Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
Czerwiec • 12°C
I stało się! Z południa przychodzi do nas coraz cieplejsze powietrze, dzięki czemu resztki śniegu zalegającego na trawnikach stopnieją pewnie nim nadejdzie połowa miesiąca. Jeśli już tęsknicie za białą aurą, to niestety musicie przenieść się jeszcze bliżej koła biegunowego, bo do września nie mamy co liczyć na chociaż jedną śnieżynkę spadającą z nieba. Zamiast nich za to będzie słońce i odrobina deszczu, ale głównie w nocy, więc zabierajcie kalosze na nocne schadzki jeśli nie chcecie, by ktoś w niedzielę dopytywał się skąd błoto na tych nowych pantofelkach prosto z Chruchill! Dzieciaki mogą się za to cieszyć, bo pogoda na lato znowu nam dopisze i pewnie już za kilka tygodni niejednego raka będziemy ściągać z plaży nad jeziorem. Rodzice, cieszcie się ostatnimi chwilami wolności, bo jak tylko skończy się szkoła… nie będzie lekko!

04.11.2016

Kłopot z życiem po­lega na tym, że nie ma okaz­ji go przećwiczyć i
od ra­zu ro­bi się to na poważnie

Emma Bartlett

24 lata krawcowa FC: Eleanor Tomlinson

Miała plany. Swoją przyszłość wiązała z muzyką, odkąd w wieku pięciu lat znalazła stare skrzypce ojca, którego nie było jej dane poznać. Na naukę gry poświęcała każdą wolną chwilę, w której akurat nie pomagała w pracy matce, miejscowej krawcowej. Wymarzyła sobie studia na Akademii Muzycznej i późniejszą karierę w orkiestrze. Świętej pamięci babcia powtarzała jej, że nie powinna przywiązywać się do tych planów, bo jej przyszłość związana jest z Mount Cartier. Emma śmiała się tylko, bo takich właśnie słów spodziewała się po kobiecie, która nigdy nie wyjechała dalej niż do Churchill.
Okazało się jednak, że miała rację.
Gdy była w ostatniej klasie szkoły średniej, jej matka uległa wypadkowi, w wyniku którego została sparaliżowana od pasa w dół. Emma nie mogła, ani nie chciała, zostawiać jej zupełnie samej, choć Anna Bartlett upierała się, że da sobie radę. Skrzypce poszły w odstawkę, obecnie coraz więcej czasu upływa jej na szyciu; już raczej matka pomaga jej, a nie odwrotnie. Grywa regularnie, nie chcąc wyjść z wprawy, jakby liczyła, że kiedyś jeszcze jej się poszczęści. Poza tym, sprawia tym przyjemność mamie. Nie narzeka jednak.
Życie bierze takim, jakie jest. Plany to tylko plany, można je zmieniać. Marzenia pozostają, ale od zawsze jej największym marzeniem było przede wszystkim szczęście rodziny - ma tylko matkę i nie mogłaby jej porzucić, by spełniać się muzycznie. Mount Cartier kocha całym sercem i choć kiedyś wyobrażała sobie dla siebie inne życie, teraz nie jest pewna, czy byłaby szczęśliwa w Vancouver. Mimo pozornej otwartości, niewiele mówi o własnych uczuciach czy o tym, co dzieje się w jej głowie. Możliwe jednak, że sama nie do końca wie i rozumie.
Wiele chodzi po okolicy, najczęściej z plączącym się jej pod nogami Jekyllem Hydem (imię zależne od zachowania psa i nastroju Emmy). Lubi przesiadywać i czytać w dziwnych miejscach i, ku niezadowoleniu matki, jest stałą bywalczynią lokalnego baru. Problemów z alkoholem nie ma, ale jest ogromną fanką karaoke.

( 17 )

  1. Ależ się pokomplikowało w tym życiu Emmy. Ciężko tak odłożyć pasję na bok i całkowicie poświęcić się dla rodziny, ale na pewno jest to chwalone przez większą część miasteczka. Starsze panie muszą kręcić nosa na jej wczesne staropanieństwo, ale pewnie też są miłe i ciągle pytają o zdrowie mamy. Jestem jedynie zaskoczona tym, że Emma nie wydaje się zgorzkniała z powodu przekreslonych marzeń. Połowa mieszkańców tutaj jest grymaśna :D
    No nic. Tak dorywczo trochę witam, bo więcej mnie tu nie ma niż jestem. Zakładki uzupełnię później, jak już dotrę do mojego laptopa, ale nie ma co się przejmować, nikt rezerwacji już nie zabierze. ;)
    Powodzenia dla Emmy i baw się u nas wyśmienicie w zaspach po kolana!

