiając ich ciekawość na świeżej dostawie. Zatem szybko udało mu się zaczepić bosmana z prośbą, by wyskoczył na moment do chłopaków z załogi i zgarnął od nich nalewkę z aronii i liści wiśni, podczas gdy on przypilnuje tego lekkiego chaosu. W międzyczasie postawił czajnik z wodą na ogień.
    Chwilę później, bosman powrócił z butelką i wręczywszy ją Calderonowi, stanął za ladą, by nadzorować sprzedaż ryb. Cesar natomiast zabrał się za przygotowanie dwóch napojów rozgrzewających, czyli nic innego, jak herbata z syropem klonowym i odpowiednią ilością aroniowej nalewki. Podziękował koledze i wrócił do pokoju.
    — Powinnaś pić dużo ciepłych napoi... A właściwie, to powinnaś się rozgrzać w każdy z możliwych sposobów.
    I miał tu na myśli także kąpiel, wraz z leżeniem pod ciepłą pierzyną, bo bez tego mogło się tylko pogorszyć.
    Usiadł obok, wręczając kobiecie kubek.
    — To tutejsza metoda. Bardzo smaczna — rzekł, sięgając po łyk płynu. Jemu było już znacznie lepiej. Przestał drżeć, a palce u rąk i nóg zaczęły funkcjonować jak należy.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  20. Cześć! Jak to w życiu bywa, trzeba przeżyć kilka smutnych historii, żeby bardziej docenić te lepsze chwile :)
    A co do wątku, to dziadek mógł mieć w domu kilka książek, które Elizabeth podrzuciła mu, kiedy czuł się trochę lepiej. Jack zwróci je do biblioteki a przy okazji będzie chciał poszukać jakichś książek z których dowie się więcej o chorobie, która dręczy staruszka.
    Co o tym myślisz?

    Jack Higgins

    OdpowiedzUsuń
  21. ] Hej :)
    Przeczytałam kartę i... Myślę, że nasze dziewczyny mogłyby się dogadać, bo czasem, kiedy dwie osoby z podobnych względów cierpią, łatwiej jest im znaleźć wspólne porozumienie...
    Może Mela przyszłaby do biblioteki poszukać jakichś książek artystycznych?]

    Melody Wild

    OdpowiedzUsuń
  22. [ Takie tam... Na schadzce przy herbatce z kotkami... Już mi się straasznie podoba!
    Jeśli mi się uda, to może ja zacznę, tylko jeszcze chwilę odetchnę, bo emocje związane z dołączeniem tutaj są niemałe :D ]

