Kalendarz bloga
16/02/14 Otwarcie
16/02/14 Nowy mod
22/02/14 Wydarzenie: Burza Śnieżna – link
24/02/14 Odejście moda
26/02/14 Nowy mod
19/04/14 Wydarzenie: Mecz Hokeja – link
02/07/14 Nowy szablon
07/07/14 Wydarzenie: Kto zabił? – link
20/07/14 Odejście moda
23/07/14 Nowy mod
29/08/14 Zamknięcie
24/12/15 Reaktywacja
25/12/15 Nowy admin
28/12/15 Wydarzenie: Kolacja wigilijna – link
29/06/15 Nowy nagłówek
09/10/16 Wydarzenie: Deszcz i wichura - link
28/11/16 Nowy nagłówek
10/12/16 Wydarzenie: Uratuj święta! - link
04/01/17 Wydarzenie: Psi zaprzęg - link
28/01/17 Wydarzenie: Słodka Walentynka - link
04/02/17 Nowy szablon
27/03/17 Wydarzenie: Mount-ipedia - link
21/04/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap I - link
01/05/17 Wydarzenie: Pojedynek Mistrzów, etap II - link
02/05/17 Nowy nagłówek
Czerwiec • 12°C
I stało się! Z południa przychodzi do nas coraz cieplejsze powietrze, dzięki czemu resztki śniegu zalegającego na trawnikach stopnieją pewnie nim nadejdzie połowa miesiąca. Jeśli już tęsknicie za białą aurą, to niestety musicie przenieść się jeszcze bliżej koła biegunowego, bo do września nie mamy co liczyć na chociaż jedną śnieżynkę spadającą z nieba. Zamiast nich za to będzie słońce i odrobina deszczu, ale głównie w nocy, więc zabierajcie kalosze na nocne schadzki jeśli nie chcecie, by ktoś w niedzielę dopytywał się skąd błoto na tych nowych pantofelkach prosto z Chruchill! Dzieciaki mogą się za to cieszyć, bo pogoda na lato znowu nam dopisze i pewnie już za kilka tygodni niejednego raka będziemy ściągać z plaży nad jeziorem. Rodzice, cieszcie się ostatnimi chwilami wolności, bo jak tylko skończy się szkoła… nie będzie lekko!

09.04.2017

Starzejemy się, pewnie, ale pod wieloma względami jesteśmy tacy sami jak kiedyś

CHRISTIAN HEMINGWAY 
10 V 1984 WETERYNARZ RAMSAY, AMAZON & LYNX
Zamieszkanie w Mount Cartier było niespodziewaną decyzją. Sam był zaskoczony, kiedy ją podejmował. Jednak nie było już odwrotu. Dom został przepisany na niego, jako, że już wcześniej go wyremontował jedyne co mu zostało to przeniesienie swoich rzeczy tutaj. Domek, który odziedziczył po ciotce miał być miejscem ucieczki. Z początku spędzał tu tylko urlopy, kiedy potrzebował uciec od dużego miasta. Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy całkiem przeniósł tutaj swoje życie, powoli odcinając się od tego jakie prowadził w Toronto. Nic traumatycznego się nie wydarzyło, co zmusiło go do przeniesienia się tutaj. Załapał lepszy kontakt z ludźmi, poznał zalety długich spacerów. Poczuł, że właśnie tutaj jest jego miejsce. W spokojnym Mount Cartier, gdzie życie toczy się swoim tempem. Zaczął pracę jako miejscowy weterynarz, dalej mógł pomagać zwierzętom, tak jak pomagał im jeszcze, kiedy pracował w klinice w Toronto. Wolne dni spędza na długich spacerach z psami. Wieczory przed kominkiem, z dobrą książką w ręku, gorącą herbatą na stoliku, kotem na kolanach i z ciepłymi skarpetami na stopach, bo jak twierdzi nie ma nic lepszego od tego.
Cześć. Witamy się serdecznie z Chrisem. Nie umiemy stawiać przecinków w odpowiednich miejscach, trochę zdarza nam się powtarzać, ale mimo tych wad mamy nadzieję, ze i tak się polubimy. <3 Chęci na wątki są, nie gryziemy. Wolimy się przytulić, co by nam zimno nie było!

( 48 )

  1. [Cześć! :)
    Już jakiś czas się nie widziałyśmy na grupowcach i chyba nigdy nie miałyśmy okazji do wspólnego wątku, niestety... Co do przecinków - nie przejmuj się, znam ten ból; od zawsze wolałam ortografię, interpunkcja przyprawiała mnie o ból głowy :P
    Karta nie za długa, ale jak najbardziej na temat :] Chris wydaje się być naprawdę, hmm, spoko facetem, że tak to określę. Mam nadzieję, że odnajdziecie się w Mount Cartier bez większych problemów :D
    Życzę wielu ciekawych wątków oraz udanej zabawy, a w razie chęci zapraszam do siebie! :] Jestem jeszcze na urlopie zdrowotnym, ale jakby co, możemy pomyśleć nad wątkiem ;)]

    Harry Preston

    OdpowiedzUsuń
  2. Oo, ktoś, kto potrafi docenić magię przytulania! ♥ Cieszy mnie ta postać - zarówno jej nastawienie do miasteczka, jak i sama kreacja. Przede wszystkim jednak to, że Hemingway wydaje się taki przyziemny i w całej swojej pomocności męski. Życzę Ci, żeby któraś z Naszych miejscowych Pań to zauważyła i oddała Ci serducho. Bo psiaki już ma, domek już ma, to teraz tylko żony i syna mu trzeba, hah.

    W sumie mam trzech Panów, których trudno byłoby jakoś powiązać z Twoim, ale jeśli brakowałoby Ci wątków, to zapraszam do Andrew - jest zbliżony wiekiem do Chrisa, więc powinno się dać coś z tego ugrać. Pozdrawiam! :)


    Andrew, Scott & TImothy

    OdpowiedzUsuń
  3. [Uwielbiam weterynarzy! I lubimy przytulanie. Chris wydaje się normalny, równym gościem, którego oba moje misiaki na pewno bardzo by polubiły. Kocham bardzo za nazwisko, a jeśli masz chęci na wątek - zapraszam do którejś z moich postaci. ;)]

    Finlay Watson & Dylan Ostberg

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam kolejną duszę! Na pewno Chris nie pożałuje tej decyzji, mogę nawet za to poręczyć, bo w Mount Cartier nie ma miejsca na smutki. Skoro mamy weterynarza, to może sprezentuję któremuś z moich bohaterów jakiegoś futrzaka. Prędzej Tilii, bo pewnie chodziła by do Chrisa z uśmiechem na ustach. Baw się dobrze tutaj z nami <3]

    Ferran, Tilia i Cesar

    OdpowiedzUsuń
  5. Miałam kiedyś na MC taką postać nauczycielki angielskiego, sfiksowanej na punkcie literatury. Z pewnością urzekłoby ją nazwisko Christiana (o wizerunku nie wspominając). Chris na pewno by się z nią nie nudził. Widzę oczami wyobraźni jak uciekałaby od jego piesków xD.

    A na ten moment witam na blogu, chwalę za wizerunek i cieszę się ze wszystkimi, ze Mc zyskało przystojnego pana weterynarza z praktyką w Toronto. Tak zdrowych zwierząt w takim razie w MC jeszcze chyba nie było. XD


    Mathilde

    OdpowiedzUsuń
  6. [Moje serce zawsze leci z prędkością światła do ludzi, którzy kochają zwierzęta, tak więc u weterynarzy z pasją, powołaniem i charakterkiem będzie pierwsze. :D Cześć, co prawda jestem nowa, świeża i zielona jak trawa, która właśnie zaczyna rosnąć, ale życzę Ci miłej zabawy i jeśli masz ochotę, to zapraszam do siebie na wątek. c:]

    Mia Harnsberger

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczepiła postaci w wizerunkiem Jake, kochamubóstwiemuwielbiam go! Cała koncepcja na postać również bardzo mi się podoba i myślę, że całkiem by się z Leną dogadał!

    Lena

    OdpowiedzUsuń
  8. [O, naprawdę mieszkałaś w Londynie? Mnie to miasto bardzo kusi, ale moja rodzina lubi jeździć tylko w ciepłe kraje...
    Cóż, Mia jest od niego sporo młodsza, ale... Może sztampowo zahaczymy sobie o wątek zwierzęcy właśnie? Powiedzmy, mogłaby znaleźć ranne zwierzątko, jakieś z takich większych i poleciałaby do weterynarza z płaczem "Niech pan ratuje!". :D Nie jest zbyt miła, ale dla zwierząt ma złote serce.]