    Jason

    OdpowiedzUsuń
  2. Ponieważ zasłoniłam to się uprzejmie przywitam. I chyba nawet będę w stanie zaproponować powiązanie, jeśli Hannah Ci jakkolwiek do gustu przypadnie. Co powiesz na wieloletnią dziecięco-nastoletnią przyjaźń między dziewczętami, która podupadła, gdy Hannah wyjechała się uczyć? Nie wiem czy Emma siłą rzeczy odrobinę by przyjaciółce zazdrościła, czy po prostu upływ czasu zrobiłby swoje, ale to póki co zupełnie luźny pomysł. W razie chęci zapraszam!

    Hannah

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie przejmuj się, ja też ostatnio ''z głową w chmurach, co za bzdura!'' To dobrze, że bez zazdrości, w końcu Emma to taki miły promyczek. Żeby mojej Hance co nieco ułatwić żywot, założyłam, że wróciła do MC kilka miesięcy temu, więc z jednej strony dziewczyna czuje się z powrotem jak w domu, a z drugiej, nadal ma problemy z tymi kudłatymi paskudami. Co powiesz na spacer z psiakami, ucieczkę przed nadchodzącą zamiecią śnieżną u którejś w domu i gorącą herbatę z kolejnymi zapewne opowieściami o wielkim świecie?

    OdpowiedzUsuń
  4. [Hej! Dziękuję bardzo za przywitanie.
    Oj, serio nie wiedziałam, że JDM ma tu tylu fanów - bałam się, że zrobię dość starszą postać, niekoniecznie lubianą a tu jak człowiek potrafi się zdziwić :D
    A w jaki wątek chcesz pójść? Zapoznawczy, coś z robotą? W sumie Paul mógłby znać mamę Emmy, chyba są w tym samym wieku.]

    Paul

    OdpowiedzUsuń
  5. Hafza Tantway, skończywszy dwadzieścia osiem lat, wciąż stanowił taki sam obraz chaosu i kompletnej dezorganizacji, jak wtedy, kiedy miał dziewiętnaście i, z kudłatą głową pełną marzeń, wyruszał na podbój świata, z którego zresztą bardzo szybko powrócił. Niewiele zdążył od tego czasu dokonać — nie zbudował domu, nie zasadził drzewa (ale za to zdołał ususzyć kaktusa) i lepiej nie mówmy o tej trzeciej rzeczy, której oczywiście też nie zrobił. Wiele się za to nauczył, był więc już oficjalnie starym kawalerem, ale nie beznadziejnym starym kawalerem.

    Potrafił więc poradzić sobie ze skrzypiącymi drzwiami, wymienić każdą żarówkę, narąbać drewna na opał ulubioną tępą siekierą wuja Johna, wyprasować sobie koszulę, od której odpadł mu guzik, ale i tak zawsze zakładał na wierzch jeden ze swoich głupich swetrów, nie musiał się w związku z tym martwić o tego typu niuanse. Ale, wracajmy do tematu. Haf umiał także, przynajmniej na jakiś czas, załatać dziurę w dachu, zrobić pranie i pozbyć się przy tym nawet najbardziej upartej plamy, wyszorować na kolanach podłogę, złożyć prześcieradło z gumką, i jeszcze, co uważał za swój najbardziej zabawny talent, zadziwiać przyjeżdżających do Mount Cartier ludzi swoim wyglądem, ale kwestię swoich porąbanych genów zwykle pomijał, wszystkim ciekawskim powtarzając tylko, że taki już był egzotyczny.

    Ale, ale, nie zapominajmy o tym, co Haf umiał najlepiej! Umiał przecież gotować i, choć nie robił nic konkretnego, by to umieć, poza oglądaniem kulinarnego show jedynej i niepowtarzalnej Marthy Stewart oraz nauką oprawiania wszystkiego, co dało się złapać w okolicach Mount Cartier pod czujnym okiem wuja Johna, nie robił nic konkretnego, to musiał przyznać: wiedział, co robił. No, może nie zawsze, a już na pewno nie dziś, kiedy to uparł się, że trochę polepszy smak myśliwskiego sosu, który w zajeździe „U Annie” serwowano do mięsa jeszcze od czasów poprzedniego kucharza, po którym Haf przejął łyżki. Niestety, sprawy potoczyły się tak, że znowu zagadał się z tą ładną przyjezdną panią, która wczoraj poleciała na jego tekst o tym, jaki wyjątkowy, śliczny i egzotyczny był i właściwie to już by się z nią na kawę wieczorową porą, wie pani, po zamknięciu umawiał, gdyby nie fakt, że coś w kuchni zaczęło mu się ewidentnie fajczyć.

