A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Blog zawieszony

Po przeprowadzeniu ankiety większością głosów wygrała opcja zawieszenia bloga. Oznacza to, że autorzy mają możliwość dalszej gry i zapisów, ale administracja — za wyjątkiem wysyłania zaproszeń i wpisywania do listy bohaterów — nie będzie angażować się w życie bloga. Z tego samego powodu zakładka Organizacyjnie na czas zawieszenia bloga zostaje usunięta. Raz jeszcze dziękujemy za Waszą obecność i życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze.

nie istnieję & latessa

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link

Śniło mi się, że żyję


Maisie Chamberlain
Mackenzie Faye; 25 lat, 23 grudnia. za jakiś czas zostanie psychiatrą. urodzona i wychowana w Birmingham, tutaj nowa i obca. rozpieszczony Melvin.

Kiedy przybiera chłodną minę i dystansuje się od otoczenia, wreszcie wygląda trochę dojrzalej, który to fakt nieodmiennie wywołuje u niej niekontrolowane ataki śmiechu. Uwielbia kawę i leniwe poranki, z całą otoczką pewności, że dziś nie musi nigdzie pędzić. W przeciwieństwie do chwil, kiedy zapada zmrok – te napawają ją strachem i uciskiem w żołądku – nowy dzień zawsze wita tak, jak gdyby była najbardziej niepoprawną z optymistek. Rozgarniający ciemność świt przynosi jej niejaką ulgę w tych okolicach wnętrza ciała, gdzie czai się zalążek niepewności i wymęczenia; może to dlatego tak bardzo lubi wstawać wcześnie i obserwować budzące się do życia miasto. Nieustannie przywodzi jej to na myśl świeży start – całkiem jakby można było zacząć wszystko od początku, iluzyjna pewność, że da się zapomnieć o przeszłości.
Kocha zniewalający smak cynamonu, wybuch na języku niczym miniaturowe fajerwerki, co i rusz przypominające, że każda słodycz ma swoją cenę, którą trzeba uregulować, zapłacić. Wydawałoby się nieomal, że pozostawia w ustach niewielkie kratery, niewidoczne gołym okiem – ludzkim, zawodnym okiem – wsysające każdy późniejszy posmak jak wir, co nie pozwala zapomnieć o swoim istnieniu. Taki wir jest niszczący i wszystko wokół w zetknięciu z nim również niszczeje do cna; korozja delikatnej struktury innych, niewyczuwalnych już smaków. A jednak lubi ten cierpki posmak niedawnej słodkości, ulotne wspomnienie istniejącego niedawno dobrobytu.
Zastanawia się czasem, czy pomaganie cierpiącym ludziom nie jest rekompensatą dla dziewczynki, która całe osiemnaście lat marniała w domu dziecka. I mimo, że zmieniło się wiele – choć nikt, patrząc na drobną buzię i chudą sylwetkę nie dałby jej dwudziestu pięciu lat – czasem wciąż jeszcze odnosi wrażenie, że gdzieś po ścianie przemyka ten cień z przeszłości; odbicie, lecz bez lustra, kolejne złudzenie.
Nauczyła się już, że cały świat to wyłącznie kolekcja złudzeń.

8 komentarzy:

  1. Nie mam pojęcia, dlaczego jeszcze nie ma tutaj żadnego komentarza, ale styl masz piękny. Mnie on z pewnością przekonuje. Po pierwsze dlatego, że czytając KP, mam wrażenie, że poruszam się pomiędzy kilkoma warstwami tekstu - tą dosłowną, która trzyma się ściśle postaci i daje nam jakiś zalążek jej historii oraz tą drugą, mniej jednoznaczną, ale niezwykle plastyczną. Tą, która przypomina grę zmysłów i słów, spojona w całość przez utarte wprawdzie, ale umiejętnie wprawione w ruch (a tutaj w treść) metafory. No. To tyle chciałam. Po prostu dobrze, że Chamerlain jest z nami. Powodzenia w pisaniu!

    Andrew & Scott

    OdpowiedzUsuń
  2. [Zgadzam się z komentarzem wyżej, że styl masz przecudowny. Bardzo podoba mi się fragment ze świeżym startem, coś w nim jest przyciągającego. Karta nie zdradza może wiele, ale sprawia, że ma się ochotę dowiedzieć czegoś więcej o wykreowanej przez Ciebie istotce. Witam serdecznie w Mount Cartier i życzę wielu wspaniałych wątków :)]