    Melody

    OdpowiedzUsuń
  23. Nie miał powodu, by nie wyciągnąć w jej stronę pomocnej dłoni. Bywał mało empatyczny i raczej nie miał nic wspólnego z uosobieniem dobrego duszka, ale nie był aż tak zły, by pozwolić jej marznąć, albo co gorsza – utopić się w cholernie zimnej wodzie, która mimo wahającej się w granicach kilku stopni na minusie temperatury, nie była zdatna do normalnych kąpieli. Cesar nie dygotał wargami i nie musiał zmagać się z cieknącym nosem, bo kąpiele w zimnym jeziorze praktykował od dawien dawna, dzięki czemu zdążył uodpornić się na dokuczliwie zimno i nagłe zmiany temperatury. Oczywiście, nie był ze stali i pewnie wieczorem niewielkie przeziębienie zbierze swoje żniwo, jednak Calderon nie chorował na prawdziwe choroby od kilku dobrych lat.
    Niemniej, zdawał sobie jednak sprawę, że siedząca obok Elizabeth może czuć się wręcz fatalnie tym niespodziewanym spotkaniem z lustrem wody. Nie bez powodu postanowił zaparzyć dla nich napój, który był jednym z lepszych rozgrzewaczy, jakie mężczyzna kiedykolwiek spożywał... Pomijając nalewkę z piołunu, jako że ta potrafiła gardło po prostu wypalić.
    — Nie muszę aktualnie pracować, bo skończyłem swoją pracę — odrzekł, upijając łyk ciepłego napoju, który skutecznie rozgrzewał jego przełyk. — Ale mimo wszystko jestem skłonny postawić ci ciasto i kawę.
    Usta mężczyzny uniosły się ku górze, a słowa choć wybrzmiewały z nutą żartu, miały w sobie także namiastkę prawdy. Sam był żarłokiem wszelkiej maści słodyczy, a tym bardziej tych, które wypiekała matka, że nawet byłby skłonny poprosić Amandę o dobrą przekąskę i wręczyć ją Elizabeth. Tak po prostu. Skoro miała zamiar zamieszkać w Mount Cartier, powinna była poznać także dobre strony mieszkańców.
    — Tylko wiesz co? — Zerknął na moment w kubek, po czym uśmiechnął się szerzej, bo brak cywilizowanych miejsc czasami go bawił, gdy słyszał o nich z ust przyjezdnych — Tutaj kawiarni to nie uświadczysz - najbliższa jest w Churchill. Musiałby zadowolić cię kawałek domu.
    Do Churchill i tak – chyba, bo kto wie – nie mieli się jak dostać. Wciąż nie wiedział, co kobieta planowała zrobić ze sobą tej nocy, ale miał gdzieś w głębi duszy nadzieję, że nie wpadnie na pomysł, by pójść pieszo te trzydzieści kilometrów. W Mount Cartier na pewno znajdzie się miejsce dla tak filigranowej niewiasty.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  24. Rzadko wychodziła do miasta. Raczej wolała spędzać czas w domu ciotki, lub wybierając się na wycieczki w góry, gdzie mogła grać, malować, czy też fotografować. Nie czuła się na siłach, by spotykać się z innymi. Zresztą, nie znała tu wielu osób, w zasadzie to nikogo. Musiała najpierw zmierzyć się z własnymi koszmarami, odrzucić lęki by spojrzeć ludziom w twarz. Ale zdawała sobie sprawę, że póki się nie przełamie, coś takiego nie będzie miało miejsca. Musiała więc próbować.
    W pewnym momencie, pod naporem ciotki Annie, zdecydowała się wyjść z bezpiecznego lokum, prosto w paszczę nowych terenów. Co prawda kilka razy w dzieciństwie odwiedzała Mount Cartier, ale już wiele z tamtego okresu zapomniała.
    Nie wiedziała, dokąd udać się najpierw. W zasadzie… Niczego szczególnego nie potrzebowała. Myśląc jednak bez przerwy i wciąż kręcąc się wokół latarni - co mogło wyglądać komicznie i idiotycznie jednocześnie - wreszcie postanowiła, że wybierze się do biblioteki. Zawsze lubiła czytać, a parę tomów dotyczących sztuki nigdy jej nie zaszkodzi. tym bardziej, że sztukę właśnie bardzo kochała.
    Po niezliczonej ilości pytań zadanych przechodniom, trzech zgubionych tropach i pięciu potknięciach o wystające kamienie, wreszcie dotarła na miejsce. Cała obolała i poobijana weszła do środka, pocierając najbardziej stłuczone ramię. Syknęła cicho, a potem westchnęła.
    Rozejrzała się dookoła chcąc znaleźć jakąś miłą - oby! - pracownicę, która pomogłaby jej znaleźć odpowiednie książki. Nikogo jednak nie ujrzała.
    Proszę, proszę, proszę… - szeptała marszcząc brwi i zaciskając dłonie w pięści. Miała zdecydowanie dosyć nieszczęść jak na jeden dzień, czy wreszcie los nie mógłby chociaż tu się uśmiechnąć?!
    To już niedźwiedzie w lesie były bardziej skore do nawiązania kontaktu… Co z tego, że to Melody była ich potencjalnym pokarmem.
    Warknęła pod nosem i skierowała się w głąb sali. Objęła wzrokiem wysokie regały, rozciągnęła usta w wąską, długą kreskę i zaczęła przeszukiwać wszystkie tomy. Nawet te najodleglejsze, które pokrywała spora warstwa kurzu.
    Apsik! - Kichnęła, prawdopodobnie tak głośno, że umarłego by w grobie obudziła.
    No cóż, może przynajmniej ktoś się odezwie.

    [Zaczęłam, mam nadzieję, że jest ok :) ]

    Melody

    OdpowiedzUsuń
  25. Kawy to on akurat nie pija, ale skoro miała to być najlepsza kawa na świecie, to byłby skłonny zamoczyć usta w kubku, by móc ocenić przygotowany przez kobietę napój. Cesarowi wystarczyła do szczęścia tylko herbata, którą nawiasem mówiąc, wypijał litrami, bo w połączeniu z syropem klonowym, miała ona niepowtarzalny smak. I tak – śmiało można by stwierdzić, że od herbaty był tak bardzo uzależniony, jak od rejsów i żeglarstwa, którym nieprzerwanie od dziecka się pasjonował. Ale pieczeniem ciast to on się nie zajmował i nigdynawet nie próbował stworzyć własnoręcznego wypieku, bo z piekarnikiem nie udało mu się zaprzyjaźnić odkąd zrozumiał do czego służy. Potrafił przygotować sobie całkiem smaczny obiad, bo należało to do konieczności, i jeśli nie chodził do rodziców, to gotował sobie sam, ale za produkcję słodkich wyborów nie zabrał się po dziś dzień i nie zamierzał się zabrać. Ta umiejętność nie była mu potrzebna.
    — Na pewno nie upiekę go osobiście, bo nie znam się na tym, ale blaszkę nam załatwię — rzekł, będąc przekonanym, że matka miała w kuchni ciasto tak, jak niemalże każdego dnia. Zarówno John, jak i Cesar lubili słodycze, w związku z czym matka mężczyzny piekła często. A teraz, odkąd Cesar wyprowadził się z rodzinnego domu, cała blaszka wpadała w łapy ojca.
    Upił łyk rozgrzewającego napoju, obserwując skaczące w kominku płomienie, a kiedy Elizabeth po raz pierwszy tego spotkania wypowiedziała jego imię, przeniósł wzrok w jej kierunku.
    — Kawę, czajnik i kuchenkę będziesz miała u mnie, bo jeśli chcesz, możesz przenocować w moich progach — odpowiedział, odstawiając pusty kubek na stolik — A Brego poszukamy od razu, jak tylko poczujesz się lepiej i wszystko wyschnie — zapewnił, po czym wstał i podszedłszy w kierunku odzieży, przełożył ją na drugą stronę. I tak nie była już tak mokra jak wcześniej.
    — Albo... — zaczął, gdy tylko pewne rozwiązanie wpadło mu do głowy — Możemy iść najpierw do mnie. Dałbym ci jakąś bluzkę i coś cieplejszego na wierzch, a wtedy możemy poszukać od razu Brego.
    Jego ciuchy z pewnością będą na kobietę za duże, ale kto by się tym przejmował? A może ktoś z mieszkańców widział Brego i poszukiwania czworonoga nie będą trwać z byt długo.

    [Nie szkodzi! Trzymaj się :)]

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  26. Wymyślnych herbat w Mount Cartier znaleźć się nie dało, ale sklep Marchandów był dobrze zaopatrzony w kilka rodzajów ziół, natomiast jego właściciele chętnie zamawiali coś na życzenie. Cesar wielokrotnie szedł do Tilii, czy też do jej ojca, kiedy ten miał jeszcze siłę pracować, by zamówić konkretną rzecz, którą po dwóch tygodniach dzierżył już we własnych dłoniach. Wprawdzie, na zamówienie trzeba się było czasami naczekać, szczególnie w sezonie zimowym, istniała jednak szansa, by sprowadzić sobie dany produkt, o ile ktoś miał taką możliwość. A ponieważ państwo Marchand prowadzą sklep i mają kontakt do kilku dostawców, to właśnie u nich najprościej było pozyskać wymarzoną rzecz, i każdy z mieszkańców chwytał się tej możliwości.
    Pokiwał głową, gdy upewniała się co do blaszki.
    — Tak, moja matka piecze ciasta, więc jestem przekonany, że będzie miała zapas — wytłumaczył pokrótce i znów zajął miejsce obok kobiety, poprawiając przy tym poły swojego koca.
    Nie sprawiała mu problemów, bo nie planował nigdzie wychodzić, ani nikogo zapraszać, wobec czego dom stał pusty, pomijając obecność samego Calderona, który w nim nocował. Nie sądził również, że Betty będzie mu w jakikolwiek sposób przeszkadzać, mimo że był przyzwyczajony do mieszkania bez współlokatora, bo na pierwszy rzut oka wyglądała na osobę spokojną. Oczywiście, mógł się mylić, wciąż jej bowiem nie znał, ale nie zakładał, że kobieta mogłaby mu podpaść, czy czymś do siebie zrazić.
    — Daj spokój, Elizabeth. Mam w salonie całkiem wygodną kanapę, więc wyśpisz się jak człowiek, i to samo tyczy się zjedzenia normalnej kolacji, czy skorzystania z ciepłej kąpieli — wzruszył lekko ramionami, bo pomoc w takiej sprawie była czymś normalnym. — I nie musisz się odwdzięczać. Wystarczy, że nie będę miał cię na sumieniu, bo gdybyś szła po nocy do Churchill, pewnie miałbym problem ze snem — dodał, zaś jego usta uniosły się na moment ku górze. Ale zapewne przekręcałby się z boku na bok, zastanawiając się, czy jasnowłosa dotarła do biblioteki, czy po drodze zdążył zjeść ją jakiś niedźwiedź. Włącznie z Brego, o ile w ogóle zdołałaby go sama po nocy znaleźć. Rano będzie miała autobus do miasta, co było w tym momencie najbezpieczniejszą opcją, jeśli mowa o dotarciu do biblioteki.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  27. Zdążyli przesiedzieć w pokoiku bosmana tyle czasu, że ludzki harmider za ścianą znacząco się pomniejszył. Być może wszyscy zdążyli już kupić, co swoje, i po drugiej stronie drzwi świeciło pustkami, pomijając bosmana, który zapewne ścierał aktualnie z podłogi drobne pokłady wody, powstałe przy wykładaniu ryb. Ich odzież z pewnością nie była jeszcze idealnie sucha, a niektóre szwy zawierały kilka wilgotnych odcinków, jednak dało się je założyć, zatem mogli udać się na poszukiwania Brego. Calderon nie miał pojęcia, gdzie futrzak mógł się skryć, miał jednak nadzieję, że będzie gdzieś w okolicach portu. W końcu to tutaj unosił się charakterystyczny zapach ryb, będących dla kotów rajem... A może któremuś z załogantów udało się go schwytać za pomocą ryby? Istniała taka szansa.
    Natomiast Elizabeth nie musiała mieć nic do zaoferowania, bo Cesar niczego od kobiety nie oczekiwał. Zdążył wywnioskować jaką ma obecnie sytuację, skoro sypia w bibliotece, szuka chatki w Churchill i przyjechała tu na zawsze. To znaczy, że planowała otworzyć w swoim życiu zupełnie nowy rozdział, a swego czasu Calderon także zamykał jeden, by otworzyć drugi, więc wiedział, że w tej sytuacji pomoc osób trzecich jest przydatna. I korzystał, mimo że nie miał nic do zaoferowania, prócz własnego towarzystwa, które do najlepszych nie należało. Wprawdzie, nie musiał szukać domu, bo w Mount Cartier miał, można rzec, że dwa, ale szukał wsparcia psychicznego. I ostatecznie je znalazł.
    — Tak, poszukamy — zerknął na zegarek, po czym wstał z kanapy, by ściągnąć z krzesła swoje ciuchy. Niebawem zacznie się ściemniać, a to z pewnością utrudni im tropienie czarnej maści kota. — Załóż polar — wskazał na swoją bluzę, którą pozostawił na krześle — Będę czekał na zewnątrz — oznajmił, po czym zabrał kubek i przekroczył próg drzwi.
    Tam założył na siebie ciuchy, zaś koc schował w odpowiednie miejsce. Okazało się, że bosman przechadzał się po pomoście, a ludzie zupełnie opuścili wnętrze portu. Stanął więc przed zlewem, by umyć kubek i odstawił go z boku na suszarce. Podgiął rękawy swetra, bowiem ich końce wciąż były mokre, a wszelkie skrawki odzieży, które były mokre, wprowadzały go duży w dyskomfort. Już wolał cały być oblany wodą, niż męczyć się z mokrym rękawem, a był przekonany, że pogoda na zewnątrz nie pozwoli im należycie wyschnąć. Wciąż było nieco poniżej zera.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  28. Monty się leniwie poprzeciągał i chociaż czerwiec jeszcze przed nami, to on już zagościł w Twojej karcie. Teraz oczekuje pewnie cotygodniowego karmienia i głaskania, jak na prawdziwego szopa pracza przystało, więc dbaj o niego dzielnie i ciesz się ze swojej pierwszej ikonki na blogu. Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  29. Wkradający się przez szczeliny w oknach ziąb, łaskotał skórę mężczyzny. Wilgotna odzież ani trochę nie polepszała sytuacji, bo mimo że Cesar podgiął rękawy, wciąż odczuwał mokrawą gramaturę materiału, ocierającą się w jego ramiona. Ten stan rzeczy odrobinę go irytował, choć starał się nie skupiać uwagi na wilgotnych skrawkach swetra, w którym wcześniej wylądował w jeziorze. Ale najgorsze jest to, że wciąż stał wewnątrz budynku, w którym było ciepło – na zewnątrz nie będzie już tak pięknie, jak w sklepiku, a wręcz przeciwnie. Calderon zdawał sobie sprawę z chłodu po drugiej stronie ściany, dlatego podjął decyzję, że najpierw oboje udadzą się do niego, by założyć suche ciuchy, a dopiero później ruszą na poszukiwania Brego. Przecież kobieta mogłaby się przy takim spacerze w mokrych rzeczach nabawić ostrego zapalenia płuc. A tego do szczęścia jej przecież nie brakowało.
    Przeniósł wzrok w kierunku drzwi, które skrzypnęły, gdy Elizabeth stanęła w ich progu. Zlustrował ją krótkim spojrzeniem i przechylił lekko głowę, bo polar faktycznie był przynajmniej ze dwa rozmiary za duży na kobietę. Mogła się jednak pocieszyć tym, że nim dojdą do jego chaty, nie zdąży aż tak bardzo zmarznąć.
    — Nie brzmi dziwnie, też go lubię. Właściwie, jak każdy wojskowy ciuch, bo są ciepłe — przyznał, zaś kącik jego ust uniósł się po chwili ku górze — I całkiem dobrze na tobie leży.
    Nie miał w szafie niczego, co pasowałoby idealnie na tak filigranową sylwetkę, aczkolwiek wszystko, co w niej leżało, było suche, a to wystarczający argument, by założyć nawet coś, co wisi na człowieku jak worek. Gdy tylko wyjdą na zewnątrz i staną w mrozie z pewnością nie będą wybrzydzać, co do kreacji.
    — Pójdziemy najpierw do mnie, mieszkam za rogiem. Założymy coś suchego i poszukamy twojego przyjaciela — wyjaśnił, układając dłoń na chłodnej klamce i będąc gotów do szybkiego spaceru brzegiem Roedeark. Po chwili nacisnął metalową rączkę i uchylił lekko stare, drwniane drzwi. Wiatr od razu wpełzł do środka wraz z chłodnym powietrzem. Drobne ciarki pokryły przedramiona mężczyzny, zaś kosmyki włosów uniosły się na moment w objęciach podmuchu. Mimo chylącego się za koronami drzew słońca, na zewnątrz panował ziąb. Ale musieli jakoś przetrwać drogę do Calderona.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  30. Nie dało się ukryć, że na zewnątrz było zimno i źle. Wilgotny materiał ich ciuchów skostniał zaledwie w przeciągu kilku sekund. Wiatr wcale nie łaskotał skóry, a przeszywał ją cholernym ziąbem, powodując cykliczne drgawki. Cesar wsunął dłonie do kieszeni sztywnych jeansów, bowiem podmuchy arktycznego wiatru podszczypywały go skutecznie w palce. Wełniany sweter, choć ciepły, aktualnie przepuszczał między nićmi chłód, spotęgowany mokrym materiałem. Pomost stukotał pod butami tej dwójki. Calderon zerkał kontrolnie w kierunku Elizabeth, by upewnić się, że jej zapewniania iż da radę, sprawdzały się w rzeczywistości. I choć wiatr targał kosmykami jej włosów na prawo i lewo, wyglądało na to, że radzi sobie dobrze, podążając wzdłuż linii lasu, w którym, nota bene, powinno być odrobinkę cieplej z racji barykadujących drzew.
    Gdy ich buty zetknęły się ze zbitym, piaszczystym podłożem, Cesar zaczął rozglądać się w poszukiwaniu czarnej maści kota, przyozdobionego zielonymi szelkami. Kocur mógł być wszędzie, jednak mężczyzna nie tracił nadziei na jego odnalezienie. Koty zawsze podążały swoimi ścieżkami, toteż nawet w nieznanym miejscu posiadały ten dar radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. Może zaszył się gdzieś nieopodal zajazdu, gdzie mógł przywłaszczyć rąbek kiełbasy, zafundowanej przez tamtejsze, miłe pracownice. A może był gdzieś obok?
    I proszę! Usłyszawszy uradowany głos Elizabeth, od razu odwrócił się przez ramię w jej kierunku. Dopiero co zdążyli wyjść z pokoju bosmana, a jasnowłosa już dzierżyła w dłoniach swojego przyjaciela. Kącik ust Cesara uniósł się na moment ku górze. Postąpił kilka kroków w stronę Elizabeth i Brego.
    — Cześć, uciekinierze — musnął palcem futerko kota, po czym powrócił spojrzeniem do kobiety — Cały i zdrowy. Czyli wychodzi na to, że możemy zakończyć poszukiwania.
    Całe szczęście, bo wieczór nie był dobą porą na chodzenie po lesie. A skoro Brego się odnalazł, mogli udać się całą trójką do chaty Cesara i skutecznie rozgrzać przy kubku ciepłego kakao – Brego dostanie miseczkę z mlekiem.
    Mężczyzna przeczesał dłonią kosmyki własnych włosów, gdy wiatr uderzył w ich sylwetki z dużo większa siłą.
    — W takim razie, możemy przesiedzieć resztę wieczoru w ciepłej chacie — rzekł, ruszając w kierunku swego domu — To jakieś pięć minut drogi stąd.
    Cesar mieszkał bowiem nad jeziorem, niedaleko portu. Gdyby Rodeark było głębsze, to prawdopodobnie właśnie tam, przy prywatnym, drewnianym pomoście, parkowałby kuter, by rano nie musieć iść specjalnie do portu.

    Cesar Calderon

    OdpowiedzUsuń
  31. [O no cześć. :D Może jednak tu coś? ;D ]

    Ethan Camber

    OdpowiedzUsuń