    Cóż, nikt nie był idealny, prawda? Nawet Martha Stewart na pewno zapomniała kiedyś o pozostawionym na dużym ogniu całym garnku gęstego sosu, do którego chwilę temu dodała kilka mniej oczywistych przypraw, świadczących o jej finezyjnym wyczuciu smaku.

    Emma Bartlett, to rude cudowne dziecko, którego ratowało Hafa przed chodzeniem w dziurawych spodniach, zastała więc najlepszego kucharza w mieście w sytuacji dosyć groteskowej: panikował i przeklinał nad przypalającym się sosem, ale nie wpadł na to, by chociażby wyłączyć gaz, dopóki łyżka nie utknęła mu w gęstej, przypalonej na amen mazi na dnie garnka.

    Zapomnijmy na chwilę o wielkiej wpadce Hafa i wyjaśnijmy sobie jedna rzecz: on naprawdę umiał wiele i był człowiekiem niezliczonych talentów, ale jakoś nigdy nie zdołał zaprzyjaźnić się z igłą i nitką. Czemu, tego nie wiedział nikt. Może brakowało mu cierpliwości, może miał jakiś uraz do igieł z wczesnego dzieciństwa (choć jedyną wizytą w szpital była ta, kiedy miał sześć lat i, niedopilnowany przez zakręconą jak słoik Hazel, włożył sobie surową fasolę do nosa tak, że potrzebna była pomoc lekarzy, by ją stamtąd wydostać). Haf w wieku dwudziestu ośmiu lat ganiał więc do Emmy nawet z durnymi guzikami, kiedy odpadło mu ich od ulubionej podswetrowej koszuli tak dużo, że potrzebna była pomoc. Jasne, mógłby się uprzeć i nauczyć, ale najwyraźniej nie miał wstydu, skoro się nie uparł i wciąż potrzebował pomocy. On tu był od gotowania, nie od szycia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. — Ems! — zawołał, zdając sobie sprawę, że za jego plecami nie chichotała ta ładna przyjezdna pani, przez którą doprowadził do kolejnej katastrofy we własnej kuchni, a Emma, dla Hafzy po prostu Ems. — Nie patrz na to, proszę, to wstyd i hańba— powiedział, złapawszy za garnek, z którego rączki dawno temu odpadło plastikowe zabezpieczenie. Nie był to więc najmądrzejszy ruch, o czym szybko się przekonał, kiedy wrzasnął jak dziki i, całe szczęście, zachował dość rozsądku, by nie ciskać garnkiem pełnym gęstego sosu na podłogę, rzucił go więc z powrotem na kuchenkę. — A by to wziął i strzelił… — Przekleństwo zmełł w swojej niewyparzonej gębie.

      Poleciał do kranu i wpakował nieszczęsną łapę pod zimną wodę i zdążył jeszcze zauważyć, że Emma nie wpadła sobie o tak, bo jej się zachciało — to cudowne rude dziecko było jak zwykle takie dobre, żeby przynieść mu jego ulubiony fartuch, przy którym zaczynały odpadać mu sznurki trzymające go na szyi, naprawiony, pozszywany, a nawet wyprany. No tak, Haf podobno prać umiał, ale z systematycznością wciąż miał problemy, Emma już nie raz załamywała nad nim ręce, że najpierw wycierał ręce w czysty fartuch, a potem zapominał, że nie przestrzega absolutnie żadnych zasad BHP i powinien się cieszyć, że żaden kanadyjski odpowiednik sanepidu nie najeżdża tutejszych stron, bo za daleko i za zimno.

      — O, mój fartuch. Nie musiałaś się fatygować, przyszedłbym po niego… W końcu — powiedział ze zbolałym uśmiechem, który miał za zadanie ukrywać, że poparzył sobie pół łapy, frajer jeden.

      Haf, który jeszcze nie ugotował zupy, ale jeszcze to zrobi, a teraz właź na stół

      Usuń
  6. [Awww brzmi to wszystko niesamowicie słodko i ciepło - bardzo mi się podoba, brakuje mi takich wątków <3 Co powiesz na to, by wpadł do domku Emmy i jej mamy na chwilę, by poprosić młodą Batlett o pomoc przy przywiezieniu drewna na opał z lasu dla dziewczyn? :D Tak na początek]