    Mia Harnsberger

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Nic traumatycznego się nie wydarzyło, co zmusiło go do przeniesienia się tutaj – ewenement! :D Chętnie bym przeczytała pozbawioną fabuły notkę fabularną, w której Christian tylko spaceruje i spaceruje, i spaceruje, to musiałoby być śliczne! Prawie tak śliczne, jakie są jego zwierzaki.
    Cześć! ]

    Sovay Biville

    OdpowiedzUsuń
  10. [Ja nie znoszę upałów i słońca, więc... Po prostu zostaję w domu i chowam się jak wampir. :D
    Myślałam też o tym, by przechadzając się nieopodal lasu natknęła się na jakichś chłopaków dręczących właśnie sarnę, która wpadła w sidła; Mia, wściekła jak sto diabłów, zaczęłaby się na nich wydzierać, i wrzaski ściągnęłyby na miejsce zdarzenia Christiana, który rozgoniłby towarzystwo? c:]

    Mia Harnsberger

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Nie wiem, jak będzie z bliższą relację – to już chyba kwestia wątku. ;D Ale przynajmniej znać się muszą, trudno byłoby, aby w takim Mount Cartier nie znać weterynarza, kiedy samemu ma się zwierzęta. A że Sovay jest raczej kontaktowa i łatwo wchodzi w nowe znajomości, to kontakt mogli załapać. Trochę gorzej z pogłębieniem relacji, ale... od czego są wątki? ]

    Sovay Biville

    OdpowiedzUsuń
  12. [Ach, do kochania mogą być chociażby zwierzaczki. ;) Wendy przyzwyczaja się już do staropanieństwa! Ale takiego uroczego pana weterynarza to Wendy chętnie do jakiegoś wątku porwie. Na co masz ochotę? ;)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  13. [Jeśli mogę prosić o zaczęcie, to będzie mi niezmiernie miło. c:]

    Mia Harnsberger

    OdpowiedzUsuń
  14. [Bardzo dziękuję za powitanie i od razu zapytam czy jest szansa na wątek :)]

    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  15. [Cześć! Co tu dużo mówić, na wątek z Christianem czaję się od dłuższego czasu, ale jakoś tak nie miałam śmiałości zagadać (co zupełnie nie pasuje do autorki takiego złośliwca jak Gina, ale cóż poradzić!), w końcu jednak stwierdziłam, że albo teraz, albo nigdy i pojawiam się pod twoją kartą z nadzieją, że wspólnymi siłami uda nam się coś wymyślić, o ile oczywiście Christian jest gotowy zmierzyć się z moją Gi. Ale niech pamięta, że nie taki diabeł straszny jak go malują! ;) ]

    Gina

    OdpowiedzUsuń
  16. [Czyli wychodzi na to, że dobrze, że się w końcu przełamałam i do ciebie napisałam, bo tak krążyłybyśmy wokół siebie trochę jak dwie sieroty ;) Bardzo się cieszę, że Gina ci przypadła do gustu, a Christian jest gotowy na wszelkie wyzwania! Mój mail: thinking.not.hurt@gmail.com Na pewno uda nam się wymyślić coś ciekawego!]

    Gina

    OdpowiedzUsuń
  17. Gina i Christian byli jak ogień i woda. Wielu ich znajomych nie potrafiło zrozumieć, jakim cudem tę dwójkę połączyło głębsze uczucie, bo dzieliła ich nie tylko różnica wieku, ale także inne podejście do życia, a także cechy charakteru. Gina uwielbiała być w centrum uwagi, miała iście ognisty temperament, a przy tym przypominała nieco tornado, niszcząc wszystko, co stanęło jej na drodze; Chris z kolei był o wiele spokojniejszy, cenił sobie ciszę, ład i porządek. Mimo to nawiązała się między nimi nić porozumienia, która przetrwała próbę czasu. Choć nie byli już dłużej parą, wciąż potrafili dobrze się bawić w swoim towarzystwie, a panna Reed przy nikim innym nie stawała się równie... wyciszona. Czasami wystarczało jedno spojrzenie Christiana, by ukoić jej gniew i wyciszyć szalejące zmysły, choć nigdy nie przyznałaby na głos, że miał nad nią jakąkolwiek władzę. Właściwie wciąż nie wiedziała, co ich łączyło, bo choć utrzymywali przyjacielskie relacje, czasami wydawało jej się, że przekraczali granice zwykłej sympatii... A potem przypominała sobie, że nie bez powodu zniknęła z życia mężczyzny kilka lat temu i że tego nie dało się tak po prostu odbudować.
    Na szczęście on wciąż pozostawał nieświadomy i bez problemów mogła składać mu wizyty, jak za starych czasów próbując go nieco rozruszać.
    — Zbieraj się, Hemingway. Dzisiaj zaszalejemy — rzuciła Gina, zanim jeszcze na dobre zdążyła przekroczyć próg jego domku. Krytycznie zlustrowała jego wygląd wzrokiem, po czym westchnęła dramatycznie, szarpiąc go za mankiet koszuli. — Boże, ty naprawdę zapomniałeś, jak się dobrze bawić. Co to za ciuchy? Wyglądasz gorzej niż mój ojciec. Gdyby nie to, że zaraz się spóźnimy, kazałabym ci się przebrać — zawyrokowała kobieta, z dezaprobatą kręcąc głową. Bardzo trudno było za nią nadążyć, zawsze wystrzeliwała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego i nigdy nie wahała się z wyrażeniem swojej opinii na głos, nawet jeśli była ona wybitnie niepochlebna oraz niegrzeczna. Bardzo trudno było ją przegadać, można wręcz powiedzieć, że wszędzie, gdzie pojawiała się Gina, przynosiła ze sobą hałas i zamieszanie, a jej gniewne, epickie tyrady przeszły wręcz do historii Mount Cartier. Nie bez powodu wszyscy woleli schodzić jej z drogi. Nikt nie ośmielał się przerywać jej uszczypliwych wywodów w połowie; większość osób pozwalała jej się wyszaleć i miotać gromy, kuląc głowę między ramionami i po cichu się modląc, żeby tym razem jej gniew nie spadł na nich, a ona sama w pełni korzystała z przywilejów, jakie niosła ze sobą reputacja nieznośnej złośnicy. To życie w Los Angeles nauczyło ją, że grzeczne postępowanie było nieopłacalne; mili ludzie zawsze dostawali po dupie, nieważne, czy od pojedynczych jednostek, czy od całego świata. Wydarzyło się tyle nieprzyjemnych sytuacji... Ale Christian nigdy nie usłyszał od niej, dlaczego tak naprawdę przestała robić karierę. Nigdy nie opowiedziała mu o tym, co przeszła w Mieście Aniołów, jak bardzo była wyzyskiwana, jak wiele osób rzucało jej kłody pod nogi. To były kolejne tajemnice, które ich dzieliły, a o których mężczyzna nawet nie miał pojęcia.
    — Chcesz wiedzieć, gdzie cię zabieram? — spytała Gina z figlarnym uśmiechem. Nie mogła się doczekać reakcji Chrisa. — Idziemy do baru Iana. Ale dzisiejsza noc jest wyjątkowa! W końcu udało mi się go namówić, żeby zamienił wieczór bingo dla znudzonych staruszek na... Uwaga, uwaga... Wieczór karaoke! No dalej, Chris, nie rób takiej naburmuszonej miny. Pamiętasz, że to właśnie na wieczorze karaoke się poznaliśmy? Najpierw zakochałeś się w moim głosie, dopiero potem doceniłeś resztę. Masz szczęście, że ja nie byłam tak powierzchowna i nie oceniałam cię po twoich umiejętnościach wokalnych, w przeciwnym razie nigdy nie miałbyś u mnie szans — ciągnęła Gi, rzucając mężczyźnie kurtkę. Była dzisiaj aż nazbyt pełna energii, choć z reguły cechowało ją o wiele bardziej ponure, zgryźliwe podejście. Chyba po prostu po raz pierwszy od dawna dobrze się czuła, a widok Christiana czekającego na nią tylko poprawił jej humor.

