Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
17/09/17 Wydarzenie: Spływ kajakowy - link
Październik • -4°C
Tydzień temu jeszcze ostatnie kolorowe liście były odgarniane z chodników, a dzisiaj? Jeśli ktoś wyszedł z domu przed siódmą rano, to na pewno widział ten biały puszek zalegający na trawnikach, samochodach czy stromych dachach naszych domków. Pierwsze opady śniegu mogły zaskoczyć turystów, ale dla prawdziwych mountcartierowców to już chleb powszedni. A więc dla tych, którzy zabłądzili lub są u nas tylko przejazdem: drodzy państwo, oto oficjalne otwarcie zimowego sezonu! Na wygrzewanie się w promieniach słońca zapraszamy ponownie w czerwcu, a teraz proszę kupować wełniane szaliki i czapki, bo noce są już coraz chłodniejsze. Oszczędźcie naszego biednego lekarza i nie wystawajcie zakatarzeni pod drzwiami jego gabinetu, bo na pewno nie narzeka on już na brak pacjentów!

19.05.2017

"Przerażenie jest zaraźliwe."*

Mina Wilson

28 Lat fotograf lokalnej gazety FC: Cintia Dicker

Trzymam w dłoni ogłoszenie zaginięcia, z którego wyziewa na mnie portret obcej osoby. Widnieje na nim kobieta pełna życia, z szelmowskim uśmiechem i iskrami podniecenia w oczach. Nie musi  się ustawiać, to spontaniczność tworzy okazję do najlepszego ujęcia. Żywe srebro.  Gdy patrzę w lustro, z pozoru widzę te same usta, ten sam nos, niezbyt wysoką i szczupłą sylwetkę. Kopiuj i wklej. Tyle że rzeczywistości brakuje kolorów. Oczy nie są niebieskie, a szarawe jak ołowiane chmury niosące gradobicie. Usta nie rozciągają się w uśmiechu, piegów jest chyba mniej. To nie ja.
 -Kim jesteś?
Opuszczam wzrok, wypuszczając powoli powietrze. Wiem, że nie jest to nachalne z jego strony, ani nawet nie ukrywa pod tym pytaniem zniecierpliwienia, które ja sama już dawno temu bym okazała. To po prostu jego praca.
 - Spokojnie, pamiętaj, że nie ma złych odpowiedzi - zapewnia mnie łagodnie i odruchowo chowam dłonie pod stołem, by nie widział, jak skubię nerwowo skórki przy kciukach.
 - Mina Wilson - przedstawiam się krótko, choć to dla żadnego z nas znaczy niewiele. 
Gabinet ginie w półmroku, ale nie zapewnia mi to ani swobody, ani nie zachęca do pufałości, choć tylko temu człowiekowi mogę ufać. Trudno jednak jest mieć jakąkolwiek pewność czegokolwiek w moim przypadku.
 - Czy wiesz, co to znaczy? - czuję, jak przygląda mi się uważnie, ale skupiam uwagę jedynie na tym, jak obrysowuje brzeg dziennika opuszkami palców. Lubię ten jego nawyk, daje mi niewielką nadzieję wierzyć w to, że terapeuta spotyka więcej zagubionych i nie jestem jedyna. Że jest więcej takich nieszczęśliwych ludzi.
- Nie - odpowiadam cicho, bo wiem, że tu zaczynają się najwyższe schody. - Bo to nie ja.
Słyszę przeciągłe westchnienie i skrzypnięcie fotela, gdy odchyla się w tył. Zaciskam mocno usta i wreszcie podnoszę wzrok. Wiem, co usłyszę i znam własną odpowiedź. To nigdy do niczego nie prowadzi. Stoimy w miejscu.
 - Nie jestem tamtą kobietą - mówię nadal cicho, ale głos mi nie drży. Jestem pewna własnych słów.
 - Możliwe, że już nią nie jesteś - zgadza się ze mną, nie spuszczając ze mnie uważnego wzroku. - Ale niezaprzeczalnie byłaś - zaznacza to bardzo dobitnie, aż kulę ramiona i znów zwieszam głowę, jak potępieniec.
~*~
Mina Wilson zaginęła cztery lata temu. To była dość głośna sprawa. Niezwykle błyskotliwa i odważna w swych działaniach Visual Merchandiser najlepszych marek modowych, pozyskiwała uwagę coraz szerszego kręgu. Bardzo młoda osóbka, energiczna i z doskonałym gustem, potrafiła zaskoczyć i odświeżyć każdą przestrzeń oddaną w jej ręce. Zakres klientelii rósł w imponującym tempie, a Mina wydawała się rozkwitać. Była u progu kariery, a jej sława rosła. Była artystką, jej płótno stanowiły najpierw sklepy, później butiki i wybiegi, pędzlami były manekiny i modelki, a kolorami to, co stworzył projektant. 
Dziewczyna pojawiła się znikąd i choć jej gwiazda nie gasła, po jednym z wielu przyjęć dla śmietanki, straciła swe światło. To była doskonała pożywka dla mediów i węszyli tak długo, aż wywęszyli smakowity i gruby kęs.
~*~
 - Jesteś tu ze mną? - Pytam łagodnie, by jej nie wystraszyć, ale od razu dostrzegam, jak mimowolnie wzdryga się, wracając do rzeczywistości. Widzę jak jej ciało napina się, odruchowo wyciaga ręce przed siebie, układając zaciśnięte pięści na stole. Jest gotowa się bronić, choć przecież nic jej nie grozi. To dość przykre obserwować, jak wiele przestrzeni potrzebuje ta kobieta, by poczuć się choć odrobinę bezpiecznie.
 - Tak.
 - Jeśli potrzebujesz przerwy, daj mi znać - proszę spokojnie i odsuwam się, stając przy regale z kilkoma tuzinami naukowych pozycji. To moje  ulubione lektury i wiem, że ona znając zaledwie kilka tytułów, podzielam mój gust. Nie cieszy mnie to wcale, wiedza nie zawsze pomaga się odnaleźć.
 Czekam na nią, choć kilka minut ciszy nic nam nie da. Rozmowa także nie, ale sesja jest opłacona, a ja szanuję i swój czas, i jej pieniądze. 
 - Widziałam raporty policyjne - podejmuje na nowo i natychmiast jej twarz nabiera bardzo bladego koloru. - Rozmawiałam też z detektywami, ale to niczego nie zmienia. Wciąż nie pamiętam.
Ja to wiem i myślę, że Mina także zdaje sobie sprawę z tego, że traumatyczne przeżycie napaści i gwałtu sprawiły, że zapomniała, czy raczej wyparła to, kim jest. Albo chciała zapomnieć. Walczy jednak nieustannie i od tygodni pojawia się u mnie dwa razy w tygodniu. Nie wiem jeszcze jednak dla kogo to robi, bo jej samej chyba odpowiada ten stan zawieszenia. Przypuszczam, że teraz czuje się wolna i odciążona. Choć wiem także, że lubiła swoje życie, ten szalony pęd, w którym świetnie się odnajdywała i to dodawało jej skrzydeł.
 - Nie musisz pamiętać, żeby zbudować dla siebie lepszą przyszłość - wyjaśniam. - Wystarczy, że spróbujesz odnaleźć się w tym, co sprawiało ci tyle radości - proponuję, choć wiem, że ona dawno już porzuciła ten pomysł.

*Wilbur Smith, Bóg Nilu
[witam się pięknie! dawno nie pisałam i jestem zardzewiała, więc proszę o wybaczenie za błędy]

( 96 )

  1. [Oj, to się porobiło. Jak czytałam kartę, to byłam ciekawa, co się wydarzy pod koniec i sama nie wiem, co powiedzieć, bo to straszne! Nie dość, że kariera poszła do piachu, to jeszcze ten gwałt. To dopiero jej zgotowałaś cuda i dziwy! A w ogóle, to fajny zabieg z tą zmianą z punktu widzenia kobiety, na punkt widzenia mężczyzny. Mam nadzieję, że Mina odnajdzie się w MC, a atmosfera wioski przypadnie jej do gustu tak bardzo, że nie będzie chciała już nigdy stąd wracać :) Baw się tu dobrze z panią fotograf! :)]

    Feran, Cesar & Tilia

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hej! :) Bardzo smutną historię wymyśliłaś dla Miny, aż mi się jej nieco szkoda zrobiło. Mam nadzieję, że w MC odnajdzie spokój i być może samą siebie? :)
    Życzę udanej zabawy na blogu i wielu świetnych wątków! :)]
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć witam cię serdecznie. Smutna historia Miny, smutno mi się zrobiło czytając kartę. Jednak mam nadzieję, że w MC będzie się dobrze bawić ;)
    Weny, wielu wątków, oraz czasu życzę :D]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  4. [Tak, tak. Prowadziłam Martinę na NYC :)
    I ej!, pamiętam Cię, tak mi się wydaje. Sol - baletnica? :) ]
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  5. [Hej:) Oczywiście chęć na wątki mam i to bardzo. Możemy razem coś kombinować. Myślę nawet, że idą się nam wymyślić coś ciekawego dla naszych postaci. :) Chcesz omówić wątek na blogu czy przeniesiemy się na maila i tam zrobimy burze mózgów?^^]

    Christian Hemingway

    OdpowiedzUsuń
  6. [To samo mogę powiedzieć o Tobie, bo nie sądziłam, że jeszcze kiedyś spotkam Cię, gdzieś indziej niż na NYCu :)
    Proponuję takie spotkanie uczcić wątkiem. Może uzgodnimy wszystkie szczegóły i tak dalej, na mailu? :)
    I ogromne zazdro! Też chciałabym mieć kota. Szczególnie rudego :D]
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  7. [W sumie, to mogłabym coś napisać :D Pytanie tylko brzmi: z kim chciałabyś zestawić swoja pannę? Miejsce znajdzie się u całej trójki :D]

    Feran, Cesar & Tilia

    OdpowiedzUsuń
  8. [Ooo, jeszcze większe zazdro. Uwielbiam koty, a u siebie nie mogę mieć :<
    czarny.jezdziec69@gmail.com :). Ja też postaram się nad czymś pomyśleć. ]
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  9. ♥♥♥

    To musiało być z zaskoczenia.

    Tilly

    OdpowiedzUsuń
  10. Cześć! Przyznam szczerze, że w ten sposób karty postaci zwykle pomijam z czystego lenistwa, nie zastanawiając się niestety, ile czasem na tym tracę. Twoją mogę dopisać do tych nielicznych przeczytanych i poza tym, że nie żałuję, przychodzi mi na myśl przede wszystkim: biedna Mina. Oby w Mount Cartier odnalazła siebie na nowo! Gdzieś tam rzuciło mi się jeszcze w oczy: '(...)choć to dla żadnego z nas znaczy niewiele' i wydaje mi się, że miałaś na myśli słowo każdego. :)
    Zapraszam do Sida i Lou Doga, jeśli przypadną Ci do gustu. Poza tym, oczywiście baw się dobrze!


    Sid (and Lou Dog)

    OdpowiedzUsuń
  11. [Powiem tak, że na wątek to ja zawsze, tylko nie mam niestety pomysłu jak by ich połączyć :/
    Może ty masz jakiś pomysł?]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  12. [To prawda – takich miałam, sporo. Ale, gdyby tak przerobić z lekka ten pomysł, to będzie ok. Zatem, skoro mina fotografuje do lokalnej gazety, mogła zostać poproszona o zdjęcie nowych drzewek, świeżo posadzonych w lesie Quicame. Postanowiłaby udać się na własną rękę w poszukiwaniu danego miejsca, jednak odrobinę by zabłądziła. Na całe szczęście, Ferran miałby obchód po lesie i spotkałby w nim Minę – mógłby ją ostatecznie zaprowadzić do nowych siewek.]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  13. [Sprawdzam, czy potrafię jeszcze poprowadzić kogoś innego, niż żołnierza pracoholika :) Dlatego zostawiłam mu tą magiczną dwutygodniową furtkę na wyjazd, kiedy wszystko się rozstrzygnie.
    Zapraszam więc do wątku :)

    Ryan Lewis :)]

    OdpowiedzUsuń
  14. [Wszystko ładnie pięknie, tylko jest pewien problem. Martin nie mieszka w hotelu. Ma swój własny domek. Także ten... W karcie wzmianka o hotelu/mieszkaniu dotyczyła E.
    Jedynie co mi przychodzi na myśl to tylko to,że Martin zgubił klucze, albo ktoś lub coś (jakiś szop, albo inna wiewiórka) zabrało mu je i załóżmy, że Mina je znalazła i zechciałaby oddać je właścicielowi. Co ty na to?]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  15. [Tak się wpatrywałam chyba z pięć minut w zdjęcie, zanim zjechałam na dół, żeby napisać ten komentarz. Piękności ♡ Kartę czytało mi się bardzo przyjemnie, ale kurcze, prawie nic się o Minie nie dowiedziałam! Ale to może i lepiej, będziesz mogła rozwinąć jej postać w wątkach :)
    Co do wątku... Tak mi tylko przyszło do głowy, że może o sprawie śmierci żony Wesleya znów zrobiłoby się głośno i Mina starałaby się zdobyć zdjęcie jego/jego domu/stare zdjęcia żony do artykułu? Nie wiem, brzmi banalnie :c]

    Wesley

    OdpowiedzUsuń
  16. Widziałam, że już sporo osób o tym wspomniało, ale zabieg poprowadzenia rozmowy najpierw z perspektywy Miny, a później terapeuty jest naprawdę ciekawy i pokazuje różne oblicza tej konwersacji. Można wiele dowiedzieć się z tego, jaka Mina jest teraz, jak się zachowuje i reaguje, a jednocześnie... Niewiele wie się, jaka była zanim ją napadnięto i skrzywdzono w sposób, o którym ciężko się czyta nawet na blogach czy innych portalach, a co dopiero przeżywa osobiście. Bardzo smutna historia, ale dająca też sporo nadziei, bo skoro ona tego nie pamięta, to znaczy, że chce ruszyć dalej i prowadzić normalne życie nieobarczone etykietką Tej, Którą Zgwałcono. Brawo Mina! ;)
    I brawo Ty, Sol, za podjęcie się tak trudnego tematu. Oby Ci się dobrze pisało i oczywiście zostań z nami jak najdłużej :)

    Solane & Vivian

    OdpowiedzUsuń
  17. [No to się może na mailu dogadamy? :D
    bysiaa44@gmail.com ]

    Christian

    OdpowiedzUsuń
  18. Zawsze uważał, że radzi sobie świetnie, egzystując wśród drzew lasu Quicame – jeszcze rok temu mógłby się zastanowić nad sobą, jednak teraz, kiedy sam powstrzymywał ogromne napady agresji i chęć sięgania po kolejną butelkę rumu w barze u Iana, był przekonany, że nie potrzebuje żadnych, dodatkowych rad. Nie tłukł już talerzy, zaczynał całkiem normalnie spać, a ilość alkoholu z jednej butelki ograniczył do kilku szklanek dziennie. Według niego wszystko było w porządku – według osób trzecich, Kayser powinien uczęszczać na jakieś porządne terapie, nim oszaleje sam ze sobą. Wprawdzie, nadal nie był tym Ferranem, co dekadę temu; wciąż trzymał się na uboczu, ordynarnie reagując na każdorazowe naruszenie prywatności – wystarczyło, żeby ktoś trącił go przypadkowo ramieniem, by stracił panowanie nad każdą częścią swojego ciała, włącznie z mózgiem. A nie daj Boże, aby na salony wkroczył temat jego przeszłości! O niej absolutnie nie potrafił rozmawiać... ale tego wszyscy byli świadomi, bowiem z udziałem pana leśniczego nie raz rozpętała się sroga awantura. Niemniej jednak, w roli opiekuna lasu sprawował się świetnie, bo mieszkańcy na bieżąco byli informowani o błąkających się w okolicy zwierzętach, którym przy okazji także nie brakowało pożywienia i wody, bo Ferran regularnie uzupełniał rozstawione wśród wysokich świerków paśniki. Poświęcał się tej pracy tak, jak poświęcał się niegdyś wojnie, i to dlatego wracał małymi krokami do normalności. Tylko zajęcie się czymś innym mogło sprawić, że uwolni się od echa minionych dni... Albo zajęcie się kimś, jak zwykła powtarzać jego babka. Tylko, że zajęcie się kimś graniczyło w jego żywocie z cudem.
    Miniony tydzień zapewnił mieszkańcom tutejszej wioski spokojną pogodę. Po ostatniej wichurze ostały się tylko chmurki, cyklicznie przemykające po blado-błękitnym sklepieniu; słońce skrywało się od czasu do czasu za gęstymi fałdkami, rzucając rozłożysty cień na pobliskie drzewa, ale po chwili znów wyglądało, dekorując jaskrawymi promieniami gęstwinę mchu, otulającą chłodną wciąż ziemię. Las budził się do życia, nawet pierwsze przebiśniegi pojawiły się w maleńkich grządkach; ich białawe dzwoneczki silnie kontrastowały z ciemnozielonym tłem leśnej ściółki. Nie brakowało także ptaków, których trzepot niósł się echem po całym zagajniku, jakim mężczyzna aktualnie spacerował w ramach obchodu. Wciąż napawał się tym nieskażonym powietrzem, mimo że robił to co drugi dzień od niecałego już roku. Być może powinien był się w końcu przyzwyczaić, aczkolwiek jeden rok nie był w stanie naprawić sześciu lat życia z piaskiem w tchawicy, nawet, jeśli na łonie natury spędzał niemalże cały swój czas. W krtani, po dziś dzień, odczuwał niekomfortowe drapanie, choć nie był pewien, czy to za sprawą afgańskiego kurzu, czy jednak nadmiaru alkoholu, który przepalił mu przełyk.
    Tego dnia przechadzał się po rejonach, w które zaglądał rzadziej – raz na kilka tygodni, albo i na miesiąc. Był jednak wzrokowcem i rozpoznawał las. Z reguły im głębiej się zapuszczał, tym było spokojniej, jeśli mowa o obecności żywego człowieka, jednak tym razem teoria mężczyzny legła w guzach. Wyszedłszy zza wyższych chaszczy, zauważył bowiem rudowłosą, skuloną w kuckach kobietę. Stanął w bezruchu, z lekko zdumionym wyrazem twarzy, bo co do licha ona wyprawiała?
    — Zgubiła się pani? — Przerwał tę ciszę, splatając ręce na wysokości klatki piersiowej. Dzieliła ich odległość jakiś dwóch metrów. — A może tylko odpoczywa?
    Sam nie wiedział, wolał więc dopytać. Być może nie potrzebowała pomocy, a jedynie postanowiła sobie chwilę odpocząć w wycieńczającym spacerze. Miała przecież aparat, zatem cod lasu nie wybrała się przypadkiem.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  19. Bardzo miło mi to czytać, zawsze staram się, by moje karty miały jakiś koncept, wtedy o wiele lepiej czuję się tworząc :) A na wątek jak najbardziej mam ochotę! Tylko nie bardzo wiem jak ich połączyć, nie umiem znaleźć żadnego punktu zaczepienia :(

    Gerald

    OdpowiedzUsuń
  20. To przecież nie było szybko... dzisiaj dodajemy ekspresem, ale w sobotę to dorosłe życie jednak trochę bardziej wciągało :D Co do postaci, to na pewno będzie okej, entuzjazm ludzi jest bardzo na plus, więc powinnaś się w końcu odnaleźć z Miną ;D
    Kwestia wątku zostanie pod znakiem zapytania, bo jestem w trakcie ustalania kilku i jeśli wszystkie wypalą to na pewno będę mieć tam pełno już, ale... no nic pewnego, bo nie każdy jeszcze odpisał ;) W razie czego będę wiedziała, do której rudowłosej się zgłosić! ;)

    Solane

    OdpowiedzUsuń
  21. To ciągłe gadanie przyprawiało go o nieustający ból głowy. To gadanie, którego tak naprawdę nie słyszał. W tak małym miasteczku, jak Mount Cartier, nie dało się mieć tajemnic, a tym bardziej nie należało liczyć na to, że jego mieszkańcy tak szybko zapomną o jego osobistej tragedii, nie wyciągając całej tej sprawy na wierzch, przy okazji jego ewentualnego powrotu. Wiedział, że tak będzie i mimo tego, że zachowanie lokalnej prasy go nie zdziwiło, nie hamował narastającego w sobie gniewu, czekając jedynie na moment, w którym nie będzie potrafił już dłużej go powstrzymywać i po prostu...wybuchnie.
    Zwiesił głowę, tępo wpatrując się w drewniany blat, czekając, aż czajnik z gotującą się wodą da mu znać, że należy już odciąć dopływ gazu, wciskając odpowiedni przycisk na podstarzałej kuchence. Kiedy do jego uszu dobiegł charakterystyczny gwizd, chwycił rączkę czajnika i wlał wrzątek do stojącego nieopodal kubka, z torebką herbaty w środku. Już miał udać się z naparem do salonu, kiedy to dostrzegł przed swoim domem nieznajomą kobietę, stojącą tyłem do wejścia, zapewne podziwiającą niesamowity widok gór, do którego Wesley już dawno zdążył się przyzwyczaić. Chociaż to, że nie były one dla niego czymś nowym, nie oznaczało, że ich nie doceniał i nie był wrażliwy na ich piękno.
    Wyszedł na ganek, starając się nie zrobić przy tym zbyt wiele hałasu i nie przestraszyć kobiety, jednak kiedy odgłos jego kroków nie odwrócił jej uwagi, zatrzymał się parę kroków od nieznajomej, dopiero teraz dostrzegając aparat w jej dłoniach.
    — Mógłbym w czymś pomóc? — rzucił, jak gdyby od niechcenia, nie spuszczając z niej wzroku. Co do tego, że była fotografem, nie miał wątpliwości. W końcu każdy normalny człowiek zapukałby do drzwi, a nie czaił się gdzieś w zaroślach, z nadzieją na zrobienie jak najlepszego zdjęcia. Nie widział jednak powodu, by być w stosunku do niej niegrzecznym, dlatego przyjął neutralną postawę, chcąc poznać prawdziwą przyczynę jej wizyty.

