A kiedy śnieg przestanie prószyć, to Monty na spacer ruszy.

Kwiecień • -5°C

Ufff, to chyba już koniec, co? Dzień staje się powoli coraz dłuższy (koniec arktycznych nocy, moi drodzy!), a słońce jakby częściej zagląda przez te brudne okna do sąsiadów i sprawdza czy rozpoczęli już wiosenne porządki. Ujemne temperatury co prawda nie ustępują, ale jest już cieplej o prawie dwadzieścia stopni! Jeszcze chwila i znowu będzie można porzucić kurtki na rzecz podkoszulków z krótkim rękawem. Ah, wy też czujecie powiew tego ciepła na skórze..? Tylko nie chowajcie jeszcze traperów do szaf, bo ten czterdziestocentymetrowy śnieg tak szybko się nie roztopi.

Kalendarz

16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
02/02/17 Nowy szablon
14/02/17 Wydarzenie: Poczta walentynkowa - link

A może to mój chory sen?

27 LAT / TRZYKROTNY ZAWODNIK TRIATHLONU / KONTUZJA KOLANA /  OBROŃCA PRAW ZWIERZĄT 
FOTOGRAF LOKALNEJ GAZETY /  W MOUNT CARTIER OD 2 LAT / STARSZY BRAT I OJCIEC / STUART / DOM
MISTRZ KRZYŻÓWEK I SUDOKU / PONADPRZECIĘTNY GŁOS / UKOCHANA GITARA / KULINARNA PORAŻKA

Posługujący się na każdym kroku ideą dotycząca ludzkich problemów. Według młodego Rosjanina, ludzie samoistnie i na własne życzenie przeistaczają w znacznie większe ciężary, które na przestrzeni czasu rosną na tyle ciężkie, by nie móc ich unieść, by nie móc stoczyć walki, stając ostatecznie po zwycięskiej stronie, która okazuje się w rzeczywistym świecie odległa i nieosiągalna. Rozważania na temat sensu życia stanowią dla niego stratę czasu. W momencie, gdy dokładnie osiem lat temu został ojcem, sportowa kariera pięła się ku górze, odnalazł źródło wewnętrznej siły w otaczającym go świecie, skupił się na drobnych elementach codziennego życia, życia w roli ojca i syna. Uśmiech małej Adrianny oraz dumna malująca się na twarzy głowy rodziny pana Bielajewa, stały się siłą napędową do codziennych zwycięstw niezależnie od ich skali.  W momencie, gdy ojciec zmarł, a matka wyjechała w celu rozwinięcia kariery, a Antoni zyskał kolejną rolę, tym razem zastępując młodszemu bratu rodziców, zabrał wszystko, co udało mu się zyskać, zamykając całe dotychczasowe życie w granatowej walizce. Trafiając do Mount Cartier rozwinął skrzydła, pozostawił za sobą sylwetkę sportowca, zamieniając codzienność w obowiązek wykształcenia nowego życia, które każdego wieczoru ciasno wciśnięte w jego ramiona spokojnie zagłębia się w krainie snu, rankiem budząc go dziecięcym śmiechem. Opieka nad własną córką oraz dwuletnim bratem, nigdy nie stanowiła dla niego jakiejkolwiek przeszkody. Możliwe, że wiele rzeczy nadal robi źle, możliwe, że dla wielu jest irytujący, nie umie nawet porządnie podgrzać zwykłego kotleta, a herbata zawsze jest przesłodzona, to jednak świat, w którym żyje pozbawiony jest złudzeń.

GALERIA / POWIĄZANIA / INNE 

________________________________________________________________________________________


PONOWNIE SIĘ WITAM I ZAPRASZAM NA WĄTKI ORAZ POWIĄZANIA ;) NIE MAM POJĘCIA KTO JEST NA ZDJĘCIU, ZAŚ TYTUŁ SPONSORUJE COMA. 