    Paul

    OdpowiedzUsuń
  7. A kto by się zastanawiał, co będzie za rok, dwa albo pięć lat? To było Mount Cartier, w takich miejscach, jeśli człowiek zaczynał snuć wielkie plany, mógł być jednocześnie pewien, że coś po drodze na pewno pójdzie nie tak. Głęboka, przysypana śniegiem Kanada, zdaniem Hafzy, jeśli już ktoś pytał o to człowieka, który pierwsze osiem ze swoich dwudziestu ośmiu lat spędził szlajając za matką od jednych drzwi do drugich, miała swoje wymagania, jeśli chciało się w niej żyć. Tutaj planowanie zwyczajnie nie wychodziło. I po co, po co planować? Jasne, jak Haf się na coś uparł, to ciężko było z nim dyskutować, ale naprawdę, uważał, że lepiej było przyjmować wszystko takim, jakie się to dostawało. Zawsze też odnajdował bratnia duszę w ludziach, którzy tak jak on, żyli z dnia na dzień. Zresztą, mieli w sobie coś takiego, coś, co można było wyczuć na odległość i nie był to wcale zapach leżącej przez całe lato w szafie puchowej kurtki.

    Ludzie w zajeździe stanowili miłą rozrywkę — wchodząc przez drzwi w kolejny mroźny poranek wnosili ze sobą nie tylko zimne powietrze, ale też powiew wielkiego świata, z którego przybyli. Sfrustrowany pracą za biurkiem korposzczur, który sądził, że pobyt na odludziu magicznie rozwiąże wszystkie jego problemy, a za dwa tygodnie wróci do Los Angeles albo Chicago i wszystko znowu będzie w porządku. Pisarz z Toronto, który napisał dwadzieścia książek w pięć lat i wyobraził sobie, że jeśli sprawi sobie widok na ośnieżone szczyty gór Cartiera, to writing block nagle zniknie i znowu zacznie produkować hity, kończąc w ten sposób strumień negatywnych recenzji i znowu wbije się na szczyt listy New York Timesa. Artysta z problemami, upijająca się wieczorami rozwódka bez dzieci, hipster w zerówkach zaskoczony, że nie macie to Starbucksa, biznesmen ze śliczną żoną i jeszcze śliczniejszym dzieckiem, który wymarzył sobie wakacje w domku w górach, zamiast kolejnej Aruby albo Bali. Haf znał ich wszystkich, gotował dla nich najlepszy obiad, jaki mieli okazję zjeść od dłuższego czasu, a potem nalewał sobie kawy z wydającego ostatnio coraz dziwniejsze dźwięki ekspresu i potrafił przesiedzieć parę godzin po zamknięciu, słuchają tych ludzi.

    Często zastanawiał się: czy ja też bym taki był, gdyby Hazel nie odstawiła mnie do wujka? Czy na studiach, z którymi tak szybko się pożegnał, zostałby hipsterem w zerówkach, a potem rekinem biznesu pod krawatem, czy może gdyby Hazel się nim nie znudziła, to siedziałby na wynajmowanym poddaszu na Greenpoint, awanturując się całymi dniami z sąsiadem-narwanym Polakiem i malowałby abstrakcyjne obrazy, albo pisałby swoją pierwszą książkę.

    Czasem się nad tym zastanawiał, ale tylko czasem. Osiem lat spędzonych z Hazel, choć ledwo nauczył się pojmować przy niej świat, a już trzeba było się rozstawać, nauczyło go, że nad pewnymi rzeczami po prostu lepiej się nie zastanawiać. Dwadzieścia lat i okazyjne telefony albo świąteczne kartki (nigdy urodzinowe, był pewien, że nie pamiętała, kiedy miał urodziny) tylko utwierdziły go w tym przekonaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Spadasz mi z nieba, Ems, jak zwykle — skomentował, bo tak miło było, że wystarczyło wrzasnąć i spanikować, a już pojawiał się ktoś, kto potrafił zachować trzeźwy umysł i ogarnąć sytuację, w której Haf z reguły tracił głowę. Znaczy, zawsze najpierw panikował, a potem jakoś dawał sobie radę, ale znamy się nie od dziś – pewnie nawet nie wpadłby na to, że, rzeczywiście, został zaopatrzony w maść na oparzenia. — Nic mi nie będzie — powiedział, oburzony sugestią, że miałby zamknąć kuchnię. Do zamknięcia jeszcze godzina, a on, w międzyczasie, miał jeszcze zupę do wydania, właśnie tę, która bulgotała sobie na wolnym ogniu, kiedy do kuchni wkroczyła kelnerka z pustą tacą. — Już się robi — powiedział i, upaćkawszy wszystko maścią, bo potrzebował jednak dwóch łap, wydał zupę, której trochę zostało jeszcze w garnku. Dopiero potem zgarnął sobie kawałek szczęśliwie czystej ścierki, którą podpalił w zeszłym tygodniu i do wycierania niczego się już nie nadawała, zawinął sobie na poparzonej ręce i sprawa była załatwiona. Jasne, że piekło, ale przecież był mężczyzną. — Ej, przyszedłbym kiedyś, już mnie weź nie spisuj na straty. Ale dziękuję, powiedz jeszcze, ile sobie życzysz na usługę. Właściwie jak nie masz dużo do roboty, to możesz poczekać do zamknięcia, pójdziemy razem, wstąpimy do mnie i dam ci pieniądze — gadał jak najęty, a w międzyczasie zdążył wynieść czysty i zreperowany fartuch na zaplecze, gdzie teoretycznie miał szafkę na takie rzeczy, ale w praktyce i tak średnio pilnował porządku. Czysto miał na kuchni, reszta była milczeniem, czy jakoś tak. — Właśnie, powinnaś tego spróbować. Założę się, że nie zgadniesz, czego dodałem — kontynuował i, zgarnąwszy czystą łyżkę, nabrał zupy a potem, podkładając pod łyżkę zdrową dłoń, żeby nie nakapać sobie na podłogę, bo wiedział, że nie będzie mu się chciało biegać z mopem, powędrował z nią jak ten samolocik, co leci, prosto do Emmy. Próbuj i się zachwycaj, kobieto.