    Gina ❤️

    OdpowiedzUsuń
  18. Gina westchnęła cierpiętniczo. Miała do czynienia z wyjątkowo beznadziejnym przypadkiem.
    — Tak, musimy tam iść, bo w przeciwnym razie przyrośniesz do tego fotela. Kiedy ostatnio wyszedłeś z domu? I nie, wyjścia do pracy albo do spożywczaka się nie liczą! — zastrzegła od razu kobieta, unosząc palec do góry. Nie chodziło o to, że próbowała zmienić Christiana, bo lubiła go takim, jakim był; robiła to dla jego dobra, bo nie chciała, żeby czuł się samotny lub kiedyś żałował. Wychodziła z założenia, że raz na jakiś czas powinien się rozerwać i wcale nie miała na myśli szalonych, studenckich imprez, a zwykłe spotkania przy drinku z przyjaciółmi po ciężkim dniu w pracy. Poza tym Chris chyba przez te wszystkie lata znajomości zdążył się już przyzwyczaić do tego, że Gi nie potrafiła zbyt długo usiedzieć na jednym miejscu.
    — Och, uwierz mi, te wstrętne baby na pewno znajdą sobie zastępcze zajęcie — mruknęła Gina z niespodziewanym jadem w głosie. Mount Cartier słynęło z plotek, których źródło znajdowało się przy jednym z najbardziej obleganych miejsc przez gospodynie domowe – przy kościele; przed mszą moherowe berety zatrzymywały się na moment, by w ramach swojego jedynego urozmaicenia podzielić się historiami wyssanymi z palca z resztą znudzonych mieszkańców. Gina dobrze wiedziała, że na jej temat krążyło milion opowieści; niektóre nawet ciekawe, inne zupełnie abstrakcyjne i przekoloryzowane. Na szczęście raczej nie zwracała uwagi na podobne informacje przekazywane od ust do ust przez znużone życiem kury domowe poszukujące w tym śpiącym miasteczku odrobiny niewyszukanej rozrywki, choć jako przedmiot tych opowieści zdążyła się dużo dowiedzieć na swój temat. Podobno wcale nie robiła wielkiej kariery w Los Angeles, a wylądowała w więzieniu dla kobiet o zaostrzonym rygorze za przemyt twardych narkotyków przez granicę amerykańsko-kanadyjską, pracę w ratuszu dostała prawdopodobnie dlatego, że rozłożyła przed kimś nogi, choć mimo usilnych prób nie udało jej się dowiedzieć przed kim, bo wyglądało na to, że samego burmistrza Conelly'ego o tak haniebny czyn nie podejrzewano. Wszelkie przytyki i pogłoski traktowała z politowaniem, bowiem naczelne plotkary z Mount Cartier pod względem swojej wyobraźni nie mogły się równać z tabloidami gorączkowo śledzącymi życie gwiazd, mimo to panna Reed czasem czuła nieodpartą pokusę zamówienia całego autobusu wypełnionego egzemplarzami Pięćdziesięciu twarzy Greya, żeby wszystkie te gospodynie znudzone życiem w końcu skupiły się prawdziwej sensacji, której im brakowało, zamiast wtryniać nos w nieswoje sprawy. Nie ulegało jednak wątpliwościom, że kiedy tylko pojawi się wraz z Christianem w barze, staruszki wymyślą kolejną nieprawdziwą informację. Z tego, co zdążyła się już zorientować, weterynarz ze swoim spokojnym trybem życia był ulubieńcem moherowych beretów, a więc na pewno w owej plotce okaże się, że Gina sprowadziła cudownego człowieka na stronę szatana. W każdym bądź razie Hemingway na pewno wyjdzie na niewiniątko, a ona na bezczelną kusicielkę.
    — Nie możemy pograć w bingo, bo to rozrywka dla osiemdziesięciolatków poruszających się na wózkach inwalidzkich, a kiedy ostatnio sprawdzałam, ty byłeś młodym facetem w pełni sił. Przynajmniej fizycznie, bo psychicznie wpasowujesz się idealnie w grono staruszków — stwierdziła złośliwie Gina, wychodząc na zewnątrz i czekając, aż mężczyzna zamknie za sobą drzwi. — Gdybym faktycznie zabijała cię wzrokiem, już byłbyś martwy. Masz to szczęście, że jeszcze nigdy na tyle mnie nie wkurzyłeś, żebym zaprezentowała ci moje słynne mordercze spojrzenie. I robisz naburmuszoną minę. Przestań się tak krzywić! Może jesteś przystojny, ale z tym pochmurnym grymasem nawet tobie nie jest do twarzy — zawyrokowała Gina, przykładając palce do jego policzków i unosząc kąciki jego ust w szerokim uśmiechu. — Tak lepiej, zrzędo. Mógłbyś chociaż udawać, że jesteś podekscytowany perspektywą spędzenia wieczoru ze mną.

    Gina

    OdpowiedzUsuń
  19. Na samą myśl, że miałaby zostać przykładną panią domu, Gina dostawała drgawek. Choć pewnie wiele staruch byłoby szczęśliwych, widząc najbardziej niepokorną kobietę z Mount Cartier poskromioną przez jakiegoś mężczyznę, nie miała zamiaru dawać im tej satysfakcji. Nie widziała siebie w roli przykładnej, ale za to nudnej żony i matki, która całe dnie spędza na gotowaniu, prasowaniu, sprzątaniu, ogólnym dbaniu o dom, podczas gdy jej facet spełniałby się w pracy. Nie widziała nic złego w partnerstwie i wychowywaniu dzieci, ba!, sama kiedyś sądziła, że będzie miała gromadkę, jednak nigdy nie marzyła ani o ślubie, ani o tradycyjnej rodzinie. Prędzej czy później udusiłaby się w takiej idylli. Nie wiedziała, czy to ona była za wielka dla tego miasteczka, czy to może miasteczko było dla niej za małe, w każdym bądź razie nie sądziła, że uda jej się tutaj znaleźć szczęście, zwłaszcza wpisując się w pewne wymagane standardy Mount Cartier. Gina... Gina musiała być wolna, w przeciwnym razie zaczęłaby się rzucać i kąsać niczym niebezpieczny drapieżnik na uwięzi. A ona nie miała zamiaru pozwolić, by ktokolwiek pozbawił ją swobody i przykuł łańcuchem do kuchni, czyniąc z niej nieszczęśliwą kurę domową. Zamknięcie jej w podobnej klatce było prawdopodobnie najgorszą rzeczą, jaką można było jej uczynić. Świat wciąż stał przed nią otworem, a ona miała zamiar powrócić na szczyt pewnego dnia i ponownie go zdobyć.
    — Dawno? Ostatnio wyszedłeś z domu gdzieś się rozerwać chyba w czasach prehistorii — zakpiła Gi, dając mężczyźnie lekkiego kuksańca w bok. — A przynajmniej w Toronto. Wiem, że Mount Cartier niekoniecznie jest metropolią, jednak mówię serio, Chris. Powinieneś czasem wyjść z domu. Kogoś... kogoś poznać — dodała nieco mniej pewnie, przegryzając dolną wargę i marszcząc przy tym brwi. Od czasu ich epizodu minęło już sporo czasu i nie wątpiła, że po niej Christian miał również kilka partnerek, ale najwyraźniej żadna nie była osobą, której szukał. Sama Gina obecnie również nie była nastawiona na miłość, nie była nawet pewna, czy pamięta, co to znaczy kogoś kochać w ten cudowny, bezinteresowny sposób, gdy dobro ukochanego jest ważniejsze nawet od własnego zadowolenia czy uczuć, co nie zmieniało faktu, że chyba już zawsze będzie darzyła Hemingwaya sentymentem i martwiła się o niego. Może nie słynęła z altruizmu, uchodząc za arogancką egoistkę, ale dla niego pragnęła wszystkiego co najlepsze. Może właśnie dlatego tak bardzo upierała się przy wyciągnięciu go z domu, chociaż trudno było ukryć, że lubiła jego towarzystwo i był jedną z niewielu osób, które miały szansę zobaczyć inną twarz panny Reed, nie tylko tej zawziętej piekielnicy uprzykrzającym wszystkim egzystencję.
    — Nie sądziłam, że aż taki z ciebie tchórz — rzuciła wyzywająco, gdy przyznał, że z chęcią schowałby się w domu. Chciała, żeby się dobrze bawił. Wiedziała, że pewnie na początku będzie oporny, jednak wystarczy, że trochę się rozkręci i szybko zapomni o wygodnym fotelu, w którym czekała na niego książka.
    Wzięła go pod ramię, prowadząc w stronę baru.
    — Ej, jeszcze przed chwilą narzekałeś, że w ogóle musisz wyjść z domu, a teraz już mnie wypytujesz o kolejne atrakcje? Mógłbyś się zdecydować, chłopie — mruknęła Gina, wywracając oczami. — Zobaczymy, czy będziesz w stanie wytrzymać na karaoke choćby godzinę, czy zaraz uciekniesz z krzykiem, a potem ewentualnie się zastanowimy nad tym, co robić przez resztę nocy. Co ty na to?

    Gina

    OdpowiedzUsuń
  20. [Dziękuję za powitanie. Mam nadzieje, ze mimo wszystko kiedyś znajdzie się jakiś niebanalny pomysł na wątek. Tym bardziej, że Noe należny do zwierzolubów. ]

    Noemi Shepherd

    OdpowiedzUsuń
  21. [Hej, hej! Dziękuję ślicznie <3 A ja widzę Jake'a, którego uwielbiam *,* Chodź na wątek! Holly na pewno wpadałaby do niego ze swoimi psiakami, te nawet mogłyby się bawić z pupilami Christiana :) A z naszych postaci zrobiłabym parę przyjaciół, która wspólnie chodzi na spacery i siedzi przy kominku, czytając książki, oglądając jakieś filmy lub po prostu rozmawiając, co ty na to?]

    HOLLY

    OdpowiedzUsuń
  22. [Ja marzę o huskym od dawna, ale chyba na marzeniach się skończy ;(
    Jak najbardziej taki pomysł mi odpowiada! Śmiesznie będzie :D Kto w takim razie zaczyna?]

    HOLLY

    OdpowiedzUsuń
  23. [Nawet nie nie mów, mi nie pozwalają ;(
    Hmm, w sumie mogę zacząć, także wyczekuj! :D]

    HOLLY

    OdpowiedzUsuń
  24. [Przepraszam że dopiero teraz, ale bardzo dziękuje za powitanie. Pan weterynarz wydaje się być tak przyjemnie zwykły, lubię takie postaci, jak widać po moim Ericu.
    Nie potrafię wątków męsko- męskich na obyczajówkach, więc nawet nic nie proponuje, ale weny życzę dużo.
    ps: też mam wiecznie kłopot z przecinkami ;-).]