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  3. Ferran przywykł do bycia stawianym przed faktem dokonanym, jednak słowa Arthura: chciałbym ci kogoś przedstawić, zabrzmiały co najmniej dziwnie przez słuchawkę telefonu, którą odłożył jakąś godzinę temu. Owszem, Arthur choć jest młodszym o dwa lata kuzynem, dla Kaysera był niemalże jak brat, bowiem obaj spędzali niegdyś ze sobą tyle czasu, co prawdziwa rodzina, jednak obecność gości w progach Ferrana była rzadkością nawet dla niego samego. Na litość boską, kogo on chciałby mu przedstawić? Wybrankę swego serca, czy kolejną książkę na temat leczenia depresji, której Ferdinand skutecznie się wypierał? Żywił ogromną nadzieję, że zjawi się jednak z kobietą i z zaproszeniem na ewentualny ślub, niżeli z moralnymi tekstami, które wzbudzają w żołądku Ferrana chęć zwymiotowania. Aż się skrzywił na samą myśl. Ostatnie czego chciał, to obecność niańki w postaci Arthura, czy kogokolwiek innego.
    Dopijając ostatni łyk mocnej, czarnej kawy, wsunął kubek pod strumień wody w zlewie, by go opłukać. Przecież radził sobie świetnie, egzystując wśród drzew Quicame – jeszcze rok temu mógłby się zastanowić nad sobą, jednak teraz, kiedy sam powstrzymał napady agresji i chęć sięgania po kolejną butelkę rumu w barze u Iana, był przekonany, że nie potrzebuje żadnych, dodatkowych rad. Nie tłukł już talerzy, nie rąbał drzew w celu wyżycia się, a ilość alkoholu z jednej butelki ograniczył do kilku szklanek dziennie. Według niego wszystko było w porządku – według osób trzecich, Kayser powinien uczęszczać na jakieś porządne terapie, nim zamęczy się sam ze sobą.
    Niestety, w środku nadal nie był tym Ferranem, co dekadę temu. Wciąż trzymał się na uboczu, ordynarnie reagując na każdorazowe naruszenie prywatności – wystarczyło, żeby ktoś trącił go przypadkowo ramieniem, by stracił panowanie nad każdą częścią swojego ciała, włącznie z mózgiem. A nie daj Boże, by na salony wkroczył temat jego przeszłości. Nie potrafił o niej rozmawiać, natomiast każdorazowe wspomnienie dotyczące afgańskiej wojny sprawiało, że tonął w hektolitrach alkoholu i gotującej się gdzieś w duszy złości. Prawda jest taka, że kiedy odszedł do cywila, nie powinien rezygnować ze spotkań z wojskowym psychologiem. Nie byłby w stanie wyciągnąć się samemu z choroby, zwanej w dzisiejszych czasach zespołem stresu pourazowego, jednak uparł się, by wrócić do Mount Cartier i nikt, ani nic, nie było go w stanie wtedy zatrzymać. Osobiście nie wiedział czego chciał, lecz zdrowy rozum ciągnął go w kierunku spokoju, którego w tej mieścinie mu nie brakowało. Zresztą, tak samo jak przyrody, która pomogła mu w jakimś stopniu przystosować się do normalnej egzystencji – bez ciągłej walki o życie, bez głośnych wybuchów, krzyków, strzałów i fruwających dookoła łusek. Musiał się nauczyć żyć od nowa, w świecie gdzie jedyne zagrożenie stanowi dzika zwierzyna gór Cartiera i przewracające się od czasu do czasu drzewa. W świecie, w którym nie musi walczyć o siebie i o innych.
    Niemniej jednak, w roli leśniczego sprawował się świetnie, bowiem mieszkańcy na bieżąco byli informowani o błąkających się w okolicy zwierzętach, którym przy okazji także nie brakowało pożywienia i wody, bo Ferran regularnie uzupełniał rozstawione wśród wysokich świerków paśniki. Poświęcał się tej pracy identycznie, jak poświęcał się kiedyś wojnie, i to dlatego wracał małymi krokami do normalności. Tylko zajęcie się czymś innym mogło sprawić, że Kayser uwolni się od bezsenności, koszmarów... i miana dupka roku. Niestety, charakter to on ma karygodny, choć to pewnie kwestia przyzwyczajenia się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdążywszy uprzątnąć niewielki salon i usiąść na wygodnej kanapie, usłyszał pukanie do drzwi. Nie wstał od razu, a dopiero wtedy, gdy Arthur zapukał po raz drugi i zawołał, by upewnić się, że Kayser nigdzie nie wybył po strawieniu informacji, którą sprezentował mu kuzyn. Bo już raz tak się przecież zdarzyło, aczkolwiek tym razem, Ferran podszedł do drzwi i bez sprzeciwu je uchylił. Od razu zlustrował tę dwójkę podejrzliwie, jednak gdy jego oczom ukazała się niewiasta, w duszy odetchnął głęboko – Arthur nie zamierzał prezentować mu wykładów na temat depresji, a jedynie zechciał przedstawić kobietę. Cudownie.
      — Wejdźcie — rzekł w końcu, dając krok w bok, by przepuścić gości.

      Ferran Kayser

      Usuń
  4. [Wow, wow, wow. Ludzie powalają mnie swoim stylem i tak niezwykle lekkim piórem. Gratuluję naprawdę bardzo dobrej karty i zgadzam się ze wszystkim, co pisały moje poprzedniczki. Mam nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej i pozwolisz Maisie się rozwinąć.]