      Zupa Tantway

      Usuń
  8. Mount Cartier było piękne, ale również trochę okrutne, jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało. Małe, ukryte przed światem miasteczko prawie zawsze zasypane śniegiem, zabijające w ludziach ambicje, wyganiające wszystkich, którym zamarzyła się wielka kariera i tych, którzy zwyczajnie nie potrafili usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Ale Haf nigdy nie był ambitny, nie marzył o wielkiej karierze, nawet jeśli przez chwilę, kiedy był jeszcze piękny, młody i nie łupało go w kolanach na zmianę pogody, sądził, że tak, na pewno, na sto procent został stworzony do rzeczy wielkich.

    A prawda była taka, że został stworzony w wyniku kompletnego przypadku, przez podbijającą Nowy Jork narwaną Hazel i jakiegoś posługującego się ograniczonym angielskim naiwniaka, którego potem zgarnęły służby imigracyjne. I nie potrzebował wielkich rzeczy, już nie teraz. Właściwie dobrze mu było tak, jak sobie na chwilę obecną poukładał: miał pracę, miał z kim pogadać, jeśli chciał i miał przed kim zamknąć drzwi na klucz, jeśli z nikim aktualnie gadać nie chciał. Może i był brązowym dzieckiem i trochę wkurzał się, kiedy było już za zimno, żeby nosić podarte i niemiłosiernie upierniczone trampki, ale śnieg też lubił.

    Co tu dużo gadać, lubił okrutne Mount Cartier i, choć czasem zdawało mu się, że mógłby być lepszą wersją samego siebie, bardziej ambitną i więcej wnoszącą do tego zakręconego świata, gdyby jakimś magicznym sposobem zostałby w Nowym Jorku albo skorzystał z któregoś z zaproszeń, które do świątecznych kartek co roku dołączała Hazel (co roku podawała też inny adres, może właśnie ta jej niestałość, przez którą w wieku sześciu lat przez parę miesięcy sypiał na materacu w noclegowni dla bezdomnych, powodowała, że nie miał ochoty znowu rzucać się w oku cyklonu zwanego Hazel).

    Powinien skombinować sobie kota. Gdyby miał kota, nie myślałby tyle o Hazel i tym, czy może jednak nie powinien snuć planów na spokojną starość w Mount Cartier. Był głęboko przekonany, że kot, gdyby tylko odpowiednio go utuczyć najlepszymi kąskami i rozleniwić, pozbawiłby go chęci ruszania się z miejsca. Nie ruszali by się nigdzie razem. Musiał skombinować sobie kota.