    [Spokojnie, nie ma co przepraszać, jest w porządku :)]

    Wesley

    OdpowiedzUsuń
  22. Od czasu kiedy ostatni raz gościł w Mount Cartier, minęło już wiele lat. Był przekonany, że miasteczko poszło z duchem czasu, zmieniło się, rozwinęło. Nie spodziewał się problemów z zasięgiem czy dostępem do Internetu. Nie spodziewał się tego, że stary bar do którego zaglądał jako nastolatek nadal jest jedynym takim miejscem w okolicy. Wyobrażał sobie wszystko zupełnie inaczej, bo przyzwyczajony do życia w wielkim świecie zapomniał już, że istnieje coś poza. Z każdym kilometrem był coraz bardziej zaniepokojony. Droga najpierw z asfaltowej stała się żwirowa a potem powoli zacznała tonąć w błocie. Wokół nie było żywej duszy, otaczały go tylko drzewa i bóg mu świadkiem, gdyby tu zabłądził, byłby to jego rychły koniec. Śnieg zdążył już stopnieć ale na zewnątrz nadal panował chłód. Ryan podkręcił temperaturę w aucie, pomajstrował przy wycieraczkach, bo deszcz padał coraz intensywniej. Obserwował otoczenie bo miał wrażenie, że ten piekielny wicher zaraz zmiecie go z powierzchni albo przyłoży wielkim konarem. To była największa wada tego miejsca. Wokół stale panował chłód. Nawet kiedy przyjeżdżał tu w samym środku lata, pamiętał to dobrze, nigdy nie było dość ciepło. Był przekonany, że gdyby nie to, miasteczko cieszyłoby się co roku obecnością wielu turystów, bo krajobrazy były wyjątkowe. Cóż jednak po jeziorach, skoro nie można w nich pływać, bo woda jest tak chole*rnie zimna?
    Leżącą na drodze dziewczynę zobaczył w ostatniej chwili, wyjeżdżając zza zakrętu. Przestraszony skręcił gwałtownie kierownicą, w jedną a potem w drugą stronę. Niestety, samochód zdążył już wpaść w poślizg i posunął po błotnistej drodze zatrzymując się dopiero na pokaźnym pniu. Ryan poczuł lekki wstrząs, ale samochód poruszał się w tym wszystkim na tyle wolno, że nie doznał większych szkód. Mężczyzna wyskoczył z samochodu. Zimny deszcz spadł na jego plecy, ramiona i głowę. Dreszcz wstrząsnął jego ciałem.
    -Hej! Dlaczego tutaj leżysz? - krzyknął do dziewczyny, która zdążyła już podnieść się z ziemi. Szum deszczu zdecydowanie utrudniał komunikację. Z oddali dało się słyszeć też złowieszcze, przeciągłe grzmoty. W życiu nie widział równie szalonej osoby i zastanawiał się, czy kobieta jest przy zdrowych zmysłach, czy może zaraz wyciągnie z ręki wielki nóż i będzie próbowała go zamordować. Nie czekając na odpowiedź spojrzał na samochód i szybko ocenił swoją sytuację, która nie była zbyt korzystna. Tylne koła samochodu były do połowy zatopione w brązowym błocie. Zaklął pod nosem i wyciągnął z kieszeni kurtki telefon.
    -Nie ma zasięgu? – w jego głosie słychać było zaskoczenie pomieszane z oburzeniem. W ciągu ostatnich kilku lat nie zdarzyło mu się być w miejscu, w którym nie miał zasięgu. Żałośnie wyciągnął ręce z telefonem do góry, jakby miało mu to pomóc złapać jakąkolwiek, choćby słabą falę i zadzwonić po pomoc. Poruszał się przez chwilę wokół samochodu.
    -Nie ma zaciągu powtórzył. – opuszczając bezradnie ręce i znów spojrzał na dziewczynę, wyraźnie zaskoczoną i chyba nawet… rozbawioną jego zachowaniem.
    -Co Cię tak bawi? – zapytał robiąc kilka kroków w jej stronę a potem potknął się o wystający z ziemi konar i runął na morką, żwirową drogę. Podczas upadku wypuścił z dłoni swój telefon, który upadł na ziemię kilkadziesiąt centymetrów dalej, prosto w błoto. Podniósł się szybko z ziemi otrzepując dłonie, na których natychmiast pojawiły się ślady krwi od ostrych kamieni, na które upadł.
    -Kur*wa. – mruknął pod nosem


    OdpowiedzUsuń
  23. Monty chyba ucieszył się z hasłowego pożywienia, bo bardzo chętnie przybiegł do Twojej karty i już leniwie odznaczył się w niej w postaci pierwszej zdobytej przez Ciebie ikonki. Ogromne gratulacje za wenę i chęć udziału w naszej zabawie na zdobywanie nagród, których oczywiście życzymy Ci jak najwięcej! Kto wie, może jeszcze prześcigniesz innych graczy w ich zdobywaniu... ;D

    OdpowiedzUsuń
  24. Tak, jak wskazywała barczysta sylwetka mężczyzny, do grupy osób dobrotliwych i anielskich to nie należał, jednak sam z siebie nie stanowił zagrożenia, dopóki, dopóty ktoś nie postanowił zaleźć mu poważnie za skórę. Niemniej, jego charakter pozostawiał wiele do życzenia. Kayser dobrze wiedział, że na jego temat krąży milion plotek; niektóre nawet ciekawe, inne nader przekoloryzowane, absolutnie nie trzymające się kupy. To zadziwiające, że sąsiadki potrafiły tyle nadawać na jego temat, a żadna nie pojawiła się u progu drzwi na zapoznawczą filiżankę herbaty. Choć to naprawdę dobrze, bo dzięki takiej, a nie innej reputacji, Ferran nie musiał się obawiać, że za moment jedna z drugą wparują do leśniczówki z garnkiem obiadu i zaczną pieczołowicie go niańczyć, że jaki to on biedy bohater, skrzywdzony przez okrutny los. Oszalałby, spakował manatki i wyjechał na drugi koniec świata. 
    Ale to fakt, że w każdej z wymyślonych fantazji kryje się ziarno prawdy. Do mężczyzny przylgnęła łatka agresywnego nie bez przyczyny, bowiem wielokrotnie zdążył już udowodnić, że potrafi być nieobliczalnym stworzeniem, odpowiednio trudnym do ujarzmienia. Czy to w barze u Iana, kiedy złapał za fraki jednego z mieszkańców, gdy ten nacisnął na jego odcisk, czy w każdej sytuacji, kiedy gwałtownie unosił ton, plując wściekle na rozmówcę z tymi rozpalonymi ognikami w oczach. Było kilku świadków, którzy mogli to potwierdzić, choć nie przez to nie zaprzeczał, a dlatego, że słowa osób trzecich nie miały dla niego żadnego znaczenia. Mogli opisać go tysiącem epitetów, dorabiać sobie bujne historie, besztać, śmiać się – to go nie ruszało. Ruszały go natomiast wspomnienia, będące niczym tykająca bomba i kontakt fizyczny w złych zamiarach. Jedno nieuzasadnione szturchnięcie i detonator rozsadzał w nim pocisk obłędu na tyle, że mógłby się zamachnąć i zdzielić w twarz nie patrząc nawet kogo. Pogwałcanie przestrzeni osobistej działało na Ferrana, jak płachta na byka, a tym bardziej, jeśli wcześniej miał w ustach alkohol. Dlatego siedział w tej leśniczówce, bowiem tam mógł być spokojny, a w razie ewentualnych problemów, zrobić krzywdę tylko i wyłącznie sobie.
    Zlustrował kobietę badawczym spojrzeniem, gdy tylko wyprostowała plecy. Zauważył ten błysk niepewności w jej oczach, a te kilka danych przez nią koków w tył, od razu dało mu do myślenia, że wzbudził w kobiecie namiastkę nerwowego napięcia. Nie przejął się tym jednak, bo rudowłosa nie była pierwszą ani ostatnią, która wolałaby ostatecznie nie mieć z nim jakiejkolwiek styczności.
    — Sadzonki, powiada pani... — rzekł bez pośpiechu, nieznacznie mrużąc oczy, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy miał okazję widzieć już tę kobietę w Mount Cartier. Z drugiej jednak strony, skoro była z gazety, mogła pochodzić z Churchill, bo był przekonany, że w tutejszych progach dotychczas jej nie spotkał. Była zatem nowa, albo po prostu, od roku, nigdy nie miał okazji na nią trafić, wszak nie chodzi dzień w dzień po miasteczku, w przeciwieństwie do lasów. — To zupełnie w przeciwną stronę — oznajmił po chwili, i obrał azymut na młody zagajnik.
    — Mogę panią zaprowadzić, idę w tamtym kierunku — powiedziawszy, minął kobietę krótko na nią spoglądając.
    Młode lasy znajdowały się nieopodal leśniczówki, toteż i tak szedłby w tamtą stronę, bo akurat w tamtych rejonach zazwyczaj kończył swój obchód. Ale nie nalegał na jej zgodę; nie musiała iść akurat z nim.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  25. [Z chęcią skorzystam z zaproszenia na wątek! :D A może nawet postawimy na jakieś powiązanie?]

    Adrianna/Scarlett

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie było przesadą stwierdzenie, że Ryan Lewis żył w swojej własnej rzeczywistości. Jego troski odbiegały znacznie od zmartwień przeciętnych ludzi a on w pewnym czasie przestał to nawet zauważać. Nie zastanawiał się nad tym, co będzie jutro, za rok, za pięć lat. Żył chwilą bo miał taką możliwość. Nie przywiązywał się, używał życia wszelkimi sposobami. Podróżował, upijał się, brał narkotyki. Miał wokół siebie wielu przyjaciół. Ludzie łaknęli jego towarzystwa. Właściwie nie bywał sam. Wszyscy śmiali się z jego żartów, podawali mu drinki. Dziewczyny uśmiechały się zachęcająco i same proponowały wcześniejsze wyjście z klubu. Umawiał się z młodymi modelkami, spędzał wakacje na jachtach w najpiękniejszych zakątkach świata.
    Nie można było odmówić mu talentu. Miał doskonały słuch muzyczny. Potrafił grać na gitarze, pianinie i perkusji. Jego głos porywał. Kiedy wychodził na scenę tłum wiwatował. Oklaski i krzyki niosły się po arenach przez kilka minut. Potem światła gasły. Tłum w ciszy oczekiwał na pierwsze słowa, dźwięki. Patrzył czasem przez chwilę, stojąc przy głównym mikrofonie i zastanawiał się, czy to przypadkiem nie sen. Czy zaraz nie obudzi się na jakimś pustkowiu bez gorsza przy duszy. To był ten moment, jedyny, kiedy naprawdę był szczęśliwy. Kiedy duma rozpierała go od środka i rosła niepohamowanie. Pozwalał sobie na tą krótką chwilę zadumy a potem dawał z siebie wszystko.
    Matka od najmłodszych lat wlewała w niego swoje niespełnione ambicje. Wmawiała mu, że jest lepszy, że osiągnie więcej. Wciąż posyłała go na castingi do nowych ról, do dziecięcych talent show. Wymarzyła sobie, że będzie sławnym aktorem, że podbije Hollywood i cały świat. Posyłała go na dodatkowe zajęcia teatralne, muzyczne, wokalne. Od dziecka zaprogramowany był na sukces, który w końcu nastąpił. Zamiast uczyć się miłości czy empatii, uczył się tego, że sława i pieniądze dadzą mu szczęście i wolność. Że to jest cel najwyższy. A teraz stał w środku lasu, w miejscu gdzie wychowała się jego matka. W miejscu skąd tak bardzo chciała uciec. W miejscu, do którego nigdy nie chciała wracać. Stał w strugach deszczu i czuł się bezradny w obliczu samochodu, który utknął w błocie. Spojrzał w niebo i pozwolił kroplom spadać na twarz. Przymknął powieki i zaciągnął się świeżym, górskim powietrzem a potem spojrzał znów na dziewczynę, która przywołała go na ziemię swoim głosem.
    -Przemyć?- zapytał i dopiero po chwili spojrzał na swoje dłonie, na których pojawiły się ślady krwi od upadku.
    -To nic takiego.- mruknął i wzruszył ramionami. Jeszcze raz spojrzał na koła samochodu, które ugrzęzły w błocie.
    -Jest tu jakaś pomoc drogowa?- zapytał z nadzieją w głosie

    OdpowiedzUsuń
  27. [Z góry przepraszam za to "coś" poniżej :) ]

    Ryan spotkał Minę w jej poprzednim życiu. Od tamtego czasu zmieniła się jednak nie do poznania. Stojąc obok niej w mokrym lesie na północy Kanady nie miał pojęcia, że rozmawia z tą samą dziewczyną z którą współpracował w Los Angeles podczas jednego z pokazów mody, na którym miał okazję wystąpić. Nie przypominała siebie sprzed lat a Lewis nie spodziewał się spotkać tu kogokolwiek z jego świata. Poza tym był zestresowany i zdenerwowany, o mały włos nie przejechał dziewczyny a teraz wyglądało na to, że utknął w środku lasu. W głowie wciąż miał słowa właściciela wypożyczalni samochodów, który przestrzegał go przed postojami w lesie. Nie wspomniał tylko ani słowem, o szalonych kobietach tarzających się w błocie z aparatem. Myślał, że takich szaleńców spotkać można tylko w Los Angeles. Paparazzi często bowiem przechodzili samych siebie, próbując go sfotografować. Wspinali się na drzewa, próbowali włamać do jego apartamentu, bywało tak, że nie odstępowali go na krok, śledzili w ukryciu lub zupełnie jawnie nie dając mu nawet chwili prywatności. Węszyli przez 24 godziny na dobę i czasami miał wrażenie, że tylko wymieniają się na posterunku a kiedy tylko udało im się sfotografować go w kompromitującej sytuacji, sprzedawali zdjęcia portalom i gazetom plotkarskim, które dopisywały potem do kupionej fotografii całą historię.
    -Zakażenie?- powtórzył za nią z krzywią miną i przyjrzał się jeszcze raz swoim dłoniom a potem wzruszył obojętnie ramionami. Miał teraz inne powody do zmartwienia. Czym są rany na rękach wobec pożarcia przez niedźwiedzia? Ryan nie był naiwny. Jego dziwne na pierwszy rzut oka zachowanie wynikało z tego, jakie życie prowadził przez ostatnich kilkanaście lat. Odzwyczaił się już od miejsc takich jak to. Ba! Zapomniał nawet o ich istnieniu. Stał się po prostu wygodny i próżny.
    -No tak, masz rację – przytaknął i uśmiechnął się ale nie trwało to długo, bo mina zaraz potem nieco mu zrzedła.
    -To często uczęszczana droga? – zapytał spoglądając na nią podejrzliwie. Deszcz przeszedł w drobną mżawkę by po chwili ustać, choć nie robiło mu to już żadnej różnicy, bo był przemoczony i nie miał na sobie nawet jednej suchej nitki. Zrobiło mu się też trochę chłodniej a przez jego ciało co jakiś czas przechodził nieprzyjemny dreszcz.

    OdpowiedzUsuń
  28. Sprawnie mijał wielkie konary drzew, których liście lśniły w promieniach górującego słońca. Razem z jego intensywnym krokiem, gałązki niewysokich chaszczy ocierały się o odzież, nie pozostawiając na niej żadnych, widocznych uszczerbków; zapach ziemi, zmieszanej ze świerkowym aromatem, unosił się w powietrzu, gdy jego buty wnikały w miękką gramaturę zielonego mchu, udekorowanego zeszłorocznym, pogniłym igliwiem. Subtelnie wdychał tę woń, delektując się pięknem górskiej natury. Wciąż nie potrafił przyzwyczaić się do tej rześkości, mimo że wiekował we wiosce już niecały rok, stale krążąc wśród plonów na łonie natury. Nie przeszkadzała mu nawet obecność obcej kobiety gdzieś z tyłu, choć zawsze stawiał na samotność; wiedział, że za nim podąża, słyszał bowiem jej kroki i odgłos zwolnionej migawki w aparacie, który dzierżyła w dłoniach. Trzepot kowalików czarnogłowych przeciął dźwięk drżących na wietrze liści, a kilka sztuk przemknęło między pędami starodrzewów; ich żółto-szare umaszczenie uwydatniło się w kontraście z głęboką zielenią tutejszego lasu, budząc w leśnym świecie rąbek życia.
    To prawda, że nie potrzebował rozmowy, i cieszył się, że nie musiał zmuszać się do udzielania odpowiedzi w tych tematach, o których rozmawiać nie lubił, bądź które go nie interesowały. Rudowłosa kobieta najwidoczniej także nie odczuwała chęci prowadzenia dialogu, dlatego z dłońmi wsuniętymi w jeansowe spodnie, szedł w kierunku młodych siewek w zupełnym milczeniu. Mimowolnie przyglądał się wszelkim zakamarkom lasu, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby siać dysharmonię na tle stoickiego, leśnego ładu. Wtem zatrzymał się nagle, zauważywszy w oddali poruszającą się, męską posturę. Był jakieś to metrów dalej, lecz Ferran od razu rozpoznał w niej tą, której poszukiwał od kilku dni – kłusownik wciąż zaglądał do Quicame, a teraz pojawiła się okazja, by go dorwać.
    Poczuł, jak drobna sylwetka wpada na jego plecy i odwrócił się ze stale przylegającym do jego twarzy gniewnym wyrazem. Przyłożył palec do ust, dając kobiecie znak, by milczała. Przesunął spojrzenie na aparat i obiektyw, którego ogniskowa miała wystarczającą długość, by dobrze uchwycić oddaloną posturę i twarz kłusownika.
    — Widzi go pani? — Szepnął, podniósłszy spojrzenie do jej twarzy i wskazał palcem na człowieka, znikającego cyklicznie za konarami drzew — Proszę zrobić mu jak najwyraźniejsze zdjęcie — polecił, stanąwszy z jej drugiej strony. Przygotowywał się do pogoni za tamtym człowiekiem. — Dalej proszę iść przed siebie, dotrze pani do sadzonek. Ja za chwilę także się tam pojawię.

    [Wybrałam ostatecznie kłusownika, bo do awantury powodu nie było, a drapieżnik... Sama nie wiem. Jeśli masz ochotę, możesz wplatać takie akcje :)]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  29. Zdjęcia były mu potrzebne jako dowód. Nie mógł wymierzać sprawiedliwości według własnej skali, bo skończyłoby się to dla niego bardzo źle, dlatego zamierzał przekazać odpowiednim służbom fotografię mężczyzny. Skoro był kłusownikiem, zapewne mieszkał gdzieś w tutejszych rejonach, a jeśli udałoby się kobiecie uchwycić na zdjęciu strzelbę, to odnalezienie człowieka byłoby dużo prostsze z racji tego, że Ferran miał już kilka łusek po amunicji kulowej. Wystarczyło tylko sprawdzić kto w rejonie ma taką strzelbę jak pan ze zdjęcia, odwiedzić i porównać fotografię z żywą twarzą.
    Nie czekał już na odpowiedź kobiety. Miał nadzieję, że jego polecenie było jasne i klarowne, dlatego udał się w kierunku tamtego człowieka, najpierw spacerkiem. Postanowił go obejść, gdyby kłusownik zamierzał zerwać się do ucieczki, jednak zobaczywszy z oddali, że kobieta zaraz skrzyżuje z nim swoją drogę, zatrzymał się. Wiedział, że gdyby podbiegł, prawdopodobnie rozpętałaby się między mężczyznami pogoń, która nie doprowadziłaby do niczego sensownego, a jedynie do bójki, gdyby faktycznie udało się kłusownika schwytać. Jednak on miał strzelbę, zaś Kayser był aktualnie goły, pomijając nóż sprężynowy, który miał przy sobie zawsze. Przewagę miał zatem kłusownik.
    Zapewne, wystraszy się, gdy zrozumie, że został przyuważony przez mieszkankę. Być może przez jakiś czas przestanie odwiedzać Quicame w celu wybijania tutejszych jeleni.

    [Wybacz za jakość, ale nie bardzo wiedział, jak to rozegrać. Nie sądziłam, że ona i kłusownik skrzyżują swoje drogi :D]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  30. Wyjechał z „wielkiego miasta”, pozostawił za sobą duży świat z wielkimi możliwościami. Swoje dawne życie schował głęboko do walizki i starał się zapomnieć o tym co było. Przecież tak właściwie to nie zależało mu na tym żeby być nawet i tutaj rozpoznawalnym. Wystarczało mu tej sławy…przynajmniej na jakiś czas.
    Teraz to najważniejsze było to żeby odzyskał tego kogo stracił jakiś czas temu. To było naprawdę ważne. Chciał dowiedzieć się kilku rzeczy, które nie dawały mu spokoju. Musiał wiedzieć! Chciał zrozumieć kilka rzeczy, a jeśli pozostałby w apartamencie w „swoim” mieście, to nie za wiele wiedziałby o motywacji E. Martin niby przeczytał pozostawiony list, ale jednak kartka papieru z schludnie zapisanymi słowami nie odpowiadała na najważniejsze pytania, które kłębiły się w głowie Tarkowsky’ego.
    Chyba bardziej z przyzwyczajenia niż z konieczności zabrał ze sobą telefon. Niby szedł tylko po odbiór paczki, a przecież nie było to daleko. Raczej nikt nie będzie próbował do niego dzwonić, a nawet jeśli ktoś podjąłby się tego to raczej były marne szanse, że Tarkowsky odebrałby. Zasięg w tych rejonach był więcej niż kapryśny. Jednak owszem były, zdarzały się takie dni kiedy to połączenie było całkiem znośne.
    Nie zamknął domu na klucz, bo zapomniał. Owszem momentami był nieco roztargniony, ale tylko wtedy kiedy chciał wszystko szybko zrobić tylko po to żeby móc szybciej usiąść do pisania scenariusza, albo po to aby móc zasiąść przed książką, którą aktualnie kończył czytać. Zawsze, kiedy był czymś na swój sposób zaaferowany to zapominał o kilku innych rzeczach. W tym przypadku zapomniał o zakluczeniu mieszkania, ale powątpiewał w to że ktokolwiek zechce go okraść. A nawet jeśli to sąsiedzi pewnie zaraz by mu o tym powiedzieli. Mount Cartier to mała mieścina, gdzie praktycznie każdy wiedział wszystko o wszystkich. Z jednej strony szło do tego przywyknąć, z drugiej było ciężko żyć z tą świadomością, że ktoś wie niekiedy więcej o tobie niż ty sam. Martin jednak żył z taką świadomością, że zawsze…że zazwyczaj było o nim głośno, przyzwyczaił się więc do tego wszystkiego; do ciągłego bycia „na językach” innych. Tutaj było może nawet nieco lepiej, bo niewielka społeczność, niewielki zasięg. A nie jak w takim Toronto, czy Nowym Yorku, gdzie mieszka kilka milionów ludzi, jest internet i ogólnie to pewnie każdy wiedziałby co robi o której godzinie. Różnica polegała na tym, że tutaj wiedziało o tym może te osiemset osób, a nie osiem milionów nowojorczyków.
    Chyba wolałby zaliczyć jakiś „przypał” tutaj niż w Nowym Yorku. Tutaj to ludzie pewnie szybko by zapomnieli o tym fakcie, tam pewnie też, ale internet oraz facebook’owe wall’e przypominałby o tym incydencie. Oczywiście jeszcze byłoby przypominanie ze strony innych „gwiazd” i „gwiazdeczek”. Tutaj to co najwyżej sąsiadka przypomniałaby sąsiadowi i na tym by się skończyło. Poplotkowaliby i zapomnieli.
    Sama wizyta na poczcie oraz odbiór paczki nie trwały jakoś bardzo długo, toteż całkiem szybko powrócił do domu. A właściwie powróciłby gdyby nie pewien fakt jakim była, siedząca na schodkach prowadzących na werandę kobieta. Nie spodziewał się nikogo. Raczej z niewieloma osobami utrzymywał jakieś zażyłości, nawet niewiele osób znał.
    — Dzień dobry – powiedział nieco niepewnie. Spojrzał kątem oka na aparat, nie podobało mu się to…ale przecież gdyby jakiś paparazzi zechciałby go fotografować, to pewnie nie przyjeżdżałby tyle czasu po tym jak wyjechał do MC. Z całą pewnością nie zjawiałby się teraz tutaj, musiał być jakiś inny powód tego całego zajścia.
    — Szuka pani kogoś? – zapytał patrząc na kobietę. Ciekawiło go to, co ja tutaj mogło sprowadzać, wydawało mu się, że czeka na kogoś…tylko dlaczego pod jego domem?