    OdpowiedzUsuń
  5. [Z chęcią wraz z Theo dowiemy się czegoś więcej. Może masz jakiś pomysł na powiązanie czy jak ich zapoznać? Możemy też zrobić burzę mózgów i coś się w końcu powinno wybrać :)]

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  6. [Mnie pasuje, zawsze to lepiej dla niego niż spędzać tyle czasu samotnie w tak ponurym miejscu. Zacznę nam jakoś na dniach, bo dzisiaj już średnio dam radę ;)]

    Theodor Black

    OdpowiedzUsuń
  7. Zamknął drzwi, gdy ta dwójka przekroczyła próg. Najchętniej już teraz dowiedziałby się, na jak długo planują swój pobyt w Mount Cartier, czy raczej jak długo planują przebywać w jego chacie, aczkolwiek ugryzł się w język, nim rzucił to pytanie. Jakieś resztki kurtuazyjności przemawiały mu do rozsądku przy nowych osobach, choć warto zauważyć, że ten nie zawsze radził sobie dobrze z tym dość bezpośrednim temperamentem mężczyzny.
    Ściągnął nieznacznie brwi, gdy kobieta się przedstawiła. Maisie – nie, raczej nie kojarzył, i Arthur także nie wspominał mu wcześniej o przyjaciółce, jednak usłyszawszy imię ich relacji, zerknął kontrolnie na kuzyna, by sprawdzić, czy pod tym słowem nie kryję się coś więcej. I najgorsze jest to, że twarz mężczyzny stojącego nieopodal, absolutnie nie wskazywała na dwuznaczność tej relacji. Być może była w fazie rozwoju? Nie ważne.
    Spojrzawszy na wyciągniętą w swoim kierunku dłoń, uścisnął ją niebywale lekko, jak na swoje możliwości, acz w miarę stanowczo, bo tak miał w zwyczaju.
    — Ferran Kayser — rzekł krótko. Nie sądził, by musiał coś więcej dodawać, bowiem Arthur z pewnością zdążył już chlapnąć jęzorem wystarczająco dużo na jego temat. I ba! – nawet się nie pomylił, gdy z ust panny Chamberlain wypłynęły słowa, potwierdzające tę tezę. Zacisnął usta, kiwając kilkakrotnie głową do przodu i do tyłu – bo przecież to normalne, że ludzie wzajemnie o sobie opowiadają – aż w końcu zatrzymał spojrzenie w tęczówkach kobiety, chyląc głowę nieco w bok. — To bardzo nie dobrze — skomentował trywialnie, a kącik jego ust drgnął w nonszalanckim, nawet nie uśmiechu, a wyrazie. Przy okazji posłał również Arthurowi znaczące spojrzenie, bagatelizując jego minę, na której wymalowała się prośba, by pokazał się od tej lepszej strony. Ale nie mógł. Wracanie do kart własnej historii napawało go obrzydzeniem, dlatego starał się, by nigdy nie ujrzały one światła dziennego w żadnej postaci. I zazwyczaj nie wyglądały. — Mam jednak nadzieję, że same dobre rzeczy.
    Te słowa zabrzmiały już bardziej przyjemnie, nawet, jeśli nie szły w parze ze stuprocentową szczerością. Wskazał ręką kierunek salonu, i nie dodając już nic więcej, oddał kilka kroków w kierunku kuchni, by uzupełnić czajnik o półtorej litra wody i pozostawić go na żywym ogniu. Zakładał, że chętnie zamoczą usta w czymś ciepłym, zważywszy na stale utrzymującą się w mieścinie, ujemną temperaturę.
    Powrócił do salonu zaledwie pół minuty później. Niemrawe światło wpadało przez okna, uwydatniając drewno stolika, który towarzyszył kanapie, pokrytej beżowym, welurowym materiałem. Na przeciwko stał także fotel, w którym Ferran przesiadywał najczęściej, więc i tym razem go zajął, pozostawiając gościom kanapę do całkowitej dyspozycji. W pomieszczeniu, oprócz kominka, w którym strzelały popalone szczapy, znajdowała się tylko jedna komoda i wiszący nad nią barek; nie licząc kilku roślinek zamieszkujących parapet i ozdób wiszących na ścianach. Nie bez przyczyny było w nim niemalże pusto – mężczyzna do życia nie potrzebował niczego więcej, jak ładu i minimalizmu.
    — Jak długo planujecie pobyt? — A jednak nie obyło się bez pytania o czas. Przesunął wzrokiem po ich twarzach, nasłuchując profilaktycznie gotującej się w czajniku wody. Zawsze starał się zdjąć go z ognia, nim zacznie wyć, bowiem niektóre dźwięki wprawiały go w irytację. Głos kobiety, na szczęście, nie.


    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń