Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
Czerwiec • 12°C
I stało się! Z południa przychodzi do nas coraz cieplejsze powietrze, dzięki czemu resztki śniegu zalegającego na trawnikach stopnieją pewnie nim nadejdzie połowa miesiąca. Jeśli już tęsknicie za białą aurą, to niestety musicie przenieść się jeszcze bliżej koła biegunowego, bo do września nie mamy co liczyć na chociaż jedną śnieżynkę spadającą z nieba. Zamiast nich za to będzie słońce i odrobina deszczu, ale głównie w nocy, więc zabierajcie kalosze na nocne schadzki jeśli nie chcecie, by ktoś w niedzielę dopytywał się skąd błoto na tych nowych pantofelkach prosto z Chruchill! Dzieciaki mogą się za to cieszyć, bo pogoda na lato znowu nam dopisze i pewnie już za kilka tygodni niejednego raka będziemy ściągać z plaży nad jeziorem. Rodzice, cieszcie się ostatnimi chwilami wolności, bo jak tylko skończy się szkoła… nie będzie lekko!

22.05.2017

All I am is a man I want the world in my hands

Ethan Camber

28 lat Strażak FC: Scott Eastwood

Możliwość wyjechania z Mount Cartier pojawiła się szybko, ale z niej nie skorzystał. Nigdy nie ciągnęło go do tego, aby zamieszkać w innym miejscu. Pokochał to miasteczko całym sobą. Tutaj dorastał, poznał najlepszych przyjaciół, pierwszy raz tu miał złamane serce po tym jak go rzuciła dziewczyna w przedszkolu dla tego nowego, bo był fajniejszy. A jako, że od najmłodszych lat był zaradny długo po utracie swojej pierwszej miłości nie płakał i znalazł sobie kolejną. Najbardziej interesująca rzeczą w domu był kominek. Kominek, który ojciec każdego wieczoru zapalał. Ethan przesiadywał przed nim, bawił się samochodami, a głównie dużym czerwonym wozem strażackim, który mu sięgał do kolan, kiedy stał. A było to w wieku lat czterech. Rodzice się śmiali, że zapał odziedziczył po ojcu swojej matki, który był strażakiem. Z czym Ethan się całkowicie zgadza. Z wiekiem jak podrósł zabawę przeniósł na zewnątrz. Z kolegami biegał po lesie, udawali, że gaszą pożary i ratują siebie nawzajem. Kilka lat później już się nie bawił, już nie udawał i faktycznie gasił pożary. Zmęczony uśmiech towarzyszy mu już od dłuższego czasu. Plany o wakacjach, gdzieś daleko zmieniły się w pragnienie chociaż tygodnia bez wychodzenia z łóżka, bez zamartwiania się o matkę, ludzi, siebie. Niemal każdy wolny dzień stara się przeznaczyć na spotkania z matką. Coraz rzadziej zdarzają się te lepsze momenty, nie uśmiecha się już na jego widok, nie oczekuje przy stoliku. Nie ujmuje jego dłoni, nie czeka zniecierpliwiona na opowieści z dnia codziennego. Czasem w ogóle jej nie ma. Nieobecna, wyglądając za okno i wpatrując się w nieznany nikomu, poza nią samą, punkt na zewnątrz. Wygląda wtedy tak jak dawniej, kiedy wszystko było w porządku. Ma trochę więcej zmarszczek, przybyło jej siwych włosów. Mimo zmian, które w niej zaszły dla Ethana wciąż była tą samą mamą.
powiązania ― dodatkowe
Cześć! Witam się z drugą postacią i zapraszam serdecznie do wątków. W tytule The Neighbourhood Sweater Weathe, a dalej moja wesoła twórczość. :> Jakby ktoś coś: bysiaa44@gmail.com   50700814 

( 26 )

  1. [Nie wiedzieć czemu, zachciało się Minie podpalić hotel... ;)]

    OdpowiedzUsuń
  2. [O, Ethanowi zupełnie jak Tilii marzą się wakacje, które na razie nie są jej dane i Bóg jeden wie, kiedy będą. Szkoda mi jego matki. Zdaję sobie sprawę, że jej stan przysparza mężczyźnie wielu obowiązków, jak i smutków, a do tego posada strażaka, wymagająca dyscypliny... Łatwo to nie ma. Jakby chciał wpuścić odrobinę światełka do swojej egzystencji, to niech zajrzy do panny Marchand – ona nie odmówi, a jest tylko rok młodsza :) Tymczasem baw się dobrze i długo z kolejnym bohaterem! <3]

    Ferran, Cesar & Tilia

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurczę, poszłam tylko robić pożywniejszą wersję kolacji, nie było mnie raptem 40 minut, a tu roi się od nowych, których nie nadążam wciskać w zakładki, a co dopiero witać! :D Fajnie widzieć Twoją kolejną postać na blogu i... Solane mogłaby mu przybić taką wielką, przeogromniastą piątkę! Ona też miała przecież nie wyjeżdżać i długo tego nie robiła. A nawet jak już nastał ten smutny dzień to raz dwa wróciła! Nie ma to jak MC przecież :D
    Kurczę, pierwszy raz w historii bloga mamy zapełnione wszystkie etaty w straży pożarnej! To Ci dopiero sukces i rozpacz jednocześnie, bo samych przystojniaków tam mamy i gdyby któremuś coś się stało, to niejedna niezamężna panna płakałaby za nimi.. ;D
    Wierzę, że skoro jest drugi pan, to bawisz się u nas świetnie, niech więc tak zostanie już na zawsze! ♥

    Solane & Vivian

    OdpowiedzUsuń
  4. [Scott *,* I kolejny strażak! Na pewno będą się z Holly znać. Może nawet zrobimy z nich przyjaciół z dzieciństwa? Na pewno się dogadają, Holly też kocha Mount Cartier i nie chce z niego wyjeżdżać :D
    Ah, wątek z Christianem niedługo zacznę ;)]

    HOLLY

    OdpowiedzUsuń
  5. [Coś czuję, że Mount Cartier nawiedzi teraz wielka fala pożarów :)
    Życzę udanego wątkowania! ]

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Hej ho!
    Martwienie się o innych... Melody zna to skądś. Niestety bardziej, niż by chciała ;)
    Życzę ciepłych i pełnych szczęścia dni dla Ethana :) ]

    Melody Wild

    OdpowiedzUsuń
  7. [I wreszcie mamy skompletowany team strażaków ❤ Wiesz gdzie mnie szukać :D]

    Scarlett/Adrianna

    OdpowiedzUsuń
  8. [Fajny pomysł. A co myślisz, by oni znali się też po prostu od dzieciństwa? Skoro jest między nimi rok różnicy, to w sumie chodzili do tej samej szkoły. No ale ok, na tym polu można dużo rzeczy ustalić, dlatego tu konieczna jest ewentualna burza mózgów, odnośnie przeszłości. W każdym razie, wracając do teraźniejszości – jestem za tym, by ta dwójka miała wspólne miejsce. Proponuję, żeby była to mała, dzika plaża nad Roedeark w takim miejscu, by widzieć z niej miasteczko (nie naprzeciwko, bo się nie da, ale gdzieś po przekątnej), albo jakiś szczyt/skałka gdzie też nikt się nie zapuszcza, a skąd mają dobry widok na mini panoramę. Mogli po prostu zawsze chodzić w to miejsce, aż pewnego dnia natknęli się na siebie i od tamtej pory pojawiają się tam mniej więcej w tym samym czasie. Poza marzeniami, mogliby się wzajemnie wspierać. Kurcze. Tak właściwie to mam dużo w głowie, bo z drugiej strony mogli się też spotykać, a to u Iana, a to w Domu Kultury na jakimś miejscowym wydarzeniu. Jednostka mogłaby też zorganizować trening strażacki, a Tilia by sobie oglądała, jak biegają z wężami itp. i do tego też da się dorobić ciekawą akcję. Można dużo, haha, dlatego jak ustalimy jakąś relację, będzie na pewno prościej :D Tilia jest czysta, także tutaj pisze się na wszystko, jak coś!]