    Eric

    OdpowiedzUsuń
  25. Gina wiedziała, jak bardzo głupio to zabrzmiało, zwłaszcza gdy Christian powtórzył jej słowa, ale w sumie uważała to za dobry pomysł. Albo i nie... Sama już nie wiedziała, jaka relacja właściwie łączyła ją z jej byłym chłopakiem, z którego życia zniknęła równie szybko, jak się w nim pojawiła, jednak właśnie taka była Gi – przychodziła i odchodziła, przypominając wolnego ptaka bez zobowiązań. Żyła tu i teraz, usilnie starając się nie zwracać uwagi na swoją bolesną przeszłość, choć demony powoli rozrywały jej duszę ostrymi szponami od środka, nie martwiąc się przyszłością, bo w tej chwili była przekonana, że żadnej nie miała i może dlatego była tak zgorzkniała. Przyzwyczajona do otwartego wyrażania swoich uczuć, do bezpośredniości i gwałtowności, nie radziła sobie ze skrywaniem mrocznych tajemnic i każdego dnia powoli ją to wykańczało. Ukojenie znajdowała dopiero przy Chrisie, którego obecność niejako odciążała jej barki z brzemienia, choć on nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Może gdyby w końcu znalazł kobietę, z którą chciałby ułożyć sobie życie, gdyby Gina zobaczyła go szczęśliwego w kolejnym związku... Może wtedy poczucie winy nie ciążyłoby jej tak bardzo, ale z drugiej strony wcale nie tak łatwo było jej sobie wyobrazić mężczyznę w ramionach innej. Najwyraźniej nie spieszyło mu się jednak do zmiany swojego statusu matrymonialnego, a ona nie musiała się martwić swoimi mieszanymi odczuciami.
    — Dlaczego od razu zakładasz, że mówiłam o znalezieniu dla ciebie żony? Może miałam na myśli, że powinieneś w końcu poznać jakiegoś kumpla, z którym mógłbyś gadać o tych wszystkich beznadziejnych, nudnych, męskich sprawach? — prychnęła Gina, mrugając do niego. Po chwili westchnęła jednak ciężko, mierząc go fachowym spojrzeniem, bo mimo upływających lat Christian wcale nie prezentował się gorzej niż w dniu, w którym go poznała, a wręcz przeciwnie. Nic dziwnego, że w tak niewielkim miasteczku jak Mount Cartier stanowił smakowity kąsek dla młodych dziewczyn poszukujących swojego rycerza na białym koniu. — Jaka szkoda, że takie dobre geny się zmarnują, przystojniaku — rzuciła z rozbawieniem, szczypiąc go lekko w zarośnięty policzek niczym najbardziej znienawidzona ciotka na imieninach. Wiedziała, że mogła z nim żartować do woli i nie poczuje się skrępowany jej otwartością, co w tak hermetycznym, zamkniętym miejscu jak Mount Cartier było dla niej niezwykle cenne. Zwłaszcza że uwielbiała jego śmiech.
    Gi pchnęła drzwi prowadzące do baru i stanęła jak wryta na progu. No cóż, nie spodziewała się aż takiego zainteresowania! Senne wieczory poświęcone bingo nie cieszyły się nawet w połowie taką frekwencją, a karaoke jeszcze się nawet nie zaczęło. Złapała Christiana za dłoń, żeby nie rozdzielili się w tłumie i ruszyła w kierunku upatrzonego miejsca w rogu sali, rozpychając się łokciami. Większość osób zgodnie ustąpiła przed jej naporem, ale i tak przepchnięcie się przez całe to zbiorowisko graniczyło z trudem. Na szczęście w końcu dotarli do niewielkiego stolika dla dwóch osób upchniętego w cieniu i ze zmęczeniem opadła na krzesło, czym prędzej ściągając szalik i kurtkę, bo w skutek nagromadzenia tylu ludzi na niewielkiej przestrzeni w pubie było niezwykle duszno.
    — Nie spodziewałam się, że aż tyle osób nienawidzi bingo — rzuciła Gina, po czym zerknęła na Chrisa, posyłając mu pokrzepiający, pełen rozbawienia uśmiech. — Nie martw się! W takim zbiorowisku na pewno znajdzie się ktoś, kto będzie śpiewał gorzej od ciebie! Widzisz, niepotrzebnie się przejmowałeś! — Spojrzała w kierunku baru, krzywiąc się lekko. Ustawiła się tam niezła kolejka i Ian miał problemy z obsłużeniem wszystkich. Na drinki pewnie musieliby czekać całą wieczność, na szczęście przed wyjazdem z Mount Cartier pracowała u niego w barze, bardzo często rozbijając szklane kufle na głowach niegrzecznych klientów, więc miał do niej słabość i może uda jej się przepchnąć na początek kolejki. — Co pijemy?

    Gina

    OdpowiedzUsuń
  26. Troszkę mnie nie było tak "postaciowo" na blogu, bo najpierw chorowałam ponad tydzień, a potem coś mi nie po drodze było z laptopem, dlatego wybacz, że odpowiadam dopiero teraz.
    Niesamowicie mi jednak miło, że lubisz moje karty, bo w sumie tego nie wiedziałam, no ale kiedyś musiał być ten pierwszy raz :D Ja sama mam taki sentyment do Solane, że bardzo chętnie poprowadzę nią jakiekolwiek wątki! Więc tak, ja biorę na siebie zaczęcie tym razem, bo ostatnio byłam okrutna i nie odpisałam, ale co do powiązania musimy kombinować razem. ;) Oczywiście pierwsze, co rzuca mi się w oczy to weterynarz = jest punkt zaczepienia. Solane ma w domu dwa psy (trzy jak doliczyć jej brata) i jeża (i kota...), więc jest się kim zajmować. Druga sprawa = przyjeżdżanie na urlop. Zakładam, że Chris już od kilku lat w takim razie kręcił się po MC, a jeśli tak, to musi znać Candoverów. Wcześniej to oni zarządzali sklepem ogólnym (jest o tym w poprzedniej karcie, którą nota bene już podlinkowałam), więc każdy kto coś kupował trafiał ostatecznie przed ladę Solane. Muszą się więc kojarzyć... no i teraz pytanie tylko czy jakaś historia z tego była, przyjaźnie pośrednie z którymś bratem czy zwykłe sąsiedzkie pogadanki i na tym się wszystko kończyło ;)

    Solane

    OdpowiedzUsuń
  27. [Nie mogłam nie napisać xD.
    Co do wątku, to oczywiście, nie ma mowy, aby nie było. Tylko... chyba samo poszukiwanie idealnego kota nie wchodzi w grę? xD]
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  28. Wsunęła do uszu niewielkie słuchawki douszne. Podłączyła je do dość starego, ale wciąż działającego odtwarzacza i włączyła playlistę ze swoimi ulubionymi piosenkami. Odetchnęła głęboko, ciesząc się z chwili wolnego czasu. A jako, że nie lubiła nic nie robić, to wyszła do ogrodu.
    Nie miała jakieś szczególnej więzi z kwiatkami i innymi roślinkami. Nie miała do nich ręki, więc bardzo często one zwyczajnie zdychały. Jedyne co udało jej się wyhodować, to całkiem smaczny szczypiorek. I udało jej się nie zamordować kaktusa, ale to tylko dlatego, że ich nawet nie trzeba podlewać. Wystarczy ustawić w odpowiednim słońcu i raz na jakiś czas sprawdzić, czy jeszcze żyje. No i podlać też czasami.
    Odkąd wprowadziła się do Mount Cartier to zwyczajnie się nudziła. Brakowało jej takiego bardzo… dynamicznego stylu życia. Tutaj miała spokój, ciszę, brak hałasu. A jej tego brakowało. Brakowało jej zajęć, ruchu, takiego hałasu wielkiego miasta.
    Prowadzenie ogrodu było dla niej pewnym, bardzo niewielkim zajęciem. Jako, że nigdy nie chciała hodować roślinek, to postanowiła wyhodować sobie ładne kwiatki. I tym sposobem posadziła różne śmierdziuchy. I akurat teraz wypadł ten dzień, w którym musiała zadbać o swoje roślinki. Musiała je podlać i nieco powyrywać chwastów, które już zauważyła przez okno.
    Ta praca w ogrodzie sprawiła, że na ten czas zapomniała o całym świecie. Tak samo jak zapomniała o tym, że Max miał wrócić jakąś godzinę temu. Dopiero kiedy skończyła i z uśmiechem wpatrywała się w swoje dzieło, uświadomiła sobie, że jej brat miał już dawno wrócić. Zacisnęła usta w wąską linijkę, chcąc się nieco uspokoić.
    Wyszła ze swojego ogródka i weszła przed dom. Właśnie miała wchodzić do środka, kiedy usłyszała głos swojego brata. Odwróciła się i zmarszczyła lekko brwi.
    — Chris? — zapytała, starając się ukryć swoje niedowierzanie, widząc z kim przybył Max.
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  29. [ cześć! :) masz ten fajny znaczek, czy chęć na wątki nadal aktualna? Może udałoby nam się coś skrobnąć?
    Mina]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [na pewno uda się coś wyłuskać z czapek i na bank będzie to dobry pomysł na wątek! ;D hmhm, jak wolisz, mi obojętnie czy tu, czy mailowo ;D ]

      Usuń
  30. Cieszę się bardzo, że karta ma tak pozytywny odbiór. Pozostaje mi tylko podziękować za powitanie i zapewnić, że zdecydowanie zamierzamy się dobrze bawić! :D