    Och, jaki on był dziś rozkojarzony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. — Nie lubię karaoke, przecież wiesz. Nikt nie chce puścić mi Madonny, tylko ciągle ta Dolly Parton. Nie będę śpiewał Dolly Parton — odparł, bo kiedy słyszał Jolene robiło mu się autentycznie słabo. Nie będzie śpiewał Jolene i koniec. Oczywiście chciał też zatuszować w ten sposób dobrze znany fakt, że kiedy ostatnio wybrał się na karaoke i piwo, skończyło się na czterech piwach i największych hitach Dolly Parton, włączając w to Jolene. — Boże, dziecko, a co ty wiesz? — zapytał, wiedząc, że Ems nie obrazi się ano za to dziecko, ani tym bardziej za co ty wiesz. Był w tym miasteczku niekwestionowanym autorytetem kulinarnym i trochę zachowywał się, jakby był starszym bratem Ems, ale ona nie była przecież głupia. Rude dziecko na pewno już zdążyło się zorientować, że Haf był dziś jakby jeszcze bardziej nerwowy niż zwykle, gadał więcej głupot niż zwykle i ogółem udawał, że nie, wcale nie pamiętał ich ostatniego spotkania, po którym to obiecał sobie, że już nigdy, za żadne skarby tego świata, nie będzie pocieszał żadnej strapionej niewiasty oraz nie będzie na ramieniu żadnej strapionej, choć już trochę pocieszonej niewiasty, o nie, nie będzie spowiadał się z własnych problemów, na które również potrzebował pocieszenia. (Do cholery, potrzebował kota, będzie się wtedy jemu spowiadał, zamiast potem zgrywać debila, nic nie wiem, nic nie słyszałem, a już na pewno nikogo zbyt intensywnie nie pocieszałem. — Oregano, Ems, oregano. Suszone, przyznaję, ale powinnaś poznać. Za rzadko wpadasz, nie znasz moich smaków. Właściwie to powiem ci, że mam problem. — Nie, chłopie, miałeś już nie mieć problemów. — Zamówiłem ci ja z Churchill nasiona. Oregano, bazylia, rozmaryn, cuda wianki, posadziłem w doniczkach, podlałem, nawet każdemu imię dałem i, nie zgadniesz, co się stało. Wszystkie mi uschły. Nie mam pojęcia dlaczego. — Tak, on się właśnie rozkręcał i tak, dreptał po całej kuchni, to odsuwając szufladę i przesuwając czyste widelce, to przekładając ścierkę z jednego blatu na drugi, to drapiąc się po szyi poparzoną ręką. — Znasz się na sadzonkach, Ems? Bo miało być tak pięknie, zaplanowałem sobie nawet indyka z rozmarynem na święto dziękczynienia, ale rozmaryn ususzyłem i nie wyszło, nie wiem już zupełnie, co mam robić z tymi habaziami, żeby mi zaczęły rosnąć jak człowiekowi. A podlewałem, przysięgam, ale i tak uschły. Może postawiłem na złym parapecie? Mam dużo parapetów.

      I słowotok też masz, chłopie.

      czuj się zaproszona do oglądania sadzonek po godzinach

      Usuń
  9. Może to zuchwałe tak mówić, ale ludziom takim jak Haf i Ems, mimo tego, że czasem przystawali gdzieś po drodze i zastanawiali się co by było gdyby…, im zwyczajnie ciężko było mieć do kogoś żal o to, jak się życie potoczyło. Chyba to Mount Cartier już tak wpływało na ludzi, człowiek pozłościł się raz w tygodniu, bo sobie akurat przy rąbaniu drewna w siarczystym mrozie przypomniał, że o, coś mi kiedyś nie wyszło, o, a mógłbym teraz leżeć na plaży w Las Palmas czy innym Vegas, przynajmniej by mi ciepło było, a potem wrzucał drewno do kosza, niósł do domu, robiło mu się ciepło i nie było już na co narzekać. Mount Cartier, jeśli mogło czegoś nauczyć, to przede wszystkim pokory.
    Wielki świat robił się z tej perspektywy straszny i nieprzyjazny. A tu, na miejscu, wśród gór i lasów, było bezpiecznie, przynajmniej dopóki do twoich drzwi nie zapukał wyjątkowo towarzyski niedźwiedź albo póki tyłek nie przymarzł ci do spodni.
    Nie było źle. Mogło być lepiej, jasne, ale Haf pamiętał słowa wuja Johna: jesteś gdzie jesteś i nie ma po co myśleć o tym, gdzie byś mógł być. Pojechałeś, spróbowałeś, zobaczyłeś i to nie było to. A ja się tam cieszę, że jesteś z powrotem.
    Może tego mu teraz, kiedy wujka już nie było, brakowało, skoro wszystkie inne, głupie tęsknoty udało się jakoś ucieszyć. Żeby ktoś dalej, choć nie miał już dwudziestu lat i nie był załamanym wielką porażką byłym studenciakiem, żeby ktoś jeszcze cieszył się, że mimo wszystko był z powrotem.
    A do dupy z tym wszystkim, na karaoke mieliśmy iść.
    — Jezusku słodki, Material Girl też nie lubię. — Tak, był wybredny i ciężko przyjmował zmiany, zwłaszcza, jeśli dotyczyły one jego gustu muzycznego, który w skrócie można było opisać, puszczając kilka najbardziej rozpoznawalnych hitów lat osiemdziesiątych na zapętleniu, i tak przez cztery godziny. Jak za cały tydzień naskładał brudnych naczyń w zlewie (bo kuchnię w robocie trzymał czystą, w domu był trochę syfiarzem, ale tylko troszeczkę), to tańcował przy właśnie tej swojej składance hitów i tak potrafił posprzątać. Ale, na miłość boską, jak już miał śpiewać, to coś, co lubił. Down under wchodziło na przykład w rachubę. — Dobrze, że przynajmniej szyć umiesz, to sobie chłopa na tej wsi znajdziesz, z głodu nie umrzecie, jak trafisz na takiego, co chociaż tosty robić potrafi. Albo jajecznicę. Kaszę ugotować, jakiegoś ziemniaka, słodkie można piec, ale mnie trzęsie, jak ktoś odpiernicza jakieś purée, ja wiem, że my w tej Kanadzie to takie trochę Francuzy, tylko niedorobione, ale jak ze wszystkiego można papkę robić, to weź się panie w niebie zmiłuj nad nami, bo bym poszlachtował, jakby mi kazali paprzeć. Nie paprzę. Kucharzem jestem, Ems. A jak jeszcze twój chłop będzie potrafił użyć czasem soli i pieprzu, to będzie dobrze, bierz takiego, nie mówię już żeby oregano albo rozmaryn, bo to ludzi przerasta i ja to rozumiem, jestem wyrozumiały, wiesz, zawsze uważałem, że to moja… Cnota — nawijał, znowu kręcąc się po kuchni, bo un w sumie to robiło się już późno, sala pusta, tak zameldowała kelnerka, można by zamykać, deuxnie chciało mu się już w sumie siedzieć w robocie, a że sam był sobie trochę panem, dopóki go siła wyższa nie dopadła… No i, oczywiście, zostało jeszcze trois, mieli iść na to karaoke. (Tak, zdecydował się, piwo go chyba przekonało.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A za to siedzenie na blacie to normalnie Ems dostałaby w tyłek, patelnią albo drewnianą łyżką, bo to jest kuchnia, tu jest BHP i tak nie wolno, ale Haf miał naprawiony fartuch i chyba nie taki całkiem zły dzień, więc wiele dziś wybaczał. (Ale jak potem ktoś znajdzie rudego włosa w sosie, to Haf niezadowolonego klienta Ems pod drzwi przyprowadzi.)
      — Słoneczko — powtórzył, wciąż nie przestając się kręcić, czy to w miejscu, czy po całej kuchni, już tak miał, że go zwyczajnie nosiło. — Właśnie, może potrzebują więcej słoneczka? Mam chyba brudne okna, ale jest za zimno, żeby je myć. Nie, nie będę mył. Może twoja mama założy mi hodowlę przypraw, a ja jej za to… Nie wiem, zlew odetkam? Ty, wiesz co, Ems, to nie jest głupi pomysł, ja tam do was wpadnę kiedyś, wiesz, nie wiem kiedy, ale kiedyś, czasem mi się tak zdarzy, że idę, idę i nagle jestem. — To było bardzo inteligentne stwierdzenie, w sam raz na miarę kogoś, kto wydał kupę hajsu, żeby pół roku posiedzieć na uniwersytecie w Toronto. — Dobra, dziecko, złaź mi z blatu, ja na tym gotuję, idziemy śpiewać Madonnę — zarządził, kiedy uznał, że na dziś wystarczy. Kuchnia posprzątana, mógł dziś spać spokojnie.

      Zapładniacz Zupa Tantway

      Usuń
  10. Rozglądam się dzisiaj po blogu w poszukiwaniu tych, którzy zasługują na nasze kochane ikonki i proszę bardzo, nawet dla Emmy coś znalazłam! Piękne (chyba nowe) gify zasługują na mały dodatek w postaci domków oznaczających, że jesteś wiernym mieszkańcem Mount Cartier przebywającym u nas już ponad trzy miesiące! Ogromne gratulacje od adminek i zachęcamy do zdobywania kolejnych ikonek, co by ta jedna nie była zbyt długo samotna! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Powiedzieć o ich relacjach, że były ostatnio trochę poplątane to zdecydowanie za mało. Ba!, to nawet im umniejszało. Hafza pod warstwą śmiechu i przygłupowania starał się ukryć to, że prawie zszedł na zawał, kiedy Ems dziś go odwiedziła, przynosząc niby to tylko fartuch (oczywiście, że nie podejrzewał ją o przebiegłość, nie żeby nie mogła być przebiegła, ale wydawała mu się na to zbyt dobra i miła; zupełnie nie łączył jej z tą cechą). Ale czy aby na pewno chodziło tylko o fartuch?