    Tilia Marchand

    OdpowiedzUsuń
  9. [Widzę ładną buźkę Scotta i już sama się uśmiecham do ekranu. Baby to jednak głupie są xP Cześć! Dziękuję za powitanie i miłe słowa - na pewno szybko nie ucieknę, aczkolwiek częstotliwość moich odpisów będzie w dużej mierze zależała od ilości wolnego czasu i nie ukrywajmy - pogody, bo zbliża się lato i jakoś przyjemniej siedzieć na słoneczku niż z grzejącym w nogi laptopem na kolanach. Mam chęć na wątek, ale jeszcze nie wiem jaki i z którym z Twoich panów. Myślę, że zarówno z Chrisem jak i Ethanem znalazłaby wspólny język. Masz może jakiś pomysł? Jakieś niespełnione wątkowe marzenia? ;>]

    Harriet

    OdpowiedzUsuń
  10. Mattie naprawdę nie lubiła wolnych dni. A niestety takich miała aż nadto. W swoim wielkim świecie prowadziła naprawdę bardzo aktywny tryb życia. Cały czas była w ruchu, dzięki czemu nie zadręczała się różnymi myślami. Nie zawsze było kolorowo. Ale prawie nigdy nie mogła narzekać na wolny czas. A odkąd wróciła do MC brakowało jej jakiegoś zajęcia. Chodziła z kąta w kąt, kręciła się i marudziła. Nic dziwnego, że Max chciał ją z kimś na siłę wyswatać. Może gdyby się zakochała, to stałaby się mniej marudna? Szczerze w to wątpiła. Bo marudzenie miała we krwi. Tak samo, jak ogromne szczęście do absurdalnych sytuacji i braku zajęć.
    Westchnęła ciężko, kiedy po raz enty przeszła się po wszystkich otwartych pokojach i upewniła się, że wszystko jest wysprzątane. Nie wszystkie pokoje w jej domu były otwarte. Sypialnia i gabinet rodziców stały zamknięte. I zarówno ona, jak i Max tam nie wchodzili. Mattie nie potrafiła, a Max… Z Maxem była to o wiele bardziej skomplikowana sprawa.
    Usiadła przy kuchennym stole i spojrzała na swoje paznokcie. Były ładne, kolorowe. Nic nie odstawało. I nawet skórki były w porządku!
    — I wy przeciwko mnie — mruknęła, zaciskając dłonie w pięści. Chwilę posiedziała i bezczynnie wpatrywała się w okno. Max jakiś czas temu poszedł do kolegi. Tym razem do prawdziwego, a wiedziała to na pewno, bo wcześniej rozmawiała z matką Timmy`ego. Mattie cieszyła się, że Max miał również znajomych w swoim przedziale wiekowym. W końcu nie mógł przebywać tylko i wyłącznie w towarzystwie o wiele starszych osób. Był tylko dzieckiem! Co prawda nieco przemądrzałym i za bardzo doświadczonym, ale wciąż dzieckiem.
    Nie wiedząc co ze sobą zrobić, postanowiła pokręcić się po okolicy. Narzuciła swoją ulubioną narzutkę na ramiona, ubrała buty i opuściła dom. Na zewnątrz również nieco się pokręciła. Aż w końcu wpadła na genialny pomysł. Wiedziała kto może ją uratować. I kto może być o tej godzinie w domu. Aż się uśmiechnęła szeroko sama do siebie.
    Po niedługiej chwili stała już na podwórku należącym do rodziny Camber. Trudno jej się tutaj przychodziło, ponieważ za każdym razem wspomnienia do niej wracały. Wciąż miała wrażenie, że zaraz ojciec Ethana i jej wyjdą zadowoleni zza domu, aby oznajmić wszem i wobec, że idą na ryby, albo że zrobią coś innego. Na moment zamknęła oczy, chcąc się uspokoić. Dobry humor uleciał z niej niczym z przebitego balonika. Dlatego nie lubiła odwiedzać znajomych i przyjaciół. Mimo upływu lat uwielbiała Ethana. Jednak o wiele bardziej wolała, kiedy to on przychodził do niej.
    Pewnie dalej stałaby i myślała o przeszłości, jednak zaniepokoił ją odgłos dochodzący ze środka domu. Przez chwilę rozważała, aby zapukać, jednak koniec końców stwierdziła, że to bezsensu. Coś mu się mogło stać, a jej pukanie tylko spowolniłoby akcję ratunkową.
    Weszła do domu i od razu skierowała się w stronę kuchni, skąd dochodziły odgłosy.
    — Ethan?! Co się stało? — zapytała wyraźnie zaniepokojona i szybko do niego podeszła. Stanęła obok niego, ujęła jego rękę, spojrzała na garnki i… o mało co nie popłakała się ze śmiechu.
    Okrutna, zła i podła Mattie

    OdpowiedzUsuń
  11. [Biorę tą miłość z tamtych, szczeniackich lat i wszystko, co napisałaś, włącznie z matką, haha :D Na długość nie zwracaj uwagi, czasami się rozpisuję :D]

    Odkąd Timothy zaczął borykać się z coraz częstszymi objawami choroby zwyrodnieniowej stawów, to Tilia zajmowała się większością spraw dotyczącą sklepu, zostawiając ojcu tylko kwestie papierkowe, które mógł na spokojnie wertować w progach domostwa. Bo ilekroć obciążał ciało jakąkolwiek pracą fizyczną, ból w kolanach nie pozwalał mu zmrużyć oka w akcie snu, którego ostatnimi czasy Tim potrzebował o wiele więcej. Z pewnością był wdzięczny córce, że została w Mount Cartier, by zająć się obowiązkami rodzinnego biznesu, mimo że pierwsze dni po rezygnacji kobiety z wyjazdu, czuł się winny i w pewnym sensie również zły – nie tyle co na nią, a na siebie, bowiem zawsze chciał, by jedyna latorośl spełniła swoje marzenia, a z drugiej, cóż... Wiedział, że sam nie podoła z wszelkimi dostawami i ogólnym oporządzaniem sklepu, którego nadmiar wielokrotnie zmuszał go do zostania po godzinach. Tilia radziła sobie świetnie, nie tylko pomimo młodego wieku, ale również wrodzonej żywiołowości i optymizmu – śmiało można by stwierdzić, że w pojedynkę dałaby radę uszczęśliwić całą mieścinę, gdyby tylko wystarczyło jej czasu, którego w minionym tygodniu również nie miała. Potrafiła cieszyć się z małych rzeczy – odnajdywała w nich wiarę w lepsze jutro. Ale być może faktycznie była zbyt dobra jak na to miasteczko, bowiem wielokrotnie stawiała innych ponad siebie, co zresztą można było zauważyć dokładnie tego wieczoru. Zależało jej, by mieszkańcy mogli otrzymać każdy pożądany produkt, choć innym nie zawsze zależało, by to Tilia mogła w końcu nacieszyć się życiem – starała się tego nie zauważać, bo nie chciała. Momentami wyglądała tak, jakby próbowała naprawić jakiś błąd; jakby w przeszłości nieźle narozrabiała i chciała odkupić wszelkie winy. Po części tak było, lecz nie chodziło o nią, a o jej matkę, która wyjeżdżając do Ottawy zupełnie porzuciła sklep i wszystkie związane z nim obietnice. To był jeden z gorszych okresów w dorastaniu Till, bo Ivana zawiodła kilka osób, które liczyły na jej wsparcie – miała zamówić pewne produkty na życzenie, szczególnie w okresie świątecznym, kiedy to każdy liczył, że spędzi rodzinny czas pod dostatkiem. Niestety, jeszcze na długo po rozwodzie państwa Marchand, mieszkańcy byli zdruzgotani, i to od tamtej pory Tilia starała się zaspokoić potrzeby wszystkich wokół, zapominając o własnych. Tak jej zostało po dziś dzień, bowiem wciąż biegała przy sklepie jak poparzona, by wszystko było na czas, by nikt nie musiał niczego zbyt długo szukać i żeby przy okazji ceny nie były za drogie. Babka często jej powtarzała, że nikt nie zwróci jej czasu, aczkolwiek słowa jednym uchem wlatywały, a drugim wylatywały i właściwie nic w głowie Tilii z tych mądrych przekazów nie pozostało. Prawda jest taka, że Elodie miała rację, i że Till potrzebowała kogoś, kto w końcu ją zatrzyma.
    Jako, że nadszedł weekend, a za oknami gościł już sobotni wieczór, Tilia postanowiła zamknąć sklep wcześniej. I tak nie miała już klientów z racji tego, że większość siedziała u Iana, a inni grillowali w zaciszu własnego podwórka – nie musiała się spodziewać, że nagle zleci się całe stado. Wolną chwilę chciała spożytkować dobrze, dlatego postanowiła udać się w miejsce, które istniało aktualnie tylko w jej wspomnieniach... I niekiedy w jej wyobraźni, ale to nie ważne. Otóż, „skałka” położona u stóp gór Cartiera nie była znana nikomu oprócz jej i Ethanowi, o ile mężczyzna pamiętał jeszcze, że jako dzieciaki wspólnie upodobali sobie dane miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze skałki można było oglądać mini panoramę miasteczka; a miała wystarczająco miejsca, by rozłożyć płaszcz i przysiąść na trawie w ramach relaksu, bądź urządzić sobie piknik. Panna Marchand dobrze pamiętała, jak zajadała się na wzgórzu smakołykami, dlatego dla odświeżenia dawnych dziejów, zabrała ze sobą słone paluszki i gdy tylko zjawiła się na szczycie, śmiało otworzyła paczkę, przysiadając na trawie po turecku.
      Delikatny wiatr targał kosmykami jej włosów. Drzewa kołysały się z wolna, zaś w powietrzu unosił się zapach grillowanej kiełbaski, ziemniaków i pianek, które dwa dni temu kobieta przyjęła w dostawie. Słońce znikało powoli za horyzontem, lecz wieczór był ciepły, wszak do Kanady przybywało w końcu lato. Z daleka dochodziły ledwo słyszalne śmiechy ludzi, a w porcie dało się zauważyć dwa kutry rybackie, przycumowane do pomostu.
      Wiele się nie zmieniło, odkąd była tutaj ostatni raz. Na jej twarzy widniał nieświadomy uśmiech, a w ustach gościł co chwilę słony paluszek i pchane wiatrem źdźbła włosów. Stale utwierdzała się w przekonaniu, że decyzja o pozostaniu w Mount Cartier była najlepsza, jaką mogła podjąć.

      Tilia Marchand

      Usuń
  12. Mina miała dziś wyjątkowo kiepski dzień. Z początku wydawało jej się, że to po prostu brak słoń od tygodnia psuje jej humor, ale od piątej rano, kiedy buszujące za hotelikiem w koszach szopy ją wybudziły, była już pewna. Nic jej się tu nie uda zdziałać w tę ponurą sobotę.
    Od przyjazdu do Mount Cartier mijały już dwa tygodnie prawie. Nie liczyła dni, ale i nie przypuszczała że taki zastój miasteczka i cisza sprowadzą na nią spokój. Głównie po to tu przybyła, a i tak była mile zaskoczona. Ryzykowna decyzja podjęcia się pracy z ogłoszenia w Internecie wiązało się z porzuceniem wszystkiego, ale ta ucieczka była jej bardzo potrzebna. Tu nie czuła presji i co więcej - była wolna. Mimo wszystko jednak ten dzień nie mógł należeć do udanych.
    Zbyt wczesna pobudka w połączeniu z nawykiem późnego zasypiania owocowały wielkimi sińcami na bladej twarzy, które odcinały się fioletowymi podkowami. Mimo maja wciąż niskie temperatury i niedostosowanie szafy do klimatu objawiały się katarem i lodowatymi kończynami dniem i nocą. Brak słońca sprawiał, że Mina nie potrafiła nie grymasić. I na dodatek dziś wszystkie elektryczne urządzenia wydawały się buntować. Złosliwość rzeczy martwych zaczęła się od zwarcia i przepalenia suszarki, gdy po kąpieli próbowała wysuszyć grzywę splątanych kosmyków. A kończyło się na lecących z gniazdka w pokoju iskrach, gdy walczyła z ładowarką od umierającego telefonu.
    Mina nie należała do wylewnych osób, przynajmniej już nie. Ale gdy pojawiały się problemy z prądem, czy z sprzetem w wynajmowanym pokoju miejscowego hoteliku, powinna od razu to zgłosić. Tyle że nie chciała nikomu robić problemu i dokłądać niepotrzebnie pracy. Więc gdy wszystko wydawało się w porządku. Nie słyszała żadnego skwierczenia od gniazdek, nigdzie się nie skrzyło i miała wrażenie, że to były tylko chwilowe problemy wynikające z jej starego sprzętu jak wieloletnia suszarka i podklejana na taśmę łądowarka do smartfona, który tu i tak nie łapał zasięgu, wyszła do świata, zostawiając rzeczy w nienaruszonym stanie. Tak jej się wydawało i nie przypuszczała, że coś może być nie tak.
    W połowie drogi na pocztę, gdzie miała wysłać ostatnie zdjęcia, zawróciła. Bo przecież skoro wywaliła suszarkę, powinna zabrać więcej pieniędzy na zakup nowej, albo bilet do Churchill, w którym na pewno znajdzie sklep z tym co potrzebuje. Już po kilku krokach usłyszała wycie syren straży pożarnej a gdy znad hotelu dostrzegła rosnącą smugę dymu, przyspieszyła. Przecież w środku znajdowało się wszystko, co posiadała! A jeśli to z jej winy coś się tam działo?!
    Nie należała do kobiet o lwim sercu. Nie dla niej było wbieganie w ogień i ratowanie dobytku, przy okazji dzieci, staruszek i cudzych zwierząt. Natomiast nie była także tchórzem, więc staneła przed budynkiem niepewna co robić, bo bez aparatu nie była tu już nikomu potrzebna. A wracać nie mogła za żadne skarby.
    [takie o to coś mi wyszło.... w sumie nie wiem, z której strony to ugryźć :P
    czekam jeszcze na pana weterynarza i watek z psami/szopami i czym tam jeszcze można :D]

    OdpowiedzUsuń
  13. — Do cudzych to owszem — przyznała i pokiwała lekko głową. Uśmiechnęła się delikatnie w kierunku Ethana. Wciąż nie mogła przestać się chichrać pod nosem. Nie spodziewała się, że on – poważny strażak i bohater – poparzy się o zwykły garnek! I to nie byle jak poparzy. Nieco mu współczuła, nieco było jej go szkoda. Ale tylko tak troszkę. Była zbyt bardzo rozbawiona tą całą sytuacją, aby go żałować. — Ale do ciebie? Skarbie, twój dom jest moim domem. A mój dom jest twoim — parsknęła śmiechem, opierając się tyłkiem o blat szafek.
    — Co tutaj robię… nie mogłam już dłużej słuchać marudzenia Matta na to, że Max marudzi. Oraz marudzenia Maxa, że Matt marudzi — westchnęła ciężko. Chwyciła dłoń przyjaciela i uważnie obejrzała ją z każdej strony. Nie prezentowała się najgorzej. Jedynie zaczerwieniona była, jednak to powinno szybko przejść. — Mały brat, to mały problem. A duży brat, to duży problem. — Gadała, jednocześnie delikatnie przemywając dłoń mężczyzny zimną wodą.
    — Nie ruszaj się, to ci pomogę — powiedziała. Chwilę się pokręciła, pogrzebała w szafkach (bo nie po drodze było jej po prostu się zapytać, gdzie znajduje się apteczka) i po chwili stanęła naprzeciw niego. — Jeśli nie będziesz płakał i marudził, to obiecuję, że dostaniesz nagrodę — mruknęła i znów parsknęła śmiechem. Nie czekając na jakikolwiek sprzeciw, marudzenie, czy cokolwiek innego, wzięła jego dłoń i ostrożnie jeszcze raz ją przemyła zimną wodą. Zrobiła dość dobry opatrunek, aczkolwiek do takiego profesjonalnego, szpitalnianego sporo mu brakowało.
    Kiedy było już po wszystkim umyła ręce i odwróciła się w jego kierunku.
    — Tak właściwie to co ty chciałeś zrobić? — zapytała, opierając się o szafki. Założyła ręce na wysokości piersi i uśmiechnęła się. Nawet czule, na swój dziwaczny i nieco specyficzny sposób. Znała Ethana odkąd sięgała pamięcią. Była mu naprawdę wdzięczna za to wszystko co dla niej robił. Był przy niej, kiedy tego potrzebowała. Pomagał jej, nawet Maxem się czasami zaopiekował. Jeśli miałaby podać definicję prawdziwej przyjaźni, to z całą pewnością byłby nią Ethan Cambert! Nie wiedziała, co by z nią było, gdyby jej nie pomógł, gdyby nie jego obecność. Czy stałaby tu, gdzie stoi teraz? Czy miałaby Maxa pod swoją opieką?
    Odkąd w jej życiu pojawił się Matt, stała się nieco bardziej… sentymentalna. Zaczęła wszystko jeszcze bardziej rozpamiętywać i zastanawiać się nad własnym życiem. W ten stan wpadła nawet w tej chwili.
    — Ethan… — zaczęła dość cicho, nieśmiało. Uświadomiła sobie coś, co powinna uświadomić sobie już dawno. Zrobiła krok w jego stronę. Potem następny i następny. Zmniejszyła odległość między nimi do niezbędnego minimum, tym samym wprawiając również samą siebie w pewną niezręczność. — Nigdy ci tego nie mówiłam… — znów się zacięła. Zadarła głowę lekko w górę, aby móc wygodniej patrzeć mu w oczy. I… utonęła w nich. Nieco nerwowo przełknęła ślinę, wyciągając rękę w jego kierunku. Przesunęła nią po jego policzku, czule i delikatnie. — Martwię się o ciebie. I nie chcę, aby coś ci się stało. Zależy mi na tobie… — wyznała. I było to najbardziej osobiste i prawdziwe wyznanie, jakie wypowiedziała do tej pory.
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  14. Mattie wiedziała, że była straszną przyjaciółką. Ethan był przy niej zawsze. Zawsze ją wspierał, zawsze podtrzymywał na duchu. Mogła się do niego odezwać o każdej porze dnia i nocy. A ona co? Kiedy on miał problemy, ona najlepsze bawiła się w swoim wielkim świecie. Nie było jej, kiedy jego matka zachorowała. Nie było kiedy wyniósł się Felix i jego ojciec. Czasami coś do niego napisała. Ale czy listy mogły być porównywalne do obecności drugiej osoby? Nie mogły.
    Czasami się naprawdę dziwiła, jak Ethan z nią wytrzymuje. Od dziecka byli właściwie na siebie skazani. Ich rodziny się przyjaźniły, a oni spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. Ethan był jej pierwszym chłopakiem! Ale go zostawiła… Patrząc na to z boku, można by powiedzieć, że po raz drugi go zostawiła, wyjeżdżając do tego zakonu. Rzuciła wszystko i resztę postawiła na jedną kartę. I co jej to dało? Ucieczkę z zakonu i lata spędzone w kłamstwie, bo nie potrafiła się przyznać, że to nie był odpowiedni wybór.
    Odkąd pojawił się Matt, jej życie całkiem się wywróciło. Stało się… mniej praktyczne i realne. Wstąpiły do niego elementy uczuć i pewnej abstrakcji. Już nie brała wszystkiego na chłodno i nie wszystko starała się zrozumieć rozumem. Coraz częściej dopuszczała do siebie te inne uczucia. Nie tylko obojętność, radość i smutek. Coś w jej życiu zaczęło się zmieniać. I niekoniecznie miała nad tym kontrolę.
    Ethan stał bardzo blisko niej, stanowczo za blisko. Ta bliskość przyprawiała ją niemal o zawrót głowy.
    — Nie chodzi o to poparzenie… równie dobrze mogło stać ci się coś gorszego, coś strasznego. Ja nie chcę cię stracić… — powiedziała spokojnie. Przesunęła dłonią po jego policzku. Delikatnie i z pewną czułością. Nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek okazywali sobie, aż takie uczucia. Właściwie to nigdy ich sobie nie okazywali (prócz tych uroczych buziaków w przedszkolu). Jednak dziś… sama nie wiedziała co się stało. Miała wrażenie, jakby coś ją tknęło, jakby coś kazało jej mówić te wszystkie rzeczy. Jakby to był odpowiedni i najlepszy czas na takie wyznania. Jakby lepsza okazja miała nie nadejść. — Jesteś jedyną z niewielu… jedyną, której ufam i która zawsze przy mnie była. Bez względu na wszystko. Nigdy mnie nie oceniałeś przez pryzmat tych wszystkich głupot, które robiłam. Znosiłeś moje humory. I… prawda jest taka, że po śmierci rodziców, to dzięki tobie się nie załamałam. — Naprawdę nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego mówiła te wszystkie rzeczy. Wydawało jej się, jakby to ktoś wkładał te słowa w jej usta. Sama z siebie nie zdobyłaby się na takie wyznania. Zazwyczaj ograniczała się do prostego lubię cię. A teraz? Coś bardzo dziwnego się z nią działo.
    A jeszcze dziwniejsze było to, co dopiero nadeszło. Uniosła głowę w górę, bo Ethan był od niej sporo wyższy. Przesunęła wzrokiem po jego twarzy. Zatrzymała się na jego ustach, w które przez chwilę uporczywie się wpatrywała. W końcu przeniosła wzrok na jego oczy. Ethan zawsze był dla niej, niczym brat. I kochała go, tak jak powinno się kochać brata. Tak jej się przynajmniej wydawało jeszcze kilka dni temu, ba!, nim tutaj przyszła.
    — I tak mnie uratujesz… — mruknęła cicho. Stanęła na palcach i kierowana dziwnym i irracjonalnym impulsem, zrobiła coś, czego nawet by nie podejrzewała. Lekko ugryzła go w policzek. A korzystając z jego chwilowej nieuwagi i rozproszenia (i zapewne zdziwienia!), pocałowała go. Czule i delikatnie. Nieco bardziej na niego naparła, lecz pozostawiła mu przestrzeń, na ewentualną ucieczkę.
    Rozprogramowana Mattie