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  31. [Jeśli chcesz, możemy przerwać ten watek – nie ma co na siłę go powadzić — albo napisać coś innego :) W końcu powinny one dawać przyjemność, a nie być utrapieniem, więc nie ma sensu prowadzić wątków, które wychodzą kiepsko i stanowią jedynie ciężki bagaż :D A zawsze można pokombinować coś innego :)]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  32. Jeśli mina uważała Ryana za człowieka oderwanego od rzeczywistości – miała rację. Mężczyzna taki właśnie był. Duży chłopiec, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych czy nieosiągalnych. Nie można było go za to winić. Żył w takim świecie i do tego się przyzwyczaił a Mount Cartier już od samego początku było dla niego wielkim pasmem niespodzianek i zaskoczeń. Przede wszystkim myślał, że do miasteczka prowadzą normalne, asfaltowe drogi. Po tych przecież nie dało się jeździć! Zastanawiał się nawet przez chwilę, czy ktokolwiek chciałby tu w ogóle przyjeżdżać. Może tak naprawdę to miejsce już dawno się wyludniło i zostało tu kilka staruszek, które nie chciały pójść z duchem czasu? Wtedy brak infrastruktury miałby nawet dla niego jakiś sens. Przecież nie inwestuje się tam, gdzie nie warto tego robić. Góry Cartiera były tak nieprzyjazne od tej strony, że nie powstała tu i zapewne nie powstanie żadna stacja narciarska, w przeciwieństwie do drugiej strony gór, gdzie zbocza aż prosiły się o to, by po nich poszaleć. To była duża wada tego miejsca. Nie można było robić tu właściwie niczego interesującego, według Ryana. To wszystko stawiało pod znakiem zapytania jego plany. Szczerze wątpił, by udało mu się sprzedać ziemię w czasie, który sobie na to założył. To wszystko odbiegało od jego oczekiwań. Z drugiej strony chciał dowiedzieć się czegoś więcej o swojej przeszłości, o matce i jej rodzinie. Jakiś wewnętrzny głos pchał go do tego by osobiście zjawił się w Mount Cartier. Sprzyjały temu również wszystkie okoliczności. Skończył właśnie długą trasę koncertową i musiał trochę odpocząć. Miał nadzieję napisać i skomponować jakiś nowy utwór, bo w ostatnim czasie cierpiał na brak weny i pomysłów. Każda próba kończyła się fiaskiem a zapisane kartki lądowały w koszu. Potrzebował jakiegoś natchnienia.
    -Ale nie przepraszaj.- powiedział szybko zatrzymując się i patrząc na nią z uśmiechem, być może trochę zbyt szerokim jak na okoliczności w których się znalazł.
    -Zaraz sobie z tym poradzimy. – dodał łapiąc się pod boki i rozglądając wokół. Żaden pomysł nie przychodził mu jednak do głowy, ale mimo tego uśmiech nie schodził z jego ust. Być może był nieco wymuszony, ale to nie było teraz ważne. Nie chciał, żeby była smutna. Nie lubił smutnych kobiet szczególnie wtedy, kiedy on sam się do tego smutku przyczyniał, choć to akurat działo się bardzo często. Zdecydowanie bardziej wolał kiedy się złościły i rzucały w niego wyzwiskami niż kiedy płakały.
    -Ja go… popchnę a Ty… dodasz gazu.- powiedział bez przekonania i wskazał ręką na samochód. To nie mogło być trudne.

    OdpowiedzUsuń
  33. [Niee, wszystko jest pod kontrolą. Tylko nie odpisuję po kolei, aby nie wysłać takiego wymuszonego byle czego 😃 ]

    Nie wiedziała, czy zawód psychologa jest na pewno tym czego chciała. Wybrała go, bo to były jedyne poważne i nieco opłacalne studia na które się dostała. Jej przygoda ze studiowaniem i tak dalej… mało osób wiedziało co się naprawdę wydarzyło. Zapisała się w trakcie trwania semestru, nie wszędzie były wolne miejsca. A ona nie chciała mieć roku w plecy. Może gdyby wcześniej wpadła na pomysł ze studiami, to wybrałaby coś innego? Jednak z drugiej strony lubiła to. Lubiła zagłębiać się w tajniki ludzkiej psychiki, szperać w ich głowach, analizować działania i obierać jakiś punkt działania. Sprawiało to, że czuła się spełniona. Jednak nie tak do końca.
    Bycie psychologiem wiązało się z siedzeniem za biurkiem. A ją to nadzwyczaj w świecie nudziło. Brakowało jej tego ciągłego ruchu, który miała w swoim wielkim mieście. Tam właściwie cały czas coś robiła. Mało spała, a i tak chodziła wyspana. Pracowała, studiowała, imprezowała… i miała jeszcze czas na odpoczynek! W MC najbardziej brakowało jej jedynie tego ruchu.
    Może gdyby miała jakieś ciągłe zajęcie, to jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej? Była to możliwa opcja, jednak nie chciała się nad tym zbyt długo zastanawiać. Takie gdybanie do niczego dobrego jej nie doprowadzi. A jedynie sprawi, że poczuje się jeszcze gorzej.
    Po kilku godzinach bezczynnego siedzenia musiała w końcu wstać z krzesła i chociaż się przejść. Niedaleko i gdziekolwiek, byleby coś zrobić i rozruszać stare i zmęczone kości. Otworzyła drzwi od przychodni i o mało co nie zderzyła się z jakąś kobietą.
    — Hej! Pani wchodzi? — zapytała, cofając się o krok, aby nie zaburzać przestrzeni osobistej. Swojej i jej.
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  34. Jack nie mógł długo usiedzieć w miejscu i choć to bardzo egoistyczne, to cieszył się za każdym razem, gdy ktoś gubił się w górach Cartiera. Pakował wtedy pospiesznie ale i bardzo skrupulatnie plecak, przywoływał do siebie psa i razem wyruszali w kilkugodzinną wędrówkę. Każdy przypadek udanego sprowadzenia turysty do schroniska traktował jak swój mały sukces. Lubił takie chwile. Czuł się wtedy potrzebny a jego życie znów na krótką chwilę nabierało sensu. W ostatnim czasie nie zdarzało się to zbyt często. Prawdę mówiąc częściej bywał w dołku, choć nie dawał tego po sobie poznać. Ukrywanie uczuć i emocji miał opanowane do perfekcji, dlatego też na co dzień uchodził za bardzo pogodnego i wesołego mężczyznę. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co dzieje się wewnątrz tego człowieka, z jakimi problemami i rozterkami się boryka a było tego stanowczo za wiele jak na jeden raz. Sytuacji nie poprawiał również fakt, że jego była narzeczona pojawiła się w miasteczku pod pretekstem oddania mu pierścionka zaręczynowego. Nie miał pojęcia czego tak naprawdę od niego chciała. Miał wrażenie, że przyjechała tu po to, by jeszcze bardziej mu dopiec i znakomicie jej się to udawało. Każde słowo jakie padało z jej ust odbijało się echem w jego głowie i pogarszało jego samopoczucie a samo spotkanie zapewne na długo pozostanie w jego pamięci. Bynajmniej nie będzie ono dobrym wspomnieniem.
    Właśnie dlatego kiedy tylko miał trochę wolnego wybierał się w samotną wędrówkę po zalesionych zboczach. Nie było go tu przez wiele lat a jednak wciąż znał te góry jak własną kieszeń. Niewiele się tu zmieniało. Północ Kanady nie należy do najbardziej gościnnych miejsc na ziemi, ale dzięki temu natura nie uświadczyła tu ingerencji człowieka. Wręcz przeciwnie, to okoliczni mieszkańcy z pokorą przyjmują to co serwuje im Matka Natura. W górach odnajdował to, czego tak bardzo potrzebował – święty spokój i korzystał z tego dobrodziejstwa tak często jak mógł.
    Ten dzień był pierwszym tak pogodnym tej wiosny. Słońce nie chowało się za ciemne chmury a jego promienie ogrzewały korony drzew. Podmuchy wiatru nie były już tak zimne jak wtedy, kiedy się tu zjawił i musiał przyznać, ze o tej prze roku to miejsce jest całkiem urocze. Widać nie tylko on tak sądził. Nad niewielkim strumykiem w oddali dojrzał dziewczynę z aparatem w dłoni. Przymierzała się właśnie do wykonania fotografii kiedy pies szczeknął głośno.
    -Doyle! – krzyknął do niego, ale było już za późno. Cenny pierzasty okaz zatrzepotał skrzydłami i odleciał znikając między konarami a dziewczyna spojrzała niepewnie na psa.
    -Doyle! - powtórzył Jack podchodząc bliżej. Pies zerwał się z miejsca i podbiegł do niego.
    -Przepraszam, zwykle potrafi się zachować.

    Jack

    OdpowiedzUsuń
  35. Gdy kłusownik, zauważywszy Ferrana, rzucił się nagle biegiem w głąb lasu, mężczyzna pognał zaraz za nim. Nie bacząc na wszelkie krzewy, krzaki i inne małe drzewka, gnali jeden za drugim, znikając za coraz większą ilością konarów, które zwinnie omijali. Kayser tak jakby w ogóle przestał odczuwać zmęczenie, choć to prawdopodobnie dlatego, że wizja złapania kłusownika na gorącym uczynku dodawała mu dużych pokładów energii. Leśnictwo borykało się z nimi od kilku dni, dlatego nie zamierzał odpuścić, dopóki nie dorwie go we własne łapska… I wystarczyło zaledwie kilka minut, gdy obaj zrównali się z ziemią w drobnej szarpaninie, z której ostatecznie obcy mężczyzna zrezygnował, by nie zbudzić się nazajutrz w szpitalu.
    Po pojawieniu się na komisariacie, Ferran złożył zeznania i opowiedział także o łuskach, które znajdował, ilekroć robił obchód po lesie. Przedstawiwszy parametry dotyczące powłoki nabojów, od razu przypisał je do konkretnej broni, dlatego policjanci zapewnili, że sprawdzą, czy pod nazwiskiem schwytanego człowieka jest zarejestrowana jakaś broń. Tutejsze służby zapewne dawno nie miały zorganizowanej większej akcji, toteż Ferran mógł być pewny, że skrupulatnie się nią zajmą. Była jeszcze ta rudowłosa kobieta, która towarzyszyła mu przez moment w zagajniku, jednak nie mógł za dużo powiedzieć na temat zdjęć, bo nie wiedział, czy kiedykolwiek ją zobaczy. Miała zdjęcia dowodowe, co było ważne, ale Kayser nie kojarzył jej z Mount Cartier, dlatego równie dobrze mogła być już w podróży na drugi koniec kraju, a zdjęcia usunąć.
    Wyszedłszy z pokoju komisarza, omal nie wpadł na…
    — To pani — rzekł, gdy zdał sobie sprawę, że chwilę temu o niej myślał. — Proszę wybaczyć... — dodał, dając stosowny krok w tył, nim ich ciała zetknęły się w nieszkodliwym zderzeniu. Zauważył w jej dłoniach aparat, tak więc podejrzewał, że udało jej się zrobić zdjęcia, na których podejrzany o kłusownictwo mężczyzna był dość dobrze widoczny.
    — Właściwie za całe zamieszanie. Czy zdołała pani go uchwycić? — Wskazał krótko na urządzenie w jej rękach, po czym powrócił spojrzeniem w kierunku jej twarzy. Nie ukrywał, że pomoc kobiety może okazać się bardzo przydatna, z racji tego, że to jedyny dowód, na którym faktycznie widać podejrzanego mężczyznę. Być może właśnie dzięki tym fotografiom, kłusownik poniesie taką karę, na jaką zasłużył.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  36. W Mount Cartier prawie każda twarz wydawała mu się znajoma i prędzej czy później potrafił dopasować ją do konkretnego nazwiska czy imienia. Nie było to trudnym zadaniem. Na północy Kanady czas jakby stanął w miejscu. Miasto liczyło niewielu mieszkańców i po powrocie zastał tu te same osoby, które widywał przed wyjazdem. Czasami miał wrażenie, że to co przeżył, było tylko snem a on nigdy stąd nie wyjeżdżał. Chatki wciąż były pomalowane na ten sam kolor, płoty oberwane w tym samym miejscu, sklepy z ponurymi szyldami i skrzypiącymi drzwiami, stare furgonetki, ledwo toczące się po żwirowych drogach. Wszędobylskie błoto, chłód, padające do znudzenia deszcze, bujna roślinność i zieleń tak intensywna, jak nigdzie indziej na ziemi. Urok i przekleństwo w jednym.
    Tego wszystkiego się jednak spodziewał. Nie sądził aby coś miało się tutaj zmienić, pójść z duchem czasu. Ci, którzy pragnęli zmian, zmieniali przede wszystkim miejsce zamieszkania. Niektórym udawało się wyrwać z Mount Cartier na zawsze. Zaczynało się niewinnie, od szkoły Churchill, przez studiów w Ottawie a kończyło w najdalszych zakamarkach świata. Czasami droga była bardziej wyboista, ale zdeterminowanie pomagało w pokonaniu wielu przeszkód. Ci, którym dopisało szczęście widywali Mount Cartier tylko na starych fotografiach.
    Nie wszystkim jednak życie ułożyło się po myśli. Niektórzy z mieszkańców, a Jack był jednym z nich, przez życiowe zakręty zmuszeni byli wrócić na stare śmieci. Dostosować się do życia w miasteczku, nauczyć od nowa wszystkich reguł, jakie tu panują. Przyzwyczaić do deszczu i chłodu, do nudy i braku atrakcji. Do starych furgonetek jeżdżących po ubłoconych drogach. Do braku Internetu i telefonu a wreszcie do samotności. Bo kiedy wraca się po nieudanym podboju świata, to ona doskwiera tutaj najbardziej. Nagle wokół robi się cicho i pusto. Echo odbija się w czterech ścianach, lub rodzina nie okazuje zrozumienia. Nie wiedzą co Cię trapi, nawet nie są zainteresowani. Dla nich życie w Mount Cartier jest normalne. Nie rozumieją dlaczego tak bardzo Ci tu źle, czego Ci tu brakuje, za czym tęsknisz. Masz szczęście jeśli znajdziesz kogoś takiego jak Ty. W przeciwnym razie raj staje się Twoim koszmarem.
    Kobieta wydawała się być przestraszona. Patrzyła na niego z niepokojem i mówiła cichym głosem, któremu daleko było do pewnego. Nawet kiedy Doyle przestał szczekać, cofnęła się jeszcze o kilka kroków kiedy podchodził bliżej. Jack klepną dłonią w udo, przywołując do siebie psa. Ten pospiesznie wykonał polecenie swojego pana. Przyglądał się jej twarzy ale milczał przez chwilę, bo jej obecność wydawała mu się wręcz niemożliwa, nierealna. Nie chciał zrobić z siebie głupka. Mogła być przecież łudząco do jego znajomej podobna. A może tylko mu się wydawało. W końcu nie widział się z nią od ponad czterech lat. To jednak nie dawało mu spokoju.
    -Wybacz, że to powiem, ale przypominasz mi moją znajomą z Nowego Jorku, to bardzo dziwne, wyglądacie jak dwie krople wody.- wypalił w końcu uśmiechając się do niej przepraszająco.
    -Przez chwilę nawet myślałem, że to właśnie Mina, ale co ona miałaby robić w takim… miejscu jak to.- dodał z uśmiechem bo kobieta była dla niego miłym wspomnieniem.
    -Jack Higgins. – przedstawił się i wyciągnął do niej otwartą dłoń.

    OdpowiedzUsuń
  37. Nie mógł zaprzeczyć temu, że kiedy jego wzrok napotkał stojącą nad jeziorem kobietę o burzy rudych włosów na myśl przyszła mu właśnie panna Wilson. Nie znał bowiem żadnej innej kobiety o tak charakterystycznym typie urody. Pomimo tego iż kobieta tak bardzo przypominała mu dawną znajomą, założył od razu, że oczy płatają mu figla. Jej obecność w Mount Cartier była bardziej niż niemożliwa! No bo skąd niby miałaby się tutaj wziąć? Czego miałaby tutaj szukać? Dlaczego ze wszystkich wspaniałych miejsc na kuli ziemskiej miałaby wybrać właśnie to? Z każdą minutą wydawało mu się to bardziej niemożliwe. Od ich ostatniego spotkania minęły w końcu ponad cztery lata. Poza tym Mina którą znał, była delikatnie mówiąc inna. Nie przypuszczał aby tak światowa kobieta miała zaszywać się w takiej dziurze. Mimo wszystko wspomniał o niej a kiedy wymawiał jej imię uśmiechnął się ciepło na myśl o kobiecie, z którą przyszło mu spędzić wiele miłych chwil i którą udało mu się porządnie zawieść. Cenił ją przede wszystkim za to, że kiedy dowiedziała się o tym, że kogoś ma, nie rzucała w niego obelgami a postawiła go do pionu. Był jej za to bardzo wdzięczny, choć cały ten związek z Nadine nie wyszedł mu na dobre. Być może gdyby wtedy postanowił zaryzykować, jego życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Niestety nie mógł już cofnąć czasu i obiecał sobie nie płakać nad rozlanym mlekiem. Doyle podszedł bliżej do kobiety i zaczął obwąchiwać okolicę, jak to miał w zwyczaju. Rozglądał się na lewo i prawo co rusz zbliżając nos do ziemi aż w końcu dotarł do jeziora gdzie ugasił pragnienie. Kiedy uścisnęła jego rękę i wypowiedziała swoje imię i nazwisko, znieruchomiał. Trzymał jeszcze przez chwilę jej dłoń w swojej aż zrobiło się nieco niezręcznie. Rudowłosa cofnęła rękę spoglądając przy tym na psa.
    -Mina? – powtórzył z niedowierzaniem o otworzył szerzej powieki. Na jego twarz w ciągu ułamku sekundy pojawił się uśmiech.
    -To niemożliwe, nieprawdopodobne. - powiedział po krótkiej chwili. W jego oczach mogła dostrzec zaskoczenie pomieszane z radością. Trzymała go na dystans a on dostosował się do jej nastawienia, tylko dlatego nie porwał jej teraz w ramiona. A może czuł, że coś jest w tym wszystkim nie tak? Jakiś głos w głowie podpowiadał mu, że ta historia nie jest taka wspaniała, jak mu się wydaje.
    -W życiu jeszcze nie przydarzyło mi się coś tak niespodziewanego.-

    OdpowiedzUsuń
  38. Długo się nie widzieli i rozstali się w nienajlepszej atmosferze, mimo to, nie sądził aby miało to jakikolwiek związek z zachowaniem kobiety w tej chwili. Mina z czasów kiedy ją pamiętał zdecydowanie różniła się od tej, która stała teraz naprzeciw niego. Nie mógł powiedzieć, czy była to jej lepsza, czy gorsza wersja. Była po prostu inna a on był przekonany, że za tą zmianą kryje się jakaś historia i za pewne nie stanowi ona miłego wspomnienia. Potrafił to rozpoznawać. Gesty, zachowanie, sposób komunikowania się. To wszystko przemawiało za nią i pozwalało mu choć w małym stopniu zrozumieć co tu się dzieje. Ucieszył się na jej widok, ale jego twarz przybrała teraz zatroskany wyraz, nie potrafił nad tym zapanować. Nie chciał wprawić jej w zakłopotanie, z drugiej strony nie chciał jej zostawiać. Nie mógłby już zapomnieć o tym spotkaniu. To było po prostu niemożliwe.
    -W lokalnej gazecie? – powtórzył zachowując w miarę możliwości neutralny ton. Podszedł bliżej jeziora i wrzucił do wody mały kamyk. Zanim zatonął kilka razy odbił się od tafli.
    -Od dawna? – znów na nią spojrzał, ale ona nie wyglądała na zainteresowaną rozmową. W tej właśnie chwili zrobiła zdjęcie psu, który do połowy pokryty był brunatnym błotem.
    -Nie wygląda chyba dzisiaj zbyt korzystnie.- dodał lekko się uśmiechając.
    -Proszę.- nie miał nic przeciwko temu, by fotografowała Doyla, zdziwił się, że w ogóle mogła tak pomyśleć, zapytać o to. Cała ta sprawa wydawała mu się coraz bardziej podejrzana a na język cisnęło mu się wiele pytań, które zatrzymywał jednak dla siebie. W oddali dało się słyszeć przeciągłe grzmoty, które rozchodziły się echem po lesie.
    -Zanosi się na deszcz. – zauważył w końcu przerywając kolejną chwilę milczenia. Dziewczyna oderwała się od aparatu.
    -Pozwolisz, że potowarzyszę Ci w drodze powrotnej do miasta? Wolałbym mieć pewność, że będziesz bezpieczna kiedy pogoda się załamie.- powiedział zdecydowanie.

    OdpowiedzUsuń
  39. Wieczorne spacery należały do codzienności Christiana. Prawie zawsze o dwudziestej Ramsay i Amazon stali przy drzwiach merdając ogonami i czekając, aż im założy obrożę i smycz. A potem ciągnęli w ich ulubione miejsca w Mount Cartier. W zasadzie z tymi miejscami było śmiesznie, bo oboje lubili inne. W cieplejsze dni zabierał je nad jezioro, gdzie zazwyczaj zażywali ochładzających kąpieli, jednak teraz Chris wolał nie ryzykować tym, że wskoczą mu do wody. Jak na razie było zdecydowanie za zimno na takie zabawy. Do lasu też się wolał nie zbliżać. Zwłaszcza wieczorem, kiedy w zasadzie wszystko było możliwe. A nie uśmiechało mu się spotkanie z niedźwiedziem. Zdecydowanie tego wolał uniknąć. Zresztą chyba jak każdy mieszkaniec Mount Cartier.
    Chodził z nimi teraz w znane i bezpieczne miejsca. Trzymał jednak psy blisko siebie. Zrobiło się już ciemno, a on nie miał ze sobą żadnej latarki, której mógłby użyć, gdyby psy nagle uciekły. Wzroku nie miał szczególnie dobrego. Czasem się zdarzało, że potrzebował założyć okulary, które zresztą i tak nosił. Najczęściej podczas czytania czy oglądania filmów. Albo podczas pracy, kiedy czuł, że ich potrzebuje. Zawsze były w pobliżu, gdyby była potrzeba. Uznał teraz, że na zwykły spacer nie są mu potrzebne. W końcu po co miałby je zakładać skoro nie ma takiej potrzeby? Na pewno nie spodziewał się tego, że psy nagle przestaną się go słuchać. A raczej Amazon, który uznał, że wie lepiej. To od zawsze on dominował i wiadomo było, że jest na górze z całego towarzystwa Ramsay za to wesoło podążał za swoim starszym kolegą i robił to co on. Co często bawiło Christiana, a czasem irytowało. Zawsze ich porównywał wtedy do rodzeństwa i małego dziecka, które naśladuje swojego starszego brata we wszystkim co robi. Chociaż oboje byli już dorosłymi psami to potrafili się czasem zachowywać jak takie nastolatki.
    Teraz nie było inaczej. Przez całą drogę się bawili, szczekali na siebie nawzajem i nawet podgryzali, ale w tych docinkach nie można było dostrzec żadnych oznak złości. Zwyczajne, psie przekomarzanie się, które u tej dwójki występowało niemal codziennie. Ktoś, kto nie znał jego psów, mógłby uznać, że się zaraz pozabijają. A prawda była taka, że jedno drugiego nie dałoby skrzywdzić. Christian mógł się tylko cieszyć, że jego zwierzaki tak się akceptują. Może czasem zdarzały się gorsze dni i cała trójka trzymała się z daleka od siebie, ale zazwyczaj żyć bez siebie nie mogły.
    Tego wieczoru Amazon był wyjątkowo niespokojny. Ciągle ciągnął przed siebie i wyraźnie widać po nim było, że chciał sobie pobiegać. I Chris nie miałby nic przeciwko, gdyby nie to, że znajdowali się już dalej od miasteczka, było ciemno. Zwyczajnie wolał nie ryzykować.
    Jednak jak zawsze coś musiało pójść nie po jego myśli. W pewnym momencie rudy szarpnął tak mocno. Chris mimo całej swojej siły nie dał rady go utrzymać i w następnej chwili patrzył tylko jak biegnie przed siebie razem ze smyczą i niedługo później znika całkiem z oczu.
    Minęła chwila zanim ogarnął, że powinien za nim pobiec. Najpierw krzyknął, a potem z Ramasyem u boku rozpoczął bieg.