7 komentarzy:

  1. [Wiec witaj znów :) chłopczyk strasznie młody na fotce, nie dałabym mu nigdy 27! xd do fotografów z lokalnej gazety mam szczególny sentyment :3 prowadziłam kiedyś taka zagubioną duszyczkę ;) baw się dobrze z panem i jak zawsze - w razie chęci zapraszamy do Sol ewentualnie Meredith :d ]

    OdpowiedzUsuń
  2. Lyra już dawno nie chorowała. Wydawać się mogło, że dziewczyna jest całkiem odporna na choroby, ale prawda była taka, że jeśli ją coś złapało – to mogło trzymać nawet i przez miesiąc. Dlatego zawsze starała się ubierać odpowiednio do pogody, brać witaminy i zapobiegać choćby nawet przeziębieniu. W przedszkolu nie trudno było o złapanie jakiegoś wirusa. Rodzice często posyłali tam swoje dzieci, nawet jeśli te były chore, a potem chorowała cała reszta. W pogotowiu zawsze miała chusteczki i żel antybakteryjny. Ostatnie kilka dni spędziła w domu, w końcu były święta, więc wszyscy spędzali je z rodziną. Tak samo Lyra, choć myślami była zupełnie gdzie indziej. Wiedziała jaki stosunek do związków – poza małżeństwem – ma jej wujek i ciotka, już dawno nauczyli się nie wtrącać w jej życie, choć nie ukrywali tych spojrzeń, kiedy wychodziła wieczorami czy jak wracała w południe. Z tego powodu musiała znaleźć sobie jak najszybciej mieszkanie, co wcale nie było takie łatwe. Była gotowa do tego, aby wynająć nawet pokój w pensjonacie, choć przez to na pewno szybko by zbankrutowała. Większość dnia spędziła w domu, a gdzie indziej miałaby być, prawda? Świadomość, że Antek w każdej chwili może wyjechać, ja dobijała. Trudno było dziewczynie stwierdzić co czuje do młodego Rosjanina, ale wiedziała, że nie może mu pozwolić na wyjechanie. Wydawał się być jednym, który ją rozumie, a jego strata oznaczałaby, że zostałaby tu całkiem sama. Wiedziała tyle, że sama nie byłaby w stanie wyjechać. Może kiedyś, ale teraz… teraz było o wiele za wcześnie i najprawdopodobniej nie znalazłaby w sobie na tyle odwagi, żeby to zrobić. Przyjechanie do niego było spontaniczne, święta wciąż trwały i według świętych zasad Ezry powinna jeszcze być w domu, spędzać czas z nimi. Ale była w końcu dorosła. Wsiadła w auto, na szczęście swoje, bo gdyby musiała go prosić o auto skończyłaby na długim spacerze w minusowej temperaturze i śniegu. Było jej przeraźliwie zimno, ogrzewanie nawało. Na szczęście droga nie zajęła jej długo. Odetchnęła z ulgą na widok auta i zapalonego światła w domu. Wciąż tam był.
    Uśmiechnęła się blado na jego widok i wręcz wepchała do środka, pragnąc choć trochę ciepła. Oddała mu płaszcz, ale wełnianą czapkę zostawiła na głowie. Jeszcze nie było jej na tyle ciepło, aby ją zdjąć.
    — Mam nadzieję, że wam nie przeszkadzam — powiedziała, przechodząc dalej. Mayer odebrała od niego szklaneczkę, a na widok córki mężczyzny jakby szerzej się uśmiechnęła. — Cześć słońce — przywitała się z nią szybko, a potem mogła tylko obserwować jak Antoni ją zabiera. W tym czasie zdążyła wypić to co jej przygotował, a następnie sama się poczęstowała i wlała sobie jeszcze trochę do szklaneczki. Naprawdę tego potrzebowała.
    Stała przy kominku, lekko dygocząc i upijając niewielkie łyki alkoholu. Zrobił swoje zadanie – odpowiednio ją rozgrzał, a nawet dodał trochę odwagi.
    Odwróciła się, kiedy usłyszała mężczyznę.
    — Pewnie jeszcze kilka dni i im przejdzie. Moja mama we mnie pakowała zawsze czosnek, może i im pomoże — poradziła. Przez chwilę ignorowała jego pytanie. Bawiła się szklanką, obserwując jak bursztynowy płyn rozbija się o ścianki. — Obiło mi się o uszy, że chcesz stąd wyjechać. Plotki czy faktycznie masz taki zamiar?

    Lyra

    OdpowiedzUsuń
  3. — Wiem. Inaczej bym tego czosnku nie tknęła — odparła z lekkim uśmiechem. Jej mama musiała znajdować różne sposoby, aby jej wcisnąć ten czosnek. Dopiero po latach przyznała jej rację, że działa i sama się nim faszerowała kiedy tylko mogła. Przeklęła w myślach, może nie powinna prosto z mostu się o to pytać? Nie chciała chyba też znać odpowiedzi na to pytanie, którego tak bardzo się bała. I nie chciała, żeby wyjeżdżał.
    — Obiło mi się o uszy w sklepie — wyjaśniła. Po części to była prawda. Jednak im bardziej go słuchała, tym bardziej żałowała, że się o to zapytała. Była gotowa mu teraz powiedzieć, że ma oszczędności, nawet bardzo duże i jeśli chce mogłaby mu pomóc z remontem, ale wiedziała też, że jej odmówi i nie przyjąłby od niej pieniędzy. Miała nadzieję, że nie było po niej widać jak nagle zesmutniała, choć starała się wyglądać jak wcześniej. Obciągnęła sweterek, który się podniósł do góry i odsłonił kawałek jej pleców. Akurat tą część ciała, którą chciała ukryć przed całym światem raz na zawsze. Mało brakowało, a powiedziałaby mu o wszystkim. Taki miała przecież plan, a teraz… gdyby mu powiedziała i został? Nie mogła narazić na to dzieciaków i jego. Nie była przecież najważniejsza.
    — Jakiś czas temu Ezra i Mary-Alice robili remont. Jego znajomy się zajmuje tym i robi trochę taniej… mogłabym poprosić o numer, jeśli chcesz — powiedziała. Za jednym razem wypiła wszystko co miała w szklance. Sprawiło to, ze się dość mocno skrzywiła, ale tego teraz potrzebowała. Chciał wyjechać i niewiele mogła w tej sytuacji zrobić, a to co chciała mu powiedzieć… Może byłoby lepiej jakby wyjechał. Tu nie będzie lepiej. Ona była przyzwyczajona do Mount Cartier czy Churchill, gdzie nie działo się zbyt wiele. Spędzi tu resztę życia, pewnie wyjdzie za mąż za kogoś stąd i spędzi swoje życie, urodzi kilka dzieci i na tym się skończy.
    — Jest w porządku, dziękuję.
    Spojrzała na niego, kiedy zakładał jej bluzę. Faktycznie, teraz było o wiele lepiej.
    — Masz chore dzieci na głowie, nie będę siedziała ci na głowie — rzuciła — nie raz i nie dwa jeździłam po nocy, nic mi nie będzie. Przepraszam, że tak wpadłam. Po prostu… po prostu chciałam się dowiedzieć. Nie zawracaj sobie tym głowy, to nic takiego.

    Lyra

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy to nie było żałosne? Nawet nie wiedziała na czym tak naprawdę stali, a chciała go zatrzymać tu za wszelką celę. Miała wrażenie, ze robi to z egoistycznych pobudek i może właśnie tak było. Ale czy było coś złego w tym, aby czasem kierować się sobą w życiu? Pewnie gdyby nie czuła tego ścisku w gardle już dawno powiedziałaby o co jej chodzi, a tymczasem łatwiej było udawać, że nic takiego się nie dzieje, a ona tu przyszła ot tak – bez powodu. To że jej nie uwierzy było bardziej, niż pewne. Nie chciała wykręcać się wymówkami, które będą brzmieć źle. Dopiła do końca to co miała w szklance, chcąc na tym skończyć i wrócić do domu.
    — Nie musisz się martwić — zapewniła — chciałam się po prostu dowiedzieć czy to prawda. Stałam w sklepie, nie pamiętam jak się nazywa ta kobieta, ale wspomniała o tym, że ten Rosjanin ma zamiar się wyprowadzić. A z tego co kojarzę to żadnego innego tu nie ma — powiedziała z uśmiechem, choć możliwe, że się myliła. Nie znała tu wszystkich i nie zdziwiłaby się gdyby ktoś z takim pochodzeniem tutaj był. Poza tym to nie było ważne. Westchnęła cicho, kiedy dolał jej alkoholu. W tej chwili był jej jednak bardzo potrzebny i czy chciała czy nie, zostać musiała. Wolała nie prowadzić po drinkach, zwłaszcza takich, które były mocne i dawały niezłego kopa.
    — Jeżdżę po tych ulicach od kiedy dostałam prawo jazdy, ale teraz mnie upijasz, więc nie mogę wyjść — odpowiedziała. Nie dała jednak rady dopić do końca. Odstawiła więc szkło, które było wypełnione niemal do połowy. Zwykle dawała radę wypić więcej, ale teraz wolała sobie darować. Czuła się już źle, nie przez wypity alkohol, a raczej przez tę rozmowę.
    O ile się nie myliła, to zostawiła u niego wszystko czego mogłaby potrzebować po nocy spędzonej tu. To zawsze były jakieś plusy, prawda?
    — Pusto tu będzie bez was — powiedziała, uwielbiała jego córkę i brata. Miała wrażenie, że wnieśli do miasteczka dużo życia. Na pewno miejscowe dzieciaki się rozbudziły, kiedy pojawiły się nowe. Można było wszędzie, niemal, dostrzec ich forty ze śniegu, igloo czy zapasy śnieżek, które się robiły później jedną wielką kupą śniegu. Przeszła z nim do kuchni, co prawda nie miała za sobą kolacji, ale nie była nawet głodna i kakao w zupełności jej wystarczy.
    — Nie będę ci przeszkadzać. Będziesz musiał mi teraz często je robić, skoro masz się stąd wynieść, muszę się nacieszyć tym póki mam czas — dodała. Wyciągnęła za niego z szafki dwa kubeczki i postawiła je na stole.