    OdpowiedzUsuń
  15. Wyjechała stąd, bo innego, o wiele lepszego życia. Nienawidziła tej nudy, która panowała w miasteczku. Nienawidziła tych wszystkich plotek, które rozsiewali sąsiedzi. Nienawidziła, że każdy znał jej krok i wiedział, co robiła. Wyjechała, bo chciała być wolna i niezależna. I może brzmiało, to okrutnie, ale ani razu nie zatęskniła za MC. Tęskniła za ludźmi, których tutaj zostawiła. Tęskniła za rodzicami, za znajomymi i przyjaciółmi. Tęskniła za Ethanem i wszystkimi chwilami, które razem spędzili. Tymi wygłupami, sekretnymi wyjazdami do Churchill i nad jezioro. W jej wielkim świecie, najbardziej jej tego brakowało.
    Ale nie chciała wracać. Odkąd zwiała z zakonu, pałętała się po świecie. Gdyby nie jedna z sióstr zakonnych, pewnie wróciłaby z podkulonym ogonem i łzami w oczach. Nie chciała tego robić. Najbardziej bała się powrotu i tego… upokorzenia, który się z nim wiązał. Sherwoodowie wiedzieli, że tak będzie. Jeszcze przed wyjazdem mówili jej, że nie nadaje się do zakonu. I… wywróżyli jej przyszłość. Nie wyszło, nie czuła tego. Będąc z Siostrami, była tylko bardziej zagubiona i miała większy mętlik w głowie.
    Od ucieczki, która była dokładnie zaplanowana i nawet dostała na nią błogosławieństwo Siostry przełożonej, miała inny plan. Zapisała się na studia i dorabiała po kątach, aby mieć za co żyć i gdzie mieszkać. I stanęła na nogi. Miała dobre oceny, które umożliwiły jej łącznie roczny pobyt w Europie.
    I chociaż zwiedziła sporo miejsc, chociaż spotykała się z mężczyznami, to jeszcze żaden nie był w stanie zawrócić jej w głowie. Nie wierzyła w miłość, uważała, że to jedna z chorób psychicznych. Ludzie, kiedy się zakochiwali, zaczynali wariować i robili dziwne rzeczy. Przecież sama również tak się zachowywała, jeszcze w MC.
    Ale mimo wszystko, czekała na swojego księcia z bajki, kogoś kto zwyczajnie by z nią był, kogoś w kim miałaby oparcie, bezpieczeństwo. A może nawet i tę miłość, w którą tak nie wierzyła? Szukała go po całym świecie, ale… czy to możliwe, że on czekał na nią w miejscu, z którego tak pragnęła chciała uciec? Może cały czas tu na nią czekał, a ona zwyczajnie go nie widziała?
    — Ty zawsze przy mnie byłeś. I będziesz. A ja? Nie było mnie… Prawie nigdy mnie przy tobie nie było. Gdybym mogła, to… nie chciałam, aby to wszystko tak wyszło… — Wyznała. Z tego powodu również miała ogromne wyrzuty sumienia. Powinna być, kiedy jej potrzebował! Miała wrażenie, że ciągle go zawodziła, bo była zbyt bardzo zapatrzona w czubek własnego nosa i tego, co ona chciała. A przecież świat nie kręcił się tylko wokół niej.
    — Rudziku? — zapytała, uśmiechając się delikatnie. Zaśmiała się pod nosem, nie mogąc powstrzymać tego uśmiechu. Spodziewała się, że w końcu doczeka się jakieś ksywki, ale rudzik? Pozytywnie ją zaskoczył.
    Jeszcze nigdy nie przeżyła takiego stresu, jak przez tę krótką chwilę. Przez jej głowę, przelatywały tysiące myśli. Wygłupiła się. Zrobiła coś czego nie powinna. Źle odczytała jego słowa i intencje. Nie powinna tak wyskakiwać. Powinna trzymać się swoich racji rozumowych, a nie dawać się ponieść uczuciom i emocjom. Nawet zaczęła układać jakąś sensowną wymówkę.
    Ten chwilowy koszmar przerwał dopiero pocałunek z jego strony. Ulga, która poczuła, była niewyobrażalna. Niemal natychmiast do niego przyległa, całując delikatnie i namiętnie, jakby bojąc się, że to zaraz się skończy i okaże się tylko pięknym snem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te uczucia, które się w niej kotłowały, kiedy oboje próbowali uspokoić oddechy, były dla niej czymś zupełnie nowym, czymś niespotykanym. Jeszcze nigdy się tak nie czuła. Nawet nie potrafiła opisać, tego co się z nią działo. Chyba po prostu była szczęśliwa. Tak szczerze i prawdziwie.
      Wcale nie chciała się od niego odsuwać. Nie chciała, aby wypuszczał ją z ramion. Nie chciała, aby ta chwila się kończyła. Było jej zbyt dobrze, czuła się zbyt szczęśliwa, aby to nagle przerywać.
      Na chwilę zamknęła oczy, rozkoszując się tą chwilą i atmosferą. A kiedy je otworzyła, przesunęła dłonią po jego policzku.
      — Tak… to było niespodziewane — zgodziła się, również szepcząc i wciąż patrząc mu w oczy. Dopiero po chwili nieco zmieniła pozycję. Ułożyła głowę na jego ramieniu, wtulając się w niego. Ale jakoś tak… inaczej. I z całą pewnością nie tak, jak przytulała się jako przyjaciółka. — Zaprosisz mnie teraz na randkę? — Zapytała z uśmiechem, nieco zadzierając głowę w górę.
      Mattie, już nie taka zła, okrutna i podła z oposem