    Sid (and Lou Dog)

    OdpowiedzUsuń
  31. Ginie alkohol szybko uderzał do głowy przez jej drobną sylwetkę, a dzisiejszego wieczora naprawdę wolała nie tracić kontroli, bo choć z reguły nie obchodziło jej, co inni sobie o niej pomyślą, to przy tak dużej, niespodziewanej liczbie osób w barze wolała nie szaleć. Kiedy procenty krążyły w jej żyłach, miała tylko dwa nastroje; albo wręcz zarażała pozytywną energią, tak niepodobną do panny Reed na co dzień, głośno się śmiejąc i przytulając do obcych, albo rozbijała nieznajomym szklane kufle na głowach, samym morderczym spojrzeniem powstrzymując innych od zbliżania się do niej. Właśnie dlatego dla siebie zamówiła piwo z dodatkiem syropu klonowego dla siebie, ale dla Christiana poprosiła o mocniejszy trunek, wiedząc, że jej przyjaciel musiał się zrelaksować i odprężyć, bo nie podobała mu się już sama perspektywa opuszczenia swojego lokum, a dodatkowo konieczność śpiewania i duże tłumy w barze u Iana tylko go stresowały, przez co kobieta częściowo czuła się winna, lecz nie miała zamiaru się wycofywać ze swojego pierwotnego planu. Hemingway naprawdę potrzebował odrobiny rozrywki, Gina znowu chciała ujrzeć przebłysk jego niegdysiejszej osobowości, a choć częściowo rozumiała jego tremę, zupełnie jej nie podzielała. Już jako mała dziewczynka urządzała dla swojego ojczyma długie recitale, podczas swoich profesjonalnych, dziecięcych koncertów przebierała się i tańczyła, a każdy występ kończyła podziękowaniami dla swojego ukochanego tatusia. James Anthony Reed nie był jej biologicznym ojcem, ale dał jej swoje nazwisko, dach nad głową, szczęśliwe dzieciństwo i troskliwą opiekę, choć nie łączyło ich żadne pokrewieństwo. Prawdziwy ojciec Giny umarł, gdy miała roczek i mogła tylko przypuszczać, że był pierwszym i jedynym mężczyzną, jakiego jej matka kiedykolwiek kochała. Bardzo rzadko wspominała o swoim pierwszym mężu, więc jako młoda dziewczynka Gi wyobrażała sobie, że był pierwszym w historii kosmonautą-wojownikiem, który prowadzi armię przeciwko obcym najeźdźcom albo tajnym agentem, który wykonuje niezwykle tajną misję poza granicami kraju i nie może się z nią skontaktować. Dopiero potem skupiła się na ojcu, który był obecny w jej życiu i ją wychowywał. Kiedy Gina miała cztery latka, Genevieve i James wzięli ślub, po dwóch latach małżeństwa papiery rozwodowe już czekały na ich podpisy w urzędzie.
    Chociaż teoretycznie mężczyzna nie miał do niej żadnych praw, walczył o dziewczynkę w sądzie jak o własną córkę, a kiedy Gina jasno powiedziała, że nie chce zostawać z mamusią, która po całym dniu biegania między castingami wracała dopiero po dziesiątej wieczorem do wygłodzonej córki lub sprowadzała kolejnych dziwnych facetów, ostatecznie przyznano mu prawa do opieki. To James Reed dmuchał na jej zdarte na żwirowej drodze kolana, naklejając na nie różowe plasterki z Hello Kitty, całował siniaki, nosił na baranach, pomagał odrabiać lekcje, a potem wszedł w przerażający świat tamponów oraz różnych kobiecych przypadłości. Choć jak na wojskowego przystało, starał się wprowadzić trochę dyscypliny do życia Giny, tak naprawdę miał miękkie serce i nie potrafił niczego odmówić swojej małej księżniczce, którą wychowywał samotnie. Jej matka bardzo szybko znalazła sobie kolejnego męża, a potem jeszcze następnego, tymczasem James nigdy nie ożenił się ponownie, skupiając się na córeczce i zwalczaniu przeżytej traumy, by nigdy nie zauważyła, jak agresywnie reaguje na większy hałas lub choćby jej płacz, przekonany, że zbliża się jakieś zagrożenie. Z biegiem czasu jednak coraz trudniej było mu dusić w nocy krzyki wywołane przez koszmary, w których na kilka godzin wracał na pole walki, ukrywać swoją drażliwość i nadmierną czujność. Jej ojciec nie chciał nawet słuchać o poszukiwaniu pomocy u osób trzecich, więc Gina starała się dowiedzieć jak najwięcej na temat jego przypadłości i go wspierać. Christian, choć był jej chłopakiem, z wielu spraw dotyczących kobiety wciąż nie zdawał sobie sprawy. Może właśnie dlatego ich młodzieńczy związek nie mógł wypalić? Bo tak wiele przed nim ukrywała?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gi wróciła do stolika, stawiając przed nim szklaneczkę z alkoholem i uśmiechając się do niego przebiegle.
      — Daj spokój, Chris. Przecież wszyscy uwielbiają śpiewać. Nie chodzi o to, czy dobrze ci wyjdzie, ale o to, żebyś się przy tym dobrze bawił i wtedy każdy wybaczy ci ewentualną utratę słuchu — spróbowała go pocieszyć, mrugając do niego. Uważała, że był pocieszny, gdy próbował zrobić nadąsaną minkę i pokazać, jak bardzo mu się to nie podoba. — Po prostu pij, musisz się w końcu rozluźnić. Z takim podejściem na pewno nic z tego nie będzie. Już się nie dziwię, że pani Harlow przestała cię swatać z wnuczką, skoro aż taki z ciebie sztywniak. A mielibyście takie piękne dzieci! — zażartowała, używając jednego z argumentów, jakie użyła staruszka, gdy próbowała zeswatać Hemingway'a z Daphne. Dała mężczyźnie lekkiego kuksańca w bok. — Nie martw się, jeśli zostaniesz starym kawalerem, wprowadzę się do ciebie i będę ci codziennie zatruwała życie swoją obecnością, żebyś nie zaznał upragnionego spokoju nawet na starość.

      Gina

      Usuń
  32. [Nie powiesz mi, że Iwan nie pasuje do wszystkiego :P Słodki chłopiec, psychopata, seryjny morderca... to jest człowiek-wszystko!]

    Ashmee

    OdpowiedzUsuń
  33. [Wybacz, że tak długo to trwało ;_;]

    Jej psiaki, choć były jeszcze małe, potrzebowały mnóstwa ruchu. Chodziła więc z nimi na spacer kiedy tylko mogła, o ile pogoda na zewnątrz była znośna. Na szczęście dzisiaj nic nie zapowiadało śnieżycy czy huraganu, choć niebo niestety zasnuły szare chmury. Miała jednak nadzieję, że nie rozpada się zbyt szybko i zdąży wrócić do domu, bo naprawdę nie uśmiechało jej się latać po dworze w deszczu. Co prawda była do takiej pogody przyzwyczajona, jak każdy mieszkaniec Mount Cartier, ale wolała mimo wszystko siedzieć w ciepłym, przytulnym domu. Ale sama wiedziała na co się pisze, gdy kupowała Axela i Esme. Doskonale zdawała sobie sprawę, że będzie musiała trzy razy dziennie z nimi wychodzić, aby mogły się wyszaleć i załatwić swoje potrzeby. Czasami jednak puszczała je jedynie do ogrodu, który wcale taki mały nie był, więc psiaki wizytę na dworze miały zaliczoną, a ona nie musiała z nimi wychodzić. Niestety nie dało się tak robić za każdym razem. Znaczy dało się, ale nie byłoby to dobre dla psów. Mały ogród był dla nich jak więzienie i choć nic się nie stało jak raz na jakiś czas puściła je tam zamiast wyjść z nimi na spacer, tak gdyby robiła to za każdym razem, bez wątpienia wyrządzałaby im tylko krzywdę.
    Najczęściej na spacery z psami chodziła sama. Czasami jednak dołączał do niej Christian, który wychodził wraz z Ramseyem i Amazonem. Na szczęście ich pupile bardzo się polubiły, więc kiedy cała czwórka hasała sobie wesoło, oni mogli w spokoju porozmawiać, choć i tak mieli na to sporo okazji. Byli przyjaciółmi, którzy często spędzali ze sobą czas. Oglądali razem filmy i seriale, które Holly zdobywała w Churchill, czytali w swoim towarzystwie książki, rozmawiali o pogodzie, zainteresowaniach, a czasem nawet o swoich problemach, choć tych Davies nie miała zbyt wiele. Może tylko taki, że wciąż była samotna, a od zawsze marzyła o wspaniałym mężu i gromadce dzieci. Na razie zaś miała dwa psy, które choć kochała, nie zastępowały jej rodziny, której pragnęła. Ale nie marudziła, bo wiedziała, że to nic nie da. Po prostu czekała i miała nadzieję, że w końcu znajdzie swoją drugą połówkę.
    Ubrana w zimową kurtkę, ocieplane buty, szalki, czapkę i rękawiczki, wyszła na zewnątrz z Esmee i Axelem na smyczy. Już z oddali zauważyła zbliżającego się Christiana, więc czym prędzej zamknęła drzwi na klucz i wyszła mu na spotkanie, odrzucając na plecy długi warkocz.
    — Hej! — rzuciła na przywitanie i ucałowała oba policzki mężczyzny. — Chyba trzeba będzie szybko wracać, w każdej chwili może zacząć padać — dodała, zerkając na zachmurzone niebo.