    Lyra

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dziękuję cieplutko! Marion chętnie przejmie rolę ulubionej cioci jego maluchów. :D]

    Marion

    OdpowiedzUsuń
  6. [Z Marion nadrobimy! Ona kocha dzieci, a że nie ma swoich i raczej się na nie nie zanosi, to niańczy wszystkie dzieci w okolicy. Maluchy Antka też może niańczyć, a i samego Antoniego pewnie próbuje otoczyć opieką, jak wszystkich w swoim otoczeniu. Przede wszystkim, z racji swojego zawodu, dba, żeby się dobrze odżywiali. :D Przy niej nie musi podgrzewać kotletów!
    Pytanie na czym chcemy oprzeć wątek, bo nie wiem, czy lubisz opieranie się na zwykłych obyczajówkach, prozie życia, i tak dalej. :D]

    Marion

    OdpowiedzUsuń
  7. — A kto chciałby tutaj wracać? — mruknęła cicho pod nosem. W Mount Cartier nie było nic ciekawego, ludzie nie byli ciekawi i wszyscy patrzyli na ciebie podejrzliwie jeśli nie byłeś stąd. A jednocześnie traktowali cię jak nową atrakcję. Lyra średnio wierzyła w to, że jeśli Antek wyjedzie to jeszcze kiedyś tutaj wróci. Ona sama pewnie tego już by nie zrobiła. Ale o wyprowadzce nawet nie myślała. Nie miała wystarczająco dużo oszczędności, a poza tym… bała się życia w dużym mieście. Naprawdę. Najdalej była w Churchill, to było na wszystko. Nie wiedziała do końca jak wygląda tamten wielki świat, choć bardzo chciałaby kiedyś zobaczyć chociaż jego małą część. Lyra zaczekała na kakao i podobnie jak Antoni od razu się napiła. Gorący napój rozgrzał ją porządnie od środka. O wiele bardziej, niż oczekiwała dlatego wzięła kilka głębokich wdechów, aby się schłodzić w środku.
    Przywitała się z Adrianną, kiedy ta tu weszła. Nie miała mu za złe tego, że musiał się nią zająć. Całkowicie to rozumiała. W czasie czekania na niego wypiła kakao i pozmywała kilka naczyń, które były w zlewie. Nie było ich dużo, ale domyślała się, że przy chorych dzieciach ciężko o utrzymanie porządku. A czas zleciał jej naprawdę szybko, nawet nie zwróciła uwagi na to, ze już wrócił.
    — Nic nie szkodzi — zapewniła z lekkim uśmiechem — sama wiem jak to jest chorować. I jak chorują dzieci, mam małe kuzynki.
    Często z nimi musiała zostawać, kiedy chorowały czy się zajmować. A młodsza z nich zajmowała się nawet w przedszkolu, gdzie pracowała, a mała uczęszczała. Praca z dziećmi była dla niej odprężająca. W tej małej sali pełnej maluchu miała swoją bańkę szczęścia. Lubiły jak krzyczały, śmiały i się bawiły, a sama Lyra chyba naprawdę miała smykałkę do tego, aby się nimi zajmować.
    — Jadłam przed wyjściem. No wiesz, wspólne kolacje, dzienna dawka modlitwy bla bla, ale chętnie skuszę się na jednego czy dwa — powiedziała. Był już najwyższy czas, aby znaleźć sobie własne małe lokum, o co w Mount Cartier było dość trudno. Miała dość mieszkania z wujostwem, dobijało ją to, że wciąż traktują ją jak dziecko. — A ty jak się czujesz? I ja to zrobię, a ty sobie usiądź — powiedziała mając na myśli odgrzanie naleśników. — Masz jakiś dżem?

    Lyra

    OdpowiedzUsuń