      Usuń
  16. Prowadziła naprawdę aktywne życie w swoim wielkim świecie. Mało spała, mało jadła. Za dnia siedziała na uczelni, popołudniami chodziła do pracy. A wieczorami często wychodziła na różne imprezy, aby się odstresować po całym dniu. Jednak nigdy nie przesadzała w żadną stronę. Znała swoje granice, których się trzymała i których nie chciała przekraczać.
    Podczas tamtego życia, na jej drodze stanęło kilku mężczyzn. Z kilkoma była naprawdę szczęśliwa. Z niektórymi mniej. Jednak jeszcze nigdy nie czuła takiego szczęścia, takiej radości i takiego… czegoś, czego nie potrafiła dokładnie opisać. Ale nie przeszkadzało jej to.
    — Zgadzam się. Raczej gotowanie odpada — zaśmiała się i również spojrzała na te wszystkie garnki i niedokończone jedzenie. Nieco mocniej się w niego wtuliła i na chwilę przymknęła oczy. W tej chwili miała wrażenie, jakby nic innego się już nie liczyło. Cały świat przestał ją interesować i jakby stanął w miejscu. Cieszyła się z tego powodu. Nie sądziła, że kiedykolwiek jej się to przytrafi. A tu proszę. Życie potrafi zaskakiwać i to w najmniej spodziewanym momencie.
    — Może być kolacja w Churchill — skinęła lekko głową. Mimo że naprawdę często, bo codziennie za wyjątkiem weekendów, bywała w Churchill, to jakoś nigdy nie miała okazji, aby tak po prostu wyskoczyć gdzieś na obiad czy gdzieś indziej niż na zakupy spożywcze. Zazwyczaj zwyczajnie jej się nie chciało. A jeśli już miała ochotę, to nagle się okazywało, że nie miała czasu. Taka kolacja na pewno będzie miłą odmianą, chociaż nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Właściwie nie potrafiła sobie wyobrazić ich na romantycznej randce. Chyba byli na zbyt zaawansowanym poziomie znajomości, aby te wszystkie romantyczne pierdoły, robiły na niej jakieś wrażenie.
    Po krótkiej chwili ciszy, stwierdziła, ze chyba powinni porozmawiać o tym, co tutaj zaszło. Ale jakoś… nie miała do tego głowy i ochoty. Wolała skupić się na czymś innym. Na czynach, a nie na słowach, które mogły wszystko skomplikować. Skoro on chciał tego co ona, a to wnioskowała po jego zachowaniu, to po co to dodatkowo komplikować? Zresztą, nigdy nie była dobra w mówieniu o uczuciach i tego co tak naprawdę czuje i czego by chciała.
    — Ale teraz chyba jesteś głodny? — zapytała, zadzierając głowę do góry. Czuła się nieco dziwnie i niezręcznie. Nie za bardzo wiedziała, co teraz powinna mówić i jak się zachowywać. A raczej jak powinna. Coś się niezaprzeczalnie zmieniło. Ale nie chciała dać się zwariować. Wbrew wszystkiemu wciąż byli przyjaciółmi. Mruknęła cicho, wygodniej układając policzek przy jego ramieniu. — Możemy przenieść się do mnie. Chyba wszystkiego nie zjedli i na kolację coś będzie. Dla nas. Oni jedli — zaproponowała.
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  17. Gdy ktoś obcy niepostrzeżenie stanął za nią i jeszcze chwycił ją za łokieć, prawie wyzioneła ducha. Podskoczyła jak oparzona, spięła się jak struna w jednej sekundzie i dodatkowo miała wrażenie, że czas spowalnia swój bieg, żeby w pewnym momencie stanąć i zatrzymać się na dobre. Jak w transie obróciła się za siebie, spoglądając na strój strażaka, cięzki hełm. Jedyne co dostrzegła w twarzy to oczy i broda z odrobiną ust - dolna warga była widoczna.
    - Ale ja nie... - chciała wyjasnić, że nie chce wbiegać do środka, że chętnie tu poczeka na akcje ratunkowa i gaśniczą i wszystko co ma do roboty straż pożarna. Zamiast tego została pociągnięta mocno w tył, aż jęknęła niemal potykając się o własne nogi. To było nie fair.
    - Puść mnie! - nakazała ostro, podnosząc głos.
    Mina była potulna i wystraszona z reguły. Gdzieś tam jednak tkwiła w niej uśpiona i pewna siebie dziewczyna, taka wesoła i rezolutna, którą była kiedyś i która nie pozwalała sobą rządzić. No i żył w niej strach, a ten w bardzo wielu sytuacjach przejmował kontrolę. Jak teraz, choć to był wyjątkowy agresywny odzew. Mina spięła się, zaparła stopami o asfalt i zastygła w spornym uścisku. Nie chciałą dołączać do innych ludzi, nie lubiła tłumów. Nie chciała też wchodzić do środka, więc po co ten strażak robił zamieszanie? No i dlaczego jej dotknął?
    Nim się pojawił, myslała o tym, że jesli płomienie dosięgną jej pokoju, wtedy zostanie zniszczone wszystko co ma. Bo wielu rzeczy się pozbyła i jedynie garstkę przywiozła tutaj z sobą. Takie rzeczy, które czuła że należą do niej. No i narzędzie jej pracy w wydawnictwie, nie była ubezpieczona na tyle, by z dnia na dzień odkupywać sprzęt fotograficzny. A bez tego nie będzie powodu, by tu zostać. Nim ten strażak ją chwycił i zaciągnął dalej, nie wahała się nad tym, czy ryzykować i iść do środka. Wyliczała straty, jakie jej to przyniesie i rosły w zastraszającym tempie.
    - Nie chcę tam wejść - wyjasniła szybko, nie chcąc rozzłościć strażaka. Ale nie mając też zamiaru dać się ciągnąć, szarpać i spychać gdzieś do obcych ludzi. Tam gdzie stała, z boku, sama, było jej dobrze. Bała sie o swoje rzeczy w samotności, tak jak lubiła.

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie do końca wiedziała, co się właściwie działo. Te wszystkie uczucia i emocje były dla niej czymś zupełnie nowym. Jeszcze nigdy nie czuła takiego zawrotu w głowie i z ogromną niecierpliwością czekała na ich kolację.
    Nie potrafiła opisać tego co się działo, bo tego zwyczajnie nie wiedziała. Czyżby Ethan rzeczywiście był tym jedynym, na którego tyle czekała? Czy może zwyczajnie jej się wydawało? Nie chciała psuć tego, co było między nimi do tej pory. Przyjaźnili się, a ich przyjaźń była trwała i prawdziwa. Wiele razem przeszli, nawet jeśli przez większość dorosłego czasu była daleko od niego. Jednak czy naprawdę było warto to wszystko psuć? Mattie bała się, że to chwilowe zauroczenie, okaże się jedynie chwilowym zauroczeniem, a nie niczym trwałym. Jednak była jeszcze ta druga strona medalu. Ta, która pchała ją głębiej w tę relację. To była ta uczuciowa część niej, której zazwyczaj się nie słuchała. Wszystko brała na chłodny rozum i robiła chłodną kalkulację. I zazwyczaj bardzo dobrze na tym wychodziła. A teraz? Teraz jakby coś jej się przestawiło w głowie, jakby nie była sobą. Było to bardzo dziwne, ale… cholera!, podobało jej się to.
    Od tamtego dnia, chodziła bardziej wesoła, bardziej szczęśliwa. A przede wszystkim miała wrażenie, jakby… wszystko stało się bardziej kolorowe, bardziej wyraźne. Działo się z nią coś dziwnego, co dało się zauważyć gołym okiem. A szczególnie ona sama widziała ogromną różnicę. I było jej to nawet bardzo na rękę. Miała wrażenie, jakby wybudzała się z pewnego snu, jakby z szarego koszmaru. I dopiero teraz wszystko nabierało ostrości i kolorów.
    Jej dobry humor i nucenie pod nosem nie uszło uwadze jej braci, którzy zadawali pytania seriami. Ona ich grzecznie ignorowała, a wieczorem zamknęła się w swoim pokoju i zaczęła wielkie przygotowania.
    Nawet nie sądziła, ze kiedykolwiek będzie się stresowała przed kolacją z Ethanem. Ba! Nie sądziła, że będzie chciała się dla niego wystroić i ładnie wyglądać. Tak, aby mu się podobało. Właściwie to nie do końca wiedziała, co powinna na siebie włożyć. Owszem, przyjaźnili się, ale… nie miała pojęcia, w jakim wydaniu mogłaby mu się podobać. Długą sukienkę czy krótką? A może spódniczkę? A może spodnie? A może jeszcze coś innego?
    Im mniej miała czasu, tym bardziej się denerwowała. W końcu wybrała odpowiedni stój. Zaczesała włosy i chwilę przed odpowiednią godziną zeszła na dół. Sprytnie wyminęła Matta i Maxa, którzy nie wyglądali na zbyt zadowolonych. Widząc podjeżdżający samochód, chwyciła kurtkę i torebkę w locie i niemal wybiegła z mieszkania. Nie dała Ethanowi tej szansy, aby po nią przyszedł. Wsiadła do samochodu, jak tylko dobrze zaparkował.
    — Ruszaj, jeśli nie chcesz być pod ostrzałem pytań — rzuciła na dzień dobry i posłała mu nieco przepraszający uśmiech.
    Odstrzelona jak szczur na otwarcie kanału, Mattie

    OdpowiedzUsuń
  19. Nikogo się tutaj nie spodziewała, dlatego gdy wygodnie rozprostowała nogi, na chwilę oddała się zwyczajnie w objęcia relaksu. Zamknęła oczy, odchylając głowę do tyłu i ciesząc się z tej maleńkiej rzeczy, jaką był czas wolny, podczas sobotniego wieczora, które na co dzień spędzała w sklepie. Świadomość, że skałka była miejscem nieznanym, potęgowała w niej uczucie radości. Nikt bowiem nie mógł jej tutaj znaleźć, a co za tym idzie, mogła odetchnąć od natłoku witanych zza lady twarzy, ciągłych pytań o towar, czy spisywania zamówień na życzenie. Mogła po prostu siedzieć, czy tak jak teraz leżeć, i nic nie robić, poza podjadaniem słonych paluszków… O ile, mając zamknięte oczy, trafiała w usta, a nie w policzek.
    W takich momentach nachodziły ją również refleksje – ba! Tysiąc refleksji na minutę. Układała sobie w głowie wymarzone życie; myślała nad przyszłością, która aktualnie była dla niej wielką niewiadomą. Wiejskie plotkary już przepowiedziały, że zostanie starą panną, skoro dotychczas nie pchała się na ślubny kobierzec, ale starała się tym nie przejmować. Powtarzała, że ma jeszcze czas, że kobiety wcale nie muszą wychodzić za mąż, i że… może żaden z niej materiał na żonę? Samoocenę miała niską, to prawda, wierzyła jednak w siebie, mimo że nie potrafiła nikomu odpowiedzieć na pytanie: dlaczego sypia w towarzystwie książki, a nie ukochanego. Tak po prostu było i już. Oczywiście, broniła się także tym, że ma wiele pracy i nie wystarcza jej czasu na odwiedzanie baru u Iana, czy innych miejsc, w których aktualnie dzieje się jakaś potańcówka. Tłumy nie były aspektem, za którym przepadała, jeśli mowa o dyskotekach. Wolała spokojniejsze miejsca, dlatego częściej niż na imprezach, tańczyła u siebie w pokoju, gdzie na starym, trzeszczącym radiu, złapała stację ze starymi hitami. I, co by się nie działo, zawsze powtarzała, że przecież wszystko jest w porządku i niczego jej nie brakuje.
    Bagatelizowała dźwięk kroków, które wydawało jej się, że słyszała. Zatem, kiedy usłyszała męski głos, omal nie podskoczyła ze strachu. Oplotła dłońmi klatkę piersiową w taki sposób, jakby zamierzała ukryć przed Ethanem swoją nagość, choć miała na sobie prostą, kwiecistą sukienkę. Zdmuchnęła z twarzy pasma blond włosów.
    — Ethan… — zaczęła, nie kryjąc swego zdziwienia, które sięgało jej błękitnych tęczówek. Usiadła z powrotem po turecku i zasunęła włosy za uszy, by nie pchały się wprost do jej źrenic. — Ja… Tak, ładny wieczór, to prawda — przyznała, unosząc usta w uśmiechu i spoglądając dyskretnie na wyraziście zarysowaną twarz strażaka, która… cóż, prezentowała się bardzo dobrze. Szybko jednak powiodła wzrokiem w kierunku swoich dłoni, by ukryć malujące się na twarzy zakłopotanie.
    Ethan wyprzystojniał i nie dało się tego ukryć. Pamiętała go z czasów dzieciństwa… A teraz naprawdę nie sądziła, że mężczyzna o takim wyglądzie postanowił przesiedzieć w Mount Cartier całe życie. Rozumiała jednak dlaczego podjął taką, a nie inną decyzję – on w przeciwieństwie do reszty rodziny, pozostał z miłości do rodzicielki, którą dopadła przykra choroba. Tilia podziwiała Ethana i chciała go wspierać, był bowiem szczególnie wyjątkową osobą.
    — Co cię tu sprowadza? — Podpytała, sięgnąwszy po paczkę z paluszkami, by poczęstować mężczyznę. W tym samym czasie, raz jeszcze utkwiła spojrzenie w jego twarzy, dostrzegając nutę smutku, czy czegoś w rodzaju przygnębienia. Jej delikatny uśmiech zamienił się w grymas. — Pewnie to, co mnie… Gorsze aspekty życia — podumała na głos i cicho westchnąwszy, wsunęła do ust słonego paluszka.
    Tilia nie przychodziła tutaj ot tak. Było to miejsce szczególne – dodawało jej otuchy, wiązało się z przyjemnymi wspomnieniami, było ciche i spokojne. Czasami wolała je bardziej, niż swój pokój, który traktowała jako azyl.

    Tilia Marchand

    OdpowiedzUsuń
  20. Ostatnia randka Mattie… nie zakończyła się zbyt dobrze. Pokłóciła się ze swoim partnerem i wylała mu kieliszek wina na głowę i użyła takich epitetów, że potem ksiądz przy spowiedzi, patrzył na nią niczym na samego Diabła. Teoretycznie nie chciała tego robić, bo mężczyzna nie był, aż taki zły. Praktycznie, za bardzo poniosły ją emocje i… samo tak wyszło. Miała szczerą nadzieję, że ta randka wyjdzie jej o wiele lepiej.
    Chciała mu się pokazać, z jak najlepszej strony. Aby nie mógł zapomnieć tego wieczoru. Chciała po się, po prostu, podobać. Ale to nie było takie proste. Ethan widział ją chyba w każdym stanie. Nawet wtedy, kiedy było z nią bardzo beznadziejnie. Przecież to on przy niej był, kiedy jej rodzice zginęli. To on jej pomagał się podnieść. Widział ją zaryczaną i zasmarkaną. Widział ją wściekłą, radosną, uśmiechniętą. Widział ją, jak szykowała się na randki z innymi. Widział ją zakochaną i szczęśliwą. Ba!, widział ją nawet, kiedy robiła komuś na złość. I kiedy wychodziła z niej prawdziwa ruda wiedźma. Nie chciała, aby ją z tym wszystkim kojarzył. Najchętniej zrobiłaby z siebie czystą i niezapisaną kartkę. Ale… to już od dawna nie było możliwe. Nawet gdyby chciała, to nie umiałaby wyczyścić mu pamięci!
    Uśmiechnęła się do niego ciepło, co nie zdarzało się zbyt często. Zazwyczaj jej uśmiechy były bardziej wymuszone, albo radosne. Z trudem powstrzymała się od wyciągnięcia ręki i przesunięcia palcami po jego policzku. Jednak nie chciała tego robić, kiedy byli jeszcze pod ostrzałem wzroku jej braci. Potem nie uwolniłaby się od pytań. Zapewne i tak pytania się pojawią, ale po co nakręcać ich jeszcze więcej?
    — Co? Nie… — zaśmiała się, przekręcając się nieco w fotelu. Teraz widziała i drogę i Ethana, co jej bardzo odpowiadało. — Matt pokłócił się z Maxem o to, czy mogę z tobą wyjść. Max twierdzi, że nic mi się nie stanie, bo ciebie lubi. A Matt cię nie zna… to było dziwne — przyznała, robiąc zabawną minę. Jej bracia rzeczywiście byli nieco dziwni. Ale odkąd Matt pojawił się w jej życiu, to wszystko nagle zaczęło nabierać kolorów. I nawet ta kłótnia sprawiła, że się śmiała, a nie chodziła naburmuszona niczym wściekła osa przed okresem. — Ale nie musisz się go bać. Matt jest nienormalny, ale nieszkodliwy — zapewniła. Co dziwne, była pewna swoich słów. Po prostu czuła, że to co teraz mówi jest prawdą. A Matt nie zrobiłby niczego złego. No, może oprócz wyrywania muchom skrzydełek – ale kto tego nie robił, albo chociaż nie chciał zrobić?
    Znów poprawiła się na fotelu, jednocześnie przysuwając się w jego kierunku. Przesunęła dłonią po jego ramieniu, po czym uniosła się nieco i pocałowała go w policzek.
    — Patrz na drogę — skarciła go, jakby to była jego wina, że go rozproszyła. Kątem oka spojrzała na licznik i poczuła nieprzyjemny uścisk w gardle. — I zwolnij — poprosiła znacznie łagodniejszym i spokojniejszym tonem. Może nawet lekko przestraszonym.
    Wróciła na swoje miejsce i wbiła wzrok w drogę. Serce zaczęło łomotać jej w piersi, dłonie zaczęły się pocić, oddech stał się bardziej nerwowy. Mocno zacisnęła dłonie na końcu fotela.
    — Zwolnij… — wymamrotała pod nosem, patrząc na mijane po drodze drzewa. Na szczęście droga nie była zbyt często odwiedzana, więc nie bała się o stłuczkę z innym pojazdem.
    Kiedy wskazówka na liczniku przesunęła się ku dołowi, odetchnęła z pewną ulgą. I szybko w jej głowie narodził się pewien plan. A gdyby tak…
    — Zatrzymaj się! — Powiedziała o wiele głośniej, niż zamierzała. Cóż, aktorką nigdy dobrą nie była. A teraz dodatkowo się bała, że wszystko się wyda. Poczekała, aż mężczyzna zjedzie na pobocze. A kiedy już to się stało, odpięła pas i zaciągnęła ręczny. Dla pewności.
    — Tęskniłam za tobą — wyznała, zaskakując tym nawet samą siebie. — I skrycie o tym marzyłam. — Przesunęła dłonią po jego policzku i nie dając mu szansy na odpowiedź, pocałowała go.
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  21. Sama siebie zaskoczyła tym podniesionym głosem i teraz gdy mężczyzna w sekundzie się odsunął, zdziwiona unosiła brwi, aż na czole pojawiły się głebokie zmarszczki. jej akcja wywołała reakcję. Pożądaną. Naprawdę... dziwne.
    Odwróciła wzrok od strażaka i znów patrzyła na hotel. Nie widziała płomieni, jedynie gęsty i ciemny dym. Tam miała wszystko. Nie było tego za wiele, ale o ile gdyby to co posiadała spłonęło doszczętnie i nic by się nie udało ocalić, zostałaby z niczym. Miała dokąd wracać, tyle że nie chciała. Odcięła się i czuła, że kilka następnych lat tak własnie będzie żyć - samotnie. Nie przeszkadzało jej to, nie dokuczało. Mimo młodego wieku aż zanadto poznała uroki zabaw, wielkiego grona przyjaciół, a nawet rodzinnej troski. Znalazła się w miejscu, w którym nikt nie mógł, nie próbował jej zrozumieć i każdy doszukiwał się osoby, której dawno już nie ma. Bądź jest uśpiona, bo w tej małej mieścince, Mina na nowo zaczynała się śmiać, żartować i powoli, ale to bardzo powoli otwierać na świat.
    - Ja... - rozchyliła usta i nie umiała wyjasnić powodu swojego zachowania. Ona nie tylko tam mieszkała przecież. - Ja tam żyję - przyznała cicho i świadomość tego wydała jej się tak cholernie dobijająca, że nie mogła powstrzymać tych kilku łez, które spłynęły po policzkach.
    Nie bolało to, że żyje na wynajem w małej izdebce podrzędnego Zajazdu. To miejsce było na prawdę urocze. Chodziło o to, że nie mogła przewidzieć, ile to będzie trwać. Przecież tak nie może być zawsze... A powrót nie wchodził w grę w ogóle!
    Zwiesiła głową i obejmując się ramionami, odeszła kilka kroków w tył. Ok, mogła stanąć dalej, ale na prawdę musiała widzieć, jak się to kończy. Mały pokoik w tym zajeździe stał się jej domem i żaden strażak, ani nikt nie był w stanie jej stąd ruszyć.

    OdpowiedzUsuń
  22. Rzeczywiście, wspomnień zebrało się wiele, a tylko to miejsce było tym, w którym Tilia najchętniej do nich wracała. Nawet, jeśli była sama; między konarami drzew, wśród grządek zielonej trawy, potrafiła nasłuchiwać echa minionych dni w czeluściach własnej głowy, całkiem dobrze się przy tym bawiąc. Nie bała się bo, jakby nie patrzeć, więcej miała przyjemniejszych wydarzeń, niżeli gorszych, choć dobrze pamiętała ten okres, krótko po rozwodzie rodziców, który zasiał w jej duszy ziarenko depresji. Wtedy nie pamiętała o żadnych dobrych chwilach, jednak z pomocą ludzi – przyjaciół, bliskich jej sercu – miała możliwość stać się uśmiechniętą i radosną dziewczyną na nowo. Taka bowiem była; zawsze dodawała wszystkim otuchy do życia, mimo że mało kto potrafił dodać go jej.
    Ethana widziała tu pierwszy raz od dawna, dlatego odgórnie założyła, że nie układało mu się najlepiej. Miejsce to stanowiło dla nich bowiem pewnego rodzaju azyl, w którym znikali, ilekroć robiło się źle – nie dziwiła się, że Ethan zjawił się akurat tutaj, choć nie spodziewała się jego obecności akurat dziś. W sobotni wieczór.
    Na pytanie, czy chciałaby się wygadać, pokręciła więc przecząco głową, bawiąc się źdźbłem trway. Swoje problemy zawsze wciskała w margines, bo te niewiele się zmieniały, a tak naprawdę to wciąż dotyczyły tego samego, nad czym niekoniecznie chciała się rozwodzić. W jej głowie pojawiało się wiele pytań odnośnie tego, czy dobre decyzje podjęła za młodu; wszak kochała to miejsce, ale nadal żyje tu w samotności (pomijając klientów w sklepie, którzy zazwyczaj obdarzają ją mnóstwem dobrego nastroju). Gryzły ją więc rzeczy zwykłe, a nawet i błahe, których tak, czy siak, nie będzie w stanie zmienić. Ojciec miał już swoje lata; ona również.
    — A ty chciałbyś się wygadać? — Spojrzała na mężczyznę. — Co u twojej mamy? — Zapytała, jakby starała się domyślić, czy to właśnie stan pani Camber sprawił, że Ethan wyglądał na przygnębionego i pojawił się tutaj. Tilia nie łudziła się, że kiedykolwiek usłyszy, że wszystko z kobietą w najlepszym porządku, i zdawała sobie sprawę, że z dnia na dzień, szło to tylko ku gorszemu. Na pewne kwestie nie było już rady – to samo tyczyło się jej ojca, którego reumatyzm powoli zjadał, a którego zmian nie dało się już cofnąć. Ale panna Marchand mimo wszystko była niepoprawną optymistką. Bez względu na sytuację potrafiła sobie powiedzieć: wszystko będzie dobrze i żyć dalej; w głębokich ciemnościach zawsze potrafiła szukać iskierki światła. Chciała jednak wiedzieć, jak z tym wszystkim radzi sobie Ethan – czy potrafił znaleźć jeszcze iskierkę światła.

    Tilia Marchand

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.