    HOLLY

    OdpowiedzUsuń
  34. [Kurczę, ja też czekam na drugi sezon. A że cierpliwa nie jestem, to dłuży mi się niemiłosiernie. :D
    Dziękuję za powitanie! Widzę magiczny znaczek przy nazwisku Christiana, więc przychodzę z pomysłem! Co powiesz na to, żeby Jimmy, szop Rowley, podkradał mężczyźnie jakieś drobiazgi na wizytach. A to pustą strzykawkę, a to notes, jakieś długopisy. Nic, na co musiałby zwracać większą uwagę. Ale któregoś dnia późnym wieczorem Sam zobaczy na swoim progu Christiana, nerwowo poszukującego swojego telefonu, którego braku już nie mógł zignorować. Co Ty na to? :D]

    Sam Rolwey

    OdpowiedzUsuń
  35. [Kamień z serca, że ktoś jednak uważa Rosie za udaną — dziękuję bardzo za miłe słowa! (:
    Aż nie mogłam się zdecydować, pod kartą którego z Twoich panów zostawić komentarz, bo oboje podbili moje serducho bez reszty ♥ Co Ty na to, żeby namieszać coś dla nich — jednego albo obu, żaden problem! — i Rosie? (: ]

    Rosaline Thompson

    OdpowiedzUsuń
  36. Mattie czasami miała naprawdę dość Maxa. Ośmiolatek był bardzo mądry jak na swój wiek. Ponadto miał bardzo dużo… i bardzo dziwnych pomysłów! Najgorsze w tym wszystkim było to, że Mattie była świadoma skąd się brały te jego pomysły. Za dużo czasu spędzał z sąsiadkami, które kiedyś przyjaźniły się z ich matką. Kobiety nie były najgorsze, jednak ich dziwne teorie, które wyczytały w jakiś gazetach… ich pomysły, które przelewały na Maxa… Mattie za niedługo sama będzie potrzebowała dobrego psychologa, bo inaczej zwariuje.
    Między Maxem a Mattie była bardzo specyficzna więź. Ruda nie była jego matką, a jednak to ona teraz odpowiadała za jego wychowywanie i całkowitą opiekę. Musiała się nim opiekować, musiała go wychowywać, a jednocześnie nie mogła zachowywać się, jak jego matka, którą de facto nie była. Była jedynie jego siostrą. Jednak nie było między nimi takiej więzi, jaka jest pomiędzy bratem a siostrą. Po pierwsze ze względu na ogromną różnicę wieku (może nie ogromną, jednak dość dużą), a po drugie chodziło o to, że zupełnie się nie znali. Ostatni raz widziała Maxa, jak ten miał zaledwie roczek. Kiedy wróciła, to miał siedem lat. Przez cały ten okres w ogóle go nie widziała. Nawet nie miała jego zdjęć! A wszystko przez to, że unikała kontaktu z rodzicami. Miała przez to ogromne wyrzuty sumienia, jednak teraz nic nie mogła na to poradzić.
    Mogła jedynie nieco odpokutować poprzez dobrą opiekę, którą roztaczała nad Maxem. Jednak czasami to wcale nie było takie proste i takie łatwe. Szczególnie kiedy Max wpadał na jeden z tych swoich szalonych pomysłów. Jednym z jego najbardziej pokręconych, który realizuje do tej pory, to taki, że próbuje ją z kimś wyswatać. Problem polega na tym, że ma nieco dziwne i dla niej niezrozumiałe kryteria. Sprowadzał jej tutaj różnych mężczyzn. I to ona musiała się potem tłumaczyć i ich przepraszać. Jeszcze gdyby miała za co! Jednak do Maxa nie docierało, że ona wcale nie potrzebuje pomocy. Gdyby chciała, to sama mogłaby sobie kogoś znaleźć. Podobno. Bo sama jednak nie była tego taka pewna. Od dawna nikogo nie miała, lecz teraz to nie stanowiło największego problemu. Miała na głowie o wiele większe kłopoty.
    Nieco się martwiła, że Max tak długo nie wracał. Nawet chciała po niego iść, ale stwierdziła, że poczeka jeszcze trochę, jeszcze kilka minut i dopiero wtedy po niego pójdzie.
    Ze zdziwieniem otworzyła drzwi i uśmiechnęła się, nie kryjąc jednocześnie swojego zaskoczenia. Kogo jak kogo, ale akurat jego nie spodziewała się tutaj zobaczyć.
    — Chris? — zapytała, uśmiechając się w jego kierunku niepewnie. Jednak ten uśmiech z każdą chwilą stawał się coraz większy i szerszy. — Co ty tutaj robisz?! — zapytała i rzuciła się mu na szyję. Przytuliła go na przywitanie, a potem również musnęła go w policzek. — I to w towarzystwie Maxa… on znów coś zrobił, tak? — zapytała, wlepiając wzrok w brata. Chłopiec zrobił nieco przestraszoną minę.
    — Nie! Nic nie zrobiłem! A Chris chciał z tobą porozmawiać… skąd się znacie? — zapytał, jednak Mattie zbyła go machnięciem ręki. Spojrzała na Chrisa i uśmiechnęła się nieznacznie.
    — No, no. Odezwał się ten, co dawał znak życia — zaśmiała się. — Wchodź.
    Mattie

    OdpowiedzUsuń
  37. Jestem na 99% pewna, że pomieszałaś moje dwie postaci, haha! Mój poprzedni komentarz dotyczył Solane, a nie Vivian i sądząc po tym, że zawarłaś w swojej odpowiedzi kwestie zwierząt oraz pracowania za ladą, to też miałaś na myśli moją Candover, a nie Viv, pod której kartą odpisałaś. ;D Dla mnie to nie stanowi żadnej różnicy, ale wolałam to na wstępie wyjaśnić zanim zaczniemy na poważnie ustalać dalsze kwestie wątkowe.
    A skoro to wyjaśnione... to tak, Solane mogłaby być pierwszą znajomą tutaj, tym bardziej, że różnica wieku między nimi to raptem 3 lata czyli żadnej tragedii do przyjaźnienia się to nie robi. Sprawa z Toronto jednak odpada, bo Sol po raz pierwszy wyjechała z MC na początku 2017 i wróciła trzy miesiące później, więc w inne części Kanady zwyczajnie nie miała okazji zaglądać ani tym bardziej nikogo w nich odwiedzać. Zostańmy więc przy opcji Poznania się... może jeszcze za czasów życia jego ciotki, gdy przyjeżdżał tu w młodości? Nie jakiejś super odległej, ale może któregoś lata ciotka potrzebowała pomocy z pilnowaniem domu/remontem czegoś i Chris przyjechał na lato jak miał te 20-21 lata załóżmy i poznali się właśnie przy okazji spędzania przez Solane dużej ilości czasu w sklepie. Sol miałaby 17... co dobrze się składa, bo później przez jakiś czas nie mogła znieść przyjezdnych facetów, więc lepiej żeby poznała Christiana wcześniej :D Potem mógł pojawiać się raz na jakiś czas u ciotki, a jak już ostatecznie zamieszkał w mieście to Candover mogła w ramach sąsiedzkich przysług zapraszać go od czasu do czasu na porządny obiad. Za dzieciaka mogła też potencjalnie do niego wzdychać, ale jak mówiłam, potem wydarzyło się coś z pewnym przyjezdnym, po czym miała już mały uraz. Co prawda po latach już się zatarł, no ale mimo wszystko ;D
    Na tę chwilę mam w głowie dwie opcje: w nocy Christian zostałby ściągnięty do jej domu przez Thomasa lub Jamesa, bo Solane nie chciała zostawiać psa samego, a okazałoby się, że ma ranną nogę po tym, jak wyszarpał ją z pozostawionych w lesie sideł. Oczywiście przydałaby się pomoc weterynarza w takim wypadku.
    Druga opcja to mogłoby mocno padać w MC od rana, Solane pojechała jednak po coś samochodem do sklepu, a wracając przez nienadążające za deszczem wycieraczki mogłaby nie dostrzec w porę Christiana i lekko w niego uderzyć. Prędkość nie byłaby duża, bo przecież leje, a tam droga pewnie nienajlepsza, ale i tak lekko by go poturbowała, a jak to ona, zaraz by go wsadziła do samochodu i zawiozła do siebie/do niego, przy okazji żeby opatrzyć jakąś ranę i upewnić się, że nic poważnego mu nie zrobiła. Jak nic by nie pasowało, to daj znać ;)

    Solane

    OdpowiedzUsuń
  38. [spokojnie, mnie na prawdę niewiele rzeczy jest w stanie odstraszyć i zniechęcić do pisania! ;)
    mam nadzieję, że wena wróciła i teraz masz jej tyle, że kupujesz dodatkowy notesik do zapisywania mnóstwa pomysłów? :D ]