    Chyba miał jakieś głęboko ukryte poczucie winy, że tak jej unikał, odkąd się tak mocno pocieszali pewnego pięknego wieczoru. Wtedy mu się podobało, teraz chciał zapomnieć, że się tak zachował i nie utrzymał łap przy sobie. Był starszy, nie jakoś bardzo, ale wciąż, a zachował się jak niewyżyty nastolatek, który wypił pod nieobecność swoje pierwsze piwo z dziewczyną, której chciał zaimponować. Jasne, że w obecnym zachowaniu Ems nie było nic, co mogłoby wskazywać na to, że uważała, że właśnie jak ten niewyżyty nastolatek się zachował, ale może miała mu to za złe, tylko było za dobra, żeby o tym powiedzieć, a teraz wciągnął ją w wyjście na piwo (niby niewinnie, totalnie niewinnie, nic specjalnego nie planował, jedno piwo, dwie piosenki i idziemy spać, on miał już prawie trzydzieści lat i pierwszą młodość za sobą) I O BOŻE CO ONA SOBIE MYŚLAŁA.

    Gadali o zupie, jego kuchni i przyprawach, udając, jakby nigdy do niczego nie doszło. A doszło. A może tylko Hafza za bardzo przeżywał i mama wcale się tak bardzo nie pomyliła, kiedy na chybił trafił dała mu arabskie imię, argumentując, że tatuś był pierdolonym Lawrence of Arabia i musiała jakoś to uczcić, jakby należało czcić fakt, że zrobiła sobie dzieciaka z taksówkarzem, którego zdążyli dopaść i deportować zanim ona zdążyła mu powiedzieć o dzieciaku, ale, ale, czy ktoś tu kogoś prosił o autobiografię? IDZIEMY PIĆ I ŚPIEWAĆ, noc jeszcze młoda.

    Wdzięczny cudownej Ems za to, że pomogła mu wyplątać się z szalika (naprawdę, nie miał pojęcia jak to robił, ale był w stanie zaplątać się dosłownie we wszystko), Haf ruszył dzielnie w swoich brudnych trampkach (kij, że minus dwadzieścia, moda, styl i conversy, oto co się liczy w Mount Cartier) po śniegu, jak na prawdziwego mężczyznę przystało.

    — Do wiosny już niedaleko — stwierdził Haf, który, choć wyglądał, jakby niskie tempertury powinny doprowadzać go do ciemnej rozpaczy i mógł się założyć, że nie raz wprawił w zdziwienie jakiegoś przyjezdnego, który zobaczył to brązowe, w połowie pakistańskie dziecko, pociskające byle jak ubrane w trzaskającym mrozie, ale coś w tym było, że on zimno czuł inaczej. Zastanawiał się czasem, jakby to było, gdyby pojechał jednak do tego Karaczi, o którym już tyle razy myślał – czy by mu było za ciepło i czy tęskniłby za zimą. Tam chyba nie mieli zimy, prawda? — Zamierzam sobie ogarnąć ogródek na wiosnę — oznajmił, mając na myśli ten kawałek ziemi przy schodach przed domem, na którym rosły same chwasty. — Strzelę sobie tam jakiegoś krzaczka – zaczął i gadał o tym krzaczku, póki nie dotarli do baru z karaoke.

    Z okien na ulicę padały kolorowe światła, dało się też słyszeć przytłumioną muzykę, w której Haf rozpoznał przeklętą Dolly Parton, która chyba już do końca życia będzie go prześladować.

    Weszli do środka, znaleźli sobie wolny stolik, bo ludzi nie było jakoś szalenie dużo, a samotny performer, zawodzący I’m begging of you, please don’t take my man śpiewal bardziej dla siebie, niż dla kogoś więcej.

    — Skoczę po piwo — zaoferował się Haf. — Chcesz piwo, nie?

    ojciec zupny

    OdpowiedzUsuń
  12. [No i kolejne spostrzegawcze oko na tym blogu, aczkolwiek nie tylko w imieniu jest inspiracja Wiedźminem, ale również w tytule. Taka mała ciekawostka :D
    Emma wydaje się pozytywną osobą, może to dzięki animacjom w karcie, ale się porobiło w jej życiu, że musiała odłożyć pasję na bok, by zająć się matką. Jednakże wydaje mi się, że chyba nie jest z tego powodu nieszczęśliwa :)
    Chętnie z korzystamy z porwania do wątku. Obie mają psy, więc już jest jakiś punkt zaczepienia. Niestety jestem słaba w wymyślaniu, wolę zaczynać :(]

    CERYS

    OdpowiedzUsuń
  13. [Nie wiem, czy Joe jest taki kochany. Nie jest oczywiście bad boyem, ale czy od razu kochany przez kogoś innego niż rodziców? :D
    Urocza to jest Emma, chyba. Psa ma fantastycznego! I tylko pomysłu na wątek brakuje...]

    Joseph Stitt

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.