    [Przepraszam za to okrutne opóźnienie. ;_; Zanik weny, a kiedy już się pojawił starczyło ledwo na jeden/dwa odpisy i znikała. :( Mam nadzieję, że nie odstraszyła Cię ta przerwa i nadal masz ochotę na wątek. Jeszcze raz przepraszam.]
    Christian

    OdpowiedzUsuń
  40. -Dobrze, że chociaż on.- zażartował odwracając się w jej stronę. W lewej dłoni obracał wysuszone źdźbło trawy, które ostatecznie rzucił na ziemię. Patrzył na nią przez chwilę i nie wiedział co ma powiedzieć, czy też zrobić. Mina nie była tą samą osobą, to pewne. Wyglądało na to, że zaczynają od początku, tym razem na wyższym poziomie trudności. Złapanie dobrych relacji z wesołą i wygadaną dziewczyną nie stanowiło dla niego problemu, ale ta zamknięta w sobie i małomówna wersja rudowłosej nie była już taka skora do zawierania czy też odświeżania starych znajomości.
    -Może przejdzie….- westchnął tylko. Pokiwał głową zaciskając usta w wąską linię. Zadarł głowę do góry i przez chwilę obserwował chmury. Były gęste, ciemno szare i ciężkie. Kłębiły się i sunęły powoli po niebie. Owszem, dało się odczuć kilka silniejszych podmuchów wiatru, ale nie wyglądało na to, by dzięki niemu miało się wypogodzić. Wręcz przeciwnie. Nie mógł jednak wymagać od Miny by w choć w małym stopniu znała się na przewidywaniu pogody, zwłaszcza w tym miejscu. Być może w innej strefie klimatycznej taki wiatr przepędziłby deszczowe chmury, ale wiara w taki finał dnia była naiwna biorąc pod uwagę miejsce w którym się znajdowali.
    Ostatecznie dał za wygraną, choć zrobił to bardzo niechętnie. Nie mógł jej jednak zmusić do swojego towarzystwa ani do tego, by zawróciła z górskiej ścieżki. Mógłby jej pomóc tylko wtedy, jeśli sama by tego chciała. Sięgnął więc dłonią do wewnętrznej strony kurtki i wyciągnął z niej poskładaną kartkę. Rozłożył ją i wyprostował a potem przez chwilę wpatrywał się w treść. Z drugiej kieszeni wyjął mały skurzany pokrowiec. Otworzył go a zawartość w postaci kompasu ułożył odpowiednio na mapie.
    -Gdyby jednak wiatr nie rozwiał chmur…- zaczął podchodząc do niej bliżej. Była wyraźnie zaskoczona i zapewne gdyby nie strumień odsunęła by się od niego na bezpieczną odległość. To było jednak niemożliwe. Stanął więc obok niej i wyciągnął przed siebie mapę.
    -Jesteś tutaj.- wskazał palcem na miejsce obok niewielkiego strumienia.
    -Na tej samej wysokości, na północny wschód stąd jest schronisko. – najpierw wskazał jej kierunek na kompasie, potem machnięciem ręki wskazał go w terenie a następnie palcem po mapie wykreślił niedługą linię.
    -Droga jest prosta, to jakiś kilometr stąd. – była tak zaskoczona, że nie protestowała kiedy wcisnął jej w dłonie fanty. Jack klepną otwartą dłonią w udo przywołując do siebie psa.
    -Uważaj na siebie.- powiedział tylko zanim się oddalił.

    OdpowiedzUsuń
  41. [ To widzę, że obie mamy słabość do rudzielców ;) I oczywiście ja i Mels chętnie pokusimy się o wątek z Miną :D Tym bardziej, że z nas duże dzieci, którym najbardziej zależy na radości ludzi dookoła XD Martha nie mogłaby znieść pochmurnej panienki Wilson ;)
    Masz ochotę na jakiś konkretny wątek, czy kombinujemy? :> ]

    M.M.Jones

    OdpowiedzUsuń
  42. Niechętnie zostawił Minę samą w środku lasu, niemniej jednak nie mógł w żaden sposób zmusić jej, by poszła razem z nim. Prawdę mówiąc, panna Wilson, ta którą znał wcześniej, nie zastanawiałaby się długo nad tym, czy spędzić razem z nim wieczór. Pamiętał dobrze, że mieli do siebie cholerną słabość ale nie chodziło tylko i wyłącznie o pociąg fizyczny. Potrafili przegadać ze sobą całe długie godziny i nie mieli siebie dość. Jack czuł, że łączy ich dziwna, niepowtarzalna więź. Poznali się jednak stosunkowo późno. Życie osobiste Jack’a było poukładane a on sam nie dążył do jakichkolwiek zmian. Miał narzeczoną, kobietę z którą naprawdę chciał spędzić resztę życia. Ich związek był bardzo poważny i wiązał z nim dalekosiężne plany. Sam nie wiedział co strzeliło mu do głowy kiedy zbliżył się do Miny tak bardzo, że nie było już odwrotu. Gdyby Nadine dowiedziała się o tym, co zrobił, nie chciałaby go więcej znać. Właśnie dlatego zgodził się na zerwanie kontaktu z Miną. Przyznał jej rację, ta relacja nie miała racji bytu. Oni on ani Ruda nie wiązali ze sobą planów na przyszłość, łatwo więc mogli o sobie zapomnieć. Teraz jednak zachowywali się jak obcy sobie ludzie i było to wręcz nienaturalne. Bardzo mu to ciążyło. Być może dlatego tak szybko dał za wygraną i odszedł. Musiał poukładać sobie to wszystko w głowie. Spotkanie Miny w tym właśnie miejscu wydawało mi się nieprawdopodobne, ale jeszcze bardziej nieprawdopodobna wydawała mu się przemiana, jaką dziewczyna przeszła. Co się stało, że z tak wesołej i promiennej dziewczyny stała się cieniem siebie? Na to pytanie nie potrafił znaleźć odpowiedzi ale obiecał sobie, że kiedy tylko nadarzy się taka okazja poszpera w informacjach. Miał nadzieję, że dowie się czegoś więcej.
    Czas na posterunku dłużył mu się niemiłosiernie. Doyle z kolei uciął sobie długą drzemkę i tylko czasami podnosił łebek do góry aby sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Jack próbował połączyć się z Internetem choć dobrze wiedział, że w tym miejscu jest to niemożliwe. W końcu dał za wygraną. Przyniósł z małej komórki kilka drewien w koszyku i dołożył je do kominka. Ogień ogrzewał i rozświetlał całe pomieszczenie. Tak jak się spodziewał, wiatr wzmagał się z minuty na minutę. Targał gałęziami, podrywał do góry liście z ziemi. Nie musiał czekać długo aż ciężkie krople deszcz uderzyły o szybę. Wyrwany ze snu pies podniósł się do pozycji siedzącej, a potem poczłapał w drugi kąt pokoju, by napić się wody. W pewnym momencie postawił uczy i znieruchomiał, by po chwili szczeknąć w stronę drzwi. Te w chwilę później otworzyły się z głośnym łoskotem. Do środka wpadła przemoczona do suchej nitki kobieta a razem z nią zimny podmuch wiatru. Jack z jednej strony miał nadzieję, że Mina zdecyduje się tu przyjść. Z drugiej strony wiedział, że lepiej byłby gdyby usłuchała jego porad i udała się do domu. Była uparta, to akurat się w niej nie zmieniło.
    -Mina?! – poderwał się z miejsca i podbiegł do niej. Najpierw mocnym pociągnięciem zamknął za nią drzwi a potem podał jej rękę i pomógł wstać.
    -Wszystko w porządku? Dziewczyno, jesteś cała przemoczona i przemarznięta. – ocenił szybko. Schronisko było przygotowane na takie sytuacje, dlatego już chwilę później dziewczyna trzymała w ręku ręcznik, gruby sweter, getry i wełniane skarpety.
    -Tam jest łazienka.- wskazał na drzwi po drugiej stronie pomieszczenia a sam zabrał się za przygotowanie rozgrzewającej herbaty.

    OdpowiedzUsuń
  43. [Przeczytałam obie karty i muszę przyznać, że ta Miny naprawdę mnie zaintrygowała, wbiła w fotel. To straszne, co ją spotkało. Na początku pomyślałam, że Mina z Alexandrem lepiej się dopasują i to dalej jest prawda. Morrison ma z reguły przyjazne usposobienie, stara się nawiązywać kontakty, żeby nie siedzieć sam, ale nie ufa tak łatwo. Kiedy trzeba potrafi pazur pokazać i porządnie na kogoś nawrzeszczeć, jak puszczą mu nerwy, a teraz to szczególnie jest wrażliwy, wiec jestem na 99% pewna, że jeżeli wzięłabym wątek z Mer, to by się pozabijali. Jedyne co, to byłby niezwykle życzliwy dla jej córeczki. Sama nie wiem, która pani byłaby lepsza ;-;]

    Alexander Morrison

    OdpowiedzUsuń
  44. Kiedy dziewczyna zniknęła w łazience zabrał się za przygotowanie rozgrzewającego napoju, który w takich chwilach był po prostu nieoceniony. Zaparzył więc dla niej aromatyczną herbatę z rozgrzewającymi dodatkami, wytwarzaną przez mieszkankę Mount Cartier i jego sąsiadkę w jednym. Zapach w mgnieniu oka wypełnił pomieszczenie i już on sam sprawiał, że robiło się jakoś cieplej. Doyle cały czas plątał się obok jego nogi i przyglądał z zaciekawieniem na to, co robi. Jack ustawił kubek na małym stoliku obok kominka i nasypał psu do miski trochę karmy. Pies zaczął pałaszować merdając ogonem. Był wyraźnie zadowolony, czego nie można było powiedzieć o Jack’u. Od momentu pojawienia się w schronisku Miny czuł się nieswojo. Spotkanie w lesie zrobiło na nim ogromne wrażenie, sam jego przebieg był odbiegał mocno od tego, czego mógł się spodziewać i teraz nie do końca wiedział jak powinien się wobec kobiety zachowywać. Czuł, że przed nim kilka niełatwych godzin w jej towarzystwie. Mimo to gdzieś w środku żywił nadzieję ku temu, że się dogadają, że Mina się przełamie i… Właśnie. I będzie jak zwykle? Jak dawniej? Odetchnął głęboko jakby miało mu to pomóc w trzeźwym spojrzeniu na całą sytuację. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk otwieranych drzwi łazienki i jej głos.
    Odwrócił się w jej stronę a potem spojrzał za okno. Deszcz padał z taką intensywnością, że ciężko było cokolwiek dostrzec przez szybę. Mina nie była wyjątkiem, nie tylko ona go nie posłuchała. Właściwie gdyby ludzie poważnie traktowali to, co im mówi, nie musiałby przeprowadzać połowy wszystkich akcji ratunkowych w górach. Większość przyjezdnych jednak nie traktuje poważnie gór Cartiera. Nie przyjmują do wiadomości tego, że Północ Kanady rządzi się nieco innymi prawami. Tutaj do lasu i gór należy mieć szacunek. Trzeba obserwować naturę, wsłuchiwać się w nią i podporządkowywać jej zmiennym nastrojom.
    -Nigdy nie przechodzą bokiem.- posłał jej ciepły uśmiech. Nie miał jej przecież tego za złe. Zakładał, że następnym razem w takiej sytuacji nie będzie się już upierać przy swoim. Góry Cartiera były rozległe, wysokie i ułożone w taki sposób, że stanowiły swoisty tunel. Jeśli w okolicy zaplątywała się jakaś ciężka chmura, zawsze przechodziła właśnie tędy. Wystarczyło zresztą porównać ilość dni słonecznych i deszczowych, które w ciągu roku występowały w Mount Cartier i wszystko stawało się jasne.
    -Tylko herbata.- wskazał na mały stolik obok kominka. Nie śmiałby proponować jej alkoholu po tym, jaki dystans wykazywała w stosunku do niego. Nie chciał przecież, by odebrała jego intencje i zamiary niewłaściwie.
    -Ale jeśli tylko masz ochotę, przygotuję najlepszego grzańca, jakiego kiedykolwiek piłaś. Jestem w tym mistrzem. – zażartował

    OdpowiedzUsuń
  45. [ Martha zdecydowanie lubi mocne wrażenia. Ona nie umie usiedzieć spokojnie i wciąż pakuje się w kłopoty, więc mogłoby wyjść ciekawie. Powiadasz, że Mina często gubi się w lesie...Myślę, że Martha też byłaby do tego zdolna. Może Mina przyłapałaby ją, gdy ta stałaby jak zahipnotyzowana nad jeziorem i nagle, mimo chłodnej pogody, porzuciła by część ubrań i skoczyła do wody? Dla Twojej pani mogło to by być trochę drastyczne, a moja oczywiście świetnie by się bawiła. No a potem miałyby kłopot z powrotem prosto do domów, bo ten las taki duży i ciemny i nie wiadomo gdzie iść ;)
    Szczerze powiedziawszy, to nie wiem, jak jeszcze można by to rozwinąć... Może tobie coś wpadło do głowy? ]

    martha melody jones

    OdpowiedzUsuń
  46. Wezwania były różne. Od kota, który utknął na drzewie, a według Ethana zwyczajnie wolał odpocząć od właściciela, bo skoro wlazł to zejdzie, po prawdziwe wyzwania. Tak było też tego dnia. Wszyscy byli w remizie i nikt nie spodziewał się tego, że nagle dostaną wezwanie do pożaru w Mount Cartier. Ethan pamiętał, że mieli się zająć drzewami, które po ostatniej burzy mogły stwarzać zagrożenie i upewnić się, że nie będą się łamać i nikomu na głowę się nie zwalą. Ale jak widać drzewa musiały poczekać. W kilka chwil cała grupa była gotowa. Zanim się obejrzał byli już w drodze na miejsce.
    Na miejscu okazało się, że nie jest tak groźnie jak się wydawało. Mimo to, gdyby zwlekali chociaż trochę na pewno byłoby o wiele gorzej. Szkody na pewno są spore, jednak nie tak bardzo gdyby ogień się rozprzestrzenił i zniszczył wszystko co napotka jego drogę. Ethan został przydzielony do tego, aby trzymać ludzi z daleka od hotelu. Było wielu gapiów, którzy tylko chcieli wiedzieć co takiego się wydarzyło, znać jak najwięcej szczegółów. Słychać tylko było jak krzyczy, aby wszyscy trzymali się z daleka i nie przekraczali wyznaczonej granicy. Niby się słuchali, ale tak naprawdę przeszkadzali też przy pracy. Nie dość, że strażacy musieli uważać na siebie to jeszcze i na ludzi, którzy byli dookoła. A większość z nich chciała się dostać jeszcze bliżej.
    Ethan dopiero po chwili zauważył kobietę pod budynkiem. W pierwszej chwili miał wrażenie, że ją zna i zamierzał już krzyknąć do niej po imieniu, ale zaraz okazało się, że to wcale nie jest jego przyjaciółka z dzieciństwa. W kilku krokach znalazł się przy kobiecie. Od razu chwycił ją za łokieć, aby odciągnąć od budynku.
    - Przepraszam, ale nie może pani tu być – powiedział – proszę stanąć razem z innymi. Nie jest tu teraz bezpiecznie – dodał ciągnąc ją w stronę, gdzie stali inni ludzie.

    [Jest też i Ethan. Przepraszam znowu, że długo i tym razem krótko. Rozkręcę się przy następnych odpisach, a Chrisa podeślę już jutro. :)]
    Ethan

    OdpowiedzUsuń
  47. Może powinien spodziewać się tego, że w końcu Amazon nie wytrzyma i będzie chciał pobiegać jak zwykle. I na pewno by go puścił, gdyby nie późna godzina. Przez jakiś czas go nawoływał, ale to się zwyczajnie okazało zbędne. Gdyby był w okolicy pewnie już by zawrócił, albo on by go usłyszał i mógł namierzyć. Przy obroży miał zawieszkę z jego danymi, więc raczej nie powinno być problemu z tym, aby go potem odnaleźć, gdyby jakaś dobra dusza na niego natrafiła. Bardziej martwił się tym kogo na swojej drodze pies może spotkać. Wiedział, że w okolicach miasteczka roiło się od przyjaznych misi i to właśnie one najbardziej niepokoiły Christiana. Wolał myśleć, że pies po prostu wróci do domu. Znał drogę do domu. Hemingway przekonywał się, że zwyczajnie tak zawróci. W miasteczku na pewno na kogoś trafi, a że prawie wszyscy znali Chrisa, jako weterynarz jedyny w okolicy był znany wszystkim, którzy posiadali zwierzęta. I raczej jego gromadka też była znajoma ludziom w Mount Cartier. Miał tak naprawdę nadzieję, że pies na kogoś trafi kto to przyprowadzi do domu, albo chociaż zajmie się nim na noc, a za dnia Chris zajmie się poszukiwaniami psa. Teraz i tak niewiele będzie mógł zrobić. Jeżeli pobiegł gdzieś w las za dnia będzie lepiej szukać, chociaż dobrze byłoby rozpocząć szukanie Amazona od teraz, ale co zrobi bez dobrego oświetlenia? Jeszcze tego brakowało, aby sam się przypadkiem w tym lesie nie zgubił.
    Jeszcze przez jakiś czas chodził po znajomych sobie i psom miejscach, ale nigdzie nie było nawet śladu Amazona. Poza szczekaniem Ramsaya i zwierzątkami, które się płoszyły nie było też słychać drugiego psa. Najwyraźniej musiał uciec dalej, niż z początku sądził Christian. Trochę się martwił tym, że pies może już do domu nie wrócić. Chyba każdy właściciel tak naprawdę martwił się o swojego podopiecznego, kiedy nagle mu znikał. Próbował być dobrej myśli i nie zatruwać się czarnymi myślami. Łatwo było jednak powiedzieć, a trudniej znacznie zrobić.
    Minęło trochę czasu, kiedy uznał, że w końcu trzeba sobie dać spokój i wracać do domu. Zarówno on jak i Ramsay byli już zmęczeni poszukiwaniami Amazona. Szli wolno, w razie jakby gdzieś przyuważył psa. Rozglądał się też cały czas dookoła, jakby miał gdzieś być, ale wcale się na to nie zanosiło.
    Byli już przy wejściu do miasteczka, kiedy albo mu się wydawało, że zauważył znajomą rudą sierść. Nie przypominał sobie, aby ktokolwiek inny w miasteczku miał psa o podobnej sierści, więc odpowiedź mogła być tylko jedna. Ale też nie pamiętał wszystkich psów, ani ich właścicieli. Możliwe, że ktoś sobie sprawił nowego, ale... Im bliżej podchodził tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że spokojnie stojący zwierz to jego zguba.
    - Amazon! - zawołał. Ramsay też dał o sobie znać chwilę później i dołączył do niego rudzielec, który na widok przyjaciela i właściciela zaczął wesoło merdać ogonem i cieszyć się na ich widok. Christian odetchnął wyraźnie z ulgą. Nie dość, że go odzyskał to jeszcze był cały i zdrowy.
    - Przepraszam bardzo za niego – zwrócił się do kobiety, której chyba nie miał okazji poznać wcześniej – nie sądziłem, że mi ucieknie. Nie narobił żadnych szkód? - zapytał. Znając swojego psa ten mógł po kobiecie poskakać czy nawet złapać zębami za rękę, co zawsze było oznaką chęci do zabawy. Nigdy nie zacisnął zębów tak, aby zostawić jakiś ślad.

    Christian

    OdpowiedzUsuń
  48. Alex uczył się fachu praktycznie od małego. Już za dzieciaka przyglądał się, jak jego ojciec stawia w Mount Cartier drewniane domki. Fascynowało go to, że posiadał umiejętność tworzenia czegoś tak niesamowitego jak ludzki azyl. Budował ludziom schrony, w których ani deszcz, ani śnieg, ani wiatr nie będą w stanie zrobić im krzywdy. Morrison chciał być taki jak Arthur. Po drodze jego marzenia ewoluowały, by po latach powrócić do swojego pierwotnego kształtu. W tej małej mieścinie nie miał zbyt dużego wyboru, jeśli chodzi o ścieżkę kariery, ale tego właśnie teraz przede wszystkim potrzebował - rutyna , stabilizacja , spokój . Gwar i zgrzyt monumentalnej aglomeracji były ostatnim, czego pragnął. Szczególnie po tym, co się stało. Myślał, że uciekając do Mount Cartier, ucieknie też od trosk. Zupełnie tak jakby te były przypisane do miejsca, a nie do człowieka. Jednak przecież świat tak nie działa, prawda? Wobec tego skakał z radości, kiedy usłyszał, że dane mu będzie odrestaurować jeden ze starych budynków. Zajęcie się pracą może zdoła coś pomóc. Westchnął ciężko, spoglądając na oprawione w ramkę zdjęcie. Uśmiechnął się blado i zaraz szybko odwrócił wzrok.
    - Nie teraz, Alex, nie teraz - szepnął, zaciskając pięści.
    Wciągnął na siebie robocze ubranie i udał się w odpowiednie miejsce. Zilustrował budynek okiem fachowca. Robił to każdego dnia, kiedy tu przychodził. Prace trwały już od ponad tygodnia. Wszystko wykonywał sam, powoli, lecz sukcesywnie. Jedynie gdy niezbędna była więcej niż jedna para rąk, prosił dawnych znajomych o pomoc. Domek nie należał do monumentalnych, a raczej tych mikroskopijnych - idealnych dla jednej, góra dwóch osób, jeśli już ktoś by się uparł. Włożył na głowę kask. Dzisiaj przyszło mu zająć się wylewką w środku. Rozejrzał się, zastanawiając, czy na pewno niczego nie zapomniał. Omiótł uważnym spojrzeniem kupkę z potrzebnymi rzeczami. Zmarszczył brwi, po czym puknął się w głowę. Wiadro . Banalny przedmiot, a jednak tego dnia niezbędny. Musiał się wrócić, bo cóż innego mu pozostało. Nie zdawał sobie zupełnie sprawy z tego, że z drugiej strony domku w niewielkiej wnęce rozgościli się nieproszeni lokatorzy w postaci uroczej rodziny szopów. Nie wiedział też, że na teren budowy, który w zasadzie był zamknięty dla innych mieszkańców ze względów bezpieczeństwa, postanowi wyciągnąć ktoś, kogo nie powinno tam być. Zanim jednak się ulotnił, podszedł do krawędzi wzniesienia, na którym stał domek. Roztaczał się z niego tak niesamowity widok, że zapierał dech w piersiach. Można było zapomnieć o całym świecie. Za to właśnie kochał to miasto. Unikalna przyroda sprawiała, że Mount Cartier stawało się dla niego istnym rajem. Z każdą chwilą nabierał przekonania, że być może tutaj znajdowała się przed wiekami biblijna idylla Adama i Ewy albo choćby jej część, którą Stwórca oddał do użytku grzesznikom, by mogli posmakować ideału. Po chwili ogarnęła go jednak nostalgia. Był tu sam, zupełnie sam, a to wszystko mogło zakończyć się przecież inaczej. Los bywa okrutny, zbyt okrutny. Odcisnął ślad w duszy Alexandra, który być może nigdy stamtąd nie zniknie. Wziął głęboki oddech i przez chwilę pozwalał, by podmuchy wiatru otulały jego twarz niczym jedwab. Nagle do jego uszu dopadł dziwny dźwięk. Zmarszczył brwi. Przecież to brzmi jakby ktoś... robił zdjęcia! pomyślał z przerażeniem. Po cichu zakradł się podążając za tym ledwo słyszalnym hałasem. Dostrzegł drobną, rudowłosą postać z aparatem fotograficznym. Otworzył oczy szeroko ze zdziwienia.
    - Przepraszam - odchrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę. - Czego pani tutaj szuka? - zapytał, zupełnie nie zwracając uwagi na uroczą rodzinę szopów, która znajdowała się wcale nie tak daleko od niego.

    [Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku i nic nie popsułam. Wybacz, że musiałaś tyle czekać, ale zapalenie gardła skutecznie odebrało mi umiejętności pisania :/]
    Alexander Morrison

    OdpowiedzUsuń
  49. Przechwycił od kobiety aparat i włączywszy go, przeleciał tylko kilka pierwszych zdjęć, które dobrze prezentowały twarz i posturę kłusownika. Resztą zajmie się już policja, dlatego wyłączywszy aparat, wyciągnął kartę pamięci, oddając sprzęt kobiecie.
    — Może pani ze mną? — Dopytawszy, z powrotem uchylił drzwi, wracając do przesłuchującego go chwilę temu policjanta. Podejrzewał, że funkcjonariusz będzie chciał podpytać kobietę o jakieś szczegóły, a ponieważ była w jakimś stopniu świadkiem, na pewno spisze jej dane i zabezpieczy przekazany materiał.
    Wchodząc zatem do biura, wytłumaczył policjantowi co znajduje się na karcie pamięci i kim jest kobieta. Starszy mężczyzna wskazał tej dwójce miejsca przed biurkiem i wsunął kartę do czytnika, po czym przerzucił zdjęcia na komputer.
    — Poproszę pani imię i nazwisko. Może pani pokrótce opisać to, co widziała — policjant zwrócił się z prośbą w kierunku kobiety, chwyciwszy długopis, którym od razu nabazgrał coś w notesie. Jego głos brzmiał łagodnie, a w kącikach ust chował się sympatyczny uśmiech.
    Ferran zajął jedno z krzeseł przy biurku. Zarówno on, jak i policjant, zdawali już sobie sprawę, że rudowłosa nie będzie mogła opisać niczego więcej, niż leśnego pościgu, jednak spisanie zeznań leżało w obowiązkach mundurowego. Nawet, jeśli miałyby to być zaledwie dwa zdania. Choć istniało prawdopodobieństwo, że kobieta natknęła się już kiedyś na tego faceta – wszystko było możliwego, dlatego nikt niczego nie wykluczał.
    Po chwili, karta pamięci wróciła z powrotem do Miny.
    — Jak sprawa dobiegnie końca, na pewno zostaną państwo poinformowani — poinformował, posyłając Minie i Ferranowi krótki uśmiech.
    Trudno powiedzieć, jak długo mogła wlec się ta sprawa, ale najważniejsze, że kłusownik został w końcu ujarzmiony.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  50. Uśmiechnął się lekko zmieszany podając jej kubek z parującą, mocno aromatyczną cieczą. W tej chwili spotkali się spojrzeniami ale Ruda szybko odwróciła wzrok.
    -Ta herbata to miejscowa specjalność. – zarekomendował. Pogładził psa po głowie i sam zabrał z blatu dokładnie taki sam rozgrzewający napój, który przygotował również dla siebie. Co prawda nie przemókł i nie zmarzł tak, jak dziewczyna, ale już sam widok za oknem przyprawiał go o nieprzyjemny dreszcz. Doyle leniwym krokiem przeszedł na drugi koniec pomieszczenie i wyciągnął się wygodnie na swoim posłaniu, aby po chwili zapaść w sen. Czas zatrzymał się w miejscu. Deszcz bębnił w szyby, wiatr głośno huczał i wydawało się, że wziął sobie za cel porwanie schroniska gdzieś w siną dal. Drzewa uginały się przy każdym podmuchu. Gdzieś wysoko, ponad warstwą burzowych chmur, słońce chyliło się ku zachodowi. Z minuty na minutę robiło się coraz bardziej szaro i ciemno. Co jakiś czas za oknem widać było jasne rozbłyski, poprzez które burza przypominała o swojej obecności. Towarzyszyły im przeciągłe grzmoty, rozchodzące się głuchym echem.
    -Mój.- przytaknął wyrwany z zamyślenia. Odstawił na chwilę kubek z herbatą na blat i wrzucił do kominka kilka dodatkowych drewien, by bardziej rozniecić ogień.
    -W Afganistanie wyciągnąłem go z płonącego budynku. Był wtedy małym szczeniakiem.- spojrzał przelotnie na psa, który swoim rozmiarem dawno już przestał przypominać tego małego szczurka.
    -Nie miałem serca zostawiać go samego, więc zamieszkał w bazie.- pies miał dla niego szczególne znaczenie, bo podczas tej akcji ratunkowej z budynku nie udało mu się uratować jednego ze swoich kumpli. Być może zwierze pomogło mu w jakiś sposób uporać się z tą stratą. Choć regulamin tego zakazywał jakimś cudem udało mu się postawić na swoim i pies dostał pozwolenie na pozostanie razem z nim. W wolnych chwilach Jack szkolił psa i być może tylko dlatego tam nie zwariował. Po roku Doyle był zdolny do pomocy podczas patroli, potrafił swoim psim nosem wywąchać głęboko ukryte materiały wybuchowe i nie raz ocalił im tyłki. Kiedy Jack został zawieszony zabrał go ze sobą.
    -A potem musiałem zabrać go ze sobą tutaj. Wygląda na to, że jesteśmy na siebie skazani. - Doyle w Mount Cartier odnajdował się znacznie lepiej niż jego człowiek. Nie doskwierało mu tu prażące słońce, w misce woda zawsze była zimna. Nie było tu wszędobylskiego kurzu. Mógł zapomnieć nawet czym były odgłosy wojny, ciągłe wybuchy czy wystrzały. Częściej wpadał na trop zająca niż siarki a jak dobrze się postarał, zawsze był w stanie upolować jakiś dobry kąsek. Dziczyzna zdecydowanie była jego psim przysmakiem. Jack jeszcze nie nauczył się doceniać tych wszystkich prostych i przyziemnych spraw. Był w końcu tylko człowiekiem. Najbardziej niedoskonałą istotą ze wszystkich na świecie. Wciąż jeszcze wracał myślami do przeszłości, nie mógł się pozbyć demonów, które nawiedzały go co noc. Dotychczasowe życie ciągnęło się za nim i nie dawało mu spokoju, a chęć powrotu do poprzedniego życia była niewyobrażalna.

    OdpowiedzUsuń
  51. Przesłuchanie nie trwało długo. Kobieta faktycznie nie mogła za wiele opowiedzieć, zważywszy na to, że jej obecność w lesie to czyste zrządzenie losu. Niemniej, posterunkowy zapisał wszystko to, co trzeba, a po chwili mogli opuścić komisariat i udać się w swoje strony. Ferran ostatecznie dopiął swego – kłusownik został schwytany, a to w tym momencie było najważniejsze. Las był bezpieczny, zwierzęta i spacerujący nim wieczorem ludzie również, także leśniczy mógł spać spokojnie i odpuścić sobie wczesne wstawanie, by zebrać się do pościgu.
    Wyszedł z biura chwilę za kobietą, zamykając za nimi drzwi. Usłyszawszy jej pytanie, na moment się uśmiechnął.
    — Wszystko możliwe — rzekłszy wzruszył ramionami, nie mógł bowiem jej tego zagwarantować. Oczywiście także sobie żartował, bo sadzonki mogły zostać co najwyżej skradzione przez kogoś z okolicy, choć takie sytuacje nie miały miejsca. Ludzie mieli tutaj wystarczająco dużo mniejszych i większych drzewek, bo dookoła rosło ich całe mnóstwo. Na co komu więc taka sadzonka.
    — Dziękuję za pomoc. W ramach rekompensaty za fatygę tutaj, mogę docelowo wskazać pani miejsce z nowymi roślinami… Tym razem nie zboczymy już raczej z kursu.
    Niekoniecznie dziś, równie dobrze mógł zaprowadzić ją jutro, gdy słońce znów będzie górowało na niebie. Aktualnie chyliło się już ku zachodowi, ale jeśli jej obiektyw był w stanie uchwycić rośliny w dobrej ostrości i bez zbędnego ziarna, to nie miał nic przeciwko, by zaprowadzić tam kobietę, gdy tylko dotrą z Churchill do Mount Cartier.
    Wiedział, że nie każdy byłby skłonny maczać palce w tym pościgu. Na pewno wiele osób wolałoby umyć ręce, a na miejscu Miny usunąć także zdjęcia i zapomnieć o całej sprawie, dotyczącej leśnego kłusownika. Był jej więc w duchu wdzięczny za obecność w progach lasu, akurat w tych godzinach. Zdjęcia to z pewnością silny dowód na udowodnienie winy.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  52. W Mount Cartier trudno było wytrzymać i ni postradać przy tym zmysłów. Jack nie potrafił zrozumieć tych ludzi, którzy naprawdę cieszyli się z tego, że ich świat zamyka się w tych właśnie górach. Oni nie potrzebowali do szczęścia niczego więcej. Mina wyglądała mu na jedną z takich osób. Widział to wtedy nad jeziorem, kiedy wydawała się być na swoim miejscu i teraz w sposobie w jaki patrzyła za okno. W Mount Cartier było pochmurno i chłodno. Wszystko tonęło w szarej mgle. Wiosna, która pierwszymi promieniami słońca otula świat, tutaj raczej nie zagląda. Lato nigdy nie nadchodzi a przynamniej nie takie, jakie Jack zna. Przedział temperatur określić można słowami: bardzo zimno, zimno i niezbyt zimno. Twarze przechodniów są blade a ich nosy i policzki mocno zaróżowione. Wszyscy ubrani są w grube kożuchy i futrzane czapki. Dzieci nie cieszą się tutaj z pierwszego śniegu, lepienie bałwana i wojna na śnieżki po jakimś czasie im się znudziły. Można by pomyśleć, że pewnego dnia wyjadą stąd wszyscy Ci, którzy mogą a pozostali zostaną tu po wieki i miasteczko nie dalej niż w następnym stuleciu zniknie zapomniane pod grubą warstwą śnieżnego puchu.
    -Nie służę.- odparł krótko, może nawet zbyt wyraźnie dając jej do zrozumienia, że to nie jest dobry temat do rozmowy. Prawdę mówiąc, jej pytanie wywołało nieprzyjemny dreszcz, który przebiegł przez jego ciało. Zacisnął dłoń w pięść, jakby miało mu to w jakiś sposób ulżyć. Bo poza tymi, którzy wyjeżdżali z Mount Cartier na zawsze, byli też Ci, którym się to nie udawało. Którzy bardzo chcieli i dawali z siebie wszystko a to nie było wystarczające. Ci, których góry jakimś sposobem sprowadziła znów do wioski. I to właśnie te osoby cierpiały najbardziej, nie mogąc znaleźć ukojenia. Ktoś kto poznał wolność i ją stracił pragnie jej bardziej niż ktoś, kto o wolności tylko słyszał, kogo ta wolność przeraża. Podczas tej chwili milczenia pomyślał, że może trochę przesadził, ale nie przejął się tym na tyle, by ją przeprosić. W gruncie rzeczy nie powiedział niczego niestosownego.
    -To długa historia.- dodał po chwili uśmiechając się lekko. Robił dobrą minę do złej gry a był naprawdę kiepskim aktorem. Czy chciał mówić Minie w jaki sposób stracił wszystko to na co pracował przez ostatnich dziesięć lat? I tak czuł się wystarczająco przegrany, nie chciał by i ona patrzyła na niego z politowaniem.
    -Dziadek podupadł na zdrowiu, potrzebuje pomocy na co dzień.. - powiedział w końcu i przeklął się w myślach za to naginanie prawdy. Przecież Mount Cartier było małe, ludzie wiedzieli o sobie dosłownie wszystko. Kwestią czasu było to, kiedy i Mina dowie się o nim brudnej prawdy.
    -No i dom, wymaga generalnego remontu, bo tej zimy mógłby już nie przetrwać.- dodał z uśmiechem zupełnie tak, jakby to właśnie był główny powód jego powrotu. Że też nie potrafił czasem ugryźć się w język.
    -A Ty? – spojrzał na nią –Nie pamiętam abyś kiedykolwiek planowała ucieczkę z wielkiego świata do takiej dziczy. To naprawdę zaskakujące widzieć Cię tutaj. – może nie był mistrzem w zmianie tematu ale czym prędzej chciał skierować rozmowę na bezpieczniejsze dla niego tory.

    OdpowiedzUsuń
  53. To był wręcz idealny dzień. Na zewnątrz było wyjątkowo ciepło, a wiatr chyba odrobinę odpuścił. Martha naprawdę kochała taką pogodę. Wiatr szeptał jej wtedy słodko do ucha, podsuwał szalone pomysły, które czym prędzej musiała wykonać. Zawsze była mu posłuszna. Wiatrowi z Mount Cartier. To on podsuwał jej najlepsze pomysł na historie do spisania. Zwykle działo się to wieczorami, gdy samotnie przesiadywała na tarasie swojego domku otulona grubym kocem. Taki mały rytuał, który zapoczątkowała kiedyś z ojcem. Jeden wyjątkowy wieczór, który spędzili razem, a nie oddzielnie. Tyle wystarczyło, by Mels zaczęła praktykować to na co dzień z nadzieją, że może kiedyś ojciec znów usiądzie tuż obok.
    Otuliła szyję dzierganym szalikiem i ruszyła przed siebie. To był wręcz idealny dzień. Nie mogła go stracić. Skoro wiatr ciągnął ją do lasu, to posłusznie pomaszerowała w tamta właśnie stronę. Jeszcze zdąży wrócić na ganek i pogapić się w gwiazdy. Póki co to słońce gościło na niebie. Jones nie mogła odgonić od siebie wizji promieni błądzących po tafli górskiego jeziora. Po raz kolejny ciągnęło ją do wody. Pozostali mieszkańcy Mount Cartier czasami się o nią przez to martwili. Uparcie powtarzali, że się utopi, ze dozna szoku anafilaktycznego. Ona jednak za nic miała ich mądre rady i tylko śmiała się wesoło.
    Dopiero potem nachodziły ją wizje rudowłosej topielicy. Co gorsza wcale jej nie przerażały. Bardziej martwiła się o książkę, której nigdy nie napisała, o miejsca, których nie odwiedziła. Bardziej liczyły się niespełnione marzenia niż samo życie.
    Wszystkie te myśli niebawem się rozwiały, gdyż wkroczyła między drzewa. Cały świat przestał się nagle liczyć. Marthę ogarnął niezwykły spokój. Wdychała słodki zapach żywicy i mchu, a wiatr coraz wyraźniej szeptał jej do ucha, porywał do tańca, który z przyjemnością podjęła. Posłusznie zerwała się do tańca w rytm muzyki, która rozbrzmiewała w jej sercu i głowie. Rude kosmyki wirowały dookoła jej twarzy. To było coś innego, coś lepszego od całodniowego stania na stacji benzynowej ze sztucznym uśmiechem przykulonym do twarzy. Jakby to były dwa różne życia, należące do dwóch różnych osób, a nie do niej. Przecież jedna osoba nie mogła jednocześnie kochać i nienawidzić tego samego miejsca.
    Nawet nie pomyślała o tym, że może się zgubić. Przecież dorastała w tym miejscu! Czemuż to głupia wędrówka, a raczej taniec przed siebie miałby się skończyć zgubieniem drogi? Przecież chodziło tylko o to… By podążać w przód, bez zastanawiania się którędy przyszła i którędy wróci. Liczył się zew jeziora, którego zapach wyczuła, nim jej oczy dojrzały taflę wody. Spokojną i lśniącą. Naraz też jedna tylko myśl zawładnęła umysłem Mels.
    Wskocz. Zaburz ten przerażający ideał. Stwórz kręgi na wodzie.
    To też stanęła nad brzegiem jeziora i wbiła rozmarzone spojrzenie zielonych oczu w delikatne zmarszczki na tafli wody. Nie miała pojęcia, że ktoś może ją zobaczyć. Zresztą nawet się nad tym nie zastanawiała. Chodziło tylko o to, by wskoczyć, pozwolić ogarnąć się przyjemnemu chłodowi i smakowi wodorostów po przez słodycz wody.

    [ Te pierwsze odpisy zawsze wychodzą mi dziwnie. Sorka za to coś u góry XD Obiecuję się poprawić! ]

    Mels

    OdpowiedzUsuń
  54. Deszcz wciąż bębnił w szyby i ciężko było dostrzec za oknem cokolwiek innego, poza szarością. Szum jaki powodowały krople deszczu opadające na dach wprowadzał senną atmosferę. Doyle poddał się jej zupełnie i wyciągnął swoje psie kości na posłaniu nieopodal kominka. W swej psiej mądrości czuł, że w najbliższym czasie nigdzie się stąd nie ruszą, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Jack również był tego świadom. Potrafił całkiem nieźle ocenić warunki pogodowe w tej okolicy. Była to umiejętność, której dziadek nauczył go kiedy jeszcze był małym brzdącem. Nie było wtedy dnia, by nie wędrowali razem po górskich zboczach. Nie było miejsca, którego Jack by tutaj nie kojarzył, mimo, że minęło już tyle czasu. Góry Cartiera znał jak własną kieszeń i zawdzięczał to w dużej mierze staremu Higginsowi. Tak jak wiele cennych życiowych wskazówek czy umiejętności. A przewidywanie górskiej pogody było jedną z nich, tą najmniej docenianą, której nie spodziewał się już nigdy więcej użyć a która teraz najbardziej mu się przydawała.
    Schronisko było na taką ewentualność dobrze przygotowane. Nie umarli by tu z głodu nawet gdyby utknęli tu na trzy dni, a tego Jack nie przewidywał. Zakładał, że nad ranem stopniowo zacznie się wypogadzać. Pogoda poprawi się wprost proporcjonalnie gwałtowności z jaką się załamała. Był tego pewien. Odstawił pusty kubek po herbacie na prowizorycznym kuchennym blacie. Pies drgnął na podłodze podrywając do góry głowę, która zaraz znów opadła na posłanie. Czuwał.
    -To prawda.- przytaknął uśmiechając się blado. Co było z nimi nie tak, że ten świat wycisnął z nich co najlepsze i cisnął nimi w kąt? Czym zasłużyli sobie na to co ich spotkało? Czy była to kara, karma? Znów wezbrała w nim złość, ale nie dał tego po sobie poznać.
    -Nie tęsknisz? – zapytał ale dźwięk jego słów stłumił głośny grzmot. W tej samej chwili światło zamigało i zgasło. Doyle zerwał się na równe nogi. Nie bał się dźwięków burzy, był w końcu przyzwyczajony do dźwięku wybuchających bomb, ale robił się wtedy bardziej niespokojny.
    -Świetnie.- pomieszczenie rozświetlały już tylko języki ognia wyglądające przez szybę z kominka, oraz wpadające co jakiś czas światło błyskawic, które rozdzierały niebo. Wydawało się, że burza utknęła gdzieś między górskimi szczytami i nie potrafi się stąd wydostać. Zostanie tu aż się wypada i wyładuje, i odleci jako mały obłoczek zostawiając za sobą serię zniszczeń. Jack podszedł do starej, drewnianej komódki i wyciągnął z niej zapasowe świece, które ustawił na blacie. Szybkim ruchem odpalił je wszystkie.
    -Mamy dzisiaj pecha. – skomentował krótko. Właściwie nawet cieszył się z tego, że niewygodny dla nich obojga temat został przerwany.

    OdpowiedzUsuń
  55. Wewnętrznie bardzo się cieszył z tego, że pies był cały i zdrowy. Zewnątrz musiał się jednak nieco opanować. Nie miał pojęcia by go zrobił, gdyby coś mu się stało. A tymczasem okazało się, że Amazon po prostu wracał do domu. Tylko najpierw postanowił nastraszyć swojego właściciela. W końcu nie było lepszej rzeczy, niż to. Racja? Christian zamierzał zapamiętać na następny raz to, aby trzymać go krótko i mocno na smyczy, skoro nie chce takich sytuacji następnym razem, kiedy zabierze go na spacer. A może powinien wyprowadzać psy pojedynczo, chociaż komu chciałoby się dwa razy chodzić? Cóż, jemu z całą pewnością nie.
    - Wcale się nie zgubił. Po prostu jest wredny i lubi się wyrywać – wyjaśnił mężczyzna. Aż dziwne było, że nie wyrywał się kobiecie, kiedy wzięła smycz go ręki. Może po prostu czuł, że w razie czego go puści i pozwoli biec przed siebie. Albo nie jest taki zagrożeniem. - Cieszę się, że nie narobił problemów. Amazon ma do siebie to, że zwyczajnie lubi się w nie wpakowywać przy każdej okazji – dodał.
    Psy teraz kręciły się obok jego nóg, ciesząc swoim towarzystwem. Najwyraźniej było im znowu dobrze, że są razem. Zastanawiał się przez moment o czym mogą prowadzić rozmowy, ale w końcu uznał, że może jednak pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć.
    - A, przepraszam. Jestem Christian – przedstawił się i wyciągnął dłoń w stronę kobiety, uśmiechając się przy tym lekko – mógłbym się jakoś odwdzięczyć za odnalezienie uciekiniera?

    Christian Hemingway

    OdpowiedzUsuń
  56. Gdy Mina się roześmiała, usta Ferrana automatycznie uniosły się w górę, jakby jej śmiech był na tyle zaraźliwy, by poruszyć duszę człowieka, który teoretycznie jej nie posiada. Nie znał jej wprawdzie, ale uśmiech na jej wargach wydał mu się czymś... dziwnym, jak gdyby odrobinę nienaturalnym. Może nie uśmiechała się często? A może to on zapomniał o tym drobnym geście?
    W jego życiu uśmiech niewątpliwie był czymś rzadko spotykanym, zresztą, identycznie jak cały dobry nastrój, czy humor skłonny do żartów. Od pewnego momentu przestał po prostu przejawiać tego typu ludzkie gesty, jakby ktoś wcisnął guzik stop, albo odpiął kabel, który dostarczał pozytywnej energii. Nie czuł się źle z jej brakiem, mimo że życie spędzał samotnie... Pomijając butelkę rumu, z którą de facto widywał się za często. Albo przyzwyczaił się do ciszy, albo zwyczajnie jej potrzebował.
    — W porządku — odparł po kilku sekundach milczenia. Nie miał nic przeciwko, by wybrać inny termin na sfotografowanie wspomnianych wcześniej sadzonek. Jemu było to zgoła obojętne, a jeśli Miny nie gonił czas, to mogli się wybrać do lasu nawet za miesiąc, gdyby taki termin kobiecie odpowiadał.
    — W taki razie, niech pani zajrzy do leśniczówki w tygodniu, w okolicach piętnastej. Powinna mnie pani w tych godzinach zastać na miejscu — wyjaśnił jeszcze, by Mina nie przychodziła w innych godzinach na próżno. O piętnastej wracał żeby coś zjeść, dlatego mógł poświęcić ten czas na wskazanie miejsca z młodymi siewkami. Wolny był jeszcze w godzinach wieczornych, ale to kiepska pora na robienie zdjęć, dlatego nawet nie wspominał.
    Droga do leśniczówki była na tyle prosta, że znalezienie jej nie graniczyło z cudem. W zajeździe na pewno widniała informacja z drogowskazem, a jeśli nie, wystarczyło iść dróżką do lasu Quicame, by dotrzeć wprost do odpowiedniego budynku. Bułka z masłem.

    [Myślę, że możemy przejść do wizyty w leśniczówce? :)]

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  57. // A bo różnymi typami postaci teraz grywam sobie. Zależy na kogo mam ochotę. Chris tak smutno w poszukiwaniach stał przez nikogo nieprzejmowany. Akurat do zagrania.

    Chris

    OdpowiedzUsuń
  58. [Dziękuję ogromnie za miłe słowa na temat karty! C: I na wątek jestem bardzo chętna, trochę gorzej z pomysłami... Tym bardziej, że jutro czeka mnie kilkudniowy wyjazd. Przychodzi Ci coś do głowy? Jeśli nie, ja spróbuję przez te parę dni pomyśleć i odezwę się po powrocie; no chyba, że Ty masz pomysł. (:]

    Effie Vinberg

    OdpowiedzUsuń
  59. Woda ogarnęła ją ze wszystkich stron. To było niezwykle uczucie. Chłód nie przeszkadzał jej w najmniejszym stopniu. Przyjemnie przenikał ją aż do samego szpiku kości, pobudzając wszystkie komórki do pracy. Martha uwielbiała ten stan, choć doskonale wiedziało, że niewiele dzieliło ja wtedy od śmierci. Szok anafilaktyczny, zamarznięcie, utopienie. Możliwości było wiele, ale ona o nich nie myślała. Wciąż była tą samą nierozsądną dziewczynką co zawsze. Jakby zatrzymała się na dojrzałości psychiczne siedmiolatki.
    Najpierw w ogóle nie usłyszała głosu dochodzącego znad wody. Zbyt była skupiona na swoich własnych włosach, które w niecodzienny sposób unosiły się dookoła jej głowy. Były niczym pomarańczowe glony, jakby były w swoim naturalnym środowisku. Niesłychanie bawiła ją ta myśl. Tymczasem powietrze powoli uciekało z jej płuc i Mels coraz bardziej była skłonna wypłynąć. Gdyby tylko wiedziała, że na brzegu stoi przerażona jej wyczynem kobieta, to zapewne zrobiłaby wszystko. Niestety woda skutecznie wszystko zagłuszała, a Jones nie byłą rybą, by wyczuć drgania wywołane przez podniesiony głos.
    Wynurzyła się wreszcie, głośno napierając powietrza i odrzucając włosy do tyłu. Czuła się… szczęśliwa. Już dawno nie przepełniało jej tak czyste szczęście. Odetchnęła głęboko i wtedy właśnie to usłyszała. Głośne nawoływanie, przerażone nawoływanie. Zmarszczyła brwi i odwróciła się w stronę brzegu. Stała tam rudowłosa kobieta. Jones nie kojarzyła ej zbytnio, a jeśli już to tylko z widzenia. Wszystkich kojarzyła z widzenia, bo wszyscy prędzej czy później odwiedzali stację benzynową. Z samochodem czy nie, w końcu nie było innych sklepów otwartych dwadzieścia cztery godziny na dobę.
    Leniwie podpłynęła do brzegu, odczuwając coraz dotkliwiej chłód powietrza i wody. To zdecydowanie nie była temperatura do kąpieli, ale Mels za nic miała takie fakty. Jeśli tylko by zapragnęła, to wskoczyłaby do jeziora nawet zimą. Na szczęście wtedy zwykle bardziej zajmował ją śnieg i wygłupy z nim.
    Wreszcie ej nogi sięgały już gruntu, więc podniosła się do pionu i przeszła dystans dzielący ją od nieznajomej. Uśmiechała się przy tym swoimi sinymi z zimna ustami. Zielone oczy świecił jej dziecięcą radością. Ale równocześnie było jej wstyd. Jakby została przyłapana na złym uczynku. Nie chciała nikogo zaniepokoić swoją zabawą, a co dopiero zaniepokoić. Dlatego ze skruchą zatrzymała się przed wystraszoną kobietą.
    - Przepraszam, jeśli napędziłam ci strachu – odezwała się cichym, przyjaznym głosem. – To byłą tylko głupia zabawa – zapewniła już radośniej i uśmiechnęła się szeroko. – A tak w ogóle to jestem Martha Jones, ale możesz mówić mi Mels. NA drugie mam Melody, to stąd – wyrzuciła na jednym uśmiechu, szczękając zębami i trzęsąc się z zimna.

    [ Jest super, więc dobrze, że poszło w tę stronę ^^ ]
    Mels

    OdpowiedzUsuń
  60. [Dzień dobry! Cieszę się, że mini notka przypadła do gustu, a skoro aż tak, mogę zapewnić, że jeśli tylko czas i siły na to pozwolą, coś jeszcze na pewno będziesz miała okazję przeczytać – Mysie to chyba całkiem barwna postać, sporo się w jej życiu wydarzyło, a i ja mam parę pomysłów na opowiadania, także jest nadzieja, że coś się jeszcze kiedyś pojawi (a bardzo bym chciała, całe wieki tego nie robiłam). :) Ach, no i dziękuję ślicznie za tyle miłych słów! <3
    Co do Miny – w pierwszej kolejności jest mi niesamowicie smutno, bo nikomu nie życzyłabym tego, co przeszła ona i zawsze przeraża mnie myśl, że takie rzeczy przecież dzieją się naprawdę. Owszem, psychika takich postaci jest interesująca i daje pole do popisu autorowi, nie zmienia to jednak faktu, że to porażająco smutne. Z drugiej strony panna Wilson jest tak skrajnie różna od Meredith... no, no, nie gubisz się w nich czasem? :D
    Wyzwania może i bym się podjęła, ale boję się, że nawet Mysie nie dałaby rady rozruszać Twojej Miny. Znaczy... Niewiele wiem o tym, jak Twoja panna zachowuje się wśród miejscowych i wszystko zależałoby pewnie od tego, na ile jest chętna współpracować, bo Ayers mimo wszystko nie ma zwyczaju pchać się tam, gdzie jej nie chcą (rodzina i przyjaciele się nie liczą, im przecież można, bo są zobowiązani znosić ją nawet wtedy, kiedy nie mają ochoty). A to też nie jest tak, że z Mysie „zakręcona optymistka”, wbrew pozorom dużo bliżej jej do marudnej zołzy. Także to chyba raczej ja powinnam zapytać, czy Mina by to zniosła. ;) Zawsze możemy spróbować z Meredith, chociaż obawiam się, że z charakterkami obu pań mogłoby to nam wyjść... nieco wybuchowo. Tak czy siak – decyzję pozostawiam Tobie. :)]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  61. Dzień dobry! Przyjmując Twój pomysł na fabułę - jasne, możemy wymyślić coś na bazie prostej relacji redaktorskiej. Ale mam też w głowie bardziej rozbudowane relacje, które mogłyby powstać wcześniej, poza Mount Cartier. Powiedz mi, czy Twoja postać podróżowała kiedyś, gdzieś, coś?

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  62. Ethan nie miał w planach kobiety przestraszyć, ale tutaj zwyczajnie stać nie mogła. Zagrożenie może i nie było duże, ale wystarczyło im, że mieli masę gapiów na których musieli uważać. Osoby, które się wpychały bliżej potrzebne im nie były. Nawet jeśli nie stwarzały niebezpieczeństwa to zwyczajnie będzie lepiej jak się będą trzymać z daleka od miejsca wypadku. Puścił kobietę niemal od razu, nie chcąc się z nią wykłócać.
    - Mimo wszystko proszę, aby pani się przeniosła we wskazane miejsce. Nie powinna tu pani stać – powiedział stanowczo. Nie dość, że to im utrudniało pracę to jeszcze inni mogli chcieć wziąć przykład z rudowłosej kobiety i stać bliżej, aby sobie popatrzeć. To nie była zabawa, ani ćwiczenia na które ludzie mogli patrzeć. Chociaż i wtedy ludzie musieli się trzymać z daleka, aby w razie czego nic im się nie stało. A kobieta stojąca tutaj była zwyczajnie za blisko.
    Starał się zrozumieć czasem co kieruje ludźmi, którzy zamiast odejść wolą stać blisko zagrożenia. Rozumiał może starszych ludzi, którzy poza plotkowaniem nie robili niczego innego w życiu i im więcej wiedzieli tym bardziej ich osoba byłą rozchwytywana w starym towarzystwie.
    - Pani tam mieszka? - zapytał w końcu, domyślając się, że powód jej stanie blisko hotelu może być taki, że w środku znajdują się jej rzeczy. I trochę zaczynał kobiecie współczuć, bo jeśli to co myślał było prawdą to nie było za ciekawie. Chociaż możliwe było to, że ogień nie dosięgnął rzeczy kobiety. W końcu dość szybko im się z większością udało uporać. Istniało duże prawdopodobieństwo, że nic nie zostało nawet naruszone.

    Ethan Camber

    OdpowiedzUsuń
  63. [Cześć. Dziękuję za miłe słowa, cieszą mnie one bardzo. :) Zdjęcie wybrałam w ostatniej chwili, bo miało być inne, ale to wydało mi się odpowiednio smutne. Chyba nie umiałabym pisać do końca osobą bez problemów, lubię mieć silną podstawę do budowania postaci, w tym przypadku jest to wydarzenie całkowicie zmieniające jej życie. Patrząc na zawód Miny, przyszło mi do głowy, że ona i jakaś dziennikarka z Churchill News mogłyby chcieć napisać o dramacie rodziny Tremblayów, nachodzić Wendy już w szpitalu, wypytywać, robić zdjęcia. Mina pewnie miałaby więcej taktu, wiedząc, że dziewczyna potrzebuje czasu na dojście do siebie, a jak to rozwinąć dalej... hmm, nie wiem. Masz jakiś pomysł?]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  64. Takie sytuacje w Mount Cartier były normą. Załamania pogody nie robiły na nikim większego wrażenia, tak samo jak ich skutki a bywały one przeróżne. Niekiedy były to przerwy w dostawie prądu, innym razem zasypane i kompletnie nieprzejezdne drogi. Mieszkańcy jednak nauczyli się żyć w zgodzie z naturą i tym co ma dla nich w zanadrzu. W przeciwnym razie nie przetrwaliby tutaj, na północy Kanady. Zapas jedzenia, wody czy świece można było znaleźć w każdym domu, bez wyjątku. Stanowiły one podstawowy element wyposażenia gospodarstw. W piwniczkach przechowywano ziarno, z którego w razie potrzeby można upiec chleb. Mężczyźni potrafili posługiwać się bronią i polować. Gdyby zaszła taka potrzeba, na pewno poradziliby sobie bez pomocy świata zewnętrznego, przynajmniej przez jakiś czas.
    Pomieszczenie wypełnił lekko wyczuwalny aromat płonących świec. Deszcz nie przestawał bębnić w szyby, dzięki czemu cisza, która czasami między nimi zapadała, nie była tak uciążliwa i głucha. Przyglądał się jej ukradkiem i uporczywie myślał o tym, co się z nią stało. Co tak bardzo na nią wpłynęło, że postanowiła rzucić całe swoje dotychczasowe życie i zniknąć. Pamiętał dobrze, że kochała to co robi. Była naprawdę szczęśliwa. Widział to po niej. Miała swoje pasje, plany i marzenia. Niczego się nie bała, czerpała z życia całymi garściami.
    Nie odezwał się, bo on także nie mógł tego oceniać. Mina była dorosła, podejmowała swoje własne decyzje i kierowała swoim życiem dokładnie tak, jak sama tego chciała. Jeśli była teraz szczęśliwa, to Jack mógł się tylko tym cieszyć. Ale coś mu na to nie pozwalało. Bo ta cała zmiana jej charakteru i podejścia do życia, nie wydawała mu się do końca naturalna i świadoma. Czuł to.
    -Ja?- odwrócił wzrok w jej stronę biorąc głębszy oddech. Nie bardzo wiedział, co miałby jej teraz powiedzieć. Że oddałby wszystko by cofnąć czas i nie popełnić błędów, które wpłynęły na całe jego życie? Tylko czy naprawdę by ich nie popełnił? Jeśli Nadine była miłością jego życia, dlaczego nie potrafił zrezygnować dla niej choć w małym stopniu z pracy, z wyjazdów? Przecież mógł zająć się wszystkim innym tam, na miejscu. Miał tak wiele możliwości a wolał zostawiać ją i szukać wrażeń. A potem dziwił się, że na niego nie zaczekała, że zastąpiła go kimś innym. Gdyby jeszcze sam był dla niej lepszy.
    -Trudno powiedzieć.- odparł w końcu lakonicznie. Dziadek mawiał, że nic nie dzieje się bez przyczyny a każde zdarzenie z życia gdzieś nas prowadzi. To było całkiem wygodne podejście.
    -Nie było mnie tutaj przez dziesięć lat. Powrót po takim czasie nie jest łatwy.- wzruszył lekko ramionami, jakby kwestia przyzwyczajenia odgrywała tutaj znaczącą rolę.

    OdpowiedzUsuń
  65. Mount Cartier było w pewnym sensie cudowne, nie mógł się z tym nie zgodzić. Kochał to miejsce, ale była to bardzo trudna miłość. Nie mógł się przecież wyrzec swoich korzeni, miejsc w których się wychował, dzięki którym stał się tym, kim był teraz. To co przeżył tutaj, miało ogromny wpływ na to kim był, na jego charakter, poglądy, usposobienie. Na dobro, którego Jack był uosobieniem.
    -Tak, to prawda.- przytaknął. Mimo wszystko wolałby jednak być teraz w innym miejscu, nawet mniej cudownym niż to. Być może za jakiś czas, spojrzy na to wszystko inaczej, łagodniej. Do tego jednak potrzeba dystansu a on wciąż jeszcze cierpi z powodu niezagojonych ran z przeszłości. Wyleczenie się nie jest takie proste, zawsze wymaga czasu. Korzystając z tego, że stał akurat przy prowizorycznym kuchennym blacie, wyciągnął ze stojaka jedno z win. Wrażeń było zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień i pod pretekstem przygotowania rozgrzewającego napoju, dobrego na spokojny sen, chciał się po prostu trochę odprężyć. W milczeniu otworzył butelkę, wlał trochę trunku do niewielkiego rondelka, w którym umieścił także wszystkie potrzebne przyprawy. Podgrzewał je niespiesznie, przez chwilę nie zwracając nawet uwagi na Minę. Nie sądził, że jeszcze się spotkają a teraz rozmawiali ze sobą w dość dziwnych okolicznościach. To wszystko było tak nierealne i nieprawdopodobne, jak sen.
    -Powinniśmy chyba uczcić to niespodziewane spotkanie w tak cudownym miejscu jak Mount Cartier.- powiedział żartobliwie ustawiając na blacie dwa kieliszki na wysokich nóżkach. Szkło połyskiwało odbijając światła świec stojących nieopodal. Napełnił je czerwonym, parującym trunkiem. Zgodziła się, choć miał wrażenie, że jest spięta, być może nawet bardziej niż on. Nie wiedział, nie miał pomysłu na to, jak powinien z nią rozmawiać, jak ją traktować. Ewidentnie trzymała go na dystans, zachowywała się tak, jakby nigdy się nie znali, jakby nie przeżyli tylu wspólnych chwil. Błędnie założył, że chciała mu przez to dać do zrozumienia, że nada ma do niego żal i woli wymazać ich znajomość z pamięci, nie mówiąc już o wchodzeniu w jakiekolwiek bliższe relacje. Nawet te oparte na koleżeństwie czy przyjaźni. Tylko czy można się przyjaźnić po czymś takim? Jack już nigdy nie spojrzy na nią tak, jak na zwykłą znajomą, bo łączyło ich coś więcej i on to wiedział, albo ubzdurał sobie to, że poza fizycznością była między nimi prawdziwa chemia i nić porozumienia. Bo przecież ich spotkanie nie opierały się tylko i wyłącznie na namiętności. Ba! Tyle samo a nawet więcej radości dawało mu zwyczajne spędzanie z nią czasu. Ale to było kiedyś, przez kilka lat wiele może się zmienić i tak zapewne było w ich przypadku. Podał jej kieliszek i przez chwilę znalazł się tak blisko niej, że w wyobraźni ją przytulił. W rzeczywistości udało mu się, chyba po raz pierwszy, spojrzeć jej głęboko w oczy.

    OdpowiedzUsuń
  66. Było jej niesłychanie zimno i w sumie nie było w tym nic dziwnego skoro dopiero co wyszła z wody. W dodatku powoli się ściemniało, a temperatura powietrza spadała. Zziębnięta Martha starała się jednak skupić na słowach dopiero co poznanej rudowłosej kobiety. Przy tym cały czas się uśmiechała, bo przecież musiała zrobić dobre wrażenie! Co z tego, że już zdołała kobietę wystraszyć i zapewne wypadła na wariatkę. Zawsze tak wypadała.
    - Ładne imię – podchwycała, jak tylko kobieta jej się przedstawiła. – Nigdy nie spotkałam nikogo o tym imieniu – dodała jeszcze i zapewne z ej ust toczyłby się dalszy potok słów, gdyby Mina nie uprzedziła jej swoim pytaniem.
    Chwilę to trwało nim do Jones dotarło, że ledwie poznana kobieta rzeczywiście martwi się o jej zdrowie. Trochę zbita z tropu przyjęła kurtkę zatroskanej Miny i przywdziała ja na swój grzbiet. Pociągnęła cicho nosem i uśmiechnęła się promiennie. Wbrew wszystkiemu była w doskonałym nastroju.
    - Moje rzeczy powinny gdzieś tu leżeć – oznajmiła i rozejrzała się dookoła.
    Wtedy właśnie zdała sobie sprawę, że nie do końca orientuje się, w którym zakątku lasu się znalazła. Jedynym punktem orientacyjnym było jezioro, ale nie należało ono do najmniejszych, a Mels zupełnie nie wiedziała, z której strony zbiornika wodnego się znalazła. Jej orientacja w terenie zawsze była okropna. To też często zdarzyło jej się zabłądzić, zwykle jednak zdarzało się to w dzień. No… W nocy też, ale raczej bliżej domu albo z kimś, kto umiał ją bezpiecznie odprowadzić. To w sumie była myśl.
    Martha automatycznie podniosła wzrok i spojrzała swojej rozmówczyni głęboko w oczy. Mogło to się nawet wydawać krępujące, ale Jones od zawsze miała spaczone spojrzenie na zachowania społeczne. To między innymi dlatego ludzie w miasteczku nazywali ją wariatką.
    - Mina… Czy wiesz może jak stąd wrócić? – spytała, bez problemu od razu przechodząc na ty.

    Mels

    OdpowiedzUsuń
  67. Po całej tej akcji z kłusownikiem, Ferran wrócił do swoich obowiązków. Czekało go sporządzenie raportu z ostatniej wycinki oraz dojrzenie tych drzewek, które były już w fazie wzrostu, coby uchronić młode listki przed lawiną pasożytów i robactwa. Tym sposobem, awantura z kłusownikiem spoczęła gdzieś z tyłu jego w głowy, niemalże tak, jakby miała miejsce już dawno temu, a nie zaledwie kilka godzin wcześniej. Oczywiście pamiętał o rudowłosej kobiecie, która miała odwiedzić go w celu sfotografowania sadzonek, jednak nie znając konkretnej godziny jej przybycia, zakładał, że mogli się po prostu minąć. Tym bardziej, że dni przemijały, a kobiety jak nie było, tak nie ma. Poza nią żadnych gości się nie spodziewał, toteż w samym budynku więcej go nie było, niż był, jako że obowiązki w lesie wzywały.
    Trzeciego dnia nad całym miasteczkiem zwisały gęste, ołowiane chmury; nikt nie znał więc chwili, w której mógł lunąć deszcz, dlatego Kayser od południa zabrał się układanie drzewa w składziku, tuż obok leśniczówki, ażeby było suche, gdyby wioskę odwiedził zimny front i należałoby wzniecić w kominku ogień. Jemu wprawdzie deszcz nie przeszkadzał, bo ten tutejszy był wyjątkowo czysty, ale mokre szczapy nijak nie chciałyby dać się rozpalić. A to już było w stanie mu przeszkadzać.
    Choć chłodny wiaterek błądził między świerkami, Ferran przerzucał drewka na krótkim rękawku – i tak w mieścinie było cieplej, niż zwykle – zdążył się bowiem zgrzać nie tylko samym układaniem ich w równą piramidkę, ale także przycinaniem siekierą tych, które były za duże. Dopiero w chwili przerwy pozwolił sobie odsapnąć, siadając na szerokim pieńku i prostując nogi w kolanach. Wzrokiem błądził po ścianie lasu, zupełnie nieświadomy zbliżającej się w niewielkiej oddali kobiety. Z drogi tak, czy siak, nie byłoby go widać siedzącego na pniaku, bo wejście do składziku znajdowało się z przeciwnej strony – on natomiast mógł co nieco zobaczyć przez szpary w drewnianych ścianach, dlatego usłyszawszy pukanie do drzwi, automatycznie w nie spojrzał, by upewnić się czy mózg nie płata mu figli. Widząc jedynie skrawki jakiegoś płaszcza przeciwdeszczowego, wyszedł ze składziku.
    — Mogę w czymś pomóc? — Zawołał, akurat w momencie, gdy kobieta zdjęła kaptur. Rude włosy od razu dały mu do myślenia, że to ta kobieta, która podrzuciła na komisariat zdjęcia kłusownika.
    Dał kilka pewnych kroków w jej stronę.
    — Ach, to pani... — symbolicznie uniósł usta ku górze — Zakładam, że chciałaby sfotografować pani sadzonki?
    Zdjął z dłoni rękawice, wciskając je kieszeń lekko zabrudzonych żywicą jeansów.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  68. Jack nie czekał na poważną rozmowę, która mogłaby rozwiać wszystkie jego wątpliwości dotyczące zachowania Miny. W tej chwili wolał nawet jej uniknąć, bynajmniej nie dlatego, ze nie interesował się jej losem. Chciał wiedzieć, co ją spotkało, chciał jej też jakoś pomóc, co bez tej wiedzy było mocno utrudnione. Męczyło go to, że musi stale uważać na słowa i gesty, by jej przypadkiem nie urazić, czy nie przestraszyć, tak jak kilka godzin temu w lesie, gdzie jasno dawała mu do zrozumienia, że wolałaby, aby sobie poszedł. Lub tak jak teraz, kiedy cofnęła dłoń z kieliszkiem tak, że jego zawartość omal się nie wylała. W jednej chwili spięła się znowu i odsunęła od niego. Wyglądała tak, jakby chciała stąd po prostu zniknąć. Pstryknąć palcami i znaleźć się jak najdalej od niego. Nie sądził, aby w jakimkolwiek stopniu chciała podzielić się z nim tym, co działo się w jej życiu podczas ostatnich czterech lat – bo dokładnie tyle się nie widzieli. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie należy do grona osób, którym można się zwierzyć. Nie był też dobrym pocieszycielem a gdzieś w głębi bał się tego co mogłaby mu powiedzieć. Wolał więc nie wchodzić na niewygodne i drażliwe tematy, przynajmniej na razie, ale najwyraźniej jego spojrzenie mówiło za niego.
    Jej obecny widok wcale go nie złościł ani nie rozczarowywał. Jack widział zmianę, która w niej zaszła i martwiło go to. Ludzie z dnia na dzień nie zmieniają swojego charakteru. Nawet jeśli jakieś wydarzenie rzuciło cień na ich życie, w głębi pozostają sobą, choć czasami wolą myśleć, że są kimś innym, bo tak jest wygodniej, bo nie muszą rozdrapywać starych ran i stawiać czoła życiu, temu prawdziwemu, które kiedyś prowadzili. Często boją się, że nie poradzą sobie w konfrontacji ze swoim światem i uciekają. Mina uciekła, zaszyła się we wsi na północy Kanady i nawet jeśli to właśnie okazał się być jej miejscem na ziemi, nie będzie mogła być w pełni szczęśliwa, jeśli nie odpędzi demonów przeszłości. To, co zauważył u kobiety to brak uśmiechu, radości i iskry w oczach. Właśnie to go martwiło.
    -Nie mam takiego zamiaru. – zapewnił ją zgodnie z prawdą, bo tego zapewnienia miał zamiar dotrzymać. Nie był ciekawski i nie wciskał nosa w cudze sprawy. Natarczywość też nie była jego cechą, dlatego kiedy Mina zerwała kontakt wzrokowy i usiadła na fotelu odstawił kieliszek z winem i podszedł do kominka, do którego wrzucił jeszcze kilka małych drewienek. Zamknął szklane drzwiczki i jeszcze przez chwilę wpatrywał się w tańczące płomienie, siedząc na dywaniku rozłożonym zaraz obok paleniska. Było to idealne miejsce do tego, by się ogrzać. Sięgnął po kieliszek i upił kilka łyków trunku.

    OdpowiedzUsuń
  69. [Dziękuję za przywitanie. Nie spodziewałam się takiej postaci. Świetny pomysł na postać, która niezbyt często pojawia się na blogach, chyba, że taki faktycznie zakłada postaci z amnezją. Jestem bardzo ciekawa jak Mina ponownie tworzy przynajmniej część swojej tożsamości. Jak radzi sobie z życiem, z osobami, które wcześniej ją znały? Chętnie napiszę z tą panią jakiś wątek]

    Lilith Johnson

    OdpowiedzUsuń
  70. [Jest to jednocześnie straszne, a jednocześnie szalenie ciekawe. Pewnie gdybym miała w sobie więcej empatii nie wydawałoby mi się, to tak świetnym pomysłem na wątki. Podoba mi się pierwszy pomysł. Schowanie się w budce telefonicznej, mogłoby przywołać jakieś wspomnienie twojej pani. Później obie mogłyby to sprawdzić, spróbować wytłumaczyć lub wyruszyć w niesamowitą podróż pełną dziwnych zdarzeń.]
    Lilith

    OdpowiedzUsuń
  71. [Nie będziesz bezczelna prosząc o zaczęcie. Powinnam zrobić to dzisiaj. Może jutro.]
    Lilith

    OdpowiedzUsuń
  72. Przechylił lekko głowę w bok, gdy kobieta dała dwa zapobiegawcze kroki w tył. Był przyzwyczajony, że w jego towarzystwie ludzie zwykli przejawiać nieco obronne gesty, zazwyczaj się wycofując, jednak najczęściej wtedy, kiedy to on pojawiał się gdzieś niespodziewanie. Natomiast panna Wilson przyszła do leśniczówki świadomie, dlatego jej ruch wydał mu się odrobinę dziwny, mimowolny – jakby podyktowany wewnętrznym instynktem, który już wcześniej został poważnie nadwyrężony przez dojmujące wydarzenia.
    — Gdybym nie miał czasu, to nie stałbym tutaj — rzekł, z początku dość poważnie, jednak za moment na jego twarzy pojawił się przyjaźniejszy uśmiech. Mówił szczerze, bo jeśli faktycznie byłby zajęty, to na pewno nie pofatygowałby się do kobiety, aby ją powitać, czy ugościć. Znając siebie, w takiej sytuacji zapewne po prostu zignorowałby jej obecność, a gdyby była zbyt natarczywa, szybko wskazałby drogę powrotną, w niekoniecznie miły sposób.
    Złapał ręką za drewnianą balustradę, by się chwilowo podeprzeć.
    — Chociaż nie ukrywam, że warto się pośpieszyć — spojrzał na moment w niebo. — Zaraz może lunąć srogi deszcz.
    Pogodynką zaufaną to nie był, ale wystarczyło tylko podnieść wzrok w kierunku sklepienia i ujrzeć gęste, ciemne obłoki, wiszące nad głowami, by stwierdzić, że zabranie deszczówki to jedna z najlepszych decyzji tego dnia. Dlatego minąwszy kobietę, przekroczył próg frontowych drzwi, by sięgnąć z wieszaka ortalionową, jesienną kurtkę.
    Przełożył ją przez ramię, nim zszedł po stopniach w kierunku lasu.
    — Na szczęście, stąd nie jest daleko — oznajmił, obierając azymut na sadzonki.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  73. [Jasne, że się skuszę! A z którą z twoich pań? ;D]

    Farley Darmond

    OdpowiedzUsuń
  74. Uważnie wysłuchała wszystkiego, co rozmówczyni miała jej do powiedzenia, uparcie powstrzymując się od szczękania zębami. Z minuty na minutę było jej coraz zimniej, co w sumie nie było dziwne, bo temperatura powietrza była nieprzychylna nawet dla tych, co nie mieli równie głupich pomysłów jak Martha. Natomiast sama rudowłosa nieznajoma o uroczym imieniu wyglądała jakby zamarzała na sam widok trzęsącej się Jones. Ta jednak nie przejmowała się zbytnio, a jej sine usta wciąż wyginały się w uśmiechu.
    - Nie odpływałam daleko, więc jeśli przejdziemy się kawałek wzdłuż brzegu jeziora, to zaraz pewnie trafimy na moje ubrania – zapewniła, pociągając nosem i wzruszając mimowolnie ramionami.
    Skoro jej towarzyszka wiedziała, którędy wracać do miasteczka, to Mels nie miała się czym przejmować. Wystarczyło teraz tylko odnaleźć jej rzeczy. Co prawda dookoła powoli się ściemniało, ale to nie wydawało się wielkim problemem. Przynajmniej tymczasowo. Za to bardzie godnym uwagi wydawał się fakt, że Mina czuła się nieswojo z natarczywym spojrzeniem Marthy. Niby niespełna trzydziestoletnia mieszkanka Mount Cartier przywykła do tego, że stawia ludzi w niekomfortowym położeniu, ale mimo to zawsze ją to intrygowało. Nie rozumiała co takiego dziwnego ludzie w niej widzą. Według siebie samej robiła tylko to, co było normalne. Wychodziło więc na to, że ma spaczone pojęcie normy i inności. Nie żeby się tym przejmowała.
    - Jak uznasz, że zachowuje się bezczelnie, albo przekraczam jakieś granice, to daj znać – oświadczyła swojej towarzyszce, gdy powoli ruszyły brzegiem jeziora, rozglądając się za ciuchami. – Sama nie mam wyczucia, więc trzeba mnie czasami naprostować – rzuciła radośnie, pocierając dłońmi swoje zziębnięte ramiona.
    Po chwili też zauważyła swoje buty i całą resztę. Do wciągnięcia tego wszystkiego na siebie nie potrzebowała wielkiej zachęty. Niestety sama wciąż nie byłą sucha, a przez to i jej ubrania zmokły. Nie mniej było to lepsze niż bieganie po lesie na bosaka i praktycznie w negliżu.

    [ Przepraszam, że tak długo nie odpisywałam, ale byłam na wyjeździe, a potem odcięli mi prąd w domu :”) Stąd opóźnienie. ]

    Martha

    OdpowiedzUsuń
  75. Nie zdziwił się, gdy jeszcze przed świtem w pośpiechu opuściła górskie schronisko. Wręcz przeciwnie, tego się właśnie spodziewał. Kiedy zbierała się do wyjścia siedział w milczeniu, wsłuchując się w odgłos jej drobnych kroków. Za oknem wciąż panował zmrok i najchętniej zatrzymałby ją w schronisku jeszcze chociaż przez godzinę. W myślach miał jednak wciąż ubiegły wieczór i atmosferę, jaka między nimi panowała. Domyślał się, że schronisko jest ostatnim miejscem gdzie Mina chce teraz być a on ostatnią osobą, z którą chciałaby wypić kawę o poranku. Wątpił, by od wczoraj coś mogło się coś pod tym względem zmienić. Nie minęło dużo czasu kiedy skrzypnęły drzwi wejściowe i nastałą głucha cisza. Siedział tak jeszcze przez chwilę, ale nie należał do osób, które lubią się obijać i wylegiwać do późna. Wrzucił do psiej miski resztę karmy, którą znalazł w szafce a dla siebie zaparzył mocną, czarną kawę. Pił ją powoli, bez pośpiechu rozmyślając o tym, co się wydarzyło. Kiedy wziął ostatni łyk zimnej już kawy, na dworze był stosunkowo jasno. Zegar wskazywał siódmą. Doyle robił się coraz bardziej zniecierpliwiony, bo tak jak jego Pan, nie lubił spędzać bezczynnie czasu. Jack posprzątał pobieżnie, ubrał się i razem z psem wyszedł na zewnątrz. Okolica nie wyglądała najlepiej, wokół leżało mnóstwo połamanych gałęzi. W ramach rekonesansu wybrał dłuższą drogę powrotną. Spacer zajął mu prawie dwie godziny, ale potrzebował chwili dla siebie w tej głuszy. Był to doskonały sposób na to, by nabrać dystansu. Ten las pomógł mu w końcu podjąć wiele ważnych a może nawet życiowych decyzji.
    Po powrocie okazało się, że wiat uszkodził kilkanaście starych i tak już dachówek. Ostatnio po podobnej burzy musiał przytwierdzić kilka innych. To dało mu jasno do zrozumienia, że kolejnym co koniecznie musi tu zrobić, jest wymiana dachu. Czy dziadek naprawdę męczył się z tym stanem przez ostatnich kilka lat. Znów poczuł palące wyrzuty sumienia przede wszystkim dlatego, że do tej pory zaniedbywał dziadka a teraz nie może mu tego nawet wynagrodzić, bo prawdę mówiąc, nie wiadomo, kiedy stary Higgins wyjdzie ze szpitala.
    Nie czekając zabrał się do pracy. Pogoda zmieniła się o niemal 180 stopni i teraz po niebie powoli i leniwie sunęły puchate białe obłoki co jakiś czas przepuszczając ciepłe promienie słońca. Całość nie zajęła mu nawet dwóch godzin. Kiedy skończył wybrał się do Churchill w odwiedziny do seniora rodu a potem przypomniał sobie, że musi uzupełnić zapasy w schronisku na wypadek kolejnej awarii pogodowej. Tym też postanowił się zająć, parkując samochód pod jednym z niewielu w Monut Cartier sklepów spożywczych. Po chwili wychodził z niego z dwoma ciężkimi siatkami, wypełnionymi przede wszystkim psią karmą, a właściwie to chciał wyjść, bo w drzwiach wpadł wprost na Minę.

    OdpowiedzUsuń
  76. Co prawda ledwie poznała Minę, ale ta już zdążyła ją niesłychanie zaintrygować. Z drugiej strony jednak niewielu było ludzi, którzy Marthy nie intrygowali. W każdym dostrzegała coś interesującego i wartego zgłębienia. Nieznajomi byli dla niej niczym tajemnice, zagadki, które konieczne musiała rozwiązać właśnie ona. Zwłaszcza, że sama potrafiła być szczera do ból, a pozostali zdawali się wiecznie coś ukrywać, zatajać. Szanowała prywatność, nie rozumiała jednak niepotrzebnych kłamstw i zahamowań.
    - Masz wszelkie prawo – wytrąciła, zanim jeszcze odpowiedziała na kwestię jej ubrania. – Do prostowania innych – dodała gwoli wyjaśnienia. – Masz własną przestrzeń osobistą, własne granice, własną tolerancję. To nie fair by obcy lub nawet bliscy znajomi uprzykrzali ci życie przekraczając wyznaczone linie. Trzeba być zawsze trochę egocentrykiem – oznajmiła i mrugnęła porozumiewawczo.
    Potem przez chwilę szły w milczeniu. Skoro sprawa chwilowego zatrzymania przez Jones kurtki nieznajomej była ustalona, to nie było już niczego do obgadania. Wystarczyło iść przed siebie w stronę, jak przypuszczały, miasteczka. W końcu, mimo całego swojego zainteresowania dla osoby Miny, Martha miała niebawem zamarznąć na kość i tym, o czym marzyła najbardziej, był rozpalony kominek, koc i ciepła herbata. Nie mniej przyjemniej maszerowało się przy rozmowie, ale też nie zamierzała się narzucać. To też cierpliwie czekała na odzew swojej rozmówczyni.

    [ zaleta bycia wciąż uczniem ;) ]

    Martha

    OdpowiedzUsuń
  77. Nie spodziewał się, że wpadnie na nią jeszcze tego samego dnia. Widocznie los miał jednak inne plany wobec tej dwójki i po raz kolejny postawił ich przed sobą, choć tym razem w mniej niespodziewanych okolicznościach. Mina tradycyjnie unikała kontaktu wzrokowego i sprawiała wrażenie spiętej. Nie wiedział tylko, czy ma tak na co dzień, czy to on tak negatywnie na nią działa. Chyba nawet nie chciał dowiedzieć się prawdy na ten temat.
    Kiedy wpadli na siebie ktoś ponaglił Minę a ona na te słowa zrobiła krok do przodu i niemal przylgnęła do niego umożliwiając przejście starszemu, zirytowanemu mężczyźnie, który zaraz potem obrzucił ich zaciekawionym spojrzeniem i zaczął oglądać towary na półkach zaraz przy wejściu, co jakiś czas zerkając w ich stronę i nadstawiając ucha. Jack w tamtej chwili nie odsunął się z premedytacją, dlatego przez chwilę znaleźli się w bardzo bliskiej odległości. Mina zmieszana ustąpiła na bok. Najwyraźniej znów sprawiał jej kłopot swoim towarzystwem. Gdy tylko było to możliwe wyszedł na zewnątrz sklepu. Po pierwsze nie chciał, by ktoś przysłuchiwał się ich rozmowie a po drugie, zakupy które niósł nie należały do najlżejszych.
    -Doyle jest strasznym łakomczuchem.– zażartował stawiając jedną siatkę na ziemi. Z kieszeni spodni wyciągnął kluczyki i otworzył drzwi furgonetki. Ustawił jedną siatkę na tylnym siedzeniu i schylił się po drugą, z której na ziemię wypadła paczka ciastek. Podniósł je szybko z ziemi, wrzucił do siarki i ustawił ją obok pierwszej.
    -A jego Pan wcale nie jest lepszy.- dodał ze śmiechem i pchnął mocno drzwi, ponieważ od pewnego czasu miał problem z zamkiem, i tylko duża siła była w stanie dobrze je zamknąć.

    OdpowiedzUsuń
  78. Postanowiła nie ciągnąć tematu ludzkich granic i prawa do walki o nie. Skoro Mina nie uważała tego tematu za właściwy, to był dość wyraźny znak, że Jones sama będzie musiała się przypilnować. To zwykle nie było łatwe. W końcu włażenie innym na głowę, brak taktu, niedostrzeganie granic i podświadoma bezczelność były częścią jej osobowości. Stąd nic dziwnego w tym, że nadano jej miano wariatki. Nosiła je z dumą i bez przejęcia. Uwielbiała się odróżniać, być wyjątkową. To jedyne co jej pozostało tu w Mount Cartier, z którego nie potrafiła uciec. Szamotała się, walczyła z całych sił, ale brak środków, sprzeciw ojca i ogromne obawy wciąż zwyciężały Marthę.
    - Znośnie – odpowiedziała na pytanie swojej rozmówczyni i uśmiechnęła się przymilnie. – Nie sądzę bym się rozchorowała. Już w dzieciństwie się zahartowałam. Od zawsze wyczyniam podobne głupoty – przyznała ze wzruszeniem ramion i zamilkła. Bardzo nie lubiła ciszy. Cisza dawała zbyt wielkie pole do rozmyślań, które tylko ją przybijały. Zbyt często była skazana sama na siebie, by jeszcze dodatkowo prosić się o ciszę w towarzystwie. Zwłaszcza jeśli w grę wchodziła ta niezręczna, dzwoniąca w uszach cisza.
    - A ty? Trzymasz się jakoś? Wydajesz się osobą dużo rozsądniejszą ode mnie, ale także wyglądasz mi na zmaźlucha. Nie każdy ubiera na siebie tyle warstw, gdy wybiera się na spacerek. Zwłaszcza, że dzisiejszy dzień jak na warunki Mount Cartier jest nadzwyczaj ciepły – wygłosiła bez przerwy, ale i bez pośpiechu. Nie chciała wystraszyć swojej rozmówczyni, ale choćby nie wiem jak się starała, to należała do gaduł. Powściągniecie języka było dla niej zadaniem ponad siły. To też ci, których zbyt długa paplanina męczyła raczej nie wytrzymywali długo w ej towarzystwie. W ogóle za nią nei przepadali.

    Martha

    OdpowiedzUsuń
  79. To nie było tak, że Mina sprawiała mu przykrość swoim zachowaniem. Nie był zawiedziony ani rozczarowany. Była inna, zmieniła się, ale kto się nie zmienia? Miała do tego pełne prawo i nie musiała niczego tłumaczyć ani jemu, ani komukolwiek innemu. Musiał to zaakceptować. Niczego przecież od niej nie wymagał. Nie oczekiwał, że będzie dla niego taka jak kiedyś tym bardziej, że swego czasu sprawił jej duży zawód. W końcu zataił przed nią fakt, że miał… narzeczoną. Do tej pory podziwiał ją za to, jak zareagowała. Po pierwszym szoku, zamiast dać mu w twarz i pogonić tam gdzie pieprz rośnie ona ze spokojem dała mu dosadną reprymendę wzbudzając w nim wyrzuty sumienia przede wszystkim ze względu na Nadine. Czuł się wobec Miny nie w porządku pomimo tego iż sama oznajmiła, że niczego od tej znajomości nie oczekiwała i nie wiązała z nim żadnych planów bo nie łączyło ich nic poza namiętnością i koleżeństwem. Czy może los odwrócił się i ukarał go za te oszustwa? Czasami o tym właśnie myślał. Karma?
    W pierwszej chwili nie skojarzył o czym mówiła a zaraz potem roześmiał się wesoło.
    -Dziękuję za komplement. Ale obawiam się, że niedługo będę tak wyglądał. Poczekaj do przyszłej wiosny.- zażartował obracając się w jej stronę i oparł się wygodnie o furgonetkę. Tego popołudnia pogoda wręcz ich rozpieszczała, jakby chciała wynagrodzić to, że wczoraj nie miała humoru i dosłownie zgromiła wszystkich w miasteczku, robiąc kilka całkiem pokaźnych i uciążliwych szkód.
    - Tak. Mam już chyba dość pizzy a to chyba jedyne co potrafię przyrządzić. – przyznał bo nie był zbyt utalentowanym kucharzem o czym zresztą Mina mogła się kiedyś przekonać. W końcu o mało nie spalił jej kuchni. Samo wspomnienie tego, jak udało mu się ją potem przeprosić sprawiło, że na chwilę spuścił wzrok i wbił go w czubki swoich butów. Uśmiechnął się sam do siebie i znów na nią spojrzał.

    OdpowiedzUsuń

  80. Uśmiechnęła się pogodnie w odpowiedzi na zatroskanie swojej towarzyszki. Empatia i współczucie nieznajomej niezwykle Marthę zadziwiały. Tym bardziej, że tamta wyraźnie nie chciała walczyć o swój własny komfort w towarzystwie. Jeszcze nikogo takiego Jones nigdy nie spotkała. Większość ludzi okazywała się zwykle egocentrykami skupionymi głównie na sobie, których wcale nie obchodziło samopoczucie innych. Zażarcie powtarzali do czego mają prawo, zapominając o tym, że człowiek obok ma takie same przywileje. To strasznie rudowłosą irytowało i z tym właśnie wałczyła. To też osoba Miny byłą dla niej niezwykle miłym zaskoczeniem. Choć było to przegięcie w drugą stronę.
    - O mnie się nie martw – powtórzyła raz jeszcze i potarła dłońmi ramiona żeby rozgrzać się odrobinkę. – Ja naprawdę przywykłam. W końcu wychowałam się w Mount Cartier, podobne temperatury to dla mnie norma. No i czasem wysiada ogrzewanie, więc zdarzało mi się kąpać w domu w lodowatej wodzie i siedzieć w zimnym pokoju dopóki ogień w kominku się nie rozpalił.
    To było dla nie zupełnie naturalne – opowiadać o wszystkim i o niczym. Co prawda nie przepadała przy tym za historyjkami o samej sobie, więc zdarzało jej się paplać o rzeczach zupełnie nie mających sensu. Wolała raczej wyciągać z innych wszystko, co tylko mogła. Każdy człowiek był dla niej jak książka warta przeczytania. W końcu wszyscy mieli swoje przeżycia, swoje historie, a ona byłą ich kolekcjonerką.
    - Nie zaprzeczę, że zwykły sweter potrafi uratować życie – zachichotała cicho i mimowolnie rozejrzała się po ciemniejącym lesie. Miała tylko nadzieję, że po drodze nie wpadną na żadnego niedźwiedzia. Pozostałe zwierzęta tak jej nie przerażały, ale miśki… Od dziecka ją nimi straszono, co zostawiło ślad nawet w jej, przynajmniej w teorii, dorosłym umyśle. – I chyba wiem, o którym sklepie w Churchill mówisz. Choć nie mam porównania, to dobrze wiedzieć, że to są najcieplejsze bluzy na świecie.

    Martha

    OdpowiedzUsuń
  81. Sol sprawiała wrażenie zamkniętej w sobie i smutnej. Nawet kiedy się uśmiechała, nie wyglądała na szczęśliwą. Jack tego dnia wielokrotnie przekonywał sam siebie, że wyciągnął pochopne i zbyt daleko idące wnioski. Kiedy jednak znów stanął z nią twarzą w twarz, wszystko poszło na marne bo teraz, w świetle dziennym, nic się nie zmieniło. Naraz wróciły do niego wspomnienia z poprzedniego wieczoru, ciężka atmosfera i ciągnące się w nieskończoność minuty, podczas których próbował ją rozgryźć. Tamtej nocy długo nie mógł zasnąć. Zmrużył oczy dopiero nad ranem a kilka chwil później zbudziła go wychodząc. Snuł się trochę jak cień, dopóki nie wypił mocnej kawy i nie zajął się pracą. Miał dużo czasu na to, by spokojnie pomyśleć i nabrać nieco dystansu zarówno do ich spotkania jak i do jej obecności w mieście, do tego, że chcąc nie chcąc będą na siebie wpadać i będą musieli poradzić sobie z tą niezręcznością. Albo wręcz przeciwnie. Kobieta zniknie z jego życia tak szybko i niespodziewanie, jak się w nim pojawiła.
    -Jak to?- obrócił głowę i spojrzał na nią zaskoczony. Zadziwiała go z każdą chwilą coraz bardziej. Jeszcze wczoraj był gotów sądzić, że mimo wszystko odnalazła tutaj swoje miejsce na ziemi a dzisiaj okazuje się, że nie zamierza długo zagrzać w Mount Cartier.
    -Myślałem… wczoraj mówiłaś, że lubisz to miejsce.- zauważył, zresztą słusznie, bo z nich dwojga to właśnie Mina wydawała się żywić do miasteczka większą sympatię niż on. Na każde jego negatywne słowo miała kilka swoich, pozytywnych. Skąd pojawił się u niej pomysł wyjazdu? Czy to miejsce przestało być dla niej atrakcyjne ze względu na niego? Nie, to na pewno nie mogło być to. No bo kim on dla niej był? Starym znajomym? Byłym kochankiem? To zdecydowanie za mało, by uciekać z miasta i szukać kolejnego ustronnego i zapomnianego miejsca.
    -To całkiem niezła propozycja. Lubię takie podziękowania.- powiedział pół żartem. Zaskoczyła go tym pytaniem i przez chwilę myślał nawet, że się przesłyszał. Z jednej strony chciał się z nią spotkać a z drugiej przechodził go dreszcz na samą myśl o tej przytłaczającej, ciężkiej atmosferze, jaka się między nimi wytwarzała ilekroć znaleźli się w polu swojego widzenia.

    OdpowiedzUsuń
  82. Szybki chód został mu po wielu latach spędzonych w wojsku, jako że tam trzeba było mieć wyjątkowo szybkie i dokładne ruchy. Do wielkich kroków był więc tak przyzwyczajony, że nawet nie pomyślał, iż mogłyby stanowić dla kogoś poważny kłopot i zmuszać do lekkiego biegu. Nie przeszkadzało mu, że Mina była o te kilka kroków z tyłu, bo już wcześniej trzymała się na dystans – zresztą, jak większość osób w miasteczku – dlatego nie próbował na siłę wciskać jej własnego towarzystwa, idąc tym samym na równym poziomie. Pewnie byłoby inaczej, gdyby tylko wiedział, że kobieta nie może po prostu nadążyć.
    Niemniej jednak, kiedy zrównała z nim własny chód, kontrolnie zwolnił. Było to coś w rodzaju znaku, dającego do zrozumienia o nawiązywaniu kontaktu, dlatego Ferran instynktownie zmniejszył kroki do spaceru. Na jego czole wyrysowała się wyraźna zmarszczka, gdy usłyszał pytanie.
    — Zdjęcie? Mi? — Podpytał z lekkim niedowierzaniem. — Rozumiem, że wyglądam jak sadzonka?
    Podejrzewał, że nie, ale to pytanie samo wyrwało mu się z ust.
    — To naprawdę konieczne?
    Rudowłosa nie musiała mu tłumaczyć, że sadzonki w towarzystwie leśniczego dużo lepiej wyglądałyby w gazecie, aczkolwiek Ferran pytał głównie po to, by usłyszeć, że nie jest to konieczne. Jego samotnicza natura dawała o sobie znać i skutecznie odciągała od bycia w centrum uwagi, bo przecież na zdjęcie będzie patrzeć przynajmniej trzy czwarte osób z tutejszych okolic – jedną czwartą stanowią bowiem ludzie schorowani i ślepi.
    Chociaż, za to że kobieta sfotografowała kłusownika, powinien był zgodzić się na taką prośbę w ramach przysługi.
    Zza konarów drzew wyłaniała się powoli polana, gdzie rosły niewysokie sadzonki świerków, które tej wiosny zostały wkopane w tutejsze ziemie, aby uzupełnić ubiegłoroczną wycinkę. Była to dość szeroka przestrzeń, na której posadzono około stu nowych drzewek; samo sadzenie ich trwało więc cały dzień, od rana do nocy. Dla tych rejonów było jednak warto.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  83. [Trochę przeskoczyłam, bo było mi tak łatwiej :)]

    Jack nie dostrzegał w Mount Cartier tylu zalet co Mina. Na początku traktował pobyt tutaj jak zesłanie, karę nieadekwatną do występku. To nie było tylko zawieszenie w czynnościach zawodowych. Dla niego oznaczało to coś więcej. Został odcięty od świata tak samo jak odcięte od świata jest to małe, górskie miasteczko. W jednym dniu stracił pracę, narzeczoną, dom w którym mieli założyć rodzinę, wszystkich znajomych. Wyrwano go ze świata który znał, właśnie wtedy kiedy wydawało mu się, że oto znalazł swoje miejsce na ziemi. Każdego ranka miał do siebie pretensje, wyrzucał sobie wszystkie popełnione w ostatnim czasie błędy, zadręczał się. Wieczorami sięgał po butelkę, bo bez niej nie potrafił zasnąć. Potrzebował chwili zapomnienia, potrzebował też wsparcia, życzliwej osoby, która pomogłaby mu spojrzeć na to wszystko z dystansu. A z tym było w Mount Cartier niestety najgorzej.
    Pierwsze dni były dla niego istną udręką, mierzył się w samotności z problemami, które przytłaczały go i zabijały od środka. Rzucały cień na cień na jego życie i na Mount Cartier. W obecnej sytuacji nie widział żadnych plusów i nie sądził, aby mógł być jeszcze szczęśliwy. Pomimo tego, że dręczyła go samotność, nie zabiegał o towarzystwo dawnych znajomych, zresztą i tak niewielu ich tu zostało. Unikał tym samym niewygodnych pytań o powody, dla których znów znalazł się w rodzinnym miasteczku. Obecność dziadka była dla niego wystarczająca. Stary Higgins nie pytał, bo zapomniał, że Jack kiedykolwiek opuszczał Mount Cartier. Dla niego czas zatrzymał się kilkanaście lat temu i wciąż pozostawał tak samo beztroski, jakim zapamiętał go Jack. To dawało mu namiastkę normalności. Kiedy staruszek trafił do szpitala, Jack znów został sam. Uciekał więc w pracę i w ciągu kilku tygodni zdążył odremontować nadgryziony zębem czasu stary dom na skraju wioski. W trakcie tych kilku tygodni odkrył, że jego żal nieco zelżał. Budził się codziennie rano, bladym świtem, jak miał to w zwyczaju, z coraz lepszym nastawieniem do nadchodzącego dnia. Coś jakby w nim pękało. Gruba warstwa lodu pokrywająca jego serce zaczynała powoli topnieć, choć czekała go jeszcze długa droga do osiągnięcia spokoju ducha. Jeśli los postanowił rzucić mu właśnie takie wyzwanie, chciał stawić mu czoła.
    Mina krzątająca się po jego kuchni, stanowiła widok niecodzienny. Była na wpół, spięta i wesoła. Niekiedy śmiała się nerwowo, próbując wykrzesać z siebie jakiś żart, albo skupiała się na wykonywanej przez siebie czynności, za każdym razem skutecznie odrzucając jego próby pomocy i ingerencji w przygotowywaną potrawę. Kiedy raz zdecydowanie jej na to nie pozwolił i zabrał się za krojenie (czegoś tam co się dodaje do sosu) zapatrzył się na nią a z palca polała się krew.
    -Masz rację, marny ze mnie kucharz, i pomocnik.- przyznał w końcu odkładając nóż na blat i wciskając krwawiącą dłoń pod strumień wody z kranu.

    OdpowiedzUsuń
  84. [ Haha! Cóż za piękne porównanie! Również witam i dziękuję :)
    Baby są głupie, a ich macice jeszcze głupsze, bo każą im brać śluby i rodzić dzieci, przez co właśnie lądują gdzie popadnie :/
    Też mam taką nadzieję :)
    Wątki zbieram, a po przejrzeniu obu kart, wydaje mi się, że z Miną lepiej się dogadają? Choć na razie nie mam pomysłu jak :( ]

    OdpowiedzUsuń
  85. [ Jeśli masz jakiś super pomysł, to mogę również zawitać u Meredith :D
    Pomysł może być, tylko ja bym dodała coś jeszcze żeby nie zrobiło się nudno. Wpadłyby do jakiegoś ogromnego dołu w lesie? Uciekły na drzewo przed dzikiem?... ]

    OdpowiedzUsuń
  86. [Dlaczego się wystraszyłaś, haha? Kat nie jest ani groźna, ani zła, ani niebezpieczna ;P Kat była kiedyś chyba jedną z najbardziej zamkniętych w sobie osób, jakie żyło w malutkim MC. Dopiero od jakiegoś czasu zaczęła się "otwierać".
    Tak czytam sobie tę kartę i czytam, i tak mi się smutno zrobiło z powodu Miny. Biedna duszyczka, naprawdę. Jeszcze gorsze jest to, że takie rzeczy przytrafiają się ludziom w rzeczywistości.]

    Kat

    OdpowiedzUsuń
  87. [ No, no, poza zajazdem to moja pani chętnie uczepiłaby się jakiegoś fotografa, więc zdecydowanie widzę tutaj wątek ! :D Oczywiście dziękuję też za powitanie, a Aurina za komplementy heh. Z dnia na dzień podoba mi się tu coraz bardziej, głównie dzięki takim "prawdziwym" postacią i historią jak w Twojej KP, więc z tym zadomowieniem nie powinno być problemu, z weną raczej też nie, ale różnie bywa, więc nie będę zapeszać ^^ Dodam, że nie wiem jak tam z Miną teraz, ale współczuję jej wydarzeń z przeszłości. To co? Może Ri podczas wprowadzania się dojrzy Mine z aparatem i nie chcąc zmarnować okazji od razu ją zaczepi? ]

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  88. Co prawda nikt o tym wcześniej nie informował, bo widocznie informacja zagubiła się w szerokich lasach Mount Cartier, ale ikonki z Komitetu powitalnego i Pierwszego na mecie, które z pewnością Ci się należały, już od jakiegoś czasu grzeją miejsce w Twojej KP. Może nawet zauważyłaś :). A jak nie, to tak w ramach oficjalnego podania do wiadomości, informuję. Trzymaj się cieplutko, bo zima coraz bliżej!

    nie istnieję

    OdpowiedzUsuń
  89. [Jaki piękny rudzielec <3
    Uwielbiam wielowymiarowe i ciekawe postacie, a Mina zdecydowanie taka jest :D Chęci na wątki są zawsze, bo ostatnio cierpię na ich niedostatek c:
    Co ty na to, żeby w gazecie miałby się pojawić artykuł (na przykład, powiedzmy, o lokalnych biznesach) i Minę oddelegowanoby do pstryknięcia paru zdjęć Benowi? Po wszystkim mogłoby się okazać, że jednak całkiem dobrze się dogadują, i na przykład zaprzyjaźnić. Co ty na to? c:]

    Benjamin

    OdpowiedzUsuń
  90. [Budyń na kiecce to ciekawe urozmaicenie, szczególnie z podejściem Ri to tego typu wypadków xD Tak więc pomysł jak najbardziej mi odpowiada, dziewczyna przynajmniej szybko się dowie gdzie w zajeździe jest pralnia hehe. To ja może od razu zacznę ^^ ]

    Ri, ledwo pojawiła się w nowym miejscu, już miała za sobą jedną przygodę. Walizka z bagażami naprawdę zapewniała więcej rozrywki niż nie jedna impreza, na której miała okazję przebywać. Na szczęście tutejsi mieszkańcy, w przypadku czyjejś gafy, czy jakiegokolwiek niesamowitego wydarzenia, nie wyciągali telefonów komórkowych, tylko pomocną dłoń. Już ten fakt mocno wyniósł Mount Cartier na podium w kwestii dobrego miejsca zamieszkania. Teraz, kiedy cało wyszła z ulicznej przygody, lekko utykając ruszyła do recepcji, aby zameldować się i dostać jakiś pokój. Kolejny traf, były miejsca wolne! Przed przyjazdem tutaj zrobiła małe rozeznanie i dowiedziała się, że nie raz zdarzały się przepełnienia w zajeździe więc nawet nowina o dostępności pokoju była w stanie przyprawić ją o jeszcze lepszy humor. Właśnie zamierzała wtargać swoje bagaże na jedno z pięter, gdy nagle usłyszała ciche skrzypnięcie drewnianej podłogi i coś szarpnęło ją do tyłu. Pięknie, kółko, które już przysporzyło jej kilka problemów, utknęło w niewielkiej podłogowej szczelinie, jakby tego było mało stało się to dosłownie przed schodami, przy jakiś tajemniczych drzwiach, jednak Ri tak skupiła się na wyswobodzeniu walizki, że nawet nie zwróciła uwagi na miejsce, w którym się znajduje.
    Dziewczyna sprawnie poradziła sobie z pokonaniem przeszkody, jednak kiedy wstała z podłogi i zrobiła kilka kroków w przód, drzwi po jej prawicy otworzyły się, a ona została staranowana przez jakąś tajemniczą istotę, lądując przy tym tyłkiem na schodach. Po dosłownie sekundzie poczuła jeszcze coś ciepłego na swoich ciuchach, podczas upadku zamknęła oczy, które teraz otworzyła, w celu obadania sytuacji. Zamrugała szybciej oczyma widząc na swoich ciuchach znajomą substancję. Odchyliła na chwilę głowę w tył i zaraz zaśmiała się.
    - Czyli jednak szykujesz dla mnie jeszcze wiele niespodzianek – zwróciła się do sufitu, tak naprawdę kierując te słowa do Stwórcy. Zaraz wróciła wzrokiem na czekoladowy budyń przyklejony do jej sukienki, podniosła też spojrzenie na sprawczynię czynu i znowu się zaśmiała. Tyknęła deser palcem i zbierając go odrobinę posmakowała.
    - Nie powiem, bardzo dobry, ale sposób serwowania deserów macie bardzo oryginalny – zaczęła wyraźnie rozbawiona.

    Audrina Nerey

    OdpowiedzUsuń
  91. -Znowu się wymykasz? – w pomieszczeniu rozległ się męski, nieco zachrypnięty jeszcze głos. Sytuacja z pozoru przypominała nieco tę sprzed kilku tygodni, kiedy Mina wymykała się po cichu z górskiego posterunku, chcąc za wszelką cenę uniknąć spotkania z nim. Wtedy nie zareagował, pozwolił jej wyjść bo uznał, że tego właśnie potrzebuje. Nie zareagował również, kiedy wymykała się z jego domu po pierwszej spędzonej w nim nocy. Teraz jednak postąpił inaczej, ale jeszcze nie wiedział, czy dobrze zrobił. Twarz dziewczyny przez chwilę wyglądała wręcz na zlęknioną, jakby przyłapał ją na dosypywaniu arszeniku do herbaty. Dopiero po chwili złagodniała.
    Ostatnie tygodnie nie były łatwe, ale każdy dzień, każde spotkanie, przynosiło jakiś postęp. Nie potrafił tego zdefiniować. W dziewczynie każdego dnia zachodziła zmiana. A może tak mu się tylko wydawało? Może chciał właśnie to dostrzegać, więc właśnie w ten sposób interpretował każde jej zachowanie i gest? Już samo to, że zdecydowała się u niego zanocować, poniekąd zmuszona do tego przez zamieć śnieżną, było nie lada wyczynem, choć pierwszą noc spędziła w jego sypialni, podczas gdy on oczywiście zadowalał się sofą w salonie.
    -Dzisiaj ja jestem Ci winien śniadanie. – nie patrzył już na nią, ale wszedł do kuchni i nastawił wodę na w elektrycznym czajniku. Jeśli Mina teraz się ulotni, będzie musiał się z tym pogodzić. Jeśli jednak zostanie, to będzie coś znaczyło, dla niego, na pewno. Na chwilę wrócił myślami do minionej nocy. Obudziła go krzykiem, a koszmar senny sprawił, że cała była roztrzęsiona i niespokojna. Potem długo rozmawiali aż w końcu zasnęła obok niego. I była to jedna z najpiękniejszych chwil w ostatnim czasie. Jedna chwila, która sprawia, że wszystko co złe odchodzi w niepamięć. Ten moment w którym poczuł się tak jak wtedy, kiedy byli naprawdę blisko. Kiedy jedli wspólne śniadania, śmiali się do późnych godzin nocnych, imprezowali na całego albo wyjeżdżali za miasto, żeby pobyć trochę razem. Tym razem nie oszukiwał jej jednak i nie zatajał faktu, że ma narzeczoną. Czy gdyby wtedy rozstał się z Nadine, ich losy mogłyby potoczyć się inaczej? Czy gdyby Mina nie pogoniła go tylko postawiła ultimatum, czy byliby teraz razem tam, w wielkim świecie?
    Na te pytanie nie potrafił sobie odpowiedzieć.
    -Dżem morelowy, czy wiśniowy? - zapytał stając znowu w drzwiach. Z kuchni dało się słyszeć dźwięk tostera.
    -Wiem, marny ze mnie mistrz kuchni.-

    OdpowiedzUsuń
  92. Polly od zawsze uwielbiała Mount Cartier. Nawet jako nastolatka lubiła odwiedzać miasteczko, choć większość osób w jej wieku uciekała z niego jak najdalej. Jej jednak bardzo odpowiadał spokojny klimat tego miejsca. Przez kilka lat, gdy była daleko, niemal zapomniała o tym jakie jest ono cudowne. Teraz jednak wszystkie wspomnienia wracały, przypominała sobie dlaczego tak chętnie spędzała wakacje u dziadka. I choć teraz wszystko było inne, niestety, trudniejsze, to wciąż był tutaj dla niej azyl. Mogła zapomnieć o przeszłości, nie troszczyć się o przyszłość. Żyła tym co było tu i teraz, bo nawet gdyby chciała, nie miała jak tworzyć planów.
    Posada u leśniczego również bardzo jej odpowiadała. Fakt, nigdy nie marzyła o takiej pracy, nigdy nawet nie przypuszczała, że będzie ją wykonywać. Mimo to podobały się jej zadania wyznaczane przez Ferrana i chętnie uczyła się nowych rzeczy o otaczających ich naturze. Na pewno wolała to niż siedzenie całymi dniami za biurkiem.
    Tego dnia jednak, wybrała się do lasu czysto rekreacyjnie. Chciała pospacerować, nacieszyć się pięknymi kolorami jesieni, póki wszystkie liście nie spadły z drzew. Las wciąż ją zachwycał, choć spędzała w nim tyle czasu. Ciekawiło ją, czy kiedykolwiek znudzi się jej ten widok. Na razie, przy każdej wędrówce znajdowała coś nowego, co ją intrygowało.
    Nie zdążyła się oddalić za bardzo od leśniczówki. Przynajmniej tak sądziła. Minęło dziesięć minut. Może piętnaście. Usłyszała wtedy jakiś szelest i odruchowo pomyślała o niedźwiedziu. Bóg jeden wie, dlaczego każdy hałas w tym miasteczku automatycznie kojarzyła z wrogo nastawionym miśkiem. Chyba powinna przebadać się, czy nie ma jakiejś fobii… Wracając jednak do tego dźwięku, szybko okazało się, że po raz kolejny przeczucie ją zawiodło. Zamiast zwierzęcia, zobaczyła jakąś inną kobietę, która z trudem przedzierała się przez błoto, co chwilę z trudem unikając upadku. Od razu włączył się jej instynkt bohatera i ruszyła w stronę nieznajomej.
    - Potrzebujesz pomocy? – spytała, posyłając kobiecie przyjazny uśmiech. Choć w sumie nie do końca wiedziała jak mogłaby pomóc.

    [ Nawet mi nie mów! Mnie też tu jakiś czas nie było i kompletnie wypadłam z rytmu i nie pamiętam żadnego wątku. Na dodatek tyle nowych osób się pojawiło… :O ]

    OdpowiedzUsuń
  93. Skoro zdjęcie leśniczego nie było jednak konieczne, a jego brak nie rzutował negatywnie na pracę kobiety, to Ferran tym bardziej korzystał z przywileju bycia poza kadrem i obiektywem aparatu, bo jemu absolutnie nie zależało na tym, by zostać twarzą tutejszego piśmidła. Nie zmienia to jednak faktu, że gazeta powinna napisać o ujęciu kłusownika, aby mieszkańcy znów mogli odzyskać cartierowskie lasy do długich, bądź krótkich spacerów. A kwestia tego, komu udało się go schwytać mogła, a nawet powinna, zostać pominięta – dla Kaysera, a co za tym idzie rzekomego bohatera, rozwiązanie to będzie najwygodniejsze, tak samo, jak dla jego osobistej prywatności.
    Chwilę przyglądał się rudowłosej, fotografującej roślinki, po czym zaczął przechadzać się z wolna wokół siewek, doglądając młode, rosnące ku górze pędy. Wszystkie były już dobrze zabezpieczone na przymrozki i nadchodzącą wielkimi krokami zimę, jednak wciąż pozostawały na tyle osłonięte, by udało się dobrze uchwycić je na matrycy aparatu.
    — Gdyby ktoś pytał, są to młode cedry kanadyjskie — odezwawszy się po dłuższej chwili ciszy, wskazał krótko na poletko niewysokich drzewek. — Szlachetne drzewa. Niewiele ich w tych rejonach — dodał, spoglądnąwszy na moment w niebo, na którym gromadziły się gęste chmury.
    Musiało minąć kilkadziesiąt lat, nim drzewa te staną się dojrzałe i całkowicie okazałe, jednak sadzenie ich miało swój cel. Te potężne drzewa były w dobie obecnej ery na wagę złota, a poza tym wielokrotnie osłaniały mniejsze od siebie drzewka, podczas huraganów i wichur, chroniąc nie tylko las, ale także pobliskie wsie.
    — Niech da pani znać, jak pani skończy — dopowiedział, idąc pomiędzy rządkami siewek, sięgających mu zaledwie do kolan. Przyglądał się im uważnie aby sprawdzić, czy nie zaatakowały ich żadne insekty.

    Ferran Kayser

    OdpowiedzUsuń
  94. Ben uwielbiał swoją pracę. Naprawdę ją uwielbiał. Właściwie to nigdy nie był szczęśliwszy niż wtedy, gdy przejął stanowisko miejscowego stolarza po wuju, który przeszedł na zasłużoną emeryturę. Codziennie z przyjemnością wstawał i udawał się do warsztatu.
    Tylko że akurat dzisiaj cholernie miał dość wszystkiego.
    Od kilku tygodni, życie zaczęło go przytłaczać (bardziej niż zwykle). Dowiedział się, że jego była żona wychodzi za mąż, i do tego spodziewa się dziecka. Niby wmawiał sobie, że przecież mu przeszło i wcale go to nie obchodzi, ale w rzeczywistości było zupełnie inaczej.
    Praca szła mu wolniej niż zwykle, chodził podirytowany, i często nawet kawa nie była w stanie go rozbudzić.
    Tak było właśnie dzisiaj. Siedział w warsztacie, nawet nie udając, że robi cokolwiek produktywnego. Siedział na stołku przy ogromnym blacie, przy którym leżały nieskończone elementy regału. W ręku trzymał kubek z kawą, a wokół jego nóg plątał się Frodo.
    Wtedy usłyszał pukanie.
    Często zdarzało się, że ludzie po prostu przychodzili do jego warsztatu, niekoniecznie by cokolwiek zamówić. Nie bardzo mu to przeszkadzało, bo lubił te przerywniki w pracy, kiedy po prostu siadał i rozmawiał.
    Tylko że w tym momencie nie miał szczególnej ochoty na rozmowy z nikim. Kontemplował po prostu udawanie, że nie ma go w domu, ale wtedy ktokolwiek stał po drugiej stronie mógłby pytać, dlaczego go nie było, a Ben był beznadziejnym kłamcą. Z resztą, nawet nie miał siły by cokolwiek wymyślać.
    Doczłapał się więc do drzwi, Frodo wiernie za nim, i otworzył drzwi, ukazując drobną, rudowłosą kobietę. Co więcej, nieznajomą kobietę.
    Spojrzał na nią pytająco, mając nadzieję, że nie wygląda na zbyt zirytowanego.

    Ben

    OdpowiedzUsuń
  95. [Oczywiście, przyjaciół dla Anny nigdy zbyt wiele! Tym bardziej, jeśli chodzi o takiego pięknego rudzielca, którym będzie się zachwycać na każdym kroku. <3]

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  96. Ben przyjrzał się dokładnie nieznajomej. Próbował jakoś przypomnieć sobie, czy wcześniej ją widział, jednak im dłużej się zastanawiał, tym bardziej upewniał się w przekonaniu, że jednak nie. Co było dziwne, bo znał większość ludzi w Mount Cartier, jeśli nie osobiście, to z chociażby z widzenia.
    Ben dostrzegł palce zaciśnięte na aparacie. Trzymała go tak mocno, aż jej kostki zbielały. Patrzyła na niego nerwowo, ramiona miała spięte. Pierwsze ważne zadanie? Benjamin zastanawiał się, co mogło być powodem zachowania kobiety. Westchnął cicho, i zamknął drzwi warsztatu, kierując się w stronę domu. Kiedy jednak zorientował się, że kobieta nie ruszyła się z miejsca, obrócił się, spoglądając na nią ze zmarszczonymi brwiami.
    — Zapraszam na herbatę. Opowie mi pani o artykule.
    Kątem oka dostrzegł, że kobieta za nim podąża, jednak z wyraźną niechęcią i rezerwą. Jakby zaraz miała obrócić się na pięcie.
    Zostawił drzwi wejściowe otwarte, na wszelki wypadek, żeby poczuła się nieco swobodniej.
    Zaczął przygotowywać herbatę, stawiając czajnik na kuchence. Kobieta stała w drzwiach, w odległości paru metrów od niego.
    Nie przeszkadzało mu to. W końcu to ona była gościem. Gwizdek obwieścił zagotowanie się wody, Ben zalał więc herbatę, stawiając ją na stole, razem z cukrem, po czym odsunął się, opierając o blat kuchenny.
    — No więc... Co to za artykuł?

    Ben

    OdpowiedzUsuń

Październik stoi u dwora, wykop ziemniaki i pora.