    Od momentu jej przyjazdu minął już tydzień z haczykiem. Mina nie liczyła tych dni, upojonych spokojem, ciszą, wielką swobodą, którą łaknęła z początku do utraty tchu. Czasem wręcz dosłownie, bo tak czyste powietrze, w przeciwieństwie do wielkomiejskiego z którego się wyrwało, aż szczypało w płucach. Bardzo jej się to podobało i choć zauważyła, że z okolic Mount Cartier częściej się wyjeżdża, niż przyjeżdża, chciała tu zostać ile tylko się da. Jej odpowiadało właśnie to, co prowadziło innych do wyniesienia się z tej zapomnianej mieścinki.
    Decyzja o przyjeździe była spontaniczna i niezwykle odważna jak na osobę, którą się stała. Wiecznie zlękniona, schodząca innym z drogi, idąca z spuszczoną głową dziewczyna, była cieniem samej siebie. Gdyby jednak teraz ktoś ją zobaczył, dostrzegłby wracające do oczu iskierki i uśmiech, którego dawno na jej twarzy nikt nie widział. Tutaj Mina powoli odzyskiwała równowagę i to głównie dzięki temu, że nikt na nią nie napierał i nie naciskał, by przypomniała sobie to, co było przed incydentem. Incydentem pisanym z dużej litery, o którym lepiej było nie mówić. To było cztery lata temu i od tamtego czasu ruda stała się wycofanym z życia towarzyskiego samotnikiem, w przeciwieństwie do tego, co znali inni sprzed lat.
    Tego dnia wyszła w góry. Od początku nie zwracała uwagi na ostrzeżenia o tym, że łatwo się zgubić, łatwo natrafić na dzikie zwierzęta i tym samym łatwo nie wrócić. Nie obawiała się żadnego z powyższych, właściwie to od ludzi uciekała. To człowiek ją skrzywdził, a nie dzika natura, gęste lasy, czy dziki zwierz. Poza tym skoro ona nie prowokuje do ataku, nie ma się czego obawiać, prawda? Z takim, nieco naiwnym nastawieniem, kilka razy w tygodniu zwiedzała okolicę, zawsze mając przy sobie aparat.
    Praca, jakiej się podjęła, z początku stanowiła wielkie wyzwanie. Powoli jednak przeradzała się w coś więcej niż usilne próby utrzymania się w wydawnictwie i tym samym możliwości pozostania tutaj. Problemem jednak był zajazd u Annie, gdzie nagle zrobiło się wręcz za tłoczno, a z kolei do Churchill wolała dojeżdżać, niż się tam przenieść; dlatego Mina powoli rozglądała się za ogłoszeniem hoteliku, mostelu, wynajmu pokoju w Mount Cartier, lub podobnej mieścince niedaleko.
    Dotarła do skraju miasteczka, przy szerokiej ubitej z ziemi drodze, która pełna było wyboistych dziur. Rzadko tu przychodziła, ale dziś wyjątkowo nic jej nie zatrzymało w lesie, bo miała wrażenie, że zaczyna monotonnie patrzeć na naturę. Zbyt często chodziła w te same miejsca. A przecież i w samym Mount Cartier zawsze coś ciekawego mogła znaleźć, no i skoro miała zamiar tu trochę pobyć, chyba powinna poznać to miejsce.
    Fotografując stare drzewa, trochę podniszczone i spróchniałe, ignorowała późną porę. Dopóki nie zapadł zmierzch i brak światła uniemozliwił pracę. Wtedy musiała wracać.I na pewno nie spodziewała się, że w drodze powrotnej będzie mieć towarzysza! Nagle zza krzaków wyskoczył wysoki rudawy psiak, zadbany, z błyszczącymi oczami i obrożą, która świadczyła o tym, ze zgubił właściciela. Albo sam się specjalnie zgubił, zeby pohasać bez nadzoru, co Mina potrafiła zrozumieć. Nie był płochliwy, ale nie znając zwierzaka i jego temperamentu, ruda nie przywoływała do siebie psa, idąc z nim w stronę centrum mieściny. Dopiero po dobrej chwili, gdy zwierzak sam pdoszedł bliżej, pochwyciła ciągnącą się za nim smycz, choć nie bardzo wiedziała, co zrobić dalej z taką znajdą. Bo nikogo tu nie znała i nie wiedziała, do kogo się zwrócić w takiej sytuacji.

    OdpowiedzUsuń
  39. Wiesz... w teorii można to połączyć, bo po potrąceniu mogła go zabrać do siebie, a tam później po jakimś czasie Mindel by przykuśtykał ranny (zawsze wracał do domu, więc Solane nie byłaby przejęta, że go w nim nie ma po ich przyjeździe; może jedyna zła na braci, że go wypuścili na deszcz) i jak nic trzeba psu pomóc. :D Żadna to zachłanność!
    Pytanie pozostaje jedno: chcesz zaczynać czy nie? ;)

    Solane

    OdpowiedzUsuń
  40. Stała na środku drogi jeszcze długo, patrząc na psa, a on patrzył na nią. Dziwne to było uczucie. Jakby chciał jej coś powiedzieć tylko oczami, w których odbijała się ona i cały świat za nią. Chwyciła mocniej za smycz, nie chcąc spłoszyć zwierzaka, ani też nie chcąc go zgubić, gdyby zerwał się w pogoń za czymś hałasującym w krzakach. Tu co rusz, wyskakiwał jakiś szop, mały kot, podrywały się do lotu ptaki z drzew i było tyle bodźców, że ona sama wariowała, a co dopiero czworonog o wyostrzonych zmysłach. Zwłaszcza, że było już ciemnawo i wszystko wyglądało na straszniejsze, niż było w rzeczywistości.
    Zdązyła zauważyć, że ludzie tutaj są sympatyczni i mili dla siebie nawzajem. Co najważniejsze, choć wszyscy nawzajem się znali, nie było sytuacji, w której rodziły się plotki, czy jakieś zatargi. Spokój tej okolicy chyba wpływał także a mieszkańców. Więc możliwe, że jeśli pójdzie pod jakiekolwiek drzwi i powie, że znalazła psa i nie wie, co z nim zrobic, to i jej ktoś pomoże...? To była opcja bardzo prawdopodobna, więc ruszyła do miasteczka. A dorobionego metalowego kółeczka do obroży po prostu nie zauważyła. A nawet nie wpadła na to, by w ogóle to sprawdzić, wykazując się po prostu brakiem onycia w tym temacie. Co było prawdą, bo Mina jedynie dokarmiała jakieś przybłędy, dzikie koty pełne pcheł, które bała się głaskać, albo zostawiała w lesie jakieś reztki obiadu dla szopów i lisów, nie chcąc wyrzucać i marnować jedzenia.
    Gdy nagle pojawił się drugi pies, zaskoczona staneła wystraszona. Jak ona ma sobie poradzić z dwoma, jak jeda znajda już jest wyzwaniem?! Spojrzała jednak dalej i dostrzegając nadchodzącego mężczyznę odetchnęła. Daleko jednak temu było do ulgi. Stanęła niepewnie na jednej nodze, przystąpiła na drugą i dopóki gdy stało się jasne, że zaginiony pies i drugi należą do męzczyzny, wyciągnęła w jego stronę dłoń z trzymaną smyczą.
    - Nie, nie- zapewniła, kręcąc głowa. Spojrzała na psiaka i chciała go pogłaskać, ale ten już skoczył do przyjaciela i obydwa psiaki merdały wesoło ogonem.
    - Sam się zgubił i chyba sam się znalazł - uśmiechnęła się lekko. - Sam podszedł do mnie - wyjaśniła.

    OdpowiedzUsuń
  41. [Mysie z bratem mają to do siebie, że przez większość czasu wbijają sobie lekkie szpile w boki, w dodatku szpile raczej z niższej półki, więc czasem ludzie wokół rzeczywiście mogą mieć z nich niezły ubaw. :) Cieszę się, że karta w formie notki przypadła do gustu i oczywiście, że dostaniesz cukierki! Jak obiecałam, to już mus i będą. ;)
    Przyznam szczerze, że trochę się bałam Twojej reakcji na pomysł z tym stanowiskiem, bo przecież mogłabyś sobie nikogo takiego nie życzyć, tym bardziej, że Mysie specjalistycznego wykształcenia w tym kierunku nie ma i raczej sprząta klatki niż asystuje mu przy operacjach. Pamiętam jednak, że kiedyś taka funkcja na blogu była w zakładce, ale zniknęła, więc po cichu liczyłam na to, że mimo wszystko przeforsuję ją znowu. Chyba się udało. <3 W ramach wdzięczności mogę zaproponować wątek z którymś z Twoich panów, jeśli znajdzie się chęć i odrobina czasu. ;)]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  42. [Z tą za krótką dobą to już chyba problem globalny się robi, ale doskonale wiem, o czym mówisz. Tyle rzeczy do zrobienia, a czasu tak mało, jak tu się człowiek ma ze wszystkim wyrobić i jeszcze wyspać przy tym? Ciężkie to życie z dwudziestoczterogodzinnym dniem, ech! ;)
    Myślę, że z Chrisem przy wątku nawet nie musiałybyśmy się zbytnio wysilać, bo podłoże leży tuż przed nami w ich zawodzie – skoro on jest weterynarzem, a Mysie u niego dorabia, to pomysł nasuwa się sam i aż grzech byłoby nie skorzystać. Moje pytanie brzmi, czy chcesz zacząć neutralnie, zakładając, że po prostu się znają i razem pracują, czy wolisz pomyśleć nad jakimś powiązaniem?]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  43. [Nie znalazłam w karcie informacji, od jak dawno Chris jest w Mount Cartier, więc ciężko było mi myśleć nad jakimś konkretnym powiązaniem, dlatego pytałam, którą opcję preferujesz. Jedyne, co przychodzi mi do głowy to to, że mogli kiedyś spotkać się w Toronto, jeśli Mysie zahaczyła o nie w czasie swojej wędrówki po świecie. Ale nawet ta opcja nic mi nie ułatwia, mówiąc szczerze, bo Hemnigway sprawia na mnie wrażenie tak pociesznego faceta, że nawet jakbym chciała wcisnąć im jakieś małe spięcie, coby urozmaicić nieco ich współpracę, nie jestem w stanie na nic sensownego wpaść. Ten facet zwyczajnie wydaje mi się mieć za ciepłe serce, żeby mógł się z kimś kłócić. :) Tak więc faktycznie możemy zacząć zupełnie neutralnie, od ratowania biednego sierściucha (przejdzie nieco bardziej dzikie zwierzątko, jakiś mały lisek albo słodka wiewiórka? *.*), a potem zobaczymy, co nam z tego wyjdzie. Pewnie wypada teraz, żebym zaproponowała, że zacznę... i zrobię to, jeśli chcesz, ale wątpię, żebym zdążyła przed końcem Twojego urlopu. No, chyba że bardzo Ci się spieszy, wtedy nie obrażę się ani trochę, jeśli mnie wyręczysz. ;D]

    Mysie Ayers

    OdpowiedzUsuń
  44. Mina nie miała tyle w sobie uporu, by zaciskać mocno palce na smyczy w razie gdyby pies chciał biec przed siebie. Nie zapierałaby się pietami o drogę, chcąc zatrzymać na się zwierzaka przy sobie. No i nie miała tyle siły, więc mozliwe że Amazon rozpracował ją w mgnieniu psiego oka i wiedział, że mimo smyczy, idzie wolny obok nieznajomej. Ruda zastanawiała się czasami nad tym, co się dzieje w głowach zwierzaka, czy to wszystko pracuje tak samo intensywnie pod małą czaszką, jak u człowieka. Widziała nie raz, jak właściciele rozmawiają z swoimi pupilami i wierzą, że te ich rozumieją, ale czy aby na pewno? Może to człowiek nadawał zwykłym odruchom zwierzaka dodatkowe znaczenie, by samemu sobie móc coś dopowiedziec? Nie miała ani psa, ani kota, nie miała nawet rybki, ani chomika, więc nie wiedziała.
    Nie mogła się nie uśmiechać, gdy słyszała, jak mężczyzna opisuje swojego psa. Ona chyba by go nie nazwała wrednym. Raczej narowistym, bo widać było, że psiak aż rwie się przed siebie i nie umie opanować tego, ile bodźców go wzywa w świat. To było przezabawne, jak nadstawiał uszu, wyciągał pysk wysoko i wąchał co niesie wiatr.
    - Mina - przedstawiła się również i pokręciła głową. - Nie, nie trzeba. Nie narobił problemów, ani nie był dokuczliwy, nie ma się za co odwdzieczać - zapewniła. -
    On sam do mnie przyszedł, chyba znudzony bieganiem - stwierdziła pogodnie.
    Wpadł jej do głowy pomysł. Głupi jak cholera. Ale jednak zakołatał w głowie jeszcze chwilę. Jesli mężczyzna ma problem z wyprowadzaniem dwóch psów, to może ona mogłaby jednego czasami zabrać na spacer? Dużo chodziła, a zwierzaki potrzebują ruchu. Może mogłaby nawet czasami pobiegać...? Samej wieczorami jest strasznie wychodzić, ale z takim towarzyszem...? Nie chodziło o samotnośc, na to nie narzekała, bardziej o to, że się bała własnego cienia. No i ostatnio słyszała ryk z lasu i nie wiedziała co robić.
    - Domyslam się, że często się zrywa i znika? - wyciągneła delikatnie dłoń w stronę drugiego psa, by go pogłaskać. Chociaż był cień szansy, że po tym skończy bez ręki. Ten drugi zwierzak wydawał się bardziej czujny.

    OdpowiedzUsuń
  45. — Wypuszczę psy – przecież potrzebują ruchu. Zrobię to przed największą ulewą w tym roku – przecież jestem kretynem — burczała pod nosem blondynka, siedząc w starym, wyblakło-żółtym pickupie i powolutku tocząc się po jezdni przez ścianę deszczu, za którą nie nadążały równie kiepskie i zużyte już wycieraczki.
    Solane jak zwykle miała idealne pole do popisu czy też pastwienia się w myślach nad swoim najmniej rozgarniętym (lub też najbardziej lubiącym ją irytować) bratem. Czasami Thomas zachowywał się w stosunku do niej jak dziecko, które za zabraną zabawkę musiało się zemścić w dwa razy gorszy sposób. I chociaż wiedziała, że dzisiaj nie był złośliwy i pozwolił jej psom wybiec na podwórko, gdy zanosiło się na deszcz, to i tak była pewna, że to on stał za sprawką tego oberwania chmury, które ni stąd, ni zowąd właśnie teraz postanowiło pokazać się w całej mocy. Gdyby tylko ten głupek wyszedł z alaskanami na te pięć minut i zawołał je, jak tylko zbliżyłyby się za bardzo do granicy lasu… ale nie! Przecież ledwo odbierany w taką pogodę kanał sportowy (jeden z czterech program jakie obsługiwała ich marna antena oraz stary telewizor) był ważniejszy od przypilnowania zwierząt nim na zewnątrz rozpęta się potop. Bo tak, to była istna powódź i w zaledwie minutę wszystkie dziury pełne były wody, która strumieniami toczyła się po jezdni, a raczej tych jej skrawkach, na których był asfalt, bo im dalej od głównej uliczki w miasteczku, tym droga bardziej przypominała błotniste bajoro niż przejazd dla samochodów.
    Ona także nie wykazała się przesadną inteligencją, wybierając sobie akurat dzisiejszy dzień na chwilową wycieczkę, ale niewiele mogła w tej kwestii zdziałać. Musiała dzisiaj wysłać jeden projekt, bo i tak miała już małe opóźnienie, a kolejna okazja do nadania paczki byłaby pewnie za tydzień, biorąc pod uwagę jak nieprzejezdna stała się zapewne droga do Chruchill. Szczęściem można było nazwać fakt, że udało jej się wjechać z powrotem do Mount Cartier krótko po tym, jak lunął ten deszcz, bo gdyby była w połowie drogi… na pewno utknęłaby w błocie po kolana i musiałaby na pieszo iść tych kilkanaście mil.
    Z dwojga złego nie była wcale taka pewna czy nie lepiej stałoby się, gdyby coś jej wcześniej nawaliło. I to najlepiej, gdyby stało się to, zanim zaczęła taranować Bogu winnego ktosia
    Jechała naprawdę powoli! Właściwie lepsze byłoby określenie, że się toczyła po jezdni, bo przez nienadążające za deszczem wycieraczki ledwo co widziała, a fakt, że wraz z deszczem ściemniło się w całej okolicy w niczym nie pomagał. Coś jasnego, odblaskowego, jak chociażby jej dający po oczach, pomarańczowy płaszcz przeciwdeszczowy na pewno dostrzegłaby nawet w takich warunkach, ale ciemny kształt zwyczajnie zlał jej się z otoczeniem, gdy chciał przejść przez jezdnię… Już po chwili przeklinała w myślach, ale tym razem własną głupotę, gdy dała po hamulcach na mokrej nawierzchni, a samochód zatoczył się i prawie wpadł w poślizg. Tylko tego jej brakowało!
    Na szczęście opanowała auto, zaciągnęła ręczny i niewiele myśląc wyskoczyła z ciepłego i suchego auta prosto na ten deszcz. Czując zimne krople na karku, odruchowo sięgnęła do tyłu i zarzuciła na głowę kaptur. Chwilę później przechodziła już na drugą stronę auta, żeby sprawdzić jakie zwierzę potrąciła i… dopiero wtedy przerażenie podeszło jej do gardła. Nie spodziewała się, że najechała na człowieka, do diabła!
    — O nie…. Nic panu nie jest?! — zapytała głośno, próbując przekrzyczeć deszcz, jeszcze zanim przykucnęła przed przemokniętym i zdezorientowanym mężczyzną. Dopiero wtedy zorientowała się kim był ten ktoś — Christian! Cholera, co Ty narobiłeś… jesteś cały? Złamałam Ci coś? Skąd się tu wziąłeś… — Mogłaby tak mówić i mówić, jednocześnie, wyciągając mokre palce przed twarz ich miejscowego weterynarza, żeby sprawdzić czy podąży spojrzeniem za jej ręką, a gdy to zrobił… cóż, chyba nie mogło być tak źle? — Wstaniesz? Chodźmy do auta — zaproponowała nadal niespokojnie, bo właściwie nic jeszcze się nie dowiedziała!

    Solane

    OdpowiedzUsuń

Słońce nas rozpieszcza, Mounty właśnie złapał kleszcza.